Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 26-08-2018, 01:44   #11
Konto usunięte
 
Flamedancer's Avatar
 
Reputacja: 11510 Flamedancer ma wspaniałą reputacjęFlamedancer ma wspaniałą reputacjęFlamedancer ma wspaniałą reputacjęFlamedancer ma wspaniałą reputacjęFlamedancer ma wspaniałą reputacjęFlamedancer ma wspaniałą reputacjęFlamedancer ma wspaniałą reputacjęFlamedancer ma wspaniałą reputacjęFlamedancer ma wspaniałą reputacjęFlamedancer ma wspaniałą reputacjęFlamedancer ma wspaniałą reputację
Trzy zimy.
Dokładnie trzy zimy minęły od momentu wydarzeń z Krausnick. Od tamtego czasu naprawdę dużo się zmieniło - być może nawet więcej, niż przeciętny człowiek mógłby sobie wyobrażać, widząc niegdyś bogom ducha winne dziewczę, a teraz maginię z altdorfskiego kolegium, mimo że miała zostać zupełnie kimś innym.
Taka już była kolej rzeczy. Jedni osiągali czego chcieli. Drudzy pławili się w luksusach. Trzeci tonęli we własnym ubóstwie.
A z tych nielicznych pozostałych kpił sobie los.

Zza pagórków zawiał niosący promyki nowego dnia wietrzyk, rozwiewając opary nocy i jej gęste, płowe włosy wypływające spod szerokiego kaptura, który oszczędnym ruchem naciągnęła na głowę nieco bardziej, pogłębiając tym samym całun cienia oblekający jej ładną twarz. Od czasu obcowania cienistą energią Katarina Zakarova zawsze reagowała tym drobnym gestem, gdy akurat Mannsleib świecił bezpośrednio na nią. Towarzyszyło temu dziwne, niezbyt komfortowe odczucie odsłonięcia i bezsilności, jako że Uglu kumulowało się jedynie w miejscach nieoświetlonych - i właśnie tam tacy jak ona mieli największą moc. Powiedzenie “Unikaj cieni, gdyż te gryzą”, popularne w jej kręgach, wcale nie wzięło się znikąd.
Lecz mimo dyskomfortu, ta drobna, choć dość wysoka kobieta o kislevskiej urodzie kroczyła z dumnie wypiętą piersią naprzód, niezrażona wszechobecnym pod jej butami podróżnymi błotem. Utrzymany w ciemnych tonacjach dopasowany ubiór z niezłego, a przy tym wytrzymałego materiału podkreślał jej zgrabną figurę oraz aurę wyższości i tajemnicy, jaką emanowała. Szabelka przy pasie, sztylet przy udzie i łuk na plecach zabrane z Goboczujki, choć wyglądały bardzo prosto, stanowiły nieodłączną część jej rynsztunku bojowego. Uważny obserwator by pewnie zauważył znacznie większą ilość niewielkiej broni ukrytej przy ciele, jednak nigdy nie dawała swoim rozmówcom okazji, by mogli ją dostrzec.
Mając u boku Reinmara oraz Błyska, budzącego respekt, acz wyjątkowo wesołego huskiego z heterochromią, można pomyśleć, że trudno ją przeoczyć bez względu na otaczający ją tłum, lecz wystarczyło jedynie spuścić ją z oka, a kontrowersyjnie działo się zupełnie coś przeciwnego.

Dała się pozostałym poznać jako osoba zdyscyplinowana, chłodna, bezpośrednia, bezwzględna i twarda, ceniąca sobie rzeczowość i profesjonalizm. Była oszczędna w słowach, preferując słuchać, analizować i działać. Zbyt często się nie uśmiechała, czasami ograniczając się jedynie do lekkiego uniesienia kącika ust w górę. Gdy milczenie brało w towarzystwie górę, zdarzało się ujrzeć ją wpatrującą się gdzieś w przestrzeń, zupełnie nieobecną myślami w otaczającym ją świecie. Za to była bystra i z ciekawością podchodziła do otaczającego ją świata oraz związanych z nim spraw, często notując w notesie nabytą wiedzę. Intrygowały ją wszelkie tajemnice zawarte czy to w ludowych opowieściach, czy starożytnych tomiszczach.

A co do tych ostatnich, była w posiadaniu jednego - była to rozlatująca się księga traktująca o Skarabeuszu Śmierci, będąca jedyną wskazówką naprowadzającą na lokalizację skarbu antycznego króla. Był to zaledwie mit, być może kompletna bujda, lecz właśnie ten jeden kawałek literatury pociągnął ją w dalekie zakątki Starego Świata w pogoni za przygodą, w którą wplątała jeszcze kilka innych osób. Każda z nich była wyjątkowa, a nawet na swój sposób dziwna, unikatowa, wyróżniająca się spośród całego odmawiającego jej motłochu. Ale właśnie ta grupa zdecydowała się zaryzykować własne żywota i czas, by znaleźć coś przysypanego piaskami czasu i wyobrażeń.
A może wyłącznie zaspokoić własną ciekawość?


Scharmbeck?
Heh, ta miejscowość powinna zostać nazwana “Chlew”!
Choć wiele słyszała na temat bretońskich chłopów będących zaledwie mrówkami dla jakże “wspaniałych”, psia ich mać, rycerzy, ujrzenie na własne oczy takiej nędzy i rozpaczy wywołało u niej całą lawinę uczuć, poczynając od szoku, idąc przez gniew, a kończąc zwyczajnie na smutku, co objawiło się jedynie zaciśnięciem warg w cienką kreskę. Ci ludzie, ubrani w przeżarte przez mole łachmany, żyli w tym miejscu jak wychudzone świnie żrące z koryta spleśniałe ochłapy, jakie rzucała im niezbyt łaskawa okolica, i śpiąc w gnoju, zapewne bez świadomości czekającego ich uboju, jaki w przyszłości zgotowaliby im malalici w swojej stojącej na wzgórzu rzeźni. Walczyli o przeżycie każdego dnia, by ujrzeć kolejny świt, aby znów udać się w swój nic nieznaczący dla świata, a nawet swych panów bój. Nie zdawali sobie sprawy, że to w ich własnych rękach leżał ich los oraz możliwość polepszenia swojego standardu życia. Wystarczyło jedynie przekroczyć linię horyzontu…
A jednak decydowali się dokonywać żywota Scharmbeck, którego nazwa brzmiała niczym swoisty żart, nie mając zupełnie nic poza swoimi rodzinami. Po prostu bali się innego życia niż to, co już mieli. Ich cały świat to była ta jedna, zapomniana przez nawet najłaskawszych bogów wioska, gdzie rządziły strach, przygnębienie i niemoc.
Czy przeżycie kolejnego dnia było dla nich błogosławieństwem, czy może przekleństwem?
A czy ten obwarowany dwór stojący na wzgórzu… dawał im jakieś poczucie bezpieczeństwa?
Szczerze w to wątpiła.

Bogowie… Tak jakby wzywanie Sigmara miało w jakikolwiek sposób pomóc czy to im czy mieszkańcom osady - ten już był wystarczająco zajęty, skoro tyle osób w Imperium ciągle wypowiadało jego imię: zaklinali na Sigmara, składali przysięgi na Sigmara, brali na świadka Sigmara, oddawali się w opiekę Sigmarowi…
Palili w imię Sigmara. Egzorcyzmowali na Sigmara. Torturowali dla Sigmara. Mordowali dla Sigmara.
Aż jej wargi się lekko uniosły w kpiącym uśmiechu.
Były to jedynie puste słowa wypowiadane równie odruchowo, co rzucenie w czyjąś stronę “na zdrowie” w przypadku kichnięcia, albo “skurwysyn”, gdy ktoś kogoś zirytuje. Powiadało się, że wypowiedzenie imienia danego boga sprowadza na dany obszar jego uwagę i obdarzało dobrodziejstwami.
Gdyby tak było naprawdę, to Imperium byłoby krainą mlekiem i miodem płynącą.
Albo co chwila spadałyby z niebios gwiazdy.
I dlaczego ludzie próbują zwrócić na siebie boski wzrok sprawiając sobie i innym ból?

Pieczenie oczu uświadomiło jej, że nie mrugała od dłuższego czasu przez to zamyślenie. Przegnała to uczucie, zamykając na chwilę powieki, i pewnie by odwróciła spojrzenie od Scharmbeck, gdyby nie ruch pomiędzy budynkami. Skierowała tam wzrok, co prawda nie spodziewając się zbyt wiele.
No i owszem, wiele tam nie było. Zaledwie jedna sparaliżowana strachem dziewczyna będąca niczym robaczek wpatrujący się w wielki oblężniczy but mający zamiar zgnieść ją i całe znane jej życie. Tyle że to właśnie ta dziewczyna i jej rozszerzone w przerażeniu szare oczy wpatrujące się w toczący się wojenny pochód, a może w nią samą, przypomniały Katarinie w jakiś sposób siebie sprzed lat, gdy jej własny świat zawalił się na głowę. I to spojrzenie… podobnym obdarzyła Lexę pod Goboczujką i Lamberta pod drzewem Wisielców, gdy cała roztrzęsiona spodziewała się rychłej śmierci.
I nagle zrobiło się jej żal tych ludzi… a przynajmniej tej jednej osoby.
Nagle ta została wciągnięta przez jakąś anonimową rękę wgłąb pobliskiego budynku.
“Nie zbawisz świata, dziewucho. Daruj sobie” - usłyszała gdzieś na granicy swoich myśli, gdy obudziła się w niej ta cząstka siebie, którą była dawniej.
- Ejże, kurwa! - usłyszała pretensjonalny głos za sobą, gdy jakiś krasnolud z grzechotem pancerza odbił się od jej pleców - Albo se idziesz jak kazali, albo se tu kurwa stoisz, ale na boku!
“Dasz im palec, a oni zjedzą całą rękę”.
Husky idący przy niej aż położył uszy po sobie, przyglądając się swojej pani
- Idziemy dalej - powiedziała Błyskowi, drapiąc go uspokajająco po łbie.
“Nawet jeśli im pomożesz, to nie będą wiedzieć co dalej. Nie możesz im pomóc”.
Przynajmniej ta szarooka nieznajoma miała rodzinę, która się o nią troszczyła.

