Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 29-01-2018, 11:48   #1
 
Mroku's Avatar
 
Reputacja: 8805 Mroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputację
[WFRP 2ed.] Liczmistrz




12 Brauzeit, 2510 K.I.
szlak na trasie Ubersreik - La Maisontaal,
Góry Szare, Imperium

Znaliście się zaledwie od tygodnia, ale nie przeszkodziło wam to w obraniu wspólnego celu. W drodze z Ubersreiku byliście od rana, zmierzając do klasztoru La Maisontaal położonego w Górach Szarych, by odpowiedzieć na ogłoszenie o pracę tamtejszego przeora. Każde z was robiło to z tylko sobie znanych względów i przyczyn, a drużyną byliście naprawdę osobliwą. Rycerz, dwóch łowców wampirów, czarodziejka ognia, krasnoludzki zabójca. Długo by wymieniać. Los miał zaprawdę przedziwne poczucie humoru, ale o tym akurat przekonaliście się w swoim życiu już wielokrotnie. Podróżując w takim gronie, dobrze uzbrojeni i robiący odpowiednie wrażenie, nie natrafiliście póki co na żadne zagrożenie. Na prowadzącej w góry niebezpiecznej ścieżce wiodącej ku granicom Imperium nikt nie odważył się was zaatakować.

Pogoda przez całą podróż była dość przyjemna - po błękitnym niebie sunęły jasne chmury, zza których co jakiś czas wyglądało i przygrzewało jesienne słoneczko. U podnóża Gór Szarych rozciągających się majestatycznie na całej długości horyzontu, natrafiliście na małą, przydrożną kapliczkę poświęconą Taalowi, Panu Natury. Okrągła, kryta strzechą szopa, nad której wejściem wisiała jelenia czaszka, dała wam schronienie i chwilę odpoczynku. Zjedliście pożywny posiłek, obroczyliście zwierzęta i ruszyliście w dalszą podróż, zostawiając za sobą lasy, pola i pastwiska. Wjechaliście na jeden ze szlaków handlowych, który miał prowadzić między innymi do klasztoru. Czujni i w gotowości, obserwowaliście strzeliste wzgórza porośnięte gdzieniegdzie sosnami i świerkami.


Góry Szare tworzyły długie i wysokie pasmo górskie, położone między Bretonią i Imperium, należąc de facto do żadnego z tych państw. Strefa neutralności między dwoma krajami sprawiała, że wzgórza te były naturalną kryjówką dla rozbójników, mutantów, nekromantów oraz różnych szczepów orków czy goblinów. Mówiło się też o ogrzej fortecy znajdującej się w dolinnym sercu gór, a na północ od Przełęczy Zgryźliwego Topora stały samotnie ruiny posępnego zamku hrabiego Drachenfelsa, skrywające swe sekrety i otoczone wysokimi, zaśnieżonymi szczytami. Równie pięknymi, co niebezpiecznymi.

Szeroka na początku ścieżka po niemal godzinie jazdy zwężała się, a teren to opadał, to wznosił się między pnącymi się ku niebu górskimi szczytami. W międzyczasie minęliście kilku jezdnych, którzy gnani własnymi sprawami nie zwrócili na was większej uwagi. Co jakiś czas mieliście wrażenie, że jesteście obserwowani, ale gdy się rozglądaliście, momentami napotykaliście zastygłe w miejscu kozice, bądź inną górską zwierzynę, która z bezpiecznej odległości przyglądała się nietypowym podróżnym.

Popołudnie przyniosło ze sobą jesienną szarówkę i pogorszenie pogody, jak to w górach. Niebo zaciągnięte było stalowoszarymi, ciężkimi chmurami zwiastującymi deszcz, zerwał się nieprzyjemny wiatr. Ostrożnie prowadziliście swe konie ikuce krętą, wiodącą ku masywnym wzgórzom ścieżką. Byliście już dość wysoko w górach, gdy lunęło. Pojedyncze dotychczas krople deszczu przerodziły się w rzęsistą ulewę, porywisty wiatr wciskał się w każde niezasłonięte miejsce ciała a temperatura wyraźnie spadła. Z każdą chwilą robiło się coraz ciemniej, a wy zachowawczo brnęliście górską ścieżką, coraz bardziej zziębnięci i mokrzy.


Nagle, mimo deszczu i ciemności dostrzegliście małe, migoczące w oddali światełka, ledwie widoczne za zasłoną deszczu. Niewielki promyk nadziei dochodził z miejsca leżącego kilkanaście metrów nieopodal szlaku, którym podążaliście. Gdy zbliżyliście się nieco, ujrzeliście mały, jednopiętrowy, drewniany budynek. Z komina wydobywał się dym, a okna łypały przyjemnym, żółtym światłem w kierunku ścieżki, co zwiastowało czyjąś obecność w środku. Chata wyglądała na starą i wysłużoną, ale o dziwo wciąż całkiem dobrze się trzymała.

Tuż obok znajdował się drugi drewniany budynek, bardziej przypominający stodołę lub dużą szopę. Deszcz wciąż przybierał na sile, wiatr zawodził między wzgórzami a wasze konie zaczęły parskać niespokojnie, choć rumak Pierre'a pozostawał z nich najspokojniejszy. Nie zanosiło się na poprawę pogody, a rozbicie namiotu, czy rozpalenie ogniska w takich warunkach wydawało się wręcz karkołomnym zadaniem, co każde z was doskonale wiedziało.
 
