Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 07-06-2018, 11:56   #1
Konto usunięte
 
Carnal Grief's Avatar
 
Reputacja: 3244 Carnal Grief ma wspaniałą reputacjęCarnal Grief ma wspaniałą reputacjęCarnal Grief ma wspaniałą reputacjęCarnal Grief ma wspaniałą reputacjęCarnal Grief ma wspaniałą reputacjęCarnal Grief ma wspaniałą reputacjęCarnal Grief ma wspaniałą reputacjęCarnal Grief ma wspaniałą reputacjęCarnal Grief ma wspaniałą reputacjęCarnal Grief ma wspaniałą reputacjęCarnal Grief ma wspaniałą reputację
[Warhammer 2ed.] Niemartwi


4. Backertag,
Erntezeit, Czas Zbiorów,
Siegfriedhof, Wielkie Księstwo Stirlandu,
2532 rok wg KI.



Położone nad rzeką Stir w pobliżu Lasu Głodu, Siegfriedhof było miasteczkiem należącym do Zakonu Rycerzy Kruka, morryckich wojowników zakonnych, poświęcających życie niszczeniu nieumarłych. Klasztor wybudowany z czarnego kamienia górował nad miastem, umiejscowiony kilka kilometrów od niego, gdzie trzymał straż nad granicą z Sylvanią od wschodu. Podobnie, jak bliźniaczy klasztor w Essen, opactwo pod wezwaniem św. Edelberta Czujnego wysyłało agentów do Sylvanii, aby zdobywali informacje, które można było wykorzystać przeciwko książętom wampirów. To właśnie na ten temat miasteczko huczało od kilku dni.

Siedząc w karczmie "Uśmiech Morra", słyszeliście plotki na temat powstającej w Sylvanii armii nieumarłych, która miała maszerować w stronę Imperium. Z tego względu wysłano tam nawet niemal wszystkich rycerzy Kruka, którzy mieli rozbić bandy ożywieńców i wrócić do klasztoru w ciągu dwóch tygodni. Ponoć niumarli maszerowali aż od sylvańskiego miasta Nachthafen w kierunku Lasu Głodu, jednak nikt nie był w stanie potwierdzić ani zaprzeczyć tym informacjom. Pewnym było, że rycerze wyjechali na nieprzychylne im tereny, co mogło oznacać, że coś jednak się dzieje.

Wy natomiast raczyliście się dobrą strawą i piwem już trzeci dzień z rzędu, zastanawiając się, co począć dalej. Trakty co prawda nigdy nie były bezpieczne, ale ostatnio napadów zwierzoludzi i bandytów było w okolicy więcej, niż zwykle. Jeśli doszłyby do tego ataki nieumarłych, wyłaniałby się obraz dość nieciekawego miejsca, które lepiej omijać szerokim łukiem. Choć z drugiej strony, kto normalny zatrzymuje się w mieście, które graniczy z Sylvanią, a przez okno karczmy można zobaczyć ścianę owianego złą sławą Lasu Głodu? Znaliście się zaledwie od tygodnia i choć dzieliło was odmienne podejście do życia i własne sprawy, za którymi każde z was podążało, to było wiadomo, że w tych niespokojnych czasach lepiej trzymać się razem.

A zbieraniną byliście naprawdę niecodzienną i nie dziwiło, że mieszkańcy miasteczka podeszli do was z ogromnym dystansem i wręcz chłodem. W miejscu, gdzie w większość mieszkali ludzie, a krępi mężczyźni pracowali przy wyrębie lasu, lub łowili ryby, widok trójki elfów musiał być czymś niecodziennym. Dużo uprzejmiej traktowano kapłankę Morra i rycerza, który jej towarzyszył, jednak mimo wszystko w powietrzu czuć było nieufność i podejrzliwość. Tak, jakby za każdym razem oczy tubylców były zwrócone w waszą stronę, wyglądając najmniejszego fałszywego ruchu.

Dzisiejszego przedpołudnia jednak, oczy wasze i gości gospody zwróciły się ku starszemu, żylastemu mężczyźnie o siwych włosach, który wpadł do karczmy, jakby goniło go stado ogarów Chaosu. Zdyszany i przerażony, zatrzasnął za sobą drzwi i oparł się o nie, próbując ryglować je własnym ciałem.
- Ludzie! Żywe trupy z grobów wstały! Mówię wam! Z naszego cmentarza! Nasi pomarli najbliżsi! Idą w stronę miasteczka! - Krzyczał, łapiąc ciężko oddech.
Przez chwilę w głównej sali nastała konsternacja, a potem przetoczył się po niej ryk śmiechu. Śmiali się dosłownie wszyscy, oprócz was, nieco zaskoczonych takim zachowaniem tubylców.
- Daj spokój, Otto, znowu żeś popił i ci się wydaje! - rzucił ktoś, zanosząc się od śmiechu.
- Już my znamy te twoje historyjki, stary alkoholiku. Może jeszcze Sigmara widziałeś, co? - Zawtórował mu inny.
- Skończ już pierdolić, bo i tak nikt ci nie uwierzy! - Warknął potężnie zbudowany, brodaty drwal.
- Powinieneś już przestać kopać te doły dla naszych bliskich, bo ci szkodzi przebywanie z trupami! - Krzyknęła jakaś kobieta.
- To jest prawda, naprawdę prawda! - Odburknął siwowłosy mężczyzna, który był chyba tutejszym grabarzem. Tak przynajmniej wynikało z tego, co mówili inni. - Musimy coś zrobić, zanim dotrą do miasteczka!

Przetoczył wzrokiem po izbie i jego spojrzenie zatrzymało się nagle na Elsie i Haraldzie. Chyba szybko przyszło mu do głowy, kim owe persony są, gdyż prześlizgnął się szybko między stołami zajmowanymi przez roześmianych gości i prawie uklęknął przed kapłanką i rycerzem.
- Wy mi uwierzycie! Musicie! Trupy idą do miasteczka, jeśli jakoś ich nie powstrzymamy, będzie źle! Proszę, uwierzcie mi! Musicie coś zrobić! Ledwo im uciekłem! - Gadał jak nakręcony, z determinacją w głosie, patrząc to na Morrytów, to na elfy, Żara i Dietera.
Z informacji, które słyszeliście w karczmie wynikało, że nieumarli byli wciąż daleko i oddział Rycerzy Kruka został już wysłany, by ich spacyfikować na sylvańskiej ziemi. Z drugiej strony, nie wyglądało, by stary, roztrzęsiony grabarz kłamał.
 

Ostatnio edytowane przez Carnal Grief : 07-06-2018 o 13:17.
Carnal Grief jest offline  
Stary 07-06-2018, 20:47   #2
 
Phil's Avatar
 
Reputacja: 20077 Phil ma wspaniałą reputacjęPhil ma wspaniałą reputacjęPhil ma wspaniałą reputacjęPhil ma wspaniałą reputacjęPhil ma wspaniałą reputacjęPhil ma wspaniałą reputacjęPhil ma wspaniałą reputacjęPhil ma wspaniałą reputacjęPhil ma wspaniałą reputacjęPhil ma wspaniałą reputacjęPhil ma wspaniałą reputację
Uśmiech Morra... co za nazwa dla tego przybytku. Skoro jednak Zakonowi Rycerzy Kruka nie wadziło takie naigrawanie się z imienia boga, to i Harald von Grossheim nic na ten temat nie mówił. Milczący, poważny rycerz uniósł kielich z czerwonym, wytrawnym, niemalże kwaśnym winem w geście pozdrowienia. Jego towarzysze stanowili nie lada mieszankę... On sam, w swej czarnej zbroi, w zasadzie pasował do tej mieściny. Pełno tu było podobnych do niego, wyznawców Pana Śmierci, członków starożytnego zakonu.