W przeciwieństwie do Katy.


Pomimo maski stoickiego spokoju na twarzy, obserwując dwór odczuwała najprawdziwszy w świecie strach. Była cała roztrzęsiona. Ledwie mogła zapanować nad drżeniem dłoni, a jej ciało oblewał zimny pot. Wykorzystywała całą siłę woli, by nad sobą zapanować, co było cholernie trudne. Już niejednokrotnie widziała zniszczenia, jakie Chaos za sobą niósł. Nawet gdyby nie ujrzała ich na własne oczy, to wystarczyło przypomnieć sobie historię Praag i tyle wystarczyło. A teraz stała przed starciem, gdzie w grę miał wejść artefakt niszczycielskich potęg. Tak jak każdy mag Kolegium Cienia, była żołnierzem na wojnie przeciw splugawieniu, więc nawet się nie zastanawiała gdy przyszło co do czego, choć przybywając do Karak Hirn nawet się planowała brać udział w jakiś wyprawach wojennych. Jej szkolenie tego nie obejmowało, ale cóż...
Teraz żałowała, że nie poszła w ślady innych wędrownych magów zamiast poszukiwać przygód.
Były jednak pewne rzeczy do zrobienia.
Ale chrzanić samo jej uczestnictwo w tym szaleństwie. Jeszcze był Reinmar. Był dobrym towarzyszem. Jego przeszłość na pewno nie była kryształowa, być może nawet ciemna, jednak nikt nie zasługiwał na cios z pełną siłą Dhar. Tego by nie życzyła nawet największemu zbirowi.
Zapach śmierci unosił się w okolicy od samego początku. Mimo potężnych maszyn i wspaniałego uzbrojenia, walka mogła się skończyć obustronną rzezią, jeśli coś pójdzie źle. Uśmiechy na twarzach wojowników jednak zdawały się absolutnie temu przeczyć. Z drugiej strony mogło to być jedynie sztuczne pokrzepianie siebie nawzajem, co i tak było trudne w ponurej aurze tego miejsca.
“Lepiej dla nich… Ja tu postoję i przygotuję kilka zaklęć na wszelki wypadek” - pomyślała, ściskając w dłoni małą fiolkę trucizny z czarnego lotosu, której kojarząca się z samą śmiercią barwa zdawała się pochłaniać światło.
W porównaniu z tym, starcie przy ołtarzu Khorne’a przestało być takie straszne.
 
__________________
[FONT="Verdana"][I][SIZE="1"]W planach: [Starfinder RPG] ASF Vanguard: Tam gdzie oczy poniosą.[/SIZE][/I][/FONT]

Ostatnio edytowane przez Flamedancer : 26-08-2018 o 13:46.
Flamedancer jest offline  
Stary 26-08-2018, 02:15   #12
 
Hakon's Avatar
 
Reputacja: 33947 Hakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputację
Durak był zły. Durak był wściekły na to jak dał się oszukać nędznej człeczynie, Karlowi. Khazad był ufny i to bardzo jak na standardy krasnoludzkie i myślał, że to dobra droga by ufać innym. Zaufał wielu ludziom, w tym Hansowi, Dietrichowi czy już nie żyjącej Lelianie. Nawet zaufał elfce Lilou oraz Dairean. Nie zawiódł się na nich mimo, że czasem różnie postrzegali świat. Teraz został oszukany i zdradzony przez Karla, który sprowadził na niego hańbę. Hańbę, którą khazadzi wierzyli, że można tylko zmyć chwalebną śmiercią w obliczu potężnego przeciwnika jakim może być na przykład troll. Teraz w lochach nie miał szans na spotkanie takiego przeciwnika.

Durak gdy się ocknął chciał zatłuc Karla gołymi pięściami, ale ten zdążył opowiedzieć co się stało i w Duraku obudziła się ponownie ufność i serce dla tego biednego człowieka. ~ On chyba na prawdę chciał dobrze, a że jest głupim człowiekiem i zawierzył chaosytom jak ja sam jemu.~ Krasnolud był w rozterce i postanowił dać szansę Karlowi na odkupienie. W końcu każdemu należy się szansa. Duraka szansą była chwalebna śmierć, ale Karl musiał się jakoś wykupić od śmierci z rąk Duraka.

Gdy przyszedł strażnik ze strawą coś tąpnęło i zaczęło się dziać. Może bogowie postanowili dać im szansę na odkupienie a nie na marny los podczas rytuału chaosytów i śmierci Duraka bez odzyskania honoru.
Krasnolud złapał za sztylet, którego mu nie zabrano i postanowił przemyśleć wszystko do końca później, a jeżeli polegnie to może uda się chwalebnie w walce z przeważającymi wrogami lub czarnoksiężnikiem chaosu.
 
Hakon jest offline  
Stary 26-08-2018, 15:02   #13
 
Porando's Avatar
 
Reputacja: 3659 Porando ma wspaniałą reputacjęPorando ma wspaniałą reputacjęPorando ma wspaniałą reputacjęPorando ma wspaniałą reputacjęPorando ma wspaniałą reputacjęPorando ma wspaniałą reputacjęPorando ma wspaniałą reputacjęPorando ma wspaniałą reputacjęPorando ma wspaniałą reputacjęPorando ma wspaniałą reputacjęPorando ma wspaniałą reputację
Vincent z wypiekami na twarzy patrzył na to co się dzieje. Wzrokiem podążał za krążącym na niebie żyrokopterem. “A jednak mając dwie nogi nie jesteśmy skazani na pozostanie na ziemi, tylko możemy wzbić się w przestworza!” - powiedział do siebie cichutko po tileańsku. Uśmiechnął się jak dziecko gdy obrotowy karabin strącił z murów kilku wrogów. “Cóż za precyzja!” - komentował dalej gdy bomby spadały na swój cel.
Podziwiał niszczącą moc dział burzowych, które potrafiły zrobić wyrwę w murach jedną tylko salwą. Zachwyciła go niesamowita synchronizacja działa organowego, którego lufy wypluły z siebie pociski niemal jednocześnie i na dodatek na tyle celnie że zdołały trafić obrońców na murach. Najlepsze jednak inżynierowie krasnoludów zostawili na koniec. Spojrzał na tę kupę stali na kołach: ciężka, ogromna maszyna, stoi i sapie, dyszy i dmucha, a żar z rozgrzanego jej brzucha bucha. Na rozkaz Dorana ruszyła najpierw powoli, jak żółw ociężale, a już po chwili gnała gładko tak, lekko tak, toczyła się w dal, jak gdyby to była piłeczka, nie stal, nie ciężka maszyna, zziajana, zdyszana, lecz fraszka, igraszka, zabawka blaszana! Vincent zaklaskał w dłonie gdy czołg wbił się w bramę. Bravo!
Ach, gdyby jego wuj Luca go teraz widział, chyba eksplodowałby z zazdrości. To było już z siedem lat kiedy widzieli się po raz ostatni. Luca Balzini był inżynierem, konstruktorem pracującym dla tileańskiej niesławnej kompanii “Oblężnicy Braganzy”. On i jego koledzy po fachu mieli na swoim koncie kilka niezłych rozwiązań (konstruowali machiny latające oparte na skomplikowanym mechaniźmie dźwigni, śmigieł, przekładni i kół zębatych, a także szybowce i balony), ale nie umywały się one do czegoś tak spektakularnego jak krasnoludzki żyrokopter. Ich napędzany siłą koni wóz bojowy posiadający cztery szybko obracające się ostrza przypominające kosy również robił mniejsze wrażenie niż ten czołg. Ach, gdyby tylko krasnoludy nie były tak uparte i podzieliły się swoimi wynalazkami z resztą świata. Napęd parowy miałby dużo więcej zastosowań niż tylko sztuka wojenna. Vincent od jakiegoś czasu przyglądał się tym machinom, dyskretnie podpytywał krasnoludów o pozornie nieistotne szczegóły. Vincent wiedział na co patrzeć i o co pytać - wiedzę otrzymaną w dzieciństwie od wujka uzupełnił dwoma semestrami na wydziale inżynierii (opłacił je za swoje pierwsze zarobione w zawodzie medyka pieniądze). Starał się zapamiętać jak najwięcej i gdy nikt nie widział robił też notatki (w języku tileańskim, stosując prosty kod, by w razie czego móc się wyłgać z zarzutów o szpiegostwo przemysłowe).
Z zadumy wyrwała Vincenta zbłąkana strzała, która wbiła się w ziemię tuż przed jego stopami. Przez ten cały spektakl zapomniał że przecież jest w środku oblężenia. Nie robiło to na nim wrażenia, bywał na oblężeniach dziesiątki razy, chociaż pierwszy raz w roli szturmującego. Widział oblężników w akcji wiele razy, więc wiedział co i jak. Do walki Vincent poszedł się w typowo tileańskim stylu - z kuszą i ogromnym pawężem, chociaż w przeciwieństwie do żołnierzy nie nosił pancerza. Spędził też wystarczająco wiele godzin z innym swoim wujkiem, strzelcem wyborowym o imieniu Antonio, by używać kuszy i pistoletu bez tracenia czasu na zastanawianie się co robić. Mięśnie same wykonywały swoją pracę bez czynnego użycia świadomości, skracając cały proces do minimum. Pawęża również wiedział jak używać - często pod ostrzałem pomagał w ewakuacji rannych kuszników z pola bitwy. Z walką wręcz miał dużo mniejsze doświadczenie, jako główną broń wybrał więc włócznię, by trzymać swoich przeciwników jak najdalej. Gdy przeciwnik podejdzie zbyt blisko miał dla niego inną niespodziankę - nabity ołowiem garłacz. Całości dopełniała zredukowana do najpotrzebniejszych rzeczy torba lekarska - Vincent to w końcu dyplomowany medyk, doświadczony w składaniu rannych do kupy.
-Niech gra muzyka! - wymamrotał po tileańsku widząc że krzaty ruszają do walki, po czym wycelował kuszę w kierunku kultystów


