Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 24-09-2017, 08:20   #11
 
Ardel's Avatar
 
Reputacja: 16363 Ardel ma wspaniałą reputacjęArdel ma wspaniałą reputacjęArdel ma wspaniałą reputacjęArdel ma wspaniałą reputacjęArdel ma wspaniałą reputacjęArdel ma wspaniałą reputacjęArdel ma wspaniałą reputacjęArdel ma wspaniałą reputacjęArdel ma wspaniałą reputacjęArdel ma wspaniałą reputacjęArdel ma wspaniałą reputację
Ardel i Avdima

- Heike… - Niziołka pociągnęła chłopaka za nogawkę. - Może pójdziemy nad rzekę? Może nie widać tego tak bardzo, ale jestem calutka roztrzęsionka. Chyba się troszeńkę bojam.

Heinrich skinął głową, chwytając dziewczynę za dłoń. Z nią, jako jedyną osobą w całym Zweufalten, nie miał problemów. Traktował Troć trochę jak młodszą siostrę, chociaż wiekiem nie odstawali od siebie nadto. Była taka malutka, urocza i bezbronna, że chyba każdy w osadzie ją lubił.

- Chodźmy w takim razie.

- Wspaniale, Heinhein. - Troć dała się prowadzić za rączkę, wiedziała wszak, że Heinrich jest lepszym od niej rybakiem - on robił to zawodowo, ona dla rozrywki. Więc niech on wybierze dobre miejsce na połów. - A ty jak tam w serduszku po spotkaniu na bagnach? Myślisz, że wojna idzie? - zapytała z trwogą w głosie.

- Dalej jest dobre miejsce, ryby biorą, co nie wpadły w sieci w górze rzeki.

Z początku niechętnie odpowiedział. Martwił go trup, ale nie miał pojęcia, co to mogło oznaczać dla miejscowych.

- Wiesz… Nie sądzę. To pewnie jakiś dezerter, starsi wyjaśnią sprawę i problem zniknie. Nie ma się czym przejmować.

Machnął ręką, odwracając jednak głowę, niby patrząc na kierunek w który szli. Nie był pewien tego, co mówi, chciał po prostu uspokoić dziewczynę.

Niziołka mamrotała przez chwilę pod nosem jakieś niezrozumiałe słowa, by po chwili uśmiechnąć się do Heikego.

- Dzięki!

Nie rozmawiali wiele, kiedy już dotarli nad łowisko. Woleli posiedzieć w ciszy i odprężyć, nie myśląc o niczym ważnym. Czas w Zweufalten płynął powoli, a tutaj, za osadą, przy spokojnym nurcie Delbu - jeszcze wolniej. Rozkoszowali się tym spokojem niedługo.

- Hej, Henrike! - usłyszeli za sobą kpiący głos.

Taffy odwróciła się z ciekawości. Heike nie musiał, dobrze wiedział, kto jest największym kretynem we wsi.

- Henrike, mówię do ciebie! - Przybiegł do nich Friedrich, czternastoletni syn węglarza. - Co robicie, dziewczyny? Jakieś babskie zajęcia, co?

- Chcesz się dołączyć, Fryderyko? Właśnie parzymy herbatkę, kochaniutka. No, chodź! Siadaj, siadaj. Opowiedz, co tam słychać u twoich koleżaneczek - zaprosiła słodziutkim głosem chłopaka, wskazując kępę situ tak, jakby wskazywała na najpiękniejsze krzesło.

- Zamknij się, mała, bo ci nakopię - zignorował uwagę Taffy. - Nie przyszedłem do ciebie tylko do Henrike. Co tam Henrike? Zostaniesz moją dziewczyną? - zachichotał Friedrich.

- Cóż za straszak! Pamiętaj, że gryzę, a jestem na odpowiedniej wysokości… - Po ciężkim dniu nie miała ochoty być miła. Bo, co wiedziało niewiele osób, czasami nie była słodziutka.

Chłopak zacisnął pięści. Już chciał odreagować złość na Taffy, ale postanowił uderzyć w inne tony.

- Co z tobą, Henrike? Ta mała cię broni? Sam nie umiesz gęby otworzyć, czy jak? Pytam cię, cioto!

W Heike gotowało się, kiedy tylko słyszał głos Friedricha. Nie rozumiał, dlaczego młodziak się do niego przyczepił, ale celował w czułą strunę. Młody rybak mógł mu po prostu spróbować przywalić, ale pierwsza odezwała się Taffy i… rozbawiła Heike. Podśmiewał się cicho, zakrywając twarz, do czasu, aż agresor nie stał się bardziej bezpośredni i bez ogródek zaczął obrażać również niziołkę. Słowo “ciota” przelało szalę goryczy, która była pełna jeszcze od spotkania z trupem.

- Odszczekaj to! - wykrzyczał rozzłoszczony i zaczął zbliżać się do Friedricha - Odszczekaj w tej chwili! - powtórzył, robiąc się cały czerwony na twarzy.

Był gotowy uderzyć młodego węglarza, czekał tylko na pretekst. Chciał sprać go na kwaśne jabłko za Taffy, za wszystkie obelgi, za tamtego martwego żołnierza na bagnie, za cokolwiek, byle zebrało się wystarczająco siniaków, żeby ten przynajmniej do Sommerzeit wspominał nauczkę. Friedrich zawahał się, postąpił krok do tyłu, by zachować odpowiednią odległość.

- Uuu.. Henrike, tylko ostrożnie, bo ci krew poleci. Wiesz skąd!

Dalej postępował do tyłu. Śmiałość Heikego widać odebrała mu kontenans.

-Chyba wiem, czemu ty taki jesteś Heike. Że wyglądasz jak baba. Bo ty jesteś babą i pewnie wolisz chłopaków! Zaraz wszystkim powiem!

Ale zanim zrealizował tę obietnicę, nabrał szybko błota między dłonie i ulepił z niego niedużą bryłkę. Nie wahając się ani chwili rzucił nią w Heikego.

Rzut na US: 10 (udany)

Co by nie powiedzieć - trafnie. Błoto plasnęło Heinricha prosto między oczy i wytrąciło na chwilę z równowagi, co musiało spowodować komiczne wrażenie, bo jego przeciwnik zaczął śmiać się do rozpuku. Heike w złości zrzucił błoto z twarzy.

- Głupek! - krzyknął Friedrich i zaczął uciekać w stronę osady.

- Zostaw kretyna - rzuciła Taffy, zanim Heike ruszył w pościg. - Jak mu się chce ganiać i gadać głupoty, to niech gada. A jakby mieli uwierzyć w te bzdury, to ci dam na oczach wszystkich buziaka, chcesz?

Zatriumfował rozsądek małej Troci, chociaż jej mogło być łatwiej gadać. To nie ona została dosłownie i w przenośni obrzucona błotem. Heike powstrzymał się, pomimo chęci pobiegnięcia za gnojkiem, przy przyjaciółce gniewać się długo nie mógł, była jak balsam na rany i jakby rozumiała go, nawet, gdy temu wydawało się, że z nikim w Zweufalten dogadać się nie idzie.

- Może teraz? - uśmiechnął się zaczepnie, wycierając palcem błoto z kącika oka. Wciąż całą twarz miał umorusaną.

- Takiego brudasa? Ha! Poza tym jak się nie schylisz, to cię w kolano mogę cmoknąć najwyżej, o. - Taffy znów mówiła nieco szybciej niż zwykle. - Wracamy do ryb? - zapytała zmieniając temat i rozglądając się w poszukiwaniu jakiejś ładnej ważki na przynętę.

Siedzieli nad rzeką aż do późnego wieczora, łowiąc ryby i rozmawiając na ważniejsze i mniej ważne tematy. Kiedy było już ciemno, Heike odprowadził mieszkającą bliżej Taffy pod dom i sam udał się do siebie.
 
__________________
Prowadzę: Ślepy los
Jestem prowadzon: Tajemnice Borochłodów, Utracony Świat

Ardel jest offline  
Stary 26-09-2017, 17:23   #12
 
Avdima's Avatar
 
Reputacja: 11236 Avdima ma wspaniałą reputacjęAvdima ma wspaniałą reputacjęAvdima ma wspaniałą reputacjęAvdima ma wspaniałą reputacjęAvdima ma wspaniałą reputacjęAvdima ma wspaniałą reputacjęAvdima ma wspaniałą reputacjęAvdima ma wspaniałą reputacjęAvdima ma wspaniałą reputacjęAvdima ma wspaniałą reputacjęAvdima ma wspaniałą reputację
Heike postanowił podobnie jak Taffy. Przemknąć do swojego łóżka niczym cień, nie budząc i nie niepokojąc nikogo. I z jego planów wyszło równie niewiele. Ledwie przekroczył próg, poczuł silne pociągnięcie za koszulę.
- Gdzieś ty się włóczył cały dzień, cholerny smarkaczu!? - głos ojca był ostry i zdecydowany. Jak zawsze.

- Byłem ze znajomymi… na bagnach - pokornie odpowiedział Heike - I nie nazywaj mnie smarkaczem, jestem dorosły - dodał pewniej i bardziej stanowczo.

- Na bagnach? NA BAGNACH?! - ryknął tak, że z pewnością obudził matkę.

Heike zauważył, że ojciec ma rzemień w rękach. Zauważył za późno. Krzyknął z bólu.
- A gdzie miałeś być, nierobie śmierdzący?! Znowu się od roboty migasz! Tak ci dupę teraz zsiekę, że przez tydzień na niej nie usiądziesz! - zamachnął się raz jeszcze.

- Co robisz!? Przestań!
Chłopak chciał zasłonić się dłońmi, ale pewnie skończyłoby się to jedynie cięgami na całych rękach. Cofając się, przeskoczył nad taboretem, jednak dużo miejsca nie miał, jeżeli nie chciał wylecieć za próg. Zagrodził się ławą, próbując cały czas jakoś załagodzić sytuację.
- Przepraszam! Jutro odpracuję!

- Odpracujesz, odpracujesz! Tego bądź pewien! - Rzemień uderzył po raz wtóry. - A to masz żebyś popamiętał, leniu śmierdzący!
Ojciec znów chwycił go za kark jak nieposłuszne kocię i tym razem już nie wypuścił. Heike był świadom, że po tej aferze zostanie mu niemało siniaków.
- No - powiedział ojciec, gdy już złość minęła - a teraz wynocha do wyra. Jutro świtaniem wstajesz do roboty, będziesz odrabiał i jutro, i pojutrze. Nie wiem, w kogoś ty się wdał, powsinogo, ale na pewno nie w moją rodzinę. Powąchaj - podsunął mu pod nos rzemień - i zapamiętaj ten zapach. Tak pachnie lenistwo. A teraz do wyra, ale już!

Przez chwilę wydawało się, że Heike doczłapie się na swoje miejsce, położy spać i kolejny, okropny dzień będzie miał za sobą. Nie jednak, tego było za dużo. Tylu wrażeń i emocji nie był w stanie w sobie pomieścić.
- Może właśnie nie jestem Twój!? - wykrzyczał na całe gardło, dławiąc się łzami - A może powinienem przestać być częścią tej rodziny!? Mogła Ciebie i tę zawszoną rodzinę zabrać zaraza!

Nie czekał na odpowiedź, wybiegł z domu ile sił miał jeszcze w nogach, prawie przewracając się o próg. Nie oglądał się za siebie, biegł dopóki nie był wystarczająco daleko, żeby nikogo nie słyszeć, ani nie widzieć żadnej z chat Zweufalten. Usiadł na konarze i do końca się rozpłakał. Był cały roztrzęsiony, do tego drżał z zimna. Nie wiedział, co zrobi tej nocy, ale nie miał najmniejszego zamiaru wrócić do domu - jeżeli jeszcze mógł to miejsce tak nazywać.


