Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 22-07-2018, 11:16   #201
 
Ardel's Avatar
 
Reputacja: 14947 Ardel ma wspaniałą reputacjęArdel ma wspaniałą reputacjęArdel ma wspaniałą reputacjęArdel ma wspaniałą reputacjęArdel ma wspaniałą reputacjęArdel ma wspaniałą reputacjęArdel ma wspaniałą reputacjęArdel ma wspaniałą reputacjęArdel ma wspaniałą reputacjęArdel ma wspaniałą reputacjęArdel ma wspaniałą reputację
Dwa dni zajęły przygotowania do wyprawy, w której nasza zacna drużyna złożona z rycerza-nierycerza Brentona, przypadkowo znalezionego zwiadowcy Gareda i najemnika o bardzo wątpliwej reputacji Franza miała usiec niejakiego Czopka, który skutecznie ubił Ragnara i wciąż polował na samego Franza Schierke. W tym czasie zwerbowali dwójkę rekrutów – Lamberta, łotra ze środowiska Franza, który na wszelkie świętości zaklinał, że lepszego od niego turysty zwiedzającego mieszkania możnych nie ma. Oczywiście było to tylko jego niegroźne zainteresowanie, wszak przecież nikogo nie okradał. Lubił po prostu otwierać w nocy drzwi i okna, pospacerować trochę po bogatych korytarzach i wychodzić. Wszystko, co podkreślił wielokrotnie, zostawiał na miejscu; drugim nabytkiem był niejaki Kallus, który ponoć szył z łuku, jak doświadczona żona szyła igłą i nicią. Jakie były jego prawdziwe umiejętności, nikt nie wiedział, ale otrzymał rekomendację Amalyn, która pomogła go zwerbować. Brenton patrzył na niego krzywym okiem, Kallus był co najmniej urodziwy i gładki w słowach. Chwat, krasnolud najęty przed paroma dniami, bez długiego namawiania zgodził się ruszyć do Stulejkowej Jamy, by tam pomóc Czopkowi spotkać się z własnym przeznaczeniem.

Grupa podróżowała na południe przez cztery dni, spowalniania głównie przez krótkie nogi krasnoluda. Ale przez to także była mocno wypoczęta i gotowa do boju. W końcu dotarła do miejsca, które zaznaczone było przez pobitego nieco przez Franza informatora na szybko nakreślonej mapie. Niecałe pół dnia drogi od teoretycznego wejścia do jaskini rozbili obóz, gdzie uwiązali konie i ukryli skrzętnie dobytek. Na zwiad ruszył Lambert, który wrócił koło południa z całkiem dobrymi wieściami. Otóż jaskinia była na miejscu, a jej wejścia pilnował pojedynczy strażnik uzbrojony w włócznię. Miał pod nawisem skalnym rozbity mały obóz, wyglądał na myśliwego. Całkiem zgrabne przebranie. Ale to nie wszystko, co widział Lambert, o nie! Zarzekał się na lewy pośladek Ranalda i medalik żony Elektora (który znalazł na ulicy, żeby nie było), że w kosodrzewinie kryje się jakiś niezwykle włochaty, dobrze zamaskowany osobnik i rozgląda się po okolicy. Albo to inna drużyna, albo też inteligentnie wystawili dwójkę wartowników.

I tak grupa ruszyła z tylko niezbędnym ekwipunkiem w ślad za Lambertem. Pod wieczór, gdy słońce powoli zamierzało chować się za drzewami na zachodzie, grupa spomiędzy pni dostrzegła wejście do jaskini, znajdujące się jakieś sto metrów przed nimi. Faktycznie malutki obóz przycupnął przy niskim, mrocznym otworze w skale.

Teren oczywiście pełen był skałek, wzniesień i malutkich kotlinek, znajdowali się bowiem na przedmurzu gór. Dodatkowo lewa strona skały zamieniała się w skarpę pędzącą jakieś pięćdziesiąt metrów w dół, cała była porośnięta wspomnianą przez Lamberta kosodrzewiną. Żaden jednak mężczyzna, także Lambert, nie byli w stanie dostrzec tajemniczego włochacza, który miał być w niej ukryty. Pomiędzy wejściem do groty a nawisem, pod którym obozował wartownik, spływał wartki, rzeczny strumyk, szemrząc na tyle głośno, by stłumić odgłos lekkich kroków. Należało rozpocząć rajd na Stulejkową Jamę!
Zapraszam na doca. W komentarzach napiszcie mi dokładnie co ze sobą zabieracie. Postaram się raz na jakiś czas zaglądać na doca w przyszłym tygodniu, ale nie wiem, jak będzie z dostępem do Internetów.
 
__________________
Prowadzę: Ślepy los
Jestem prowadzon: Tajemnice Borochłodów, Utracony Świat

Ardel jest offline  
Stary 29-08-2018, 22:03   #202
 
Nortrom's Avatar
 
Reputacja: 9534 Nortrom ma wspaniałą reputacjęNortrom ma wspaniałą reputacjęNortrom ma wspaniałą reputacjęNortrom ma wspaniałą reputacjęNortrom ma wspaniałą reputacjęNortrom ma wspaniałą reputacjęNortrom ma wspaniałą reputacjęNortrom ma wspaniałą reputacjęNortrom ma wspaniałą reputacjęNortrom ma wspaniałą reputacjęNortrom ma wspaniałą reputację

Franz odchrząknął i splunął flegmą.

- Gównianie to wygląda, no - rzekł najmita. - Nie ma co szturmować, jak jeden się rozgląda, to może ich więcej w krzakach siedzieć. Ostrzegą resztę, wejdą na nas i usieką nas jak Ragnarów. A ja nie jestem Ragnary, ja jestem Franz, o!

Franz splunął raz jeszcze.

- Przycupniemy na parę godzin, rozejrzymy się. Lambert i Gared dają zwiad, może jest jeszcze jakieś wejście do jamy. W międzyczasie nieco drwa byśmy nazbierali, tego dymiącego. Takie groty to ciasne są. Jakby tak porządnie zadymić, to można przewagę zyskać. Ale włochacza później musimy cichcem usiec, nie możemy nikomu dać znać, żeśmy tu są. Szybko i sprawnie, wystawcie se.
Brenton wzruszył jedynie ramionami. Nie był specjalistą od cichego podchodzenia i nie zamierzał takiego udawać. Spojrzał tylko wymownie na Gareda i Lamberta
- A wy panowie co myślicie?

- Rozejrzymy się po okolicy, głównie za innym wejściem. Jak już będziemy wiedzieć co i jak to się wrócimy i ustalimy konkretny plan. A wy możecie pozbierać tego drwa. Pomysł nie głupi, może się nawet kilku udusi albo przytomność straci, mniej walki będzie. Jak nikt nie ma nic przeciw to ruszamy. - zarządził Gared.

Lambert i Gared wiele do zwiedzenia nie mieli - wszystko było widać jak na dłoni. Udało im się jednak zauważyć jeszcze, że wejście do groty jest raczej niskie, trzeba by się mocno zgiąć w pół, o ile nie iść tam na kolanach. Gdy jednak wracali dostrzegli ruch w kosodrzewinie, może faktycznie tam ktoś jeszcze czatował. Mieli nadzieję, że ich nie dostrzegł. W międzyczasie Franz, Brenton i Kallus nazbierali nieco suchych witek brzozowych i mokrych gałązek sosnowych, żeby narobić nieco dymu w razie potrzeby.

- Dobra - rzekł Franz, usłyszawszy o informacjach ze zwiadu. - Podkradamy się do dziada w kosodrzewinie. Lub też, Lambert się podkradnie. Lambert i Gared, chyba znacie się na chodzeniu cichcem? My będziemy stać w odwodzie, jeśli coś pójdzie źle. Jak dobrze pójdzie, poderżniecie mu gardło i po kłopocie. Jak coś nie tak, my wejdziemy z Brentonem i Chwatem parę chwil później i dokończymy rzecz. Później powtarzamy manewr przy jaskini. A potem wchodzimy. E, co rzekniecie. druhy?