 
Porando jest offline  
Stary 29-08-2018, 01:05   #14
Konto usunięte
 
Warlock's Avatar
 
Reputacja: 39458 Warlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputację
Oblężenie Scharmbeck

Scharmbeck, Wissenland
18 Vorgeheim, 2529 K.I.
Świt

Wojna nie oszczędza nikogo. Nie ma tam miejsca na słabości, zaś wszelkie popełnione na polu bitwy błędy są bezlitośnie rozliczane. Liczy się tylko siła i taktyczny geniusz, lecz w świecie, którego fundamenty przeplata magia, czasem nawet to nie wystarcza… Koordynowany przez Kyana czworobok krasnoludzkich wojowników ruszył w stronę murów, pokonując ostatnie kilka metrów stromego wzgórza pod gradem spadających zewsząd strzał, które niczym krople deszczu odbijały się od stalowych tarcz i ciężkich pancerzy. Naprzeciw nim, w szerokiej na kilka metrów wyrwie, którą wyżłobiły potężne działa burzowe, stał w oczekiwaniu na ich nadejście blisko tuzin kultystów. W posępnych oczach obrońców nie czaił się już strach, zastąpiony przez bestialskie szaleństwo, które wzięło górę nad pozostałą w nich resztką człowieczeństwa i zdrowym rozsądkiem. Wydobywające się z gardeł nieartykułowane okrzyki i wrzaski przypominały groteskową mowę zwierzoludzi, więc nawet awanturnicy nie czuli choćby krzty wyrzutów sumienia, kiedy przyszło do zabijania innych ludzi, zwłaszcza, że ci przypominali ich już tylko z wyglądu. Ogarnięte obłędem, pospolite twarze wykrzywione były w chorej ekscytacji na samą tylko myśl o czekającej ich rzezi, zupełnie jakby zażyli przed walką jakiś halucynogennych substancji. Na próżno było szukać w ich oczach człowieczeństwa. Demony w ludzkiej skórze stały krasnoludom na drodze do niebezpiecznej księgi, więc siłą rzeczy musieli zostać zgładzeni.

Kiedy Kyan i nadzorowane przez niego regimenty starły się na przedmurzu z kultystami, po drugiej stronie pola bitwy Astrid brawurowo wpadła między szeregi wrogów wraz z towarzyszącymi jej awanturnikami i oddziałem krasnoludów. Ten zuchwały manewr zaskoczył kultystów, którzy spodziewali się po swoich przeciwnikach większej zachowawczości, jednakże prowadząca regiment do natarcia kobieta, działała nadzwyczaj motywująco na swoich podkomendnych, którzy poczuli się wręcz zawstydzeni odwagą z jaką dziewczyna walczyła i nie bacząc na ryzyko, wskoczyli razem z nią w wir walki.
Tymczasem Doran Gromowładny i jego elitarna gwardia złożona z żelaznych rębaczy, znaleźli się w zdecydowanie bardziej problematycznym położeniu od pozostałych oddziałów. Jako jedyni próbowali przedrzeć się przez warowną bramę, podczas gdy reszta krasnoludów ruszyła ku wyłomom w murach. Z pomocą parowej machiny i ciężkich, wzmocnionych runiczną magią młotów udało im się wyłamać wrota z zawiasów, lecz kiedy dostali się do środka, drewniana brona za ich plecami zatrzasnęła się z hukiem zwalnianych łańcuchów, a z otworów ponad ich głowami zaczęły sypać się na nich ciężkie kamienie. Kiedy chwilę później przed nimi wyrósł cały regiment kultystów, Doran i jego gwardziści zrozumieli, że dali się wciągnąć w sprytnie zastawioną pułapkę.

Podczas gdy zdecydowana większość sił natarcia związana była już brutalną walką wręcz z wrogiem, garść awanturników stała na tyłach walczących oddziałów, próbując ustrzelić znajdujących się na murach łuczników, którzy wciąż stwarzali śmiertelne zagrożenie. Vincent rozstawił swój ciężki pawęż, wbijając ostrogi w ziemię i podpierając cały ciężar tarczy na dwóch oszczepach. Następnie wyciągnął kuszę i oddał strzał w stronę chowającego się za blankami kultysty, który w tym samym czasie zrzucał kamienie na walczących poniżej. Za pierwszym razem spudłował, choć zmusić przeciwnika do głębszego przemyślenia swoich działań, kiedy bełt przeleciał mu tuż przed nosem. Za drugim razem Vincent się jednak nie pomylił i mimo panującego wokół zgiełku, zdołał usłyszeć charakterystyczny dźwięk pękającej czaszki, kiedy zetknęła się z wystrzelonym z kuszy pociskiem.
Stojąca nieopodal Vincenta i osłaniana przez tarczę Reinmara, Katarina szybko omiotła pole bitwy, wiedząc co ma robić. Sytuacja była dramatyczna dla obu stron, więc wymagała ona równie drastycznych kroków, a w jej wypadku oznaczało to tkanie jednego z najpotężniejszych zaklęć jakich się w przeszłości uczyła. Problem był tylko w tym, że znała je wyłącznie z teorii; ledwie zapamiętała skomplikowaną, acz zaskakująco rytmiczną formułę i nie była do końca pewna jego efektów. Mimo to doskonale wiedziała, że los wielu walczących leży teraz w jej rękach, dlatego nie musiała długo przekonywać samej siebie przed rzuceniem go. Dodatkowo zachęcał ją fakt, że stojący obok Reinmar naprawdę wierzył w jej możliwości. Po raz pierwszy od dłuższego czasu poczuła się doceniona, choć może słowa, które wtedy padły z jego ust nie były w żadnym razie zbyt wyrafinowane, ani użyte z typowo samczą premedytacją, to prawdopodobnie właśnie z powodu tej przypadkowości dziewczyna poczuła jak się mimowolnie rumieni.
W końcu Katarina wypowiedziała kilka ostatnich słów kończących zaklęcie i wyzwoliła je, wyglądając wyniku. Przez krótki moment wydający się wiecznością nic się nie działo, budząc wątpliwości, aż wreszcie efekt wszedł w życie z całą swoją siłą. Światło zdawało się jakby nieco przygasnąć, gdy Uglu zaczęło wirować naokoło niej, gromadząc się w cieniach fortecy. Daleko temu było do widowiskowych wybuchów bomb z żyrokopterów czy inkantacji innych magów, lecz całość prezentowała się równie skutecznie. Z wyrw w murach rozległ się potępieńczy wrzask, gdy magia zaczęła palić niczym kwas, rozpuszczając na ciemną masę ciała wrogów, mających nieszczęście być w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie, pozostawiając zaledwie garstkę tych jeszcze zdolnych w jakiś sposób do walki.

Dzięki potężnemu zaklęciu Katariny, którego przerażające efekty wywołały dreszcze na plecach walczących sił sprzymierzonych, udało się krasnoludom przełamać impas na murach i teraz całą masą wdzierali się na dziedziniec. Przed wejściem do kasztelu zebrała się dość liczna grupka obrońców, otaczająca wychudzonego kultystę o szarej, niezdrowej karnacji, wybrakowanych, śnieżnobiałych włosach oraz przekrwionych oczach, które były głęboko osadzone w czaszce, nadając mu iście niepokojącego, trupiego wyglądu. Trzymał on przy sobie księgę, po którą wszyscy tu przybyli i wyraźnie był skupiony na tkaniu zaklęcia, które na głos odczytywał z jej plugawych stronic. Nikt jednak nie zwrócił na to wtedy uwagi, bowiem wysiłek wszystkich skupiony był na uwolnieniu ich przywódcy oraz jego elitarnej gwardii z pułapki, którą zgotowali im kultyści znajdujący się przy bramie.

