Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 26-02-2017, 19:11   #1
 
hen_cerbin's Avatar
 
Reputacja: 27202 hen_cerbin ma wspaniałą reputacjęhen_cerbin ma wspaniałą reputacjęhen_cerbin ma wspaniałą reputacjęhen_cerbin ma wspaniałą reputacjęhen_cerbin ma wspaniałą reputacjęhen_cerbin ma wspaniałą reputacjęhen_cerbin ma wspaniałą reputacjęhen_cerbin ma wspaniałą reputacjęhen_cerbin ma wspaniałą reputacjęhen_cerbin ma wspaniałą reputacjęhen_cerbin ma wspaniałą reputację
[Warhammer IIed.] Ostatni. Nóż w plecach. Prolog



OSTATNI. NÓŻ W PLECACH. PROLOG


Księstwa Graniczne
Tereny leżące za Górami Czarnymi i będące pierwszą osłoną przez najazdami z południa. Ziemia niczyja o którą walczyć nie trzeba, bo i tak nikt nie chce. Liczne księstewka i państwa-miasta mają dość swoich problemów, by jeszcze przejmować się okolicznymi wioskami.
[Encyklopedia Maxima Mundi, tom III, Nuln, 2511 SI]

Panie, oni mają swoje problemy, Imperium swoje. Każdy to wie. - Ulrich Hunzwot - włóczęga z Nuln

Księstwa Graniczne. Każdy w Wissenlandzie wiedział, że tymi ubogimi krewnymi Imperium i ich prostackimi władykami nie trzeba się przejmować. No, może handlarze powinni, różne towary przez przełęcze szły w sumie. A z nimi, wieści:
W ciągu ostatnich lat coś się działo. Ktoś tam kogoś podbił, ktoś tam kogoś zhołdował... Ale tam zawsze coś się działo i takie wiadomości ludzie w Imperium dostawali przynajmniej raz na miesiąc, więc kto by się tam nimi przejmował.

Imperium miało ważniejsze sprawy na głowie: Burza Chaosu nadeszła.
Armie Archona rozłożyły się pod Middenheimem. Z każdej prowincji Imperium szły na pomoc oblężonemu miastu komuniki jazdy, długie kolumny piechoty, batalion za batalionem i brygada za brygadą. Każdy dowódca, każdy generał i kapitan, ba, nawet każdy porucznik godny tego miana został wysłany. Garnizony ogołocono z broni i ludzi, zostawiając tylko pijaków i innych, nienadających się do niczego "żołnierzy" o wręcz ujemnej wartości bojowej. Każde sprawne działo i każdy działający muszkiet wysłano na pomoc rozpaczliwie walczącej z Chaosem Armii Imperium. Także z Wissenlandu, będącego przecież zbrojownią Imperium. Zwłaszcza z Wissenlandu.


Wissenland. Nuln. Kopalnie. Kuźnie. Huty. Technologia, maszyny i urządzenia. Skarbce magnatów, bogatych mieszczan i jeszcze bogatszych przemysłowców... Skarby południa Imperium zostały niemalże niebronione.

Takiej okazji nie można było przepuścić.
I Otto von Wernicky, stary, sprytny lis z Księstw Granicznych, nie zamierzał.

Zebrał własne siły, skontaktował się z organizacjami przestępczymi w Nuln, którym chaos w prowincji też był na rękę, zachęcił innych władyków księstw granicznych obietnicami łupów, zastraszył bądź przekupił kogo mógł (co nie było takie trudne, resentyment do Imperium w Księstwach był powszechny) i zebrał pięć tysięcy ludzi. Byłaby to śmieszna siła, gdyby nie to, że do obrony całego Wissenlandu pozostały niecałe dwa, rozrzucone po garnizonach w całej prowincji, z czego połowa przebywała w Nuln i Pfeildorfie.

Siły von Wernicky'ego przeszły przez Góry Czarne niemalże nie napotykając oporu - ataku nikt się nie spodziewał, a posterunki zostały "wyczyszczone" przez "nieznanych sprawców". Zanim ktokolwiek w Pfeildorfie zrozumiał co się dzieje, z marszu zdobyte zostało Kroppenleben - centrum handlu futrami, kilka dni później splądrowano Wusterburg i okolice, a zanim zdołano zorganizować obronę, armia "granicznych" idąc wzdłuż rzeki Hornberg zbliżała się już do Wittenhausen.


Zawsze marzyliście o karierze najemnika? O paleniu, gwałceniu i rabowaniu (niekoniecznie w tej kolejności). O łupach, bogactwach i dziewkach wszetecznych? O rzuceniu Imperium na kolana?

No to macie pecha.


Werbownicy Wielkiej Księżnej Wissenlandu (księżnej Nuln, diuszessy Meissen, etc) Emmanuelle von Liebwitz nie pytali was o zdanie.

 
__________________
[b]Ostatni:zapraszam na doca
Oczekuję na: Hakon, druidh, Stalowy, Komtur, Baird, Ismerus, Gob1in, pi0t, Morel,
hen_cerbin jest offline  
Stary 26-02-2017, 19:18   #2
 
hen_cerbin's Avatar
 
Reputacja: 27202 hen_cerbin ma wspaniałą reputacjęhen_cerbin ma wspaniałą reputacjęhen_cerbin ma wspaniałą reputacjęhen_cerbin ma wspaniałą reputacjęhen_cerbin ma wspaniałą reputacjęhen_cerbin ma wspaniałą reputacjęhen_cerbin ma wspaniałą reputacjęhen_cerbin ma wspaniałą reputacjęhen_cerbin ma wspaniałą reputacjęhen_cerbin ma wspaniałą reputacjęhen_cerbin ma wspaniałą reputację
Wczorajszy wieczór.

Wallentag (Dzień Pracy), 13 Vorgeheim 2522, wieczór
Koszary Armii Wissenlandu,
Nuln
Kilkudziesięciu poborowych z ostatniej tury “ochotników” eskortowanych (to o wiele ładniejsze słowo od “pilnowanych”) przez kilku żołnierzy miało okazję zaznać w końcu odpoczynku. Spędzono ich tutaj z całego miasta, z jego ulic, karczm i gospód, więzień, jego okolicznych wiosek, pól i dróg. Podobno kilku zjawiło się pod bramami koszar z własnej woli, ale akurat w te plotki mało kto wierzył. Już jutro z samego rana staną przed obliczem pisarza wojskowego i będą w końcu mogli się zapisać do wojska, by walczyć za Imperatora, Elektorkę i Wissenland. Lub po prostu za żołd.
Tymczasem sala do jakiej trafili miała dziesięć piętrowych prycz, ustawionych po pięć pod bocznymi ścianami, dwadzieścia skrzynek na ekwipunek (teoretycznie zamykanych, ale brakowało im kłódek) i od sal więziennych różniła się głównie tym, że w oknie nie było krat. Bo nie dość, że byli tu strażnicy (czterech żołnierzy stojących obok drzwi, nie to, żeby pilnowali by nikt nie uciekł, nic z tych rzeczy. Ale też, zupełnym przypadkiem, tylko oni mieli broń. Inni musieli oddać ją do depozytu) to i śmierdziało podobnie (głównie dzięki wiadrom na nieczystości stojącym pod oknem), a i chleb który im rozdano był czerstwy. Przynajmniej duży sagan z wodą przytargał już ktoś inny i oni nie musieli.
Choć wszyscy byli zmęczeni to zasnąć wcale nie było im łatwo…



Wysoki ciemnowłosy elf opierający się o halabardę, dostosowaną do tego by pełnić rolę forkietu dla rusznicy, przewieszonej przez plecy, z krzywym uśmiechem popatrywał na zbieraninę rekrutów. Wiedział, że gdyby ich nie pilnować, to już tej nocy co najmniej połowa uciekłaby. Ma szczęście oficer dowodzący obozem miał olej w głowie, nie był też szlachcicem, których Allandor nie cierpiał, od kiedy to jeden von doprowadził do śmierci całego jego oddziału. Jak na zawołanie lekki ból przeszył lewy bok Allandora, w miejscu gdzie dosięgło go ostrze topora zwierzoczłeka. Rana ładnie się zagoiła, lecz co jakiś czas jeszcze pobolewała, przypominając żołnierzowi o głupocie szlachty. Pieprzony von wprowadził całą jego lancę w zasadzkę, nie słuchając przestróg bardziej doświadczonych żołnierzy. Allandorowi nie było żal von, który zakończył żywot w żołądku któregoś z większych potworów. Żal tylko było chłopaków, dobrych kumpli, chociaż ludzi, oraz koni, w tym jego bułanej klaczki Cavvy. Elf był w podłym nastroju, w końcu nie prosił się do BPP, był jeźdźcem.