***


Heike obudził się. Wiatr dął jak szalony, chłopak nie mógł już wytrzymać z zimna, zęby mu dzwoniły, jakby zaraz miał odgryźć sobie język. Wiedział, że jeśli czegoś nie zrobi, jeśli nie znajdzie jakiegoś schronienia, przyjdzie mu tu pewnikiem wyziębić się na śmierć. Na dodatek poczuł pierwsze krople deszczu na twarzy. I nie tylko to. Lewa jej część była lekko nabrzmiała, to tam wcześniej uderzył rzemień.

Wtem stanął nad nim jakiś cień. Heike od razu odskoczył wystraszony. Usłyszał skomlenie. Najwyraźniej biedny kundel był tak samo zziębnięty jak on.
Widać nie tylko Heike się tułał tej nocy, nie mogą zaznać spokoju nawet pod otwartym niebem, pośród gąszczy i z dala od krzywdzących, osądzających spojrzeń.
Chłopak wystawił drżącą rękę. Chyba tak witało się ze zwierzętami, ktoś mu kiedyś powiedział, że pies obwącha dłoń i zdecyduje, czy wszystko w porządku.

Kundel istotnie obwąchał dłoń Heikego, a potem powoli, ze spokojem położył się przy nim. Teraz Heike poznał, że to nie był jakiś przybłęda, ale Bron - pies Willa. Podobno zniknął kilka dni temu.
- Nie kładź się. Musimy znaleźć jakieś suche miejsce. Chodź.

Chłopak wstał i zacmokał do psa.
Było w Zweufalten jedno takie miejsce, gdzie może o tej porze mógł ubiegać się o gościnę. Tak bardzo, jakby nie chciał i czuł do samego pomysłu wstręt, udał się do brata, poprosić chociaż o koc lub miejsce na na werandzie.
Myślał przez całą drogę, co powie, ale gdy zapukał do drzwi, wszystko mu umknęło i trema chwyciła za gardło.

W drzwiach stanął jego brat we własnej osobie. Wzór dla niego, według rodziców. Trzymał w ręku jakąś lagę i patrzył na Heikego, jakby był marą.
- Kto u licha.. Heike?

- Hej…
Nastała niezręczna cisza. Chłopak po chwili zebrał się w sobie i dodał cicho, masując się po jeszcze piekącym policzku.
- Czy miałbyś dla mnie miejsce na noc? - zapytał, ale po chwili poprawił - Koc wystarczy…

- A co ty domu nie masz? Coś ty znowu...aha, pewnie awanturę ci ojciec zrobił. I pewnie za nieróbstwo. Ha, a teraz przychodzisz tu do mnie jak pies z podkulonym ogonem i prosisz o miejsce do spania - uśmiechał się kpiąco. - Chodź, znajdzie się. A tego psa skąd masz?

- O… o niego poszło. Ojciec nie lubi psa i szuka każdej wymówki do kłótni… - skłamał, nie będąc pewnym, czy inaczej psina nie wyleciałaby na zbity pysk.

Kłamstwo musiało wytrzymać jedynie do rana, odprowadziłby psa do Willa, a potem… Chyba wreszcie ruszy na północ. Nie chciał układać się znowu z ojcem, uważać, by ten nie wybuchnął złością, a i tak ostatecznie wszystko skończyłoby się kolejnym biciem, dobrze o tym wiedział.
Zatrząsł się znowu, ale tym razem z powodu dreszczu ekscytacji. Zastanowił się, co Taffy powie na to wszystko i czy zechce opuścić razem z nim osadę. Obiecał już dawno, że zabierze ją ze sobą, ale do tej pory były to słowa bez pokrycia.

Brat spojrzał na niego podejrzanie, ale nie powiedział ani słowa.
- Wchodź. Mamy chyba jakiś wolny koc
 
Avdima jest offline  
Stary 26-09-2017, 23:50   #13
 
merill's Avatar
 
Reputacja: 3595 merill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputację
Ledwie pan Aybara zobaczył go ze swojego warsztatu, zakrzyknął.

- Hej, Will! Chodź no, chłopcze, mam dla ciebie robotę!
Will oczywiście właśnie tam zmierzał, zatrzymało go jednak lekkie pociągnięcie na rękaw. Odwrócił się nieco zaskoczony i od razu poczuł, jak żołądek podchodzi mu do gardła.
- Cześć Will!
To była Lena. Nieduża blondynka o wesołych, zielonych oczach, córka garbarza. Nieco młodsza od niego; powszechnie uchodziła za najładniejszą dziewczynę we wsi. Will podzielał ten pogląd.
- Will, o czym tam gadaliście z sołtysem? Poszliście taką chmarą, ciekawam

Wciągnął powietrze do płuc ale zamiast coś powiedzieć, lapał tylko powietrze jak wyrzucona na brzeg ryba. Lena, zawsze mu się podobała, ale jakoś przy niej tracił rezon. Przez chwilę myślał jak się wykręcić od odpowiedzi pracą. “Co z Tobą Will, widziałeś dzisiaj na bagnach trupa, a boisz się do niej zagadać. Weżże się w garść do cholery. “ - strofował sam siebie. Po chwili odezwał się wreszcie do patrzącej na niego z rozbawieniem Leny: - Obiecasz, że nikomu nie powiesz? - rozejrzał się konspiracyjnie. Spieszyło mu się, Pan Aybara nie lubił długo czekać, ale Will czuł jakby tonął w tych zielonych oczach.
- Oczywiście - uśmiechnęła się ładnie - nie ufasz mi Will?

Znowu zabrakło mu języka w gębie
- Nie chodzi o to, że nie ufam - zaprotestował gwałtownie - tylko sołtys zabronił mówić. Znaleźliśmy na bagnach trupa, chyba żołnierza. Może dezertera - zająknął się. - Miał przy sobie jakieś pisma i chyba było w nich coś co zaniepokoiło Pana Vogta. Tylko nie mów nikomu, bo sołtys mnie kłonicą albo barczykiem prześwięci - poprosił na koniec.

Lena uśmiechnęła się jeszcze ładniej.
- NIe powiem nikomu, Will, obiecuję - pocałowała go w policzek. - Dziękuję.
- Will! - krzyknął z warsztatu pan Aybara. - Co ty tam za pogaduszki se urządzasz, wołałem przecie.

Stał jak słup soli przez chwilę. Bardzo zaczerwieniony słup soli. Poczuł dziwne ciepło rozlewające się po ciele. Z blogiego stanu wyrwało go ponowne wołanie kowala. Biegiem ruszył do warsztatu, już od drzwi przepraszając Pana Aybarę:
- Przepraszam Panie majster, ale Lena chciała… - zaciął się przez chwilę a potem przypomniał sobie co miał powiedzieć swojemu opiekunowi. - Graperz znalazł na bagnach ciało. Żołnierza najpewniej, albo dezertera… -dał sobie chwilę na złapanie oddechu - chciał okraść trupa, ale nie pozwoliłem mu na to - podkreślił z małą nutką dumy w głosie. - Martwy miał przy sobie zapieczętowane listy i ryngraf z herbem, zaniesliśmy to sołtysowi.

Przerwał na chwilę obserwując reakcje majstra, ale nie zauważył praktycznie żadnej prócz wyczekiwania: - Sołtys przeczytał pisma, chyba się przejął, bo kazał nam nie opuszczać wioski, a sam poszedł obejrzeć trupa. Tedy przepraszam za spóźnienie Panie majster. - zakończył przepraszająco. Aybarowie byli dla niego zawsze dobrzy, ale postawny kowal był wymagającym pracodawcą.

- Nic to, Will - stwierdził pan Aybara - tylko do roboty chodź prędko. Sołtys, jak już o nim mowa, podków kazał nam zrobić dla konia. bo jego klaczka pogubiła gdzieś na trakcie. Podzielim się robotą - ty zacznij podkowy, ja dokończę lemiesze.

Pracowali czas jakiś w ciszy. Majster widać nie przejął się zbytnio rewelacjami Willa. Nie było w tym nic dziwnego - pan Aybara był człowiekiem statecznym i spokojnym, rzadko można go było widzieć w innym stanie. Will przypominał sobie może ze trzy takie sytuacje. Jego mistrz nie należał też do ludzi rozmownych, zdecydowanie przedkładał jakość słów nad ich ilość.
- Will - zaczął nagle - muszę z Tobą porozmawiać, chłopcze. - przerwał znów.
Młody Schmidt przywykł do niewtrącania się, gdy mówił meister. Zwykle jednak mówił szybko i składnie.
- To, o czym mi opowiadasz… to nic innego jak tylko zapowiedź wojny. My, starzy, już to wiemy, stary Holzmann różne wieści z południa przywozi. Was, dzieciaków, nikt frasować nie chce. Ale taka jest prawda. Wojna do nas zmierza, Will. Dlatego…
I znów przerwa. Will czekał aż rozgrzeje się żelazo.
- Dlatego chcę ci coś powiedzieć. Nie zwykłem gadać o takich rzeczach, ale wiesz, Will, czasem trzeba. Ja już stary, moja żona stara. Dzieci nie mieliśmy i mieć już chyba nie będziem. A wojna za pasem, kto wie, czy i tu nie nadejdzie, a jak nadejdzie - co po sobie pozostawi.
Cisza.
-[i] Może mus mi będzie na front iść. Dla wojska kuć. Ciebie ani mojej Frydy nie wezmą, ty czeladnik, ona baba. Chciałbym, żebyś… zaopiekował się nią. I warsztatem. Nawet w wojnę tu kowal będzie potrzebny, inaczej Zweufalten padnie. Pieniędzy, żeby kupować wyroby z południa nie mamy, a że tam teraz bieda, to i ceny pójdą w górę. Na północ przeprawiać się niebezpiecznie i daleko… ech, rozumiesz już, o co mi idzie?

Przez chwilę nie docierało do niego to.co powiedział majster. - Rozumiem… - potwierdził -... Nie wiem tylko czy sobie poradzę - perspektywa prowadzenia własnoręcznie warsztatu, zaczęła go przytłaczać. - Jeśli będzie trzeba, zrobię co będę potrafił najlepiej, ale wolałbym Panie, żebyście nie musieli nigdzie wyjeżdżać. Ta wojna o której mówicie… kto to z kim wojuje? U nas zawsze spokój na bagnach był, Panie Aybara - trochę mu było wstyd, ale musiał przyznać że słowa majstra autentycznie nim wstrząsnęły.
Pan Aybara poklepał Willa po ramieniu. Silnie, po kowalsku.
- Dobry chłopak jesteś, Will. Dasz radę. - Kowal nigdy nie był zbyt wylewny. - Cieszę się, że to ty przejmiesz po mnie ten warsztat - dodał po chwili zastanowienia, znacznie ciszej.