__________________
All we have is now...
Mroku jest offline  
Stary 29-01-2018, 14:22   #2
Konto usunięte
 
Carnal Grief's Avatar
 
Reputacja: 3243 Carnal Grief ma wspaniałą reputacjęCarnal Grief ma wspaniałą reputacjęCarnal Grief ma wspaniałą reputacjęCarnal Grief ma wspaniałą reputacjęCarnal Grief ma wspaniałą reputacjęCarnal Grief ma wspaniałą reputacjęCarnal Grief ma wspaniałą reputacjęCarnal Grief ma wspaniałą reputacjęCarnal Grief ma wspaniałą reputacjęCarnal Grief ma wspaniałą reputacjęCarnal Grief ma wspaniałą reputację
Wielu pewnie zdziwiłoby się, widząc potomka szlachetnego rodu Gouffran w towarzystwie tej zbieraniny, którą poznał niedawno w Ubersreiku, ale Pierre nie miał z podróżowaniem w takiej grupie żadnych problemów. Nie od dzisiaj było wiadomo, że błędni rycerze wyruszający na szlak i często poza granice Bretonii dołączali do podobnych im poszukiwaczy przygód. Pierre uważał to poza tym za bardzo rozwijające, bo siedząc w murach zamku ojca nie dowiedziałby się tylu ciekawych rzeczy o życiu i ludziach.

Choć niedawno dostąpił zaszczytu awansu na rycerza królestwa, książę Chilfroy z Artois dał mu jednoznacznie do zrozumienia, że jeszcze nie czas na otrzymanie posiadłości ziemskich i dołączenie do elity księstwa. Wciąż musiał zatem podróżować, by doskonalić swoje umiejętności bojowe, by pewnego dnia powrócić w chwale na dwór Artois. Oprócz tego miał jeszcze inne marzenie - rozpocząć poszukiwanie Graala, by wzorem sławnych poprzedników odnaleźć Panią Jeziora i napić się ze świętego kielicha. Wiedział, że to nie jest jeszcze odpowiedni czas, ale przyrzekł sobie, że kiedyś wstąpi na świętą ścieżkę.

Rycerz jechał na przedzie, dosiadając swego wiernego przyjaciela, Valdon, bretońskiego rumaka bojowego czarnego jak noc i równie charakakternego. Łączyła ich ze sobą szczególna więź, a Pierre dbał o niego lepiej, niż o siebie samego. Mężczyzna był wysoki i dobrze zbudowany, odziany w zbroję płytową i hełm z podniesioną przyłbicą. Miał przystojne oblicze, idealnie przystrzyżoną bródkę i wąsy oraz długie, blond włosy. Spojrzenie niebieskich oczu było czujne i inteligentne, a na prawym policzku można było dostrzec niewielką bliznę zdobytą jeszcze za młodu na polowaniu z ojcem.

Pierś zdobił szkarłatny tabard z herbem Artois - łbem dzika, a na skórzanym pasie przy boku wisiał długi, zadbany miecz półtoraręczny. Z szyi mężczyzny zwisał medalion z wizerunkiem Pani Jeziora. W skórzanej tulei na wierzchowcu znajdowała się kopia Pierre'a a także kiścień, z którego korzystał czasami w walce. Valdon nosił oprócz tego trójkątną tarczę rycerza, którą w całości pokrywał rodowy herb nic nie mówiący postronnemu obserwatorowi oraz wypchany po brzegi plecak, w którym Gouffran miał swój ekwipunek.

Podróż przez góry mijała mu w dobrym humorze, którego nie zepsuło nawet pogorszenie pogody. W ulewie podążał przed siebie szlakiem, klepiąc co jakiś czas po szyi Valdon, który parskając dawał mu chyba do zrozumienia, że jemu aura nie pasuje. W końcu jednak ujrzeli jakieś światła, co mogło oznaczać ciepły kąt i możliwość przeczekania do świtu.

- Powinniśmy się tutaj zatrzymać - powiedział do towarzyszy perfekcyjnym reikspielem. - Nie ma sensu przy takiej pogodzie jechać dalej i wystawiać się na niebezpieczeństwa. Trzeba sprawdzić, czy ci dobrodzieje w środku pozwolą nam przenocować tutaj.

Po tych słowach zeskoczył dziarsko z rumaka, a noszona zbroja zdawała się zupełnie nie przeszkadzać mu w energicznym poruszaniu. Słysząc rżące konie towarzyszy coś go jednak tknęło i zwieszając dłoń na rękojeści miecza najpierw uderzył pięścią w drzwi, a potem nacisnął na klamkę, mając zamiar wejść do środka i rozmówić się z kimkolwiek zajmującym tę chatkę.
 
Carnal Grief jest offline  
Stary 29-01-2018, 15:25   #3
Konto usunięte
 
Feniu's Avatar
 
Reputacja: 22898 Feniu ma wspaniałą reputacjęFeniu ma wspaniałą reputacjęFeniu ma wspaniałą reputacjęFeniu ma wspaniałą reputacjęFeniu ma wspaniałą reputacjęFeniu ma wspaniałą reputacjęFeniu ma wspaniałą reputacjęFeniu ma wspaniałą reputacjęFeniu ma wspaniałą reputacjęFeniu ma wspaniałą reputacjęFeniu ma wspaniałą reputację
Douko nie nawykł do jazdy konno. Na koniu nie czuł się komfortowo, wielbił chwile w których mógł zeskoczyć na twardy grunt. Jego znoszone acz wygodne buty przebyły szmat drogi z Belavy, położonej 60 mil na północ od stolicy regionu, miasta Kislev. Ten krępy kislevita z twarzą naznaczoną bliznami z dziwaczną fryzurą i gęstą czarną brodą przeplataną siwizną wzrok miał twardy i nieustępliwy. Nie jedno już w swym życiu przeżył i mimo swego stosunkowo młodego wieku był już weteranem wielu walk, głównie z siłami chaosu nadciągającymi z pustkowi. Odziany w płaszcz z wygarbowanej skóry niedźwiedzia osłaniał jego masywne ciało przed nieprzychylną pogodą jaka teraz panować miała w Szarych Górach.

