Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 03-10-2017, 17:14   #21
 
kanna's Avatar
 
Reputacja: 11057 kanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputację
Przed świtem

- Ulrik! - zawołała dziewczyna półgłosem podążając za bratem. Nie chciała go angażować, ale teraz okazja sama się nasunęła. Zdecydowanie miał coś na sumieniu - więc będzie bardziej skory do współpracy. A co najważniejsze : flisacy prędzej posłuchają jego, niż Siga. - Ulrik, poczekaj!

Dopada go w dwóch susach.
- Idziesz nad rzekę, prawda?
- Można tak powiedzieć - odrzekł szczątkowo, nie zwalniając.
- Ulrik! - dziewczyna była zdeterminowana. Złapała brata za ramię. - Porozmawiasz z flisakami? Wstawisz się za mną? Znają ciebie, nie odmówią.. Nie mogę tu zostać!
Milczał.
Zmieniła strategię.
- Ty też uciekasz, prawda? Przed czym? Czy przed kim, raczej… Jak mnie nie zabierzesz, to obudzę wszystkich! - zagroziła, podnosząc lekko głos .
- Cicho dziewczyno! - syknął, ledwie usłyszał groźbę. - Na oboje nas chcesz sprowadzić kłopoty? Dla twojej wiadomości nie płynę z flisakami. W ogóle nie zmierzam na południe, tylko na północ. A tobie radzę nie opuszczać Zweufalten, niezależnie od tego, co cię tu spotka.
- Mi bez znaczenia - znów ściszyła głos. - Mogę i na północ.. Wszędzie się przydam. Idę z tobą - zdecydowała.

Wtedy zbliżył się Sigfried.
- Dzień dobry panie Ulrik, Elsie. Nie wiedziałem, że pan jest w osadzie… - powiedział czując, że coś śmierdzi. Niestety nie słyszał o czym prawili, ale... go nie powinno tutaj być i to było wystarczające.
Elsie zamurowało na chwilę. Nie spodziewała się już napotkać Siga.
-Sig.. - zaczęła. - Wiem, że mieliśmy.. Znaczy, nie bierz tego do siebie. Zabiorę się z Ulrikiem. Babka nic tu nie poradzi.
- Hej, nie ma mowy! Nie, siostrzyczko, kocham cię, ale nie mogę cię ze sobą wziąć. Zrozum. Idź za namową Siga i do Babki, ona wiele potrafi zdziałać. I na twoje niby-małżeństwo coś zaradzi.

Elsie nie prosiła więcej. Zrozumiała, że to nic nie da. Dojrzała w jednej chwili i podjęła, że nie ma już brata. Nie chodziło nawet o słowa, które wydawały się przyjazne. Ale ton głosu i ciało Ulrika nie pasowały do słów. Elsie potrafiła czytać takie rzeczy. Ciało zawsze mówi więcej niż słowa. I trudniej było kłamać ciałem - choć Ulrik umiał, ale teraz był wkurzony i zapomniał . “Spieprzaj gówniaro. Nie mam czasu na twoje wymyślone dramaty. Mam cię gdzieś. “ - tak krzyczało jego ciało. A może tylko Elsie się zdawało? W końcu była zdenerwowana i niewyspana… Zanim jednak zdążyła zareagować sylwetka brata zniknęła w mroku.

Elsie odchrząknęła, drapało ją w gardle.
- Chodźmy - powiedziała do Siga. - Zimno.
- Chodźmy. - przytaknął Sig przemilczająć sprawę małżeństwa Elsie. Teraz przynajmniej wiedział przed czym uciekała, ale nie miał zamiaru jeszcze teraz drążyć temat - Babka ma dobre rozgrzewające ziółka… no i zabrałem dla niej opłatę za wieszczenie.
- Dzięki, choć nie potrzebuję wieszczenia - mruknęła, a potem już nie odzywała się przez całą drogę do Babki.

Sig skinął głową, po czym zdjął pelerynkę i wręczył dziewczynie.
- Załóż, będzie cieplej. - powiedział - Skoro nie wieszczenie, to może wschód słońca? Pogoda piękna, będzie ładnie widać.
Elsie tylko pokręciła głową przecząco, zrezygnowana.
- Chodźmy.
 
__________________
Takimi, jakimi wydają się być, rzeczy są rzadko. A kobiety nigdy. Pół wieku poezji
kanna jest offline  
Stary 04-10-2017, 21:30   #22
 
Dhratlach's Avatar
 
Reputacja: 26413 Dhratlach ma wspaniałą reputacjęDhratlach ma wspaniałą reputacjęDhratlach ma wspaniałą reputacjęDhratlach ma wspaniałą reputacjęDhratlach ma wspaniałą reputacjęDhratlach ma wspaniałą reputacjęDhratlach ma wspaniałą reputacjęDhratlach ma wspaniałą reputacjęDhratlach ma wspaniałą reputacjęDhratlach ma wspaniałą reputacjęDhratlach ma wspaniałą reputację
Wróżba dla Sig'a


W czasie, gdy Sig i Elsie skończyli już pomagać Babce w obejściu, a dużo tej roboty im znalazła, dziewczyna postawiła położyć się nieco po nieprzespanej, stresującej nocy. Sig pozostał sam na sam z Babką. Rzadko kto lubił zostawać z nią sam na sam, chłopak był jednym z tych, którzy przy niej tracili rezon najmniej. Nie było żadną tajemnicą, że Babka zdziwaczała było nieco więcej niż nieco, a że wieszczyła ostatnio tylko źle, starano się ją możliwie grzecznie omijać.
- Powiadam ci, syneczku, że niedługo juz będziesz cieszył się dziecięctwem twoim. Oj, niedługo. Wkrótce nadejdą czasy zmiany, wierzaj mi. Sig - chwyciła go za rękę i spojrzała głęboko w oczy chłopaka. - Widzę śmierć, widzę strach, jesteś w zaświatach, tak?! Odpowiedz mi Sig!
- Widzę… - zaczął niepewnie Sig przeczuwając zbliżające się osławione szaleństwo babki - ...widzę ogień… jezioro ognia… i… i… monetki… błyszczące monetki w błocie… ale nic nie rozumiem.
Nawet nie spostrzegł, jak go Babka w łeb zdzieliła.
- Ty durniu, ty! Ze mnie tu żartować ci się zachciewa?! Gadaj mi prędko, co widzisz przed swoimi oczyma, czy tam jest jeździec o trzech głowach, zasiadający na kościstym rumaku bez ciała?!
Sig się zamyślił i wytężył wzrok… a nóż coś zobaczy? Wątpił, nie miał tego wzroku babki, więc na wiele nie liczył, ale i tak wpatrywał się w dym paleniska. Niestety, wcale się temu nie dziwiąc, niczego nie zauważył ponadto, że babka do opału dorzucała jakieś rośliny, przez co palenisko wydzielało dziwny zapach.
- No? I co widzisz?
- Nie widzę nic nadzwyczajnego babuniu.. - powiedział w końcu.
Tym razem Babka wcale się nie pogniewała.
- Daj więc, to ja spojrzę, synku. - Patrzyła przez kilka długich chwil w ogień kominka, milcząc. - Nadchodzi czas, już nadszedł, chłopcze, że będziesz żył zupełnie inaczej niż wcześniej. Wszystko, co znasz rozpadnie się w gruzy, twoje marzenia o bogactwie oddalą się jeszcze bardziej niż teraz, będziesz żył w ciągłym strachu i niepewności jutra. Umrzesz z głodu i zgryzoty w rowie, razem z innymi ofiarami zarazy…
Jakby się ocknęła.
- Naparu chcesz? Dobry mam, kochanieńki.
Sig myślał. Cóż, nie było sekretem, że Babka trochę dramatyzuje w swoich widzeniach i w ogóle… ale nie miał zamiaru umierać. Po prostu, był na to za bystry, a o chorobę się nie martwił, bo jak dotąd żadna go nie tknęła… chyba, że to metaforya jaka… tego nie wiedział.
- Poproszę babuniu. Dawno nie piłem dobrych ziółek, a wiem, że masz najlepsze. - powiedział ciepły komplement starowince. W końcu przyda się napić, choćby tyle.

Następny czas spędził na wysłuchiwaniu Babki z okazyjnym pytaniem czy dwoma. Chciał iść do domu i pomóc ojcu, ale… cóż, Elsie się padło jak mucha po zadymianiu izby na noc. Po prostu wybornie! Miał takie plany… takie wielkie plany handlowe, a tu dupa, bo musiał czekać aż niepokorna blondynka się obudzi. Eh…
 
__________________
Jak się śmieje mucha?

- Mucha-hahahahaha!
Dhratlach jest offline  
Stary 07-10-2017, 14:36   #23
 
merill's Avatar
 
Reputacja: 3595 merill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputację
Praca zbiorowa całej drużyny

Kiedy weszli do chaty, stali tam już o dziwo Sig i Elsie. Nie wymienili z nimi jednak słowa, ludzie po różne rzeczy do Babki chadzali, może i oni jakiś mieli do niej interes? Prawda była jednak taka, że oboje na prośbę Babki zostali u niej, by wspomóc starowinkę w zbyt ciężkich już dla niej pracach domowych.
- Dobry dzionek, babulinko! - przywitała się uśmiechnięta Taffy, która z Babką miała dobre kontakty. Tym razem nie miała dla niej jednak słoja z pijawkami. - Ja się chętnie napiję.
- Ja chętniakiem też - zawtórował Heindel.
- Nie przyszliśmy tu dzisiaj po napary - zauważył przytomnie Will - - Babko, przysłał nas sołtys… z prośbą o radę. - zawsze czuł szacunek do starowińki mieszkającej w lesie. Wiedział, że chętnie pomaga, ale też chętnie potrafiła skląć człowieka jak nie przymierzając burą sukę.
Babka zupełnie nie zwróciła uwagi na słowa Willa. Podeszła do Taffy i wzięła ja na ręce:
- Dobry dzionek, skowronku. Aleś ty wyrosła, wyładniała. - mówiła tak zawsze, a widywały się wcale nierzadko. - Krasne masz liczka, kochana, pewnie łobuzy się za tobą oglądają co krok, co?
Staruszka usadziła Taffy na kocu przy prymitywnie ociosanym pieńku, który służył jej za stół.
- Siadajcie, dzieci, siadajcie. Zaraz wam naparu dam, każdemu, ze spokojem
Odwrócił się ku swojemu małemu kredensowi - notabene jedynemu meblowi w chałupie - i zaczęła go intensywnie przeszukiwać. Do nozdrzy dzieciaków dotarł amalgamat zapachów różnych ziół, czosnku i spalonego tłuszczu. Szafka była zagracona całkowicie tym, co Babce zdawało się być niezbędne do życia, a że potrzeby miała najwyraźniej znaczne, to i niemało tego było. Wyjęła trzy kubki, chyba tak stare jak ona, a z kociołka stojącego obok nalała do nich naparu.
- Więcej kubków nie mam, dzieci drogie, ale jak trzeba będzie to pijcie, na zdrowie.
Popatrzyła na nich z uśmiechem i niekłamaną satysfakcją, nie zauważając chyba jak Heike skrzywił się, czując zapach cudownego naparu.
- Will! - prawie krzyknęła - Chłopcze drogi, czemu ty nic nie gadasz?! Przecie przed tobą najważniejszy moment w życiu, wesele, ach, pamiętam jeszcze swoje wesele… będziecie ślicznie wyglądać z Elsie, jużem przyszykowała wam wieńce na głowy.
- Wychodzicie za siebie? - Heike uniósł wysoko brwi - Nigdy nie wspomnieliście. Podejrzewałem, że z nas wszystkich to Will pierwszy się hajtnie, ale Elsie to bym nie podejrzewał… - ściszył głos, podsuwając jeden kubek w stronę Taffy - że chłopaki jej w głowie…
Schmidt aż zakrztusił się naparem, kiedy Babka wspomniała o ślubie: - Ślub… My?! - wydukał, wyglądał jakby oberwał w głowę największym obuchem swojego majstra.
- Ślub, chłopcze, tak. Ha, po twoim krzywym grymasie widzem, żeś jeszcze nie słyszał. Tak my ustaliły z Aybarową i tą… no… no, matką Elsie. Za tydzień, prędziuchno, wesele będzie, już się możecie przysposabiać, wielkie będzie święto dla wsi
Heindel tylko spoglądnął na Elsie, jak to jednak on, nie rzekł nic. Nieraz zastanawiał się jakby to było być z dziewczyną. Nigdy jednak nie zrobił choć małego kroczku, by coś w tym kierunku zadziałać. Elsie była mu tak samo obca, jak każda inna persona. I choć w jego marzeniach nieraz występowała, to poza nie nie wyszła.
Kiedy Babka wspomniała o ślubie Elsie poczerwieniała na twarzy. Potem myślała, że umrze ze wstydu i upokorzenia, kiedy zobaczyła reakcję Willa. No, ale szybko przekonała się, że nie umiera się tak łatwo. Poza tym - ostatnie wydarzenia zmieniły ją bardzo. Grzeczna, podporządkowana Elsie gdzieś zniknęła. Dziewczyna postanowiła wziąć swoje życie we własne ręce. Wstyd zmienił się w złość.
- Wybaczcie Babko, że przerywam, ale macie stare wiadomości. Ślubu nie będzie, więc nie traćmy czasu na gadanie po próżnicy.
Will poczerwieniał aż po czubki uszu. Trochę ze wstydu, trochę ze złości ”One ustaliły, a ja dowiaduję się ostatni”. Pomimo, że był świadomy obyczajów, to nie myślał, że tak szybko go dopadną. Wszystko zaczęło mu układać się w jedną całość. Wczorajsze wieści i prośba Pana Aybary, a dzisiaj dowiadywał się o ślubie…
Postanowił przypomnieć po co tutaj przyszli, starał się z całych sił by głos mu nie drżał: - Babko, przybyliśmy tu w innym celu. Przysłał nas Olaf, z polecenia sołtysa. Wczoraj znaleźliśmy na bagnach trupa. Żołnierza, może jakiegoś posłańca… flisacy mówią pokątnie o strasznych wieściach i nadchodzącej wojnie. - w miarę mówienia, stawał się pewniejszy. - Tedy przyjmij ten skromny dar - wyciągnął ku niej mieszek z szylingami jakie dał mu Olaf - Wspomóż nas swoją radą… - miał nadzieję, że ten wątek ostatecznie zamknie niewygodny dla niego temat. Spoglądał kątem oka na Elsie, zastanawiając się od kiedy wiedziała. Dla niego to wszystko było kompletnym zaskoczeniem, zważywszy na wczorajsze spotkanie z Leną. Bardzo mu się podobała, nie to, że córka łowcy była brzydka czy coś. Znali się przecież od najmłodszych lat… jednak nie była w jego typie. Wiedział też, że jak kobiety sobie coś postanowią… to pole manewru zostawało bardzo małe.
Sig nic nie mówił. Stał sobie oparty o ścianę i leniwym spojrzeniem rozglądał się po pomieszczeniu zachodząc w głowę jak to wszystko się ułożyło. Przynajmniej miał przy sobie te skórzaki które chciał dać Babce w formie handlu wymienego… ale wyglądało na to, że nie było to potrzebne. Tak czy inaczej będzie musiał rozmówić się z ojcem jak już wróci.
Taffy zaś siedziała grzecznie u stóp Babki, popijając herbatkę. W myślach wybierała już zioła na wianek ślubny Elsie - może by tak bagno zwyczajne? Ładnie pachniało i miało śliczne ciciki.