Odchrząknął, chcąc zabić krępującą ciszę.
- Z tego co sołtys gadał to naszego księcia pana najechał graf z południa. Nie mnie tam wiedzieć, o co chodzi, prostemu kowalowi. O tytuły czy o ziemię. Dla nas i tak to znaczenia nie ma. Ważniejsze, że ponoć wojska grafa wsie po drodze palą do gołej ziemi. Nikomu nie odpuszczają, nikogo żywcem nie biorą. A to nie są tylko plotki, chłopcze. Flisacy boją się w dół rzeki płynąć, straszne tam podobno rzeczy się dzieją…

Mina zrzedła Willowi. Często słyszał opowieści kupców z jarmarku w Birkenstein, kiedy opowiadali sobie niesłychane historie. O bitwach, wielkich wojownikach… Czasami marzył żeby uciec z Zweufalten i spróbować szczęścia jako taki żołnierz. Jednak dawno mu przeszło i teraz kiedy takie zdarzenia miały nawiedzić jego wioskę, miał dziwne wrażenie że opowieści nie miały nic wspólnego z rzeczywistością. Mała, zapomniana przez bogów i ludzi osada na bagnach nie miała znaczenia w sporze wielkich możnych. Teraz jednak mogła zostać ofiarą wojennej zawieruchy. - Może powinniśmy uciekać? Skoro nikogo nie oszczędzają? Albo… - przez chwilę ta myśl wydawała mu się dziecinna i głupia -... Albo jakoś przygotować się do obrony?
- Nie lza, Will. My nie jesteśmy wojownikami. I jest nas zbyt mało. Jedyne, co nam pozostaje to nie zwracać na się uwagi i nie podpaść nikomu. Sołtys wie, co należy czynić. Jestem tego pewien. Ale niektóre rzeczy leżą poza jego możnością, jak i poza naszą.

- Ale to co… - zapytał ze smutkiem w oczach - mamy czekać? Może przyjdą, może nie przyjdą? Wybaczcie mi, majstrze, ale cokolwiek mi się to wydaje dziwne. Jednak młody jestem, nie rozumiem pewnych rzeczy, skoro mówicie, że sołtys wie, to widocznie tak jest. Wiem, że nie jesteśmy wojownikami… ale coś chyba możemy zrobić? Prócz czekania - zakończył z nadzieją.

- Nie frasuj się tym. Lepiej zacznij formować żelazo. Jeśli przyjdą, będziem się bronić, bo co innego robić? Ale lepiej żeby nie przyszli. Bo cali z tego nie wyjdziemy. Odejść też nie odejdziemy, na pewno nie wszyscy. Gdzie ty chciałbyś uciekać, Will? Na wschód, całą wiochą dopływy Delbu pokonywać, gdy od przedwiośnia siąpi? Z babami? Z dziećmi? Na północ, przez trzęsawiska pchać się z tydzień jak nie dłużej? Czy na zachód, skąd wojska nadeszły? Nie, Will. Ta bagna to dla nas tak ostoja, jak przekleństwo, mówię Ci.

Chłopak posłuchał majstra i po chwili z jego stanowiska dochodziły miarowe uderzenia młota o żarzący się czerwienią metal. To go uspokajało i wyciszało. Troski, zmartwienia i problemy odchodziły.
Po chwili mistrz sobie o czymś przypomniał.
- A, Will. Wiesz, Brona nie ma już od tygodnia. Nigdy na tak długo nie odchodził. Chyba będziesz musiał… przyjąć w końcu do wiadomości, że już go nie zobaczysz.

- Wróci - powiedział z zaciętą miną młody Schmidt - przyjajmniej taką mam nadzieję - dodał z wyraźnym zmartwieniem.

Skończył wyznaczoną pracę, a Pan Aybara wyszedł do sołtysa. Wtedy przyszedł mu do głowy pomysł. Rozgrzał piec, pracując silnie wielkim miechem. Potem wrzucił w ogień metalowy pręt. Już miał wizję tego co chce zrobić. “Nie będę już bezbronny” - myślał gorączkowo, układając sobie w myślach jak będzie kształtował ostrze. Miał w pamięci widok broni jednego ze strażników na targu z leżącego na wschodzie Birkensteinu. Szerokie, jednosieczne, nie za długie, ale z zakończeniem którym można było kłuć. Broń prosta w użyciu, wszak nie był on wytrenowanym żołnierzem czy inszym wojownikiem.”Straciłem już wszystkich… “ - myślał sięgając po siedmiofuntowy młot o wydłużonym trzonku. Było to jego ulubione narzędzie, świetnie leżące w dłoni i zapewniające odpowiednią siłę i precyzję przy pracy. Raz za razem uderzał nim w rozżarzoną sztabę żelaza, którą zamierzał zamienić w pałasz. Zapomniał o trupie, o widmie wojny, o odpowiedzialności jaką na jego barki chciał złożyć kowal i wreszcie zapomniał o zaginionym przyjacielu. Bron zawsze się znajdował i teraz też miał na to nadzieję.
 
__________________
Czekamy ciebie, ty odwieczny wrogu, morderco krwawy tłumu naszych braci, Czekamy ciebie, nie żeby zapłacić, lecz chlebem witać na rodzinnym progu. Żebyś ty wiedział nienawistny zbawco, jakiej ci śmierci życzymy w podzięce i jak bezsilnie zaciskamy ręce pomocy prosząc, podstępny oprawco. GG:11844451
merill jest offline  
Stary 27-09-2017, 18:00   #14
 
Ardel's Avatar
 
Reputacja: 16363 Ardel ma wspaniałą reputacjęArdel ma wspaniałą reputacjęArdel ma wspaniałą reputacjęArdel ma wspaniałą reputacjęArdel ma wspaniałą reputacjęArdel ma wspaniałą reputacjęArdel ma wspaniałą reputacjęArdel ma wspaniałą reputacjęArdel ma wspaniałą reputacjęArdel ma wspaniałą reputacjęArdel ma wspaniałą reputację
Niziołka wślizgnęła się cichutko do najniższej chałupy w Zweufalten. Było ciemno, pomyślała więc, że tato już spał. Przemknęła na palcach do swojego siennika, gdy wtem…

- Taffy! - Z ciemności rozległ się głos Rudiego Zumwalda. Ojciec podszedł do niej i przytulił ją mocno. - Taffy, kochanie, gdzie byłaś tak długo? Bałem się o ciebie.

Rudi Zumwald był niewysoki, nawet jak na niziołka i bardzo podobny do córki. On też miał bystre, dziecęce oczy i młodzieńczy wyraz twarzy. Z tym, że od ataku skavenów jego lica zostały poorane licznymi głębokimi zmarszczkami. Tylko Taffy wiedziała, jak bardzo jej ojciec przeżył stratę całej rodziny. Prawdopodobnie jeszcze gorzej niż ona. Rudi Zumwald po śmierci żony i synów stał się straszliwie nadopiekuńczy wobec swojego ostatniego dziecka, drżąc o jej życie i zdrowie jakby była z porcelany.

- Prosiłem, córeczko, prosiłem, byś nie przychodziła do domu po zmroku! - pogładził ją po głowie.

- Och, tatuleńku! - westchnęła wzruszona. Bardzo mocno kochała swojego ojca. - Byłam z Heinrichem na rybach i tak przyjemnie się siedziało, że aż nie zauważyłam, kiedy słońce postanowiło nam uciec. Bardzo, bardzo przepraszam.

- No już dobrze, dziecko, już dobrze. Byle to się nie więcej nie powtórzyło. Nie mogę sobie wyobrazić, co bym zrobił, jakby ci się coś stało - Taffy poczuła jak ręce ojca zadrżały silnie. - Jesteś moim ostatnim dzieckiem, Taffy. Tylko dla ciebie żyję.

Ojciec zdawał się za chwilę rozpłakać. Ale nie rozpłakał się.

- Chodź, córuniu, musimy porozmawiać. Usiądźmy przy piecu.

Taffy usiadła, Rudi przyniósł im obojgu mleko.

- Posłuchaj, kochanie, to bardzo ważne. I nikomu nie możesz powiedzieć ni półsłówka. Pojutrze, z rana, opuszczamy Zweufalten. Na zawsze.

Dziewczyna wypuściła trzymany w ręku drewniany kubek, mleko upaćkało jej i tak brudne buty. Przez chwilkę miała szeroko otwartą buzię, potem ją zamknęła, przybrała zamyślony wyraz twarzy i dopiero zapytała spokojnie:

- Dlaczego?

- Nic się nie stało, weź moje - podał jej swój kubek. - Tak trzeba, skarbie. Gadałem z sołtysem. Wojna ku nam zmierza. Kto wie, jak daleko jest wojsko i czy ominie Schwarzensumpf, czy nie. Wiem tylko, że wojska grafa palą wszystko na swojej drodze, ludzi mordują, kobiety zaś… kiedy pomyślę, że mogliby coś takiego zrobić tobie... - głos mu się załamał, ręce zaczęły drżeć ponownie. Opanował się po chwili. - Musimy odejść, Taffy. Bagna nie są już bezpieczne, a ja nie mogę ciebie stracić. Zrobię wszystko, żeby cię ochronić - Rudi oddychał ciężko. - Pojedziemy do Middenheim, na ziemie księcia-elektora. Tam graf się nie zapuści, jestem pewien. A mama, jak dobrze pamiętam, mówiła kiedyś, że mieszkają tam jej jacyś... kuzyni chyba. Może dadzą nam schronienie.

- Do Middenheim? Tam jest morze ludzi! Przestępcy, złodzieje, mordercy… Ktoś mi kiedyś mówił, że tamtejsza rzeka jest tak brudna, że ryby tam nie pływają. Co ja tam będę robić? No i jaki graf? Jaki książę-eklerek? Ja nic nie wiem, nic nie zrobiłam, czemu miałabym uciekać z domu? - Taffy mówiła coraz szybciej tak, że człowiek pewnie by już jej nie rozumiał. Szczęśliwie ojciec był niziołkiem i był do tego przyzwyczajony. - A co z resztą? Z Heike, z Elsie i innymi? Co z naszym małym domkiem?

W kącikach oczu dziewczyny zaczęły formować się grube łezki.

- Nie płacz, dziecko. Tak trzeba. Przynajmniej na jakiś czas. Tu jest zbyt niebezpiecznie, Taffy. Jeśli tu zostaniemy, narazimy się na wielkie niebezpieczeństwo. Znajdziesz nowych przyjaciół, na pewno - uśmiechnął się lekko.

- Ale… ale dlaczego nie mogę nikomu powiedzieć, pożegnać się? I dlaczego żołnierze mieliby się zapuszczać na bagna?

- Bo lepiej, żeby nikt nie wiedział, że odchodzimy. Żeby nie było zamieszania. Taffy, my musimy odejść, zrozum. Nie wiem, czy żołnierze tu przyjdą, ale nie będę ryzykował twojego życia, by to sprawdzić. Na ziemiach księcia będzie bezpieczniej.

- Wiesz, że i tak cię posłucham. Tylko… Ryzyko, że coś się tu stanie jest małe… Ale jak w drodze? Zawsze mówiłeś, że tam w świecie jest niebezpiecznie. Damy sobie radę sami? Jesteśmy… no, słabsi niż ludzie. I mniejsi.

- Na bagnie ukryjemy się wśród zarośli. Na trakcie powinno być już lżej. Zebrałem już zapasy, pieniądze. Nie kłopocz się, moja śliczna córeczko. Tata zadbał o wszystko. Ty spakuj, co uznasz za potrzebne i bądź gotowa na pojutrze. I pamiętaj: nikomu ani słówka. Obiecasz mi to?

- Na trakcie lżej? Przecież na bagnach nie ma nikogo złego, na drogach… Ale ufam ci, tato. Obiecuję - przyrzekła z ciężkim sercem.

- Mądra dziewczynka - ojciec pogłaskał ją po głowie. - A teraz idź spać, kochanie, bo już bardzo późno. I pamiętaj o twojej obietnicy.
 
__________________
Prowadzę: Ślepy los
Jestem prowadzon: Tajemnice Borochłodów, Utracony Świat

Ardel jest offline  
Stary 27-09-2017, 22:40   #15
 
kanna's Avatar
 
Reputacja: 11057 kanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputację
Elsie rozstała się z Willem obok warsztatu pana Aybary. Do jej domu było już niedaleko, ale wcale nie była pewna, czy spotka ojca. Słońce było jeszcze wysoko, a tatko należał do ludzi pracowitych, nieraz cały dzień spędzał w lesie. Najwyżej poczeka albo porobi coś innego. Mama oczekiwała od kilku dni na połóg młodej Zimmermanowej, więc pewnie liczy, że Elsie w razie potrzeby pomoże jej przyjąć tego berbecia.