Jednym ze stojących na warcie żołnierzy był młody, przystojny facet opierający się nonszalancko o ścianę obok swojej halabardy. Jego dość długie włosy opadały lekko na idealnie czysty mundur w barwach Wissenlandu. Piwne oczy przenikliwie obserwowały rekrutów, a szczególnie rekrutki. Żołnierz był zgrabnej sylwetki i biła od niego dziwna aura.
Gustaw, zwany przez niektórych “Baron” nie mógł się doczekać kiedy wreszcie tych rekrutów zobaczy na placu treningowym. Pamiętał jego pierwsze dni jako młodego żołnierza. Nie zwyczajnym dla niego było by tak katować go na treningach. Teraz był wdzięczny sierżantowi, że tak skrupulatnie pilnował postępów w szkoleniu.
Podczas ostatniej misji werbunkowej ich mały oddział wpadł w zasadzkę przygotowaną przez zbuntowane chłopstwo. Sól tej ziemi oczekiwała, że wszystko dostaną i nie chcieli poddać się woli ukochanej Księżnej i wstąpić do armii. Przecież to powinność każdego bronić ukochanej ojczyzny i swojej pięknej władczyni.
Na wspomnienie o Elektorce wzrok Gustawa rozmarzył się a on sam oparł się o ścianę plecami wpadając znowu w marzenia.
Po kilku chwilach z błyskiem w oku oderwał się z zamyślenia i od ściany. Popatrzył na stojących z nim wartowników. Jednym z nich był elf, którego wołali Allandor.

Jak Ci się widzą te świeżaki? — “Baron” zagaił przedstawiciela starszej rasy.

Chciał by jego myśli uciekły na trochę od najpiękniejszej kobiety jaką widział parę miesięcy temu a do tej pory jej postać siedzi mu w głowie.
Elf przyjrzał się jeszcze raz rekrutom. Wśród nich wzrokiem wyłowił kilka osób mających jakieś tam przygotowanie do walki. Z tłumu rekrutów wyłowił wzrokiem kobietę wyróżniającą się szatą nowicjuszki Sigmara.

Ta Sigmarytka nie zdezerteruje i będzie świetnym kapelanem. Reszta to glina do urobienia przez sierżanta. Połowa z nich tęskni za ciepłymi łóżeczkami i cycuszkami, za nic mając swe obowiązki.

Gustaw popatrzył ponownie na kobietę w szatach.

Jak ich dobrze nie przeszkolą to lepszym byłby o Morryta jakiś — Dodał z uśmiechem rozbawiony.
Sierżant wiele czasu nie ma na garncarstwo — Zakpił pod wpływem lepszego humoru “Baron”.

Nie garnki lepić będzie. Rękoma raczej też nie. Niejeden z nich poczuje podkuty but na dupie — odparł lekko uśmiechając się na wspomnienie swoich pierwszych trzech tygodni w wojsku Wisselandu.



Młody mężczyzna, który kroczył wśród innych rekrutów nie wyróżniał się wzrostem, ani posturą szedł spokojnie, jakby delektował się spacerem na świeżym powietrzu. Uniesiona głowa delikatnie kołysała się na boki, krok za krokiem bujając posklejanymi pasmami włosów, które opuściły niedbale zawiązany rzemieniem kucyk. Mężczyzna przyspieszał dopiero kiedy jego plecy spotykały się z drzewcem halabardy wąsatego poborcy, który miał mu chyba coś za złe. Z przymkniętymi oczami powolnym krokiem szedł tam, gdzie go prowadzono, aż stanął przed drzwiami sali, która zapewne była jego celem.

Na bogów nie miłosiernych, chcecie sobie nurglingi wyhodować?

Otrzeźwiony gęstą atmosferą pomieszczenia nabrał energicznych, a wręcz nerwowych ruchów i z arią pomruków obrzydzenia na ustach rzucił się do okna wychylając się przez nie do pasa.

dobrzy Panowie kadzidłem nie uraczą, prawdaż? — zagaił do strażników stając w progu.

Może dla towarzystwa, a może dlatego, że oprócz okna, w którym się niewygodnie wisiało drzwi były jedynym źródłem świeżego powietrza? Nieśmiale oparł się skulony o futrynę i wcisnął dłonie w dziurawe kieszenie niespokojnie łypał oczyma to na strażników, to na podłogę, sufit, strażników, buty, sufit, strażników... chyba z nerwów by go nie odesłani do środka. Chociaż on sam nie był ani czysty, ani zadbany, to jego nozdrza nie były przywykłe do tak typowo miejskiego aromatu.

Nie narzekaj. Nie bądź taki delikatny. Żołnierz twardy musi być. Jesteś w wojsku i uwierz. Na polu bitwy gorsze smrody poczujesz a musisz być czujny i gotowy na walkę a nie haftować pod nogi swoje i kompanom — Odpowiedział spokojnym tonem wyniosłej postawy strażnik oparty o ścianę.

“Baron” współczuł chłopakowi. Sierżant jak się dowie, że ma takie delikatne powonienie od razu do latryn go zagoni.
Do niedawna włóczęga, a teraz świeżo mianowany żołnierz nie spodziewał się odpowiedzi tak rzeczowej. Wlepił gały w powaznego żołdaka i ściągając twarz rozdziawił usta jak tępy uczniak, który nie zrozumiał pytania. Po chwili niezręcznej ciszy przygryzając koniuszek języka uśmiechnął się tak przyjaźnie i szeroko, że jasno brązowe oczy zniknęły zamieniając się w ukośne czarne szparki. Nie poruszając niczym prócz nóg wsunął się tyłem do wnętrza pomieszczenia, odwrócił się na pięcie i wskoczył na pryczę możliwie najbliższą oknu. Zdjął wypchany, poszarpany plecak i położył się na plecach pomrukując coś pod nosem.

Allandor wzruszył ramionami. Oparł się wygodniej o halabardę.

Sam widzisz jaki materiał na żołnierza się trafił. Tego to chyba z jakiegoś przytułku świątynnego wygarneli, że chce byśmy mu wszystko kadzidłem okadzili.

Ja bym nikogo z nich nie skreślał. W chwili próby może z największej niedorajdy wyjść bohater — Powiedział patrząc na rozlokowujących się Gustaw.

Elf tylko się roześmiał.

Nikogo nie skreślam. Teraz to tylko glina do ukształtowania. Wojsko dopiero z nich zrobi żołnierzy. Teraz to... Szkoda słów...