- Wejście jest ciasne, nie lepiej im nadymić i poczekać przy wejściu aż wypełzną sami? Ci co nie zdążą to się poduszą i się ich dobije, a ci co będą wychodzić to będą musieli być zgięci, czyli bezbronni. Jak na takiego na raz spadnie kilka ostrzy to szans nie ma. Bezpieczniejsze to, niż wchodzenie tam, bo raz: będziemy musieli się zgiąć i będziemy łatwiejszym celem, dwa: w środku jest ciemno. Jak przy tym jesteśmy. Jak sami wyjdą to im się oczy będą musiały przyzwyczaić do światła, a to im utrudni walkę przez pierwszych kilka chwil. - zauważył Gared. Skoro można tak wykurzać zwierzęta z nor podczas polowania, to czemu nie zrobić tego z wrogami?

- Jeśli wiemy, że jest to tylko jedno wyjście i nie ma ukrytych, i jeśli pieczara nie jest za głęboka - rzekł Franz - to pomysł przedni. Jeśli nie, stracimy zaskoczenie. A i do samej groty już nie wejdziemy, za duszno będzie. - zastanawiał się.

- Niech Lamberty co rzekną. Albo Brentony - wzruszył w końcu ramionami.

- Ja tam wole poczekać, aż wylezo, i powyszczelać - powiedział Kallus z niewyraźnym akcentem.

- Franz ma rację. Mogą być też inne wyjścia. Stąd ja bym wchodził do środka. Zaalarmowani dymem mogą wybiec wielką grupą. A wewnątrz może się uda ich po kilku zdybać. Ale nie wiem jak jaskinia wygląda, może to jedna wielka pieczara? - podzielił się swoimi przemyśleniami Lambert.

- Zróbmy trochę twojego, trochę mojego - zdecydował się w końcu Franz. - Wytnijmy wszystkich obok jamy, postawmy nieco gałęzi na zewnątrz i rozejrzyjmy się w środku. Sigmar albo Ranald, który tam z nich łaskawszy, dadzą, to przetrzebimy szeregi, zanim się zorientują. A potem może rzucimy jedną z tych żagwi do środka. I pozabijamy sobie. Zabijanie dobrze mi działa na nerwy, włożyłbym włócznię w dupę jednemu łyczkowi albo dwóm.

- Dobra. Ale jak już wrzucimy tą żagiew do środka to ułóżmy szybko ciała tych co wcześniej zabijemy w wejściu. Reszcie będzie im trudniej wyjść. - uśmiechnął się Gared.

- W takim razie postanowione - Franz skinął głową.

Zamierzał zostawić konie w leśnej gęstwinie opodal, do samej zaś skarpy mieli podkraść się najpierw Gared i Lambert. Trójka wojów miała odczekać jakiś czas i wyruszyć za nimi. Koni raczej nie ukradłby nikt - kto ostatecznie miałby tułać się w głuszy? Jeśli przepatrywacz był samotny, oznaczało to nóż w jego gardle i po kłopocie. Jeśli dwóch zwiadowców napotkałoby problemy, Franz i pozostali wsparliby ich w potyczce i przypieczętowali los kogokolwiek, kto się tam krył.

Gared dał Lambertowi znak dłonią, że ruszają. Plan był wszystkim znany, teraz mieli go tylko wykonać.

Lambert i Gared ruszyli prawą stroną, omijając szerokim łukiem strażnika i podchodząc pod górę. Wspinaczka była prosta, ale zakładała wdrapywanie się po odsłoniętej ścianie, dlatego chcieli zrobić to jak najdalej od możliwych oczu obserwatorów. Potem całkiem szeroką półeczką doszli do kępy kosodrzewiny, w której zgrabnie się ukryli, starając się przemyśleć sprawę. Niskie iglaki były cholernie gęste, gałęzie silne i przeszkadzające w skradaniu się. Dlatego też postanowili ruszyć bardzo, bardzo powoli i ostrożnie.

Włochacza zauważyli jakiś czas później, przyczaił się i obserwował teren wokół jaskini. Z jego pleców wyrastała dłoń o powykrzywianych, zdecydowanie chorych stawach, natomiast sam włochacz był pokryty gęstym futrem. Uszy miał silnie spiczaste, przypominające nieco elfie, a nieco nietoperze. Mężczyźni znajdowali się jakieś dziesięć metrów od nieświadomego strażnika. Trzeba było zdecydować, jak go zajść. Lambert cichym szeptem zasugerował, że on spróbuje gnojka zajść nieco z boku, a Gared może poczatować z łukiem. Ale dostosuje się do decyzji łucznika, on tu tylko pracuje i wykonuje rozkazy.

Gared zgodził się skinieniem głowy. Uszykował łuk i strzałę. W razie czego da radę posłać dwa szybkie strzały.

Lambert bardzo powoli ruszył przed siebie, przedzierając się z mozołem przez iglaki. Szedł nieco bokiem, żeby Gared w razie potrzeby miał czysty strzał. Włochacz nagle przeciągnął się i rozejrzał na boki, jednak szczęśliwie nie dostrzegł skradającego się łotra. Było blisko, bardzo blisko, Gared zdążył nawet napiąć łuk. Włochacz wrócił do obserwacji terenu przed sobą. Lambert wtedy zbliżył się na długość skoku i… skoczył przed siebie zatapiając nóż w szyi przeciwnika i zakrywając mu usta dłonią. Chwilę szarpali się w ciszy, ale można było oczekiwać tylko jednego zakończenia. Ciało mutanta osunęło się pomiędzy krzewy, a zadowolony Lambert uniósł w górę ręce w geście udanej roboty. Widać go było z lasu jako niewyraźną postać, ale czekająca grupa zrozumiała, że akcja była udana. Po kolejnym kwadransie Gared i łotr dotarli do reszty grupy. Pozostał im jeden strażnik strzegący wejścia, siedząc przy ogniu pod skalnym nawisem.

- Dobra robota - Franz skinął z uznaniem głową. - Został jeszcze jeden drab. Działamy tak jak teraz, sztylet i łuk, a potem podchodzimy grotę. Miał coś przy sobie? - zapytał. - Ciekawe, jak ostrzegał grotę przed ewentualnym najazdem.

Zamierzał pozwolić dwóm zwiadowcom podejść strażnika przy jaskini tak blisko, jak to możliwe i cicho go ukatrupić. Wreszcie, mogliby wejść do środka i wyrżnąć całą resztę. Zapewne banda miała zwiedzieć się o ich obecności prędzej czy później, ale Franz chciał ten moment oddalić jak najbardziej. Idealnie byłoby, gdyby cichcem mogliby zabić wszystkich, choć, oczywiście, wtedy nie byłoby zabawy.

- Miał przy sobie gwizdek, pałkę i procę. Gwizdkiem pewnie dawał sygnał, ale pewności nie ma. - zauważył Gared. - Zróbmy zasadzkę. Zwabimy jakoś strażnika, żeby podszedł bliżej, wtedy ci co mogą ostrzelają, a reszta zaraz potem wyskoczy i dokończy robotę kilkoma szybkimi ciosami. Lub spróbujmy go ostrzelać. Ci co nie mają czym strzelać mogą rzucać kamieniami. Jak go trafimy trzy lub cztery razy to się pewnie przekręci. Jak będziemy mieć szczęście to pewnie nawet po jednym trafieniu. Ja tam wolę drugie rozwiązanie, bardziej pewne, szybsze i mniejsza szansa, że coś pójdzie nie tak.

- Co, ja tym mam strzelać? - Franz pokręcił głową, patrząc na procę. - Albo kamieniem? Nie ustrzelę, no. Jak szczam, to czasem mijam przecież. Z łukowania to chyba tylko ty i Kallus się znacie, cała reszta preferuje toporem w mordę. Jak chcemy go ostrzelać, to musisz wiedzieć, że trafisz. Inaczej jak drab zobaczy strzały, wejdzie do środka i będzie bił na alarm.