Nie wiedział czego szukają w tym przeklętym rejonie Imperium pozostali siedzący z nim przy stole. Oni nie mówili, on nie pytał. Dla rycerza to był jednak kraj ojczysty. Nie znał innego świata, ani innego życia. Walczył z przeklętymi od wielu lat. To było jego zadanie i jego przeznaczenie.

Ostatnimi czasy panował względny spokój. Jak zawsze, cisza zwiastowała burzę. Słyszał już plotki o martwych powstających znowu z grobów na wezwanie plugawych mocy. Jego siła i broń będzie znów potrzebna, jeśli mieszkańcy tych ziem mieli spać spokojnie w swych łóżkach. Czekał niecierpliwie na kolejną próbę, obiecano mu możliwość złożenia ślubów zakonnych, jeżeli znów wykaże się odwagą.

* * *

Drzwi karczmy trzasnęły, a stary człowiek zaczął wykrzykiwać bez ładu i składu słowa o trupach chodzących po ulicach. – "Głupcy!" – pomyślał rycerz, słuchając szyderstw innych gości karczmy. – "Czyż nie wiecie, gdzie mieszkacie? Czyście już zapomnieli?"

Gdy starzec podszedł do nich, zwrócił się do niego suchym, zdecydowanym głosem. – Spokojnie, ojcze. Mówcie coście dokładnie widzieli. – Gdy starzec zakończył swoją opowieść, Harald obrócił się do kapłanki Morra, której bezpieczeństwa miał strzec. To jej słowo było dla niego wiążące.

- Wielebna?
 

Ostatnio edytowane przez Phil : 08-06-2018 o 08:11.
Phil jest offline  
Stary 07-06-2018, 22:34   #3
Femme Fatale
 
Nami's Avatar
 
Reputacja: 44704 Nami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputację
Elsa zgadzała się ze swoim towarzyszem, co do kpiącej, według jej mniemania, nazwy karczmy. Nie rozumiała tego i niechętnie przesiadywała przy stoliku. Czuła jednak, że to właśnie to przeznaczenie, o którym często śniła. Miało być właśnie tak, jak jest, z osobami, które ją otaczały oraz w karczmie o nazwie, która powodowała drżenie brwi i instynktowne ściskanie wisiorka.

Harald i Elsa byli niemal nierozłączni. Wszędzie razem chodzili, zajmowali ten sam pokój, a nawet zdawało się momentami, że tylko ze sobą rozmawiają, pozwalając innym by mogli słuchać. Kapłanka często spoglądała na niego spod swoich sennych powiek, z ciekawością jak i ciepłem. Długoletnia znajomość zdjęła dystans, jaki na początku między nimi był. Podróżując i spotykając się od długiego czasu, stanowili między sobą lekki kontrast, który wbrew pozorom był do siebie dopasowany. Kapłanka, w przeciwieństwie do mężczyzny, miała jasne, nieco bardziej wyblakłe od blondu, długie włosy, które mimo wszystko zawsze upinała w wysoki kok, twierdząc tym samym, że nie pragnie ukazywać swej urody, a być jedynie skromną służką swojego Pana. Na smukłej, podłużnej twarzy, osadzone były duże, acz wiecznie przymrużone, ciemnozielone oczy, które w półmroku nabierały barwę czerni. Były wiecznie zmęczone i senne, choć wbrew pozorom skupione i ciekawskie. Skóra wokół nich była ciemna, poszarzała, sprawiała wrażenie pomalowanej na jasnoszary kolor. Usta choć pełne i wyraziste, zdawały się nabrać siny kolor, często były wysuszone, zaś właścicielka nawet nie raczyła zwilżyć ich językiem. Wyraz jej twarzy dosyć często przypominał znużenie i nadmierną powagę, przez co ewidentnie biło od niej nieopisanym chłodem. Jej wszystko-badający i ciekawski wzrok zawsze dążył do walki na spojrzenia i nie spuszczał wybrańca z oka, póki ten pierwszy nie odpuścił lub nie poczynił czegoś nadmiernie nudnego. Cera kobiety była nienaturalnie blada, wręcz trupia, co w całokształcie nadawało jej niezdrowy i przerażający wygląd. Elsa była niską, bożą posłanką, o wzroście około metr sześćdziesiąt dwa. Figurę miała drobniutką, filigranową, bardzo szczupłą. Więcej szczegółów z jej ciała była szczelnie zakryta kapłańską, czarną długą szatę, bez żadnych ozdób, haftów czy obszyć. Na głowie miała diadem o wartości jedynie religijnej, który zdobił jej czoło emblematem czarnej róży. Szyję zaś ozdabiał naszyjnik z wisiorkiem w postaci kruka.


Kiedy do przybytku wparował starzec, Elsa z osowiałej, sennej istoty, stała się żywą i całkiem energiczną kobietą. Wsłuchiwała się z zaciekawieniem w słowa każdego obecnego, analizując mentalność i wyciągając wnioski a propos ewentualnej pomocy w obronie miasteczka - nie widziała nadziei.

- Hmm - wymruczała z zastanowieniem wbijając spojrzenie niemal czarnych oczu w starca. Walka na spojrzenia trwałaby dłużej, gdyby nie Rycerz, który sprawił, że Elsa nagle się ocknęła. Przeniosła na niego leniwe spojrzenie, jej oczy zamrugały tylko raz.

- Obowiązkiem naszym jest chociażby sprawdzenie twych słów - mimo iż zwróciła się do starca, wciąż patrzyła na Haralda - Jednakże miej świadomość, że za łgarstwo zostaniesz przeklęty i potępiony. Nekromancja to nie powód do żartów. Morr na pewno się nie uśmiechnie - odniosła się do kiepskiej nazwy widniejącej na szyldzie, mając na ustach gorzki uśmieszek. Podniosła się z siedzenia tak starannie i wolno, że nie było do końca wiadome czy na pewno wstanie czy może tylko poprawi krzesło. Kiedy jednak w końcu stanęła na własnych nogach, wsunęła krzesło, ułożyła naczynia swoje jak i rycerza w symetrycznym porządku, po czym na sam koniec spojrzała na innych.

- Pan wzywa... - skinęła głową i wzięła spokojny wdech -...po trzynastu latach - w oczach kapłanki dało się dojrzeć błysk, a jej blada twarz nabrała rumieńców - Chodźmy - tutaj spojrzała na elfkę, która pierwsza rwała się do pomocy, co Elsę cieszyło w głębi duszy. Posłała jej więc drżenie swoich warg, co miało być uśmiechem. Prawdopodobnie to szczyt uśmiechu jaki Morr mógłby posłać tym mieszkańcom.
 