Leo pojawił się pod drzwiami baraków pod wieczór. Miał na sobie płócienną koszulę oraz skórzane spodnie i kurtę. Wcześniej tego dnia odwiedził karczmę, w której dwóch wojaków, ze szczegółami opisało mu co czeka go zanim wyruszy na prawdziwą bitwę. W tej sytuacji swoje estalijskie ubranie, wraz z większością pieniędzy zdeponował w banku. Wcześniej zaś zrobił zakupy: nowe zwyczajne ubrania, kilka metrów szerokiego bandaża oraz specyfik przygotowany przez aptekarza. Obydwie rzeczy wylądowały w jego torbie, jako niezbędne do normalnego funkcjonowania. Spędził też kilka długich chwil w świątyni Myrmidii, gdzie ściskając amulet modlił się i prosił o opiekę w najbliższym czasie. Zapytał też tamtejszych kapłanów, czy amulet nie ma jakichś dodatkowych właściwości. Niestety, nie mieli dla niego czasu. Informacji musiał poszukać gdzie indziej, być może u mniej zajętych i mniej ważnych osobistości. Resztę dnia spędził w miejskiej łaźni. Bród, smród i nieczystości, o których był uprzedzony miały mu towarzyszyć przez nadchodzący czas.
Zdał szablę z prawdziwym bólem serca, wypytując się przy tym kilka razy o to czy na pewno zostanie dobrze pilnowana i kiedy będzie można ją dostać z powrotem. Strażnik udzielał wymijających odpowiedzi więc w końcu zrezygnowany udał się do sali.

Puta madre! Co za smród! — rozumiał różnicę w zwyczajach, ale co to za zwyczaj mieszkać w jednym pokoju z własnym gównem?
Buenas tardes, seniores... y sacerdotisa! — dodał dla równowagi.

Zajął miejsce na dolnej pryczy w kącie, jak najdalej od wiader. Jedna z osób w jego otoczeniu wyglądała na akolitkę. Strój nie pozostawiał wątpliwości nawet komuś tak mało obeznanemu z Imperium.
Po chwili, jakby tknięty nagłą myślą wstał, wziął torbę i nie patrząc na nikogo wrzucił ją na pryczę nad łóżkiem akolitki. Następnie sprawnym ruchem wspiął się na łóżko i położył.

Patrz Allandor. Ten południowiec skacze jak żabka. Tego chyba trzeba będzie mieć na oku. He he — Z uśmiechem skwitował zachowanie Estalijczyka “Baron”.

Wspomniana już kilkukrotnie akolitka, ze spuszczoną głową i pogrążona w modlitwie, pokornie weszła do sali i usiadła na pierwszej pryczy, jaką znalazła, nie zwracając uwagi na obserwujące ją osoby. Cała przykryta habitem, ledwo widać było jej twarz spod welonu. Wyglądała na twardą kobietę z szerszymi ramionami od przeciętnej kapłanki. Szczególnie uwagę przykuwać mogły blizny na licu oraz skórzane spodnie, które stały się wyraźnie widoczne, gdy tylko usiadła. Trwała tak w zamyśleniu i z wciąż zamkniętymi oczami, odprawiając w myślach jedną modlitwę za drugą.
Rudowłosy niziołek bacznie rozglądał się po kwaterze. Zbieranina wszelakiej maści łotrów i nieudaczników nie wróżyła dobrze tej wyprawie, ale w sumie gówno go to obchodziło, nie był tu po to by walczyć tylko po to by kogoś dorwać. Najważniejsza kwestia na teraz, to dobrze się ustawić, zanim co wredniejsze kanalie zaczną robić z małego niziołka popychadło. Wybrał że zakumpluje się z sigmarytką, wszak wszelkie odszczepieńcy i dziwolągi powinni się trzymać razem. Bert, bo tak brzmiało jego imię, położył swój plecak na pryczę koło kapłanki.
Pochwalony — rzucił do dziewczyny na przywitanie.

Chłopaki. Chyba dowództwo pomyślało o naszych żołądkach — Uśmiechnął się Gustaw kiwając na halflingów.
Ciekawe co jeszcze potrafią? Mam nadzieję, że nie będą dawać tyłów — Dodał po chwili.

W wierze Sigmara — akolitka przytaknęła niziołkowi nieco twardym tonem, choć uprzejmym.
Jakiś problem?

Problemu na razie nie ma — Bert przysunął się do młodej kapłanki i ściszonym głosem kontynuował dalej — problem zacznie się w nocy . Chłopa tu tyle i każdy jeden będzie chciał udowodnić że ma większego, więc na teoretycznie najsłabszych skupi się ich uwaga, jeśli wiesz co mam na myśli.

Sugerujesz, że dowódcy w Imperialnej armii nie utrzymują dyscypliny? — akolitka uśmiechnęła się do niziołka. — Nie bój się, nic ci nie grozi. Wszyscy jesteśmy braćmi i siostrami połączonymi tymi samymi nićmi losu.

Bardziej myślałem że tobie coś grozi w końcu jesteś tu jedyną kobitką — niziołek podrapał się po czuprynie — No ale skoro się nie obawiasz to chyba nie ma sprawy, a tak przy okazji to mów mi Bert.

Wyciągnął rękę do dziewczyny. Ona tylko uniosła brew. Co próbował powiedzieć niziołek? Że któryś z rekrutów odważy się tknąć jedną z sług Sigmara?
Zdjęła welon, ukazując krótkie, jasne włosy. Odłożyła go na pryczy i zaczęła się powoli rozbierać. Nie miała przecież zamiaru spać w skórzni. Co prawda krępowała ją obecność tych wszystkich mężczyzn, ale najwyraźniej taki był plan przełożonych; musiała wykazać się pokorą i przełknąć wstyd. Chociaż wciąż będzie na sobie miała koszulkę i spodnie, czuła się roznegliżowana.
Przebywający na górnej pryczy estalczyk rzucił okiem na całą sytuację i widząc, że akolitka przebiera się z pewnym skrępowaniem, zagaił półszeptem.

Sacerdotisa, jeśliby panna chciała się przebrać kiedy to mogę zarzucić koc z górnej pryczy i będzie panna miała trochę intymności na dolnym łóżku.

N... nie trzeba — odparła. — Ten jeden raz nie zrobi różnicy. Jeśli mam służyć w głównie męskiej kompanii, należy przywyknąć. Nie mogę każdego wieczora chować się za kocem.

Nie wiem, czy idzie do tego przywyknąć. Odrobina intymności nie może przecież zaszkodzić, a takie wystawianie się na widok na niewiele się przyda. Mnie w każdym razie nie przeszkadza służyć kapłance każdego dnia. Wedle woli, ale moja propozycja jest zawsze aktualna, seniorita — odpowiedzieł.

Jeżeli chcesz robić za parawan każdego dnia, proszę bardzo — Akolitka uśmiechnęła się delikatnie.

No hay problema, sacerdotisa, po prostu stuknij dwa razy w ramę łóżka — uśmiechnął się również.



Wysoki, chudy mężczyzna w czepku z długimi trokami na głowie westchnął zrezygnowany i powlókł się na pierwsze lepsze łóżko. Pewnie warto byłoby pomyśleć o hierarchii w nowej rodzinie, zacząć ustawiać się i dbać o przyszłość … Ale jaki to miało sens, gdy za najdłużej miesiąc i tak zostaną rzuceni w roli mięsa armatniego do walki? Przeżyje jeden-dwóch na dwudziestu, a potem niewola, tortury i śmierć, albo lazaret, kalectwo i śmierć. Wszak niejednego weterana oglądał w namiocie Starego, szukającego choćby najmniejszej ulgi w pamiątkach po bitwach. Gdy chudzielec zasiadł na łóżku (dolnym z jego “pięter”), odruchowo chwycił torbę z cyrulickimi utensyliami, by w porządkowaniu odnaleźć ukojenie. Nim jednak przystąpił do segregacji, usiadł wyprostowany, patrząc prosto przed siebie. Prawy kciuk oparł przy podstawie czaszki, środkowy palec podłożył pod żuchwę od prawej a wskazujący na tejże żuchwie. Lewa dłoń natomiast powędrowała na lewe skroń i ciemię głowy. Następnie płynnym ruchem, nie odrywając dłoni pochylił głowę w prawo, obrócił w lewo i na ukos w górę, jakby chciał ją sobie urwać. A gdy już wydawało się, że dalszy ruch głowy był niemożliwy, szybkim, krótkim ruchem prawej ręki pogłębił nieznacznie skręt; charakterystyczny trzask przestawianych kręgów dało się słyszeć w całej sali. Podobny zabieg wykonał po przeciwnej stronie głowy. Całość trwała nie dłużej niż kilka uderzeń serca. Znać było, że chłopak ruch wykonał precyzyjnie acz z właściwą nawykom nonszalancją. Potem zaś rozpoczął sprzątanie ekwipunku, nie zwracają uwagi na otoczenie.