Nagle zatrzymała się przy drzwiach. Z domu dochodziły jakieś dziwne odgłosy… tam była jakaś kobieta, oddychała głośno.
"Może poród się już zaczął?" - przemknęło Elsie przez myśl, ale po chwili uznała, że to bez sensu - każdy woli przecież rodzić u siebie w domu, prawda? Może mamie się coś stało?

Zaniepokojona, pchnęła drzwi i zajrzała do środka.
- Mamo? - zawołała.
Ale to nie była mama. Ani nawet tata. Na pryczy rodziców, przy przeciwległej ścianie, leżały dwie postacie, splątane w namiętnym uścisku. Jej pytaniem przerwała czynność, której właśnie się oddawali.
- Ehm… Elsie? - zapytał znajomy głos Ulrika. - Elsie, wyjdź proszę, na chwilę. Zaraz wszystko ci wyjaśnię.
Osłupiała Elsie zobaczyła też, kto był towarzyszką jej brata - i tu zdziwiła się chyba jeszcze bardziej, bo była to Freyja Holzmann, siostra Siga, aktualnie narzeczona jednego z młodych flisaków. Nietypowości tej sytuacji dodawał fakt, że Ulrik i Freyja rozstali się przed dwoma laty w dość głośny sposób. Między innymi to popchnęło Ulrika do częstszego opuszczania Zweufalten.
Elsie nie urodziła się wczoraj. Doskonale wiedziała, skąd się biorą dzieci. Trudno, żeby nie wiedziała, skoro zupełnie samodzielnie wyciągnęła jedno, zanim skończyła 11 lat. Dlatego wyszłaby od razu, gdyby nie dwie rzeczy, które ją zaskoczyły : brata nie powinno być we wsi, niedawno wypłynął. A jeśli by nawet był, to Freya była ostatnią, którą spodziewała się zastać z nim na pryczy rodziców. No a przede wszystkim - To było łóżko rodziców! Tylko oni mogli się tam zajmować… potrząsnęła głową, odganiając nachalny obraz. Oni w ogóle nie powinni się tym zajmować. Znaczy wiedziała.. Dość.
Cześć Ulrik. Cześć Freyja - rzuciła lekko. - Poczekam.
Wycofała się na podwórze. Serio nie mogli iść normalnie do lasu?

Ale niespodziewani goście nie opuścili domostwa ot tak. Potrwało kilka dobrych chwil, zanim drzwi z trzaskiem otworzył ubrany już Ulrik, przeciągając się i mrucząc z zadowoleniem. Elsie odczuła coś w rodzaju zażenowania.
- Witaj, siostro! - objął ją ramieniem. Zażenowanie natychmiast się ulotniło, Elsie ubóstwiała brata. Miał nieodparty urok, który działał też na nią, choć oczywiście nie w taki sposób jak na Freyję, czy inne dziewczyny. - No co jest, nie cieszysz się, że wróciłem wcześniej?
- Bardzo się cieszę - odpowiedziała, przytulając się do niego.
W międzyczasie drzwi się lekko uchyliły i wyszła z nich Freyja cicho niczym mysz, cala spłoniona ze wstydu. Nie odezwała się ani słowem i odeszła pospiesznie w kierunku chaty Holzmannów.
- Ale w łóżku rodziców? To tak jakoś.. nie przystoi. Kiedy wróciłeś?
- Rano. Najpierw przyszedłem do Freyji, musieliśmy wyjaśnić sobie kilka spraw. Do domu przyszedłem w sumie przed chwilą. - Na jego twarzy zagościł łobuzerski uśmieszek.- A że w łożu rodziców… wygrzaliśmy je tylko trochę z Freyją, to wszystko. Przynajmniej tacie, biedakowi, w kościach na starość łupać nie będzie. Ale co my tak tutaj będziemy stać na progu, zajdźmy do domu, tam pogadamy.
Weszli więc do chaty. Ulrik sięgnął pod łóżko rodziców i wyjął spod niego nieduży gąsiorek. Łyknął zdrowo.
- Ach, dobra jest, psiajucha. Też chcesz?

Elsie pokiwała energicznie głową, w końcu nie była już dzieckiem, prawda? W towarzystwie Ulrika zawsze ogarniał ją dobry nastrój. To było cudowne tak niczym się nie przejmować jak on i zawsze brać, co się chce! Miała nadzieję, że kiedyś też się tego nauczy. Dla jej brata wszystko było proste.
Podniosła gąsiorek, przystawiła do ust i też pociągnęła spory łyk, podobnie jak brat. Oczywiście, pijała już wcześniej słabe piwo, a nawet kiedyś rozwodnione wino. Ale tego się nie spodziewała.. Zapiekło ją w buzi i gardle, zakrztusiła się, z oczu poszły jej łzy.
- Do.. dobre - wydusiła z siebie w końcu, kiedy już udało się jej odzyskać oddech. - Myślałam, że się pokłóciliście z Freyją? Ona ma już nowego chłopaka, flisaka, wiesz? Znaczy miała, skoro teraz jest z tobą.. Będziecie brali ślub? Kiedy? - dopytywała podekscytowana perspektywą zbliżającej się uroczystości.
- Co, jaki ślub? - zaśmiał się Ulrik. - Droga Elsie, to że ludzie ze sobą śpią, nie znaczy, że będą brali ślub. Na południu to norma, tylko w tej dziurze nikt o tym nie słyszał. A jej chłopak po prawdzie łajno mnie obchodzi. Powiedzmy, że chcieliśmy z Freyją… hm, powspominać stare dzieje. - puścił do niej oczko.

Elsie była zupełnie skołowana.
- No nie wiem… - powiedziała po chwili. - Ja to bym chciała, żeby mój chłopak tylko ze mną się kochał, nie z różnymi. No i dziecko - pragmatyzm był mocną stroną dziewczyny - Jakby Freyja zaciążyła, to skąd wiadomo, kto jest ojcem?
Nie chciała się jednak spierać z bratem.
- Zjesz coś? Opowiedz, co widziałeś.. A potem ja ci powiem, też coś widziałam,acha! - pochwaliła się.
Uwagi Elsie na temat monogamizmu nie przejęły nazbyt Ulrika. Drugi temat zaciekawił go bardziej.
- Zjem, pewnie. Jestem głodny jak wilk, podróż na tej starej szkucie dała mi się we znaki. - Rozciągnął się na łóżku rodziców. - Ha, tylko szybko, zanim ojciec przyjdzie i zobaczy, że leżę na jego pryczy. Stary maruda miałby pewnie coś przeciw. A jeśli chodzi o moje przygody… hm, różnie bywało. Dużo się na południu ostatnio dzieje, wiesz? Ale zarobić coraz trudniej. A ty co widziałaś? Bo jakoś nie wierzę, że ta wiocha może zaoferować cokolwiek ciekawego.

Elsie szybko nakroiła chleba i sera, i ułożyła na stole. Potem zabrała się za rozpalanie ognia.
- Zaraz będzie zupa… - dodała. - Możesz nie wierzyć,ale się dzieje, ale nie tu, na bagnach. Ale nie powiem! Ty pierwszy musisz mi coś opowiedzieć, bo to ty wyjeżdżałeś . Co mi przywiozłeś? - zajrzała bratu w oczy.
Mina Ulrika zrzedła.
-[i] Ja…[/] - przygryzł wargę - jasne, że tak! Nie zapomniałbym o mojej kochanej siostrzyczce!
Podszedł do niej, trzymając coś w ręce za plecami.
- Zamknij oczy - Usłuchała. - I otwórz. Tadam!
Elsie spojrzała w dół. Na szyi miała malutki, posrebrzany wisiorek.
Zarzuciła bratu ręce na szyję.
- Dziękuję! Jest śliczny!

Ulrik uśmiechnął się. Tak do niej, jak do siebie - wiedział, że kiedyś przyda mu się ten podarunek od rudej, namiętnej dziewczyny z Gemunden, której imienia zapomniał.
- Uwielbiam, kiedy się uśmiechasz, siostrzyczko. A! Miałem ci coś przekazać. Mama kazała powiedzieć, że Zimmermanowa zaczęła rodzić i idzie odebrać poród. Miałaś się tam stawić, żeby jej pomóc. Ale nie ma co się zrywać, zupa już prawie gotowa!
Mimo to Elsie zerwała się na równe nogi.Szybko nalała gorącej zupy do miski i wybiegła, tak jak stała - czasem dzieci czekały, zeby przyjśc na świat, a czasem nie. Pobiegła do chaty Zimmermanów.
- Hej, czekaj! Elsie! Zupa ci wystygnie!

###

Ale Elsie nie słuchała, tylko leciała na złamanie karku w kierunku chaty Zimmermanów. Była już pod drzwiami, kiedy z domu wyszła jej mama. Minę miała nieciekawą.
- Elsie. Gdzie ty się podziewasz, dziewczyno? - Według taty obie wyglądały tak samo, gdy były rozeźlone.
- Przepraszam mamo, byliśmy na bagnach, potem u sołtysa, potem Ulrik.. - relacjonowała zasapana, aby zręcznie zmienić temat: - a dzidziuś już jest?
- Jest, owszem - odpowiedziała i westchnęła. - ale matki już nie ma. Jutro będzie pogrzeb koło wieczora. Trzeba zawiadomić Babkę, żeby rytuałów dokonała dla Morra.
Nastała chwila ciszy, Elsie nie była pewna, co powinna odpowiedzieć.
- Muszę też ci coś powiedzieć, Elsie. Przy połogu była Frieda Aybara i doszliśmy wspólnie do pewnych wniosków. Myślałyśmy o tym od dłuższego czasu, ale… ale dziś uznałyśmy, że powinniście wiedzieć. Chodź, pójdziemy do domu.
Kobiety skierowały się do domu.
- Elsie, jesteś już prawie dorosła. Ja w twoim wieku wyszłam za mąż. Czas najwyższy, byś i ty to zrobiła. Razem z ojcem wybraliśmy dla ciebie Willa. - Mama zawsze była konkretną kobietą, nie lubiła owijać w bawełnę.
Elsie zamurowało. W przenośni i dosłownie. Nieczęsto zdarzało się jej tracić głos, ale tym razem tak się właśnie stało. Choć nie na długo.
- Ale mamo! - wybuchła w końcu. - Ja nie chcę! Will jest miły i pewnie bardzo mądry, skoro umie czytać,i nawet go raczej lubię, choć mi się nie podoba ... ale mamo! Ani za Willa nie pójdę, ani za nikogo!- przez chwilę zbierała myśli, aby znaleźć argument, który ostatecznie przekona matkę: - Ja go nie kocham!!
- Skończ, Elsie. Nie bądź dzieckiem. Will to mądry, dobry chłopak z solidnym fachem w ręku. Lepszego w Zweufalten nie znajdziesz. - popatrzyła na córkę, złagodniała nieco. - Elsie, kochanie, nie przeżywaj tak. My z ojcem chcemy tylko twojego dobra. A miłość przyjdzie sama, z czasem. Zobaczysz.
Matka otworzyła drzwi ich domu.
- Nie będziesz miała z nim źle, jestem pewna.
- Ale mamo.. - łzy podeszły Elsie do oczu. Przytuliła się do kobiety. Wiedziała, że matka ją kocha i chce dla niej jak najlepiej. Tyle, że “najlepiej “ dziewczyny było zupełnie inne. - Przecież to nie chodzi o Willa.. Po prostu ja jeszcze nie chcę, wcale. Chciałabym zobaczyć miasto, popłynąć w dół Debu z flisakami, poznać jakiś innych ludzi.. Zakochać się tak naprawdę. . a potem dopiero. - pociągnęła nosem - Poza tym, to Ulrik powinien pierwszy się żenić. Jest starszy, no i teraz, jak się zeszli z Freyją.. - utrwala, niepewna czy faktycznie się zeszli i czy nie wypaplała za dużo.
- Co? - matka szybko odnotowała najważniejszą wiadomość. - Ulrik zszedł się z Freyją?
Mówiąc to przekroczyła próg. Biedny Ulrik zachłysnął się drugą porcją zupy.
- Dlaczego ja nic o tym nie wiem, Ulrik?
- Bo mamo… - zaczął się jąkać, spojrzał z wyrzutem na Elsie - bo to nie jest tak do końca. My tylko tak sobie wspominaliśmy z Freyją stare czasy, to tyle.
Starał się brzmieć przekonująco. Starał się.
- Kręcisz coś, Ulrik. Wiesz, że ona ma nowego narzeczonego? Niech ci do tego pustego łba nie przychodzi mieszać się w to!
- O-oczywiście - wybąkał - mnie ona w ogóle nie interesuje, mamo. Ja jestem artystą, samotnikiem, podróżującym po świecie. Gdzie mi tam do ożenku.
Spojrzała na niego karcąco.
- Twoja siostra wkrótce będzie miała zapowiedzi. Zostaniesz, jak rozumiem, na weselu. - stwierdziła, nie zapytała.
- Co? Z kim?
- Z nikim! - warknęła Elsie - Nie będzie żadnego ślubu! Chyba że twój i Freyji, bo innych kandydatów nie ma! - nakręcała się coraz bardziej - Chłopaki mogą sypiać , z kim chcą, a dziewczyny mają się słuchać rodziców i wychodzić pokornie za mąż?! Na pewno nie!
- Elsie! - głos podniosła także matka - zachowuj się! Nie jesteś już dzieckiem, musisz zrozumieć pewne sprawy. A sprawą podstawową jest małżeństwo! Nie rób takich min, jakbyś miała wyjść za niego za karę. Przynajmniej daj mu szansę.
Ulrik z zaciekawieniem obserwował rozwój wydarzeń.