Babka poczerwieniała słysząc słowa, Elsie, ale zanim zdążyła dosadnie określić, co sądzi na temat gówniarskiego buntu wobec decyzji starszych i mądrzejszych, odezwał się Will. Popatrzyła na niego przenikliwie.
- Hm, hm - zasępiła się - niedobra to rzecz, trupa znaleźć. Zły omen. Następny w onym czasie. Czarne chmura się zbierają nad naszymi głowami, dzieci, moje święte gęsi dziobią krzywo ziarno, a gąsior gąsiorowi sposobem gęsi kuper nadstawia. Coś wisi w powietrzu, wielkie nieszczęście. Łuuuu! - Chyba chciała ich przestraszyć tak jak niegdyś, gdy byli młodsi.
- Tfu! Skuś babo na dziada! Spluńcie dzeci za lewe ramię, powiadam wam! Tfu, tfu!
Wtem dorwała się do pieniędzy, zaczęła się bacznie oglądać, podgryzać, uderzać o stół.
- Nieoberżnięte. A przynajmniej niedużo. Cenią sobie Babkę w Zweufalten, a babcia kocha swoje wnuczęta. Babcia pomoże dzieciom. Ale babula już słaba, dzieci babuli pomogą? Weźcie, co znajdziecie w mojej szafce: weźcie świece z tłuszczu wieprzowego, zielsko wszelkie, a jeden niech się przejdzie i świętą gęś ukatrupi. Będziem duchów o radę pytać.
Wiedząc, że ukatrupiać gęsi mu się nie chce, Sig zdecydował się znaleźć te świece o których mówiła babka i położyć je na stole. Oczywiście, na nakaz splunięcia splunął. Kto wie jakie czorty mogły się kręcić w pobliżu, a jak takiemu napluje w oko to chociaż tyle satysfakcji.
Widząc, że wszyscy już się za coś zabrali, niziołka także splunęła, chociaż bawiły ją takie praktyki i zaczęła przetrząsać kredensy w poszukiwaniu potrzebnych do zabawy we wróżby ziół i ingrediencji. Magia to były bajki, jednak do pewnych tragicznych zdarzeń, skaveny też były bajkami. Więc Troć pluła i słuchała się babki. A nuż coś to da.

NA ZEWNĄTRZ

Will zauważył, że nikogo nie ciągnęło, żeby zająć się gęsią. Wiadomo, ptakowi łeb urżnąć, to nic przyjemnego, o złapaniu nie mówiąc. Jednak młody kowal od najmłodszych lat zajmował się inwentarzem, do dziś hodował w zagrodzie przy kuźni króliki i pomniejszy drób. Ruszył w kierunku wyjścia, by z babkowej zagrody gąsiora ukatrupić. Spojrzał wymownie na Elsie, dając jej znak głową, by poszła z nim. Chciał się dowiedzieć o co w tym wszystkim chodziło. Od jak dawna ona o tym wie… Miał nadzieję, że dziewczyna wyczyta w jego oczach niemą prośbę o rozmowę.
Niespodziewanie coś klepnęło Willa po plecach. Był to Heike, który uświadomiwszy sobie, że gąski są na dworzu i będzie to doskonały pretekst do opuszczenia cuchnącej - jego zdaniem - babcinej chaty, zerwał się na równe nogi.
- Chodź, długo nie zejdzie, jeden z nas przytrzyma, drugi urżnie głowę i po kłopocie.
Jak na urodzonego nieroba, na coś się czasami Heinrich przydawał i zazwyczaj gdy urywał się z pracy, pomagał matce przy obowiązkach. Niejeden drób trafił na stół, przeciągnięty wcześniej pod jego ręką.
Elsie złapała spojrzenie Willa.
Przez chwile rozważała, czy da radę rozmawiac z chłopakiem, ale przypomniała sobie, jak się przeciwstawiła Babce i nawet złego słowa nie usłyszała. Heh, z Babką sobie poradziła, to i z niedoszłym mężem da radę.
- Ziół narwę - rzuciła, wychodząc z chaty.

Will skrzywił się słysząc słowa Heike, ale ruszył w kierunku wyjścia. Na zewnątrz skręcił na tyły chatki Babki, czekając na Heike i Elsie. Kiedy już byli we trójkę, wiedział, że czeka go ciężka rozmowa z dziewczyną. - Heike - zwrócił się do chłopaka wcale na niego nie patrząc - złapaj jakąś gęś. Ja za chwilę przyjdę, chcę pogadać z Elsie - ton głosu chłopaka nie nastrajał do dyskusji. Nie, żeby Heike miał jakiś sprzeciw, skinął tylko i poszedł do zagrody, bardziej posiedzieć z gęsiami, niżeli je ganiać.
Kiedy Heike odszedł na bezpieczną odległość, Elsie nabrała powietrza w płuca.
- Mama mówi że jesteś najlepszym kandydatem i ja się z nią zgadzam bo nawet umiesz czytać i masz fach w ręku ale ani za ciebie ani za nikogo iść nie zamierzam - wyrzuciła na jednym oddechu, starannie unikając wzroku Willa, jakby się bała, że jej konceptu lub odwagi zabraknie. - Na razie za nikogo potem może tak ale dziś nie. I więcej nie chcę o tym rozmawiać - dorzuciła.
Elsie wyrzucała z siebie słowa z szybkością, która zadziwiła Willa. Kiedy skończyła, ledwie zdołał przyswoić sobie treść jej słów: - Od jak dawna wiedziałaś? - w jego głosie wybrzmiewala nutka wyrzutu. - Ja się dowiedziałem dzisiaj, teraz od Babki… Chyba jako ostatni…

Chwilę mocowała się sama z sobą .
- Wczoraj mama powiedziała, jak od porodu szłyśmy. Wieczorem. - wydukała, nadal starannie unikając jego spojrzenia. Fakt, że chłopak dowiedział się jeszcze później w jakiś sposób był dla niej pocieszający. Zebrała się na odwagę i w końcu udało się jej spojrzeć mu w twarz.
- Ja nie … - zaczęła. - Ja wiem przecież o Lence.. Znaczy wiem, że ty, bo ona… staram ci się powiedzieć, że nie prosiłam o to rodziców. Ani nikogo - dodała dla jasności.
Zaskoczyła go: - O Lenie? Co wiesz?Co ona? - zapytał zbity z tropu.
- No… - zaczęła Elsie, szukając dobrych słów. Tłumaczenie takich rzeczy dziewczynom było banalnie proste, ale chłopaki - nawet najmądrzejsi - byli w tych kwestiach wyjątkowo tępi. -Więc ty lubisz Lenkę bardzo, to oczywiste i każdy to widzi. Lenka też wie, uważa, że to urocze o czasem z tego korzysta. Z tego, że ją bardzo lubisz. No, ale ona ciebie lubi tak samo jak innych chłopaków, poza głupkami, oczywiście. Głupków nikt nie lubi, no chyba że jakieś tępe albo strasznie brzydkie, ale… - zorientowała się, że odeszła nieco od sedna. - Chodzi o to, że Lenka ma chłopaka. To flisak, regularnie tu przypływa. Nie żeby kuźnia była gorsza niż łódź - dodała szybko. - Tym bardziej, że Lence wcale nie chodzi o łódź. Rozumiesz?

Nie odpowiedział od razu. Elsie powiedziała mu to, czego sam się domyślał, ale bał się przyjąć to do wiadomości.: - Rozumiem, co mam nie rozumieć - wiadomość córki łowcy, go na chwilę podłamała. Po cichu cały czas liczył, że kiedyś uśmiechnie się do niego szczęście i uda mu się zwrócić uwagę Leny. - [i] To teraz najmniej ważne… będzie ciężko nam się z tego wmówić… Sama chyba zdajesz sobie sprawę z obyczajów i uporu twojej matki i mojej opiekunki. [i] - nie chciał otwarcie przeciwstawić się woli Państwa Aybarow, zawdzięczał im wszystko co do tej pory nauczył się i posiadał. Problem wydawał się dla niego nierozwiązywalny. - Zobaczymy co los przyniesie - wzruszył ramionami zrezygnowany. - Wracamy? Bo nas Babka kłonica prześwięci i nico będzie z przepowiedni, jedynie pręgi na plecach - zasugerował dziewczynie powrót. Musiał zabić Gąsiora jeszcze.

-Nikomu nie pozwolę się bić - rzuciła buńczucznie Elsie . - Nawet ojciec na mnie ręki nigdy nie podniósł, acha! - nie dodała, że nigdy nie dała mu ku temu powodu. - A za ciebie Will nie pójdę, nie obrażaj się. Nie pójdę i już! A jak będą mnie chcieli zmusić, to ucieknę, już prawie dziś rano uciekam, ale Urlik okazał się dupkiem - nawijała, idąc z nim w stronę zagrody dla drobiu - I serio nie wiem, jak gotowanie rosołu może pomóc w wieszczeniu. Dobrze, narwę tej zieleniny.

Uczeń kowala skinął tylko głową, na znak, że rozumie. Ruszył w kierunku zagrody, gdzie Heike już miał złapanego gąsiora. Chwila szarpaniny ze zwierzakiem i okrwawiony łeb spadł na ziemię. Teraz z martwym ptakiem, musieli wrócić do Babki. Co jak co ale Will nie zamierzał skubać pierzaka.
Elsie zebrała kilka sztuk warzyw i zaniosła do Babki. Spotkali się całą trójką przy wejściu do chaty i wspólnie przekroczyli próg babkowej chaty.
 
