Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 24-07-2017, 09:40   #1
Xenoseeker
 
Warlock's Avatar
 
Reputacja: 21865 Warlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputację
[WFRP II ed.] Lustria: Tajemnice Nowego Świata


Dzień 64: Mija właśnie drugi miesiąc odkąd opuściliśmy port w Marienburgu. Zapasy żywności są na wykończeniu, ale zdaniem naszego nawigatora powinniśmy być niespełna trzy dni drogi od wybrzeży Lustrii. Dzięki niech będą niebiosom… Kolejnego miesiąca na tej dziurawej łajbie bym już nie zniósł. Nie zrozumcie mnie źle; Szkaradna Ladacznica, wbrew swej ordynarnej nazwie, to piękny i wytrzymały okręt, który dowiódł swej użyteczności w czasie rejsu, jednakże długa podróż zdążyła odcisnąć swe piętno na wszystkich. [...] Nieufne wszystkiemu co unosi się na wodzie krasnoludy powoli zaczęły popadać w paranoję, połowa załogi cierpi na chorobę morską, szkorbut czy inne przypadłości, natomiast Lorenzo Casini w ciągu jednego dnia powiesił dwóch marynarzy za samo krzywe spojrzenie, zaś kolejnego nieszczęśnika kazał przeciągnąć pod kilem, co było równoznaczne z wyrokiem śmierci! Podobnych ekscesów nie ma końca, a tymczasem jedyna osoba, która mogłaby położyć kres wybrykom tego szaleńca - Baron Kratenborg - zamyka się w swojej kajucie na całe dnie, wynurzając się z niej kiedy tylko jest potrzebny kapitanowi, a ten nieszczególnie chętnie przyjmuje sugestie. [...] Ludzie Albrechta sprawiają wrażenie specjalistów w swoim fachu, lecz jednocześnie nie wydają się być szczególnie zżyci ze sobą. Widać, że to banda przekupnych najemników, a nie zdyscyplinowanych żołnierzy pod berłem charyzmatycznego przywódcy. Nie wiem czym się baron kierował w doborze tych ludzi, ale może w całym tym szaleństwie jest jakaś metoda? [...] Część załogi już teraz dzieli między sobą wyimaginowane stosy skarbów i wykłóca się o każdy, nawet najdrobniejszy detal. Jakież to będzie rozczarowanie, kiedy łupy okażą się mniej okazałe! Jedynie krasnoludy z ekipy Mordinssona wydają się trzymać razem, chociaż im bliżej jesteśmy brzegów Lustrii, tym większą nieufnością nas darzą. Czyżby wrodzona chciwość długobrodych już teraz brała górę nad zdrowym rozsądkiem? [...] Patrząc po tych wszystkich tworzących się podziałach i coraz chłodniejszej atmosferze jaka panuje na statku, jedno wydaje się być niemal pewne - wyprawa ta nie będzie łatwym przedsięwzięciem! Pozostaje mieć tylko nadzieję, że to chwilowy epizod i po zejściu na suchy ląd wszyscy odzyskają rozum... Na tych słowach kończę swój wpis nim ktokolwiek przyłapie mnie na pisaniu nieprzychylnych opinii pod adresem naszego “Wielce Wspaniałomyślnego - bo jakże inaczej - Kapitana Casiniego”. Mam nadzieję, że kiedyś szczęśliwie powrócę do domu i pewnego zimnego wieczoru otworzę ten dziennik przy rozpalonym kominku, śmiejąc się do rozpuku z tych wszystkich podłych gnid, z którymi miałem wątpliwą przyjemność współpracować. Niechaj Sigmar ma nas w swej opiece…”
- Ostatni fragment anonimowego dziennika
Autor zawisł na maszcie za “działalność dywersyjną”



Wybrzeże Lustrii, Wielki Ocean
18 Vorgeheim, 2528 K.I.
Świt

Szkaradna Ladacznica skrzypiała i trzeszczała w proteście, kiedy wysokie na kilkanaście metrów morskie fale rzucały nią z jednej burty na drugą. Pogoda z każdą godziną wyraźnie pogarszała się. Zerwał się silny wiatr, a z przesłoniętego czarnymi chmurami nieba zaczęły spadać pierwsze krople zdumiewająco ciepłego deszczu. Otaczający załogę bezkresny ocean wydawał się wrzeć, tak jakby ich przybycie do Lustrii miało rozgniewać samych bogów. Od wschodu gonił ich tropikalny sztorm, nadejścia którego zapowiedzią były coraz częstsze i donośniejsze odgłosy zbliżajacej się burzy. Ta nieoczekiwana zmiana pogody wprawiła część załogi w nieme osłupienie, innych zaś w bogobojne przerażenie i zapewne trwaliby tak, niczym słupy z soli, do samego końca, gdyby nie nieznoszący sprzeciwu głos kapitana, który dla marynarzy był niczym wiadro lodowatej wody:
- Ruszać się, nieroby! Zwijać żagle, wy stare murwy w zadek francowatym kusiem chędożone! - Mimo, że Lorenzo Casini wyglądał na wyedukowanego, powściągliwego i obytego w dworskich obyczajach człowieka, to w ciągu dwumiesięcznej podróży zdołał wzbogacić swoje słownictwo o wiele żeglarskich zwrotów, a był to język, który łatwo przemawiał do prostych umysłów marynarzy. Tym bardziej, że rozkazy płynęły z ust osoby nie słynącej z nadmiernej cierpliwości i wyrozumiałości.
- Ruszać się, morskie dupy! Zwijać szoty! Wybierać talię refową! Do lin, śmierdziele! Razem! Już! Podciągać gejtawy i gordingi! Powoli, razem!
Przygotowanie statku do nadejścia sztormu stało się dla załogi czymś niemalże rutynowym odkąd minęli równik jakieś dwa tygodnie wcześniej, jednakże olbrzymie, sięgające kilkunastu kilometrów wysokości chmury burzowe wprawiały w zaniepokojenie nawet najbardziej doświadczonych żeglarzy. Bezpośrednio pod nimi roztaczała się nieprzenikniona ciemność, tak jakby znany im świat kończył się w miejscu, gdzie one się zaczynały.
Co gorsza; chmury pojawiły się zupełnie niespodziewanie, nie dając im praktycznie żadnych szans na ucieczkę. To nie był normalny sztorm... Takie załamanie pogody ludzie zamieszkujący tropikalne kraje identyfikowali z nadejściem huraganu, ale nawet to dawało znać o sobie odpowiednio wcześnie, jeśli było się wystarczająco czujnym.
Walczącym z żaglami marynarzom pozostało niewiele więcej jak wykonanie swojej roboty i przebłaganie Manann o litościwe obejście się z ich statkiem. Tak daleko od domu nie było żadnej przyjaznej duszy, a od najbliższego szlaku handlowego dzieliło ich tysiące mil morskich. Wielką ironią losu byłoby zatonąć tutaj, tak blisko upragnionego celu podróży, a jednak to właśnie z takiego osobliwego poczucia humoru znany był władca wszystkich mórz i oceanów.

Jednakowoż spośród wielu podłości tego dnia, najgorszą ze wszystkich było oczekiwanie nieuniknionego…