Ogłoszenie jakie zobaczył w Ubersreiku było nadzwyczaj ciekawe. Możliwość wzbogacenia się była tylko dodatkiem. Jeśli chciałby bogactwa zostałby pewnie w Kislevie i tam uczył się zarządzać majątkiem jaki prowadziła od pokoleń jego rodzina. Jednak nie on, po części za sprawą ojca po części przez wzgląd na jego samego wybrał życie wojaka. Chęć przygody i ból mięśni po stoczonej walce to był jego żywioł. Sam jednak nie bał się śmierci, dla kozaka śmierć jest smaczna jako chleb i słodka jest jak miód.

Grupa, w której od jakiegoś tygodnia podróżował była zaiste dziwną zbieraniną awanturników zmierzających do klasztoru o którym mowa była w ogłoszeniu.. Nie szukał wśród nich przyjaźni bo wiedział, że te często kończy szybka i brutalna śmierć jednego z przyjaciół. Polegał głównie na sobie i swych umiejętnościach jednak w ciężkich chwilach nauczon w wojsku potafił zawierzyć swe życie innym. “Czy tych towarzyszy mógł obdarzyć aż takim zaufaniem?” - Zastanawiał się często, głównie wieczorami, gdy pełnił wartę lub kładł się spać.

Pogoda choć z rana piękna teraz się zepsuła. W oddali majaczył budynek w którym za pewne ktoś pomieszkiwał, bo z komina unosił się wesoły dym, który na przekór padającym kroplom deszczu unosił się ku szaremu niebu.

Gdy zatrzymali się przed chatą jego koń, którego imienia już nie pamiętał był nerwowy. Rżał i stąpał niespokojnie. Kislevita zsunął się z siodła i podążył za bretońskim rycerzem w kierunku budynku. - Prowadź zatem! - odpowiedział niejakiemu Gouffranowi. Jego przeczucie jednak kazało mu zachować największą czujność. Upewnił się, że jego dwuręczny topór przewieszony jest przez pas. Sam jednak rękę trzymał na rękojeści miecza.
 
Feniu jest offline  
Stary 29-01-2018, 17:38   #4
 
Layla's Avatar
 
Reputacja: 8353 Layla ma wspaniałą reputacjęLayla ma wspaniałą reputacjęLayla ma wspaniałą reputacjęLayla ma wspaniałą reputacjęLayla ma wspaniałą reputacjęLayla ma wspaniałą reputacjęLayla ma wspaniałą reputacjęLayla ma wspaniałą reputacjęLayla ma wspaniałą reputacjęLayla ma wspaniałą reputacjęLayla ma wspaniałą reputację
Bianca związała się z tą dziwną grupą w zasadzie po to, żeby czuć się bezpieczną, przemierzając gościńce Imperium. Czarodzieje ani nie cieszyli się zbytnim zaufaniem ludności, a i ciężko byłoby jej poradzić sobie samej, gdyby ktoś ją zaatakował. A podróż w towarzystwie rycerza, jakiegoś kudłatego woja z Kislevu i paru innych przystojnych mężczyzn dawało odpowiedni komfort psychiczny.

Tym bardziej ucieszyła się na pomysł podróży do klasztoru La Maisontaal w celu najęcia się do pracy. Licencja czarodzieja sama się nie opłaci, a Bianca nie miała zamiaru narażać się swojemu Kolegium i ich oszukiwać, bo już na pierwszych wykładach dowiedziała się, jak kończą ci, którzy nie chcą spłacać środków, które Kolegium wyłożyło, by ukształtować i nauczyć adepta sztuk magicznych odpowiednich rzeczy.

Kobieta w siodle swojej klaczy czuła się całkiem dobrze, pomijając fakt, że trochę bolał ją już tyłek. Bianca była dość wysoką jak na standardy ludzkie kobietą o ładnej, piegowatej buzi i zielonych, bystrych oczach. Krótkie, naturalnie rude włosy okalające twarz sprawiały, że z pewnością nie była osobą, obok której przechodzi się obojętnie. Nosiła się funkcjonalnie, choć nie bez nuty elegancji, w końcu kobieta i to w dodatku czarodziejka, nie może wyglądać jak pospolity awanturnik.

Zgrabne nogi schowane miała w przylegających, brązowych spodniach wpuszczonych w wysokie buty, a spory biust kryła pod skórzaną kurtą. Do tego dochodził granatowy, nieprzemakalny płaszcz z kapturem. Przy jej boku wisiał krótki miecz i nie pełnił on jedynie funkcji rekwizytu, o nie. Bianca umiała się nim posługiwać, w końcu Piromanci w czasie swoich studiów przechodzili również podstawowe szkolenie w walce, by na szlaku móc polegać nie tylko na mocy Aqshy.

W dłoni o długich, wypielęgnowanych paznokciach dzierżyła prosty, wyciosany z drewna kostur, układający się na jednym z końców w coś rodzaju wyżłobionych płomieni. Piromantka zwykle używała go do rzucania czarów, ale i po łbie też potrafiła nim przyłożyć. Humor jej się popsuł, gdy z nieba lunęło. Odkąd pamiętała, nie cierpiała deszczu, ale wszyscy adepci Aqshy tak mieli. Naciągnęła tylko mocniej kaptur na głowę i schowała dłonie w rękawach, by zimne krople nie uderzały w jej ciało.