__________________
Gram: [WFRP 1 i 1/2] Chęć przeżycia
Nami jest offline  
Stary 08-06-2018, 10:56   #4
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Reputacja: 42038 Kerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputację
Wysoki, białowłosy elf siedział przy stole w karczmie o dziwacznej (jego zdaniem) nazwie i nie okazując uczuć wysłuchiwał wieści o tym, co dzieje się w sąsiedniej Sylvanii. Nie we wszystko wierzył, nie wszystko uważał za bajki, jednak w najmniejszym stopniu się tymi opowieściami nie przejmował, jako że nie miał powodów, by do wspomnianej Sylvanii wędrować.

Z tym, z którymi siedział przy stole, znał się od niedawna i uczucia w stosunku do nich miał, można by rzec, mieszane. Na towarzystwo w podróży - takie przynajmniej miał wrażenie - nadawali się, ale jakieś bliższe, przyjacielskie stosunki? Do tego było jeszcze bardzo, bardzo daleko.

W ogóle Eryastyr nie był zachwycony ani małym Siegfriedhofem, ani Lasem Głodu, też wielkim Stirlandem. Prawdę mówiąc jego niewiele zachwycało, prócz rodzinnego Athel Loren. Ale nie zamierzał wybrzydzać - miejsce, w jakim się znajdował, przyjmował takim, jakie było. W końcu gdy się kogoś szukało, to trzeba było wędrować po świecie, bez względu na to, jak się komu ten świat w danym momencie podobał.

Gdy do karczmy wtargnął starzec, z okrzykiem, iż zmarli wstają z grobów, Eryastyr odstawił kielich z winem i spojrzał na mówiącego, zastanawiając się, czy tamten miał zwidy czy może wypił za dużo. Gdy jednak grabarz upierał się, że mówi prawdę, elf doszedł do wniosku, że jednak trzeba by to sprawdzić, zanim będzie za późno na jakiekolwiek działania.

- Chodźmy więc zobaczyć, co się dzieje - powiedział, wstając i biorąc łuk do ręki.

Miał świadomość, ze jesli to faktycznie będą ożywione trupy, to dość trudno będzie je pozabijać po raz drugi. Miał jednak nadzieję, że miecz i strzały dadzą sobie jakoś radę, a kolczy kaftan ochroni go, w razie konieczności, przed atakami.
 
Kerm jest offline  
Stary 08-06-2018, 13:24   #5
 
Asmodian's Avatar
 
Reputacja: 22024 Asmodian ma wspaniałą reputacjęAsmodian ma wspaniałą reputacjęAsmodian ma wspaniałą reputacjęAsmodian ma wspaniałą reputacjęAsmodian ma wspaniałą reputacjęAsmodian ma wspaniałą reputacjęAsmodian ma wspaniałą reputacjęAsmodian ma wspaniałą reputacjęAsmodian ma wspaniałą reputacjęAsmodian ma wspaniałą reputacjęAsmodian ma wspaniałą reputację
Uśmiech Morra. Kto jak kto ale leśny elf mógł zrozumieć nazwę, nawiązującą do pobożności, a jednak będącej raczej niewybrednym żartem. Dla elfów, bogowie byli nieodłączną częścią świata, przenikając śmiertelne istoty i nasycając je swoją energią. Czasem śmiertelni, których percepcja była odpowiednio pobudzona potrafili z nimi bezpośrednio rozmawiać, lub dosłownie czuli ich obecność. Nie inaczej było z Faeranduilem Iarsandoralem, czarodziejem z dalekiego Arranoc, krainy o której większość ludzi żyjących tutaj najpewniej nigdy nie słyszała. Kraina ta bowiem, ukryta w głębokim i prastarym Athel Loren, znajdowała się daleko na zachodzie, niedostępna dla niemal wszystkich śmiertelników żyjących w starym świecie, włączając w to również mieszkańców tych ziem. Ziemie te, jakkolwiek żyzne i zielone, na swój sposób piękne, spowite były mrocznym cieniem rzucanym przez swojego sąsiada, przeklęte ziemie Sylvani. Najprawdopodobniej tym Faeranduil tłumaczyć mógł przedziwną nazwę karczmy, która tak dziwiła siedzących z nim przy stole towarzyszy. I kiedy oni prowadzili spokojną rozmowę, okraszoną lokalnym piwem i lokalnymi specjałami, elf zajęty był jak zwykle sporządzaniem co tygodniowych notatek ze swojej niezwykłej podróży. Gęsie pióro śmigało z gracją, prowadzone przez smukłe palce przedstawiciela starszej rasy, zapisując drobnym maczkiem runy starego jak sam świat alfabetu anoqueian.
Poza pisaniną, która w tej części ogromnego obszaru zwanego Stirlandem była cokolwiek podejrzana, i zarezerwowana dla szpiegów, medyków, arystokracji i czarodziejów, z czego jedynie medycy cieszyli się względną tolerancją, elf starał się nie wyróżniać z otoczenia. Niespecjalnie się to ostatnio udawało, skoro znalazł się w towarzystwie dwójki innych elfów, rycerza, kapłana lokalnego bóstwa, zbrojnego i przedziwnie wyglądającego człowieka, którego pobożność wypisana była na skórze. Elf zaszeleścił kartkami, porządkując swoje notatki, wyciągnął na wierzch jedną czysto ze stosu którym potrząsnął, zanurzył pióro w kałamarzu i ponownie zaczął pisać, najwyraźniej rozpoczynając nowy wpis.

"524 rok, sezon szósty, 19ty dzień pory spadających liści. Nów białego księżyca.