Kajuta Barona, Szkardna Ladacznica
18 Vorgeheim, 2528 K.I.
Świt

- Robi wrażenie, prawda? - Powiedział na głos czarnowłosy mężczyzna, stojący przed ścianą wykonaną z wielu połączonych ze sobą okien. Rzecz jasna nie miał na myśli wypolerowanych szyb, które same w sobie mogły przerażać, jeśli człowiek zastanowiłby nad ilością czasu, którego trzeba było poświęcić na wypucowanie całej ściany z obu stron.
Wypowiadając te słowa Baron spoglądał na zbliżającą się w ich stronę linię nieprzeniknionej ciemności, której nadejście zwiastowało poważne kłopoty. Nie oczekiwał jednak odpowiedzi, bowiem szybko wtrącił kolejne zdanie, zagłuszając trzeszczący pod naporem fal statek.
- Jakkolwiek bym nie przepadał za Casinim, to jeśli jest na tej łajbie choć jedna osoba zdolna przeprawić nas przez ten sztorm, to jest nią właśnie on - Baron Kratenborg odwrócił się na pięcie i obrzucił surowym spojrzeniem zgromadzonych przed nim ludzi. W znacznej większości byli to przekupieni złotem i wizjami niewyobrażalnego bogactwa najemnicy, a jednak nikomu bardziej na tym okręcie nie ufał - o ile jego stosunek do nich można było nazwać zaufaniem.
- Nie zebraliśmy się tu jednak, abym was uspokajał, bo prawdę powiedziawszy nie wyglądacie mi na takich co srają pod siebie z byle powodu i dlatego właśnie bierzecie udział w ekspedycji. Zostaliście tu wezwani, aby omówić dalsze kroki - Baron zbliżył się do stojącego przy ścianie biurka, otworzył jedną z szuflad i wyciągnął z niej pomiętą mapę, która została precyzyjnie wyszyta na sporym skrawku lnianego materiału. Następnie rozłożył ją na blacie stołu, ruchem dłoni nakazując reszcie zbliżyć się. Była to mapa rozległego kontynentu, którego terytorium w zdecydowanej większości pokrywała ogromna dżungla.
Zgromadzonym wokół stołu najemnikom szybko rzuciły się w oczy podobne do piramid struktury. Każda z nich miała przypisaną egzotycznie brzmiącą nazwę i według załączonej obok legendy, tylko niewielka część z nich była zamieszkana. Szybko się okazało, że w istocie są to miasta enigmatycznych jaszczuroludzi - przedwiecznej rasy, której historia sięgała dziejów sprzed pierwszej inwazji Chaosu.
- Pierwszym przystankiem w podróży będzie Holzberg, o czym zresztą dobrze już wiecie. Jest to dobrze ukryta przed nieprzyjaznym wzrokiem osada, dlatego dotarcie do niej nie będzie takie proste - tłumaczył śmiertelnie poważnym głosem Baron, po czym wskazał palcem plażę znajdującą się u ujścia wielkiej rzeki. - Będziemy płynąć wzdłuż Wampirzego Wybrzeża. Lepiej nie pytajcie skąd bierze swą nazwę... Holzberg znajduje się za Krwawymi Mokradłami i aby się tam dostać, będziemy musieli pokonać wąską cieśninę między Miastem Umarłych, a tymi pieprzonymi bagnami. Na ogół statkom udawało się przedostać bez większych niespodzianek, ale sporadycznie zdarzały się też wyjątki… W każdym razie to nie koniec naszych problemów - mówiąc to Baron spojrzał na swych ludzi, chcąc upewnić się, czy wszyscy go uważnie słuchają. Najwyraźniej tak było, bo chwilę później kontynuował:
- Ostatecznie musimy dostać się do Quetza, które szczęśliwie znajduje się stosunkowo blisko Holzbergu. To cel naszej podróży. Problem w tym, że świątynne miasto leży pomiędzy dwoma innymi miastami zamieszkałymi przez łuskowatych tubylców. Wiemy to z dziennika Corteza… Natomiast ostatnie wieści z tych okolic donoszą o plemieniu kobiecych wojowniczek, które zajęły ruiny Axlotl i toczą aktywny bój o terytorium z Itza oraz Xlanhuapec. To pierdolony trójkąt śmierci, ale właśnie dzięki obecności tych… amazonek, jak je nazywają, możliwe jest plądrowanie Quetza, które w wyniku sporu stało się ziemią niczyją - w jego oczach pojawił się osobliwy błysk, kiedy mówił o rabowaniu tubylców z ich ciężko wypracowanych bogactw. - Ufam, że zachowacie te informacje dla siebie. Zwykłym marynarzom nie trzeba mówić w co się pakują - niech myślą, że najgorsze mają już za sobą.
Baron Kratenborg skończył przemawiać. Oparłszy się o blat dębowego stołu, przez dłuższą chwilę spoglądał w zamyśleniu na rozłożoną przed sobą mapę. W końcu jednak oderwał od niej wzrok i przeniósł go na zgromadzonych przed nim najemników.
- Są jakieś pytania?
 
__________________
Prowadzę:
[WFRP II ed.] Nie wszystko złoto, co się świeci - czekam za odpisami do 14.07.2018.
W planach:
Warsztaty Starfinder
Warlock jest offline  
Stary 24-07-2017, 15:06   #2
 
Deszatie's Avatar
 
Reputacja: 6321 Deszatie ma wspaniałą reputacjęDeszatie ma wspaniałą reputacjęDeszatie ma wspaniałą reputacjęDeszatie ma wspaniałą reputacjęDeszatie ma wspaniałą reputacjęDeszatie ma wspaniałą reputacjęDeszatie ma wspaniałą reputacjęDeszatie ma wspaniałą reputacjęDeszatie ma wspaniałą reputacjęDeszatie ma wspaniałą reputacjęDeszatie ma wspaniałą reputację
Weddien z fascynacją przyglądał się infernalnej scenerii i piekłu żywiołu. Okręt kołysał się na falach, szturmujących zaciekle strome burty. Elf bez strachu i z podziwu godną zwinnością poruszał się po pokładzie, jakby za nic mając ogromne przechyły. Widział wycieńczone twarze żeglarzy, dostrzegał malujące się na nich zwątpienie i obawę. Byli tak blisko celu... Muirehen czuł obecność brzegów Lustrii w niewytłumaczalny dla innych sposób. On, "dziecię morza", syn Alkira, był niezmiernie wyczulony na wszelkie sygnały i zjawiska zwiastujące ląd. Bryzg wody, podmuch wichru, dotyk ciepławego deszczu wieszczyły obietnicę osiągnięcia nieodległego celu wyprawy...

Poganiał i zachęcał marynarzy do wysiłku, sam dając przykład nieustępliwości oraz wiary w powodzenie rejsu. Nie sposobem tego tyrana Casiniego, który podle traktował ludzi i okrutnie karał za wszelkie przewiny. Weddien zbyt długo żeglował po akwenach tego świata, by nie szanować pracy ludzi morza. Nie lubił tych, co pogardzali innymi. Sam nie traktował nikogo z wyższością, jego elfie rysy były zaprzeczeniem charakteru. Dziedzictwo Ulthuanu, zostało zatarte przez wysiłek i wychowanie, które odebrał od przybranego ojca. Jako najemnik stał się bardzo ludzki, zaś wcześniejsze trudy i znoje nauczyły go życia tych prymitywnych istot, którym zapewne gardzili jego dumni przodkowie. Wydawało się, że należy do tego świata, lecz tęsknota za odkryciem swojego prawdziwego rodowodu, powiodła go na te straceńczą wyprawę. Elf nie tracił nadziei na rozwiązanie zagadki swego pochodzenia. Jako noworodek po wielkim sztormie znaleziony nieopodal skał Yvress uznany został za dar od bogów...

Podczas rejsu dał się poznać jako dobry kompan, nie stronił od hazardu i towarzystwa innych najemników. Nadspodziewanie posiadał mocną głowę, zwłaszcza w porównaniu do jego pobratymców. Rum wprawiał go w pewien rodzaj nostalgii, niektórzy z obecnych mogli poznać zawiłe i zgoła nieprawdopodobne ścieżki jego losu. Elf, który nie mówi w języku elfów Wysokiego Rodu, wychowany przez ludzi z Północy, pływający w ludzkiej flocie... Oczywiście niektórzy poczytywali jego obecność na statku jako zły omen. Zbliżający się huragan mógł tylko utwierdzić ich w tym przekonaniu...

Przez ścianę deszczu, która nie była przeszkodą dla jego wyostrzonego wzroku majaczyły kształty "Skidbladnira", który również gotował się do stawienia czoła cyklonowi. Wiedział dobrze, co czuje pokrewna załoga. Weddien sprawdził czy ładunki zostały właściwie zabezpieczone, bowiem każda zmiana balastu mogła mieć dla nich katastrofalne konsekwencje po czym, zabezpieczywszy się liną, pracował na pokładzie, dzieląc trudy wspólnie ze zwykłymi marynarzami. To od nich w największej mierze zależał los "Ladacznicy", która popychana przez wicher i smagana batem fal uparcie opierała się uściskowi Mananna...
 
Deszatie jest offline  
Stary 24-07-2017, 21:10   #3
 
Cattus's Avatar
 
Reputacja: 11776 Cattus ma wspaniałą reputacjęCattus ma wspaniałą reputacjęCattus ma wspaniałą reputacjęCattus ma wspaniałą reputacjęCattus ma wspaniałą reputacjęCattus ma wspaniałą reputacjęCattus ma wspaniałą reputacjęCattus ma wspaniałą reputacjęCattus ma wspaniałą reputacjęCattus ma wspaniałą reputacjęCattus ma wspaniałą reputację
Wolfgang z dezaprobatą wpatrywał się w nadchodzący sztorm. Zanim wszedł pod pokład, splunął przez burtę i powiedział coś, marszcząc przy tym brwi. W tej samej chwili, jakby w drwiącej odpowiedzi, nagły podmuch wiatru zagłuszył i porwał wypowiadane słowa.