Walter przechadzał się po ciasnym pokoju. Spoglądał na swoich nowych towarzyszy broni. Niziołek, cyrulik, akolitka sigmara, przybysz z Estalii… Pięknie. Po prostu pięknie. Nie uśmiechało mu się wstępować do armii i walczyć niewiadomo za co. Z drugiej strony, może to nawet lepiej. Przynajmniej oprychy burmistrza Grissenwaldu nie znajdą go tutaj. Kto by pomyślał, żeby ścigać uczciwego człowieka za to, że trochę sobie pochędożył. Co prawda, to była córka burmistrza… . Ale sama tego chciała, nawet próbowała go bronić słownie przed służbą, która ich przyłapała. No, ale stało się. Teraz znajdował się w tym pokoju. Będzie walczyć. Ciekaw był, czy będą mu kazali walczyć wręcz czy może dadzą mu łuk. Osobiście wolałby to drugie. Miał trochę doświadczenia strzeleckiego. Występując na jarmarkach, jego popisowym numerem, było żonglowanie nożami. Zawsze wzbudzał tym zachwyt wśród widzów.
Skoro już był w wojsku, wypadałoby się zaznajomić z jego nowymi towarzyszami. Podszedł do cyrulika, który widocznie siedział trochę z boku.

Witaj, Walter Hoffman — przedstawił się — akrobata, żongler. Występowałem na okolicznych jarmarkach.

Cyrulik poprawił jeszcze jednym ruchem ułożenie fiolek i pił do kości w torbie, po czym odłożył ją z pieczą na łóżko. Następnie powoli uniósł spojrzenie zmęczonych, półprzymkniętych oczu i z wyrazem niezadowolenia, pogardy, złości i niechęci na ustach, rzekł powoli do cyrkowca nad podziw spokojnym, głębokim i uprzejmym tonem.

Witaj, Walterze. Zwą mnie Abelard. Łatałem twoich kolegów po okolicznych jarmarkach. Zakładam, że i ty nie znalazłeś się tu dobrowolnie? Czy może w ramach chwili zapomnienia o tym skądinąd parszywym miejscu nie potrzebujesz się wychrupać?

Choć ostatnie słowo znacząco odbiegało od dość wysokiego stylu, z jakim przemawiał młodzian, wypowiedział je tym samym tonem, jakby “wychrupanie” było równie uczonym słowem co “kandelabr” czy “eklezjarchia”. Lewy kącik ust, przecięty niewielką blizną, drgnął nieznacznie przy wspomnieniu jarmarków.

Oczywiście, że nie jestem tu dobrowolnie. Jak mógłbym zrezygnować z płynących do mnie złotych koron i dziewcząt, samych wskakujących mi do łóżka? — uśmiechnął się Walter — No, ale już tak na poważnie, to jestem z poboru. Weszli do karczmy i zabrali każdego zdolnego do noszenia broni. W tym mnie. Wychrupać? A co to za słowo?

Nagle, wypowiedź przerwał mu włóczęga, który od kiedy zaległ płasko na górnej pryczy przy oknie, leżał całkowicie nieruchomo. Rozłożony na wznak wodził jedynie gałkami po kolejnych postaciach nie poruszając głową ani o cal. Wnet nerwowo i chaotycznie przetarł kilkakrotnie twarz z łaskoczących włosów i przewrócił się na brzuch.

Pokaż coś! — parsknął wesoło do akrobaty-żonglera uśmiechając się szeroko.
Oparł podbródek na złożonych dłoniach i wyczekiwał na odpowiedź z szeroko otwartymi oczyma.
Jeszcze nie widziałem żonglerki z tak bliska — dodał po chwili unosząc lekko głowę i znów oparł ją na dłoniach.

Bardzo chętnie, ale zabrali mi moje rekwizyty. Jak wyjdziemy z tego pokoju, to przypomnij mi, to pokażę ci moją popisową sztuczkę. Żonglerkę nożami. Zobaczysz, normalnie ci szczęka opadnie.

Cyrulik przymknął oczy na chwilę wraz z westchnieniem, po czym zaczął tłumaczyć akrobacie i tym, którzy mogli się jeszcze przysłuchiwać.

Zatem, szanowny kolego, ciało nasze składa się z miękkiego i twardego: mięsa i kości. Na mięso przeróżnymi specyfikami działać możesz, ale już na kości prawie żadnym. Tyle, co złożyć jak komuś piszczel strzeli. Czy jednak kości nie mogą wpływać na ciało? Czy krzywa noga nie sprawi, że miesiące całe zgięty w pół chodzić będziesz aż ci w trzewiach pokarm siedzieć nie będzie chciał? Ano może, odpowiem za was. Chrupanie więc to nic innego jak takie ruszenie kośćmi, przy którym ustawią się dobrze i zdrowie wróci, a gdy ten ruch się robi to i gnaty skrobią o siebie, skąd trzask słuchać. Choć, oczywiście mam kilka amuletów przeciw wszelkiej cholerze, jeśli wolisz miast zabiegów — rzekłszy, skrzywił się widocznie.

Walter słuchał uważnie słów cyrulika.

Hmm… wiesz co, nie dzięki, o moje kości jestem spokojny. Nigdy nie miałem żadnych złamań ani innych dolegliwości. Ale taki amulet może się przydać. Człowiek nie wie jakie cholerstwo może się przypałętać. A może przynajmniej go ochroni. A tak wracając do poprzedniego tematu, ciebie też wzięli z poboru?

Allan, jak nazywali towarzysze Allandora, przeciągnął się tak, że zatrzeszczały kości.
Idę rozruszać nogi. Sprawdzę też okno by jakiś ptaszek w nocy nam nie wyfrunął.
Żołnierz przystanął przy oknie, sprawdził dokładnie jego zamknięcie, oraz całość okiennic. Okiennice były całe. Dały się nawet zamknąć (metodą “na sznurek”) ale z pewnością nikogo by nie powstrzymały przed ucieczką. Wysokość - drugie piętro - też nie, jeśli ktoś byłby wystarczająco zdesperowany. Allan domyślił się, że właśnie dlatego są tu i żołnierze.
.
.
.
 
__________________
[b]Ostatni:zapraszam na doca
Oczekuję na: Hakon, druidh, Stalowy, Komtur, Baird, Ismerus, Gob1in, pi0t, Morel,

Ostatnio edytowane przez hen_cerbin : 26-02-2017 o 19:42.
hen_cerbin jest offline  
Stary 26-02-2017, 20:11   #3
 
hen_cerbin's Avatar
 
Reputacja: 27202 hen_cerbin ma wspaniałą reputacjęhen_cerbin ma wspaniałą reputacjęhen_cerbin ma wspaniałą reputacjęhen_cerbin ma wspaniałą reputacjęhen_cerbin ma wspaniałą reputacjęhen_cerbin ma wspaniałą reputacjęhen_cerbin ma wspaniałą reputacjęhen_cerbin ma wspaniałą reputacjęhen_cerbin ma wspaniałą reputacjęhen_cerbin ma wspaniałą reputacjęhen_cerbin ma wspaniałą reputację
Dzień pierwszy:

Aubentag (Dzień Poboru), 14 Vorgeheim 2522, rano
okolice biura pisarza wojskowego,
Koszary Armii Wissenlandu,
Nuln


Zostaliście zagonieni na sam koniec kilkudziesięcioosobowej kolejki prowadzącej, jak się łatwo było domyślić, do biura pisarza wojskowego. Domyślić się było tym łatwiej, że gdy znaleźliście się już bliżej, mimo hałasu tuzina rozmów zaczęliście rozróżniać te same pytania powtarzane w kółko, raz po raz:
- Imię?!

- Nazwisko?!

- Zawód?!