Elsie spojrzała na rozbawionego brata a potem na rozzłoszczoną matkę. Nigdy w życiu nie czuła się tak upokorzona. Wciągnęła haust powietrza, żeby coś jeszcze powiedzieć a potem powoli je wypuściła. Nie była głupia i znała swoją matkę. Jej “nie” zawsze znaczyło “nie”. Elsie wiedziała, że małżeństwo rodziców też było ustawione. Ale dziś mieli przekonanie że nie mogli trafić lepiej. Do tego naprawdę wydawali się kochać wzajemnie. Ojciec nigdy nie bił matki, nie miał innych kobiet a skrzypienie ich pryczy dziewczyna często słyszała nocami.
Elsie opuściła głowę.
- Pójdę podzielić się z Heter.. - urwala na moment “dobrymi “, mimo kilku prób, nie chciało jej przejść przez zaciśnięte gardło -... wieściami.
Elsie wyszła. Matka aprobatywnie skinęła głową i uśmiechnęła się lekko do dziewczyny.
- Z Tobą - zwróciła się do Ulrika - też muszę sobie porozmawiać.
Biedny chłopak westchnął ze zrezygnowaniem.

###

Elsie nie wybierała się do Heter. Użyła imienia swojej najlepszej przyjaciółki, żeby matka się nie czepiała. Nadrobiła spory kawał drogi skrajem lasu, aby ominąć kuźnię. Była pewna, że jeśli przypadkiem wpadnie na Willa - a on będzie już wiedział - to natychmiast umrze ze wstydu. Zresztą, jeśli nawet nie będzie wiedział, to Elsie też umrze. Uświadomiła sobie, że niedługo wszyscy się dowiedzą. Policzki jej płonęły. Przyśpieszyła kroku. Nie miała dużo czasu.
 
__________________
Takimi, jakimi wydają się być, rzeczy są rzadko. A kobiety nigdy. Pół wieku poezji

Ostatnio edytowane przez kanna : 27-09-2017 o 22:56.
kanna jest offline  
Stary 28-09-2017, 19:04   #16
 
Dhratlach's Avatar
 
Reputacja: 26413 Dhratlach ma wspaniałą reputacjęDhratlach ma wspaniałą reputacjęDhratlach ma wspaniałą reputacjęDhratlach ma wspaniałą reputacjęDhratlach ma wspaniałą reputacjęDhratlach ma wspaniałą reputacjęDhratlach ma wspaniałą reputacjęDhratlach ma wspaniałą reputacjęDhratlach ma wspaniałą reputacjęDhratlach ma wspaniałą reputacjęDhratlach ma wspaniałą reputację
Może i Sigfried nie był zadowolony, że tatko popłynął bez niego na handel, ale gdyby z nim wyruszył to przecie nie obłowiłby się na truposzu… widać Handrich wie co robi.
- Już idę tatko! - zakrzyknął radośnie kierując swoje kroki ku ojcu. - Jak handel? Udało się wszystko?
- Witaj, Sig - objął syna ramieniem. - a co do handlu… ech, powiem ci że szkoda gadać. Wojna robi swoje, nie, Horst?
Horst, nie przerywając sobie, przytaknął skwapliwie.
- Lepiej gadaj, co u was się nowego działo. Freyja cosik już gadała o zrękowinach?
- Tatko zna siostrzyczkę. Co ja godoć będę - powiedział z uśmiechem - ...a z nowinek. Mamy truposza. Żołnierz z południa, ferajna zabrała znaczek ze zbroi i tubę z listymi do sołtysa, ale jeszcze się obłowim tatko. Ma kolczugę i mieczy i koń wybebeszony, ale nadal mięsko dobre.
- Żołnierz, powiadasz? Niech cię tylko ręka nie świerzbi po tę kolczugę! Jeszcze nam tu trzeba wizyty ekspedycyji karnej! - Siga zdziwiła nagła niechęć ojca do potencjalnego zysku. - A że z południa to tym gorzej. Takiego cła, jakie nam pan graf narzucił po zajęciu Gemundem, tośmy jeszcze z Horstem nie widzieli. Rozbój w biały dzień, mówię ci. A będzie tylko gorzej, bo wojsko na północ ciągnie, jak na przekór wzdłuż Delbu.
- Znaczy się… wojna? - zapytał młody drapiąc się lekko po głowie myśląc ciężko jak się na niej dorobić, ale nic mu do głowy nie przychodziło.
Ojciec przytaknął smutno.
- Nic tak interesom nie szkodzi jak wojna.
Wtem po raz pierwszy odezwał się Horst.
- Jeśli kto rozumny, to i na wojnie się dorobić można. Wojsko zaopatrzenia potrzebuje, a jak ludzie z palonych wioch uciekają, to dobytek zostawiają. Dobytek zaś zebrać można.
Gerfried Holzmann spojrzał karcąco na syna.
- Wy to z gęby nic nie podobni, ale charakterem to się nic nie różnicie. Z trupa byście gacie zdarli, jakby były ze złota. A właśnie, Sig. Myślę, żeś nic nie zabrał z tego truposza, co?
- Nic co by bezpośrednio powiązało go z osadą tatko. Tylko ferajna zerwała znaczek z napierśnika i zabrała tubę z zawoskowanymi listymi do sołtysa. Ja bym go w bagno wrzucił tatko, bagno pochłonie, brak ciała, brak winnych, prawda? Taki pogrzeb… na nasze możliwości.
- Ty się bogów bój, Sig - rzekł ojciec, ale z uśmiechem na twarzy - Ty się marnujesz w tej osadzie. Tacy jak ty majątki zbijają na uciskaniu bliźnich. Ale widać bogowie niegłupi, skoro cię tu zesłali. Tutaj będziesz miał szansę się dorobić uczciwie, jak już z Horstem interes przejmiecie… - przerwał na chwilę, jakby się zastanawiał - ...a rzeknij no, Sig, gdzieście tego trupa widzieli? Leży on tam dalej, nie?
- Tak tatko, leży, nie wstał. - powiedział z uśmiechem Sig - Zaprowadzić mogę, to niedaleko.
Stary Holzmann podkręcił wąsa, jak to zawsze, gdy się zastanawiał.
- Właściwie… trup i tak już nie wstanie, jakżeś powiedział. A taka kolczuga to nie lada rarytas, niejeden by za nią małą fortunę dał. Hm… wiesz Sig, nieładnie to okradać zmarłych. Brzydkie to i człowiekowi poczciwemu nieprzystojne. Ale jeśli komuś ta zbroja życie ocalić może, to czy wolą bogów nie byłoby, aby nadal to czyniła? Głupio, by tak sczezła gdzieś w bagnie… Słuchaj no, Sig. Ja idę do domu, nóż myśliwski wezmę i torbę jakąś. Ty weź tu te trzy pensy i zanieś na ofiarę Ulrykowi, co by krzywo na nas nie patrzał. A potem pójdziem i zrobim to, co każdy prawdziwy handlarz by na naszym miejscu zrobił. Tylko żeby mi te monety były w chramie, bo sprawdzę!
- Ja wohl tatko, nawet modlitwę krótką złożę! - obiecał młodzieniec i udał się pośpiesznie zrobić jak przyrzeczono. W sumie zarobił już grosz, więc te trzy pensy mógł odpuścić… w końcu nie jego, a ojcu sprzeciwiać się nie będzie.

* * *

Gdy Sig wrócił, ojciec stał już gotowy. Miał przytroczony trzos, na plecach zarzucony spory wór, a w ręku starą rodzinną kuszę, jedyną w Zweufalten. Gadał o czymś z Horstem.
- Ty zostajesz, powiedziałem! Towar trzeba rozładować, a kto się tym zajmie, hę? Zostajesz i już. - skończył kategorycznie; Horst prychnął i wrócił do szkuty.
- No, co tak długo? Idziemy, bo się wkrótce ściemni
- Tak tatko, tędy. - powiedział z uśmiechem i ruszył w stronę trupa przez bagna.
Szli szybko, bo w ich obu narodziła się nagle nadzieja rychłego zysku. Nie rozmawiali wiele, jak to zwykle, gdy należało się skupić, bo w grę wchodziły brzęczące monety. Jaki ojciec, taki syn.

Klucząc między trzęsawiskami i jarami dotarli wreszcie do miejsca, gdzie woda sięgała kostek i gdzie ostatnio Sig widział martwego żołnierza.
- Stój! - szepnął i przytrzymał go ojciec. - Cicho bądź, Sig. Widzisz? - wskazał palcem stojącą na otwartej przestrzeni postać.
Postać pochylała się nad trupem. Ubrana w zgniłozielony płaszcz w chaszczach byłaby nie do rozpoznania nawet dla wprawnego oka ojca Elsie. Sig skupił wzrok na przestrzeni między zakapturzonym a trupem. On coś robił przy tym trupie. Dookoła niego porozrzucane były przedziwne przedmioty: fiolki, drewniane figurki, woreczki. Postać ich chyba nie widziała, zajęta swoją robotą.
Rzut na Spostrzegawczość: 90 (nieudany)

Holzmannowie nadal obserwowali postać. A ta robiła rzeczy przedziwne: najpierw wyjęła sztylet zza pazuchy i z pewnym trudem rozcięła “drogocenną” kolczugę, a przy okazji także skórę. Włożyła rękę w powstałą ranę i znów sobie pomagając ostrzem wyciął jakiś organ. Sig skrzywił się. Nie wiedział, co to. Wyglądało jak pierwszy lepszy bebech. Zakapturzony poszperał jeszcze nieco w cielsku; wreszcie wytarł okrwawione ręce w nogi trupa… i w tym momencie jakby się zawahał. Rozejrzał uważnie. Gerfried pokazał synowi, by milczał. Niepotrzebnie, Sig i tak nie zamierzał nic mówić. Najwyraźniej jednak ów człowiek nie spostrzegł ich, ale coś sprawiło, że przyspieszył. Schował organ do okrwawionego mieszka, pozbierał leżące dookoła przedmioty, rozejrzał się ponownie… i zlizał część krwi z korpusu żołnierza. Potem niemal bezszelestnie usunął się za linię drzew. Szczęśliwie, przeciwległą.