***

Deiter na pokład Ladacznicy wszedł oficjalnie. Z symbolem Kolegium Ognia na zapince peleryny, kosturem stylizowanym na prostą głowę smoka, zrobioną z nieco poczerniałego, wypolerowanego jedynie miejscami mosiądzu i sporawym tobołkiem przytroczonym do pociągowego kuca. Wyraźnie nie miał zamiaru ukrywać pełnionej profesji, dumnie prężąc tors.
Ramiona miał odsłonięte, a na rozpiętej do połowy koszuli nosił czarną, również zwykle rozchełstaną kamizelkę. Lewą rękę aż do ramienia całkowicie pokrywała paskudna blizna, na prawej zaś wytatuowano zawiłe, geometryczne wzory. Pomimo pozornego niedbalstwa, ubrania wykonane miał porządnie i z dobrych materiałów, a wzdłuż szerokiego pasa przytroczył szereg mieszków i manierkę, obok których zawiesił dodatkowo miecz i parę sztyletów.

Fakt bycia magiem nie przysporzył mu zbytniej popularności, choć z drugiej strony nikt mu głowy bez potrzeby nie zawracał. Z tego powodu najpierw trzymał się z innymi magami płynącymi na Ladacznicy, lecz szybko zaczęła go nudzić ograniczona kompania i zaczął szukać znajomości pośród reszty podróżników. Typową niechęć pomogła przełamać wieść, że Wolfgang jest w stanie przepędzić niemal wszystko na nadający się do spożycia alkohol, którego nie zwykł odmawiać spragnionym i zamiłowanie do gry w karty, kości czy cokolwiek innego w co można wygrać. Pomimo zwykle twardego spojrzenia, po paru partiach i kolejkach zawsze się rozchmurzał i nie wiadomo kiedy, wesołe noce zmieniały się w ciężkie poranki.

***

Do kajuty wszedł jako jeden z ostatnich, stukając podkutymi butami. Zaparł się na swoim kosturze obok stołu i w ciszy wysłuchał Barona, spojrzeniem świdrując pokazaną mapę.

- I ile dni marszu jest do tego Quetza? Trzeba będzie mieć się na baczności z miejscowymi, skoro wchodzimy na teren lokalnej wojenki. Przynajmniej z nudów nie umrzemy. Skomentował żartobliwie. - Wiemy coś konkretnego o zagrożeniach, czy trzeba uznać że zabije cię pokrzywa jeśli źle wybierzesz miejsce na sranie? W końcu nazwy Krwawe Mokradła i Wybrzeże Wampirów nie wzięły się znikąd. Jak przestanie już bujać to skopiuje sobie tę mape. Nie jestem pewien czy wszystko zapamiętałem. Zakończył, przenosząc wzrok na Kratenborga.

 
__________________
Our sugar is Yours, friend.
Cattus jest offline  
Stary 24-07-2017, 22:06   #4
Femme Fatale
 
Nami's Avatar
 
Reputacja: 28509 Nami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputację
Odziana w lekką zbroję kobieta, siedziała na przewróconej beczce gdzieś w rogu pokładu. Nie interesowała się marynarzami, którzy latali w te i nazad jakby mieli srać na trzy zagony, w rzyci miała te szczochy lecące prosto z niebios, które jedynie łaskotały jej odsłonięte nadgarstki i blade policzki. Blondwłosa wojowniczka niewzruszona pozostała na swoim miejscu, z jedną nogą wysuniętą bardziej w przód, opartą stopą o solidne deski, a drugą bliżej beczki, mięśniami ud wspierając, aby jej siedzisko nie poturlało się gdzieś w dal podczas kołysania wspomaganego silnymi falami. Na swych kolanach trzymała miecz, który właśnie kończyła czyścić i była bardzo pochłonięta ową czynnością. Starannie przecierała czystym płótnem wierzch ostrza oraz zdobioną malutkimi kryształkami rękojeść, na której znalazła zapomnianą i zaschniętą już kroplę krwi. Być może należała do zwierzoludziów, orków, ogrów lub innego tałatajstwa, a może była to posoka, która trysnęła z ludzkiej aorty. Nie miała pewności co do jej pochodzenia, ale jedno było wiadome - szpeciło to jej oręż.

Lorenzo Casini był mizernym, imperialnym koniojebcą. Jego słodkie wulgaryzmy drażniły uszy Lexy, która z każdą kolejną sekundą miała coraz to większą ochotę pokazać mu, jak powinno się obrażać innych oraz w jaki sposób należy mieszać z łajnem takich białych ciągodrutów, wywodzących się z imperialnego stolca jakiegoś spedalonego, męskiego kurwiarza. Wszyscy chłopi byli siebie warci, chodząca kupa nieudolności, wymachująca swoimi niedorozwiniętymi kiełbaskami i napinająca ramiennego flaka oraz (równie słaby co pozostałe) mięsień piwny. Bo oni nawet tego nie potrafili mieć porządnego. W zasadzie, każda rasa wywyższała ich w konkretnej sprawie, więc tak naprawdę byli tylko ludzkimi dziwkami, które ochoczo wypinały owłosione odbyty i błagały, by ich przeczyścić rycerską kopią. Potem leżąc we własnych odchodach, całują cię po ufajdanych fekaliami i zatęchłą krwią wrogów butach, aby na koniec pochwalić się, że w sumie w tym co właśnie się stało to i tak był najlepszy. O Bogowie, “najlepszy!”. Imperialne kutasołykacze faktycznie tacy byli, nikt w kurwieniu się nie potrafił im dorównać.

- Svett grøfter i gir jævler, presse raskere hovne fitte, som sliter rags ikke laste ned i løpet av få sekunder, vil det trekke hvit ost, fra kaptein pikk! Slikke til den er rent! * - szczeknęła po norsku niczym kundel zarażony wścieklizną, którego należałoby uśpić paroma, nie jednym, strzałami w ten zacny tyłek, zagłuszając tym samym Casiniego. Po tym nastała drobna konsternacja, jednak wszyscy szybko wrócili do swoich zajęć. Lexa przekrzywiła łeb, aby spojrzeć na Lorenzo i wyszczerzyła do niego swoje żółknące kły o postrzępionych koronkach. Uśmiech kobiety był obrzydliwie podły, przepełniony pewnego rodzaju wyższością, być może nawet jej spojrzenie i mina rzucały mu wyzwanie. On chyba jednak nie miał czasu na takie pierdoły, no bo miał ważniejsze rzeczy na głowie, prawda? Norsmanka schowała więc miecz do pochwy, trzeba dodać, że tej prawidłowej, po czym wstała. Strasznie ją wnerwiało to imperialne określenie i nieraz z tego powodu musiała komuś przestawić szczękę na inną pozycję, aby zdjąć ten, chcący liznąć kutasa, uśmieszek. Nie podchodząc do Casiniego, krzyknęła w jego stronę, nie odrywając od niego dzikich, chcących komuś spuścić wpierdol, tęczówek - tak, oczy też miały swoje fantazje.

- Pozwól mi zarżnąć jednemu z nich gardło, albo żywcem chwycić. Za jaja się pociągnie, do burty przywiążę, ofiarę Bogom złożyć trzeba, aby gniew ich uspokoić! - szczerze liczyła na to, że mężczyzna się popłacze i przyzna jej rację, pozwalając wybrać do tej zacnej roli jednego z tych gówno-wartych grzybochujków. Ile by dała, aby móc kogoś sprowokować i dać mu w mordę, jak wiele dni mogłaby nie przeklinać, żeby tylko Bogowie zesłali jej przytępego popaprańca, który miałby chrapkę na jej twardą od mięśni dupę, a ona mogłaby go wtedy nadziać na swoją włócznię, tak jak on chciał nadziać ją na swoją wątłą zapałkę - która w dodatku nie dawała nawet rady zapłonąć porządnie. Ale nie, Bogowie jej nie kochali i tak jak jeszcze zeszłego poranka, miała okazję dostać od kogoś rapierem w bok, a potem mu oddać toporem w czaszkę, tak tego dnia, aż do samego wieczoru, nie było chętnych na norski tyłek. Choć miała jeszcze nadzieję, że Sylvain przyjebie jej z miłością i rozkwasi wargę, to w ostateczności zrezygnowana Lexa postanowiła udać się do Barona, gdzie chyba każdy schował swojego ptaka przed deszczem, co by nie musieć potem się tłumaczyć, że przecież skurczył im się od zimna.


Pod pokładem było znacznie ciszej niż na zewnątrz, dlatego Lexie wciąż szumiało w uszach. Czuła, że jeśli odezwie się szybciej, niż przyzwyczai do panującego tutaj spokoju, to jej głos zabrzmi niczym krzyk i atak rozwścieczonej macicy, chcącej sterroryzować i przeturlać każdego chłopa pod swoim butem. Nie chciała na taką wyjść, choć już nie raz dała się poznać jako podła, wulgarna świnia (czy też raczej maciora), rżąc ze śmiechu gdy komuś coś nie wyszło i chełpiąc się zwycięstwem nad każdą, imperialną ciotą, czy to szło o wygranę w karty, kości, chlaniu czy też dawaniu sobie po mordach. Była agresywna, wulagarna, i rzadko kiedy gryzła się w język - prędzej gryzła innych. Mimo tej natury, to była do rany przyłóż blondynka, broniąca swego i swoich, więc jak kogoś polubiła, to ten miał dożywotnią ochronę i w jego imieniu skopałaby dupę nawet Demonowi Gównoburzy, a co!