Wydaje się, że utknąłem w Siegfriedhof na dobre, z bardzo prozaicznego powodu. Braku środków. Tutejsze linie dyliżansu to istne kłębowisko ździerców i oszustów, a lokalni przewoźnicy nie pływają dalej niż do okolicznych wiosek, w których najpewniej utknę jeszcze bardziej. Jestem więc zmuszony nieco dłużej zostać w mieście. Mimo, iż tutejszy klimat mi służy, nuda zaczyna dawać mi się we znaki. Jesteśmy na pograniczu krainy zwanej przez ludzi Stirlandem, a samo miasto, położone nad ciemnymi wodami rzeki Stir otoczone jest niemal ze wszystkich stron lasami. Niebezpiecznymi, sądząc z zabobonnych, i ewidentnie przekoloryzowanych opowieści miejscowych, ale jednakże zaobserwowałem duże, wyraźne kosmyki Shyish. Lud tu jest krępy i niski, niczym krasnoludy które pojawiają się również w tych okolicach, podejrzliwy ponad miarę i mający nieco dziwne, aby nie napisać, ekstraordynaryjne zwyczaje. Otóż najpewniej wspominałem w poprzednim zapisie, że miejscowa młodzież bardzo śmiele postępuje z nowoprzybyłymi, a mianowicie, że obrzucono mnie fekaliami tutejszego bydła, co mi wydawało się odrażającym przykładem rasizmu i nienawiści, czemu zresztą zasadnie się sprzeciwiłem. Rodzice owej rozbrykanej młodzieży nie zrozumieli jednak moich racji, i patrzyli na mnie w wyjątkowy sposób, zdradzający głębokie zdumienie, lub co najmniej skrajny debilizm. Poniechałem więc dalszych prób ukarania bezczelnych sprawców zamieszania i postanowiłem ograniczyć straty. Dopiero dwa dni później mój płaszcz pozbył się kłopotliwej plamy. Tymczasem jednak sprawa w końcu się wyjaśniła i wczoraj pewien chłop który popijał ze mną lokalny trunek zwany wyciągiem z mandragory, orzekł całkiem szczerze zresztą, że jest to po prostu lokalny zwyczaj i dostąpiłem w ten sposób zaszczytu błogosławieństwa przez jedno z ich prymitywnych bóstw, których nazwy brzmią tak szorstko i obco, iż nie zamierzam kaleczyć pióra i pergaminu próbując je utrwalić. O ile dobrze go zrozumiałem, to fakt, że trafili tym obmierzłym pociskiem ma być ponoć oznaką szczególnej łaski. Trunek którym raczyliśmy się wczorajszego dnia nie był bynajmniej tajemną miksturą alchemiczną, bo przy całej swojej egzotycznej nazwie okazał się niczym innym jak tylko jęczmiennym, młodym piwem o korzennym smaku. Mocnym jak na piwo, ale bardzo znośnym. Co prawda powątpiewałem w prawdomówność owego indywiduum, które będąc pod wpływem znacznej ilości nieistniejącej mandragory przekonywało mnie, że spotkał mnie niewymowny zaszczyt, i lokalne społeczeństwo okaże się znacznie bardziej spolegliwe, to karczmarz potwierdził ów fascynujący zabobon. Niemniej pomimo nudy, ostatni tydzień nie był całkowicie stracony bo z woli Asuriana poznałem kilka niezwykle interesujących osób, z którymi przynajmniej mam szansę wyrwać się z miasta. Pierwszym, którego opiszę był..."


Nagłe wtargnięcie starca wyrwało elfa z zapisek. Oparł się wygodnie o fotel krzesła i w spokoju, nawet nie mrugnąwszy przyglądał się całemu zajściu. Słysząc, że jego nowi towarzysze zamierzają jednak całą rzecz zbadać, pokiwał jedynie głową wyrażając aprobatę dla ich zdecydowanej postawy i chęci działania. Nekromancja, jak i inne mroczne sztuki nie była czymś, co należało bagatelizować. Już kilka razy przekonał się, że zabobonne biadolenie miejscowych kończyło się jakąś życiową prawdą, lub echami z przeszłości tych ziem, bardzo mrocznej zresztą. Stirland, w rozumieniu elfa byłby idealnym poletkiem dla nekromanty do praktykowania swojej wiedzy, zważywszy na fakt obecności wielu pasemek wiatru śmierci, które szczególnie lubiły koncentrować się w okolicach kurhanów i cmentarzy. A tych w Stirlandzie, sądząc po opowieściach miejscowych nie brakowało, nie wspominając już o jego wschodnim sąsiedzie. Zaskoczony był jedynie tym, że starzec niepokoił podróżnych w karczmie, jakby ludzie po prostu tutaj biegli z wszystkimi swoimi problemami, zamiast kierować je tam, gdzie kierować się je powinno. W Siegfriedhof znajdował się kult ludzkiego boga śmierci, i tylko przez przypadek jeden z ich przedstawicieli właśnie tu przyszedł wypocząć. Zawsze pozostawał też jakiś oficjalny rządca tego miasta, może jakiś grododzierżca lub bajlif. Elf nie był wtajemniczony w ludzką hierarchię, jednak jakaś musiała przecież istnieć.Chyba, że starzec istotnie był szalony i nawet lokalna władza nie dawała mu już wiary. Aby więc nie skompromitować się, należało wpierw sprawdzić, czy szaleniec jest tylko desperatem w potrzebie, czy ordynarnym kłamcą.

-I tak o to banda nieustraszonych awanturników ruszyła na pomoc nieświadomym swego losu kmiotkom, którzy w swym kwietyźmie trwali i wszystko w zadku mieli...trywialne -

Mruknął i odłożył na bok pióro, wycierając je niewielką ściereczką z irchy, po czym spakował swoje przybory do pisania domyślając się, że będzie musiał zaczekać z dokończeniem tego wpisu do wieczora, przeczuwając, że może zabrać mu to nieco więcej czasu.
 

Ostatnio edytowane przez Asmodian : 12-06-2018 o 07:57.
Asmodian jest offline  
Stary 09-06-2018, 21:59   #6
Konto usunięte
 
Warlock's Avatar
 
Reputacja: 29423 Warlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputację
W towarzystwie elfów, Morrytów i fanatycznego biczownika, na twarzy którego wypisane było szaleństwo, Dieter Dashauer z całą pewnością nie był najbardziej wyróżniającą się osobą w drużynie i prawdę mówiąc; bardzo mu to odpowiadało. Opanowany, małomówny, nieco wycofany, o smutnym, przywodzącym na myśl wilka spojrzeniu - w oczach zabobonnego pospólstwa sprawiał wrażenie najbardziej godnego zaufania spośród grupy przybyszy, choć nawet z nim było coś nie w porządku; coś co odbierało mu pospolitości. Byłego strzelca Armii Ostland otaczała bowiem dziwna aura, którą nie sposób było jednoznacznie opisać słowami, ale każdy kto przebywał wystarczająco długo w jego otoczeniu, wiedział, że patrzy na wrak człowieka; na człowieka, który widział rzeczy nieprzeznaczone dla śmiertelnych oczu - rzeczy, które wymykały się wszelkim racjonalnym wytłumaczeniom.
Ciężar tych okrutnych wydarzeń z przeszłości miał wypisany na pozbawionej emocji twarzy, którą zdobiły bojowe barwy, nadające mu groźnego, nieco dzikiego wyglądu. Podobnie jak znoszony i w wielu miejscach posiadający przetarcia oraz ubytki mundur, miały one dla niego symboliczną, wręcz sentymentalną wartość. Każdego dnia o świcie Dashauer malował twarz na nowo, rytualnie, zawsze w ten sam sposób. Trzy równe linie poprowadzone z góry na dół, przecinały czoło, oczy oraz nos, symbolizując w ten sposób zostawiane na ziemi ślady wilczych pazurów. Nie był to przypadkowy wybór, żaden abstrakcyjny krzyk mody, czy celowy zabieg, mający na celu wyróżnienie siebie na tle pozostałych. Wilk symbolizował bowiem oddział strzelców, którego Dashauer był dumnym reprezentantem, choć owa jednostka już dawno przestała istnieć; oficjalnie rozbita i wycięta w pień podczas obrony Wusterburga przed hordami powołanych do pozagrobowej służby umarłych. Wyjące Wilki były elitą Armii Ostland, złożoną z wybitnych strzelców, posiadających doświadczenie w walce partyzanckiej i w polowaniach na bestie, które po Burzy Chaosu znalazły schronienie w Lesie Cieni. Nie uchroniło to jednak oddziału przed sromotną klęską, do której doprowadziło szastające ludzkim życiem dowództwo sprzymierzonych armii.
Z pogromu uciec udało się jedynie garstce żołnierzy i to jedynie dzięki niesamowitemu poświęceniu towarzyszy, którzy oddali swoje życie, aby umożliwić ucieczkę innym. Dashauer znalazł się w grupie ocalałych, choć formalnie wpisany był na listę poległych, a jego rodzinie wypłacone zostało nawet symboliczne odszkodowanie. Nie była to żadna próba wyłudzenia pieniędzy od zwierzchnictwa, czy ratowania własnej skóry, lecz pewien rodzaj zemsty. Garstka żołdaków, która przetrwała pogrom, obwiniała dowództwo za straty, które można było wtedy uniknąć, gdyby ktokolwiek przejmował się losem zwykłych żołnierzy. W ich oczach była to bezsensowna śmierć, która do niczego się nie przyczyniła poza podkopaniem wiary w funkcjonujące w Imperium struktury władzy. Nie mogąc pogodzić się z tym losem, niedobitki oddziału Wyjących Wilków, w imię pośmiertnej solidarności z poległymi towarzyszami, poprzysięgły nigdy nie wrócić do struktur imperialnej armii. Czuli bowiem, że tylko w ten sposób mogą uczcić pamięć bohaterskiego poświęcenia swoich kolegów i choć wiedzieli, że ten cichy protest nie uczyni żadnej szkody odpowiedzialnym za bezsensowną śmierć oficerom, to jednocześnie mieli świadomość, że nic więcej nie są w stanie zrobić. Nie chodziło bowiem tyle o wyrównanie rachunków, lecz o solidarność z tymi, którzy w obliczu porażki oddali swoje życie za nich…