Wszystkie oddziały jak jeden mąż rzuciły się na pomoc uwięzionym w potrzasku, zamykając wrogów w śmiertelnym kotle, z którego żaden z obrońców nie mógł wyjść żyw. Peter popisał się wtedy zdumiewającą jak na kupca odwagą, bowiem z garłaczem w ręku wparował na dziedziniec, nie bacząc na strzelających z każdej strony łuczników, po czym zasypał gradem śrutu zgrupowanych przy bramie kultystów. Za nim na dziedziniec wparowała reszta awanturników, a w tym dotąd małomówny Ighor, który niczym cień zakradł się do wnętrza bramy, gdzie na pierwszym piętrze obronnej struktury znajdowało się dwóch łuczników. Pierwszy z nich wyczuł zbliżające się zagrożenie i natychmiast zaalarmował drugiego, po czym rzucił się w stronę schodów na spotkanie czarnobrodemu krasnoludowi. Ten był już na ostatnim stopniu, kiedy z mieczem w ręku skoczył na niego kultysta. Ighor wykonał zdumiewająco zręczny unik w wąskim przejściu, na jakiego zdobyć mógł się tylko uzdolniony cyrkowiec, po czym przemknął pod ramieniem napastnika, zostawiając mu wbity nóż w podbrzuszu. Nie zatrzymał się jednak, aby móc podziwiać konające dzieło swoich rąk, bowiem wciąż był narażony na atak ze strony drugiego łucznika, dlatego z rozpędu okręcił się wraz ze śmiertelnie rannym kultystą i kopniakiem wymierzonym w brzuch zrzucił go ze schodów. W wąskim pomieszczeniu cudem uniknął strzały, która przeleciała mu nad uchem. Widząc jak łucznik ze zdumiewającą wprawą nakłada drugą strzałę, Ighor nie ryzykował podejścia do niego, wiedząc, że ten nie da mu na to czasu. Zamiast tego ścisnął pewniej ostrze noża i rzucił nim przed siebie. Kultysta po drugiej stronie widział jedynie błysk odbitego od klingi światła słonecznego na ułamek sekundy przed tym, jak nóż wbił się po samą rękojeść w jego krtani. Ighor klasnął w dłonie z zadowoleniem na ten widok, po czym dziarskim krokiem ruszył ku charczącemu i szamoczącemu się w agonii kultyście, którym teraz targały konwulsyjne wstrząsy. Na okolicznych murach zostało jeszcze kilku łuczników do zestrzelenia, ale Ighor wierzył, że reszta krasnoludów oraz upiorny biczownik Unrecht bez trudu sobie z nimi poradzą. Trzeba było jeszcze zająć się czarnoksiężnikiem i jego obstawą, dlatego po zebraniu swoich noży z miejsca krwawej rzezi, Ighor wrócił na dół, by zasilić szeregi krasnoludów… Nikt jednak nie przygotował go na to, co miało go tam czekać.


W podziemiach zamku Scharmbeck grupa uwięzionych w lochach awanturników zdołała przemyconym w bucie wytrychem otworzyć drzwi od swojej celi, korzystając przy tym z wywołanej bitwą niedyspozycji ich ciemiężycieli. Natychmiast rzucili się ku leżącej na ziemi rozpalonej pochodni, która była w zatęchłych lochach jednym źródłem światła, po czym ostrożnie ruszyli przed siebie długim korytarzem, na końcu którego znaleźli kilka sztuk narzędzi – dwie łopaty, jeden kilof oraz ciężki młot. Nie mając lepszej broni pod ręką, każdy z awanturników chwycił po jednym narzędziu i udał się w stronę wylotu z lochu, który łączył się z innym korytarzem. To wtedy właśnie usłyszeli szybko zbliżające się w ich stronę kroki i natychmiast wszyscy umilkli, zagaszając pochodnię, tak iż teraz pomieszczenie skąpane było w półmroku.
Nie minęło kilka krótkich chwil, kiedy intruz wkroczył do korytarza, w którym podstępnie ukrywali się awanturnicy i natychmiast spostrzegł ich obecność, mimo że nie widział twarzy żadnego z nich. Zimne ostrze sztyletu błysnęło w rękach chłopaka, lecz w tym samym momencie rzucili się na niego poszukiwacze przygód, powalając go na ziemię i tłukąc go łopatami. W okładaniu młodzieńca prym wiódł Durak, który widząc jak ten groźnie wymachuje sztyletem w samoobronie, walnął go twardo zaciśniętą pięścią prosto w twarz z taką siłą, że chłopak zwalił się bezwładnie na zimny pawiment lochu. Wtedy to Ludo poświecił pochodnią, ukazując prawdziwe oblicze nieznajomego.
- Vitto?! - Niemalże krzyknął zaskoczony widokiem swojego przyrodniego brata Karl, po czym natychmiast rzucił się ku niemu, aby go ocucić. - Co ty tu u licha robisz? Sądziłem, że nie żyjesz... - mówił dalej, choć Vitto po spotkaniu z pięścią Duraka wciąż pozostawał nieprzytomny.
- Znasz go, ty kłamliwa wywłoko? - Warknął do szlachcica krasnolud, ledwo powstrzymując się przed atakiem i na niego.
- Daruj, to mój brat. Nie wiedziałem nawet, że przebywa na dworze. Nie ma nic wspólnego z moją intrygą, ani waszym losem - odparł mu Karl. - Pewnie chciał nas stąd wydostać, albo wsadzić ojcu sztylet w serce. Właściwie to obie te opcje nie wykluczają się wzajemnie…
- Pff! Następna kłamliwa kanalia - Durak zaciskał zęby, a w dłoni sztylet.
- Wiedz, że zhańbiłeś moje imię i musisz za to zapłacić. Jeśli nie ty, to cały twój parszywy ród - prychnął i odwrócił się do reszty.
- Idźmy. Trzeba mi rozwalić parę łbów - rzucił i spojrzał wymownie na Karla.
- A ty człeczyno kombinuj lub módl się bym nie przeżył - warknął w jego stronę, szykując się do dalszego penetrowania podziemi.
- Podobnie byś postąpił na moim miejscu, krasnoludzie. Wiedz, że nie miałem wyboru, chcąc ratować rodzinę. Koniec końców opłaciło się, choć niemałym kosztem. Żałuję tylko, że moja siostra nie dożyła tej chwili, bo dla niej to wszystko uczyniłem. Musimy jeszcze stąd uciec i będziemy wolni - odparł mu Karl beznamiętnym tonem głosu.
- Ale nie jestem na twoim miejscu - warknął w odpowiedzi Durak.
- A ty wiedz, że tylko ze względu, że musiałeś, jak to nazwałeś, jeszcze nie jesteś martwy i daję tobie ostatnią jeszcze szansę na naprawienie win. Poza tym krasnolud by nigdy tak nie postąpił, a rodzina by go zrozumiała, tak jak i przodkowie - dodał sycząc przez zaciśnięte zęby i dając do zrozumienia kiwnięciem głowy, że ma już dość siedzenia tu i chce iść dalej.
- Miłe powitanie! Dziękuję! - Odezwał się po chwili oburzony Vitto, rozcierając bolący nos. Przytomność odzyskał kilka chwil temu, choć nie dawał o tym znać, woląc wysłuchać z uwagą rozmowy tych dwóch. - Korytarz był czysty, a strażnik przed wejściem nie żyje. Droga na górę jest wolna, mogę prowadzić! A z wami policzę się później - skierował swe słowa do brata i ojca. - Co wam przyszło do głowy by układać się z chaosytami, pojebani jesteście?
- Raczej odniosłam wrażenie, że cała wasza rodzina jest walnięta - burknęła Lilou, krzyżując ręce na piersi i patrząc butnie na “nowego”.
- Spodziewałeś się szampana i toastu? Gratuluję… - elfka przerzuciła oczami i wyjrzała z powrotem w korytarz. To gadanie było bez sensu.
- Ja stąd spadam póki okazja, a wy nie wiem… Pogadajcie jeszcze o swoich chorobach i ciotkach sprzedających kartofle w Marienburgu - po tych słowach dziewczyna ruszyła dalej, aby wydostać się z tego miejsca.
- Powodzenia - rzucił jej na odchodne Vitto, ignorując oburzenie elfiego dziecka.
- Trochę się zmieniło ostatnio w tych lochach - zauważył Karl, wtrącając się do rozmowy. - Czy wiesz, czy może gdzieś trzymają tu broń? Z łopatą i kilofem raczej nie nakopiemy Detlevowi do tyłka.
- Wyobraź sobie, że wiem, ale nie wiem czy jest sens przekazywać tą wiadomość tej ignorantce - spojrzał wymownie na oddalającą się Lilou, która wyraźnie była uprzedzona do wszystkich członków rodziny Lehmanów, jak zresztą i samego Vitto, jednak sam mógł nie przetrwać, a Karl i ojciec mogli w jego mniemaniu jeszcze okazać się przydatni.
- Chodźcie za mną - rzekł, po czym ruszył do przodu wymijając grupę. Podniósł z ziemi swój sztylet. Na tę chwilę żałował, że nie zabrał ze sobą swych pistoletów, jednak nie można mieć wszystkiego.