Lexa była wysokim, umięśnionym, norsmańskim wrzodem na dupie każdego mężczyzny wywodzącego się z Imperium - czyli prawie każdego. Mierzyła niemal sto osiemdziesiąt centymetrów, zaś jej napakowane mięśniami ciało, w porównaniu do tego jakie by posiadał mężczyzna, było lekkie. Lekka, zgrabna blondynka o dzikim spojrzeniu zielonych oczu, była ciekawym dodatkiem, choć nie dla wszystkich przyjemnym. Jej blada skóra nie tylko ozdobiona była licznymi, czerwonymi tatuażami, ale i wieloma głębokimi i wstrętnymi bliznami. Lexa mogła robić wrażenie, ale na pewno nie dzięki swojej kobiecości, bo tej doszukać się można jedynie w fizycznych aspektach, jakie każda przedstawicielka płci żeńskiej posiadała. Cechowała się również owalną buzią z wyraźnym zarysem gałęzi żuchwy jak i jej kątów, wysokim czołem, którego dystans został zmniejszony optycznie poprzez tatuaż oraz włosami, które prócz tego, że sięgały za łopatki, miały przeplecione w warkocze blond kosmyki, zaczesane były ściśle do tyłu. W jej wyrazie twarzy, czy też spojrzeniu, na próżno było szukać wiedzy lub większego zarysu inteligencji, sprawiała raczej wrażenie niezbyt mądrej, choć wprawionej w boju i spostrzegawczej, kobiety. Piersi owszem, istniały, lecz nigdy nie były eksponowane. Zakryte skórzaną kurtką, która służyła za pancerz, ledwo nadawały jej jakiegokolwiek wybrzuszenia. Co innego tyczyło się bioder Lexy, które były znacznie szersze, choć nie szersze od jej ramion. Wokół tychże bioder zawieszony miała gruby pas zapinany dzięki okrągłej klamrze, na której widniał emblemat śmierci; trupia czaszka. Norsmanka nie zawsze chodziła w swej pełnej zbroi, często można było ujrzeć ją jedynie w skórzni lub przepasce, która wyraźnie eksponowała rzeźby mięśni jak i zaróżowione, mięsiste blizny, często grubości palca. Najpaskudniejszą miała na brzuchu i tylko Aurelius mógł mieć z nią nie lada wspomnienia.


Kiedy Baron począł przemawiać, Lexa wyjrzała zza jego ramienia, sprawiając tym samym, że na moment się spłoszył. Kobieta oblizała spierzchnięte wargi i uśmiechnęła się szyderczo, kiedy to Kratenborg powrócił do opowiadań. Blondynka patrzyła na mapę i szczerze mówiąc - gówno z niej rozumiała. Jakieś tam bohomazy pięciolatka i chuj z tego wynikał, pewnie nawet odległości miał beznadziejnie pomierzone i wszyscy zdechną w ruchomym bagnie czy innym syfie. I właśnie tutaj jej podejrzliwe, acz zuchwałe, spojrzenie spoczęło na Wolfgangu, który co prawda pierdolił, ale z sensem. Pokiwała aż głową z uznaniem, gdy mówił o sraniu i pokrzywach, to był język, który znała najlepiej.

- Kart er nyttig til å tørke deg i ræva i stedet for brennesle ** - zachrypła po norsku, udając powagę, choć wargi jej się trzęsły ze śmiechu. Mówiąc to oczywiście wskazała na mapę i wydawała się być z siebie dumna, choć jej “żartobliwe” podejście do sprawy wcale nie pomagało. W zasadzie, to miała to wszystko bardzo głęboko, bo nie ona była od myślenia, tylko od nakurwiania węgorzy, czy co to tam łuski miało. Wszystko było jedno, choć małe pytanko jej po głowie chodziło, ale widząc spojrzenie Aureliusa oraz Sylvaina, machnęła w ostateczności ręką i niczym obrażona dama odeszła na bok, aby posadzić z hukiem dupę na wolnym krześle i brudne buciory zarzucić na jakieś beczki. Beknęła głośno, a po jakimś czasie i ziewnęła, przysłuchując się jak inni rozmawiają. Może jeszcze sobie pośmieszkuje, ale to później. Widziała tutaj kilku Imperialnych kijopołykaczy, którym badyl w dupsku utknął i mieli nietęgie miny, nie będzie więc się wtrącać, bo jeszcze w gardle im to drewienko stanie. Marzyła teraz o tym by sobie pochlać. Oj chlałaby.




* Spocone rowy w troki, matkojebcy, ściskać szybciej nabrzmiałe pizdy, jak tej szamoczącej się szmaty nie ściągnięcie w ciągu paru sekund, to będziecie ciągnąć biały ser, spod kutasa Kapitana! Lizać aż będzie czysty!

** Mapa się przyda, by dupę podetrzeć zamiast pokrzywą
 
Nami jest teraz online  
Stary 25-07-2017, 00:45   #5
 
PanDwarf's Avatar
 
Reputacja: 3187 PanDwarf ma wspaniałą reputacjęPanDwarf ma wspaniałą reputacjęPanDwarf ma wspaniałą reputacjęPanDwarf ma wspaniałą reputacjęPanDwarf ma wspaniałą reputacjęPanDwarf ma wspaniałą reputacjęPanDwarf ma wspaniałą reputacjęPanDwarf ma wspaniałą reputacjęPanDwarf ma wspaniałą reputacjęPanDwarf ma wspaniałą reputacjęPanDwarf ma wspaniałą reputację
Kajuta Barona, Szkardna Ladacznica
18 Vorgeheim, 2528 K.I.
Świt



Masywny ogorzały krasnolud stojąc przy oknach spoglądał na bezkres morza krzywiąc się paskudnie, a jego wzrok łypał furiacko na spienione fale.Gdy człeczyna skończył gadać odwrócił się do reszty obecnych w kajucie, twarz Orrgara przerodziła się w mroczną maskę wyczekiwania, a on sam obiema dłońmi oparł się na stylisku opalizującego runicznego młota wojennego, opuszczając wzrok na swe potężne poorane bliznami łapska.
Była to imponująca broń niespotykanej wielkosc bitnia wykonana ze stopów stali o bardzo ciemnym opalizującym odcieniu, opasana i zamknięta w uścisku trzema stalowymi klamrami, zdająca się emanować swą własna energia i delikatnie świecić tak, jakby kowal tchnął w nie życie. Na całej powierzchni młota widniały wygrawerowane runy świecące błękitnym blaskiem.Stylisko młota wykonano z czarnego dębu, które kunsztownie ozdobiono, wielkość tej broni kategoryzują ją jako zdecydowanie dwuręczna.
Mimo to jej właściciel przykuwał nie mniej uwagi.
Nosił na sobie jedynie skórzane buciory i skórzane spodnie z których poniżej kolan pozostały jedynie strzępy.
Na szyi wisiał mu naszyjnik ze Szponów Kamiennego Trolla jak i zębów Giganta.
Cała twarz, od czoła po brodę krasnoluda ozdobiona była misternym, w całości czarnym motywem skomplikowanego opisu złożonego z tajemniczych runów.
Całe lewe ramie pokryte zostało zawiłymi czarnymi tatuażami imponujących spiralnych linii.
Całe prawe ramię pokryte zostało skomplikowanymi czarnymi tatuażami intrygujących przeplatających się linii.
Posiadał wspaniala, połyskująca w świetle zapleciona w kilka grubych plecionych warkoczy spiętych gromilowymi zdobionymi kamieniami szlachetnymi obręczami, śnieżnobiała brodę.
Jego muskularne ramiona pokrywały szeregi zadrapań, na wpół zagojonych ran i starszych blizn.
Potężne zadrapania po pazurach znaczyły lewy obojczyk, przechodząc az pod szyje, ktora rowniez nosiła ślady jakiejś dawnej potyczki.
Przez jego czerep przebiegała szeroka, brzydko zagojona blizna, przecinająca czoło, sklepienie
czaszki, i kończąca się dopiero na karku. Prócz niej na skórze głowy dało się odnaleźć bardzo wiele innych śladów walk i potyczek - jedne były już całkiem stare i prawie niewidoczne, lecz pokrywały je świeższe, czasem ledwie co zagojone, rany.
Jego oblicze wydawało się nie przypominać już zwyczajnej twarzy. Pociete rozległymi, niezagojonymi
ranami policzki, naznaczone biela, ślepe oko, poharatane czoło i stare blizny tworzyły iście
makabryczny obraz weterana niezliczonych walk.
Jego tors pokryty był starymi bliznami i świeżymi ranami, które z pewnoscia zabiłyby już
przeciętnego wojownika. U boku widniały okropne szramy, będące pamiątką po głębokim dźgnięciu pod żebra.
Żelazny łańcuch o masywnych, grubych ogniwach, pokryty w kilku miejscach zakrzepła posoka, biegł od jego nosa, po obu stronach twarzy, aż do uszu.
Po trzy masywne mosiężne kolucha wisiały ciężko wbite w uszy.
Włosy na głowie postawione miał w, pozlepiany żywica grzebień, który dodatkowo pokryty prymitywna ognistoruda farba trzymał się w jednym miejscu niczym kamień.
Wzrok mylić nikogo nie mógł wygląd tego krasnoluda świadczył o przynależności do krasnoludzkiego kultu zabójców.