- Co potrafi?!

- Tu podpisać! Jak nie umie to trzy krzyżyki.

- Gratuluję, jesteście wybranym żołnierzem Elektorki i tak dalej...
- Wyraźnie zmęczony kolejnym dniem tego samego pisarz nie miał już ani sił ani chęci by prawidłowo witać rekrutów. Machnięciem ręki odganiał dalej tych, którzy się nie domyślili, że mają iść dalej - do BPP - by po chwili zawołać kolejnego:- Następny! Nie guzdrać się.

Każdy "ochotnik" musiał przez to przejść. I przy każdym z Was krzywił się, nie wiadomo czy z powodu odcisków jakie mu się zrobiły na palcach czy może raczej ze względu na Wasze nikłe doświadczenie bojowe.

Dalej nie było lepiej. Mundury jakie wam wydawano były dostępne jedynie w dwóch rozmiarach: "za małym" oraz "za dużym", ostatecznie jednak drogą niemalże handlu wymiennego zaczęliście wyglądać niemal jak żołnierze, a nie jak zbóje, którzy zdarli mundury z trupów.
Skórzane elementy zbroi były... no cóż. Były. Wasi ojcowie z pewnością byliby zadowoleni, gdyby je dostali 20 lat temu. Zresztą, całkiem możliwe że właśnie je dostali, a po zwróceniu wylądowały w magazynie na dwie dekady. Niemniej, mimo nieco sparciałych pasków po odrobinie zadbania o nie mogły znów służyć dobrze. Problem pojawił się tylko przy krasnoludzie. Na Detlefa nijak żadna skórznia nie chciała pasować, co jemu samemu przeszkadzałoby może i mniej (już miał własną) ale biurokratycznemu systemowi kwatermistrzostwa przeszkadzało bardzo. Rozwiązanie jednak znaleziono:
- Idź z tym papierem do magazynów, tam coś znajdą - jak zwykle, najlepszym wyjściem z problemu dla biurokraty nie było rozwiązanie go, a przerzucenie na kogoś innego i niech on się martwi.

Problem broni rozwiązano bardzo prosto. Tuż za drzwiami wyjściowymi znajdowało się dwóch żołnierzy, którzy pytali każdego: - pika czy łuk? - i kierowali w odpowiednie miejsce - plac treningowy albo strzelnicę, zmuszając Was do rozdzielenia się.

Najgorzej miał chyba ten na oko trzynastoletni chłopak, który wczoraj skulił się na pryczy i starał się spać, bojąc się zamienić z kimkolwiek choć słowo. Kiedy wyraźnie przestraszony podczas przepytywania na pytanie o imię odpowiedział "Magnus", a o nazwisko "Pob... Pobetke" pisarz nie wytrzymał:
- Znowu Ty? Chłopcze, tu połowa podaje fałszywe imiona. Ale chociaż zmyśl coś lepszego - Ten jednak twardo trzymał się swojej wersji. Twierdził też że coś czytał, ale tego mu pisarz nie dał dokończyć, westchnął i odesłał, jak innych, do BPP. Mieliście wrażenie, że każdego innego dnia odprawiał go z kwitkiem jako zbyt młodego, ale dziś się poddał. Chłopiec wyraźnie się ucieszył i nie przeszkadzał mu ani za duży mundur, ani skórznia, którą założył tył na przód, ani pika, którą ledwo potrafił utrzymać.

 
__________________
[b]Ostatni:zapraszam na doca
Oczekuję na: Hakon, druidh, Stalowy, Komtur, Baird, Ismerus, Gob1in, pi0t, Morel,
hen_cerbin jest offline  
Stary 26-02-2017, 22:57   #4
 
Goel's Avatar
 
Reputacja: 2079 Goel ma wspaniałą reputacjęGoel ma wspaniałą reputacjęGoel ma wspaniałą reputacjęGoel ma wspaniałą reputacjęGoel ma wspaniałą reputacjęGoel ma wspaniałą reputacjęGoel ma wspaniałą reputacjęGoel ma wspaniałą reputacjęGoel ma wspaniałą reputacjęGoel ma wspaniałą reputacjęGoel ma wspaniałą reputację


Abelard, zwany po prostu Ablem, przeczesał krótkie, zmierzwione włosy wstając po słabo przespanej nocy. Przetarł swoje głęboko osadzone, ciemnobrązowe oczy i przejechał dłońmi po twarzy - przez chwilę naciągnięta skóra jeszcze mocniej opięła się na wydatnych kościach policzkowych młodzika, zamieniając go na mgnienie oka w maszkarę Chaosu. Już po chwili jednak facjata cyrulika przyjęła sztandarową minę balwierza - według słów Starego, "skrzywioną, jakbyś miał wiecznie gówno pod nosem".

Wieczorne rozmowy niewiele wniosły - obyło się bez prób kocenia (bo i kto kogo miałby tu kocić?), nikt też chyba nie nastawał na cześć Sigmarytki (więc w oddziale nie było raczej samobójców). Owszem, Abelard zawiązał mniej lub bardziej powierzchowne znajomości z innymi rekrutami - nikt jednak nie zdecydował się na odbycie zabiegu. Cyrulik nie był zdziwiony; wszak ludzie przychodzili doń gdy już za późno było na profilaktykę. Drugą rzeczą było już to, że nawet wśród szlachty większość brała słowo “profilaktyka” za rodzaj wymyślnej arabskiej lektyki…

A nowy dzień okazał się jeszcze gorszy. Pisarz i reszta komisji poborowej nic nie robili sobie z uprzejmych prób zwrócenia uwagi na niedysponowanie Abelarda do służby oraz predyspozycje do pracy w lazarecie. Młodzian był w szoku: armii trafiał się on, skarb najdroższy mogący ograniczyć ofiary w ludziach choć trochę, a był wysyłany z resztą rekrutów na szkolenie?!

Ale nie było w temperamencie młodego Nossenkrapa kłócenie się i otwarty konflikt. Jeśli już, cyrulik wolał mścić się i rozpowszechniać plotki, odwlekając zemstę knując. Toteż wobec całkowitej głuchoty żołnierzy na jego przekonywania, z rezygnacją uniósł wzrok na kierującego do formacji i rzucił z właściwą mu flegmą:

- Łuk, jeśli łaska.

Nie mając bowiem pojęcia o taktyce wojska młodzian koncypował, jakoby strzelcom łatwiej było przetrwać na polu walki niż “zwykłej” piechocie. Dotarłszy zaś na strzelnicę, przyjrzał się ciekawie z kim przyjdzie mu zasypywać wroga gradem strzał.
 

Ostatnio edytowane przez Goel : 26-02-2017 o 23:07.
Goel jest offline  
Stary 27-02-2017, 13:33   #5
 
Cedryk's Avatar
 
Reputacja: 4244 Cedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputację
Allandor oczekiwał na rekrutów na strzelnicy. Sierżanta nie było, w końcu do niego należało wydawanie rozkazów. Mógł dzięki temu ominąć przygotowanie rekrutów do szkolenia jeśli tylko zrzuci to na kogoś innego. Przygotowanie łuczników zrzucił na jednego z niewielu elfów w wojskach Wisselandu.
Allandor w porównaniu do ochotników prezentował się wspaniale. Dopasowana skórznia na niej czarny mundur z szarymi wstawkami. Do klejnotu z symbolem Wissenlandu - słońcem umocowanym na skórzanym hełmie, przyczepione było pióro malowane w pasy czerwone, białe i błękitne. Do tego dochodził przewieszony przez plecy łuk w pokrowcu, rusznica, tarcza. O lewy bok obijał się miecz w pochwie, na prawym miał powieszony kołczan. Przez piersi biegł bandolet z dwoma sztyletami i sakiewkami z dziesięcioma patronami do rusznicy.