__________________
Czekamy ciebie, ty odwieczny wrogu, morderco krwawy tłumu naszych braci, Czekamy ciebie, nie żeby zapłacić, lecz chlebem witać na rodzinnym progu. Żebyś ty wiedział nienawistny zbawco, jakiej ci śmierci życzymy w podzięce i jak bezsilnie zaciskamy ręce pomocy prosząc, podstępny oprawco. GG:11844451
merill jest offline  
Stary 09-10-2017, 18:29   #24
 
MrKroffin's Avatar
 
Reputacja: 6854 MrKroffin ma wspaniałą reputacjęMrKroffin ma wspaniałą reputacjęMrKroffin ma wspaniałą reputacjęMrKroffin ma wspaniałą reputacjęMrKroffin ma wspaniałą reputacjęMrKroffin ma wspaniałą reputacjęMrKroffin ma wspaniałą reputacjęMrKroffin ma wspaniałą reputacjęMrKroffin ma wspaniałą reputacjęMrKroffin ma wspaniałą reputacjęMrKroffin ma wspaniałą reputację
Kiedy wszystkie przedmioty niezbędne do rytuału zostały zebrane, dzieciaki z Zweufalten z nutką ekscytacji czekały na ruch Babki. Żadne z nich nigdy wcześniej nie widziało jak Babka wieszczy, a w wyobraźni niektórych winno to wyglądać bez wątpienia interesująco. Ku ich zdziwieniu staruszka rzekła:

- Weźże te świece ze stołu, Sig. Tu nie będziem dzisiaj pytać, pytać trza nam daleko, w miejscu poświęconym – przytroczyła do pasa mieszki z ziołami i innymi ingrediencjami. – Chodźcie za mną, dzieci. Ino cicho i gęby na kłódkę, w domu nie rozpowiadać, gdzie Babka czary czyni.

Poszli zatem za nią, w las. Starucha szła szybko, tak szybko, że Taffy musiała biec, by dotrzymać jej kroku. Guślarka sprawiała wrażenie zdenerwowanej, czego nigdy wcześniej żadne z tutaj obecnych nie doświadczyło. Nikt też nie rozumiał niepotrzebnego pośpiechu. Szli na północ, po bezdrożach, przedzierając się przez krzaki, paprocie, skrzypy, czasem czyjąś nogę zaczęło wchłaniać bagno. Babka jednak nie zwalniała, nie patrząc nawet, gdy wciąż są za jej plecami. Ze świętego gąsiora leniwie płynęła strużka krwi.

***


Nikt z nich nie znał tego miejsca. Nic w tym może dziwnego, bo byli dość daleko od osady, ale mimo to obecność takiej osobliwości z pewnością wzbudziłaby zainteresowanie w Zweufalten. Babka stanęła pośrodku dwurzędowo, koncentrycznie poustawianych rzędów menhirów różnej wielkości, prymitywnie ociosanych. Kręgi musiały być stare, kamienie były powymywane przez deszcze, przytępione przez hulające na bagnach wiatry i porośnięte mchem. Dopiero po chwili zauważyli, że na środku leżał płaski kamień poplamiony zaschłą krwią, na nim zaś stały ogarki ze zwierzęcego tłuszczu, chaotycznie porozrzucane orzechy, zioła, kwiaty, pozlepiane stopionym tłuszczem i rozlanym miodem. Obok tego kamiennego stołu leżało kilka krótkich, starych kości, w tym jedna czaszka stworzenia, które za życia było chyba psem.

- Podejdźcie, dzieci. Ino cicho. – wyszeptała Babka.

Nie czując się zbyt pewnie, młodzi postąpili w jej kierunku.

- Stać! – nakazała nieco głośniej. – Nie przekraczajcie wewnętrznego kręgu. Nie wolno wam. Podajcie mi dary.

Usłuchali. Babka wzięła zabitego gąsiora, świeczki i wszystko, co przynieśli ze sobą. Odwróciła się do ołtarza, zrzuciła ogarki, ustawiła świece i rozpaliła je. Ze swoich woreczków rozsypała wszystko, co tylko możliwe – mąkę, olej, kaszę. Wtedy chwyciła truchło gąsiora i zza pasa wyjęła krótki nożyk. Nacięła ciało, na ołtarz spłynęła krew.

Staruszka zawyła jak potępieniec i zaczęła obrzęd.

Cytat:
"Duszeczki, przodków naszych cienie!
W jakiejkolwiek świata stronie:
Czyli która w smole płonie,
Czyli marznie na dnie rzeczki,
Czyli dla dotkliwszej kary
W surowym wszczepiona drewnie,
Gdy ją w piecu gryzą żary,
I piszczy, i płacze rzewnie;
Każda spieszcie do gromady!
Zstępujcie w święty przybytek;
Jest jałmużna, są pacierze,
I jedzenie, i napitek."

Powietrze jakby stężało. W głowach żyły zaczęły pulsować. Wszyscy milczeli. Niektórym wydawało się, że słyszą szepty płynące spośród krzaków.

Cytat:
"Mówcie, komu czego braknie,
Kto z was pragnie, kto z was łaknie!"
Teraz już wszyscy to słyszeli. Z drzew, nie, nie spośród drzew… z kamieni dochodziły ich dziesiątki niezrozumiałych szeptów, zbyt cichych i zbyt szybkich, by wychwycić pojedyncze słowa.

- Mówcie, mówcie! – krzyczała Babka – My są wasze dzieci, krew wasza i kość wasza, my wam ulgę w dani niesiemy!

Spośród szeptów wyłonił się wyraźnie jeden – głośniejszy i niższy niż reszta. Nie znali słów, które wymawiał, ale Babka najwyraźniej znała, bo odpowiadała tym samym językiem.

- Powiedz nam… powiedz… – Jej głos słabł, nagle zatoczyła się i upadła na stół, strącając gęsie truchło.

Ktoś wyrwał się, by jej pomóc, ktoś inny go powstrzymał. Niemądrze było wtrącać się między Babkę i duchy, to nie ulegało niczyjej wątpliwości. Tym bardziej, że po chwili Babka wstała i odwróciła się do nich.

***

Zweufalten
Kilka chwil wcześniej


- Sołtysie. – Do chaty Vogta wszedł znowu Olaf – Sołtysie, mamy gości…

Vogt od razu wyczuł kłopoty. Tkwiły i w głosie Olafa i w fakcie, że gości w Zweufalten mieli wyjątkowo rzadko.

- Kto, Olaf?

Nie musiał czekać na odpowiedź. Przyszła sama.

- Dietrich von Klingenhopf, hauptmanns Zakonu Srebrnego Młota

Łowca czarownic odepchnął na bok Olaf, tak jak odpycha się zawadzający mebel.

- Wyście tu sołtysem?

Vogt nie odpowiedział od razu. Zawsze najpierw przyglądał się przybyszom i oceniał, na ile można im zaufać. Tutaj obserwacja była prosta: łowca czarownic o szarych, przenikliwych oczach, orlim nosie i twarzy obficie poznaczonej bliznami nie budził ani krzty zaufania. Sołtys musiał być więc ostrożny.

- Jam jest. Vogt mnie wołają.
- Łajno mnie twoje miano ciekawi. Heinz, wyprowadź niepotrzebnego. – Drugi łowca, ukryty za drzwiami, siłą wytargał z chałupy Olafa. – No, teraz możemy sobie pogadać, sołtysie.
- Gdzie wasza jednostka jest, herr Klingenhopf?
- Hm?
- Pytam, gdzie stacjonujecie i pod czyją komenderą. Który to komendant takie metody praktykuje, że się lenników książęcych popycha jak lalki ze szmatek jeszcze zanim się rzeknie, o co tu chodzi.
- Łajno cię obchodzi moja komendera, chamie. Nie wymądrzaj się i nie rób min, bo na pieńku macie z panem grafem, który litościwie pieczę na tymi terenami sprawuje.
- Myślał żem, że tu ziemia książęca, pana Eberharda.
- Źle żeś myślał tedy. No, skorom ci uświadomił twój błąd, wyłożę, po cośmy tu przyszli z pułkiem szesnastym. Kilka dni nazad winien tędy przejeżdżać poseł grafa. Planował, jak twierdził, zatrzymać się w Zweufalten, by wymienić konia i odpocząć. Był tu?
Sotłys pokręcił głowa.
- Nikogo tu nie było, panie.
- Co tak szybko odpowiadasz, hę?
- Bo wiem. Wiem, kto do naszej wsi zachodzi i wiem, żeśmy z dawien dawna już gości nie mieli.
- Gdzie w takim razie poseł się zapodział? W pobliżu żadnych innych wioch nie ma, gdzie by zatrzymać się mógł, a koń też stworzenie boże i odpocząć musi.
Vogt wzruszył ramionami.
- Prawda. Jeno nie u nas nie odpoczywał, bo byśmy wiedzieli.
Odpowiedź nie satysfakcjonowała kapitana Dietricha.
- Nie wiedzieliście go tu gdzieś? Śladów konia, śladów po obozowaniu?
- Nie. Śladów konia nie lza znaleźć na bagnie, o czym pewnikiem wiecie, herr Klingenhopf.
- Wiemy. Ale wiemy też, że z niczym wrócić do pana grafa nie możemy, bo nas obedrzeć ze skóry każe.
- Szukajcie tedy.
- Poszukamy… nie macie nic przeciwko, byśmy chałupy we wsi przepatrzyli?
Vogtowi drgnął policzek.
- Nie.

***

- Domy płoną, ludzie giną, kobiety są gwałcone, a dzieci stają się sierotami. Pan Wściekłości jest zadowolony, rozkoszuje się widokiem śmierci i nieszczęścia. A wy, dzieci Zweufalten, rzucone w wir losu całkowitym przypadkiem, przez jedną omyłkę uchodzicie w las. Szczęście to czy pech?

Choć to ustami Babki mówił głos, z całą pewnością nie należał do niej. Oczy staruszki były przekrwione, patrzyły gdzieś za nich, stała sztywno jakby wbita na pal.

- Nierozsądnie jest igrać z Panem Krwi. Nierozsądnie uciekać spod jego topora. Drażni to go i podnieca do zemsty. Nie chcecie zaznać zemsty Pana Krwi, dzieci Zweufalten, a jednak będzie to wam pisane. Jako krwawa zapłata za zachowanie życia.

- Jak zaszczute kundle, jak przerażone wilczki… uciekajcie, wilczki z Zweufalten. Nie bierzcie ze sobą trzosu ani torby, nie oglądajcie się za siebie. Nie tęsknijcie, nie płaczcie za minionym. Upajajcie się dziś waszą goryczą i wyjcie do księżyca w dzikim szale euforii. Tego dnia los się do was uśmiechnął, dziś uszliście ręki Krwawego Boga. Dziś.

Babka jęknęła przeciągle i padła, zwymiotowawszy krwią.

***

Baby z dziećmi z jednej, chłopy z drugiej. Nerwowe, pytające spojrzenia jednych i drugich. Vogt zawsze ich unikał, szczególnie teraz, gdy nie wiedział, co miałby odpowiedzieć. Oni czekali jakiejś porady, stwierdzenia, co się zaraz wydarzy, ale on nie potrafił im odpowiedzieć. Modlił się do Ulryka, by raczył odsunąć od nich pożogę, zwłaszcza jeśli przychodzi jak złodziej, niespodzianie.

Łowcy przeszukiwali domy bez pardonu, ludzi wyganiając na zewnątrz, grupując ich na placu. Coraz bardziej źli, coraz bardziej poirytowani brakiem jakichkolwiek dowodów bytności posła grafa. Umysł Vogta toczyły zażarcie te same myśli: czy na pewno ciało zostało dobrze ukryte, czy nic we wiosce nie mogło ich powiązać z osobą bestialsko zabitego gońca. I choć nic sobie nie przypominał, z tyłu głowy tliło się złośliwe podejrzenie, że było całkowicie inaczej.

~ Pójdą. Nic nie znajdą, to pójdą. Najwyżej zabiorą trochę zapasów i dadzą pokój. ~ uspokajał się.

Dietrich von Klingenhopf, dowódca pułku szesnastego wyszedł z kolejnego domu. Tym razem jednak jego twarz znaczył brzydki, niepokojący uśmiech. Wyszedł z domu Holzmannów.

- Oto jest! – krzyknął i uniósł do góry to, co chował dotychczas za plecami. – Pas i buty jeździeckie! Mamy to, konfratrzy, mamy dowody, że poseł tu był, ale jeśli opuścił to miejsce, to bez swojego pasa i bez swoich butów!

Zweufalten zamilkło. Wszystkie oczy spojrzały na sołtysa.