Na szczęście niedługo później natrafili na jakąś drewnianą chatynkę, w której ktoś przebywał. Swoją drogą, zastanawiające, kto normalny żył na takim odludziu.
- O tak, zdecydowanie jestem za tym, żeby tu przenocować - rzuciła z optymizmem w głosie odpowiadając na sugestię Pierre'a. - W taką pogodę najlepiej siedzieć przy kominku i się ogrzewać, a sądząc po tym, jak kopci się z komina, jakiś tam jest.

Jej klacz dziwnie się zachowywała, więc spróbowała ją uspokoić, a następnie trzymając za uzdę ruszyła w kierunku Pierre'a i Douko. Nagle naszła ją ochota na ciepłe mleko. Niestety, żadnej kozy nie było w pobliżu.
 
__________________
Every next level of your life will demand a different version of you.
Layla jest offline  
Stary 29-01-2018, 19:28   #5
 
Ronin2210's Avatar
 
Reputacja: 6453 Ronin2210 ma wspaniałą reputacjęRonin2210 ma wspaniałą reputacjęRonin2210 ma wspaniałą reputacjęRonin2210 ma wspaniałą reputacjęRonin2210 ma wspaniałą reputacjęRonin2210 ma wspaniałą reputacjęRonin2210 ma wspaniałą reputacjęRonin2210 ma wspaniałą reputacjęRonin2210 ma wspaniałą reputacjęRonin2210 ma wspaniałą reputacjęRonin2210 ma wspaniałą reputację
Drużyna poznana ledwie tydzień wcześniej nadal wydawała się Dieterowi iście zjawiskową zbieraniną, gdyby tylko dołączył do nich elf z długim łukiem można by uznać że uosabiają bohaterską drużynę idącą na przeciw hordom chaosu jak w zasłyszanych czasami tawernianych opowieściach.

Dieter Krankbaum nie należał do wybitnie rosłych czy umięśnionych mężów, lecz jak wiadomo kto lekceważy przeciwnika zazwyczaj ląduje na ziemi z kilkoma połamanymi żebrami lub przetrąconą szczęką, tak było też z osobnikami sądzącymi że potrafią utrzeć mu nosa. Nosa, który w tym momencie był głęboko schowany w kapturze, a spod którego widać było jedynie przemoczone ciemnobrązowe włosy i bystre błękitne oczy taksujące najbliższą okolicę w poszukiwaniu potencjalnego niebezpieczeństwa.

Ciemności nie przeszkadzały Dieterowi, gdyż od małego doskonale widział nawet w całkowitym mroku, nie chwalił się tym gdyż nie był pewien czy inni nie uznają jego umiejętności za nienaturalne a jego samego za odmieńca.
Rozsiadł się najwygodniej jak tylko mógł w niewygodnym siodle i miał nadzieje że dobrze naoliwił całą kolczą zbroję, ostatnim czego chciał była rdzewiejąca prawie nowa kolczuga.

Pogoda popsuła się strasznie, wiał silny wiatr i zacinał lodowaty deszcz, który wlewał się w każdy zakamarek, koń rżał niezadowolony lecz oboje byli w tej samej beznadziejnej sytuacji. Dieter dbał tylko o jedną rzecz bardziej niż o siebie, swoim przeciwdeszczowym płaszczem szczelnie okrył powtarzalną kuszę, która ratowała mu już nie raz życie w wielu opałach.
Kusza była bezpieczna przed zacinającym deszczem, leżała sobie gotowa by posłać do diabła wszelkie plugastwa jakie mogły czaić się w ciemnościach na czekającym ich szlaku.

Szybciej od innych zauważył rozświetloną chatę w oddali lecz nie wspomniał o tym i pozwolił by inni sami to zobaczyli. Zbliżając się do niej odbezpieczył kuszę i powoli zaczął jechać w kierunku budynku wyglądającego na stodołę.
- Rozumiem że chcemy się wysuszyć i ogrzać lecz rozsądek nakazuje zadbać wpierw o bezpieczeństwo, sprawdźmy stodołę czy można w niej bezpiecznie zostawić nasze wierzchowce. - Mówiąc to zszedł z konia i ostrożnie wszedł do środka mając cały czas kuszę w pogotowiu.
 
Ronin2210 jest offline  
Stary 29-01-2018, 21:24   #6
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Reputacja: 31022 Kerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputację
Imperium zdecydowanie różniło się od rodzinnej Estalii Félixa von Vessel. Co nie znaczyło, że mu się tu nie podobało. Imperium miało swoje wady, ale miało i zalety. Najlepiej owe wady i zalety poznawało się podróżując, co Félix robił, co pewien czas zmieniając miejsce pobytu.
Cóż... czasami wyjazd był nieco wymuszony, ale w szczegóły Félix się nie wdawał. Przyczyny bywały różne, więc po co się w nie wdawać...

* * *

Otulił się szczelniej opończą. Jemu co prawda deszcz i wiatr aż tak nie przeszkadzały, ale pistolet niezbyt lubił wilgoć, a po co komu broń, która nie mogła wystrzelić? Co prawda skórzana kurta nie przepuszczała wody, ale lepiej było zapobiegać nieprzyjemnym przypadkom, niż na nie reagować.