Od chwili opuszczenia szeregów armii, Dieter Dashauer nie miał zbyt wiele szczęścia w swoim życiu. Będąc jedynie cieniem dawnego siebie, nie miał perspektyw w żadnym pospolitym zawodzie, czy nawet jakichkolwiek szans na w miarę normalne życie. Trudnił się więc tym, do czego został wyszkolony, czyli zabijaniem. Nie był przy tym żadnym banitą, lecz łowcą nagród działającym na granicy prawa. Przemierzał Imperium w poszukiwaniu kontraktów, polując na głowy słynnych bandytów, czy też chwytał się najróżniejszych zleceń, do których potrzebni byli ludzie z jego umiejętnościami. W swoich podróżach widział wiele; dużo dobra i bezinteresowności, ale jeszcze więcej zła i cierpienia. Fach, którym się trudnił, nauczył go braku zaufania do drugiego człowieka, albowiem Dieter nie raz przejechał się na niegodziwej, ludzkiej naturze i podłości, która tym bardziej widoczna była im w większej biedzie i niedostatku ktoś żył. Szybko doszedł do wniosku, że największym wrogiem człowieka nie są enigmatyczne, mroczne potęgi z odległej północy, lecz jego własna, pokrętna natura.
Podróże za zleceniami zaprowadziły Dashauera do Stirlandu, gdzie poznał pewnego szlachcica, oferującego bardzo satysfakcjonujące pieniądze za ubicie pewnego bandyty. Już sama oferowana suma powinna wymusić na byłym żołnierzu wzmożoną czujność, jednakże pracodawca zdobył jego zaufanie, udając przed nim bardzo otwartą i przyjazną osobę, jakich naprawdę niewiele wśród klasy wyższej. Dieter naiwnie myślał, że oto trafił się mu wyjątek, dlatego po dłuższej rozmowie bez głębszego namysłu przyjął zlecenie i od razu zabrał się za jego realizację. Dopadł wskazanego człowieka w jednej z karczm na mało zaludnionym pograniczu, zabijając go na oczach wszystkich i odcinając mu głowę, którą następnie wrzucił do wora jako niezbędny dowód. Przeszukując ciało, trafił jednak na pieczęć należącą do wpływowego rodu magnackiego, a w plecaku ofiary znalazł też kilka innych listów oraz dokumentów, sugerujących, że osoba, którą właśnie zabił była kimś bardzo ważnym, a nie pospolitym bandziorem, jak mu powiedziano. Dashauer zrozumiał wtedy, że został wmanipulowany w prowadzony na wysokim szczeblu konflikt. Naiwnie miał jeszcze cień nadziei, że była to jakaś pomyłka, którą wyjaśni jego zleceniodawca, jednakże po przybyciu do majątku szlachcica został napadnięty przez opłaconych przez niego gburów. Zatłukliby go na śmierć, a później zakopali w płytkim grobie, gdyby nie przechodzącą w pobliżu kapłanka Morra i jej rycerz z Czarnej Straży, których interwencja pokrzyżowała plany napastników i zmusiła ich do odwrotu.
W ten sposób Dashauer trafił do kuriozalnej drużyny, będącą zbieraniną dziwadeł, fanatyków i awanturników, których jedynym spoiwem była Elsa oraz fakt, że w gronie łatwiej przetrwać. Dieter nie powiedział jednak nikomu, że naraził się potężnym ludziom i był przekonany, że wkrótce będzie ścigany listami gończymi w całym Stirlandzie. Wiedział, że to tylko kwestia czasu nim towarzysze się o popełnionej przez niego zbrodni, ale liczył na to, że będzie wtedy już daleko poza zasięgiem wymariu sprawiedliwości. Wystarczyło tylko przedostać się do niesławnej Sylvanii, tam bowiem nikt nie będzie go szukał.


Siegfriedhof miało być dla Dashauera ostatnim przystankiem w podróży po Stirlandzie. Awanturnicy zatrzymali się w karczmie Uśmiech Morra i tam właśnie Dieter miał zamiar oznajmić wszystkim, że opuszcza ich szeregi. Zbierał się jednak na to zbyt długo, bowiem kiedy w końcu znalazł odwagę, aby pożegnać się ze swoimi towarzyszami, do karczmy wparował przerażony starzec, opowiadający o zbliżających się ożywieńcach.
Prosząc o pomoc, spoglądał właśnie na nich, co spotkało się z dość mieszaną reakcją awanturników. Paskudne wspomnienia bitwy pod Wusterburgiem nawiedziły ponownie byłego żołnierza, którego pierwszą myślą była paniczna chęć ucieczki z tego miejsca. Szybko się jednak skarcił w duchu, nazywając siebie tchórzem, który nie godzien jest dawniej ofiarowanego mu poświęcenia. Usłyszał wtedy słowa siedzącej obok kapłanki:
- Obowiązkiem naszym jest chociażby sprawdzenie twych słów - mimo iż zwróciła się do starca, wciąż patrzyła na Haralda - Jednakże miej świadomość, że za łgarstwo zostaniesz przeklęty i potępiony. Nekromancja to nie powód do żartów. Morr na pewno się nie uśmiechnie - odniosła się do kiepskiej nazwy widniejącej na szyldzie, mając na ustach gorzki uśmieszek.
- Nie wygląda jakby miał kłamać - odezwał się do niej Dieter, nie ruszając się ze swojego miejsca. Głos miał przy tym śmiertelnie poważny. - Potrafiłbym rozpoznać takie kłamstwo na kilometr. Na twarzy ma wypisane przerażenie, które wywołać może niewiele widoków, a ja, tak się zabawnie składa, wiem jakie emocje targają człowiekiem, kiedy spogląda na nieprzebrane hordy potępionych...
Po tych słowach Dieter, odziany w znoszony mundur oddziału Wyjących Wilków, wstał od stołu i podniósł opartą o ścianę rusznicę oraz okrągłą tarczę, którą następnie zawiesił na plecach. Wciśnięty za pazuchą miał pistolet wielostrzałowy, będący niezwykle rzadko spotykanym w Imperium cudem inżynierii, a u boku wisiał miecz, noszący ślady częstego użytkowania. Z rusznicą trzymaną oburącz ruszył w stronę wyjścia z karczmy, zastanawiając się, czemu to właśnie im, a nie templariuszom z Zakonu Kruka mieszczanin powierzył ponurą wieść.