- Kłamaliście, Vogt. Kłamaliście przedstawiciela pana grafa. – powiedział z satysfakcją, zbliżając się. – Wielką mi czynicie przykrość.
- Kiedy ja… – poczuł pot na skroni – kiedy to nasze jest. Wioskowe. Znalezione dawno temu na bagnach, bez związku z posłem…
- Wiem, Vogt, wiem. Oczywiście, że na bagnach i bez związku z posłem. Ufam ci, bo czemuż miałbym nie ufać? Z tym, że widzisz, sołtysie, ja ci wierzyć mogę, a rozkaz pański pozostaje rozkazem. Rzekł graf zaś, by chłopów przykładnie ukarać, jeżeliby się okazało, że gościny posłu nie dali ani co gorsza, coś ich z jego zniknięciem powiązało… a was wiąże, Vogt. Ten pas i te buty.
Sołtys milczał, gorączkowo próbując coś powiedzieć.
- Kiedy przyrzekam… na bogów, przecie każdy zbrojny taki pas i takie buty ze sobą ma!
- Cicho, Vogt. Jużem, podjął decyzję. Przykro mi, że się tak to niefortunnie złożyło.

Zatopił podręczny sztylet w trzewiach sołtysa. Vogt jęknął i osunął się na ziemię.

- Baby i dzieci zabić szybko, chaty spalić, a chłopom… podziękować.

Nie czas żałować róż, gdy płoną lasy

 
MrKroffin jest offline  
Stary 14-10-2017, 01:43   #25
 
Avdima's Avatar
 
Reputacja: 11236 Avdima ma wspaniałą reputacjęAvdima ma wspaniałą reputacjęAvdima ma wspaniałą reputacjęAvdima ma wspaniałą reputacjęAvdima ma wspaniałą reputacjęAvdima ma wspaniałą reputacjęAvdima ma wspaniałą reputacjęAvdima ma wspaniałą reputacjęAvdima ma wspaniałą reputacjęAvdima ma wspaniałą reputacjęAvdima ma wspaniałą reputację
Dialog grupowy

Pierwszy do Babki pobiegł Will. Kobieta padła na ziemię, wymiotujac krwią. Był przestraszony jak wszyscy diabli, ale spróbował podnieś kobietę z ziemi, by wynieść ją poza krąg menhirow. Równocześnie zawołał do Elsie: - Sprawdź co z nią!

Elsie posłusznie przyklękła przy staruszce.
Pomóż mi, trzeba ją położyć na boku, inaczej zadusi się wymiocinami.
Po ułożeniu kobiety włożyła jej palec do ust, układając język. Wygarnęła resztki z buzi. Dopiero potem zaczęła szukać śladów oddechu.

Heike nie był tak odważny, by wbiec do kręgu. To co się przed chwilą wydarzyło, kolidowało z jego światopoglądem, większość życia był sceptycznie nastawiony do czarów babki czy wyższych sił, które rzekomo miały czuwać nad nimi wszystkimi, kiedy tak naprawdę brodzili w bagnie. Teraz… objawił im się wieszcz żądnego krwi boga? Czy dobrze to zrozumiał?
Objął mocno Taffy i przycisnął do siebie.
Taffy, nieco niechętnie, dała się zmiażdżyć w uścisku Heikego. Była zszokowana. Wszystko nakazywało jej biec do taty, żeby zobaczyć, co się z nim dzieje.

W umyśle Siga to wszystko było co najmniej dziwne. To nie był głos Babki… więc czy to przodkowie do nich przemawiali i skąd te Szepty? Tylko kim był ten Krwawy Pan? Normalnie poszedłby do ojca po radę, ale teraz miał wątpliwości… to było na tyle nienormalne, że stał zdumiony oparty o jeden z menhirów zewnętrznego kręgu starając się poukładać wszystko w głowie.

Przerażony Heindel, jak to zwykło bywać, stał na uboczu. Spoglądał na Babkę i próby jej cucenia. Cały rytuał z jednej strony go przeraził, z drugiej zaś ukazał coś czego nie widział, czego nie rozumiał. Pierwszy raz za to ujrzał, że inni też mogą słyszeć głosy, których słyszeć nie powinni. Czyli takie dziwota rzeczywiście istnieją. Czyli to co go w przeszłości spotkało, a co próbował z pamięci nieraz wymazać, mogło być rzeczywistością. Mogło nawet być przepowiednią. Mogło też zatem tłumaczyć jego czyny. Szereg myśli przebiegło przez jego umysł w jednym momencie. Przerażenie zaczęło ustępować. Teraz patrzył na Babkę zamglonymi oczyma, zupełnie obojętnie, wewnętrznie dywagując na tym cóż się stało i cóż uczynić powinien teraz. Szala przeważyła się na usłuchanie głosów. Kolejny raz.

Elsie sprawdziła oddech, potem puls. Ale niczego nie wyczuła. Babka nie udusiła się ani nie była ranna. Zabił ją najpewniej krwotok wewnętrzny, ale tak dokładnej wiedzy dziewczyna nie posiadała. Oczy staruszki były zaczerwienione, poprzecinane pajęczyną żyłek. Twarz pobladła, knykcie zaciśnięte. Nic nie wskazywało, by agonia trwała długo, ba - śmierć wyglądała na natychmiastową. Jedno w tym wszystkim było pewne - Zweufalten straciło swoją najstarszą mieszkankę i jedyną guślarkę.

Taffy przycisnęła piąstki do ust, gdy tylko dowiedziała się, że Babka nie żyje. I jeszcze ta przepowiednia… Jeżeli to coś zabiło babulinkę, to zapewne było złe i kłamało. Trzeba wracać do wioski i powiedzieć co się stało. Tata będzie wiedział co robić.
- Heike… Bojam. Musimy pędzić do wioski, dać wszystkim znać o strasznych wizjach babusi.

- Tak… Tak! - Heike ocknął się i powtórzył drugi raz do reszty - Musimy wracać! Jeżeli duch prawił rację, trzeba jak najszybciej powiedzieć to starszym! Sołtysowi!
Chłopak mówił tak pobudzenie, że prawie krzyczał.

Elsie podniosła się na nogi. Nagle wszystko to, co zdarzyło się ostatnio wydało sie jej dziecinne i niewazne. A jej własne zachowanie głupie.
- Trze… - głos jej drżał. - Trzeba powiadomić starszych. Ale jej … - wskazała na ciało staruszki -nie mozna tak zostawic. To się nie godzi. Może chociaż aż do chaty ja zabierzemy, albo ktoś z nią zostanie, póki starsi nie przyjdą?

- Ja ją poniose do jej chaty - odpowiedział głuchym, jakby nieobecny głosem. Był przerażony tym co zobaczył, co usłyszał z ust Babki. Musiał jednak wziąć się w garść. Był tu jednym z najstarszych, musiał być oparciem dla młodszych. - Heindel, pomożesz mi?Zostawimy ją w chacie i wrócimy do wioski. Starszyzna musi wiedzieć o przepowiedni. - schylil się by ją podnieść. Heindel jednak ani nie drgnął wciąż wpatrując się w truchło Babki.

- Jesteście pewni…? - wyszeptał Sig po czym odchrząknął - Jesteście pewni? - zapytał już pewniej i głośniej. Wierzył w dwóch bogów. Handrich’a i Randala’a, ale też i w przodków.
- Co jeśli to przodkowie do nas przemawiali? Słyszeliście głosy? Jak damy nogę będzie nam dane przeżyć… Babka oddała życie wieszcząc nam tą wróżbę. Zanieśmy babkę do chaty, weźmy co się da i w nogi…

- Nie rozumiesz - Elsie potrząsnęła głową. - Przepowiednie są jak zagadki,łamigłówki trzeba je dobrze zrozumieć. Przepowiednia jest jak.. - poszukała słowa. - Jak sen. Jak odbicie w wodzie. Nie jest tym, czym się wydaje.

- A skąd masz tą wiedzę? - zapytał syn handlarza który wolał dać nogę, bo z wyższymi siłami się nie zadziera, a co jak co, ale przodkowie powinni być po ich stronie - Co jeśli duchy odebrały zapłatę od Babki w formie życia i dały nam klarowny obraz? Dziś uszliszmy z życiem i mamy uciekać, jak inaczej to zinterpretujesz? Idziemy stąd, daleko. Jeśli Szepty się myliły, w co wątpię, to dowiemy się o tym za jakiś czas od flisaków. Zresztą co ci tak śpieszno do powrotu? Jeszcze niedawno chciałaś dać dyla.

Nic nie rozumiał - nie zdziwiło jej to nawet, chłopcy często nie łapali oczywistości, trzeba im było tłumaczyć, jak dzieciom.
- Tamto było dziecinne - powiedziała. - To jest na prawdę. A wiem o przepowiedni od matki. I innych kobiet. Dziecko nie rodzi się od razu. To trwa, czeka się, rozmawia… wiem dużo o przepowiedniach. Przodkowie są kapryśni, chcą uwagi, nie mówią wprost. Trzeba wracać do wioski, ostrzec innych.

- Ona ma rację - Will poparł stanowczo córkę łowcy. - Łajno wiem o przepowiedniach, Ty też Hollzman - zdeterminowany wzrok wbił w postać Siga. - Wiem jedno, że gadanina Babki nie wyglądała na przelewki, mus nam ostrzec resztę mieszkańców. Ja idę - rozejrzał się po reszcie, teraz był już trochę spokojniejszy, przestał dygotac w środku. - Kto idzie ze mną, zna drogę, reszcie - wolna wola.

- Głupiście! - warknął głośno Sig. Może miał pietra, bo nic co tu się wydarzyło nie było normalne, ale nie miał zamiaru umierać na chorobę jaką jest “głupota i ignorancja”!
- Chcecie to idźcie! Ja idę w dół rzeki do Wilheimsdorf. To jakieś cztery dni stąd, ale dojdę! Tam poczekam sobie na wieści od flisaków i jak Babka miała zwidy to wrócę! - po tych słowach ruszył pospiesznie w kierunku domku Babki nie czekając na nikogo. Ot, by zabrać monety, których starowinka nie zabrała do kręgu, i jakąś żywność na drogę. Może koc się i znajdzie i jakieś krzesiwo… zobaczy się!
Prawda jednak była taka, że młody syn handlarza miał strasznego stracha którego ukrywał pod maską stanowczości i buntu. Wiedział, że samemu będzie trudno, ale dość dziwów się naoglądał i jeśli… jeśli rzeczywiście te Szepty i dziwny Głos miały rację… to może ujdzie z życiem, a jak nie? To wróci z flisakami z podkulonym ogonem jak ten głupiec…

- Tchorzem podszytyś - rzucił za nim Will z wyczuwalna pogarda. Nie mógł zrozumieć motywów Hollzmana. Tam, w wiosce, była przecież jego rodzina, a on uciekał z podkulonym ogonem. Schmidt stracił każdego, kto byl mu bliski, a jednak wiedział, że ostrzeżenie Państwa Aybarow i reszty było jego obowiązkiem. - Jeszcze ktoś idzie z nim? - rzucił do pozostałych.

- Przodkowie nie zabiliby babuśki - odezwała się po raz pierwszy głośno Taffy, dość silnym jak na nią głosem. - Wracajmy, źle się dzieje, trzeba wszystkich przygotować.

Heike przytaknął na słowa Troci. Od dawna chciał opuścić Zweufalten, ale gdy doszło co do czego, strach podszedł mu pod samo gardło i nie potrafił postąpić inaczej, jak wrócić. Ostrzec tych wszystkich, którymi tak bardzo - zdawało mu się - wzgardzał.
- Zostawmy go. Znajdzie się, jak zgubiony pens, który cały ten czas leżał w bucie. Musimy się spieszyć.
Zniżył się, by móc cicho powiedzieć do niziołki.
- Da… - głupio było mu zapytać, ale się przemógł - Dasz radę sama?

- Dam. Przecież łowię pijawki - odpowiedziała, jakby stwierdzenie to miało jakiś sens.

- Głupieście dzieciaki, jak babkowych słów słuchać nie chcecie. - Rzucił nagle Heindel, jakby właśnie został wyrwany z letargu. Nie dodał nic więcej i nie zwracając zupełnie uwagi na reakcję pozostałych obrócił się w kierunku, w którym oddalał się Sig i podążył za nim.