*******

Splunął krótko na drewnianą podłogę, mamrocząc coś pod nosem i pociągnął mocny łyk spirytusu z bukłaka.
Spojrzał w górę
-Jak myślisz Grimnirze, odnajdę jo swy przeznaczynio no tyj zofojdonej ziemi? - zadudnił

Nasłuchiwał chwile kiwajac głową

- Moży i mosz rocje, aly pary człeczych samic i skavenopodobnych jaszczurek ni wroży za dobrzy. - burczał

- Ni po to me nozdrza i slypie dzierży synów Kory i Mchu co bym na darmo tom płynoł, ni dość ży ni nowidzem wody, prowi tok samo kaj drzyw to jesio uoni… szyszkojady. Woda, elfy jeno drzyw brakuje ale pewno juże który zasadził sem w kajucie i podsrywa je regularni co by winkszy wyrosło. To brzmi kaj jaki przedsionek piekła... - zassał glębszy łyk z bukłaka.

Kiwajac głowa miarowo mamrotał chwile pod nosem spoglądając w górę
- Aye, mosz rocje powinniśmy wyrżnąć wszystkich pod Tor Alessi, Grimnirze. Świot byłby lepszy.Nu ale wygonienie ich na tom ich wypierdkowatą wyspe tyż ni bylo zle - mamrotał fanatycznie

Nagle po kajucie poniósł sie dudniacy ciezki rechot z Orrgarowej gardzieli.

- Moży jeno człeczyny wierzom w te ich podzioły, Leśny, Wysoki… o kolorzy bzu, czy lesnego runa kożdy khazad wi że som jeno jedne elfy na świeci… Mroczne. - wypluł te słowa mrużąc groźnie oczy i rochyliwszy usta w demonicznym uśmiechu ze świstem wypuścił powietrze


Orrgar potarł dłonią swą pokryta bliznami twarz i zimnym spojrzeniem pełnym zaciętości spojrzał w zamyśleniu przed siebie.Pochylił nisko głowę łypiąc na boki z dziko. Jego oczy stały się niespokojnie zimne, wręcz wrogie.



Masywne Poteżne ramię napięło się niczym dźwignia i uniosło Młot w górę opierając go o ramię, dopił do końca bukłak spirytusu kilkoma haustami. Beknął przeciągle i z mętnym wzrokiem podążył do drzwi kajuty.

- Ni marnujta mojygo czasu na jakieś pierdy, i dojcie znoć kaj byndzi cuś wartygo oderwania mni od stołu i mego kufla. Jok informacja zy zsiodomy z tyj krypy. Droga jezd prosta kaj w mordę strzylił. Przerżnomć siem przez dżungle i wszystko co nom jom zostowi. - burknął gardłowo wkurwiony

Gdy oddalał się można było dosłyszeć jak ciska chrapliwym głosem stek khazalidzkich przekleństw, następnie drzwi kajuty zamknęły się za krasnoludem

Spirytus pomagał, pomagał przyspieszyć czas, pomagał zapomnieć, pomagał na wszystko…
Nie pomagał jedynie na wkurwienie z obecności elfów i ciągłego kołysania.
Oby Badrin miał racje, dla własnego dobra oby miał rację i legendy były prawdziwe inaczej jak z nim skończy sam będzie przypominał elfa.
Przyrzekł mu pamięć i potężne przeznaczenie, Oby znalazł tu tego który odbierze mu jego życie i wstyd jeśli Grimnir pozwoli.

Warknął wściekle i ruszył niczym toczący sie wóz z węglem przed siebie.


 
__________________
# Kyan Thravarsson - #Saga Kapłanów Żelaza by Vix -> #W objęciach mrozu by Kenshi -> #Nie wszystko złoto, co się świeci by Warlock
# Thravar Griddsson R.I.P. - #Żądza Zemsty by Warlock

Ostatnio edytowane przez PanDwarf : 25-07-2017 o 07:35.
PanDwarf jest offline  
Stary 25-07-2017, 20:35   #6
 
Gob1in's Avatar
 
Reputacja: 10347 Gob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputację
Prawdą było to, że synowie Grungniego nie powinni po morzach ganiać niczym stado kundli za suką. Powinni twardo stąpać po stałymlądzie, a najlepiej mieć pod nogami setki metrów litej skały zamiast kilku lichych desek zbitych byle jak gwoździami. Czym innym było patrolowanie Rzeki Krwi wpływającej do Czarnej Zatoki na opancerzonym parostatku, a czym innym to...

Borriddim Dorgundsson niezbyt dobrze znosił tak długą podróż morską, jednak legendarny krasnoludzki upór pozwalał mu zwalczać niewygody związane z nieustającym chlupotaniem fal o poszycie, drżeniem i jękiem pracującego drewna i kołysaniem. Warunki morskiej podróży były po prostu kolejnym powodem do narzekań, a tej przyjemności nie potrafiłby odmówić sobie żaden prawdziwy krasnolud.

Teraz jednak, podobno tuż przed dopłynięciem do celu, zanosiło się na jakąś cholerną burzę, jakby dotąd niewystarczająco mocno rzucało tą nędzną łupiną wykonaną przez człeczych partaczy. Marynarze ganiali jak w ukropie próbując rozwijać, zwijać, opuszczać i podnosić żagle i udając, że robią to w jakiś przemyślany sposób. Umgi niewiele rzeczy potrafili zrobić porządnie... w każdym razie na tyle mało, że Borriddim żadnej nie mógł sobie przypomnieć.

I do tego te przeklęte elfy. Tylko szaleniec mógł wpuścić te drzewolubne paskudy na pokład. Jeśli z ich winy nie potopią się przed zawinięciem do portu, to chyba tylko Valayi można będzie zawdzięczać. Umgi byli tak głupi, że aż trudno było w to uwierzyć. Żeby chociaż pozwolono, aby je powyrzucać za burtę i obstawiać, który szybciej na dno pójdzie. Chociaż nażarte mchem pewnie mogły godzinami dryfować z prądem. Borriddim podzielał niechęć obecnych na pokładzie brodaczy wobec przedstawicieli elfiej rasy, chociaż starał się nie warczeć na nich jak Orrgarr, kiedy tylko zdarzało mu się na któregoś natknąć.

* * *

U Kratenborga zebrali się niektórzy spośród tych, których baron zdecydował się nająć, namówić na udział, czy zwyczajnie pozwolił płynąć ze sobą. Niestety szpiczastouche też tu wleźli, dlatego Dorgunsson odsunął się nieco od nich, bo mu cokolwiek szyszkami w nozdrza waliło.

Był dobrze zbudowanym i całkiem wysokim, jak na standardy swojego ludu, mężczyzną. Wygolona głowa, krzaczaste brwi spod których błyskały uważne piwne oczy oraz wspaniała, ozdobiona kilkoma grubo plecionymi warkoczami broda tworzyły obraz krasnoludzkiego mężczyzny w sile wieku, któremu równie łatwo przychodziło rechotać z rubasznego żartu, jak i z wściekłym grymasem chwytać na broń z powodu jakiejś błachostki. Chociaz nie biegał w pełnej zbroi przez cały czas nosząc na codzień lekką skórznię, to na pokład wszedł w dobrze chroniony pełnym kolczym pancerzem i hełmem niemal całkowicie zasłaniającym twarz, jak to krasnoludowie mieli w zwyczaju. Do tego pokaźny arsenał narzędzi ułatwiających wymianę argumentów z oponentami oraz palona w wolnej chwili fajka, z której unosiły się kłęby cuchnącego dymu.

Nie odzywał się podczas przemowy Kratenborga, bo nie było potrzeby. Podszedł nieco bliżej, gdy baron pokazał mapę - i starał się zapamiętać położenie wspomnianych przez mężczyznę miast oraz innych obiektów. Zdawał sobie sprawę, że mapa tak mało znanego kraju musiała być obarczona dużym marginesem błędu, ale główne kierunki powinny się zgadzać. A to, czy idą w stronę wybrzeża, czy w głąb dżungli mogło mieć istotne znaczenie. Z rozpoznaniem stron świata nigdy nie miał problemu nawet głęboko w podziemnych tunelach, dlatego punkty orientacyjne, o ile mapa miała cokolwek wspólnego z rzeczywistością, powinny pozwolić mu utrzymać właściwy kierunek.