 
Warlock jest offline  
Stary 13-06-2018, 22:09   #7
 
Ascard's Avatar
 
Reputacja: 6588 Ascard ma wspaniałą reputacjęAscard ma wspaniałą reputacjęAscard ma wspaniałą reputacjęAscard ma wspaniałą reputacjęAscard ma wspaniałą reputacjęAscard ma wspaniałą reputacjęAscard ma wspaniałą reputacjęAscard ma wspaniałą reputacjęAscard ma wspaniałą reputacjęAscard ma wspaniałą reputacjęAscard ma wspaniałą reputację
Po raz kolejny służba Panu Śmierci zagnała go w odległe zakątki Imperium. Właściwie to pracował dla kolegium ametystu, ale właśnie magowie śmierci jako jedyni imperialni magistrowie byli w tak oczywisty sposób związani z konkretnym bóstwem. Ich związku z Morrem żaden zdrowy na umyśle człowiek nie śmiałby podważać w szczególności tutaj, na granicach Stirlandu gdzie moc nieumarłych z Sylvanii stanowiła powód do nieustającego niepokoju. Ostatnimi czasy krążyły po Imperium plotki o tworzącej się armii plugastwa w krainie rządzonej przez panów mroku. Pogłoski okazały się na tyle wiarygodne aby kolegium ametystu wysłało cichych ludzi na pogranicze w celu zbadaniu sprawy.

Jednym z nich był wyglądający na dwadzieścia zim mężczyzna o pospolitym wyglądzie, nieodbiegający zachowaniem od innych podróżnych, których to setki codziennie przemierza drogi starego świata. Ten kto zwiesiłby wzrok na Słowiku stwierdziłby, iż włosy mężczyzny mają najbardziej typowy odcień brązu, oczy są koloru nijakiego a dokładniej szarobure, uszy i nos całkowicie przeciętne. Nie był on ani wysoki ani niski, zbudowany proporcjonalnie do tęgo odziany jak na wędrowca przystało i bez zbędnego bagażu. Jednym słowem była to postać która niknęła w tłumie niczym poranna rosa w promieniach słońca. Jedynie uważniejszy obserwator stwierdziłby, iż brakuje mu jednego zęba i to przedniej jedynki a dodatkowo wewnętrzną stronę małego palca prawej ręki pokrywał niewielki tatuaż przedstawiający fioletową klepsydrę z kilkunastoma ziarnkami piasku. Był to znak przynależności do organizacji szpiegowskiej ametystowego kolegium a każda drobina oznaczała ukończone zadanie.

Kierowała się, ta typowa postać, do Siegfriedhofu, gdyż tam w opactwie św. Edelberta Czujnego spodziewał się zasięgnąć najświeższych wieści. Okazało się jednak, że kruki wyfrunęły już z gniazda na północny-wschód tępić plugastwo w imię Morra. Niech im ziemia miękką będzie a Morr przyjmie do swych ogrodów. Miał jeszcze zamiar poprosić o rozmowę z opatem, ale to mogło zaczekać. Okazało się, iż zbieranina do której się przyłączył również zostanie w tym miejscu parę dni. Postanowił więc skorzystać z okazji i wywiedzieć się jak najwięcej od okolicznych mieszkańców, jak również morrytów których spotkał po drodze. Lud okoliczny nieprzyjaźnie nastawiony do przyjezdnych niezbyt skory był do plotkowania. Nawet świetne umiejętności Słowika zdały się na niewiele, a swojej przynależności do kolegium ametystu nie chciał na ten moment zdradzać. Dowiedział się, że pierwsi mąciciele wylegli na ulice nakłaniając ludność do opuszczenia miasta ze względu na nadciągające zagrożenie. Wieszczy Słowik widział już wielu i niejeden "koniec świata" przeżył toteż niewiele sobie robił z czarnowidztwa miejscowych. Bardziej natomiast zainteresowała go wieść, iż na przystani cumuje łódź należąca do niziołków. Przypłynęli z górnego Stiru a to oznacza, że musieli przebywać na terenie Sylvanii. Może uda się czegoś wywiedzieć. W końcu kto jak kto ale niziołki to chyba najbardziej plotkująca rasa w całym Starym Świecie.

Z rozważań wyrwało go wtargnięcie starca zarzekającego się, iż martwi wstali z grobów na okolicznym cmentarzu. Słowik był ambitny i lubił wyzwania. Tutaj jednak robota sama pchała się ku niemu. Nawet nie musiał się wysilać. Oby starzec się mylił, a on mógł wrócić do właściwej pracy. Miał nadzieje odkryć coś ważnego na tyle, aby pozwolono mu dołączyć do Szeptów. Była to zamknięta organizacja o hierarchii niemal zakonnej do tego całkowicie tajna i podległa jedynie Patriarsze Ametystowego Kolegium. Dołączyć do niej mogli jedynie Ci, którzy wykazali się lojalnością i oddaniem w działaniu przeciwko wszelkim wrogom kapituły i przede wszystkim Ci, którzy sami dowiedzieli się o istnieniu tegoż bractwa. Określali oni samych siebie jako "Szepty Morra", gdyż nieśli śmierć na rozkaz kolegium. Najczęściej zajmowali się nieumarłymi, renegatami, nekromantami czy nawet magistrami ametystu których dotknął obłęd. Szczególnie polowali na wyznawców Khaina, których religia jest najohydniejszą herezją w oczach Morra. Słowik uważał ich za najwyższą niemagiczną kastą sług Pana Śmierci, ideał do którego od dawna dążył. Dlatego miał zamiar szybko rozwikłać sprawę reinkarnacji zmarłych na pobliskim cmentarzu i wrócić do właściwego zadania. Z takim założeniem ruszył we wskazanym kierunku razem z innymi.
 

Ostatnio edytowane przez Ascard : 17-06-2018 o 00:09.
Ascard jest offline  
Stary 17-06-2018, 00:06   #8
 
Avitto's Avatar
 
Reputacja: 27292 Avitto ma wspaniałą reputacjęAvitto ma wspaniałą reputacjęAvitto ma wspaniałą reputacjęAvitto ma wspaniałą reputacjęAvitto ma wspaniałą reputacjęAvitto ma wspaniałą reputacjęAvitto ma wspaniałą reputacjęAvitto ma wspaniałą reputacjęAvitto ma wspaniałą reputacjęAvitto ma wspaniałą reputacjęAvitto ma wspaniałą reputację
Staruszek o imieniu Otto istotnie zionął alkoholem a mimo to szedł względnie prosto. Biorąc pod uwagę rozmiary miasteczka a także wczesną porę dnia mógł istotnie być znanym szerzej indywiduum.