Awanturnicy ostrożnie ruszyli za Vitto, skręcając w korytarz prowadzący w prawo. Po pewnym czasie stanęli przed żelaznymi drzwiami znajdującymi się na samym końcu korytarza. Były zaryglowane, zaś Lilou nie było nigdzie w okolicy, co musiało oznaczać, że poszła w przeciwnym kierunku. Wtedy właśnie usłyszeli głosy rozmów oraz kroki zbliżające się z przeciwnej strony i z całą pewnością nie należały one do elfki.
- Cholibka, Vitto powiedz, że wiesz jak odryglować te drzwi! - Odezwał się w panice Ludo.
- Nie jestem włamywaczem - odpowiedział mu młodzieniec - ale wiem, gdzie trzymają klucz.
Vitto podszedł do ściany obok i odsunął luźną cegłę, przekazująć ją w ręce niziołkowi. W powstałej po niej wnęce nie było jednak ani śladu kluczy.
- Gdzieś ty nas wyprowadził, kundlu?! - Warknął poirytowany Durak, zaciskając mocniej rękę na sztylecie, po czym odwrócił się do zbliżających się kultystów.
- Lepiej otwórz te drzwi, bo zostaniesz przy nich na wieki!
- Waż swe słowa kurduplu, mogłeś zostać w lochu pewnie i tak nie widziałbyś różnicy od tych waszych krasnoludzkich twierdz - odpowiedział poirytowany Vitto, macając ręką wewnątrz skrytki w poszukiwaniu klucza.
Khazad mruknął głęboko i chciał przywalić człeczynie, lecz się powstrzymał wiedząc, że chaosyci się zbliżają.
- Strach cię obleciał? - Rzucił w stronę krasnoluda Vitto. Wiedział jednak, że jeśli nie znajdzie szybko klucza, to ci strażnicy mogą sprowadzić posiłki, a to nie wróżyłoby nic dobrego.
- Zamknij jadaczkę wypierdku snotlinga! - Durak warknął, niemalże rzucając się na młodzieńca z pięściami, kiedy jego zamiary przerwał głos jednego z trzech kultystów, którzy zjawili się w korytarzu za nimi:
- Chyba tego szukacie… - powiedział buńczucznie napastnik, kręcąc na palcu pękiem kluczy. W drugiej jego ręce błyszczał już gotowy do ataku miecz, co nie pozostawiało wątpliwości, co do ich zamiarów.
- Grimnir! - W odpowiedzi wykrzyczał gniewnie Durak, po czym razem z resztą awanturników rzucił się ku kultystom. Jedynie ranny Sigmund wolał nie mieszać się do walki, szukając dla siebie schronienia za plecami niziołka, który właśnie brał zamach do rzutu otrzymaną od Vitto cegłą.

Mimo, że awanturnicy byli zdecydowanie gorzej uzbrojeni od swoich wrogów, przewyższali ich znacząco umiejętnościami walki. Młoty, łopaty, kilofy i sztylety poszły w ruch przeciw mieczom i halabardom, a jednak to poszukiwacze przygód zdołali wyjść z walki zwycięsko. Hans z Karlem powalili jednego z kultystów, tłukąc go łopatami aż z jego twarzy pozostała nierozpoznawalna breja, będąca mieszaniną odłamków czaszki i wylewającego się z każdej strony mózgu. Durak i Dietrich zostali ranni w walce, szczególnie krasnolud boleśnie się przekonał jaką wartość ma zbroja podczas bitwy, której wtedy niestety nie miał, ale koniec końców z pomocą Hansa udało mu się obezwładnić napastnika. Hans przytrzymał kultystę, pozwalając Durakowi wbić mu sztylet w oko, zaś ostatniego przeciwnika zgładził Dietrich ciosem ciężkiego kilofa, który zatopił się w czerepie ofiary, zabijając ją na miejscu.
Po walce awanturnicy przeszukali dokładnie ciała pokonanych, zabrali im klucze i otworzyli sobie drzwi prowadzące do zbrojowni. Tam zastał ich przyjemny widok blisko tony wojennego żelastwa – od bogatego asortymentu broni jednoręcznej i dwuręcznej, skończywszy na lekkich pancerzach i kilku sztukach kolczugi. Każdy mógł znaleźć tam coś dla siebie. Uzbrojeni w lepszy sprzęt, ruszyli w stronę wyjścia z lochu, gotów wymierzyć sprawiedliwość Detlevowi.


Bitewny zgiełk przycichł na chwilę po wybiciu kultystów przy bramie. Do pokonania zostało jeszcze jedno zgrupowanie obrońców, którzy ustawili się przed wejściem do kasztelu, uniemożliwiając krasnoludom dostanie się do środka. Doran Gromowładny nakazał swoim siłom przegrupować się, zbierając wokół siebie dwa regimenty wojowników oraz swoją elitarną gwardię. Sam zaś wyszedł na przód tworzącej się formacji, rzucając w stronę zgromadzonych przed kasztelem kultystów te wyzywające słowa:
- Oddajcie księgę, a oszczędzę wam stosy! Ciosu krasnoludzkiego topora w kark prawie nie odczujecie, a już znajdziecie się po drugiej stronie; w piekle którego jesteście godzien!
W odpowiedzi usłyszał jedynie głośny szmer, który był pomieszaniem gardłowego śmiechu i obelżywych wyzwisk.
- Formować szyk! - Krzyknął do swoich podkomendnych i w tym samym momencie szeregi kultystów rozwarły się, ukazując krasnoludom czarnoksiężnika, który kończył właśnie swoją inkantację. Jako pierwsza działanie zaklęcia wyczuła Katarina, która swoim szóstym zmysłem dostrzegła zaburzenia w oplatających to miejsce wiatrach magii, które zostały stłamszone przez przepływającą przez dziedziniec z tytaniczną siłą energią Dhar.
Z trzymanej przez czarnoksiężnika księgi wydobyły się najpierw zielonożółte opary, które po chwili zgęstniały i wystrzeliły w powietrze w wysokim na kilkanaście metrów słupie skumulowanej energii, by chwilę później opaść pomiędzy szeregi krasnoludów. Morowe powietrze spowiło dziedziniec, doprowadzając zebranych tam wojowników do wymiotów, krztuszenia się i plucia krwią, która po chwili zaczęła lecieć także z oczu, nosa i innych otworów ciała. Wielu wtedy zginęło, nie mogąc wydostać się z pułapki śmiertelnych oparów, ale wśród nielicznych, którzy przeżyli była Astrid. Kobieta z ustami owiniętymi kawałkiem szmaty, wybiegła z gęstej chmury oparów, szarżując wprost na kultystów. W ręku jednak nie dzierżyła miecza, lecz rozpaloną racę, którą po przebiegnięciu kilku metrów rzuciła prosto pod nogi czarnoksiężnika. Ten był jednak na tyle pochłonięty tkaniem kolejnego zaklęcia, że nawet nie zwrócił na to uwagi, a nawet jeśli zauważył racę, to kompletnie ją zignorował, nie traktując jej jako zagrożenie… ku własnej zgubie. Był to bowiem sygnał do przelatującego ponad głowami żyrobombera do rozpoczęcia bombardowania.
Astrid natychmiast zmieniła kierunek biegu, odbijając w bok. Biegła w stronę zwartych szeregów awanturników, goniona przez rozbijające się koło nóg strzały. W tle dało się już słyszeć huk wirników zbliżającego się żyrobombera i chwilę później zamkiem wstrząsnęła spodziewana eksplozja bomb zapalających, które uderzyły w podest, na którym stał czarnoksiężnik razem ze swoją świtą. Był to sygnał dla pozostałych krasnoludów, którzy pomimo wywołanych magią słabości, rzucili się ku kultystom z pałającym żądzą mordu żarem w oczach, gotów pomścić swych martwych towarzyszy.
- Nie zostawić nikogo żywego! Zatłuc plugastwo! - Wydarł się na głos Doran Gromowładny, prowadząc natarcie na garść ostałych przy życiu obrońców. Gniew krasnoludów był iście wielki, toteż los ich wrogów był przypieczętowany. Nigdy wcześniej wojownicy z Khazad Hradan nie zabijali z podobną determinacją i agresją, w każdy cios wprowadzając ostałe resztki sił…

Jeszcze podczas czyszczenia dziedzińca z resztek plugastwa, Doran nakazał najemnikom wejść do kasztelu i odszukać uwięzionych poszukiwaczy przygód. Astrid przegrupowała się z pozostałymi na dziedzińcu awanturnikami i niepewnie ruszyła w stronę siedziby kultystów, po drodze omijając spopielone szczątki obrońców. Z cherlawego czarnoksiężnika nie zostało nic poza spopielonymi kośćmi, ale w pośmiertnym uścisku wciąż trzymał on plugawą księgę, która całkowicie oparła się płomieniom, ku przerażeniu zabobonnych awanturników, którzy na własnych oczach doświadczyli nieskończonej potęgi Chaosu.
Ostatecznie jednak weszli do kasztelu pomimo chwilowych wahań. Ich oczom ukazało się iście bogate wnętrza, godne magnackiego pałacu. Czerwone dywany prowadzące korytarzami we wszystkie strony, marmurowe posągi, posrebrzane pancerze pilnujące wejść do pomieszczeń i malowidła przedstawiające niezwykle liczną w dziejach rodzinę Lehmanów. W zasięgu wzroku nie było ani jednej żywej duszy, dlatego ostrożnym krokiem ruszyli przed siebie, nie wiedząc gdzie zacząć poszukiwania uwięzionych.
Chwilę później dotarli do wielkich, dwuskrzydłowych drzwi, które powoli otworzyli. Zaglądając do środka kolejnego pomieszczenia, ujrzeli przed sobą podłużną, acz skromnie umeblowaną salę, której sklepienie podtrzymywało szereg ustawionych w rzędzie kolumn. Przez środek pomieszczenia prowadził czerwony dywan, który piął się na schodkach podestu na samym końcu sali, gdzie znajdował się ołtarz, a tuż za nim tron, na którym siedział nonszalancko czarnowłosy mężczyzna o dzikim, acz przenikliwym spojrzeniu.