Rozejrzał się, równą uwagą obdarzając otaczające ich góry, jak i towarzyszy podróży.
Nie da się ukryć - towarzystwo, w jakim podróżował, było bardzo interesujące. Barwne, można by rzec. Różnej płci, różnych ras i zawodów, z różnych stron świata. Niespotykana wprost mieszanka.
Jednak Félixowi to nie przeszkadzało. Przynajmniej tak długo, jak długo na tym tle nie dochodziło do konfliktów. Przekomarzanie i drobne dogryzanie tolerował, ale nie rzucanie się sobie do gardeł. Szczególnie w sytuacji, gdy mieli przed sobą wspólny cel, który zdecydowanie łatwiej można było osiagnąć dzięku współpracy, a nie kłótniom.
Do tych, na razie, nie dochodziło, i Félix miał nadzieję, że tak pozostanie do końca.

Widok domostwa, z komina którego unosił się dym, napawał optymizmem. Umiarkowanym, bowiem nigdy nie było wiadomo, kto w owym domu rozpalił ogień, i jak spojrzy na nieoczekiwanych gości.

- Trzeba by sprawdzić - powiedział, spoglądając w stronę budynku - czy w ogóle jesteśmy tu mile widziani. A nawet jeśli, to i tak ktoś będzie musiał zostać w stodole i dopilnować, by nocą nasze wierzchowce się nie ulotniły - powiedział. - Na takim odludziu wszystko jest możliwe.

Poklepał po szyi gniadego wierzchowca, po czym zsiadł w konia i, trzymając go za uzdę, ruszył w stronę dużej szopy, która - jego zdaniem - powinny się zmieścić wszystkie konie.

- Sprawdzę, jak to wygląda w środku - dodał.

Tak w ramach zapobiegania nieprzyjemnym przypadkom.
Tego jednak na głos nie powiedział.
 
Kerm jest offline  
Stary 30-01-2018, 01:05   #7
 
Gob1in's Avatar
 
Reputacja: 13469 Gob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputację
Bardak Gurazsson.

Tyle i tylko tyle dowiedzieli się pozostali uczestnicy wyprawy do La Maisontaal o krasnoludzie, którego wyglądu nie sposób było pomylić z kimś innym. Barwione na pomarańczowo włosy były wygolone po bokach, a reszta przycięta do równej długości i postawiona w czub dobitnie świadczyły o profesji brodacza. Był jednym z Zabójców. Krasnoludów szukających odkupienia swych win w polowaniach na najbardziej niebezpieczne bestie zamieszkujące Stary Świat. Lub w czymś równie ryzykownym. O niebezpieczeństwa w Starym Świecie mimo wszystko było całkiem łatwo.

Bardak poza włosami barwił również brodę, którą dodatkowo splatał w grube warkocze spinane żelaznymi pierścieniami. Przy skórze widać było brązowe odrosty - prawdziwy kolor włosów krasnoluda pasujący do piwnych oczu ledwo widocznych spod masywnych łuków brwiowych i krzaczastych brwi.

Jego sylwetka budziła respekt. Mierząc prawie pięć i pół stopy ważył dobre dwa i pół cetnara. Oczywiście nie był zbudowany jedynie z mięśni, choć ich grube węzły widoczne pod skórą świadczyły o sile khazada, bowiem jego masę budowało także pokaźne brzuszysko dowodząc umiłowania do jadła i trunków wszelakich. Myliłby się jednak ten, kto uznałby tego przedstawiciela górskiego ludu za ociężałego grubasa, choć tak właśnie zwykle się zachowywał. Przy swoich pokaźnych gabarytach był jednak całkiem zwinny, o czym przekonało się już sporo zbyt pewnych siebie istot, które stanęły mu na drodze. O tych bardziej egzotycznych i wartych upamiętnienia spotkaniach poza sporą kolekcją blizn opowiadają tatuaże na torsie, ramionach i nogach Zabójcy. Był tam zarówno troll, jak i olbrzym, wielki żmij i inne istoty dużych rozmiarow w towarzystwie mrowia mniejszych, takich jak skaveny i, oczywiście, zielonoskórzy wszelakiego asortymentu. Ten krasnolud widział zarówno bitwy całych armii, jak i stawał przeciw potworom w pojedynkę.

Jak większość krasnoludzkich Zabójców preferuje lekki pancerz, w jego przypadku składający się ze skórzanego kaftana i nogawic, nie krępujący ruchów i nie odwlekający nieuniknionego - chwalebnej śmierci w szponach i zębach jakiejś bestii. Cały strój khazada jest mocno sfatygowany - nosi ślady starych uszkodzeń i wielu napraw. Od razu widać, że ten osobnik nie przywiązuje do niego większej uwagi.

Podobnie wygląda oręż Gurazssona - zarówno dwuręczny topór, jak i jego mniejszy odpowiednik wyglądają, jakby były jedynie narzędziami w rękach rzemieślnika, który choć je szanuje, to nie hołubi, dba, by były odpowiednio ostre, ale nie przejmuje się rysami, karbami, a nawet większymi pęknięciami. Narzędzia w rękach specjalisty.

Do grupy awanturników zachęconych ofertą mnichów z klasztoru dołączył w towarzystwie kobiety. Nie wyglądało na to, aby znali się od dawna, ale uważny obserwator dostrzegłby, że Zabójca podejrzanie często spogląda w jej kierunku starając się przy tym czynić to możliwie dyskretnie. Próżno byłoby szukać w tych ukradkowych spojrzeniach pożądania, oddania czy też nienawiści - zwykle wyraz twarzy brodacza nie zmieniał się ani o jotę, chociaż czasem gościł na niej grymas dezaprobaty lub zniecierpliwienia szczególnie, gdy Frau Wilenborg (bo o niej mowa) samotnie oddalała się od grupy "na stronę" lub robiła coś, czego nie pochwalał. Gurazsson nie powiedział ani słowa o wiążącej ich relacji, ale w żaden sposób nie zabraniał czynić tego Viktorii.