Obaj Holzmannowie stali jeszcze jakiś czas, jakby osłupiali. Wreszcie ojciec zwrócił się do Siga.
- Chodźmy stąd. Lepiej stąd chodźmy, Sig.
- Wiem tatko… wiem, ale… ale wiesz, prawda? - zapytał lekko osłupiały młodzik wciąż wpatrując się w “scenę” której już nie było z dużymi oczami.
- Wiem. - odpowiedział zimno. - Idziemy. Tylko tym razem o wiele ciszej i tylko zaroślami.
- Ja wohl tatko. - powiedział Sigfried nie mając siły się sprzeciwić. Tak bardzo nie rozumiał sceny, że aż nawet myśl o pieniądzach odeszła na drugi tor.
Podróż powrotna minęła, dzięki bogom, spokojnie. I tym razem nie rozmawiali - ale ze zgoła innych przyczyn. Zanim wrócili do osady zapadł zmrok. Ojciec nakazał Sigowi iść do domu, sam zaś postanowił najpierw udać się do sołtysa.
Młody Holzmann skinął tatce i tylko powiedział, że się obmyje w rzece i już nie wyściubia nosa z domu… Co było częścią prawdy, bo zabrał ze swojego pokoju zdobyczny koc by go przepłukać i na spokojnie obejrzeć zniszczenia.

* * *

Ciężko rzec, co było bardziej brudne - koc czy woda, w której był prany. Niemniej Sig rozsądnie uznał, że lepiej, aby koc miał kilka pijawek niż plamy od krwi, które na potencjalnego kontrahenta działały dosyć odstraszająco. Mimo to sprzedanie koca i tak będzie raczej trudne - był poprzedzierany w wielu miejscach, nadto prawie rozdarty na pół. Jednak kim byłby Sig, gdyby nie potrafił sprzedać trefnego towaru?
Choć koc nie był może w zdatnym stanie, to w głowie młodzika zrodził się prosty pomysł… a gdyby tak uderzyć do siostrzyczki?
Z tą myślą udał się do domu ze strapioną miną. Znalazł ją przy kominku dokładającą doń suchego torfu.
- Siostrzyczko? - zapytał nieśmiało - Kocyk… da radę zszyć przed śnieniem? Proszę?
Freyja wydała mu się zamyślona, gdy skończył jej się torf, macała ręką po podłodze bezskutecznie, wciąż patrząc w ogień. Jego głos chyba wyrwał ją z tego stanu.
- Co chcesz? - zapytała kapkę rozdrażniona. - Nie mam teraz czasu, idź sobie.
Sig przybrał lekko strapioną minę. Siostrzyczka Freya zachowywała się dziwnie, bardzo dziwnie… nawet jak na dziewczynę. Podszedł więc do niej i usiadł przy niej kładąc dłoń na ramieniu.
- Siostryczka wie, że zawsze może ze mną porozmawiać… - powiedział z troską - ...ale jeżeli nie chce to może coś co odgoni myśli? Tak jak babunia mówiła zanim zabrał ją Morr… że człowieka co ma zajęcie w myślach demony nie tykają. Tęskno mi trochę za babunią siostrzyczko…
Freyja o dziwo zaśmiała się kpiąco.
- Kogo ty chcesz oszukać, Sig? - spojrzała na niego z rozbawieniem. - Gadaj czego chcesz, cwaniaku, i nie marnuj już mojego czasu. Mam ważniejsze sprawy na głowie.
Sig wpatrywał się w siostrę z szeroko otwartymi oczami. Był niemożebnie zdziwiony. Cokolwiek się działo z Freyą nie było to nic dobrego. Nie była sobą.
- Siostrzyczka bardzo dziwnie się zachowuje… - powiedział zasmucony - ...bardzo dziwnie. Martwię się o siostrzyczkę Freyę. Siostrzyczka nigdy taka nie była… Zrobiłem coś złego, że siostrzyczka się na mnie gniewa?
Westchnęła.
- Nie, Sig, nie zrobiłeś nic złego. Ja po prostu… ja mam coś na głowie i tyle. Zostaw ten koc, rano się nim zajmę.
- Dziękuję siostrzyczko! - powiedział młodzik i przytulił się do siostry - Jak chcesz mogę z Tobą posiedzieć jeśli chcesz… tak na smutki?
Freyja uśmiechnęła się lekko. A uśmiechała się ładnie, ojciec zawsze mawiał, że tak jak mama.
- Coś ty taki milutki… dostałeś już co chcesz.
- Dużo dzisiaj widziałem siostrzyczko. - powiedział Sig konspiracyjnie - Dziwne rzeczy… a tatko kazał nosa nie wyściubiać z domu.
Wtem do pokoju wszedł Horst. Pociagnął nosem.
- Siostrzyczko… - zaczął. - Zobacz, spodnie mi się rozpruły przy pracy… proszę pomóż, bo zimno mi okropecznie.
Freyja popatrzyła na nich dziwnie.
- To jakiś żart, tak?! - podniosła głos. - Wy żartujecie sobie ze mnie?! Wynocha mi stąd, żebym was tu już dzisiaj nie widziała, pasożyty jedne! Won!
Na do widzenia rzuciła w Horsta kocem Siga, na co ten śmiejąc się wyszedł z izby.
Sig był mocno niezadowolony. Horst jak zwykle rzucał mu kłody pod nogi…
- To może chociaż siostrzyczka pokaże mi jak zszyć? Noce jeszcze zimnawe…
Zdecydował się młodzik tak zagrać. Koc w tej formie był bezwartościowy! Lepiej włożyć trochę wysiłku, niż wszystko stracić z winy tego złośliwca!*
- WYNOCHA! - krzyknęła czerwona na twarzy Freyja. - Tacy jesteście śmieszni to sami se zszyjcie!
- Ale nie umiem! - powiedział żałośnie młody cwaniaczek - Siostrzyczka nigdy mi nie pokazała jak!*
W tym momencie Sig zauważył, że Freyja wygląda już jak dorodny pomidor. Nie musiała mówić tego, co potem powiedziała.
- Wynocha! Nie chcę was tu więcej widzieć, żartujecie ze mnie, a ja mam problem! - krzyczała z łzami w oczach, na wpół szlochając. -
Idź stąd, bo powiem wszystko tatce![/i]
Młodzik popatrzał smutno na siostrzyczkę. Widać było, że cokolwiek ją dręczyło, to musiało być coś wielkiego… lepiej uciekać, niż ryzykować jakieś większe straty… może jak Freya się prześpi to poczuje się lepiej?
Z tą myślą wstał i poszedł zrezygnowany do swojego pokoju ocenić wartość swojego nowego nabytku. To powinno podnieść go na duchu!

Dane mu było cieszyć się samotnością przez niezbyt długi czas. Było już całkiem ciemno, kiedy Sig usłyszał ciche, niecierpliwie pukanie w okno swojego pokoju.
Sig poderwał głowę i spojrzał w okno na prędce upychając buty pod łóżko. Może i było ciemnawo, ale miał całkiem niezłe czucie w palcach by na tej podstawie ocenić wartość swoich fantów…
Tak czy inaczej to musiało poczekać, choć wstępną wycenę miał. Podszedł do okna i otworzył je w miarę cicho, choć zawias delikatnie skrzypnął protestując. Wyjrzał na zewnątrz.
Na zewnątrz zobaczył Elsie. Wyglądała na zdenerwowaną - na ile potrafił to ocenić, oczywiście. W każdym razie wyglądała podobnie jak jego siostra ostatnio. Może nawet była bardziej czerwona.
-Cześć Sig - powiedziała. - Mam taką.. No, potrzebuję żebyś mi pomógł w jednej sprawie. Możesz?
Sigfried wpatrywał się krótką chwilę w dziewczynę zachodząc w głowę czy jakaś nowa plaga nie wybuchła w wiosce, że “wszystkie” dziewczyny nagle problema majo…
- W-wejdź… - wyjąkał cicho, podając dziewczynie dłoń by pomóc jej wejść do środka - ...tu jest cieplej. Tylko cicho, dobrze?
- Dzięki - złapała jego dłoń i zręcznie, prawie bezszelestnie, wspięła się na okno. - - Sam jesteś?
- Tutaj tak. Siostra w izbie i ojciec niedługo pewno wróci. - powiedział cicho przemilczając fakt jej pięknej czerwieni na policzkach i zamykając najciszej jak się da okno.
- No więc.. - zaczęła inteligentnie. Widać było, że szuka słów, co zwykle jej się nie zdarzało. Elsie potrafiła przegadać każdego - - Taka sytuacja jest.. trochę skomplikowana.. - znów się namyślała aż w końcu wypaliła: - Znasz jakiś flisaków?
Może Sig nie miał praktycznego obycia z dziewczynami, ale dość się naoglądał wyczynów brata Elsie… położył więc dłoń na jej plecach mówiąc cicho.
- Chodź, usiądź. Mogę zobaczyć co da się zrobić, ale… - umilkł na chwilę - ...ale muszę wiedzieć o co chodzi. Ufasz mi Elsie, prawda?
W zaaferowaniu nawet nie zauważyła, że ją dotknął. Pozwoliła się podprowadzić i usiadła.
- Oczywiście - odpowiedziała machinalnie. - Sprawa jest skomplikowana . Oni zwykle wypływają o świcie, prawda? Nie mamy dużo czasu
- Rozumiem, że chcesz uciekać, ale wiem, że lubisz to miejsce. Cokolwiek się dzieje, jestem pewny, że jest co najmniej jedno, jak nie dwa inne wyjścia. - młody Holzmann mówił cicho i spokojnie - Poza tym, w dół Delbu nie jest spokojnie teraz… ponoć wojna idzie.
- Wojna? - spojrzała na niego z niedowierzaniem. - - Wkręcasz mnie, a ja nie mam czasu na głupoty! - podniosła się. - - Jak nie umiesz pomóc, to znajdę kogoś innego.
- Mówię co ojciec mi powiedział. Graf z południa zajął Gemünden i idzie wzdłuż Delbu. Ponoć takie cło narzucił, że ledwo co wyszli na swoje. Jak chcesz możesz go spytać. - powiedział ciszej niż wcześniej. Z siostrzyczką podnoszenie głosu nie wyszło, więc może jak powie ciszej to się uspokoi?
- Chcę ci pomóc Elsie… naprawdę bardzo cię lubię, ale błądzę jak ślepy, bo nic nie wiem.
- To dobrze - uśmiechnęła się nerwowo - Pójdziesz ze mną nad rzekę? Z tobą będą chętniej gadać, znają ciebie i twojego ojca…
Sigfried westchnął cicho. Naprawdę lubił Elsie i byłoby mu smutno gdyby tak po prostu odpłynęła… bez słowa o co chodzi.
- Lubię cię Elsie... - powiedział cicho patrząc na nią smutno - ...i będzie mi smutno jak tak po prostu odpłyniesz. Nie chcę cię stracić tak po prostu.
Czy jakoś tak to szło. Prawdę mówiąc nie pamiętał jak jej brat ubrał to w słowa, choć… był szczery.
- Ja też cię lubię. Dlatego przyszłam cię prosić o pomoc, prawda? Nie odpłynę na zawsze, tylko.. załatwię jedną sprawę i potem wrócę. Niedługo. - zapewniła go. - I mam coś w podziękowaniu. Informację. Coś, czego nie wiesz. .
- Nigdy nie byłaś tam Elsie… to… inny świat. - powiedział smutno Sig - Mam inny pomysł. Zastań tutaj. Przed świtem pójdziemy do Babki. Niech wieszczy. Babka zawsze ma na wszystko rozwiązanie.
Elsie wiedziała, że na jej problem Babka nie pomoże. Ale doceniała starania Siga. - - Dobrze - powiedziała - Pójdę, na godzinę przed świtem.. ale jeśli to nic nie da, to porozmawiasz z flisakami. Potrafię dużo rzeczy, przydam się. Obiecaj, że się za mna wstawisz!
Sigfried pokiwał powoli głową w namyśle
- Długa droga do Babki, pójdę z Tobą. Nie puszczę cię samą po tym jak znaleźliśmy tego trupa i tamtego dziwaka… - zamyślił się widocznie - ...ale obiecasz, że powiesz mi o co chodzi. Nikomu nie powiem. Słowo handlarza.
Przez chwilę mocowała się sama z sobą. Nie chciała okłamywać chłopaka.
[/i] - Nie mogę ci powiedzieć [/i] - wyznała w końcu, znów czerwona jak piwonia - To… kobieca sprawa. Prywatna. Chłopakom się o takich rzeczach nie mówi. To wstydliwe.
Chłopak zamyślił się widocznie przebierając w opcjach, bo co może być kobiece, wstydliwe i zmuszające do ucieczki…?
- Jeśli zaszłaś w ciążę to powiedz który to, a skrzyknę dyskretnie chłopaków i tak urządzimy gagatka, że będziesz mieć dostatnie życie i jeśli zapragniesz i ślub - powiedział grobowo - Nikt nie krzywdzi mojej Elsie bez konsekwencji.
Spojrzała na niego. Była zaaferowana, ale nie na tyle, żeby nie zauważyć, że nazwał ją “swoją”.
- To słodkie, Sig - zapewniła go. - Będę pamiętać o twojej obietnicy .
Podeszła do okna i otworzyła je, bardzo cicho.
- Spotkamy się na skraju wsi, przy drodze, co prowadzi do chaty Babki, tak? - upewniła się.
- Tak, Elsie. Samej cię nie puszczę. - powiedział Sig. Wiedział, że bagna przestały być bezpieczne… a poza tym, i on miał do niej pytanie, więc dwa ptaki jednym kamieniem, nieprawdaż?
- Na pewno nie chcesz zostać na noc?- zapytał dla pewności.
Pokręciła głową.
- Nie chcę, żeby rodzice się martwili - wspięła się na palce i pocałowała go w policzek. - Dzięki, Sig - przeskoczyła przez parapet i jej sylwetka zniknęła w mroku nocy.
Zapewne dziewczyna tego nie widziała, ale oblał go gęsty rumieniec. Co innego dostać buziaka od siosty, a co innego od dziewczyny. Tak czy inaczej pozbawiło go to mowy, a kiedy się ogarnął Elsie już nie było. Westchnął cicho i zamknął okno. Coś czuł, że tej nocy nie zazna wiele snu. Półsen, może… lepiej zabrać się za wycenę fantów i nie myśleć…