- Jak masz dobry pomysł na zwabienie go bez wzbudzania podejrzeń to mów, zamieniam się w słuch. - odparł niezadowolony Gared. Uważał masowy ostrzał za lepszy, ale postanowił dać Franzowi szansę.

- Gared ma rację Franz. Za duże odległości na walkę wręcz zdąży podnieść alarm. Mam łuk, strzelam tylko trochę lepiej niż Franz sika jednak to zawsze dodatkowa szansa. Podchodzimy i walimy nie ma co gdybać. Ten gość ma za plecami ścianę.

Franz wzruszył ramionami.

- Dobra, chłopcy, jak tam się na strzelaniu znacie, to ustrzelcie sukinsyna. Ja za dużo nie zdziałam. No! Będę szył z procy, gówno to da, ale ostrzelać zawsze możemy. Myślałem, że przebierzemy Chwata za włochatego i udawałby rannego, on by podszedł, my byśmy wyskoczyli z krzaków i dokończyli roboty. Ale skoro mówicie, że strzelanie lepsze, to bierzmy się strzelania.

- Tamten miał gwizdek. Jakby był ranny to zagwizdał by o pomoc. Jest jeszcze kilka innych rzeczy, które może pójść nie tak z przebraniem. Dlatego strzelanie jest lepsze. - wytłumaczył Gared. - Dobra, to teraz szczegóły planu. Ci co mogą strzelać, strzelają na sygnał, czyli jak doliczę do trzech. Reszta szarżuje na gnoja. Jak go strzały nie zabiją to ciągle powinien być zaskoczony. Powinniście dać radę dobiec i zatłuc go, zanim da innym sygnał. A jeśli wykituje od strzał to lepiej dla nas. - wyjaśnił plan. - Pytania? Uwagi?

- Mi pasuje - potwierdził plan Kallus. Lambert jedynie skinął głową.

- Prosty plan - odparł Franz. - Oby tylko wokół tej jamy nie były rozstawione wnyki albo wilcze doły, bo z szarży nic nie będzie. Niby być nie powinno, ale uważać pod nogi nie zaszkodzi - zauważył najemnik.

Franz, Lambert i krasnolud wyciągnęli broń i ruszyli biegiem w stronę strażnika, a stojący nieco z boku Kallus, Gared i Brenton posłali małą salwę w jego kierunku. Większośc strzał trafiła w skałę, jednak jedna utkwiła głęboko w ramieniu mężczyzny. Zanim zdążył cokolwiek zrobić, mężczyźni nałożyli kolejne strzały na cięciwy i wypuścili w jego kierunku. Kallus najwyraźniej był niczego sobie łucznikiem, gdyż wypuszczony przez niego grot wbił się w oko zaskoczonego strażnika, kończąc tym samym jego żywot.

Franz dobiegł do osuwajacego się po ścianie trupa. Jego prowizoryczne obozowisko nie zawierało niczego interesującego. Może poza małym gongiem, do którego strażnik sięgał, zanim umarł. Miał jeszcze przy sobie włócznię, łuk i pęczek strzał wbitych w ziemię.

- Poszło całkiem nieźle. Dwóch za nami. Zwiadowcy przodem? - uśmiechnął się młodzianin. Patrząc na drugiego trupa z czujek. Ich szansa na zaskoczenie rosła. Jednak nie wiadomo było co zastaną w środku.

- Dobra, ja wchodzę, rzucam szybko okiem i wracam do was. Sprawdźcie, czy którąś ze strzał można ponownie wykorzystać.- zarządził Gared. Jedną ręką zasłonił oko i powoli ruszył do swojego celu. Kiedy dojdzie, zasłonięte oko będzie przyzwyczajone do mroku, więc nie będzie musiał marnować czasu na przyzwyczajanie wzroku. Była to przydatna sztuczka, którą wojska lądowe podebrały marynarzom zakładającym specjalne opaski. W takich momentach cieszył się, że kiedyś służył w wojsku.

- Wchodź - rzekł Franz, przygotowując wiązki gałęzi, a także lampę oliwną. - Oby Ranald nam sprzyjał, wedle szacunków, zostało ich jeszcze z dziesięciu

Zastanawiał się, czy mógł nieco przypalić gałęzie, aby w najgorszym przypadku móc zacząć je wrzucać do środka, w najlepszym - mogły tutaj poczekać, jeśli by tylko nie dymiły za bardzo.

Gared zbliżył się do wejścia, zajrzał do środka i zniknął w mroku. W międzyczasie mężczyźni przed jaskinią przygotowali stos gałęzi gotowych do porządnego zadymienia terenu.

Zwiadowca wiedział, że nie należy długo stać w wejściu, bo będzie tam widoczny jak kleks na pustym pergaminie. Dał nura do środka, zgięty w pół, wejście było doprawdy niziutkie. Wewnątrz nie było lepiej - strop był wciąż na wysokości jednego metra, więc Gared padł na czworaki i przesunął się nieco na bok. Wewnątrz było mrocznie, jednak jakieś dziesięć metrów przed nim na sporych rozmiarów stole paliły się trzy świeczki, rzucając nieco światła na sporą jaskinię. Strop groty unosił się, jakieś pięć metrów dalej Gared sądził, że dałby radę stanąć wyprostowany. Było sporo miejsca, w ciemności ciężko było określić odległości, ale od wejścia do końca jaskini mogło być ze dwadzieścia metrów, a z lewa na prawo może nawet więcej. Gared nikogo nie zobaczył, ale na pewno usłyszał - przynajmniej dwie osoby rozmawiały gdzieś na prawo od niego i przemieszczały się wzdłuż ściany w stronę stolika. W wejściu do jaskini czuć było dość silny przewiew, a Gared był pewny, że te ciemne plamy na ścianach, muszą być korytarzami. Były przynajmniej trzy.

Następnie zwiadowca uznał, że zobaczył dość, wiele więcej nie mógł tam zdziałać. Wyślizgnął się ze Stulejkowej Jamy i dołączył do towarzyszy.

- Dobra, słuchajcie uważnie… - Gared dokładnie opowiedział co widział. - Jakieś pomysły?

- Chujowe wejście do strzału… - mruknął Kallus.

- Możemy poczekać na zmianę warty. Zdjąć zmienników i wczołgać się wtedy. - Brenton nie był jakoś specjalnie do tego przekonany ale rzucił pomysł od niechcenia.

- Nie, nie, nie - wypalił od razu Lambert, a następnie podzielił się swoim doświadczeniem złodziejskim w jednym zdaniu: - Będą przecież czekali po zmianie na tych, co są teraz trupami.


- To dlatego to się nazywa Stulejkowa Jama – Franz nagle pokiwał poważnie ze zrozumieniem, kiedy Gared rzekł o tym, co widział. - Kurwa, mądre, no. Sam bym nie wymyślił.

Po czym wrócił do tematu.

- Niby przewiew duży był? - zapytał Franz. - Znaczy się, jeszcze gdzieś jest wyjście. Teraz, skoro nie ma czujek, możemy zrobić zwiad wokół tej dziury i zobaczyć, czy gdzieś nieopodal nie ma innych wyjść. Jak są, to będziemy mogli uderzyć z zaskoczenia albo wrzucić gałęzie i zasadzić się z drugiej strony.

- Jak nie znajdziecie niczego więcej do godziny, zbieramy się i wchodzimy. Lambert albo Gared pierwsi, niosą tlące się drzewo i wrzucają. Potem wchodzimy my, kosimy, kurwa, wszystko, co się da, Kallus i Gared szyją z łuków, Lambert w odwodzie nasłuchuje, czy ktoś nie idzie, a jak nie, to włącza się do zabawy. Tak bym to zrobił.

- Dobra, idę szukać kolejnego wejścia. Widzimy się za godzinę. - rzucił Gared, ruszając na zwiad.