Przez cały czas trzymał się na końcu grupy zawsze mając Viktorię w zasięgu wzroku. Zwykle milczał zatopiony we własnych myślach, choć zapytany o zwykłe sprawy nie odganiał rozmówcy, nie toczył piany z ust, ani nie krzyczał. Na popasach język rozwiązywała mu odpowiednia dawka alkoholu (im mocniejszy, tym lepiej) - stąd pozostali mogli usłyszeć jedną czy dwie historie o walce ze stworami stworzonymi przez naturę lub Chaos. Wtedy wydawał się być całkiem sympatycznym i dającym się lubić krasnoludem.

Niezależnie od stanu upojenia zdawał się momentalnie trzeźwieć i markotnieć, gdy ktoś zapytał o jego rodzinny dom, klan, czy przyczynę podjęcia tak dziwnej dla nie-krasnoludów decyzji o samobójstwie z odroczonym terminem realizacji, jakim było wstąpienie w szeregi Zabójców. Nie naciskany dalej po prostu zamykał się w sobie i milczał, ale widoczne wzburzenie dawało pojęcie rozmówcy, że są to sprawy, za które można się brodaczowi poważnie narazić.

* * *

Pogoda się zepsuła. Sam fakt jazdy na wrednym czterokopytnym zwierzaku psuł Gurazssonowi humor. Wszak każdy krasnolud czuł się najlepiej na własnych nogach, a tu Viktoria uparła się na jazdę wierzchem. No pewnie. Zakupiony okazyjnie kuc był zapewne najbardziej złośliwym przedstawicielem swej rasy, co przejawiało się w ciągłym opieraniu się poleceniom krasnoluda. W pewnym momencie wkurzony brodacz obiecał mu spoglądając głęboko w ślepia, że zrobi z niego pieczyste na kolację dla wszystkich, na co kuc radośnie pokiwał łbem i zarżał z aprobatą.

Pewnie wiedział, że jest paskudny w smaku i wszyscy się później pochorują... wredne bydlę.

Nasilający się deszcz sprawił, że pomarańczowy czub zwisał smętnie spod kaptura podróżnego płaszcza. Sam khazad zdawał sobie nic nie robić z niesprzyjającej aury, podobnie jak z faktu natknięcia się na zamieszkały dom. Z ulgą stanął na ziemi, ale decyzja co do pozostania lub ruszenia dalej należała do Viktorii.
 
__________________
I used to be an adventurer like you, but then I took an arrow to the knee...
Gob1in jest offline  
Stary 30-01-2018, 21:28   #8
 
pi0t's Avatar
 
Reputacja: 27497 pi0t ma wspaniałą reputacjępi0t ma wspaniałą reputacjępi0t ma wspaniałą reputacjępi0t ma wspaniałą reputacjępi0t ma wspaniałą reputacjępi0t ma wspaniałą reputacjępi0t ma wspaniałą reputacjępi0t ma wspaniałą reputacjępi0t ma wspaniałą reputacjępi0t ma wspaniałą reputacjępi0t ma wspaniałą reputację

W rodzinnych stronach nikt nie przejmował się problemami Imperium. Niziołki żyły w żyznym i bogatym rejonie. Wojenne i gospodarcze zawieruchy zwyczajnie przechodziły bokiem, zbytnio nie wpływając na życie w Krainie Zgromadzeń. Mimo wszystko przedstawiciele małego ludu często wyruszali na szlak, ciekawi świata, żądni przygód. Ludo wybrał się w drogę jednak z innego powodu.

W jednej z chat, cała familia Kołodziejów radziła i ustalała kto ma odszukać Niklausa Kołodzieja. Większość krewniaków spuściwszy oczy, zatonęła w głębokiej zadumie. Krewnych ogarniał strach, jak gdyby za chwilę ktoś miał usłyszeć jakiś okropny wyrok, którego od dawna się spodziewali. W prawie wszystkich sercach wzbierało ogromne pragnienie dalszego odpoczynku i spokojnego życia. Ludo doceniał domowe zacisze, długi sen, smaczne jedzenie i dobre piwo. Z pozoru ceni sobie spokój, ale ciągnął go szeroki świat. Wykorzystał więc okazję i podjął się tego wyzwania. Odnalezienie wuja miało być prostą i przyjemną przygodą. Wtedy jeszcze strażnik pól nie wiedział jak bardzo się mylił. Imperium to ponury naznaczony przemocą świat. Młody Kołodziej wyruszył na szlak, licząc na łut szczęścia. Przeliczył się i to bardzo. Kierowany plotkami odlazł wuja. Wuja, który nie był już taki jak dawniej. Mimo, że upłynęło trochę czasu Ludo nadal się z tym zmagał.

Jakiś czas później, na trakcie prowadzącym z Ubersreik do La Maisontaal, niezbyt uważny obserwator mógłby pomyśleć, że w środku niedużej grupy jedzie chłopiec, drzemiący na kucu. Wystarczyło jednak zajrzeć na twarz ukrytą pod poła ciemnego płaszcza, aby stwierdzić, że to dorosły niziołek o lekko pucołowatej twarzy z delikatnym, niewielkim zarostem. Nie to było jednak istotne, wystarczyło zwrócić uwagę na wyraz jego twarzy oraz przedmiot, który obracał w dłoniach. Tabakiera, przedmiot ten pierwotnie nie należał do byłego strażnika pól. Związany był z Niklausem i obecną profesją Luda, ale o tym reszta bohaterów miała prawo nie wiedzieć.