- Witajcie ochotnicy prześwietnej armii Wissenladu. Wybraliście więc szkolenie strzeleckie, mnie zaś przypadł zaszczyt objaśnienia wam najprostszych zasad. - Przemówił do tych którzy już odebrali łuki.
Powiódł wzrokiem po zebranych i dochodzących jeszcze ochotnikach. Tak jak był nie ma pewny niemal wszyscy mieli łęczyska proste bez nałożonych do końca cięciw, tak jak to się przechowuje łuki i jak się je wydaje z magazynów.
- Zatem rybacy po pierwsze odpowiadacie za stan łuku, który otrzymaliście, zaś za zły jego stan możecie trafić do karceru o chlebie i wodzie. Nie mówię już o tym, iż możecie stracić oczy, zęby, gdy nie będziecie o swój łuk dbali.
Podszedł do jednego z ochotników, którzy nie mieli założonych cięciw.
- Pokażcie swój łuk. - powiedział wyciągając rękę po chwili trzymał go w dłoni.
- W tej chwili to co macie nadje się tylko na wędki, jak znajdziecie do nich haczyki. Łuk pobrany prosto z magazynu najczęściej nie nadaje się do strzelania, być może nie daje się do niczego, jeśli magazynier był niedbały i nie dbał o sprzęt.
Allandor przyjrzał się dokładnie łęczysku. Na szczęście łęczysko było zadbane, chociaż wosk zabezpieczający był już wyschnięty i łuszczył się. Nie można tego jednak był powiedzieć o cięciwie, widać było zmechacenia.
- Tak jak podejrzewałem dawno nikt nie konserwował tego łuku. Zdejmować cięciwy, by wam wasze łuki nie wybiły zębów. W taki stanie pękną przy pierwszych oddanych strzałach. Teraz zasuwajcie wszyscy po wosk do łuków. Ci co założyli cięciwy zdejmują je. Jak wrócicie z woskiem pokażę wam jak konserwować wasze łuki.
 
__________________
Choć kroczę doliną Śmierci, Zła się nie ulęknę.
Ktokolwiek walczy z potworami, powinien uważać, by sam nie stał się potworem.
gg 643974 Zło kroczy ulicami. Coś się psuje. *** Warsztaty - Życie.
Cedryk vel Dumaeg czasami z dopiskiem 1975

Ostatnio edytowane przez Cedryk : 27-02-2017 o 14:41.
Cedryk jest offline  
Stary 27-02-2017, 14:05   #6
Dnc
 
Dnc's Avatar
 
Reputacja: 687 Dnc jest godny podziwuDnc jest godny podziwuDnc jest godny podziwuDnc jest godny podziwuDnc jest godny podziwuDnc jest godny podziwuDnc jest godny podziwuDnc jest godny podziwuDnc jest godny podziwuDnc jest godny podziwuDnc jest godny podziwu


Niklaus urodził się w typowej niziołczej rodzinie zajmującej się budowanie i naprawianiem wozów. Niklaus jako najmłodszy z rodzeństwa często był traktowany mało powaznie (jak na standardy niziołków) i spychany przeważnie na margines życia rodzinnego i zawodowego.
Pewnego dnia gdy usłyszął o “wielkim świecie” od kupca który ich odwiedził postanowił jeszcze tego dnia zmierzyć się z przygodą i wyruszyć na szlak. Pożegnał się z rodziną i ruszył w nieznane. Błakając się od miasta do miasta uczył się róznych rzeczy, jedak najlepiej wychodził mu co jego wielkiemu zdziwiniu te, które nie były legalne w świetle prawa.

Młody Kołodziej jest radosnym niziołkiem, nie zdającym sobie sprawy z działania niektórych praw i mechanizmów Imperium. Lubi płatać figle i ma spore problemy z kleptomanią. Jest otwarty, lojalny i ufny, lubi przygody i chętnie bierze w nich udział ale także gdy sprawy przybierają zły obrót to pierwszy jest chętny do ucieczki. Niklaus miał jedną bardzo ciekawą cechę, z której był bardzo dumny. Mianowicie przygody, niebezpieczeństwa a również i kłopoty same go znajdywały. Czasami im niechcący im dopomagał przez swoją wielką i niezamykającą się gębę lub przez niezrozumienie niektórych mechanizmów jakimi rządził się świat ludzi.

Niklaus jako że jest młodym niziołkiem, to nie dorobił się jeszcze małego brzuszka.
Ubrany w obcisłe ciuszki, z narzuconym na siebie płaszczem podróżnym był gotów do drogi. Jego małe, brązowe, rozbiegane oczka bacznie oglądały każdego kto się był na placu do ćwiczeń.
Bujne brązowe loki oraz małe kolczyki dodawały mu uroku na którą nie jedną niziołczą pannę już nabrał. Mimo to zew przygody był dla niego zbyt wielki by ostać się gdzieś na trochę dłuzej. Tym razem miało bardzo podobnie....

Niklaus przez zawirowania jakie miały miejsce na ziemiach Imperium trafił do Wissenlandu a ściśle mówiąc do więzienia w Wissenlandzie. Jeden z kupców strasznie się uparł, że sakiewka którą znalazł Kołodziej należy do niego. Co z tego że miała wyszyte jego inicjały? Według niziolka ludzie zbytnio przejmowali się własnością osobistą...
Niklaus długo się tym nie przjemował bo przecież sam fakt, że trafił (pierwszy raz w życiu!) do więzienia powoduje mnóstwo okazji do przygód poza samo w sobie jest przygodą.
Niziołek nie mylił się. Nie minęły 3 doby a jakiś żołdak zaprpoponował mu w zamian za ułaskawienie wcielenie go do wojska. Niklaus długo się nie namyślał, pierwszy ruszył na spotkanie z przygodą!

Wczoraj późnym wieczorem jakiś paskudny strażnik wrzucił Niziołka do czegoś co chyba miało być ich noclegownią. Młody Kołodziej jak zwykle przybył z opóźnienim spowodowane to było jego zamarudzeniem po drodze a także niedopartą chęcią myszkowania po obozie. Trochę szkoda, że kucharz go narkył gdy ten własnie dobierał mu się do garnka. Coś tam udało się zjeść ale biedny niziołek jeszcze był głodny...
Śmierdziało tutaj podobnie jak w więzieniu które niedawno Niklaus odwiedził więc poczuł się pewnie, że jest w trochę znajomym miejscu. Nie zastanawiając się długo bo było już późno i nie chciał nikogo pobudizć ułożył się do spania. Łóżka były zajmowane ale jedno zajęte przez jakieś kuzyna niziołka tylko w połowie więc Niklaus ułoży się w "nogach" łożka i teraz dwa niziołki zajmowali w pełni jedno łoże.

Z samego rana Niziołek czująć zew przygody a także głód jako jeden z pierwszych ruszył w kieurnku kolejki. Miał nadzieje, że to kolejka do śniadania bo już naprawde, naprawde był głodny. Po dłuższych oględzinach i wypytwaniu reszty stojących obok o to co tutaj się w ogóle dzieje Niklaus zasmucił się. Po chwili jednak stwierdził, że jest w PRAWDZIWYM WOJSKU i zaraz będzie miał przyjemność rozmawiać z PRAWDZIWYM WOJSKOWYM! Sam fakt, już porpawił mu humor wieć gdy przyszła jego kolej był gotów by poopowiadać trochę o sobie i swojej rodzinie. Bo przecież każdy kto pyta o nazwisko chce się przy okazji dowiedzieć skąd ono pochodzi i jakich dziadów miał pytany, nieprawdaż?