Podniósł brew, gdy baron wspomniał o toczącej się w dżungli wojnie. Umgi z tutejszej osady bali się panienek ganiających za jaszczurkami wśród drzew. Ha! Dobre sobie! Człeki potrafili być naprawdę żałośni. Gdyby tylko Dorgundsson miał do dyspozycji kompanię tarczowników, to wyciąłby zarówno panienki jak i jaszczury do nogi. A do tego połowę tego cholernego lasu. Problem był jednak w tym, że nie miał kompanii tarczowników.
- Trudno. Będę musiał zająć się nimi własnoręcznie. - Mruknął pod nosem.

Na prowokacyjne zachowanie Norsmenki i Orrgara nie zwrócił uwagi, bo zdążył się do tego przyzwyczaić. Aż dziw, że przez tyle czasu nie zecydowali się pozabijać nawzajem. Siłą rzeczy kibicowałby dawi, ale doskonale wiedział, że oboje byli równo pieprznięci. Tacy albo giną szybko, albo dzięki szczęściu głupiego dożywają sędziwego wieku i mają równie durne bachory. Ci tutaj byli w połowie drogi między jednym a drugim.

Ponieważ za bardzo nie było o czym dyskutować postanowił zrobić to, co jak się domyślał właśnie zamierzał robić Arrgrinsson - napić się. Gdyby nie zbliżał się sztorm, który wygonił spod pokładu chyba wszystkich marynarzy, to liczyłby także na partyjkę kości, ale to będzie musiało poczekać.
 
__________________
I used to be an adventurer like you, but then I took an arrow to the knee...
Gob1in jest offline  
Stary 27-07-2017, 13:41   #7
 
Aveane's Avatar
 
Reputacja: 752 Aveane jest godny podziwuAveane jest godny podziwuAveane jest godny podziwuAveane jest godny podziwuAveane jest godny podziwuAveane jest godny podziwuAveane jest godny podziwuAveane jest godny podziwuAveane jest godny podziwuAveane jest godny podziwuAveane jest godny podziwu
- Zgubą Twą woda będzie.
Przeklęta łajba po raz kolejny zakołysała się i tylko potrzeba zachowania profesjonalnej prezencji powstrzymała Eomunda od wypuszczenia ze swoich ust coraz większej z każdą upływającą chwilą lawiny przekleństw przepełnionych strachem.
- Strzeż się wody!
I na cholerę on się na to pisał? Myślał, że przepłyną tę trasę w tydzień, góra dwa, a tu już siedzą ponad dwa miesiące. Nie pokazywał tego po sobie, ale był już bliski paniki i tylko czekał na tę zbawienną chwilę, kiedy wyjdą na ląd. Czas spędzony w tak nieprzychylnym środowisku odcisnął na nim swoje piętno. Pogoda ducha, która z początku zdobiła jego spojrzenie, z dnia na dzień przygasała, ustępując miejsca surowości.

Kiedy już był zmuszony, żeby wyjść na pokład, starał się poruszać jak najbliżej środkowej osi statku. Przeklęta starucha, niech robaki żrą jej ciało. Miał nadzieję, że Morr nie przyjął tej cholernej latawicy do swoich Ogrodów. Strzeż się wody, psia jej mać! Wysyłają dzieciaka po jakieś wróżby, a potem się dziwią, że woli unikać miejsc, gdzie jest więcej wody niż w balii.

Czuł się na tej wyprawie trochę nieswojo. Nie dość, że otoczony był bezkresnym oceanem, to jeszcze po całym statku panoszyły się krasnoludy. Nigdy nie obstawiał żadnej strony w nieludzkim konflikcie, a niech się sami pozabijają. Bliżej mu jednak było do zamiłowań uszatych niż brodaczy, w końcu spędził blisko trzy dekady swojego życia na skraju lasu, zapuszczając się w cienie między drzewami i obcując z przyrodą. Z drugiej strony z krasnoludami spotykał się częściej, życie w wiosce znanej niegdyś ze swoich kopalni zobowiązuje jednak do kontaktu z tym ludem.

Po statku od wielu dni nie poruszał się w pełni uzbrojony. Przez pierwszy tydzień, póki nie wypłynęli z obszarów znanych z pirackich ataków, nosił przy sobie swój łuk, jednak po czasie zaczął zostawiać go przy swoim hamaku, a zastąpił go poręczniejszą kuszą pistoletową. Miało to też tę zaletę, że nie musiał nikogo okłamywać, że “ten wspaniały wyrób elfich rzemieślników to prezent od przyjaciela, któremu uratował życie, gdy ten wykrwawiał się na bezdrożach po napadzie banitów”. Kurtka też została rzucona w kąt. Może i była wygodna, ale bez przesady. Płaszcz, peleryna, kapelusz, to wszystko było tu nieprzydatne. Nawet jeśli ktoś tu rozpozna jego twarz, życia mu nie zniszczy. Nie tutaj. Jak wrócą, to się zobaczy, co z takim delikwentem zrobić.

* * *

Wezwanie do kajuty barona nie było mu specjalnie na rękę. Pół biedy, że oznaczało omówienie planów zejścia na ląd.
- Nareszcie zejdziemy z tej pierdolonej krypy - mamrotał pod nosem, kierując się ku miejscu spotkania. - A żeby chuj w gardle stanął temu jebańcowi, co podróże morskie wymyślił.
Wszedł do kajuty pewnym krokiem i z szelmowskim uśmiechem na twarzy. Bawił się imperialną koroną, przetaczając ją między palcami. Okazało się, że dotarł jako jeden z ostatnich. Nic dziwnego, nie śpieszył się zupełnie. Poświęcił trochę czasu, żeby przyjrzeć się innym zgromadzonym. Nie znał się na wspólnej walce z innymi, z reguły działał sam. Widział sporo broni białej. To źle, będą mu przeszkadzać podczas potyczek.

Gdy w końcu wszyscy pojawili się w pomieszczeniu zajmowanym przez Kratenborga, ten zaczął omawiać dalsze plany. Po przedstawieniu swoich zamysłów Albrecht spojrzał wyczekująco na swoich podwładnych, gotów odpowiedzieć na pytania. Część towarzystwa wyszła, nie przejawiając zainteresowania tematyką spotkania. I dobrze, niech inteligentni myślą, a rębacze rąbią. Pierwszy z pytaniami wychylił się Wolfgang. Eomund nie miał zbyt wiele sposobności, żeby go poznać, ale szanował jego pragmatyczne podejście do sprawy. Gdy tylko miał sposobność, sam dodał od siebie kilka pytań:
- Co znaczy, że zdarzały się wyjątki? Jakiego pokroju? Statek rozbił się o skały, został zaatakowany czy co? Poza tym ile czasu mamy zamiar zabawić w tym całym Quetza? Bo wpierdalanie się między spirytus a zakąskę na zbyt długo może być zgubne w skutkach.
 
Aveane jest offline  
Stary 27-07-2017, 17:55   #8
 
Hakon's Avatar
 
Reputacja: 20138 Hakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputację
Erwin von Geissbach wchodził na pokład dumnym krokiem trzymając za uzdę dwa konie. Jednego wierzchowca dość dobrze ułożonego i jucznego obładowanego kilkoma skrzyniami i workami. Witał się z Kapitanem i bardziej otwartymi pasażerami i jak mu wskazano odprowadził zwierzęta do ich miejsc. Dał szylinga jednemu z majtków by pomógł mu zając się końmi i przetransportować swój dobytek do kajuty.


- No jak mam wyczyścić rusznicę skoro tak trzęsie?!-
Ryknął Erwin von Geissbach. Na czarno ubrany i tylko koszula białego koloru była.



Jeszcze chwilę próbował złożyć piekielną broń gdy oznajmiono, że Baron ich oczekuje i chce ich widzieć.
Erwin odprowadził posłańca wzrokiem oznajmiając, że przybędzie. Tyle czasu już na tej łajbie byli i osobisty inżynier Barona miał już dość. Pierwszymi dniami mdłości go męczyły, ale po kilku dniach czuł się już zdrowo i normalnie funkcjonował. Często krążył po statku z rapierem i lewakiem u pasa. Wśród tych wielu zakazanych mord wolał mieć jakąś broń przy sobie. Nie żeby nie ufał w karność marynarzy czy innych członków wyprawy,
ale lepiej dmuchać na zimne.
Podczas tych obchodów zaglądał na pokłady z działami. Od wielu lat zajmował się konserwacją i strzelaniem z tej potężnej broni. Marynarze jak zauważył często niezbyt staranie przykładali się do dbania o nie i Erwin często zwracał na to uwagę i podpowiadał lub nawet sam z nudów zajmował się nimi.
Sporo czasu spędzał u Aureolusa Hohenheima, którego znał z dawnych czasów. Rozmowy często prowadzone na wszelakie tematy odprężały von Geissbacha.