Odpowiedź na kołaczące się w wielu głowach pytanie okazała się być niezwykle pospolita. Po opuszczeniu zajazdu o wątpliwie trafnej nazwie grupa minęła kompleks złożony ze stajni, wozowni i parterowej strażnicy należący do wurtbardzkiej kompanii przewozowej „Schmetterling”. Za nim znajdowała się południowa brama wyposażona w stojącego na niej sennego strażnika. Miejscowemu najwidoczniej najbliżej było podążyć z informacją do pierwszego na swej drodze skupiska ludności.

Drogą na południe siegfriedhofską nekropolię udało się osiągnąć po dwóch kwadransach marszu z górki. Okoliczny teren od zachodu okalało mające dwie długości orki pole a za nim trudne do przebycia bagnisko ciągnące się na południe przez wiele kilometrów. Poświęcone miejsce grzebalne, otoczone murem z czarnego kamienia, znajdowało się za monumentalną bramą z ociosanych skalnych bloków na płaskiej przestrzeni naturalnie wyniesionej ponad poziom drogi. Na terenie cmentarza wiatr zamiatał kurz, powstający w nieskończoność od nowa w skutek erozji gliniastego podłoża wzniesienia. Nieliczne drzewostany w najbliższej okolicy były skarlałe przez lata walki o każdą kroplę wody uciekającej, by zgodnie z logiką zniknąć w bardziej chłonnym obszarze gleby.

Na powierzchni działo się wielkie nic. Z rozpędu przybysze sprawdzili kapliczkę służącą przygotowaniu ciała do obrządków oraz jej skromnie zaopatrzoną w narzędzia do balsamowania piwniczkę. Pogoda zrobiła się pochmurna. Na terenie cmentarza pozostały do sprawdzenia jeszcze trzy krypty: skromna, bardzo okazała oraz topornie wykonana, ozdobiona jedynie drzeworytem na drzwiach przypominającym pączka z dziurką.
 

Ostatnio edytowane przez Avitto : 26-06-2018 o 19:15.
Avitto jest offline  
Stary 17-06-2018, 10:26   #9
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Reputacja: 42038 Kerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputację
Cisza i spokój, typowe dla niewielkiego miasteczka, sugerowały jedną z dwóch rzeczy - albo Otto pobiegł ze swymi relacjami prosto do gospody, albo pozostali mieszkańcy, którzy również usłyszeli jego relację (i znający Otta od dawna), przypisali jego słowa wybujałej wyobraźni, połączonej z ilością alkoholu, jaki trafił do żołądka mówiącego.

"Jakoś nie idą", pomyślał Eryastyr, gdy zabudowania Siegfriedhofu pozostały za plecami tych, co może nie do końca uwierzyli w słowa grabarza, ale postanowili jednak, na wszelki wypadek, przekonać się, czy Ottonowi udało się, mimo wszystko, powiedzieć prawdę. "Zobaczyli nas z daleka i grzecznie wrócili do grobów", dodał z ironią, zły nieco na siebie, że jednak ruszył się z karczmy.
Myślami tymi jednak nie podzielił się z pozostałymi.

Na cmentarzu również nie było nawet cienia śladu po jakimkolwiek zmartwychwstałym, żaden też z grobów nie wykazywał śladów, najmniejszych nawet, rozkopywania czy zasypywania. Jedyne, co mogli zrobić, to sprawdzić jeszcze krypty.
Gdyby był sam, to zacząłby od najbardziej okazałej. Zapewne tu leżeli członkowie najbogatszej rodziny w mieście, a tacy mieli zwykle najbardziej paskudne charaktery. I najtrudniej rozstawali się ze swym bogactwem. Z pewnością byliby pierwsi do wstania z grobu i powrotu do majątku.
No ale nie był sam. Poza tym wolał pozostawić sprawę truposzy tym, co się na nich znali.
Czyli Elsie i Haraldowi.
 
Kerm jest offline  
Stary 17-06-2018, 17:02   #10
 
druidh's Avatar
 
Reputacja: 20561 druidh ma wspaniałą reputacjędruidh ma wspaniałą reputacjędruidh ma wspaniałą reputacjędruidh ma wspaniałą reputacjędruidh ma wspaniałą reputacjędruidh ma wspaniałą reputacjędruidh ma wspaniałą reputacjędruidh ma wspaniałą reputacjędruidh ma wspaniałą reputacjędruidh ma wspaniałą reputacjędruidh ma wspaniałą reputację
- A gdzie to dziecko z tym zwierzątkiem idziesz? - lokalny kupiec zmierzający jak co tydzień na targ postanowił zainteresować się zabłąkaną na gościńcu dziewczynką. Czwartego syna miał, co powoli za panną rozglądać się powinien, a taki muł mógłby się przydać. Młody jeszcze, to dorośnie i będzie do noszenia towarów na targ. Ten jego niebezpiecznie zahaczał już o starość.
- No więc? - zapytał nieco zirytowany brakiem odpowiedzi od wlepiającej oczy w ziemię podróżniczki. Przyglądnął się jej. Czarne włosy na których spoczywał wciśnięty na głowę wianek z czerwonych i fioletowych kwiatów. Nietutejsze trochę, ale w sumie gustowne, uznał. Do tego lniana sukienka zniszczona już, lecz w miarę czysta. Po jakiejś starszej siostrze, bo rękawy sięgały do połowy dłoni, a u dołu było widać ledwo palce od nóg. Czyli pracowita, wychowana i sierota najpewniej. Muła już wpisywał po stronie aktywów.
- Hę? - czuł powoli, że ktoś nie chce mu oddać, tego co do niego należało.

Teraz jednak, im dłużej patrzył, tym więcej dostrzegał szczegółów, które nie pasowały do świeżo stworzonego obrazu. Dziewczyna patrzyła w ziemię i mamrotała pod nosem coś, co brzmiało jak powtarzane w kółko zaklęcie. Wariatka, albo dziecko czarownicy. Do muła obok torby z zapasami przypięty był długi ostro zakończony miecz. Broń zdecydowanie dla dorosłego. Wtedy też dostrzegł coś, czego nie zauważył początkowo, bo wisiało po drugiej stronie zwierzęcia: duża dziwacznie wyglądająca kusza. Dziecięca czarownica – morderca. Diablica z koszmarów szła teraz tuzin kroków przed nim. Spocił się w momencie i niczym za młodzieńczych lat przyspieszył kroku. Prawie biegł. Zamierzał być dziś pierwszy na targowisku, aby nie marnować czasu. Nie zauważyła go chyba. Tak mogło być. Zagryzł zęby i pognał wyciągając nogi i ciągnąc za sobą coraz mocniej oporne zwierzę.