 
Avdima jest offline  
Stary 18-10-2017, 16:16   #26
 
Dhratlach's Avatar
 
Reputacja: 26413 Dhratlach ma wspaniałą reputacjęDhratlach ma wspaniałą reputacjęDhratlach ma wspaniałą reputacjęDhratlach ma wspaniałą reputacjęDhratlach ma wspaniałą reputacjęDhratlach ma wspaniałą reputacjęDhratlach ma wspaniałą reputacjęDhratlach ma wspaniałą reputacjęDhratlach ma wspaniałą reputacjęDhratlach ma wspaniałą reputacjęDhratlach ma wspaniałą reputację
AJT i Dhratlach

“Tchórze”
Czyli historia o losach odważnych rozumem.


Sig i Heindel oddalili się od reszty, przekonani o prawdziwości słów Babki lub też tego, który przez Babkę przemawiał. Byli zdenerwowani, ale i zdetereminowani. Gotowi do podróży choćby od zaraz, roztropnie postanowili najpierw wziąć, co było jeszcze przydatnego w babcinej chatce. Jej już to na pewno się nie przyda.
W chacie niestety nie znaleźli wiele. Poza tym szerokim zbiorem ziół, kocem, połciem solonego mięsa i suszonych grzybów tak naprawdę nic. Na zewnątrz Babka rozciągnęła jakieś skóry z bobrów, w jej ogródku znajdowały się też różne rośliny, jednak duża część niejadalna.
- Do Wilheimsdorf? - spojrzał na Siga pakując ostatnie przydatne na dłuższą podróż rzeczy.
- Tak, nie mam inszego pomysłu, a przez głuszę nie ma co się przebijać - oznajmił Sig - Trzymamy się rzeki, ale idziemy lasem by mieć ją w zasięgu słuchu coby nikogo nie alarmować obecnością. Chodź, gęś ukatrupim i weźmiem. Podobnie jak garnuszek co to babka w nim gotowała. Starczyć na nas powinien, a tak poza tym bierem co da unieść i co ma wartość jakową, a i najem się tutaj, bom wszystkiego zabrać ino nie da, a nie ma co się obciążać. Ino rychło.
- Tak też zrobim - krótko poparł Siga Heindel. Chłopak miał jego zdaniem, zważywszy na obecną sytuację, dobry plan. Jak i Holzmann zabrał się szybko do jego realizacji. Nie był już tak osowiały jak jeszcze parę chwil temu na polanie. Teraz działał ze zdecydowaniem i pełnym entuzjazmem.

Jakiś czas później

Po posiłku coś olśniło Sigfrieda.
- Myślisz, że Babka miała skarpety? - zapytał swojego towarzysza niedoli.
- Pewniakiem coś wydziergała na zimę - instyktnownie odparł, po czym
spojrzał na Siga, nie do końca rozumiejąc skąd to pytanie. Chłopak na prawdę musiał się postarać, by poruszyć jakikolwiek temat z małomównym Heindelem. Ten jednak niezwykle Graperza zaskoczył.
- Może ma… nie widziałem w izbie… może na sobie? - zapytał młody handlarz - Sprawdzisz? Nie pogniewałaby się, a zawsze można sprzedać za trochę srebra…*
- Skarpety? - zdziwił się Heindel. - Pewniakiem wiesz lepiej, ale nie ma tu już nic innego, co byśmy mogli wymienić na jakie jadło? - rozejrzał się jeszcze raz po izbie w której właśnie skończyli się posilać. - Na nogach mieć pewnie nie miała, ale może gdzie sypiała pod łóżkiem, czy jakiej komodzie?
- Sprawdź tam, ja dla pewności jeszcze sprawdzę tutaj. - powiedział Sig - A nuż, znajdziemy coś jeszcze.
Heindel na te słowa przytaknął i udał się do babkowej sypialni. Chciał jeszcze raz zerknąć pod łóżko i do obecnych tam mebli, może znajdzie jeszcze coś,co będą mogli później spieniężyć, czy chociażby wymienić za jedzenie.

Dłuższą chwilę później

- Nici - wrócił po nie krótkiej chwili Heindel. - Masz ty coś, bo trza już w drogę iść - dodał po krótkiej chwili.
-Niewiele. - powiedział wyraźnie niezadowolony Sigfried - Tylko te skarpety. Masz jakieś? Bo jak nie to mógłbyś zachować dla siebie?
To czego młody handlarz nie powiedział, było to, że skarpety były po żołnierzu, a te lepsiejsze po Babce miał już na nogach. Przemilczał też fakt, że stracił pensa którym “zapłacił” starownice za skarpety. Miedziak spoczywał w jej ustach jako zapłata dla Morra. Heindel opuścił wzrok wyraźnie onieśmielony pytaniem. Nie odpowiedział nic, tylko ruszył w kieronku drzwi.
Sigfried podążył za nim. Mieli sporo łupów, a między nimi gęsi, więc na głód nie zemrą. Co więcej, garnuszek się przyda by wygotować wodę by była zdatna do picia, czy by zrobić prymitywną zupę. Nie był kucharzem, ale nie raz skubał kuraki i patroszył.
- Upewnij się, że masz wszystko i nie zapomnij swojej gęsi. - polecił mruczkowi - Trzymamy się planu.
 
__________________
Jak się śmieje mucha?

- Mucha-hahahahaha!
Dhratlach jest offline  
Stary 24-10-2017, 13:08   #27
 
kanna's Avatar
 
Reputacja: 11057 kanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputację
„Odważni” wzruszający moralitet o sile uczuć rodzinnych

Will, Taffy, Heike i Elsie postanowili wrócić do wioski. Ostrzec resztę. Nawet, jeśli przepowiednia to był jakiś chory ewenement, nie należało żartować z takich spraw, mieli świadomość wagi słów Babki, nawet jeśli była w transie. Szczególnie wtedy. Poszli do wioski omijając dom Babki, krótszą drogą, na przełaj. Gdy byli już stosunkowo niedaleko, kilka chwil do wioski, zobaczyli słup dymu wolno unoszący się nad kierunkiem, w którym zmierzali.
Elsie pobladła, zatrzymała się na krótka chwilę a potem przyspieszyła. Czy to możliwe , żeby przepowiednia Babki mówiła o teraz? Przecież przepowiednie są na przyszłość, powinni mieć czas na ostrzeżenie innych! Zaczęła biec.
Will zareagował prawie natychmiast: - Stój!!! krzyknął zduszonym głosem, rzucając się za nią, próbując ją zatrzymać. On sam cały dygotal na myśl o tym co mogą zastać na miejscu, ale Ci, którzy to zrobili, mogli jeszcze być na miejscu.
- Tata… - szepnęła Taffy, jednak zatrzymała się, jeszcze zanim Will krzyknął do Elsie. - Może się podkradnę i zobaczę co i jak? Mała jestem, jeżeli jest tam kto zły, to mnie nie dojrzy. A nawet jeśli… To małej dziewczynki chyba nie zabiją? - zapytała trwożliwie.
- Nie, przecież nic im się nie stało… - głos Heike drżał, ale próbował brzmieć pewnie - Zdążyli uciec, zanim ktokolwiek przyszedł. Do najbliższej osady, tam powinniśmy iść ich szukać.

Elsie nie słuchała, nawet nie usłyszała, ze ktoś ją woła. Emocje zatkały jej uszy, przytłumiły racjonalny ogląd sytuacji. Mama, tatko… byli tam. Przyśpieszyła, zręcznie przeskakując z jednej kępy suchej trawy na drugą.

Rzut na Inicjatywę: Will (36) kontra Elsie (39)

Will ruszył za nią w pogoń, ale daremnie. Córka łowcy była szybsza niż dobrze zbudowany uczeń kowala i uciekła mu bez większego trudu.
- Elsie, nie! - rzuciła za biegnącą dziewczyną, ale wiedziała, że jej nie powstrzyma. Po chwili zwróciła się do reszty: - Poczekajmy na nią, jak już poszła. I przygotujmy się do ewentualnej ucieczki…

Taffy chciało się płakać. Może i dorosłe życie prowadziła już od kilku lat i musiała ciężko pracować, ale teraz w przeciągu kilku chwil musiała zacząć podejmować decyzje, które mogą zaważyć o życiu jej i innych. Nie było to przyjemne.
-Kurwa mać - zduszone przekleństwo wyrwało mu się z ust, kiedy Elsie odskoczyła mu na jednej z co suchszych kęp trawy. Postawnowił za nią podążyć, ale ostrożniej niż ona. Jeżeli dym pochodził z wioski, to znaczy, że ktokolwiek, cokolwiek tam palił, mógł być jeszcze na miejscu. Serce drżało mu z obawy o mieszkańców, podpowiadający najgorsze strach skręcał trzewia. Jednak zbliżał się ostrożnie za Elsie, szukając osłon i ostrożniej stawiając kroki.
- Głupia dziewczyna! - Heike zdenerwował się na Elsie - Dobrze, niech biegnie za nią… Nie powinniśmy się rozdzielać, zostanę z Tobą - pocieszył Taffy.
- Przejdźmy nieco na bok, jakby ktoś ich tropem chciał tutaj wrócić… Schowajmy się i poczekajmy. Jeżeli nie wrócą… Będziemy musieli chyba iść gdzieś daleko.

------

Elsie biegła szybko, strach o rodzinę dodawał jej sił. Była coraz bliżej wioski, rozpoznawała otoczenie, drzewa, skałki… tyle razy mijane w czasie codziennych wypraw z ojcem. Zwolniła, peleryna plątała się jej między nogami, złapała jej połeć, skręciła spiralne i wsunęła za pasek. Wtedy poczuła zapach dymu. Niepowtarzalny, niemożliwy do pomylenia zapach palonych chałup i ciał. Przystanęła na linii drzew, kryjąc się za jednym z nich i w tej chwili serce podeszło jej do gardła. Jej rodzinny dom płonął niczym ogromna żagiew, przed nim, w błocie leżały jakieś ciała, ale to z tej odległości nie mogła określić, kto to.

Pan Mordu miał ją dziś w swojej opiece. Zanim podjęła jakąkolwiek decyzję zza węgła jej domu wyszło trzech uzbrojonych mężczyzn, dwóch niosło na plecach worki z ich spiżarni, trzeci chyba nimi komenderował. Dowódca popatrzył na unurzane w błocie ciała, splunął obficie i powiedział coś do podkomendnych. Była za daleko, nie zrozumiała. Po chwili skierowali się ku centrum osady.
Odczekała, aż odejdą. Emocje w niej buzowały, już wiedziała, że przepowiednia - wbrew temu, co wiedziała, sądziła, że wie o przepowiedniach - dotyczyła teraz. Mówiła o tym, co się przydarza w tym momencie. Powinna wrócić do lasu, ostrzec innych, uciekać.. ale nie mogła. Musiała sprawdzić. Odczekała, aż zbrojni odejdą, potem odczekała jeszcze moment, rozglądając się dookoła i pilnie nasłuchując, czy tamci nie wrócą.
A potem podbiegła do leżących.
Ciała były trzy. Przyjrzała im się uważnie i poczuła, że ma nogi jak z waty. Pierwszy był Horst Holzmann, nie znała go dobrze, ale widząc jego spuchniętą, posiniaczoną twarz i podcięte gardło ogarnął ją strach. Być może sprzeciwiał się, dlatego go bili? Z drżącym sercem spojrzała na kolejne ciało. Lena Leibnitz, ledwie ją poznała. Miała sukienkę zadartą do połowy ud, jej piękne, długie blond włosy leżały w kałuży pozlepiane błotem i krwią. Wzrok miała pusty, a na twarzy pozostał grymas bólu. I wreszcie trup trzeci…

Mama leżała na brzuchu. Miała jeszcze nadzieję, że to nie ona, ale odwróciwszy ją na plecy, dotarło do niej to, o czym dobrze wiedziała. Miała rozciętą wargę i podbite oko, suknię cała rozdartą - postąpili więc z nią gorzej niż z Leną. Elsie odruchowo poszukała pulsu, ale nadzieja była złudna. Straciła za dużo krwi, a mięśnie miała stężałe. Nikt z tej trójki już nie żył.

Na skraju lasu stał Will. Widział Elsie, nie był jednak pewny, czy powinien postąpić podobnie jak ona. Choć nie zdążył zobaczyć oprawców, pewien był, że mogą być w pobliżu.