Łowca wampirów czytać nie potrafił, jednak gdy dowiedział się o treści ogłoszenia, to niezwłocznie ruszył do wskazanego klasztoru. Po drodze nie podziwiał jednak pięknych i urokliwych widoków. Jego myśli krążyły gdzie indziej. Jak miałby powiedzieć krewnym o tym co się stało? Nie potrafiłby zataić prawdy, a krewnym lepiej było nie wiedzieć. Zdawało mu się, że nie mógł wrócić do domu. Siąpiący deszcz nie poprawiał jego humoru, w sumie był jego idealnym zobrazowaniem. Dopiero gdy dotarli do chałupy, Ludo uniósł kędzierzawą głowę i przytrzymał kaptur.
- Wciórności! Pierre i Félix mają rację, z gospodarzem trzeba się rozmówić. – Kołodziej zeskoczył z kuca wprost w wszechobecne błocko. Spoglądał w okna domostwa, z pewnością narobili wystarczająco hałasu, aby mieszkaniec bądź mieszkańcy zorientowali się, że mają „gości”.
 
__________________
Mistrz gry nie ma duszy! Sprzedał ją diabłu za tabelę trafień krytycznych!
pi0t jest offline  
Stary 31-01-2018, 17:49   #9
 
Hakon's Avatar
 
Reputacja: 27282 Hakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputację
Wyruszenie na szlak i sama decyzja męczyły Viktorię po opuszczeniu Halheim. Rodzinna wieś i piękne okolice przychodziły we snach dziewczyny. Niestety za każdym razem także śnił się "on".

Viktoria w pierwsze miejsce gdzie trafiła było Ubersreik. Tam nie mogąc się odnaleźć w jednej z karczm zainteresowała się dziwnym krasnoludem. Był nim Bardak Gurazsson. Khazad nie chciał zbyt wiele mówić, ale mając dość dziewki zaproponował grę w kości. brunetka zgodziła się z lekkim wahaniem i zaczęła się gra. Z początku niewinnie, ale szczęście było przy początkującej. Szybko wygrała i zyskała towarzystwo honorowego wojownika. Dziewczyna cieszyła się z tego faktu. Bardak skutecznie odstraszał nachalnych adoratorów Viktorii a do tego mogła poznawać osobliwego kompana. Słyszała o krasnoludach za młodu od ojca, który chwalił je za nieustępliwość w walce i honor.

Praca dla klasztoru wydawała się rozsądną a fakt iż potrzebowano osoby do robienia map ucieszyła Viktorię. Od matki nauczyła się kartografii. Teraz ta umiejętność da jej złoto na życie. Musiała teraz się tułać po świecie i szukać zarobku.

***

Dwudziestotrzyletnia Vitoria Wilenborg jechała na swoim, niedawno nabytym wałachu. Była tak podekscytowana zadaniem, które czekało, że namówiła nawet opornego Bardaka by wsiadł na kuca by szybciej dotrzeć do klasztoru. Entuzjazm tryskał z dziewczyny i gdy podczas drogi napotkali innych, którzy także jechali do klasztoru od razu zaproponowała by połączyli siły. Wszak chodzenie po górach i kurhanach w samotności może źle się skończyć a i pracodawca chciał zatrudnić grupy a nie pojedynczych poszukiwaczy.

Przez większość drogi Viktoria zaczepiała nowych kompanów i starała się coś o nich dowiedzieć. Niestety jakoś wszyscy wydawali się mrukami jak Bardak. Nawet niziołek niezbyt był rozmowny, chociaż kilka z nich widziała w życiu i raczej to oni tryskali energią.
Teraz gdy wjechali już na tereny górskie Viktoria nie zdejmująca swojej zbroi kolczej była opatulona obszernym płaszczem. Łuk ze strzałami przytroczony był do siodła wraz z tarczą a miecz wisiał u pasa jak i sztylet. Ciemne włosy schowane były pod skórzany hełm a czepiec spoczywał na plecach pod płaszczem. Tryskająca życiem ładna twarz dziewczyny była przysłonięta kapturem po którym spływały krople deszczu. Niebieskie oczy, przymknięte co jakiś czas się otwierały i rozglądały po okolicy, aż jeźdźcy z przodu zobaczyli światła w domostwie na ich drodze.
Dziewczyna zeskoczyła na błocko i skrzywiła się.
- Przeklęte błoto. prawie się wyrżnęłam.- Rzuciła pod nosem i gdy podniosła głowę widać było jak świecą jej oczy i buzia rozpogadza się.
Dziewczyna przysłuchiwała się rozmowom i w końcu sama dodała swoje pięć pensów.
- Domostwo stare i na szlaku. Powinno być bezpieczne bo ktoś na pewno tędy podróżuje. Gadajmy z gospodarzem i miejmy ciepłą i suchą noc.- Uśmiechnęła się do Bianci i ruszyła za rycerzem i kislevitą.
 
Hakon jest offline  
Stary 01-02-2018, 07:49   #10
 
Mroku's Avatar
 
Reputacja: 8805 Mroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputację
Podeszliście bliżej sporego budynku przypominającego stodołę i w słabej poświacie dochodzącej z domu obok ujrzeliście dwuskrzydłowe, drewniane wejście. Dieter szarpnął za jedno z nich a to ustąpiło bez problemu, dzięki czemu weszliście do środka. Konie znajdujące się na zewnątrz wciąż zachowywały się niespokojnie i tylko głupiec mógł sądzić, że to przez paskudną pogodę.