Gared i Lambert opuścili grupę przy wejściu i ruszyli szukać, cóż, wiatru w polu. Odnalezienie wejścia do tej samej groty w górach, których się nie znało, było praktycznie niemożliwe. Ale Ranald sprzyja czasem zuchwałym. Jednak tym razem postanowił pouganiać się za cycatą Shallyą, a nie pomagać ludzkiemu zwiadowcy. Po mniej więcej godzinie Lambert i Gared wrócili zmęczeni do reszty grupy. Nie byli zbyt sfrustrowani, przeszli się spory kawał drogi, jednak w pięknej okolicy.

- Jak wam poszło, panowie? - spytał Chwat.

- Chujowo. Nic nie znalazłem - odpowiedział Gared. - Przynajmniej okolica ładna.

- Jesteśmy gotowi - rzekł Franz, gładząc kciukiem ostrze topora. - Dajmy im chwilę odpocząć i wchodzimy.

- Tylko wezmę kilka głębszych oddechów i mogę wchodzić. - stwierdził zwiadowca. I tak opierał swój styl walki na łuku. Dopóki jego oddech był spokojny, a ręce nie bolały, to lekkie zmęczenie mu nie przeszkadzało.

Pierwsi ruszyli Lambert z Garedem. Wpełzli na kolanach do jaskini i od razu przycupnęli w cieniu po obu stronach wejścia. Kryjówka była idealna - patrzący z ciemnego wnętrza w jasność, z pewnością nie mieli żadnych szans, żeby ich zauważyć. Chwilę odczekali, oczy przyzwyczaiły się do mroku. Przy stole siedziały jakieś dwie postaci. Trudniej było dostrzec jeszcze jedną sylwetkę, która spacerowała jakieś pięć metrów od Gareda. Zwrócona była tyłem do niego i szła w stronę stolika. Lambert wsunął na moment w światło wejścia dłoń i pomachał do czekających na zewnątrz.Wtedy do środka wśliznęła się reszta - najpierw Kallus i Chwat, za nimi Franz i Brenton. Szóstka mężczyzn przycupnęła pod ścianą. W tym czasie spacerująca postać dotarła do stolika, mruknęła coś do towarzyszy i wskazała leniwie dłonią wyjście.

Franz milczał. Zamierzał pozwolić zwiadowcom wykonać pierwszy ruch.

Brenton wskazał pozostałym na dziurę z jakiej wyszli. Następnie wskazał palcem cztery inne przejścia. I dla pewności pokazał cztery palce i ponownie pokazał cztery kierunki.

Gared gestem wskazał na stół, następnie skierował dwa palce w dół, ruszając nimi jak nogami, kciukiem wskazał na otwór którym weszli, następnie na wszystkich zebranych, znów na stół i zakończył gestem podrzynania gardła. Przekaz był jasny: “Oni podejdą do wyjścia, my atakujemy.” Następnie powtórzył pierwsze trzy gesty, dodając gest zaprzeczenia. Do kolejnych gestów dodał gest “strzał” i “bieg”. Nie miał pewności, czy tę sekwencję zrozumieją, ponieważ była bardziej skomplikowana.

Brenton wywołałby najwięcej hałasu więc nie miał zamiaru się ruszyć póki walka nie rozpocznie się na dobre. Wziął łuk do ręki i czekał jak Franz na ruch zwiadowców. Taka rola wojowników. W cichym podejściu byli mniej użyteczni.

Franz starał się patrzeć na gesty Gareda z rozumiejącym wyrazem twarzy, co całkiem zgrabnie mu się udawało. PIerwszy ciąg znaków odczytał bezbłędnie, mniemając, że zawsze była to kwestia jego wrodzonej mądrości, której zawsze używał w takich sytuacjach. Jak podejdą do wejścia, zabijamy. Proste.

Z drugim było gorzej, ale - jak imaginował sobie Franz - wiadomość także nie mogła być zbyt skomplikowana. Więc - pomyślał - nie podejdą do wyjścia, strzelają a oni mają podbiec? Franz bardzo chciał, żeby ta dedukcja okazała się słuszna.

Wysupłał topór zza pasa, przygotowawszy się do jatki, jaka za chwilę się miała rozegrać. Czekał na to, aż tamci podejdą lub Gared nie wypuści pierwszej strzały.

Postaci przy stole o czymś rozmawiały, jednak bohaterowie nie byli w stanie rozróżnić słów. Było trochę machania rękami, w końcu siedzący wstali. Jeden z nich popchnął trzeciego, ten mu oddał, roześmiali się. Scena była nieco dziwna. W tym czasie oczy ukrytych mężczyzn przyzwyczaiły się do mroku i każdy z nich spokojnie dostrzegał cztery wyjścia. Drugie od prawej wydawało się nienaturalnie regularne, pozostałe wyglądały jak poszarpane dziury wypełnione mrokiem. Trójka strażników nie kwapiła się do wychodzenia, w końcu wszyscy usiedli przy stole i zaczęli nalewać sobie coś do kubków.

Lambert dotknął Franza w ramię i następnie zaczął skradać się przy ścianie, sunąc w lewo. Kallus po drugiej stronie od wejścia skinął Garedowi i zaczął postępować podobnie, zmierzając w prawo. W końcu Brenton i Gared napięli łuki, Chwat i Franz przygotowali się do szarży.

Brenton posłał strzałę, która wbiła się w stół, rozbijając glinianą karafkę. W tym czasie Gared posłał w ślad za sobą dwie strzały, które utkwiły w nodze jednego z mężczyzn. Ten zakwilił i zwalił się na ziemię. Z prawej strony nadleciała kolejna strzała, ale trafiła w nogę od stołu. Franz i Chwat ruszyli biegiem z przysiadu w stronę strażników, Brenton upuścił łuk, wyciągnął miecz i dołączył do szarży.

Strzały Gareda wyprzedziły mężczyzn - pierwsza utkwiła w oku leżącego na ziemi, druga wbiła się w klatkę kolejnego. Chciał krzyknąć, ale z jego ust wydobyło się jedynie bezdźwięcznie powietrze. I ten dźwięk został ucięty przez Franza, którego topór obciął ramię i wbił się w korpus. Ostatniego z mężczyzn dopadł Chwat, który uderzył go tarczą i poprawił toporem. Za jego plecami wyrósł znienacka Lambert i poderżnął mu gardło. Zanim dobiegł tam Brenton było już po wszystkim.

Na stole znajdowały się kości do gry, poducha, porozbijane kubki i karafka, nieduży dzban z winem i dwa nadjedzone bochenki chleba. Poprzewracane krzesła także były udekorowane poduszkami, widocznie strażnicy spędzali tutaj większą część czasu siedząc.

 
__________________
"Alea iacta est." ~ Juliusz Cezar
Nortrom jest offline  
Stary 12-09-2018, 15:05   #203
 
Santorine's Avatar
 
Reputacja: 11455 Santorine ma wspaniałą reputacjęSantorine ma wspaniałą reputacjęSantorine ma wspaniałą reputacjęSantorine ma wspaniałą reputacjęSantorine ma wspaniałą reputacjęSantorine ma wspaniałą reputacjęSantorine ma wspaniałą reputacjęSantorine ma wspaniałą reputacjęSantorine ma wspaniałą reputacjęSantorine ma wspaniałą reputacjęSantorine ma wspaniałą reputację
Gared znów przystąpił do pokazywania gestów. Przez moment przypomniały mu się dawne czasy w wojsku. Przeklął w duchu, że wszyscy obecni nie znają jednego języka gestów i musi się silić na wymyślanie jakiś uniwersalnych, które może zrozumieją.

Zaczął od wskazania martwych i krzeseł. Następnie wskazał cztery przejścia, dwoma palcami wskazał w swoje oczy, a następnie skierował je znów na zwłoki, krzesła, a zakończył potwierdzającym skinieniem głowy.

Kolejna seria gestów była trudniejsza. Najpierw wskazał naturalne przejścia. Zaczął od gestu, którym kobiety pokazują długość męskiego przyrodzenia, a właściwie jego krótkość, bo palce nie oddaliły się za daleko od siebie. Kolejnym gestem było przyłożeniem do siebie otwartych dłoni i oddalenie ich od siebie jak to tylko możliwe. O ile te gest były wykonane poziomo, to po chwili powtórzył je, ale pionowo. Zakończył wzruszeniem ramionami.