Rzut na Spostrzegawczość (Will): 66 (nieudany)

Will bal się.. Bal się jak jeszcze nigdy w życiu. Trzymając się kurczowo pnia drzewa, zaciskał na nim ręce, aż bolały go palce, a kłykcie pobielały. Widział Elsie pochylająca się nad jakimiś ciałami, ale z tej odległości nie mógł dojrzeć zbyt wiele szczegółów. Zabudowania jej rodziny płonęły. Zlustrował uważnie okolicę, ostrożnie wychylając się zza pnia. Potem raz jeszcze, wiedział, że oprawcy mogą jeszcze być we wiosce. Dlatego chciał się upewnić, że dotrze do Elsie niezauważony przez nikogo. Jeśli zobaczyłby coś niepokojącego miał zamiar zostać w swojej kryjówce…

Elsie poczuła się tak, jak wtedy gdy zeszłej zimy poślizgnęła się na oblodzonym stoku, potem spadła długo po skarpie, aby w końcu uderzyć brzuchem i żebrami w schowany pod śniegiem pieniek. Ból odebrał jej oddech, poczuła, że się dusi. Z niewiadomych powodów - może dlatego że były tak do siebie podobne - śmierć Lenki uderzyła ją nawet bardziej niż matki. “To mogłam być ja “ pomyślała, rozprostowując sukienkę tamtej tak, aby szczelnie zakrywała nogi. Zamknęła oczy Lenki.
Potem poprawiła odzież matki, zakrywając - w miarę możliwości - jej nagość. Mama na pewno nie chciała, żeby ktokolwiek ją tak oglądał… Oderwała kawałek jej koszuli i zaczęła ścierać krew z twarzy.

Rzut na US: 16 (udany)

Will już wychodził zza drzew, kiedy poczuł, że nie powinien. Przystanął, nie wiedzieć czemu. I bardzo dobrze zrobił. Bełt świsnął zaraz obok głowy Elsie, wbijając się w płonący budynek. Dziewczyna poderwała się natychmiast. Zza kolejnej w szeregu chałupy mierzył do niej jeden z oprawców.

Elsie traci 1 PP

- Ani kroku, dziewko! - ryknął niskim głosem kusznik. - Coś ty za jedna? Tutejsza?
Elsie zamarła. Nie było żadnej szansy, aby zdążyć ściągnąć luk przewieszony przez plecy.
Uśmiechnęła się głupkowato. Pokręciła głową, a potem pokiwała. Znów pokręciła. Wskazała w stronę rzeki. Powoli, bardzo powoli uniosła ręce i sięgnęła do rzemyka ściągającego poly tuniki.
Uśmiechnęła się zachęcająco do mężczyzny i przesunęła dłonią po swoim brzuchu.
Kusznik zrobił bardzo dziwną minę.
- Ty jakaś stuknięta pewnie.
Zaczął się zbliżać, nie przestając celować.
- Ale ja żem nie okrutnik, dziewuszko. Dam ci szansę odejść stąd. No, może nie tak za nic… - wyciągnął ku niej rękę.

Will sprężył się do skoku jak pantera, w oczekiwaniu na rozwój sytuacji. Ucieczka dziewczyny, skutkowałaby pewnym bełtem w plecach. Sięgnął do pasa, po krótkie ostrze i szacował odległość między nim a Elsie.

Elsie złapała dłoń kusznika, ujęła ją delikatnie i przyciągnęła do siebie. Położyła na swojej piersi.
Mężczyzna był chyba zaskoczony takim przebiegiem zdarzeń. Od razu wyczuł jednak okazję. Silnie przyciągnął dziewczynę do siebie, jego palce mocno i niedelikatnie wbiły się w jej pierś. Odrzucił kuszę, by uwolnić drugą dłoń, która wolnym ruchem zaczęła prześlizgiwać się po podbrzuszu coraz niżej i niżej.
- Hans, do cholery, co ty wyprawiasz?! - rozległo się gdzieś za ich plecami.
Kilku innych zbrojnych patrzyło na nich oboje. Hans musiał przerwać, wyraźnie niezadowolony.
- Znalazłem jeszcze jedną. Przylazła tu przed chwilą. - Nie oderwał się od Elsie, wciąż gotów, by kontynuować.
- Zabij ją. Jeśli widziała za dużo może na nas sprowadzić kłopoty.
Kusznik zawahał się. Popatrzył w oczy Elsie, a potem na swojego rozmówcę.
- Odpuśćmy jej. To dziewka bez rozumu, pomylona całkiem.
- Ha - odezwał sie inny, przysadzisty i pryszczaty - jasne, że niespełna rozumu. Bo która normalna by ci dała?
Kilku zaśmiało się na ten przedni żart.
- Zamknąć mordy. - Do grupy dołączył nowy żołnierz, uzbrojony nieco lepiej od pozostałych. - Odsuń się, Hans - odepchnął go bez pardonu. Elsie zachwiała się i upadła w błoto.

Dowódca pochylił się nad nią, zlustrował uważnie wzrokiem. Pogładził jej policzek, rękę miał szorstką i nieprzyjemną. Uśmiechnął się lekko, a potem szybkim ruchem chwycił ją za włosy i pociągnął. Elsie krzyknęła mimowolnie.
- Kijem od miotły bym cię nie tknął, mała kurewko. Gnij sobie w tym bagnie, nie robisz mi żadnej różnicy - splunął na jej twarz gęstą śliną.
- Wynosimy się stąd. Nic tu już nie ma. A rozkaz jest rozkaz. No, dalej

Nikt się nie sprzeciwił. Tylko ten, który wcześniej się do niej dobierał, popatrzył przez chwilę tęsknie, a potem obrócił się i ruszył za resztą. Dom Elsie powoli się dopalał.

Kiedy zniknęli jej z widoku dziewczyna podniosła się na kolana a potem chwiejnie wstała. Wytarła twarz, nachyliła się i zwymiotowała pod swoje stopy. Potem poszła w stronę lasu. Jakiś jej kawałek spłonął razem z jej domem. Wielki. Była już inną osobą.

Will odetchnąć z ulgą, ręce i nogi drżały mu tak, jakby on sam miał zostać przed chwilą zabity. Świat zawirował mu przed oczami, a on sam ledwo ustał na nogach. Czekał aż dziewczyna zbliży się na tyle, żeby mógł ją przywołać. Nie wychylał się że swojej kryjówki, aż tamci nie zniknęli z pola widzenia. - - Elsie, nic Ci nie jest? - zawołał do niej.
Podeszła bliżej, mógł zobaczyć jej oczy. Było kompletnie puste, martwe.
- Wracamy do innych - minęła go. - Tam już nic nie ma.
Skinął głową na znak zgody, z trudem ukrywając drżenie rąk. Ruszyli razem ku reszcie.
 
__________________
Takimi, jakimi wydają się być, rzeczy są rzadko. A kobiety nigdy. Pół wieku poezji
kanna jest offline  
Stary 26-10-2017, 17:21   #28
 
Ardel's Avatar
 
Reputacja: 16363 Ardel ma wspaniałą reputacjęArdel ma wspaniałą reputacjęArdel ma wspaniałą reputacjęArdel ma wspaniałą reputacjęArdel ma wspaniałą reputacjęArdel ma wspaniałą reputacjęArdel ma wspaniałą reputacjęArdel ma wspaniałą reputacjęArdel ma wspaniałą reputacjęArdel ma wspaniałą reputacjęArdel ma wspaniałą reputację
Wcale nie minęło wiele czasu, odkąd Will zniknął, podążywszy za Elsie. A jednak czas ten się niewyobrażalnie dłużył. Heike i Taffy czekali na nich cali w nerwach, licząc się z faktem, że mogą się nie doczekać… spychali to jednak w podświadomość, starając się tłumić czarne obrazy. Gdy zobaczyli wracającą parę, odetchnęli z ulgą.

Troć, nie bacząc na możliwe niebezpieczeństwa, wybiegła z ukrycia i podbiegła do wracającej pary. Chciała zapytać, czy wszystko tam w porządku, co widzieli, ale gdy tylko ich zobaczyła, słowa uwięzły jej w gardle. Zdołała tylko wydukać:

- Bez… bezpiecznie?
- Pewnie, że bezpiecznie. Przecież wrócili - wtrącił się Heike - Cali i zdrowi. Znikajmy, zanim ktoś nas wypatrzy.
Elsie pokręciła głową.
- Tam juz nic nie ma - powiedziała. - Przepowiednia mówiła o teraz .
- Teraz, to my musimy wiać. Powinniśmy poszukać tamtej dwójki. - popędzał młody rybak.
- Ale, ale… Nic nie mamy. Nawet garnka. Jak chcemy przeżyć bez garnka? - rozpędzała się w mówieniu. - I co z tatą? Może potrzebuje pomocy? Może zaczekamy i wrócimy? Może powinniśmy. Coś. Powinniśmy coś! - zakończyła z rozpaczą.
Elsie przykucneła i złapała Taffy za ramiona.
- Tatko ci opowiadał o tym lepszym miejscy, tam, gdzie niziołki idą po śmierci? Tam, gdzie jest twoja mama? Teraz są tam razem, mama i tatko. I stamtąd ciebie pilnują. A ty musisz teraz zadbać o siebie.
- Przestań. Widziałaś go, czy po prostu siejesz ferment? Pewnie uciekł jak inni, znajdziemy ich, jak wszystko się uspokoi - Heike nie dawał za wygraną
Elsie wzruszyła ramionami.
- Możesz się łudzić, ale moim zdaniem im wcześniej zaakceptujesz prawdę, tym prędzej się z nią pogodzisz .
- Lepsze miejsce? Najlepsze jest przy rodzinie. Ale racja. Wrócimy tu, ale nie teraz. Teraz trzeba uciekać, tak? A ty, Elsie… Kocham cię, Elsie, i mogę być twoją rodziną. - Przybliżyła się, wnikając w przestrzeń między ramionami dziewczyny i ją przytuliła.
Elsie zesztywniała. Przez chwilę tkwiła nieruchomo a potem gwałtownie szarpnęła się do tyłu, wypadając z ramion Taffy.

Will bił się z myślami. To co zobaczył i co zobaczyła Elsie wyglądało okropnie i okrutnie. Nie byli na to przygotowani. - [i] - Elsie ma rację, musimy stąd iść. Jednak ja nie odejdę póki nie będę pewny, że moi bliscy nie żyją. Jeśli nie żyją, muszę ich pochować[/] - głos miał już spokojny. Nie mógł odejść wiedząc, że ludzie którym zawdzieczal wszystko, leżą w błocie jak szmaciane lalki, pozostawione na pastwę losu i zdziczalych psów. - Poczekamy tutaj, a za kilka godzin wrócimy, przynajmniej ja wrócę do wioski.Potem wyruszamy, może uda się nam znaleźć coś, co się przyda w wędrówce…

Heike nie mógł uwierzyć w to, co mówił Will. Wydawał się być najbardziej rozsądny, ale teraz chciał marnować tak bardzo cenny dla nich czas.
- Słuchaj Will… To nie jest ważne - jego słowa mogły być okrutne i zimne, ale trząsł się przez cały czas, wyraźnie zdenerwowany - Babka powiedziała, żeby wiać. Jeżeli dym na horyzoncie nie jest dobrym przesłaniem, że miała rację, to nie wiem… Po prostu nie wiem! Chodźmy… - spojrzał błagalnie na małą Troć, potem na Elsie i na końcu znów na Willa.
- Will, on ma rację… nie damy rady pochować wszystkich.. będziesz wybierał, którego z przyjaciół pogrzebać?

- Macie rację- w jego głosie znać było rozdrażnienie tym faktem. - To choć sprawdźmy, czy nikt nie przeżył? Nie uszedl jak my? Zresztą jesteśmy goli i wesoli - popularne powiedzonko zabrzmiało upiornie i groteskowo. - Może znajdziemy cokolwiek co nam się przyda w wędrówce?
Twarz dziewczyny stężała.
- A jeśli oni wrócą? Tobie nie odpuszczą.. Nie idź - poprosiła. .

