Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 27-11-2007, 14:50   #1
 
Cedryk's Avatar
 
Reputacja: 5009 Cedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputację
Władca zimy (Warhammer II)

Gdzieś w świecie.

Wiosenny motyl wpadł przez okno, zawirował w smudze światła, przysiadł na oknie.
Dziewczyna poruszyła się, długie, smukłe palce dotknęły parapetu, zbliżyły się do motyla. Uciekł. Westchnęła. Tylko w balladach motyle siadają na dłoniach i ramionach młodym dziewczynom w chwilach smutku. Palce przesunęły się wzdłuż zimnego kamienia, zbiegły z palcami drugiej dłoni, zaplotły, pierś uniosło następne westchnienie. Czasem tak bardzo żałowała, że nie może rozpłakać się i ukryć w fałdach ubrania ojca. Już nigdy. Nigdy nie będzie nikogo.
Pukanie.

- Wejść!
- Pani, Marszałek Polny, jego ekscelencja Artur von Herninsberg, którego raczyłaś, Pani, prosić.
- Wpuść go, proszę, i oddal się.
- Służę, jaśnie Pani.


Skrzypienie drzwi, ciche kroki. Ponownie drzwi, kiedy Artur sprawdzał, czy nikt nie podsłuchuje. Znów - drugich drzwi, obficie wykładanych puchem.

- Jestem, Pani, na Twoje rozkazy.
- Arturze, ile razy mam Cię o to prosić? Jesteśmy sami.
- Przepraszam, Emma. Co się stało?


Obróciła się. Wsparła o parapet. Jego twarz była spokojna, tak spokojna, jak wtedy, gdy siedząc z nią na zielonych łąkach posiadłości Herninsbergów tłumaczył j ej, dlaczego mężczyźni giną na wojnach i dlaczego on sam zginie na wojnie. Miała wtedy dziesięć lat. Szczęsny czas. Podeszła do jednego z dwóch czerwonych, obitych złotem karłów i usiadła ostrożnie, jakby na rozżarzonych węglach. Patrzyła się w Artura.
- Co to za zbiegowisko na zewnątrz?
- Nieistotne, jakiś napis, coś na murze, żadna...
- Ah. Mam nadzieję, że coś bardziej kreatywnego, niż „Emanuelle kurwa". Ten akurat znudził mi się. Pamiętam - zachichotała - jak kiedyś sama wykradłam się i napisałam taki na murze pałacu.
- To byłaś ty!?! Ale czemu?
- Dla zabawy. Pusta niewieścia głowa.
Podszedł dwa kroki i opadł przed nią na jedno kolano. Wpatrzył się uważnie w jej oczy.
- Dlaczego? Dlaczego to robisz? Dlaczego muszę zabijać i okaleczać w pojedynkach tych nieszczęśników, którym wymknie się publicznie to, o czym wszyscy szepcą po cichu? Po co?
- Mój Artur. Mój szlachetny rycerz bez skazy. A jak myślisz? Zastanów się przez chwilę - kto traktuje jako poważnego przeciwnika niewiastę o reputacji ladacznicy? Kto bierze mnie poważnie? Nikt właściwie. Nawet, kiedy udowadniam, że jestem groźnym przeciwnikiem, że potrafię planować, wszyscy tylko milczą przez chwilę, zastanawiają się, a potem: „ta zdzira? Nieeeeeeee...". A dla mnie bardzo to wygodne, wiesz? Bardzo. A poza tym chroni mnie to przed oświadczynami, obrażaniem odmową - bo wszystkim dać ręki się nie da, niesnaskami, wiązaniem mojego miasta w jakieś przymierza i rozpoczynaniem jakichś zatargów małżeńskich, koligacyjnych, rodzinnych - ah, jak dość mam ich wszystkich z tymi podkręcającymi wąsa synami, z tymi córkami, jak dobre konie ułożonymi! A w ten sposób nie otrzymuję żadnych ofert, każdy boi się śmieszności, bo być odrzuconym przez ladacznicę, na którą nawet obrazić się za to nie można, bo jakoś tak głupio. Rozumiesz? -I nigdy...
- Nie, Arturze. Nigdy. Nigdy nie podzielę się odpowiedzialnością i nigdy nie oddam komuś moich sukcesów. Nie pozwolę, aby wszystkie te lata pracy poszły na konto jakiegoś utytułowanego darmozjada, nie oddam tego miasta nikomu -jest moje i tylko moje. Własne. Poza tym nie ma nikogo...
- przycichła. Spojrzała na niego. Odwróciła wzrok. -Usiądź obok mnie.
- Emma, nie wypada, jesteśmy sami i...