Gdy wskazał na nienaturalne przejścia, wykonał gest machania kilofem, później starł nieistniejący pot z czoła i wykonał pionowo oraz poziomo gest “krótkiego przyrodzenia”. Podrapał się po głowie i wzruszył lekko ramionami. Chyba nie był pewien czy jego dedukcja jest właściwa.

Ostatnia seria była prosta. Wskazał wszystkich, następnie podniósł jeden palec i wskazał jeden z nienaturalnych otworów. Dwa palce, drugi otwór. Trzy palce, pierwszy naturalny. Cztery palce, drugi naturalny. Pięć palców, otwór którym weszli, unoszenie nieistniejącego kufla i opróżnienie go.

Nie czekając na resztę, wyciągnął strzałę z oka trupa. Trzeba było trochę tu ogarnąć.

Franz nie był pewien, czy zrozumiał to, o co chodziło z Garedowych wypocin. Chyba chodziło o to - dedukował - że trzeba uprzątnąć trupy, bo każdy je może zobaczyć, choć Franz nie był pewien. Postanowił ułożyć zwłoki w ciemnych zakamarkach groty tak, by ktoś mógł na nie wpaść dopiero tam przeszedłszy lub postawić jednego lub dwóch z nich na krześle żeby wyglądali, jak upici. Co do drugiej części Garedowych szarad, Franz nie miał pojęcia. Czy chodziło po prostu o to, że korytarze poszerzały się? Lub, czy Gared robił sobie żarty? Schierke zagarnął kości do gry, pomny ulubionej rozrywki ze złodziejskim krasnoludem.

Schowawszy trupy, zastanowił się jeszcze raz. Chyba wchodzili po kolei, najpierw do jednego z otworów wykutych w skale, potem do kolejnych, według znaków Gareda.

Poczekawszy, aż reszta będzie gotowa, podążył za zwiadowcą i złodziejem według ustalonego planu.

Brenton po prostu czekał gdy inni chwali trupy. Gotów zaatakować każde zagrożenie jakie mogło się pojawić. Dopiero gdy grupa ruszyła do kolejnego z tuneli ruszył razem z nimi.

Franz pochował trupy w zakamarkach, Gared i Kallus posprzątali nieco bałagan. W tym czasie Lambert rozejrzał się po ewentualnych wyjściach. Wrócił i szepnął Garedowi prosto w ucho:

- Na lewo jakaś spiżarnia, kolejny wąski w dół. Następny wykuty, jakiś pokój. Potem wejście do korytarzy. W ścianie jest jeszcze palenisko, ale to nieważne.

Chwat w międzyczasie rozglądał się uważnie, krasnoludy ponoć słynęły z dobrego wzroku w ciemnych jaskiniach. Jednak nie odzywał się, najwyraźniej próbował odgadnąć myśli zwiadowcy, gdy ten wymachiwał rękoma. Było całkiem cicho, czasem jedynie od strony tunelu biegnącego w dół słychać było jakby wizg wiatru.

Gared skinął głową na słowa mężczyzny. Postanowił najpierw sprawdzić pokój, później korytarz. Znów dał znaki. Jeden palec w górze i wskazanie na pokój. Dwa palce i korytarz. Zakończył skinieniem dłoni, które było powszechnym gestem “chodźcie”. Sam ruszył w kierunku pokoju.

Kurwa, zaklął w myślach Franz, same szarady z tym Garedem. Język sobie odgryzł?. Wzruszył ramionami i podążył za zwiadowcą.

Brenton nie lubił podchodów. Jako rycerz lubił miecz w dłoni i przeciwnika przed sobą. Teraz zamierzał czekać. Aż jego towarzysze w końcu zdecydują co dalej. Na wyraźny gest gdzie ma iść. Zwyczajnie zamierzał tam poczłapać. Może w końcu zabiją tego Czopka.

Gared ruszył jako pierwszy, wśliznął się do ciemnego pokoju. Nie było tam żadnego źródła światła i już miał zająć się rozpaleniem jakiegoś ognia, gdy Chwat mruknął, wcale nie cicho:

- Pusto.

Gared się wycofał, wraz z resztą. Mruknięcie krasnoluda najwyraźniej przeszło bez echa, nikt nie wypadł z bocznych korytarzy i nie zaatakował szóstki mężczyzn. Gared postanowił ruszyć w stronę korytarzy, które dość szybko rozwidliły sie na trzy odnogi. Tutaj było tak ciemno, że nawet dobry wzrok krasnoluda nie pomógł. Trzeba było zapalić jaką lampę albo pochodnię.

- Zaraz… Coś się tam chyba błyszczy… - powiedział Chwat, mając na myśli trzecią z odnóg.

- To idziemy sprawdzić. - mruknął Gared. Skoro wcześniej nikt na nich nie ruszył to raczej nikt ich nie słyszał. Nie trzeba było się już bawić w wymachiwanie rękoma, ale na wszelki wypadek lepiej nie podnosić głosu.

Franz ruszył bez słowa dalej.
Brenton szedł na końcu. Wydawał się najgłośniejszy z całej grupy.

Nikt się do tego nie rwał, więc Lambert bezceremonialnie odpalił pochodnię, która rzuciła na otoczenie rozedrgane światło. Okazało się, że lewa odnoga prowadzi do pustej pieczary, środkowa, bardzo wąska, kończy się po kilku metrach, natomiast na końcu tej prawej znajduje się skrzynia z metalowymi okuciami.

- Dziwne miejsce - mruknął Lambert, jednak Chwat już ruszył przed siebie. Nagle zrobił krok w tył i wpadł na idącego z nim Gareda.

- Tu jest chyba pułapka.

Krasnolud wskazał na posadzkę, po której ciągnął się sznurek. Podążając za nim wzrokiem docierało się do podczepionej do sufitu kraty z kolcami. Szczęśliwie nie było trudno unieszkodliwić prymitywne urządzenie, co zrobił sam Chwat. Skrzynia natomiast wyglądała… zwyczajnie. Wydawało się, że wystarczy unieść wieko.

- Pierdol skrzynię - rzekł Franz. - Uniesiemy to, kiedy zarżniemy pana ze stulejką. Powinniśmy znaleźć resztę tych drabów i wziąć ich pod nóż. Na sam koniec zostawimy se łupy.

- Prawda. - stwierdził Gared. - Sprawdźmy pozostałe dwa tunele. Jak mamy szczęście to zostało ich mniej więcej tylu co nas. Może nawet uda się ich załatwić jak pozostałych, zanim się skapną.

- [i]Racja łupy mogą poczekać[/]i - zakończył dyskusję Brenton. - Ruszajmy dalej Gared, Lambert wy przodem. Chwat trzymaj się blisko mnie.

Grupa wycofała się z ciasnych korytarzy, by sprawdzić dwa pozostałe wyjścia. Za jednym faktycznie znajdowała się spiżarnia, gdzie wisiały tusze zwierząt, było trochę serów i warzyw oraz jakieś napitki. Natomiast tunel prowadzący w dół okazał się być najciekawszym - prowadził w głąb kompleksu jaskiń. Nie było tam żadnego oświetlenia, więc Lambert szedł przodem trzymając w ręku niewygodną pochodnię. Korytarz zakręcał najpierw w prawo, by po chwili zatoczyć łuk w lewo, cały czas idąc w dół. Nagle Lambert syknął z niesmakiem i padł na zadek. Oczom Gareda, który jako jedyny mógł zobaczyć ten niecodzienny i nieco okropny widok, ukazała się dziwna roślina, przypominająca człowieka. Po chwili Gared zreflektował się i uznał, że był to kiedyś człowiek. Skóra przypominała korę, w której gnieździły się jakieś korniki albo inne paskudztwo, uniesione w górę ręce rozgałęziały się na wysokości łokci na kolejne dwie ręce, te znów się rozgałęziały i w ten sposób tworzyły coś na kształt korony drzewa. Kończyny martwego, zmutowanego biedaka były przybite szerokimi hufnalami do ściany. W tym też miejscu korytarz rozbijał się na dwa mniejsze, w lewo i prawo.