Inżynier w kajucie Barona pojawił się jako jeden z pierwszych. Ubrany jak zwykle na czarno i białą koszulę z rapierem i lewakiem u pasa. Stał po prawicy Barona pod ścianą i przyglądał się wchodzącym najemnikom i tylko zastanawiał się kiedy to wszystko pęknie i połowa z nich skoczy sobie do gardeł.
Baron w końcu rozpoczął i przedstawił plan penetracji nieznanego lądu.
Jak się okazało posiadał mapę, więc aż tak nieznany nie był co zasmuciło Erwina. Inżynier myślał, że będzie szansa na odkrycie czegoś czego nikt przed nim nie dokonał, ale miało być inaczej.
Plan był prosty i oczywisty. Erwin nie miał pytań i wolał poznać obawy innych niż swoimi się dzielić.
 
Hakon jest offline  
Stary 27-07-2017, 18:43   #9
 
hen_cerbin's Avatar
 
Reputacja: 23223 hen_cerbin ma wspaniałą reputacjęhen_cerbin ma wspaniałą reputacjęhen_cerbin ma wspaniałą reputacjęhen_cerbin ma wspaniałą reputacjęhen_cerbin ma wspaniałą reputacjęhen_cerbin ma wspaniałą reputacjęhen_cerbin ma wspaniałą reputacjęhen_cerbin ma wspaniałą reputacjęhen_cerbin ma wspaniałą reputacjęhen_cerbin ma wspaniałą reputacjęhen_cerbin ma wspaniałą reputację
Phillippus Aureolus Theophrastus Bombastus von Hohenheim, dla ułatwienia korzystający z imienia Aureolus, które to imię i tak, z uporem naprawdę godnym lepszej sprawy, przekręcano od Ostenlandu po daleką Tileę na Aureolius czy wręcz Aurelius zazwyczaj miał to, delikatnie mówiąc, w dupie. Póki płacili, mogli go nazywać jak chcieli. Zresztą, jak doszło co do czego to ludzie i tak albo darli się "medyka!" albo pokornie i z szacunkiem zaczynali od "Doktorze...".
Z chlubnym wyjątkiem pewnej Norsmenki, która po prostu siadała i dawała mu zaszyć to co miała porozcinane oraz pewnego szlachcica, z którym był po imieniu po dawnej znajomości, jeszcze z czasów studenckich popijaw. Szczerze ucieszył się widząc oboje na statku, poświęcił dwie butelki przedniego wina (i jedną bimbru - Lexa cokolwiek gardziła wykwintniejszym trunkiem) na świętowanie spotkania po latach. Erwin był teraz odkrywcą, ale nadal nie był zadufanym w sobie bubkiem jak zdarzało się innym szlachcicom i często przychodził pogadać z dawnym znajomym, a Lexa... Cóż, nadal była tą samą maszyną do zabijania, której opatrywał niezliczone rany po walkach na arenie i miała taką samą chętkę na bitkę jak wtedy gdy spuszczała ze schodów karczmy dwóch osiłków wynajętych przez lokalną gildię medyków by przekonać Aureolusa do nieprzyjmowania bogatszych klientów. Do dziś zasychało mu w ustach ilekroć widział paskudną bliznę na brzuchu Lexy i przypominał sobie jak drżącymi rękoma grzebał w jej flakach czyszcząc je i zszywając mięśnie by trzymały wszystko na miejscu. To, że nie umarła później z powodu zakażenia niektórzy nazwaliby cudem, ale on podejrzewał raczej niezwykłą, nawet jak na mieszkańca północy, odporność i wolę życia.
Tak czy inaczej, w ich towarzystwie czuł się bezpieczniej.

Zawsze ubrany na czarno, zawsze z nieodłączną torbą z medycznymi utensyliami i ziołami, stroju dopełniał pas z licznymi kieszeniami, woreczkami i pętelkami na próbówki oraz całkiem pokaźny zestaw narzędzi i ostrzy wszelakich, od małego lancetu po sporą piłę do kości. Najbardziej dbał właśnie o swoje narzędzia - instrumentarium medyczne, miarki i miareczki, piły, noże, nożyki i nożyczki, tłuczki, moździerze i buteleczki ze składnikami alchemicznymi oraz używane przez alchemików retorty i alembiki do wyciągania piątych i siódmych esencji.
Niektórzy mogli dostrzec przy pasie też dziwny sztylet o wąskim ostrzu i srebrnej rękojeści. Ewidentnie mistrzowskiej, tileańskiej roboty, zdawał się nie pasować do medyka. Pytany o to, milczał lub zmieniał temat. Może Erwin mógłby się czegoś dowiedzieć, lecz póki co taktownie nie pytał.

Jak każdy kto spędzał z nim więcej czasu mógł zauważyć, Aureolus chciał dokonać odkrycia, którym mógłby rzucić w twarz profesorom z Altdorfskiego Collegium Medicum oraz był opętany przez ideę zmiany medycyny ze sztuki w naukę.
Już jako student sprzeciwiał się dogmatycznemu schematyzmowi i uczonym autorytetom dając się poznać z krytycyzmu i ciętego języka, a jego poglądy oraz skłonności polemiczne niebawem sprawiły, że pokłócił się on z profesorami, kolegami po fachu i aptekarzami więc zamiast zostać medykiem zaraz po studiach musiał uciekać z Altdorfu i zarabiać jako cyrulik - w ten sposób rozpoczął tułaczkę po miastach i miasteczkach Imperium, Księstw Granicznych i Tilei, a ostatnio także Marienburga. Lata doświadczeń, leczenia i badań sprawiły, że stał się biegłym lekarzem, chirurgiem i w pewnym stopniu także alchemikiem - badał wiele substancji chemicznych pod kątem wykorzystania ich jako leki lub trucizny. Zauważył, że wiele zależy od dawki - substancja lecząca w małej dawce często stawała się śmiertelną trucizną w choćby minimalnie większej. Opracowywał też metody przetwarzania surowców roślinnych tak, aby wydobyć z nich arcanum (aktywny składnik).

***

Mogłoby się wydawać, że na statku niewiele ma medyk do roboty. W końcu zarówno żeglarze jak i wynajęci przez Barona najemnicy co do jednego byli twardymi ludźmi, którzy z byle pierdołą do lekarza nie latają.
Okazało się jednak, że choróbska dopadają wszystkich - wiedział, że podczas podróży morskich problemem bywa szkorbut, ale powszechność choroby morskiej na oceanie zaskoczyła go. Co do choroby morskiej, kilka kropel gorzkiego specyfiku, które rozpuszczał w wodzie (za dwa pensy) lub w łyżeczce cukru (za sześć) skutecznie pomagało trzem czwartym chorych, a większości pozostałych zmniejszało nasilenie objawów. Mieszanka ziół była oczywiście tajna, a sekret polegał na tym, by lekarstwo było paskudne w smaku (takie lepiej działają, każdy to wie) i by podawać je z absolutną pewnością siebie.

Kiedy inni zrzędzili, że nie ma wiatru, a statek nie uciekał spod nóg, strzygł też i golił wszystkich chętnych - przez dwa miesiące na morzu niektórzy zdążyliby nieźle pozarastać.

Pewien szacunek i wdzięczność marynarzy zaskarbił sobie opatrując ślady po razach bata, którego nie szczędzili im Lorenzo Casini. Zapas ziołowych środków o działaniu przeciwzapalnym, ściągającym i łagodzących ból miał każdy szanujący się cyrulik, nie mówiąc już o medyku. Być może Cassini nie był zadowolony, ale w końcu to nie on płacił Aureolusowi. Ale dla nieszczęśnika przeciągniętego pod kilem nie mógł wiele zrobić: liczne rany, głębokie rozdarcia skóry i mięśni o ostre muszle przyrośniętych do kadłuba skorupiaków, utrata krwi - na to może i by pomógł, ale z rozkazów sadystycznego sukinsyna przeciągano marynarza na tyle wolno, że się utopił. Lekarzowi nie pozostało nic innego jak tylko oznajmić zgon.