- Arturze, w tej chwili już setka służby i druga dworskich pasożytów plotkuje o niesamowitych rzeczach, które wyprawiamy w tej komnacie. Daj spokój konwenansom, dobrze? Usiądź tu.

Poddał się. Usiadł.

- Podaj mi dłoń.
- Emma, proszę, ja nie...
- Kiedy byliśmy dziećmi nie bałeś się mojego dotyku.
- Nie jesteśmy już dziećmi.
- Nie, Nie jesteśmy.
- westchnienie.

Poddał się wobec jej smutku, wobec zmęczenia, znaczącego się liniami na młodej twarzy, tak, na co dzień i na pokaz pełnej życia, rozpustnej, próżnej, teraz smutnej, zmęczonej, słabej. Zamknął jej dłonie w swoich. Uśmiechnął się.

- Pamiętasz ten regiment piechoty morskiej, który przejęłam od Karla Franza, gdy miał ich rozwiązać?
- Tak, drugi strzelców Reiklandu. Trzy setki ludzi, świetny żołnierz, doskonale wyposażony. Duma Twojego miasta.
- Tak. Duma miasta. Nie rzygają na okrętach, wiesz? Ja rzygam. Muszę ich rozpuścić.
- Aż tak?
- Aż tak. Nie stać mnie na nich. Musiałabym rozwiązać dwa regimenty pikinierów nulnijskich, a na to mnie nie stać politycznie - co bym zrobiła z ośmioma setkami nawykłych do przemocy i szkolonych w zabijaniu ludzi w mieście? A Piechotę Morską może jakoś wchłoną posesjonaci, żołnierze pójdą na ochroniarzy - kupcom takich trzeba, kurwa ich mać, na okręty, bo oni nie rzygają, wiesz? Wiesz, mówiłam.
- Znowu kupcy?
- Kupcy. Jak to się stało, Arturze? Jak pozwoliliśmy im stać się jedynym bogactwem naturalnym Nuln, jak dopuściliśmy, żeby z szaraczków miejskich, z grubych śmiesznych jegomościów wyrośli na siłę, przed którą drżą możni! Ten Schwergen, trzeba go było zamordować, gdy tylko zaczął ich organizować w te związki, konfraternie, loggie. A teraz - co ja mogę we własnym mieście? Arturze, oni przedstawiają mi żądania, rozumiesz? Bardzo uprzejme, bardzo zawoalowane ultimata. Oczywiście, Pani, z chęcią damy pieniądze, pomożemy nawet z egzekucją podatków i taksacją dróg handlowych, ale to to a to. A ja miotam się, uśmiecham miło i z wyższością, daję się raz na dwa miesiące zerżnąć jakiemuś workowi mięśni z wielkim tytułem, żeby utrzymać reputację i mieć, czym podsycić plotki, które rozpuszczam. Staram się, jak mogę grać pustogłową niczego nieświadomą babę, gram na zwłokę, tkam palce w przeciekającą tamę, ale belki już drżą i zaczynają mi powoli te palce miażdżyć. Moja policja jest bezradna, Vershisser rozkłada ręce i pyta, czy mordować tego Schwergena, ale jest już za późno! Że tego wcześniej nie zrobiłam, eh... teraz za późno. A poza tym, Arturze - on jest tak piekielnie sprytny, tak przebiegły. A ja sama nie wiem, czy nie widzi poprzez tę moją maskę, czy nie śmieje się z tych moich wygibasów. Jestem już zmęczona, strasznie zmęczona. Wyjdziemy stąd i znów będę się musiała pusto śmiać i flirtować, a mam jedynie ochotę wyprowadzać na szafot i machać ręką katu, albo nawet usiąść w jakimś przytułku Shaylitek i poczytać książkę. Pewno okadziłyby miejsce, w którym siedziałam, spryskały święconą wodą i zamurowały raz na zawsze. Sigmarze, Boże ludzi, tak bardzo zmęczona... A Ty z czym przybywasz, przyjacielu?