- Co tak stanęliśmy? - wyszeptał Brenton i ścisnął mocniej miecz.

- Nic takiego. Tylko wyjątkowo obrzydliwy, martwy mutant. Takie ludzkie drzewo. - odpowiedział cicho Gared, pomagając Lambertowi wstać.

-Spalimy go w drodze powrotnej - odpowiedział Brenton czekając aż grupa ruszy dalej.

- Zanim go spalimy, trzeba odciąć mu palce, mogą być coś warte w Salkalten - zauważył Franz, który podążał za Garedem.

Lambert dał się podnieść na nogi, jednak cienie w jego oczach nieco się pogłębiły. Gared postanowił skręcić w lewo. Mężczyźni przeszli kilkanaście kroków wąskim, krętym korytarzem, gdy łotr znów się zatrzymał i szybko podał latarnię w tył, szepcząc, żeby ją zgasili. Chwat położył ją na ziemi i zadusił wielkim buciorem. Dobry to był but, że nawet za bardzo się nie osmalił. Gdy światło zgasło, grupa dostrzegła łunę za kolejnym zakrętem. Korytarz znów się rozwidlał - blask docierał z prawej odnogi, słychać też było jakieś chrapanie i przekleństwo. Z lewej było ciemno. Do rozwidlenia było jakieś pięć metrów.

- A teraz cicho. Podchodzimy, patrzymy jak wygląda sytuacja. Jak da radę, zabijamy z zaskoczenia tych co nie śpią, później tych co się obudzą. Może zginą zanim ogarną się w sytuacji. - wyszeptał rozkazy Gared, ruszając powoli i jak najciszej, szykując przy tym broń.

- No to huzia na drabów - Franz wyszeptał cicho, wyraźnie podniecony perspektywą rychłego mordu na mieszkańcach Stulejkowej Jamy. Przygotował się do natarcia.

Brenton tylko skinął głową. Trzymał w ręku miecz i liczył na szybkie rozstrzygnięcie.

 
Santorine jest offline  
Stary 03-04-2019, 18:22   #204
 
Ardel's Avatar
 
Reputacja: 14947 Ardel ma wspaniałą reputacjęArdel ma wspaniałą reputacjęArdel ma wspaniałą reputacjęArdel ma wspaniałą reputacjęArdel ma wspaniałą reputacjęArdel ma wspaniałą reputacjęArdel ma wspaniałą reputacjęArdel ma wspaniałą reputacjęArdel ma wspaniałą reputacjęArdel ma wspaniałą reputacjęArdel ma wspaniałą reputację
Dwójka wrogów śpi, są przykryci futrami. Trójka siedzi przy skrzyni, pije coś i w coś gra. Jeden jest przeraźliwie chudy, drugi ma dwójkę nosów, trzeci jest całkiem normalny, jedynie ma twarz poznaczoną jakimiś wypryskami. Pod ścianami jest nieco broni, w uchwytach zamocowane są dwie miseczki z olejem i knotami.

Gared wraz z Lambertem zaatakowali przeciwników, zanim tamci zdążyli się zorientować co się dzieje. Jednak ich ofensywa nie była zbyt skuteczna - oprócz uciętego ucha jednego z mutantów i krwawiącego przedramienia drugiego, nie były to jednak osiągnięcia, którymi warto było się chwalić potem w karczmie.

Śpiący zaczęli wybudzać się ze snu, niezbyt pomni tego co się wokół działo. Jednak krzyki sprawiły, że zaczęli szukać na wpół przytomnie broni. Pryszczaty, który teraz charakteryzował się także tylko jednym uchem, wrzeszcząc, starał się odepchnąć Gareda - przepchnął go przez taboret i zdołał podnieść topór, który leżał nieopodal. Dwunosy dozbroił się w miecz, a trzeci dołączył się do walki.

Bohaterowie zaczęli włączać się do niewielkiej bitwy. Brenton, Franz, Gared i reszta mieli widoczną przewagę. Rycerz został kilkukrotnie trafiony, jednak jego pancerz skutecznie chronił jego ciało przed poważniejszymi obrażeniami. A mutanci stopniowo się wykrwawiali.

Problem pojawił się w momencie, w którym Lambert oberwał w czerep tak mocno, że kolana się pod nim ugięły. Niedługo potem uciekł, zostawiając wściekłych przyjaciół na pastwę zbliżających się posiłków. Bo właśnie, może i nie zostało to jeszcze wspomniane, jednak za chwilę do walki mieli dołączyć wojownicy, których ciężkie kroki zbliżały się z kolejnego z ciemnych korytarzy.

Mutanci, którzy się pojawili, wyglądali nieprzyjemnie - gość, który wymienił ręce na ostrza, inny z metalu, jeszcze inny wielki jak szafa trzydrzwiowa. Gared od razu posłał w olbrzyma dwie strzały, które wbiły się głęboko w jego szeroką klatkę piersiową. I nie zrobiły na nim żadnego wrażenia.

W tym momencie sprawa przybrała nieco gorszy dla bohaterów obrót. Nowo przybyli mutanci na moment przejęli inicjatywę, dając czas ostatniemu z wojowników na przybycie. Ostatniemu z tych złych wojowników. Otóż pole walki zaszczycił swoją obecnością sam Czopek. Jego odór zemdlił walczących, jednak okazali się być ponad to i dzielnie walczyli, pomimo spazmów wstrząsających ich kiszkami.

Sytuacja była ciężka. W pewnym momencie Brenton oberwał tak silnie, że gdyby nie zbroja, to na ziemię nie padłby oszołomiony, tylko martwy. Szczęśliwie wtedy na plecy Czopka rzucił się Lambert - wszyscy myśleli, że zwiał, jednak ten tylko czekał na odpowiednią do zaatakowania z zasadzki. I udało mu się - jego ostrze wśliznęło się pod zbroję przywódcy mutantów i podłogę splamiła jego krew. Niewiele, ale jednak.

Wtedy bohaterowie zdołali powalić przybocznych Czopka i ten postanowił się wycofać.

- Wszystko muszę robić sam! - ryknął i przedarł się brutalnie przez walczących, uciekając jednym z korytarzy.

- Za nim! - wrzasnął Franz, sam podążając za Czopkiem. - Czopek! Zanim zejdziesz, gadaj, czy masz stuleję!

- A weź zgiń, skurwysynu… - mruknął Gared, posyłając dwie strzały za Czopkiem. A raczej zamierzając to zrobić, bo w tym momencie łuk postanowił odmówić współpracy. Cięciwa pękła, boleśnie uderzając w przedramię i twarz łucznika.


W końcu udało się Czopka dogonić, zatrzymać i ponownie zranić. I wtedy, dość niespodziewanie, wojownik cofnął się i krzyknął:

- Kurwa! Czego chcecie?! Odsuńcie się, odłożę broń. Porozmawiajmy jak ludzie!

-Odrzuć broń i na kolana. Nim ktokolwiek się odsunie. Chce wiedzieć czemu polujesz na Ragnara i Franza. Zajebię cię jak się sekundę zawahasz. - Brenton uważał, że bezbronny Czopek jest lepszy niż uzbrojony. Nie oznaczało to jednak, że zamierzał mu darować.

- Gadaj, o co chodzi z tym polowaniem na moją głowę - wydyszał Franz, odstępując nieco, ale jednak trzymając topór w pogotowiu. - I Ragnarową. Co ja zrobiłem, żebyś nasyłał na mnie jakichś zjebanych skrytobójców? I skąd niby ta ksywa i o co chodzi w tym biznesie ze stuleją, he? - Franz splunął.

Gared stał cicho w gotowości do ataku, na wypadek jakiegoś głupiego pomysłu copka.