Spomiędzy kolumn wyszło siedmiu nadzwyczaj dobrze uzbrojonych gwardzistów, lecz to nie oni zwrócili uwagę awanturników, lecz jeden konkretny przeciwnik, który stał przed ołtarzem, obdarzając ich wyzywającym spojrzeniem.
Kolczuga z trudem obejmowała jego ogromne ramiona i muskularną klatkę piersiową, a wysłużony stalowy napierśnik stanowił odległe echo posrebrzanych pancerzy, które zdobiły pałacowe korytarze. Stożkowy hełm z rogami okalał twarz o zniekształconych rysach, ponaznaczaną siatką blizn. Oczy, błękitne jak zimowe niebo, spoglądały spod zmarszczonych brwi. Na swych potężnych plecach zawieszony miał ogromny miecz, którego klinga jaśniała w blasku paleniska niczym błyskawica. Rękojeść owinięto skórą i drutem, by w trakcie walki broń nie wyślizgnęła się z wilgotnej od potu i krwi dłoni. Z trzonu zwisały dziesiątki frędzli, a w miejscu głowicy szczerzyła się stalowa czaszka. Broń była równie szpetna i przerażająca, jak jej właściciel, który trzymał za włosy wijącą się u jego nóg elfkę.
Nieopodal niego stał jeszcze jeden wojownik, choć nie był równie postawny, to nie mniej groźny. W ręku trzymał bowiem inna kobietę, która jak się później okazało, miała na imię Adelaida i była siostrą Karla Lehmana, którą wszyscy uważali za martwą.

Nonszalancko siedzący na tronie Detlev Kampf wyglądał na okropnie znudzonego, większą uwagą obdarzając brud pod swoimi paznokciami od intruzów w jego bezprawnie zdobytym pałacu.
- Zrobimy tak - odezwał się w końcu charyzmatycznym głosem, który nie znosił sprzeciwu. - Powiecie swoim przełożonym, aby przepuścili nas przez rzekę, a dziewczynom włos z głowy nie spadnie. Odstawimy je bezpiecznie na drugim brzegu Sonne - w padających słowach nie było tam postawionego znaku zapytania. Nie była to nawet oferta. Był to rozkaz, taki jakim Detlev zwykł częstować swoich podwładnych, a kiedy mówił, to kipiała wręcz z niego pewność siebie i wrodzony talent do rządzenia innymi. Tymczasem miecze ciężkozbrojnych zakapiorów niebezpiecznie zbliżyły się do gardeł przerażonych kobiet, nie wróżąc im nic dobrego.

 
__________________
[URL="www.lastinn.info/sesje-rpg-dnd/18553-pfrpg-legacy-of-fire-i.html"][B]Legacy of Fire:[/B][/URL] 26.10.2019
Warlock jest offline  
Stary 29-08-2018, 02:00   #15
 
Icarius's Avatar
 
Reputacja: 23238 Icarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputację
Peter wiedział, że są sekundy na reakcję nim któryś z jego towarzyszy powie coś nieodwracalnego. Wiedział, że kultyści są skończonymi kłamcami i mają swoją dumę. Podejrzewał jednak, że jak wszyscy chcą żyć. Na tym opierał swój wybieg który mógł ocalić... jedną z kobiet. Jedna była jednak lepsza niż żadna.

- Krasnoludy to dumny i honorowy lud. Nie mogę przyjść do nich jedynie ze słowem wyznawcy mrocznych potęg - broń boże nie nazwał nikogo podłym, plugawym kultystom. Liczył też, że reszta pojmie jego intencje nim zacznie działać. - Jedna z nich wolna tu i teraz jako gest dobrej woli. Znak, że można wam uwierzyć. Daję słowo, że postaram się ich przekonać do waszej oferty. Doran Gromowładny zna mnie od lat potrzeba jednak dobrej woli i gestu. Wyłącznie siła do krasnoludów nie przemówi. Trzeba tu i sprytu. - nie wskazał którą kobietę mają uwolnić. Pozwolił by panem sytuacji był przywódca kultu. Jednocześnie patrzył uspokajająco po towarzyszach. Ktokolwiek zrobi coś gwałtownego będzie miał krew niewinnych na rękach.
 

Ostatnio edytowane przez Icarius : 29-08-2018 o 02:05.
Icarius jest offline  
Stary 29-08-2018, 10:04   #16
 
PanDwarf's Avatar
 
Reputacja: 5560 PanDwarf ma wspaniałą reputacjęPanDwarf ma wspaniałą reputacjęPanDwarf ma wspaniałą reputacjęPanDwarf ma wspaniałą reputacjęPanDwarf ma wspaniałą reputacjęPanDwarf ma wspaniałą reputacjęPanDwarf ma wspaniałą reputacjęPanDwarf ma wspaniałą reputacjęPanDwarf ma wspaniałą reputacjęPanDwarf ma wspaniałą reputacjęPanDwarf ma wspaniałą reputację


Dwie dziesiątki khazadów pod wodzą Kyana z pieśnią na ustach ruszyły ku murom. Gdy weszli w zasięg rażenia strzał Thravarsson wydał swym chropowatym khazalidem rozkaz
- Formować czworobok wokół mnie! Tarcze z przodu, po bokach i nad naszymi głowami! Migiem!. – głos rozniósł się po okolicy
Krasnoludy ustawiły się sprawnie w ciasną formacje przypominającą żółwia. Na kolejną komendę zaczęli marsz na pozycje wroga. Tarcza przy tarczy parli przez wyrwę, słysząc jak kolejne strzały wbijają się w poszycia ich prowizorycznego dachu. Gdy dotarli do swego wroga ciosy odbijały się bez szkody od ciasnej niczym tama formacji, a szybkie kontry kładły na glebę kolejnych truposzy. Byli nimi po prostu jeszcze tego sobie nie uświadomili. Byli nimi w dniu gdy armia khazadów zeszła z gór na niziny. Topory i młoty wystrzeliwały ciosami co rusz zza osłon ,a liczebność chaosytów topniała. Kilka uderzeń serca później nie pozostał ani jeden stojący o swych siłach, a formacja deptała po ciałach ubitych, tępo wpatrujących się przestrzeń mordach i rozdziawionych w agonii ustach.
Wtedy padły kolejne rozkazy
– Ty! – wskazał jednego z khazadów z jego świty – Weź dziewięciu i ruszcie na mury wyrżnąć łuczników by nie pruli do nas jak do drobiu! My zajmiemy się tymi na dole .Oczyścić mi blanki z tego ścierwa tak szybko jak to możliwe! - rzucił szybkie rozkazy Kyan wiedząc że nie musi ich powtarzać. – Ruszajcie! – zakończył.

Omiótł wzrokiem pole bitwy, zauważając jak Astrid ze swoim oddziałem przedarła się także i związała walką kultystów przy bramie. Było ich zbyt niewielu by pilnować swych pleców. Kyan postanowił to wykorzystać.
– Reszta za mna! – zarzucił tarczę na ramie dobywając młota oburącz i zaciskając mocno na nim dłonie po czym rozpoczął szarże na niczego nie spodziewających się chaosytów.
Z jego gardzieli wydobył się potworny, gardłowy, żądny krwi ryk - GRIMNIIIIRRRRR!!!!!. Gdy roztrzaskał pierwszy czerep, a kawałki czaszki i galaretowatej mazi rozprysły się na wszystkie strony.
Przeciągnął młot w poziomie uderzając precyzyjnie prosto w facjatę prawie zrywając łeb z szyi posyłając kolejnego wielbiciela macek w otchłań czy gdziekolwiek tam zmierzali po śmierci.
To była istna rzeź, jucha tryskała po licach, kolejne ciosy spadały na kultystów. Okrzyki umierających mieszały się z uderzeniami broni o tarczę. Tu odcięte ramie, tam urżnięta noga. Tuż obok Kyana jeden kultysta wył jak potępiony trzymając wypływające jelita z rozprutego toporem podbrzusza. Krasnolud który go tak załatwił zostawił go tak przechodząc dodatkowo po jego brzuchu okutymi buciorami gdy skierował się na następnego przeciwnika. Kyan nagle poczuł zmierzający cios w jego stronę, sparował go sprawnie zbijając broń przeciwnika i kopnął go w klatkę piersiową, a następnie wyprowadził cios opadający na obojczyk. Chrzęst gruchotanych kości zabrzmiał miło w jego uszach. Kultysta przegiał się nienaturalnie w jedną stronę i padł na kolana. Jednak cios kończący wyprowadził krasnolud zza pleców kultysty uderzając toporem w czaszkę, padł niczym ścięte drzewo by już nigdy nie drgnąć.
Co chwila świstały strzały nad głowami walczących oddziałów, żywił nadzieje że grupa wysłana na blanki szybko się z nimi upora.
Zmiażdżony regiment kultystów został wybity do nogi, wyżynani do czasu aż dwa oddziały khazadów nie spotkały się twarzą w twarz po środku pola bitwy uśmiechając się do siebie dziko.

Regimenty skierowały swoje zainteresowanie na oddziały chroniące jakąś zakapturzona postać stojącą przy kasztelu. Gdy nagle plugawy głos maga poniósł się nienaturalnie w przestrzeń i ciemnobrązowa chmura przysłaniająca nawet słońce wystrzeliła ze świstem w niebo. Wszystkie oczy spoczęły na owej paskudnej tłustej kłębiącej się chmurze i zamarli gdy nagle opadła na oddziały khazadów. Niektórzy próbowali się odruchowo zasłonić swymi tarczami gdy chmura otuliła gęsto szyki wojów. To co potem Kyan ujrzał miał zapamiętać do końca dni swego żywota.
Widział jak szyki idą w rozsypką krasnoludy padają na kolana z wyciem odrzucając broń, wiją się po ziemi. Potępieńcze okrzyki przewiercały duszę na wskroś. Kyan przyjrzał się krasnoludowi który stał najbliżej niego, klęczał z jego oczu uszu i ust strumieniami wyciekała krew. Kolejny leżąc trzymał się za bebechy i charcząc skręcał się w drgawkach. Kyanowi marsowa mina co rusz, coraz mocniej wykrzywiała usta, a kąciki ust drgały to jedyne co zdradzało jakiekolwiek emocje z tym związane. Bezsilność… paskudne uczucie.
Nagle ta makabryczna scena dobiegła końca, a jęki ustały powietrze nagle oczyściło się, a chmura rozpłynęła w błyskawicznym tempie. Kyan wpatrywał się w szeregi, cześć khazadów z wolna podnosiła się nieprzytomnie. Jednak co rusz widać było i takich których ciała znieruchomiały, i już nigdy więcej mieli nie powstać.