- Nazwisko?!
- O dobrze, że pan pyta! - krzyknął również niziołek, będać pewny że biedny skryba już chyba nie dosłyszy skoro ciągle tak się wydziera, postawnoił że pomoże biedakowi i równiż będzie głośno krzyczał
- Moje nazwisko pochodzi od wybitnego zawodu jaki z pokolenia na pokolenie wykonywał mój pra-pradziad Rudi Kołodziej! Mianowicie mój pra-pradziad Rudi miał fach w ręku jak mało który niziołek! Zaczeło się od tego że kiedyś sąsiadowi pękła ośka w wozie...pan wie co to ośka?! A to dobrze. No i tak ośka jak pękła to mój pra-pradziad Rudi przybandził szybko i raz dwa, prach ciach foch mu pomógł! Widząc, że idzie mu to lepiej niż uprawianie ziemi porzucił to i zajął się naprawą wozów! Tak samo mój dziad Walter Kołodziej a i potem jego synowie Agnus Kołodziej, Ludo Kołodziej i Miro Kołodziej! Mój ojciec wspomniany Ludo Kołodziej także był kołodziejem czyli naprawiał wozy! Opowiedzieć jeszcze coś o mojej kochanej matce? NIe?! No szkoda, może następnym razem!
- Imię?!
- Eeee... Niklaus, po dziadku od strony mamy ale więcej to nie wiem co panu moge opowiedzieć o moim imieniu
....- zakończył troche nieporadnie niziołek
- Zawód?!
- Po ojcu, dziadku, pradziadku i pra-pradziadku naprawiam wozy a teraz też podrózuję po świecie poszukiwaniu przygody! Więcej nie mówić?! Tyle wystarczy?! No dobra
...- burknął trochę obrażony niziołek
- Co potrafi?!
- Oprócz naprawiania wozów?! Opowiadałem panu już o tym?! Tak?! No więc trochę zręczny jestem, gotować potrafię a i strzelać z procy. Kiedyś zabłem wiewiórkę!
- dumnie odparł Niklaus i własnie chciał opowiedzieć jak do tego doszło ale kazali mu coś podpisać trzema krzyżykami więc stracił gdzieś wątek.

Następnie pchnięto go już by sobie szedł po pewnie zagadałby ich na śmierć. Dostał jakiś mundur i skórzana zbroję co się nie rózniła od tej jego. No oprócz tego że była starsza. Gdy chciano mu dać łuk to go wział ale po chwili namysłu stwierdził że ma nadzieję że ktoś to nauczy z niego strzelać. Już zatesknil za swoją proca...

 

Ostatnio edytowane przez Dnc : 27-02-2017 o 20:46.
Dnc jest offline  
Stary 27-02-2017, 14:37   #7
 
Anvan's Avatar
 
Reputacja: 118 Anvan wkrótce będzie znanyAnvan wkrótce będzie znanyAnvan wkrótce będzie znanyAnvan wkrótce będzie znanyAnvan wkrótce będzie znanyAnvan wkrótce będzie znanyAnvan wkrótce będzie znanyAnvan wkrótce będzie znanyAnvan wkrótce będzie znanyAnvan wkrótce będzie znanyAnvan wkrótce będzie znany
Kolejna nieprzespana noc, kolejny koszmar. Twarze oddziału czasami nawiedzały go we śnie. Z tym Roland nic nie mógł zrobić, miał tylko nadzieję że nigdy nie ujrzy wśród nich Niny. Tego by chyba nie zniósł. Mimo prawie Siedmiu lat w wojsku, wciąż nie potrafił się pogodzić z tym że czasami żołnierze umierają. Po prostu starał się o tym nie myśleć, robił swoje. Taki już był. Teraz czekał go nowy oddział, nowi ludzie i nowa wojna.
Bał się , tak cholernie się bał.
Zbyt wielu już grzebał...

Roland ruszył ulicami miasta w kierunku placu ćwiczebnego. Nie wiadomo dlaczego ludzie schodzili mu z drogi, czy to z rozsądku nie chcąc zostać zaciągnietym do armii, czy też może tak działała prezencja żołnierza. Ubrany w białą koszulę z wyszytym na ramieniu herbem miasta i ciemnobrązowe spodnie. Marsowa mina stworzona z opalonej i naznaczonej bliznami twarzy, częściowo przykrytej czarną brodą nie spodobała się przechodniom. Trzymając w dłoni halabardę, i mając za pasem miecz i sztylet przebijał się przez tłum tak jak wilk porusza się pośród owiec.

Na miejscu okazało się że sierżant jeszcze nie przyszedł, albo poszedł chlać. Za to rekruci się już pojawili. Nader licznie trzeba wspomnieć. Natychmiast też wykazali że o wojsku większość z nich nie miała zielonego pojęcia. Rozrzucone części skórzni walały się po ziemi niedbale, większość rekrutów po prostu siedziała sobie, inni chodzili w koło trzymając piki tak, jakby zaraz mieli komuś wybić oko. Krótko mówiąc bajzel na kółkach. Jakby teraz ktoś z szarż przyszedł taki opierdol grupa by dostała że przez dwa następne dni by się po nim zbierała.

- Dobra żołnierze, to nie jest karczma czy inszy przybytek rozrywce poświęcony tylko wojsko psia wasza mać! Porządek tu ma panować. Wstawać wszyscy ale już!
I na kiego grzyba tak tą piką machasz, hę? Najpierw wszyscy broń w jednym miejscu złożyć, zanim ją dostaniecie musicie się dowiedzieć co to znaczy być żołnierzem miłościwie nam panującej księżnej elektorce!
- zasapał się lekko, rozejrzał w poszukiwaniu innych żołnierzy co by mu pomogli ogarnąć ten bajzel, a potem zawołał:
- No, a teraz to mi się tu w szeregu ustawić i nie siedzieć, mówiłem że to nie karczma. No a jak się zbierzecie to zwołam chłopaków i pokażemy jak zakładać te pancerze coście je tak rozrzucili
 

Ostatnio edytowane przez Anvan : 27-02-2017 o 20:36.
Anvan jest offline  
Stary 27-02-2017, 16:13   #8
 
Hakon's Avatar
 
Reputacja: 23610 Hakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputację
Kiedy pierwsze promienie słoneczne wkradły się do koszar Gustaw właśnie kończył czyszczenie swoich butów. Żołnierz bardzo dbał o wygląd i o czystość ekwipunku i umundurowania.
Uważał, że czysty ekwipunek jak i odzienie świadczy nie tylko o jego właścicielu, ale także o oddziale i o dowódcach, nie wspominając o cudownej Księżnej Elektorce.

"Baron" stał na placu ćwiczebnym i przyglądał się przybywającym. Ci ludzie wybrali lub za nich wybrano walkę w oddziałach halabardników. Ta broń choć plebejska jak uważało sporo arystokratów była bardzo skuteczna w walce. Edyktem cesarskim każdy land musiał wystawiać tego typu oddziały.

Gdy Gustaw zobaczył nieporadność ochotników, w szczególności młodzika aż skrzywił się. Wymienił spojrzenia z Hockem i ruszył do szczeniaka.
- Nie tak się to zakłada!- Krzyknął wysoki mężczyzna o przystojnej i zazwyczaj miłej aparycji. W jego głosie dało się słyszeć ton nie tolerujący buntu. Młodziak, który zakładał skórznie tył na przód aż znieruchomiał. Halabardnik oparł broń o ścianę budynku i podszedł do młodzika i pokazał mu jak trzeba założyć. Teraz jak szedł widać było jak jego mundur, buty, zbroja oraz broń są nienagannie wyczyszczone i zadbane. Szedł dumnie i elegancko co wyjaśniało jego ksywę. "Baron" ten kto się rozpytywał to od razu wiedział o kogo chodzi.
- Tak się to chłopcze zakłada. Pamiętaj, że ona może uratować Tobie życie więc dbaj o nią.- Kiedy skończył odwrócił się do reszt ochotników.
- Nie będę się wywodził nad powitaniem ect.- Podszedł z powrotem do halabardy opartej o ścianę i odwrócił się stojąc wyprostowany z bronią w ręku.

"Baron" pozwolił przemówić starszemu żołnierzowi i patrzył na reakcję ochotników.
- No dobra. Słyszeliście Pana Rolanda!- Oderwał się od ściany i ruszył by przypilnować nowy narybek armii Wissenlandu.
- Równo! Wyprostuj się!- Poprawiał każdego co odbiegał od najprostszych zasad musztry.
 