- Już, kurwa, rzucam broń - warknął Czopek, potrząsając hełmem. Pod przyłbicą widać było żółte oczy. - Żarty się was trzymają. A czemu poluję? Zapłacili mi, to robię swoje. Wielki futrzak mnie odwiedził i powiedział, że pragnie głów paru ludzi, opisał was i wasz zapach, bo skradliście mu coś ważnego. Ostatecznie to odzyskał, ale i tak chciał waszej śmierci. Widzę, że jednak lepiej odpuścić. Więc dajcie mi spokój, a ja i moi towarzysze dadzą spokój wam. A jak zapłacicie, to mogę tego futrzaka sprzątnąć, bo mi dość kłopotów narobił.

Czopek splunął, a raczej chciał to zrobić, bo hełm zatrzymał plwocinę wewnątrz. Olbrzymi wojownik głośno westchnął.

- A mojej ksywy nie wymyśliłem. Taką mi dali. I zostaw ten temat, Franz.

Gared spojrzał na Franza.
- Po mojemu to ten futrzak jeszcze się o ciebie upomni, jak się dowie, że żyjesz. - Przeniósł wzrok na Czopka. Po krótkiej przerwie dodał. - Nie na mnie polował, ale ja bym go zabił. Ot, żeby mu nie przyszło do głowy się mścić.

- Jaki niby futrzak? - dopytywał się Franz. - Kto pieniądze daje? I ile zapłacił?

Po chwili namysłu, dodał:

- Nie pamiętam, żebym zabrał komuś kiedyś coś, co nie było moje - rzekł z pewnością siebie. - Te napady mają ustać, tyle z tego.

Brenton był krytycznie ranny. Gdyby nie to już by Czopka próbował zamordować.
-Mamy cię na widelcu. Zabiliśmy ci wielu kompanów, nikogo przy tym nie tracąc. Chcesz żyć, wykupisz się stoma złotymi karlami albo cię tu dokończymy. Futrzaka nam wydasz. Ktoś musi zapłacić za śmierć Ragnara. Chce prawdziwego winnego. - Brenton nie opuścił ani tarczy ani miecza. Na najmniejszą oznakę agresji Czopka był gotów odpowiedzieć atakiem.

- Ten kozogłowy… Gzwusz? Albo podobnie. Nie potrafię tych gorowych imion, popieprzone są. Napady z mojej strony ustaną, tylko dajcie mi spokój. A ty, rycerzyku, złota chcesz? Mogę ci dać tych sto monet. Cofnij się korytarzem, tam gdzie walczyliście i zamiast w lewo idź w prawo. Tam jest odłożonego nieco złota.

- Lambert weź złoto. Miej oczy dokoła głowy. Jak coś krzycz. - Brenton zamierzał coś jeszcze powiedzieć ale wtedy wciął mu się Franz.

- Dolę rozdzielimy między kompanię - rzekł Franz. - Gdzie możemy znaleźć tego gora?

- Czopek jak nas wykiwasz znajdziemy cię. Zrobiliśmy to raz, zrobimy i drugi. - rycerz gardził mutantem.

- Mam iść tam, gdzie wysłał was facet, polujący na was od kilku miesięcy? Bo mówi, że tam trzyma złoto? Popieprzyło was? - spytał Lambert całkiem poważnie. - Tam pewnie czeka na mnie mała armia albo inne pieprzone pułapki.

Czopek nie słuchał Lamberta, odpowiedział za to Franzowi:

- Z tego co wiem, to prowadził jakiś czas temu nieudany atak na Verborgenbucht. Nie mam od niego od tego czasu żadnej wiadomości.

Franz założył topór na ramię, próbując ignorować sporą ranę na jego torsie.

- Dobra, kurwa - rzekł. - Układ jest taki, że przestajesz napadać na mnie. Co do Ragnara, gryzie piach, głosu nie ma. Czopek żyje, zresztą, i tak kurwa zmęczony jestem tą cholerną Stulejkową Jamą. Niech żyje, no. Wszakże taki sam najemny zabójca, jak my. Idziemy kupą na ten skarb, czy napadamy na Czopka i zabieramy skarb tak czy inaczej? No i, byłbym zapomniał. Masz stulejkę, Czopek? - Franz świdrował wzrokiem żółte oczy ukryte za przyłbicą.

Zreflektował się po chwili z żartu i dodał:

- Ta informacja nic nie znaczy. Jak niby mamy wytropić gora, co umknął w las? Bierzmy złoto i zabierajmy stąd dupy. Piwo czeka, o!

- Co to, kurwa, jest stuleja? - zapytał Czopek. - Jama należy do mnie, jeżeli o to pytasz. Ale będę się stąd zbierał. I spokojnie, chytry chłoptasiu - tutaj zwrócił się do Lamberta. - Nie ma tam nic złego, chcesz, to poprowadzę.

- Niech Czopek prowadzi - machnął ręką Franz. - Byle prędzej z tego cholernego lochu.

Szóstka wojowników eskortowała olbrzymiego wojownika, którego odór, wcześniej nie do zniesienia, zaczął powoli słabnąć. Można było zrobić przy nim większy wdech i nie mieć potrzeby zwrócenia posiłku sprzed dwóch dni. Po kilku krótkich minutach w przestrzeni przed nimi pojawiło się światło, dochodzące z jakiegoś przyjemnie urządzonego pomieszczenia. A tak przynajmniej wydawało się, dopóki nie weszło się do środka.

To co początkowo wyglądało na dywan, okazało się włochatą skórą jakiegoś humanoida. Łoże wciąż wyglądało przyjemnie, jednak lampa na nocnym stołku wykonana była z substancji przypominającej zamarznięte gówno. Na ścianie zawieszonych było kilka sztuk broni i spodnie elementy zbroi - najwyraźniej Czopek nie miał czasu ich założyć, dlatego tak nieporadnie poruszał się w swojej obecnej zbroi. W jednym z kątów stała wielka skrzynia z jeszcze większym zamkiem. Obok niej ustawiony był niewielki ołtarzyk, nierozpoznawalny dla członków drużyny.

- W tej skrzyni trzymam pieniądz. - Czopek wyciągnął spod pancerza klucz na sznurku. - Otwieracie, czy się boicie i mam zrobić to sam?

- Lambert, otwórz kufer no, jak coś wybuchnie, to uciekniesz, jak zawsze - rzekł Franz. - Przydałoby się nam więcej informacji na temat tego gora - podjął. - Jak niby mam znaleźć jego kozią dupę w borze?

Lambert krytycznie spojrzał na klucz, a następnie podszedł do skrzyni od boku. Przez dłuższą chwilę się jej przyglądał, potem poświęcił trochę czasu na sprawdzenie podłogi i dopiero wtedy ruszył do zamka. W tym samym czasie Czopek odpowiedział Franzowi:

- Futrzak nazywa się Gzwusz, albo jakoś tak. Imiona tych skurwysynów brzmią, jakby ktoś się zakrztusił flegmą. Przydomek… Chyba Ukochany. Nie pytajcie, nie wiem. Miał sporą bandę zwierzoludzi, podobno potrafił przyzywać demony. Sądzę, że to bzdura, w końcu gdyby potrafił, to bylibyście martwi bez mojej pomocy. Ale te wszystkie nieprzyjemności już za nami. Rusz dupsko, Lambert!

Lambert akurat podnosił wieko skrzyni, odwrócił się i spojrzał krzywo na Czopka. Mruknął coś pod nosem i z wielkiej skrzyni wyciągnął niewielkie pudełko.

- To już ty otwórz. Czopek.

Podał skrzynkę Czopkowi, a ten uniósł wieczko palcem. Nie było tam żadnych przykrych niespodzianek, zamiast tego Franz i reszta dostrzegli błysk złota.