-A jeśli ktoś przeżył? Może chowają się w lasach? Tego nie wiemy, chociaż się upewnimy, zabierzemy cokolwiek znajdziemy przydatnego. Wedrowka przez bagna to nie przelewki, przecież wiecie. Traktow nie możemy się trzymać, bo nie wiadomo czy nie trafimy na tych bandytów… - wydawało mu się, że myśli racjonalnie i konkretnie.
Heike jedną nogą stawiał już krok, ale wciąż się wahał. Wiedział, że jak go postawi, to już nie będzi odwrotu, nie przy jego charakterze. A nie chciał zostawiać innych, czy samemu przemierzać bagna. Nie teraz, nie w takiej chwili.
- Poradzą sobie lepiej od nas. Prawie wszystko co wiemy, wyciągnęliśmy od nich, przecież żyli w okolicy dłużej od nas. Jeżeli ktoś powinien się martwić, to Ci żołnierze, jeżeli pójdą ich szukać po bagnach.
Odtrącona Troć usiadła na ziemi. Rozumiała, ale nie potrafiła powstrzymać się przed próbą, niezdarną, pocieszenia. Dodatkowo musiała pocieszyć samą siebie. W końcu tata dał sobie radę ostatnio, da sobie radę teraz. Nie chciałby, żeby ryzykowała i dała się zabić, porwać czy zgwałcić. Tak być musiało.
- Ja i Heike możemy nam załatwić ryby, tak długo jak będzie woda w pobliżu. Elsie nas wyleczy, jak zachorujemy. Will uratuje przed ewentualnym niebezpieczeństwem. Jedyne z czym sobie nie poradzimy, to te potwory, które… spustoszyły dom. Po prostu pójdźmy bagnami do najbliższego miasteczka i z daleka sprawdźmy, czy jest tam spokojnie. Przeczekamy chwile i będziemy mogli wrócić i poszukać rodzin czy czego tam.
Niziołka starała się mówić z sensem, jednak przeszkadzały jej łezki ściekające po policzkach.
Do Elsie wszystko docierało z opóźnieniem, jak przez gęstą mgłę. Powinna była przeprosić niziołkę, mała chciała dobrze, ale nie mogła. Za bardzo jej zazdrościła. Też chciała móc płakać, ale nie mogła. Nie potrafiła. Zapomniała, jak to się robi. A to by pomogło, wiedziała.
- Musimy iść - powtórzyła.

Will niechętnie pokiwal głową na znak zgody. Czuł, że powinien wrócić do wioski, ale w tej chwili był najstarszy z całej gromady. - Gdzie pójdziemy? Macie jakieś pomysły? Ja znam tylko Birkenstein, z większych osad. Byłem tam razem z Panem Aybara kilka razy na jarmarku. Ale to conajmniej trzy, cztery dni marszu, jak nie więcej, bo przecież goscincem nie pójdziemy. Jeżeli uważacie, że damy radę, to chodźmy. Chyba, że macie inne propozycje? - popatrzył na pozostałych.
Przez mgłę otaczającą Elsie coś się przebiło. Jakaś myśl. Oczywiście, było ważne aby stąd odejść. Ale przecież nie po to, aby wpaść na większy oddział tych bydlaków, na bogów! Szła wojna. Sig mówił, a raczej jego tatko.. Sig mógł kręcić, ale jego tata.. Elsie ufała dorosłym. Znaczy ostatnie wydarzenia.. uwaga znów jej odleciała, łatwiej było złościć się na mamę niż opłakiwać… dość! Myśl - nakazał sama sobie.
-W dole Debu jest niebezpiecznie. Wojska gryfa idą stamtąd. Wojna idzie. - powiedziała.

-Czyli idziemy w górę rzeki? Tam gdzie idą wojska grafa? To równie niebezpieczne, ale jak chcecie, mi już wszystko jedno - rzucił zrezygnowany, jakby przytoczony przez ostatnie zdarzenia.

Heike stał jak słup soli, ledwo nadążając za dyskusją. Błądził wzrokiem po reszcie, zatrzymując się na dłuższą chwilę na Troci. Ocknął się, przypominając sobie coś.
- Idźmy na północ, wzdłuż rzeki. Będziemy szli po drugiej stronie, to nie spotkamy wojsk, nawet, jeżeli maszerują w tym samym kierunku. Tam dalej jest Nordland… - zamyślił się, nie będąc pewnym, jakie są dokładnie podziały politycznie w Imperium, ale wiedział tyle, że Nordland był inną prowincją, niż Middenland - Tam wojna nie dotrze.
Dużo było w tym spekulacji, na wojskach się chłopak nie znał i chociaż był powsinogą, daleko poza Zweufalten też nie wychodził. Wydawało mu się jednak, że ma to sens, ujdą za granice Middenlandu i może tak znajdą swój azyl. Chciał również tam iść, nawet dalej, nawet za morze, ale teraz nie miało to aż takiego znaczenia.

- Ruszajmy, ruszajmy już. Po prostu idźmy do rzeki, po drodze zdecydujemy, co zrobić, dobrze, dobrze? - ponagliła ich niziołka, która chciała znaleźć się jak najdalej od Zweufalten. Czuła, że jak dłużej tu zostanie, to popędzi poszukać taty.
Elsie też chciała stąd odejść, choć z zupełnie innych powodów. Pokiwała głową.
- Nie stójmy tu. Oni mogą wrócić .
 
__________________
Prowadzę: Ślepy los
Jestem prowadzon: Tajemnice Borochłodów, Utracony Świat

Ardel jest offline  
Stary 29-10-2017, 14:57   #29
 
MrKroffin's Avatar
 
Reputacja: 6854 MrKroffin ma wspaniałą reputacjęMrKroffin ma wspaniałą reputacjęMrKroffin ma wspaniałą reputacjęMrKroffin ma wspaniałą reputacjęMrKroffin ma wspaniałą reputacjęMrKroffin ma wspaniałą reputacjęMrKroffin ma wspaniałą reputacjęMrKroffin ma wspaniałą reputacjęMrKroffin ma wspaniałą reputacjęMrKroffin ma wspaniałą reputacjęMrKroffin ma wspaniałą reputację


Schwarzensumpf
20. Sigmarzeit 2522 K. I.
Angestag


Posiliwszy się do syta i zaopatrzywszy w niemal wszystko, co miało jakąkolwiek wartość w chacie Babki, Heindel i Sig opuścili ją, zdeterminowani, by posłuchać tajemniczych głosów i proroctwa i udać się jak najdalej od Zweufalten. Przynajmniej na jakiś czas. Aż zagrożenie minie. Planowali udać się do wioski położonej na południe stąd, do Wilheimsdorf. Nie było to daleko, Sig dobrze pamiętał to miejsce, bo często spływał z ojcem w tym kierunku. Byli zaopatrzeni dobrze, najedzeni, obok nich powoli płynął Delb zapewniający, że nie zabraknie im wody pitnej i że nie zabłądzą. Co miałoby pójść nie tak?

Szli cały dzień. Bardzo powoli, jak to bagnach, niekiedy klucząc między bardziej ruchomymi fragmentami podłoża. Dla dzieciaków z Zweufalten taka wędrówka to był chleb powszedni – trwała długo i była żmudna, ale przynajmniej rzadko który podlotek ginął, wpadłszy w trzęsawisko. Deszcz mżył miarowo, a niebo było jednolicie szarobure. Dzień jak co dzień.

Mimo wymuszonego powolnego marszu, nie pozwalali sobie na przerwy. Niepokojące słowa Babki podszyte dziwnymi głosami spośród skał brzmiały nieustannie w głowie i budziły strach, do którego rzecz jasna ani jeden, ani drugi nie zamierzał się przyznawać. Obaj jednak dziwili się reszcie dzieciaków, że ci tak lekko potraktowali przepowiednię i nadnaturalny zgon Babki. W gruncie rzeczy przez ich myśli nieraz już przemykała możliwość, że ich niedawni towarzysze już są martwi…

Mimo to starali się zachować optymizm. Przynajmniej Sig, bo z Heindelem nigdy nic nie wiadomo. Może to wszystko było jakąś wielką pomyłką i lada dzień wrócą do domu? Tak byłoby najlepiej, choć gdzieś w głębi chęć zwiedzenia szerokiego świata była ogromnie kusząca.

Zatrzymali się przy samej rzece, długo po zmierzchu. Chyba już było bezpiecznie, cokolwiek miało spaść na Zweufalten, powinno być daleko. Mogli ze spokojem pomyśleć o nocy i jakimś posiłku, bo wędrówka szybko zużyła zasoby energii, jakie posiadali. Usiedli na chwilę, by odpocząć. Ciemne chmury zakrywały niebo, tak że ledwie widzieli własne twarze. Za to słyszeli doskonale.

Usłyszeli za sobą trzask gałązki.


Długo trwały narady, co zrobić, dokąd się udać, co się z nimi teraz stanie. Will, Taffy, Elsie i Heike rzuceni nagle w nieznany sobie świat już od początku zarzucili się wzajemnie pomysłami, co należało teraz zrobić. W nerwach plątały im się języki, a każdy widział bezpieczeństwo zgoła w innym kierunku. Heike na północy, Will na wschodzie, Elsie była zbyt osłupiała po ostatnim wydarzeniu, by tak po prostu myśleć racjonalnie, a Taffy chciała po prostu iść. Gdziekolwiek.

Niezbyt satysfakcjonującym kompromisem ustalili, że pójdą do Birkenstein. Na południu szalała ponoć wojna, a Birkenstein wydało się Willowi bezpieczną ostoją, tak przynajmniej wspominało owo miasteczko. Sęk w tym, że trzeba było nadłożyć sporo drogi, by tam dojść, ale byli w dorzeczu Delbu, dalej na wschód znajdowały się dopływy Talabecu, a oni mieli pośród siebie dwoje rybaków. Powinni jakoś przetrwać ten czas, mimo raczej mizernych własnych zasobów. Natomiast nie powinni raczej liczyć na urozmaiconą dietę, ale czy w Zweufalten kiedykolwiek jedli różnorodnie?

Postanowili pójść odrobinę na południe, by dłużej być w pobliżu Delbu. Rzeka była ogromnym wspomożeniem w podróży. Szli wzdłuż niej jednak także z powodów czysto pragmatycznych – musieli poszukać jakiegoś brodu albo mostu, by przejść na drugi brzeg, bo stan wody w Delbie był wyjątkowo wysoki. Nic dziwnego, skoro od przedwiośnia padało niemal nieustannie. Oni sami przeniknęli wszędobylskim w Zweufalten zapachem zbutwiałego drewna.

Rychło zapadł zmrok. Ich podróż przypominała podróż Siga i Heindela, nic dziwnego, byli przecież niedaleko i mieli podobne doświadczenie w poruszaniu się po bagnie. Równie szybko jak tę parę, a może nawet szybciej, poczuli głód i zmęczenie. Szli jednak dalej, poganiani przez Elsie, która wróciła ze zgliszczy wioski bardzo dziwna. Ciągle nie mogła się na niczym skupić, w jej głowie przeplatały się różne myśli. Na ogół o zabarwieniu negatywnym. Każdy przeżył zagładę Zweufalten, ale Elsie miała dodatkowe powody do zmartwień.

Will otrzymuje 1 PO
Elsie otrzymuje 3 PO
Heike otrzymuje 2 PO
Taffy oparła się Obłędowi


W jednej chwili Will zatrzymał idącą nieco zbyt pewnie Heikego. Położył palec na usta, co ledwie było widać w ciemności nocy. Drugim palcem wskazał na brzeg rzeki. Oni stali w zaroślach, a na brzegu siedziały jakieś dwie postaci. Były zbyt daleko i było zbyt ciemno, by powiedzieć, kto to. Młody Schmidt roztropnie zachował ostrożność.

Trzask gałązki. Zamyślona Elsie dopiero teraz prawdziwie wróciła do rzeczywistości. Sucha gałązka, wedle wszelkich praw logiki nie mogąca się uchować przy aktualnej pogodzie, zatrzeszczała właśnie pod jej butem.
 

Ostatnio edytowane przez MrKroffin : 31-10-2017 o 16:07.
MrKroffin jest offline  
Stary 08-11-2017, 21:39   #30
AJT
 
AJT's Avatar
 
Reputacja: 13063 AJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputację
Heindel i Sig na miejsce odpoczynku wybrali najbardziej rozłożyste drzewo, które miało dawać im ochronę przed deszczem. Graperz ułożył zgrabnie chrust, który zebrali i przygotował palenisko. Pokornie wykonywał wszystko, co miało im ułatwić jak najsprawniejsze dotarcie do najbliższej osady. Współpraca z Holzmannem układała się w trakcie ostatniego dnia dość dobrze. Wziął od Siga krzesiwo i już miał rozniecić ogień, gdy usłyszał trzask. Odruchowo chwycił pałkę, która miała służyć do ochrony i podniósł głowę w kierunku kompana.

- Siekierkę… - rzucił cicho w kierunku towarzysza Sigfried. Rzeczony przedmiot leżał niedaleko, lecz chwycił swój kij. Nie myśląc wiele chwycił martwą gęś i cisnął w zarośla. Pewnie wilk jakiś, czy inna bestyja… kto normalny skradał by się po bagnach? Cóż, choć na tym ubolewał, to lepiej stracić gęś niż życie...

Graperz od razu skojarzył, gdzie rzeczoną siekierkę odłożył. Dwa susy i mógł być przy niej. Teraz jednak jedynie się wyprostował i stanął bark w bark z towarzyszem uważnie obserwując miejsce z którego nadszedł dźwięk. Nasłuchiwał kolejnego.