W środku unosił się zapach starości i wilgoci. W najdalszym kącie drewnianej stodoły ktoś zostawił pełgającą delikatnym ogniem latarenkę, niezbyt jednak rozpraszającą panujący półmrok. Krankbaum nie miał z tym żadnego problemu biorąc pod uwagę jego zdolność widzenia w ciemnościach, a i Felix dostrzegał mniej więcej, co znajduje się w środku. A w środku nie było wiele. Kilka powiązanych sznurkami snopków starego siana, trzy boksy dla zwierząt i stojące pod ścianą dziwne urządzenie, którego zastosowania mogliście się jedynie domyślać. Resztę stanowiła wolna przestrzeń, służąca pewnie kiedyś do składowania siana.

Nagle za ostatnim z boksów usłyszeliście dziwne chrobotanie i szelest, a potem piski kojarzące się ze szczurzymi. Dźwięki były tak głośne, że przebijały się przez uderzający o dach deszcz. Z bronią w gotowości ujrzeliście po chwili, jak zza drewnianej ścianki oddzielającej miejsca dla koni wyłaniają się dwa śniade szczury. Nie były to jednak znane z Imperium gryzonie kanałowe. Te tutaj masywnością i wielkością przypominały dobrze odkarmionego psa. Piszcząc głośno wpatrywały się w was obsydianowymi ślepiami.


Stając na tylnych łapach i wąchając otoczenie, wzrostem przypominały niskiego krasnoluda. Nigdy wcześniej nie spotkaliście się z takimi zwierzętami i przyglądaliście im się z zaskoczeniem, tak jak i one wam. Po chwili oba wielkie okazy pisnęły przeciągle i desperacko rzuciły się w waszą stronę, ale jako że staliście na drodze między nimi a otwartymi na oścież drzwiami, ciężko było wam ocenić, czy gryzonie chcą was zaatakować, czy po prostu wiedzione strachem przed nieproszonymi gośćmi chcą ulotnić się jak najszybciej ze stodoły.


Przez zaparowane i mokre okna Ludo właściwie nic nie dostrzegł, więc Pierre nacisnął na klamkę, a drzwi ustąpiły. Zapach ciepła uleciał w ciemność zapadającej nocy gdy zniknęliście w środku budynku. W sporej wielkości pomieszczeniu panował półmrok i wielkie było wasze zdziwienie gdy przy stole ustawionym mniej więcej po środku i kominku na przeciwległej ścianie od wejścia będącym jedynym źródłem światła, dostrzegliście ogrzewających się osiem osób. Ale ludźmi byli oni jedynie z pozoru.

Ujrzeliście przed sobą szczury wielkości człowieka poruszające na dwóch nogach. Smród jaki od nich emanował był nieziemski - ohydna mieszanka stęchlizny, ścieków i odchodów. Dopiero teraz przypomnieliście sobie liczne opowieści o skavenach – szczuroludziach. Do tej pory jakoś nie wierzyliście w te bajki, sądząc że były jedynie wymysłem prostych i głupich ludzi. Do tej pory.

Siedmiu z nich wyglądało na wojowników - siedzieli na taboretach przy stole, na blacie którego spoczywały ich miecze. Natomiast ostatni, mierzący około półtora metra, i stojący przy kominku, odziany był w szary habit z luźnym kapturem spoczywającym na jego wątłych barkach. Pomiędzy uszami wiły mu się długie rogi, co przydawało mu złowieszczego wyglądu, a w dłoni dzierżył drewnianą laskę zakończoną grotem emanującym niezdrową, zieloną energią.

Skaveni byli nie mniej zaskoczeni, niż wy - zapewne wiejący wiatr i szalejąca ulewa stłumiła odgłosy waszego zbliżania się i wejścia. Mimo to błyskawicznie poderwali się od stołu dobywając swych mieczy i zasłaniając własnymi ciałami pobratymca w habicie. Sześciu skaveńskich wojowników było masywnie zbudowanych, odzianych w różne, często niepasujące do siebie części zbroi. Łypali swymi bystrymi ślepiami i nerwowo kręcili nosami.

Ostatni z nich, górujący nad nimi szczuroczłek stał najbliżej swego pobratymca w kapturze i w dłoniach dzierżył pistolet oraz miecz. Celował nerwowo samopałem to w Pierre'a, to w Douko. Co wydało wam się nieco dziwne, nie wykonali jednak żadnych wrogich ruchów w waszym kierunku.


- Staćspoko wy! Ja mówić, wy słuchać! - Z boku grupy swoich ochroniarzy delikatnie wychylił się szczurołak w habicie. Dopiero teraz dojrzeliście że ma szare futro idealnie komponujące się z ubraniem, a jego czerwone oczy biją dziwnym, wewnętrznym blaskiem. Głos skavena był piskliwy i rwany, tak jak jego staroświatowy. - Nie walczyćskaven, bo szybkoumrzeć. My nie chcieć z wami walczyć, ale jak wystąd niewyjść to my wasubić! Iśćteraz, długożyć!

Szczurołak zdawał się odprężyć i wyszczerzył swe żółte kły rozglądając się wokół. W trakcie tego wymienił znaczące spojrzenie ze stojącym obok pobratymcem z samopałem i rozłożył ręce w pozornym geście bezradności. Siódemka szczuroludzi obserwowała was nerwowo i nie opuszczała swych mieczy, wciąż zasłaniając sobą skavena w habicie.
 
__________________
All we have is now...

Ostatnio edytowane przez Mroku : 01-02-2018 o 07:52.
Mroku jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 09:26.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166