- Tutaj jest jakieś trzysta koron. Chcieliście sto, ale wiem, że i tak weźmiecie całość i pewnie mnie spróbujecie zabić. Dlatego umówmy się tak: dam wam tą skrzynkę całą, a wy spierdalajcie. Jesteście ranni. Ja jestem sam. Ale z pewnością pociągnę do grobu dwóch, może trzech. A tak macie złoto i spokój. Nie będę was niepokoił. Wy nie niepokójcie mnie. Pasuje?

Franz spojrzał na Czopka, na towarzyszy, pokiwał głową.

- Kurwa, się nie spodziewałem. Dobrze gada. Mi pasuje. Bierzmy to cholerne złoto i spadajmy. W mordę mnie jebnąłeś, boli, kurwa, no. Jak chcemy pomścić Ragnary, to musimy znaleźć tego Gzwusza. Pewnie to jeden z tych, jak żeśmy z klatki uciekali z Ragnarem.

Franz zakasał topór za pas i odebrał skrzynię od mutanta.

- Bierzemy dupy w troki, kompania - rzekł Franz. - Robota zrobiona.

- Gzwusz. Jak się dowiesz gdzie jest dasz nam znać? Zapłacimy ci połowę tego co tu jest za informację która się sprawdzi. Puścimy cię teraz i nie będziemy dalej tropić. Jakby się wyjątkowo długo nie znalazł. Możemy zacząć się niecierpliwić. Raz cię znaleźliśmy znajdziemy i drugi. Dasz nam go i będziemy kwita. Zabił mi przyjaciela a ja tak łatwo nie odpuszczam. Ponadto, Gared chciałby spytać cię o pewne papiery które znalazł. - Brenton wymownie spojrzał na zwiadowcę. W papierach przy zwierzoludziach których napotkali przy zapoznaniu było coś o Czopku. Warto było sprawę wyjaśnić od razu.

- Och, racja… - Gared wyglądał jakby miał już dość Czopków i Stulei i chciał już wracać. - “Zbiórka na południe od Ver. Ominąć Pah. Po nagrodę zgłoście się do Czopka.” Masz coś do powiedzenia?

- O wszystko mnie będziecie pytać? Zarządzam najemnikami, byli też tacy co atakowali Verborgen. Co za różnica? Macie złoto, zmykajcie. Bo mnie zaraz szlag trafi i chęć pozbycia się was będzie dla mnie droższa niż życie.

- Widzę, że mamy podobny pomysł. - zirytowany Gared skrzywił usta w paskudnym uśmiechu. - Zresztą, nie ważne. Muszę się napić, bo mnie krew zaleje. Bierzcie pieniądze i spierdalamy. - powiedział do reszty, skinieniem głowy wskazując w stronę wyjścia.

- O, to, to! - rzekł Franz, w istocie robiąc w tył zwrot i idąc już w stronę wyjścia. - Trza nam więcej piwa, kurwa! Ał! - jęknął, czując nadal ból ran.

- Naprawdę chcecie go puścić?! - ryknął milczący dotąd Chwat. - To jest pieprzony mutant, morderca, łowca głów i kto wie co jeszcze! Nie czujecie tego smrodu? Jakby sam Chaos tutaj nasrał gdzieś. Nie podpiszę na was wyroku, ale jak wy stąd wyjdziecie, to ja zostanę. Czopek! Wyzywam cię na pojedynek!

Brenton się tego obawiał. Spojrzał po pozostałych. Gdyby się zdecydowali... Był gotów próbować Czopka zdjąć bez względu na koszty. Gdyby jednak miał zostać sam z Chwatem. Wiedział, że to pewna śmierć i nie był na nią gotowy. Od reakcji Frazna i Gareda zależało życie lub śmierć Chwata. Instynktownie stanął bliżej krasnoluda. Gdyby przed końcem rozmowy Czopek zamierzał iść na ostro. Był gotów zasłonić tarcza krasnoluda lub siebie. Wtedy pójdzie za ciosem i będzie walczył. Do końca jeśli bez pomocy najpewniej swojego.

- Chwat, czy nie słuchałeś tego, o czym gadał Czopek przez ten cały czas? - Franz z bolesną miną rzekł przez ramię. - Robota skończona, kurwa. To nie Czopek nasyłał zbójów na Ragnara i mnie, tylko jakiś zwierzoczłek z lasu zlecił, pewnie dlatego, że chyba coś tam mu wtedy ukradli z tej jego chaty. A że niby Chaos, co mnie to tam. Za pieniądze zabijał, rzecz normalna.

Brzęknąwszy skrzynią z grosiwem, dodał:

- Ino mi o honorze nie pierdolić, bośmy takie same najemne zbiry, jak i on. Panowie. Dajcie se spokój z tym wszystkim, z czasem znajdziemy prawdziwego zabójcę Ragnara. Radzę wam dobrze przemyśleć to pojedynkowanie, bo Czopek przypierdolić umie.

I wyszedł.

Lambert i Kallus ruszyli za Franzem, ich najwyraźniej nie interesowała działalność Czopka. A po tym, jak zobaczyli, jak walczy, z pewnością nie chcieli się niepotrzebnie narażać. Chwat jednak został.

- Nigdzie nie idę.

- I dobrze, kogoś bym jednak dzisiaj zabił… - odpowiedział mu Czopek, ale wciąż czekał na ruch Brentona i Gareda.

- Są rzeczy ważne i ważniejsze. - rzucił Gared, wychodząc. - Piwo się grzeje… - mruknął sam do siebie. Nie lubił ciepłego piwa, chyba że zimą.

-Gared zostań ze mną. Nie musimy walczyć ale tyle Chwatowi jesteśmy winni. Być świadkiem a jeśli polegnie pochować go godnie. - Brenton się brzydził tego co robił. Był jednak synem chłopa, krytycznie rannym i chciał przeżyć. - Chwat ja… muszę żyć. Mam dla kogo. Od serca ci powiem, skoro chcesz walczyć. Zabij go wierzę, że dasz radę. Masz silnego ducha do walki. Według mnie zrobiliśmy tu dobrą robotę. Czopek nie robi aż takiej różnicy.

Gared westchnął ciężko.
- Dobra, zostanę, popatrzę, pochowam… - stwierdził ponuro, najwyraźniej nie wierząc w Chwata. - Ale powodzenia, może wygrasz.

Franz z towarzyszami wyszli na świeże powietrze, odkrywając, że w podziemiach cuchnęło okrutnie. Powietrze na zewnątrz miało fantastyczny, czysty zapach. Usiedli na trawie, nie wypuszczając broni z rąk i czekali na powrót trójki czy też już dwójki towarzyszy…

A na dole… Początek walki był zaskakujący. Chwat przemknął pod zamaszystym ciosem Czopka i trafił go podstępnym cięciem w kolano. Opancerzony wojownik zachwiał się, co najwyraźniej było zmyłką, bo kolejne pchnięcie trafiło krasnoluda w pierś. Potem nastąpiła ostrożniejsza wymiana ciosów - krasnolud trafił kilka razy w zbroję, Czopek zadał parę draśnięć. Pomimo upływu krwi i ran z poprzedniej potyczki Chwat trzymał się całkiem dobrze. Po Czopku nie było widać, żeby był jakkolwiek zmęczony. Utykał jedynie lekko na lewą nogę. A potem nagle głowa Chwata spadła z jego ramion, turlając się pod buty Brentona. Wystarczyło jedno szczęśliwe cięcie w wykonaniu Czopka.

- Tyle miał ze swojego honoru - zaśmiał się wojownik, przestępując nad bezgłowym ciałem krasnoluda. - A wy macie tyle z mojego, że naprawdę nie chce mi się już walczyć. Bierzcie tego trupa i zostawcie mnie w spokoju…

Brenton zadba o pochówek krasnoluda wraz z bronią. Razem z resztą wróci do Salkaten.

Gared westchnął, ale nic nie powiedział. Wynik od początku był do przewidzenia. Trzeba było wracać do ciepłego łóżka i zimnego piwa.


Koniec
 
__________________
Prowadzę: Ślepy los
Jestem prowadzon: Tajemnice Borochłodów, Utracony Świat

Ardel jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 19:38.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166