„Wszystko przez tą księgę… której używał ten mag…” – zmarszczył brwi krasnolud „ Karl….Hans…. Hans…..HANS…..!!!” – poczerwieniał na twarzy z furii, która przemknęła przez jego lico.

Kyana chyba Bogowie Przodkowie trzymali w pieczy bo nie stał aż tak blisko by wejść w zasięg rażenia chmury. Współczuł swym braciom jednak nie mógł pozwolić by tak bezbronnie błąkali się, ktoś musiał ogarnąć ten bałagan nim przeciwnik to wykorzysta.
Ryknął – Podnosić oręż ! tarcze! Żwawo! MUR TARCZ ! DO SZYKU POWIADAM! – choć chciał im dać choć chwile wytchnienia wiedział że nie mógł. Ci co byli o siłach musieli bronić tych, którzy teraz leżeli i nie byli w stanie jeszcze się podnieść. Słychać było jak Doran i Astrid zbierają się i także próbują zewrzeć rozbite oddziały.
Ujrzał nagle jak rozpalona flara, którą on i Astrid otrzymali od Dorana wiruje w powietrzu i spada pod stopy maga. Po chwili udało się słyszeć zbliżający się huk, który wywoływał wirnik żyrobombera nasilając się intensywnie. Obniżywszy swój lot spuścił ładunki i odbił nieco w górę oddalając się szybko.
Nagle potężny wybuch zatrzepotał brodą Kyana zawijając ja na obojczyk jakby chciała uciec od niego niczym przestraszony pies, a jego oczy z wrażenia się rozszerzyły gdy po wybuchu pył opadł wszędzie wokoło zaczęły spadać kawałki oręży, pancerzy, części ciała. Klapiąc głucho o grunt.
Z oddziałów i maga nie zostało nic prócz czarnej wypalonej ziemi i fali uderzeniowej która rozrzuciła ich resztki po całym polu bitwy.

Krasnoludy zalała furia zaszarżowały na wszelkie niedobitki przeciwnika wbijając dosłownie go w ziemie i redukując do podrygującej mazi nikt nie miał szans ujść z życiem.
Doran otrząsnął się pierwszy z tego przedstawienia, zdało się słyszeć jego głos rzucający rozkazy
- - Astrid! Zbierz swoich ludzi i razem z Kyanem poszukajcie w kasztelu uwięzionych awanturników! Jeśli spotkacie Detleva… Rozprujcie mu flaki w imieniu moich ludzi! My zajmiemy się księgą i wyrąbiemy łuczników na dziedzińcu.

Kyan ruszył ku kasztelowi, jednak zatrzymał się widząc że wybuch nie zniszczył księgi, a kościotrup wciąż ją trzymał. Skrzywił się mocno.
Zdjął z siebie płaszcz i zarzucił przykrywając księgę obwinął ją dokładnie i wyrwał z rąk trupa. Nie pozwolił by jakimś cudownym pechem ktoś z nią uszedł.Za dużo khazadów dziś oddały tu żywot w jej sprawie.
Odniósł ją Doranowi rzekłszy
– Doranie, trzymaj. To ta księgą. Bomby żyrobombera nawet jej nie skrobnęły. Musi ona dostać się do Karak Hirn. Jedyny który może zniszczyć to plugastwo pewnikiem będzie Kowalem Run. – wręczył zawiniątko dowódcy.
Następnie pognał za pozostałymi do wnętrza kasztelu. Dogonił grupę gdy otwierali wielkie drzwi i przekraczali ich próg.
Kyan zmarszczył brwi i wwiercał wzrok w przeciwnika, którego spotkali w środku, wyszedł na przód. Spojrzał na niego chłodno słuchając jego przemowy.
Odwrócił się do awanturników głową i zwrócił się w mowie wspólnej, która władał nie tak dobrze jak khazalidem.
- Poinformujcie Dorana że ten któren wyjdzi z rozpalonom flara z kasztelu i ze swom świtom ma być nietknięty i żoden khazad ma się do nich nie zbliżyć. – mrugnął okiem delikatnie będąc tyłem do przeciwników powiedział tak głośno by usłyszał to sam zainteresowany tym paktem. Następnie wyjął flarę zza pasa odwracając się ku przeciwnikowi.
– Wygrałeś, nie możemy pozwolić by tak zacny ród wymarł i przepadł. Jednak moje oddziały są żądne pomsty. Nie sprzeciwiom siem rozkazom aleć musisz wyjść z rozpalona flara i przekroczyć wolno dziedziniec by żodna grupa krewkich młodych khazadów nie mogła wykorzystać faktu iż nie wiedzieli bomdz nie zauważyli. Wielu dziś zabiłeś spośród mego ludu. Wyjdźcie z flara i opuszczonym orężem ciasno w szyku i nie prowokujcie. Oraz przysiegnij że wypuścisz samice nietknięte i żywe. Takie som moje warunki. Jeśli ci siem nie podobają podnoś rzyć i walcz to jedyna oferta jakom ode mnie otrzymasz, a za chwile i ta ni byndzi aktualna winc decyduj rychło. Coż odrzekniesz mi? – Spojrzał na młot trzymający w prawicy skierowany w bok od ciała, następnie spojrzał na flarę trzymając ja w lewej dłoni.

Kyan był gotów na każdą jego decyzję.Jeśli przystaną na jego propozycję odprowadzi ich do wrót kasztelu odpali flarę i poda ją Czempionowi Chaosu sam zostając u wejścia.Bądź rozpocznie rzeź w środku sali.


 
__________________
# Kyan Thravarsson - #Saga Kapłanów Żelaza by Vix -> #W objęciach mrozu by Kenshi -> #Nie wszystko złoto, co się świeci by Warlock
# Thravar Griddsson R.I.P. - #Żądza Zemsty by Warlock

Ostatnio edytowane przez PanDwarf : 29-08-2018 o 10:19.
PanDwarf jest offline  
Stary 29-08-2018, 21:53   #17
 
Avdima's Avatar
 
Reputacja: 11237 Avdima ma wspaniałą reputacjęAvdima ma wspaniałą reputacjęAvdima ma wspaniałą reputacjęAvdima ma wspaniałą reputacjęAvdima ma wspaniałą reputacjęAvdima ma wspaniałą reputacjęAvdima ma wspaniałą reputacjęAvdima ma wspaniałą reputacjęAvdima ma wspaniałą reputacjęAvdima ma wspaniałą reputacjęAvdima ma wspaniałą reputację
Unrechta rwało do przodu, ale wiedział, że pasował do oddziału krasnoludów jak pięść do nosa. Tarczownicy osłanialiby mu co najwyżej kolana, wystawałby ponad nich jak chorągiew. Psułby tylko szyk, więc zamiast tego pozostał przy swojej grupce, osłaniając Petera tarczą. Karzeł nie miał własnej, a stojąc pod murem, łatwo było oberwać zbłąkaną strzałą.

Kiedy udało się przebić na drugą stronę wyłomu, reszta walki trwała krótko. Fala magii i bombardowania złożyła w pokos większość walczących, zanim jeszcze Unrechtowi udało się zdobyć mury obronne, jakkolwiek małym byłoby to osiągnięciem przy jednym broniącym. Broniący jednak pozycji nie zamierzał oddać i zdążył wystrzelić, trafiając biczownika prosto w głowę. Strzała utknęła między prętami klatki, co nie wystarczyło do zatrzymania natarcia. Unrecht rozkręcił kiścień i zatłukł zuchwałego łucznika, zanim ten był w stanie użyć noża po który sięgnął. Bez litości, na tą przyjdzie pora przed obliczem bogów, jeżeli sobie zasłużył.

Z murów dobrze było widać, jakie potworne zniszczenie zdołała zadać magia czarnoksięska. Unrecht przeklinał plugawego maga, zaledwie z pomocą jednej księgi był w stanie zranić tylu krasnoludów. Chociaż koszt konszachtów z Chaosem miał odciśnięty na ciele jak i duszy, była to cena niewspółmierna do sprowadzonego zła. Jeden zbłąkany człowieczek za tylu dzielnych wojów, a na pewno nie było to jedyne przewinienie czarnoksiężnika.


* * *


Biczownik miał kawałek drogi do przejścia, zanim dotarł pod kasztel. Kyan już zdążył oddać księgę Doranowi, decyzji tej Unrecht nie miał powodu podważać. Dodał jedynie swoje spostrzeżenie.

- Gdyby nawet kowale run nie byli w stanie rozprawić się z księgą, zanieście ją do Altdorfu prosto w objęcia Volkmara von Hindensterna. Jeżeli ktoś będzie wiedział, co dalej z nią zrobić, na pewno będzie to Wielki Teogonista kultu Sigmara.