- Nigdy nie okradłaś grobowca. Nigdy nie okradłaś grobowca. Nigdy nie okradłaś grobowca – Benedicta Vesper podniosła oczy i zobaczyła kilkanaście kroków przed sobą jakiegoś mężczyznę. Chyba coś mówił.
- Hej! Panie! Mówiliście coś? - ale mężczyzna jeszcze bardziej przyspieszył. Na drogę poturlał się owoc, który spadł z muła. Bena podniosła go i chciała oddać, ale nie było komu. Wytarła go o lnianą sukienkę i schowała do własnych juków.
- Grobowiec, idziemy – westchnęła i ruszyła ponownie gościńcem, a zwierzę bardzo zadowolone ruszyło za nią. Ledwo rozpoczęło swoją przygodę z dorosłym życiem, a już trafiło los na loterii. Nosiło drobne pakunki i karmione było jak królewski rumak. Wspaniała przyszłość do czasu, aż ktoś nie zabije jego lub jego Pani. Na razie jednak było dobrze. Złapał zębami kępkę ziół i ruszył niemal jak pies. Gdyby mógł to by podskakiwał. Boskie plany nie przewidywały jednak podskakiwania w przypadku mułów. Rozpędził się więc tak, że niemal sznur, do którego był przywiązany zerwał się z ręki dziewczyny.


- Siegfriedhof, miasto położone nad rzeką Stir w pobliżu Lasu Głodu. Należy do Zakonu Rycerzy Kruka, morryci. Klasztor z czarnego kamienia umiejscowiony kilka kilometrów od miasta na wzniesieniu. Posiada bliźniaczy klasztor w Essen, patrz Essen klasztory. Głównie tereny rolnicze. Las Głodu nie nadaje się do wykorzystania w gospodarce leśnej. Targ Backertag. Karczma „Uśmiech Morra” jedzenie przyzwoite, ceny średnie. Interesujące, prawda Grobowiec?


Dziewczyna stała przy ladzie ściskając w ręce kilka miedziaków. Drugą skubała kwiatek, który wystawał jej z wianka na włosach. W końcu się oderwał.
- Kaszę ze skwarkami, pięć pajd chleba i piwo, poproszę – wyrecytowała.
- ...i piwo – powtórzył karczmarz patrząc się w oczy dziewczyny i pokiwał głową jakby zahipnotyzowany. Z racji tego, że był niziołkiem mógł jeden z nielicznych razy spojrzeć na człowieka jak równy z równym. Dziewczyna tymczasem zaczęła zjadać powoli kwiatek.
- I piwo – uśmiechnęła się zadowolona – znakomicie. Ile to będzie?
Pieniądze wylądowały na stole i karczmarz ruszył do kuchni, nalewając wpierw do kufla jakiegoś sikacza. Dziewczyna stała w miejscu.
- Zawołam – mruknął.
- Poczekam.
Wzruszył ramionami i zniknął w kuchni.


Rzut oka na salę wystarczył, aby zorientować się gdzie siedzą tutejsi, a gdzie ci nie stąd. Wśród tych drugich tylko przy jednej ławie siedzieli ci wyraźnie obcy. Benedicta karnie ruszyła w tamtą stronę ostrożnie niosąc miskę na której leżały pajdy chleba. Uśmiechnęła się i jak zwykle usiadła w kącie, aby nikomu nie przeszkadzać. Potem zamieszała kaszę tak, że jej zapach uniósł się ponownie w powietrzu i wyciągnęła z plecaka cztery duże liście kapusty. Wdychała zapach gorącego posiłku i jednocześnie ostrożnie pakowała kolejne pajdy, w liście. Robiła to starannie, aby nawet okruszek nie spadł na blat. Wreszcie niespiesznie zjadła kaszę, przeciętną w smaku, ale skwarki były przyrządzone znakomicie. Nie to co w poprzedniej karczmie, gdzie Benedicta wyraźnie czułą stęchliznę. Nic jednak nie równało się z kaszą robioną przez Guthera w Zipf. Jadła ją ostatni raz 18. Vorgeheima i była jak zwykle wyśmienita. Aktualny posiłek umiejscowiła gdzieś w okolicy przeciętnej. Często bywało dużo mniej smacznie. W zasadzie bywało też obrzydliwie, ale przecież jeść trzeba. Ostatnią pajdą chleba wytarła miskę do czysta, podobnie jak palce i zjadła do końca. Okruchy wyzbierała palcem wskazującym.

- ...co się dzieje – powiedział Biały wstając i biorąc łuk do ręki. Benedicta odruchowo wstała również. Elf był ładny i miał łuk, który zabierał ze sobą. Znaczy to że szedł coś zabić, co następnie można by sprzedać i za to kupić jedzenie. To był w zasadzie jej plan od trzech dni, czekać, aż Biały i Czarny gdzieś pójdą i wtedy pójść za nimi. Zapakowała więc plecak na muła i ruszyła we wskazanym kierunku, czyli na cmentarz.

Trochę trzeba było tam iść. Zauważyła już dawno, że jak masz krótkie nogi to musisz robić więcej kroków. A każdy krok kosztuje tyle samo siły, prawda? Nic więc dziwnego, że była bardziej zmęczona niż inni. W połowie drogi wdrapała się więc na Grobowca i kawałek drogi przejechała na jego grzbiecie. Nawet nie stawiał wielkiego oporu. Wiedział już, że to nie potrwa długo i zanim się zmęczy Pani już będzie szła na własnych nogach. Tak było i tym razem. Zanim się zorientował co się dzieje już stał przywiązany tuż przy smacznych zielonych zaroślach. Najwyraźniej przyszli się tutaj najeść.

Benedicta wiedziała, że szperanie po cmentarzach to zły czyn, którego należy się wystrzegać. Na szczęście nigdy nie okradła grobowca. Tak sobie powtarzała. Niemniej Czarny i jego Pani szperali, więc albo był to cmentarz, po którym wolno szperać, albo mieli jakieś specjalne pozwolenie. Skoro tak, uznała, że nie powinna czekać, bo jeszcze zabiorą wszystko co sami znajdą. Zdjęła lnianą sukienkę pod którą miała dużo wygodniejsze spodnie, założyła skórzany kubrak i odpięła z muła kuszę. Potem szybko przeszukała każdy zakamarek do jakiego udało jej się dostać. Czarny raczej nie umiał szukać. Był duży, ociężały i prędzej zburzył by wszystko nim cokolwiek znalazł. Ona natomiast wiedziała. Wiedziała gdzie montuje się ukryte skrytki, zakamarki, gdzie potrafi wpaść moneta tych co stali tutaj podczas ceremonii pogrzebowej. W końcu gdy zostały już tylko krypty uważnie obejrzała ślady pod każdą z nich, przyłożyła ucho do drzwi i delikatnie obmacała zawiasy i zamki. Można by je otworzyć na pewno, ale trzeba by mieć klucz. Albo wytrychy. Na razie jednak czekała patrząc na Czarnego i Jego Panią. To oni mieli pozwolenie na szperanie po cmentarzu. Też chciałaby sobie takie załatwić. To byłby czysty zysk.
 
__________________
by dru'

Ostatnio edytowane przez druidh : 17-06-2018 o 22:18.
druidh jest teraz online  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 00:48.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166