Siedział więc na łóżku i macał to co udało mu się pozyskać. Pas był rarytasem. Jeśli się nie mylił był wart... huncfę srebra! Z tego też powodu zdecydował go zachować dla siebie. Ot, nikt nie da mu dobrej za niego ceny w Zweufalten. Potem obmacał buty. Te skórzaki i jeździeckie powinny przynieść całkiem sporo. Pytanie tylko czy przetargować na coś innego w tej osadzie, czy zachować na następny spływ? Musiał się zastanowić. Potem sprawdził rękawiczki które z pewnym sukcesem powinien opchnąć, a skarpety... były jednym wielkim rozczarowaniem. W sumie nigdy nie nosił skarpet, więc razem z rękawiczkami zachowa dla siebie. Chleby się sprzeda, połać okroi i sprzeda, a koc? Może jako bonus do targu? Ehh... ciężki wybór.

Tak czy inaczej było późno, a on nie był zmęczony. Nie mniej położył się do łóżka i leżał tak na wznak w półśnie. Zawsze jak coś go trapiło, lub na coś oczekiwał. Wiedział, że trochę odpocznie w ten sposób, ale to nie był pełnoprawny sen, więc... cóż. Wiedział, że jak tylko pojawią się pierwsze promienie słońca na horyzoncie będzie musiał iść. Jak dobrze, że okno jego pokoju wyglądało na wschód...
 
__________________
Jak się śmieje mucha?

- Mucha-hahahahaha!
Dhratlach jest offline  
Stary 28-09-2017, 21:05   #17
AJT
 
AJT's Avatar
 
Reputacja: 13063 AJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputację
Heindel i Vogt szli szybko przez las, nie rozmawiając wiele. Tempo narzucał zdecydowanie sołtys, który odkąd odczytał przyniesione zwoje stał się niezwykle podenerwowany. Towarzystwo to mogło przeszkadzać nieco Heindelowi - chłopak dobrze pamiętał, kto jako jedyny ostro oponował przeciw przyjęciu go do wioski. Vogt nigdy nie darzył go sympatią i niespecjalnie się z tym krył - zawsze mówił doń po nazwisku i traktował go gorzej niż resztę mieszkańców. Przynajmniej tak sądził sam Heindel.

- Co go zabiło, Graperz? - zaczął nagle w połowie drogi. - Domyślasz się?
- Nie wiem panie Sołtys - odpowiedział Heindel. - Ja żem takogiewoż czegoś nie widział nigdy. Ino w snach strasznych jakiś o których bać się gadać trzeba - dodał po krótkiej chwili.
- Żadnych śladów nie było? Śladów walki? Zabił go człowiek czy zwierz? - pytał zawzięcie sołtys. - I dlaczego okaleczył? Pospolite zbiry ograbiają z mieszka i co tam się cennego niesie. Nie pastwią się. A tutaj, z tego co reszta gadała, dobytek zabrał dopiero Sig.
- Eeee, brzychmóstwo, yyy, P...Panie Sołtys, cosik wyżarło mu łoko i język - Heindel zaczął się czuć niepewnie zasypany pytaniami. - To musi być zwierza. Ale jaki zwierza tako umi, to ja nie wiem. Trza by było może łojca Elsie zapytowywać?
- Zwierza - ni to stwierdził, ni zapytał - ciekawe co to za zwierza zamiast za mięcho się brać, po oczy i język sięga. Pewnie jakiś smakosz, co Graperz? - Ton sołtysa był coraz bardziej nieprzyjemny.
-A w ogóle - zaczął znów po chwili - czemuś ty się z dzieciarnią na wypad wybrał? Nigdyś za nimi nie łaził, ciągle tylko w chałupie siedzisz.
- Mówiłżem, że nie wiem co za zwierza. A łoni tam sami przyleźli. Ja sam, żem truposza znalazł - odparł szczerze Graperz.
- Ach ty żeś go znalazł - powiedział jakby z satysfakcją sołtys. I nie pytał więcej aż dotarli na miejsce.

Trup leżał tak, jak go wcześniej Heindel widział. Z jednym tylko wyjątkiem: kolczuga była rozcięta od pępka do aż po koniec mostku, razem z nią skóra i mięso. Vogt zbliżył się do trupa, zaczął go wnikliwie badać.
- A co to za zwierza - zaczął gdy zajrzał w nową ranę - która ostrzem się posługuje, Heindel? I flaki wycina? Nie wydaje ci się, że tu coś bardzo śmierdzi?
-Ano capi, capi - przytaknął młodzian. - Tegoż nie było - wskazał na nowe rozcięte miejsce. - Ktosik tutaj do niego wrócił. Ino czego we flakach szukał? - spytał Retorycznie. - Capi - dodał jeszcze raz. - Trza się brać stąd panie sołtys. Niepewnie się czuję - spojrzał na Vogta.
Sołtys odwrócił się znowu do Heindela. Spojrzał na niego surowo.
- Powiem ci coś, Graperz. Nigdym w życiu nie widział tak wybebeszonego człowieka, a widzial żem niejedno. Żaden to zwierz mu tego nie uczynił, jeno człowiek albo inny rozumny. Ale to nie był zwykły zabójca. Zwykły zabójca flaków nie wycina, sztych w brzuch i kończy. Zwykły zbój rzeza mieszek i puszcza człowieka w samych portkach. Ten, co go zabił, przemyślny był i widać, że w szale, skoro tak trupa sponiewierał. Jak żyję, żem człowieka takiego na Schwarzensumpf nie widział.

Zamilkł na chwilę, ale wciąż patrzył na Heindela.
- Powiedz, Graperz. Szczerze. Tyś go tak urządził? Mnie, starego, nie oszukasz. Wzrok masz błędny, dziwnie się zachowujesz, w gniew wpadasz łatwo. Nie spotkałeś go w lesie? Nie obraził cię czy co? Tyś jest jedynym, który przychodzi mi do głowy. Bo przez Schwarzensumpf nie wędrują zajadli mordercy Graperz, tylko ludzie. A człowiek tego nie zrobił
- Nie! Nie… Chyba nie… Ta… Nie… Nie wiem. - Młody Heindel wyraźnie czuł się bardzo niepewnie. - Ale on teraz bardziej niż był. Oni powiedzą. Nie ja! - mamrotał dalej.
- Jeżeli to ty, to powiedz! - zagrzmiał sołtys. - Bo jak nie ty, tedy mamy nieproszonych gości i trzeba warty nocą wystawiać. Zastanów się do cholery, chłopcze!
- Ja nie - tym razem odpowiedź była krótka. Jednak mimo tego, że była krótka, to sołtys przy takich odpowiedziach zwykł słyszeć pewniejszy ton głosu.
Vogt nie wydawał się przekonany. Nigdy nie był przekonany, gdy mówił Heindel.
- Dobrze. Niech tak będzie. Widziałem, co chciałem. Idźmy stąd zatem, bo las widać zrobił się niebezpieczny. Pierwej jednak pomóż mi z tym trupem. Zatopim go. Żeby nikt Zweufalten z tą zbrodnią nie skojarzył.

Heindel bez słowa zaczął działać według poleceń Starszego. Umysł miał zaćmiony. Nie był pewien, co było rzeczywistością, a co nie. Dzień jak ten przywodził mu wspomnienia z przeszłości… Wspomnienia których się obawiał. Wspomnienia, do których nigdy nie chciał wracać. A jednak w taki dzień zdawały się one znów przybliżać. Niepewność go teraz wszechogarniała...
 
AJT jest offline  
Stary 01-10-2017, 11:39   #18
 
MrKroffin's Avatar
 
Reputacja: 6854 MrKroffin ma wspaniałą reputacjęMrKroffin ma wspaniałą reputacjęMrKroffin ma wspaniałą reputacjęMrKroffin ma wspaniałą reputacjęMrKroffin ma wspaniałą reputacjęMrKroffin ma wspaniałą reputacjęMrKroffin ma wspaniałą reputacjęMrKroffin ma wspaniałą reputacjęMrKroffin ma wspaniałą reputacjęMrKroffin ma wspaniałą reputacjęMrKroffin ma wspaniałą reputację

Zweufalten
20. Sigmarzeit 2522 K. I.
Angestag
Przed świtem


Elsie prawie nie zmrużyła oka w nocy. Była zbyt podekscytowana i zaniepokojona zarazem. Jej spontaniczny plan zakładał przecież porzucenie wszystkiego, co znała i wszystkich, których znała. Miała wyruszyć na południe i to ogarnięte wojną, jeśli Sig miał rację. W jej głowie pojawiły się wątpliwości – czy to aby dobry pomysł? Nie chciała ślubu, ale nie chciała też przecież porzucać rodziny.