Ufał, że księga nie zgubi się po drodze. Jeżeli można było w coś na tym padole wierzyć, na pewno była to kompetencja krasnoludów. Udowodnili swoją wartość już na tyle pokoleń wprzód, że prędzej ta rasa wymrze, niż zacznie wzniecać wątpliwość.


* * *


Bezczelność Detleva musiała nie znać granic. Zamiast stanąć twarzą w twarz ze swoim losem, chował się za dziewkami. Ten objaw tchórzostwa gotował krew Unrechta, która parowałaby jak z machiny krasnoludów gdyby to było możliwe. Nie chciał dawać Detlevowi czasu, nadeszła jego godzina i powinien już płonąc na stosie, ale innym nie śpieszyło się aż tak najwyraźniej.

Próby oszustwa, matactwa, łgania. Wąż oplatający drugiego węża, mogło to dać jakieś efekty, byle nie trwało długo. Peter oferował amnestię, Kyan zaś wyraźnie wprowadzał chaosytów w pułapkę, czego ci mogli nie wiedzieć. Życie kobiet mogło być cenne, chociaż kim były, tego Unrecht nie wiedział - Detlev mógł wziąć przypadkowe służki i blefować. Nawet, jeśli poderżnie im gardło, było to małą ceną za jego ostateczny koniec i w oczach sigmaryty, mogło go co najwyżej dodatkowo potępić, nie zaś ocalić. Na to ostatnie było zdecydowanie za późno, krew Kampfa zostanie przelana tutaj lub gdy tylko wkroczy na dziedziniec.

Unrecht więc milczał, dopóki widział szansę rozwiązania tego konfliktu bez otwartej walki.
 
Avdima jest offline  
Stary 30-08-2018, 15:01   #18
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Reputacja: 60397 Kerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputację
Kultystom nie pomogła ani fałszywa wiara, ani też lepsze uzbrojenie. A chociaż Dietrich nie był krasnoludem-górnikiem, to jego kilof zamienił w bezkształtną masę głowę jego przeciwnika.
A że inni wrogowie również padli trupem, pozostało do zrobienia tylko jedno - uciec z przeklętego zamku.
Łatwo jednak powiedzieć, lecz by zrealizować to pragnienie należało najpierw opuścić lochy, a potem (lub po drodze) pokonać wszystkich, którzy staną na drodze uciekinierów. W tym jednak celu warto było postarać się o coś lepszego, niż sztylet czy zabrany truposzowi miecz.

Klucze, jak się okazało, pasowały do zamka i wnet drzwi do zbrojowni stanęły otworem.
Co prawda nie było tam zabranej Dietrichowi broni, ale to, co przez lata zgromadzili Lehmanowie, wystarczyłoby dla dość licznego oddziału. A to znaczyło, że Dietrich nie tylko zdoła się uzbroić, ale i, przy odrobinie szczęścia, wyniesie z zamku tyle sprzętu, że odrobi wszystkie straty moralne i finansowe, jakie poniósł przyjmując zlecenie Karla.
Oczywiście nie od razu, bowiem wymykanie się z zamku z dwiema zbrojami na ramieniu, byłoby nieco trudne.

Dietrich zabrał piękny łuk elfickiej roboty i kołczan pełen strzał, wciągnął na grzbiet pasujące na jego posturę skórzaną kurtę i kaftan kolczy, przypasał miecz, a gdy wszyscy się dozbroili, wyszedł ze zbrojowni.
Miał nadzieję, że Vitto pokaże, jak najprościej dostać się do najważniejszego z kultystów, którego trzeba było wysłać w objęcia jego plugawego boga.
 
Kerm jest teraz online  
Stary 30-08-2018, 18:02   #19
Femme fatale
 
Nami's Avatar
 
Reputacja: 61697 Nami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputację
Bitwa była kolejnym doświadczeniem, które Norsmenka mogła zapamiętać, aby nauczyć się czegoś nowego. Dowodzenie znacznie starszymi i bardziej wprawionymi w boju krasnoludami nie było łatwą rzeczą, a jednak kobieta jakoś dała radę. Po prostu starała się nie być zbyt butna i zadufana w sobie, a zamiast tego zaszczepić w wojownikach siłę i pewność siebie. Udowodnić, że to oni są wspaniali i najlepsi - było ryzyko, że po takiej przemowie przestaną słuchać kolejnych poleceń, no bo w końcu to oni są "wspaniali i najlepsi", więc mogą decydować sami za siebie, ale całe szczęście do wstydu nie doszło! Blondyneczka mogła być dumna i z siebie, i z wojska.

Moc plugawej magii chaosu była jednak zaskoczeniem. Astrid widziała coś takiego po raz pierwszy, choć żyła sporo lat w Norsce, to nie doświadczyła mocy Chaosu. Teraz widząc, jakie niesie ze sobą skutki i konsekwencje, zaczęła bardziej rozumieć sprawy, które do tej pory były dla niej absurdalne i pozbawione sensu. Dziewczyna dusiła się i czuła, że na chuście, którą zakryła usta i nos, pojawia się wilgoć. Patrząc wokół siebie była pewna, że to krew. Nie myliła się, ale jednak przeżyła to, a nawet udało jej się powstrzymać eskalację chaotycznego zjawiska. Kolejny sukces.

Nie obyło się bez ofiar, jednak dla Astrid było to normalne. W każdej bitwie czy na wojnie są ofiary i ci, którzy godzą się walczyć doskonale znają ryzyko. Może dojść do kalectwa, może do śmierci - wiadomo. Oczywiście to zawsze niosło ze sobą ból i smutek, ale nie było można obwiniać za to nikogo innego, prócz wykonawcy, a w tym przypadku był to plugawy mag kultystów. Po nitce do kłębka i nawet udało im się znaleźć głównego zarządce i ciemiężyciela.

Detlev Kampf zasiadał tronu niczym król i władca u nóg którego należy paść na kolana. Nikt z przybyłych wojowników i awanturników nie miał jednak zamiaru tego uczynić i choć wódz kultystów był niewzruszony, Astrid miała wrażenie, że jednak czuje on powagę sytuacji. Przestał być panem nadchodzących zdarzeń, stracił szansę na rządy, ale i stracił księgę. Nie miał nic prócz jakichś dziewczyn, co na rozumowanie Astrid brzmiało, że miał naprawdę mało asów w rękawie - rzekłaby wręcz, że był kiepskim hazardzistą.

- Flara to podpucha - wtrąciła się bezczelnie Norsmanka, puszczając Kyanowi krótki, acz pewny siebie uśmieszek "Łajzo khazadzka, nie wstyd ci wszystkich skazywać na śmierć?! Twój lud łgarstwa Cię nauczył i podstępu?!", pomyślała i ponownie spojrzała na Detleva - Ostatnio jak taką rzuciłam to ci maga rozdupiło na trzy strony świata... Albo cztery - zastanowiła się małą chwilę, stukając paluszkiem w podbródek, aż w końcu wzruszyła ramionami - Tak czy inaczej, zdajesz sobie sprawę z tego, że twoja oferta jest pozbawiona jakiejkolwiek taktyki? W sensie no wiesz, bez obrazy, ale ta elfka to już tych włosów straciła garść, a druga kobieta pewnie niedługo wyłysieje ze strachu. Pomijam już fakt, że nie mamy nawet pewności, czy to nie są twoje kultystki oraz co ważniejsze, to my mamy księgę. - Astrid odchrząknęła dając jeden, niewielki krok w przód.

- Może lepiej zróbmy tak: ty puścisz te dwie laski, których i tak nie znamy i nie wiemy w sumie co to za podróbki Asów z talii kart, a my nie zniszczymy księgi i damy ci szansę na jej odzyskanie. Bo nie oszukujmy się, ale jeśli będziesz chciał je zabić, to i tak zrobisz, nie mam racji? Nie jesteś przecież głupi. - Blondynka patrzyła na niego wyczekująco, nie pokazując po sobie, że naprawdę jej zależy. Nie była w końcu pewna czy aby na pewno tak jest, jednakże te kobiety nie pisały się na tę bitwę z własnej woli, mogły być tylko niewinnymi ofiarami wojny, a ze wszystkich wojennych konsekwencji najbardziej nie lubiła tego, że cierpią ci, którzy nieświadomie zostali wplątani w walkę.

- Księga jest tutaj - dodała wskazując na tobołek Katariny, która dla Astrid wyglądała na wiedźmę. Pasowała więc do osoby, która mogłaby coś takiego przy sobie mieć. - Ty puść dziewki w naszą stronę, a my szurniemy ci tobół po podłodze.
 
__________________
Discord podany w profilu
Nami jest offline  
Stary 30-08-2018, 18:44   #20
 
Komtur's Avatar
 
Reputacja: 15748 Komtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputację
Ighor nie odzywał się, choć miał ochotę przywalić Kyanowi. Znał dobrze te zachowania w stylu "ja wiem najlepiej", "zabijmy ich wszystkich bogowie rozpoznają swoich". Kim był ten khazad że chciał decydować o cudzym żywocie? Szczęściem, to szaleństwo przerwała Astrid. I dobrze, bo znając krasnoludzką mentalność, to chłopcy z Karak Hirn mogliby uznać że nie dotrzymaliśmy umowy i cała wyprawa po złoto Neherkhary utknęłaby w martwym punkcie.

Tak czy siak na razie sytuacja była patowa, choć być może podstęp Astrid się uda. W razie czego Ighor był gotów użyć swych noży przeciwko, chaośnikom trzymającym dziewczyny.
 
Komtur jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 22:09.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168