Taffy zdawało się, że dostrzeżone postaci to Sigfried i Heindel. Nie widziała najlepiej, jednak z pewnością dostrzegła więcej szczegółów, niż jej towarzysze. Z pewnością nie wyglądali na żołdaków. Nie wiedziała co zrobić, więc powiedziała do kowala szeptem:
- Will, zdaje się, że to Sig i Hein. Ale nie jestem pewna…

Elsie odruchowo odskoczyła w bok, przestraszona nagłym trzaskiem. Ostatnio zrobiła się dość nerwowa. Dopiero kiedy noga wpadła jej z chlupotem w rzadkie błoto uświadomiła sobie, że to ona była źródłem hałasu. Wyciągnęła stopę z błota i poszukała suchego kawałka lądu, żeby ją na powrót postawić.

Usłyszawszy słowa Troci, Heike odtrącił dłoń Willa i postawił kilka szybkich, choć chwiejnych kroków naprzód.
- Hej, to naprawdę wy? Sig? Heindel!?

Will musiał uwierzyć na słowo Taffy, że to Sig i Heindel. On sam w ciemności niewiele widział, zachmurzone niebo, nie przepuszczało zbyt wiele światła księżyca. Zaklął szpetnie, kiedy Heike wyrwał się do przodu i zawołał do tamtych. Ścisnął mocniej w dłoni krótki miecz, w końcu zamiast przyjaznego przywitania, mogli usłyszeć świst bełtów w odpowiedzi. W duchu szeptał zawołanie do Ulryka, by to byli ich pobratymcy ze wsi.

- My są! - Heindel rozpoznał głos Heinricha. ~Dzieciaki zmądrzały… Dobrze ~ przeszło mu przez myśl i od razu zeszły z niego nerwy. Przykucnął i wrócił do próby rozpalenia przygotowanego już przez siebie paleniska. Wcześniej jednak przysunął siekierkę bliżej siebie, gdyż zrozumiał że musiał być bardziej uważny. W grupie powinno być jednak łatwiej i bezpieczniej. Dobrze o tym wiedział.

Taffy odetchnęła z ulgą i wychynęła z ukrycia. Nie powiedziawszy wiele, zabrała się za przygotowanie do połowu - trzeba było zgromadzić nieco pożywienia na czekającą ich podróż.

- Gęśkę weźcie, com w was cisnął - powiedział Sig zmęczonym głosem i włożył knyfkę za pas. Cieszył się, że nic im nie było, ale z drugiej strony żal straszny go ściskał. Wiedział, że nie było mocy, by ruszyli za nimi jeśli w Zweufalten wszystko dobrze. Babka prawdę wieszczyła, nie było co pytać. Westchnął ciężko i spojrzał na rzekę.
- Chodźcie, ognia napalim, ogrzejem i podjem.

Elsie podeszła bliżej.
- Cześć Sig, cześć Heindel - rzuciła. - Zbierajcie się, idziemy. Tu nie jest bezpieczne.

- Bezpiecznie? Nie, nie jest. Masz lepszy pomysł gdzie się udać? - zapytał z lekkim uśmiechem młody handlarz - Bo choć nie jest bezpiecznie to wolę przeczekać do świtu, niż zgubić się po ciemku, zbłądzić i umrzeć.

- Ta. Zjemy i odpoczniemy. Rano pójdziem, nie teraz. - Rzekł Heindel, gdy pojawił się pierwszy płomień.

Heike przysiadł się do ogniska. Bijące przyjemnym żarem, można będzie przy nim osuszyć nieco ubranie i przede wszystkim buty.
- Wojsko idzie w zupełnie innym kierunku, tak? To nas tutaj nie znajdą, ognia nie wypatrzą - mówił, zdejmując but - Mogę nawet coś zagrać… nie bardzo umiem, ale nie widzę lepszej rozrywki…

- Teraz! - Elsie podeszła do ognia i czubkiem buta zaczęła nerwowo nagarniać piasek i muł, aby zasypać płomień. - Nie rozumiecie?! To wojsko już tu jest! Nieważne skąd idzie, już przyszło! Musimy się zabierać, a na pewno nie wolno palić ognia, przecież na mile nas będzie widać!
Zaczęła zadeptywać ogień.

Sigfried początkowo zdębiał, ale szybko poskładał fakty. Elsie bała się wojska, więc to wojsko musiał pogrzebać ich przeszłość. Wykorzystał czas jej krótkiej tyrady by znaleźć się za nią i mocno objąć tym samym ją unieruchamiając.
- Jak kto nas znajdzie to powiemy, że bandyci napadli na Zweufalten… - powiedział jej cicho do uszu - ...wiem, nie jest to prawda, ale to nas może uratować. Zresztą jak chcesz się ogrzać bez ognia i jak bez ognia jeść? - zapytał - Chyba nie myślisz o dzieleniu kocyka ze mną…?
To była sztuczka którą Sig zasłyszał od brata Elsie kiedy ten się przechwalał, że kobiecy umysł nie widzi słowa “nie”, więc aby coś zyskać trzeba było zasugerować coś wprost przeciwnego. Tak aby wewnętrzne trybiki kobiece zaczęły o tym myśleć. Tak, wredne, ale jej brat do świętych nie należał i on to dobrze wiedział. Z drugiej strony, młody handlarz chciał się ogrzać.. z ogniem lub bez.
Elsie wrzasnęła przeraźliwie, kiedy tylko poczuła przytrzymujące ją ręce. Zaczęła się szarpać a panika dodawała jej siły, gdy wściekłe wierzgała, starając się trafić napastnika.

Sigfried mocniej ją chwycił, stanął dodatkowo pewniej o podłoże i przyciągnął do siebie szepcząc.
- To ja, Sigfried. Jesteś bezpieczna. Ich tutaj nie ma…
Wyglądało na to, że z Elsie było gorzej niż młodemu cwaniakowi się wydawało, ale nie zamierzał się poddawać. Musiał doprowadzić ją do mniej lub więcej opanowania. Od tego mogło zależeć ich życie!

- Hej! Starczy tego!
Heike wstał, chlustając gołą stopą o mokrą ściółkę. Chwycił Siga, próbując odciągnąć go od dziewczyny. Była roztrzęsiona i panikowała, Sig jedynie pogarszał sytuację. Nie miał zamiaru się szarpać, przymierzał się do przywalenia mu prosto w nos, gdyby nie chciał puścić.

Dziewczyna poczuła natarczywie napierające na nią ciało i czyjś oddech na uchu. Skojarzenie było jednoznaczne, wydarzenia wcześniejsze i teraźniejsze nałożyły się na siebie i zlały w jedno. Wiła się w uścisku, walcząc o oswobodzenie i nie kontrolując już zalewającej ją paniki.

- Idźcie gdzie indziej - warknął Heindel. - Zagasicie mi to - dołożył do ogniska kolejne drewienka.

Krzyk Elsie i szarpanina zwróciły jego uwagę. Wcześniej schował miecz do pochwy, ale miał przy sobie ciężką lage służąca podczas wędrówki. Dokończył szybko do szarpiacych. Uniósł kij celujac w Holzmanna i krzyknął: - Puść ją!!! - miał nadzieję że to ostudzi także zapędy Heike który szarpal Siga z drugiej strony, zasłaniając mu czyste uderzenie. Nie bał się konfrontacji z żadnym członkiem ich grupy, był wyraźnie silniejszy od reszty, a teraz po tych wszystkich wydarzeniach szukał ujścia dla duszacych go emocji. Holzmann dał mu idealną okazję do ich upuszczenia.

Taffy zasłoniła uszy i pokręciła głową. Nie będzie się wtrącać, jej słowa i tak nic nie będą znaczyły przy tym całym męskim przepychaniu. Po tym, jak znalazła jakieś robactwo na przynętę, pomogła Heindelowi podtrzymać ogień, a potem sarknęła pod nosem: “płoszą ryby, cholereczka”.

Sigfried spojrzał na “dwóch gniewnych” pustym wzrokiem. “Dziecie, kurwa, duże dzieci” pomyślał po czym wczuwając się w rytm szarpnięć Elsie ją puścił… na moment przed kolejną gwałtowną próbą oswobodzenia.
- Jak jesteście tacy mądrzy to poprowadźcie ją do użyteczności. - powiedział bez uczuć - W tym stanie to daleko nie zajdziemy. Ani ona, ani wy.
Nie chcąc tracić na nich więcej czasu ruszył spokojnie w krzaki szukać gęsi której nikt nie pokwapił się podnieść. Cieszył się, że żyją, ale dlaczego otaczali go napalczywi… westchnął podnosząc gęś i uśmiechając się lekko. Cóż, przynajmniej Taffy i Heindel zdawali się być normalni…
Elsie straciła równowagę i poleciała do przodu, upadając na kolana . Poderwała się po sekundzie i rzuciła w stronę zajętego gęsią Siga. Sięgnęła paznokciami do jego oczu.
Młody rybak złapał się niemal za głowę. Miał nadzieję, że się skończy na lekkich przepychankach, podadzą sobie dłonie, albo nie będą do siebie odzywać, ale niepozorna - zdaniem Heike przynajmniej - Elsie chciała teraz krwi. Miał również nadzieję nigdy się nie opowiadać po żadnej stronie, żeby nie utworzyły się obozy w ich już i tak nielicznej grupce, ale nie, oczywiście, że nie mogło być tak prosto. Już się opowiedział, jakby naturalnie, instynktownie, trzymał teraz z Willem i Elsie, przynajmniej tak to wyglądało. Po drugiej stronie byli Sig i pewnie Heindel. Taffy? Ona najpewniej miała na to przysłowiowe wywalone i za tę postawę podziwiał niziołkę.
Nie chciał teraz ingerować, ale z drugiej strony, dziewczyna była uzbrojona, mogła nawet dźgnąć Holzmanna grotem. Nie zdziwiłby się, gdyby i nóż miała. Coś po prostu trzeba było zrobić. Heike spróbował odepchnąć bliższego z awanturników, a potem stanąć między nimi. Najwyżej sam oberwie, trudno. Miał jeszcze lekko opuchniętą twarz od ojcowego bata, więc nie czuł, jakby cokolwiek mogło się pogorszyć. Chyba, że któreś dźgnie go grotem…
- Przestańcie! Starczy! Will, zabierz Elsie!
Krzyczał na wszystkich, brodząc gołą stopą w bagnie. Tak się zdenerwował, że nawet nie czuł chłodu i wilgoci.

Sig oberwał gęsią… i to go zaalarmowało. Obrócił się i spostrzegł ostre szpony Elsie błyszczące w nikłym świetle. Chwycił mocno kij w obie dłonie i wystawił przed siebie. Krok w tył… i poślizgnął się na mokrych liściach. Upadł… Wtedy pojawił się Heike…
- Jej totalnie odbiło… - mruknął w zadumie nie odrywając oczu od dziewczyny…
Co jak co, cieszył się, że żyli, ale… cóż, miał wrażenie, że większe szanse na przetrwanie miałby bez nich. Dwóch napalczywców, z czego jeden jeszcze miał mózg i jedna wariatka… hah. Jego szczęście, co nie?

Co jak co ale Heike miał rację. Rzucił się za Elsie, chcąc ją zatrzymać: - Elsie stój!!! - krzyknął. Miał już tego dosyć, nie wiedział co jej szeptał do ucha Sig zanim zareagowała tak gwałtownie, ale musiało to być coś niepokojącego. Nigdy wcześniej nie widział dziewczyny w takim stanie. Miał zamiar ją zatrzymać, zanim komukolwiek stanie się krzywda. Dopiero potem miał zamiar dociekać, kto zawinił.

Elsie wytraciła nieco pędu, obijając się o Heike. Potem przystopował ją Will. Mimo wszystko udało się jej doskoczyć do leżącego Siga. Napędzana resztką adrenaliny wyrwała mu kij, odwróciła się nieco i… zaczęła okładać najbliższe drzewo. Głuche uderzenia niosły się po lesie przez dłuższą chwilę, w czasie której dziewczyna wściekle waliła w bogu ducha winny buk. Z czasem moc jej uderzeń osłabła a po dłuższej chwili - odrzuciła kij. A raczej pozwoliła, żeby wypadł jej z rąk.
Usiadła ciężko pod drzewem.
- W sumie możemy tu przenocować - rzuciła w przestrzeń.
 

Ostatnio edytowane przez AJT : 09-11-2017 o 05:47.
AJT jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 09:16.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166