Nie mogła zasnąć. Wstała jeszcze długo przed umówionym czasem. Do świtu było jeszcze daleko, ale nic to. Najwyżej poczeka troszkę dłużej. Najpierw mieli udać się do Babki, chociaż sama była do tego sceptycznie nastawiona, to uległa sugestiom Siga. Zresztą, to nie było ważne. Ważne, że miała możliwość uwolnić się od ciężaru aranżowanego małżeństwa.

Wymknęła się cicho z domu, zostawiając śpiących rodziców. Ledwie zamknęła drzwi usłyszała, jak ktoś potknął się i zaklął szeptem w obejściu domu. Zaalarmowana wyjrzała ukradkiem – w obejściu stał Ulrik, z workiem na plecach i trzosem przy pasie. Dopiero po chwili ją zauważył. Lustrowali się chwilę spojrzeniami, ale żadne nie szepnęło słowa. Wiedzieli, że wzajemnie się przyłapali. Ulrik położył palec wskazujący na ustach, a potem wskazał w kierunku rzeki, gdzie skierował swoje kroki, tym razem uważniej patrząc, czy aby nic nie zagradza mu drogi.


Sig spał znacznie lepiej. Co nie znaczy, że nie wstał na czas. Pamiętał o umowie z Elsie i zamierzał ją zrealizować. O tej porze jeszcze wszyscy powinni spać, toteż szybko wygramolił się z łóżka i pewnie opuścił dom, starannie zwalniając obok izby ojca. Gdy był już na zewnątrz, odetchnął z ulgą i zaczął pewniej stawiać kroki.

Deska skrzypnęła pod jego nogą.

- Hm? Ki czort? – usłyszał głos ojca zza węgła. Był za blisko i było zdecydowanie za późno. – Sig? A co ty tak wcześnie dzisiaj wstałeś? Dobrze się składa, chodź, musimy dokończyć rozładunek, bo Horst se pofolgował wczoraj.


Zweufalten
20. Sigmarzeit 2522 K. I.
Angestag
Po południu


Dzień mijał jak co dzień. Jak każdy inny dzień w Zweufalten. Nic nie wskazywało, by miało być inaczej. Jedynie dzień Heikego był nietypowy, bo wyszedł z domu brata jeszcze, gdy ten spał razem z resztą domowników. Heike nie miał ochoty na dalsze rozmowy i złośliwostki z jego strony. I choć przed laty było ich więcej i uwierały bardziej, wciąż potrafiły być strasznie irytujące.

Inni zajmowali się swymi codziennymi sprawami – niewiele było czasu wolnego w Zweufalten, a ostatnie plotki o wojnie najwyraźniej pobudziły umysły starszych, którzy zaczęli pracować z podwójną intensywnością, by zagłuszyć niepotrzebnie myśli. Will zauważył to szczególnie u swojego majstra. Właśnie stał z nim w kuźni, gdy z drugiego brzegu nadbiegł do nich rybak, Olaf.

- Witajcie – zwrócił się do kowala – zachowuj spokój, Aybara, nic nowego dla ciebie nie mam. Muszę z twoim terminatorem słowo zamienić.

Will zdziwił się. Nigdy nie miał jakichś interesów albo bliższych kontaktów z Olafem. Rybak jednak zapytał go wpierw, czy to on był w grupce, która wczoraj trupa znalazła. Uzyskawszy odpowiedź twierdzącą, wcisnął mu w rękę dziesięć szylingów i przykazał zebrać resztę dzieciaków, z którymi wczoraj chodzili po bagnach. Mieli udać się do Babki, opowiedzieć, co widzieli i przekazać pieniądze, by się duchów poradziła i złe od wioski odegnała. Nalegał, by Will zrobił to jak najszybciej, a pan Aybara, choć wyraźnie niezadowolony, przytaknął ugodowo. Mając świadomość doniosłości sprawy – do Babki nie udawano się w sprawach błahych – przebiegł się po wsi, zbierając tych, których udało mu się odnaleźć.

***


Każdy z nich wziął z domu coś do obrony. Droga do Babki była kręta i rzadko uczęszczana, przez co spotkanie tu dzikiego zwierza nie należało do wyjątków. Poza tym każdy, kto miał odrobinę oleju w głowie, nie wchodził głębiej w bagno bez broni. Każdy z dzieciaków znał różne historie ludzi, którzy wykazali zadziwiający nierozsądek na mokradłach i z całą pewnością nie chcieli podzielić losu tychże. W głuszy w końcu nadal zapewne był ten ktoś lub to coś, co koszmarnie okaleczyło posłańca grafa.

Szli w grupie, bacząc na otaczające ich z dwu stron ściany lasu. Pozorna cisza nie zwiodła ich – za długo mieszkali w tym miejscu, by dać się zwieść. Sprawnie ominęli trzęsawisko po drodze, przeszli dalej, gdzie droga znacznie zwężała i powoli zarastała. Byli już blisko, z oddali zobaczyli ledwie widoczną okrągłą chatkę stojącą u podnóża wielkiego, nietypowo powykręcanego drzewa. Zawsze dziwili się, że właśnie tutaj stała chałupa Babki, skoro drzewo od niepamiętnych czasów było przegnite i mogło runąć przy co silniejszym podmuchu wiatru. Na pohybel ich przekonaniu trwało ono jednak, tak jak trwała ta mała, niepozorna chałupina pośrodku wielkiego bagna.

Podeszli do drzwi. Ktoś z nich zapukał ostrożnie. Chodziła po wsi plotka, że Babka choć może pomylona nieco od gadania z duchami, moce jakoweś od tych duchów posiada i drażnić jej z byle powodu nie należało. Prowizoryczne drzwiczki zaskrzypiały lekko, a cienki słup bladego światła padł na ukrytą za nimi pomarszczoną twarzyczkę, wyraźnie zaciekawioną.

- Dzieci! – naraz rozpromieniała Babka. – Zachodźcie, urwisy, zachodźcie! A to mi się poszczęściło dzisiaj, chcecie li naparu z ziół? Nowych żem dziś narwała.

 
MrKroffin jest offline  
Stary 01-10-2017, 21:17   #19
 
Avdima's Avatar
 
Reputacja: 11236 Avdima ma wspaniałą reputacjęAvdima ma wspaniałą reputacjęAvdima ma wspaniałą reputacjęAvdima ma wspaniałą reputacjęAvdima ma wspaniałą reputacjęAvdima ma wspaniałą reputacjęAvdima ma wspaniałą reputacjęAvdima ma wspaniałą reputacjęAvdima ma wspaniałą reputacjęAvdima ma wspaniałą reputacjęAvdima ma wspaniałą reputację
Dialog Heike z Willem

Ledwie dzionek wstał, zanim kogut zaczął piać, Heike już czekał pod domem Schmidtów. Był zziębły jeszcze po ostatniej nocy, ale wytrwale czekał, głaszcząc leniwie Brona. Gdy tylko zobaczył Willa, wstał i uniósł rękę na powitanie.
- Hej, Will. Patrz, kogo znalazłem - klepnął w kolano, chcąc przywołać psa.

Will uśmiechnął się szeroko zobaczywszy swojego pupila. Kucnął a sporych rozmiarów kundel ruszył równie ucieszony w jego kierunku.
- Znalazłeś się, nicponiu - poczochrał Brona po głowie. -Dziękuję, że go przyprowadziłeś, gdzie go znalazłeś?

- Tam za wioską, niedaleko - wskazał w odpowiednim kierunku - Zeszłego wieczoru, zanim wróciłem do domu.
Widać było, że Heike niezbyt komfortowo czuł się w rozmowie w cztery oczy z Willem, szczególnie, że znowu kłamał. Sam nie wiedział po co.

-Dziwne - terminator kowalski przyjrzał się baczniej Heikemu. -Szukałem go wszędzie, przez ostatnie kilka dni… Musiał gdzieś dalej wywędrować. - dopiero wtedy zobaczył, że chłopak ma opuchnięty policzek i siniaka pod okiem.
Jego ojciec słynął z ciężkiej ręki, ale Will uznał, że to nie jego sprawa. Dlatego też postanowił nie pytać. Po prawdzie, nigdy za Heike nie przepadał, uważając, że jest leniwy i nie przykłada się do pracy. W każdym razie, teraz był wdzięczny, za to, że odnalazł jego psa.
-Jeszcze raz dzięki za odprowadzenie - podziękował tuląc psiaka. Pomyślał, że zwierzak musi być głodny, a on sam miał sporo pracy jeszcze do zrobienia.

Heike nie miał ochoty na dalszą rozmowę. Machnął jeszcze na pożegnanie dłonią, zrobił kilka kroków wciąż patrząc na psinę i wreszcie odwrócił się, żeby szybkim krokiem odejść w stronę łowiska. Było jeszcze sporo czasu do popołudnia, kiedy to chciał porozmawiać z Taffy, ale przedtem wolał nie zwracać niczyjej uwagi i po prostu pracować, jak ojciec tego wymagał.
 
Avdima jest offline  
Stary 03-10-2017, 16:55   #20
 
Dhratlach's Avatar
 
Reputacja: 26413 Dhratlach ma wspaniałą reputacjęDhratlach ma wspaniałą reputacjęDhratlach ma wspaniałą reputacjęDhratlach ma wspaniałą reputacjęDhratlach ma wspaniałą reputacjęDhratlach ma wspaniałą reputacjęDhratlach ma wspaniałą reputacjęDhratlach ma wspaniałą reputacjęDhratlach ma wspaniałą reputacjęDhratlach ma wspaniałą reputacjęDhratlach ma wspaniałą reputację
Sigfried
Godziny wczesno poranne.

“Nosz psiakrew…” pomyślał Sig słysząc ojca. Jak nic trzeba było trzymać się planu i wyjść oknem, ale… zapomniało mu się. Teraz musiał na szybko wymyślić wymówkę, by ojczulek go puścił płazem, ale jak tu skłamać i mówić prawdę na raz?
- Nie mogę tatko. Umówiłem się z dziewuszką podziwiać wschód słońca, ale jak wrócę to z chęcią pomogę. - powiedział cicho, ale słyszalnie, z dużym uśmiechem na twarzy wyraźnie słyszalnym w głosie.
- A tego leniwca Horsta to trzeba grzywną obarczyć jako widzielimy w mieście. Może to go czego nauczy!
Po tych słowach ruszył jak najszybciej przed siebie licząc, że zdziwienie ojca na jego słowa będzie wystarczająco mocne by udało mu się stosowną drogę oddalić.
- Zaraz! - Przeliczył się. - Jaką dziewuszką, o czym ty gadasz?
“Psiakrew…” przemknęło przez umysł młodzieńca.
- No… Elsie? - zapytał, po czym już z nadzieją - Tatko, ona czeka. Wiem, że pora psia, a nie wypada by sama kręciła się po okolicy, prawda? Może powinienem zabrać knyfkę?
- No… - Ojciec stracił rezon. - Może i tak… to idź. Ej, tylko bez głupstw mi tam! Ani mnie, ani jej rodziców nie stać na wyżywienie kolejnej gęby, więc żebyś sobie… niektóre rzeczy… z głowy wybił!
- Ja wohl tatko! - powiedział chłopak i szybko chwycił nożyk sprzed kominka, i już był w pośpiesznej drodze na umówione miejsce.
 
__________________
Jak się śmieje mucha?

- Mucha-hahahahaha!
Dhratlach jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 08:19.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166