Jeśli zaś chodzi o szkorbut, musiał porozmawiać z kapitanem lub Baronem, a nie było to łatwe, zwyczajnie nie mieli dla niego czasu. Zaopatrzenie w żywność okazało się być problemem - co prawda nie głodowali, ale w podróż zabrano to co zwykle zabiera się w długie trasy - soloną wołowinę, wędzony boczek, szynkę i ryby, a ponadto masło, ser, chleb, jęczmień, groch, fasolę, kaszę, mąkę, olej, ocet, musztardę i sól. Do popicia zaś piwo, wino i rum.
I absolutnie niczego co zapobiegałoby szkorbutowi. Najwyraźniej także tym razem liczono się ze stratą połowy załogi i wliczono ją w koszta wyprawy.
Nie dojdzie do tego jeśli będę miał w tej sprawie cokolwiek do powiedzenia - pomyślał Aureolus. O samej chorobie słyszał już od marynarzy z Tilei, gdy płynął do Marienburga, wiedział dzięki temu, że pierwszym sygnałem alarmowym są siniejące usta, to samo dzieje się następnie z uszami, nosem i palcami. Gdy zaczynają puchnąć i krwawić dziąsła, to znak, że choroba zaraz rzuci się na zęby, które zaczną się ruszać i wypadać. Pojawia się też nieświeży, oględnie mówiąc, oddech, na który zwracają uwagę ci, którzy jeszcze nie chorują. Wygląda to tak, że silny i zdrowy mężczyzna nagle zaczyna tracić siły i staje się apatyczny, potem pojawiają się zmiany na skórze, która staje się szorstka i sucha. Teraz, po ponad dwóch miesiącach żeglugi choroba przekonał się, że mówili prawdę.
Marynarze narzekali na zmęczenie i słabość, ich twarze stawały się powoli zielonożółte, oczy podkrążone, a dziąsła zaczęły barwić się niebieskawo i boleśnie puchnąć. Jeśli i reszta będzie się zgadzać, już niedługo chorzy zaczną tracić zęby, cuchnąć jak trupy, a ich ciała pokryją się wrzodami. Pojawią się na przemian obstrukcje i krwawe biegunki. A później chorzy umrą w męczarniach, tocząc krew z nosa i ust. Na szczęście trzeba ponad półrocznego rejsu by choroba objawiła się w pełni, ale i osłabieni i apatyczni są zagrożeniem dla sukcesu wyprawy, medyk miał więc nadzieję, że zostanie wysłuchany. Znał on albowiem sposób leczenia. A przynajmniej tak mu się wydawało. Otóż marynarze twierdzili, że to wszystko wina paskudnego jedzenia na statkach, które według nich zawsze jest takie samo, a jedyną różnicą jest ilość robaków w sucharach (ewentualnie sucharów w robakach). A Lexa w trakcie podróży śmiała się ze słabeuszy z Imperium i mówiła, że Norsmeni są z innej gliny ulepieni i choć pływają już od wieków to szkorbut jest u nich nieznany. Dopytanie ujawniło, że ich zapasy żywności są nawet skromniejsze... ale za to w każdą wyprawę zabierają całe beczki główek kiszonej kapusty. Aureolus połączył fakty. Podejrzewał, że kwaśny smak może jakoś powstrzymywać chorobę. Oczywiście, na morzu kapusty nie wyhodują a i o inne warzywa ciężko, ale pamiętał z Tilei i południowych Księstw Granicznych kilka rodzajów kwaśnych owoców.
~Skoro w Lustrii też jest ciepło, to może i tam rosną? Warto byłoby zabrać je w podróż powrotną i sprawdzić czy pomogą. Wiele z nich szybko się psuło, ale były takie małe żółte, kwaśne jak cholera... Cytryny! One się nie psuły tak łatwo. Niezbyt jadalne, ale może da się przekonać kapitana... Albo choć część marynarzy. I później policzyć ilu zachorowało z tych co je jedli, a ilu z tych co nie - zastanawiał się.

Do kapitana dostać mu się nie udało, ale akurat został zaproszony na naradę do Barona. Postanowił porozmawiać z nim o tym. O ile znajdzie czas przed sztormem. Medyk nie znał się na tropikalnych burzach, ale umiał rozpoznać strach u pacjentów. A żeglarze patrząc w niebo wyglądali na bardziej niespokojnych niż tuż przed wyrwaniem zęba, a to już coś znaczyło. Na szczęście miał środki uspokajające, gdyby ktoś zaczął panikować. Tylko dawkę trzeba odpowiednio dobrać. W końcu sola dosis facit venenum.
 

Ostatnio edytowane przez hen_cerbin : 27-07-2017 o 18:46.
hen_cerbin jest teraz online  
Stary 27-07-2017, 23:42   #10
 
Sirion's Avatar
 
Reputacja: 967 Sirion jest godny podziwuSirion jest godny podziwuSirion jest godny podziwuSirion jest godny podziwuSirion jest godny podziwuSirion jest godny podziwuSirion jest godny podziwuSirion jest godny podziwuSirion jest godny podziwuSirion jest godny podziwuSirion jest godny podziwu
Wysoki, szczupły mężczyzna szedł po trapie prowadząc swojego konia na statek. Podświadomie starał się nie rzucać w oczy i podświadomie kulił się podciągając kołnierz swojego płaszcza - nie pamiętał kiedy odwiedzał tak wielkie miasto. Przejeżdżając przez wieś albo nocując w gospodzie ciężko było pozostać anonimowym - ci ludzie mieli dobrą pamięć do twarzy i z natury niezbyt ufali obcym. W Marienburgu natomiast większość przechodniów ignorowała się nawzajem - ludzie obijali się o siebie, przepychali, wyklinali, a potem jakby nigdy nic dalej szli w swoim kierunku.

- Cywilizacja... - Prychnął do siebie, ciesząc się w duchu, że w końcu udało mi się przebić przez zatłoczone miasto do celu swojej podróży - No przyjacielu - Powiedział do swojego wierzchowca klepiąc go po pysku - Przyzwyczajaj się, trochę spędzimy na tej zbitce desek.

Przystanął na chwilę i sceptycznie ocenił ich środek transportu - nigdy nie podróżował drogą morską, więc nie był przekonany czy jego organizm dobrze zniesie tak długą podróż, jednak teraz nie było już wyjścia - umowa została zawarta. Ostrożnie stawiał po pokładzie, starając się przyzwyczaić do lekkiego falowania. To będzie długa podróż, a on był pewien, że na trzeźwo na pewno jej nie wytrzyma.

~~~

Sylvain nonszalancko oparł się o ścianę w kajucie barona i obserwował w milczeniu zbierające się osoby. Część miał już okazję poznać podczas długiej podróży (i były to lepsze bądź gorsze znajomości), a część widywał raczej sporadycznie. To nie miało już jednak żadnego znaczenia - musieli współpracować, jeśli chcieli wrócić z tej wyprawy żywi. Tymczasem on ciągle łapał się na tym, że podświadomie ukrywał swoją twarz w postawionym kołnierzu płaszcza. Wiedział doskonale, że były małe szanse, aby ktokolwiek go rozpoznał, ale widocznie nawet dwa miesiące na tej zapyziałej łajbie nie były w stanie zmienić podstawowych odruchów, których nauczył się w dziczy.

Kilka pierwszych dni było... Ciężkich. Wolał nie myśleć, ile czasu spędził za burtą zwracając wszystko co przyjął w przeciągu paru ostatnich godzin, a świadomość bezkresnego oceanu, wcale go nie uspokajała. Tak samo jak komentarze i śmiech Lexy, które towarzyszyły każdej jego chwili słabości. Dopiero teraz docenił ciszę i spokój imperialnych lasów. Tam przynajmniej człowiek mógł zwymiotować w samotności. Mimo, że nie rozumiał większości komentarzy Norsmenki, nie miał wątpliwości co do ich znaczenia.

Sam Sylvain, pomimo swojego wzrostu, nigdy nie należał do najbardziej muskularnych mężczyzn, poruszał się jednak z dużą gracją i zwinnością, którym być może daleko do tej elfiej, jednak wśród ludzi była rzadko spotykana. Jego blond włosy były roztrzepane przez wiatr we wszystkich kierunkach, a czujne niebieskie oczy lustrowały pomieszczenie. Na skórzaną zbroję swoim zwyczajem narzucił dopasowany długi płaszcz, który dalej zapewniał swobodę ruchów, a pod szyją owinął sobie grubą chustę. Swoją parę pistoletów i kapelusz zostawił na chwilę obecną w swoich rzeczach, zadowalając się jedynie dwoma przypasanymi rapierami.

Podczas, gdy Kratenborg przedstawiał całą sytuację nie odezwał się ani jednym słowem i zachowywał idealnie kamienną twarz, przewracając tylko wyraźnie oczami, kiedy Lexa zaczęła się niecierpliwić. Pomimo tego słuchał bardzo uważnie - wszystkie szczegóły, które ustalali teraz mogły mieć znaczenie w ciągu następnych tygodni.

A poza tym z niecierpliwością wyczekiwał dnia, w którym znowu postawi nogę na stałym lądzie. To było coś za co warto było jeszcze dzisiaj wypić.
 
__________________
"Przybywamy tu na rzeź,
Tu grabieży wiedzie droga.
I nim Dzień dopełni się,
W oczach będziem mieli Boga."
Sirion jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 15:48.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166