Ostatnio edytowane przez Hakon : 27-02-2017 o 22:46.
Hakon jest offline  
Stary 27-02-2017, 18:48   #9
 
Ismerus's Avatar
 
Reputacja: 6405 Ismerus ma wspaniałą reputacjęIsmerus ma wspaniałą reputacjęIsmerus ma wspaniałą reputacjęIsmerus ma wspaniałą reputacjęIsmerus ma wspaniałą reputacjęIsmerus ma wspaniałą reputacjęIsmerus ma wspaniałą reputacjęIsmerus ma wspaniałą reputacjęIsmerus ma wspaniałą reputacjęIsmerus ma wspaniałą reputacjęIsmerus ma wspaniałą reputację
~No to się porobiło.~ Pomyślał Walter, stojąc w kolejce do pisarza wojskowego. Jeszcze dwa dni temu cyrkowiec i artysta, dzisiaj żołnierz Najjaśniejszej Elektorki. Nie był wojownikiem i nie miał ochoty ginąć za sprawy, które go nie obchodzą. Ale zawsze był optymistą. Przynajmniej tutaj nie dopadnie go pościg sług burmistrza Grissenwaldu.

Kolejka dłużyła mu się niemiłosiernie, aż w końcu, po kilkudziesięciu minutach czekania, doszedł do pisarza.
-"Imię?!"
-Walter- spojrzał swoimi ciemnymi oczami na urzędnika. Twarz Waltera nie należała do najładniejszych. Kiedy był mały jego wioskę spalili zwierzoludzie. Tylko on ocalał, lecz po tym zdarzeniu została mu bliznu biegnąca przez pół twarzy.
-"Nazwisko?!"
-Hoffman.- mówiąc to potrząsnął głową, a jego ciemny warkocz z tyłu głowy zakołysał się.
-"Zawód?!"
-Akrobata, żongler, ogólnie mówiąc cyrkowiec.- poprawił swoją skórzaną kurtę.
-"Co potrafi?!"
-Umiem wspinać się na każde wysokości. Potrafię chodzić po wąskim belkach. Oprócz tego doskonale rzucam nożami. A i opiekowałem się psem, jeśli ta wiedza do czegoś się może przydać.- po czym podpisał dokument podstawiony mu do podpisania.

Następnie Walter poszedł dalej. Tutaj dosłownie wepchnięto mu w ręce szaro-biały, stary mundur. Widać, jak tutaj będą ich traktować. Jak mięso armatnie, z którego połowa zginie podczas pierwszej walki. Ale należy być optymistą i wierzyć, że samemu się nie zginie.
Dalej, wyszedł na zewnątrz.
-Poproszę łuk.- odpowiedział trzymającym broń żołnierzom. Skierowali go na strzelnicę. Walter miał pewne doświadczenie z bronią strzelecką. Co prawda małe, ale zawsze mogło się to przydać.
Na miejscu uważnie słuchał słów ich nauczyciela. Widać, że elf znał się na swoim "rzemiośle". Co prawda, cyrkowiec w swoim łuku nie widział nic złego, ot taki jak setki innych w Imperium. Ale skoro elf kazał im zdjąć cięciwę i pójść po wosk, to zrobił to.
Po uważnym zdjęciu cięciwy i położeniu jej w bezpiecznym miejscu, ruszył wraz z resztą rekrutów po wosk. Nie wiedział, gdzie to dokładnie jest, dlatego kierował się wraz z tłumem.
 

Ostatnio edytowane przez Ismerus : 27-02-2017 o 18:53.
Ismerus jest offline  
Stary 27-02-2017, 20:59   #10
 
pi0t's Avatar
 
Reputacja: 23719 pi0t ma wspaniałą reputacjępi0t ma wspaniałą reputacjępi0t ma wspaniałą reputacjępi0t ma wspaniałą reputacjępi0t ma wspaniałą reputacjępi0t ma wspaniałą reputacjępi0t ma wspaniałą reputacjępi0t ma wspaniałą reputacjępi0t ma wspaniałą reputacjępi0t ma wspaniałą reputacjępi0t ma wspaniałą reputację
Loftus Ritter twarz młodego mężczyzny pokrywały głębokie bruzdy spowodowane znużeniem. Jego szczupłe dłonie o długich palcach drżały, mimo że splótł je kurczowo tuż nad pasem szat. Podniósł wzrok na pokryty plamami główny dźwigar, który biegł wzdłuż pomieszczenia. Drzemał na nim miejscowy kot, z łapami zwisającymi z belki. W tej chwili polował tylko we śnie, . Kto by pomyślał, że zgłosił się tu na ochotnika. Sytuacja w Imperium stawała się rozpaczliwa, co rodzi pewne możliwości. Wszak mógł studiować na akademii i kolejne 10 lat, a te stetryczałe dziady mogły go nie dopuścić do końcowych egzaminów. W armii mógł zdobyć licencję bez takich problemów, dodatkowo kończyły mu się środki na utrzymanie, a ceny z uwagi na braki w zaopatrzeniu rosły. Gospodarz już dawno domagał się zapłaty za czynsz. Baraki nie wydawały się więc takim złym rozwiązaniem, nie mieli przecież ruszać na północ, a jedynie pełnić funkcję pomocnicze tutaj na miejscu, tak przynajmniej twierdzili werbownicy. Żołd, wikt i opierunek zapewnia wspaniała armia imperium. Patrząc po reszcie towarzystwa chyba był bardziej zdesperowany niż myślał, ale licencja była tego warta. Mężczyzna zajął więc pryczę i starał się choć chwilę zdrzemnąć, wszak dowództwo zapewne doceni adepta sztuk magicznych i przydzieli mu odpowiednią funkcję, przecież nie przydzielą go do biednej jebanej piechoty, trzeba było tylko wytrzymać do rana.
Ranek okazał się równie posępny jak i ostatnia noc. Loftus powoli zaczął pojmować, że jednak stanie się częścią wspaniałej nędznej piechoty, a najbliższy czas spędzi w błocie i będzie się modlił żeby nie dostać sraczki. Żałował też, że nie poświęcił ostatniej nocy na zapoznanie się z innymi, ludzie i nieludzie różnie reagują na efekty czarów, a wolał nie mieć z tego powodu problemów. Nie pozostało mu jednak nic innego jak przebrać się w mundur i udać za resztą towarzyszy niedoli. Wiedział jednak, że jeśli zacznie się wykłócać z przełożonymi to zostanie zgnojony i będzie robił za przykład i makietę do ćwiczeń dla reszty poborowych.
Cholera
Ritter splunął na ziemię gęstą ślinę, gdy nadeszła jego chwila. Ehh przed dobrowolnym zaciągnięciem się uczeń czarodzieja spodziewał się, że przydzielą mu robotę właśnie np. pisarza…

-"Imię?!"
- Loftus
-"Nazwisko?!"
- Ritter, mężczyzna odpowiadał krótki i rzeczowo, nie było teraz już nad czym dyskutować, zrezygnować i tak już nie mógł.
-"Zawód?!"
-student Kolegium Magii
-"Co potrafi?!"
-Czytać, pisać również w języku klasycznym oraz władać wiatrami magii!

Łuk czy pika? Nie umiał posługiwać się żadna z tych rzeczy, ale pika to w sumie dłuższy kij.
- Niech będzie pika.

Uczeń czarodzieja nie był zbyt krępej budowy, a długa pika zawadzała. Dotarł jednak z nią do placu ćwiczeń, z zamiarem chwilowego wypełniania wszelkich rozkazów. Mężczyzna rozglądał się za kimś z dowództwa, wszak muszą się oni jakoś wyróżniać. Jednak zamiast nich, na placu rozkazy wydawał jakiś inny żołnierz. Przynajmniej tak się zachowywał jak by wiedział co robić i co mówić, więc Loftus grzecznie ustawił się w szeregu.

 
__________________
Mistrz gry nie ma duszy! Sprzedał ją diabłu za tabelę trafień krytycznych!
pi0t jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 06:06.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166