- W Kislevie nie dzieje się dobrze. Orłów mówi, że południe kraju płaci już kupcom żywą. krwią, bo pieniędzy dawno brakło, że czerń powoli zaczyna ogarniać szał, diabli wreszcie wiedzą, co się tam dzieje. Ale Orłów się boi.
- Aleksander? Przecież to straceniec, młody buhaj, on niczego się nie boi.
- Błąd w ocenie, Emma. Ja go znam. A skoro on się boi, to już nie wiem. Nic mi nie mówi, tego między nami nigdy nie było. Posłałem raport Cesarzowi i...
- Artur! Co zrobiłeś?!
- Cicho bądź, dziewczyno! Nie po to noszę tę maksymę na piersi, żeby dupę nią sobie podcierać! Mój ród...
- A pies twój ród chędożył! Toż...
- To by była zdrada. A ty nie możesz sobie pozwolić na najmniejsze ze strony Cesarza podejrzenia, że nie grasz z nim czysto. Prawda - narobił makabrycznego gówna z sojuszem morskim, namotał i spaprał co się dało, jesteśmy zagrożeni właściwie zewsząd, skąd się tylko da, Albion przecie z pomocą nam nie przyjdzie, choćby i chcieli, bo i jak?! Marienburg śmieje nam się w nos, odgrywają się teraz...
- Eh... Kislev, nie, na to nie czas teraz, może jak będzie okazja, ale i co się tam może dziać, czym może ten kraik grozić? Zresztą odwieczne przymierza, jakże to...


Popatrzył jej uważnie w oczy. Ścisnął mocniej jej dłonie.

- Czerń. Bunt chłopski.

Patrzyła na niego, blednąc. Zamrugała gwałtownie, przeszedł ją dreszcz, pożoga i krew, ryki i wycia, łamiące się pod ciężarem trupów szubienice, rzeź i wojna odbiły się zrozumieniem w jej czarnych oczach.

- Sigmarze, Królu... o Boże...

Światło spokojnie lało się przez okno. Na ulicy poniżej kończono zamalowywać napis na murze. Straż rozganiała resztki gapiów. Życie płynęło swoim rytmem - rytmem pracy. Pracy i handlu...
 
__________________
Choć kroczę doliną Śmierci, Zła się nie ulęknę.
Ktokolwiek walczy z potworami, powinien uważać, by sam nie stał się potworem.
gg 643974 Zło kroczy ulicami. Coś się psuje. *** Warsztaty - Życie.
Cedryk vel Dumaeg czasami z dopiskiem 1975
Cedryk jest offline  
Stary 27-11-2007, 15:03   #2
 
Cedryk's Avatar
 
Reputacja: 5009 Cedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputację
Interludium.

Wilk
Piotr Smoleński.

Nieprawdopodobnie smutna; drapieżna, wibrująca pieśń wzniosła się nad lasem i cały oddział zatrzymał się jak jeden mąż, konie zatańczyły rozległy się paniczne kwiknięcia, w oczach wierzchowców obłędny strach, jeźdźcy uspokoili je jakoś nieszczerze - ich oczy wyglądają tak samo.

– Johann,
- Tak.
- stary wiarus spokojnie pokiwał głową, w tym powolnym ruchu jakaś straszna ostateczność -Wilki.

Drugi ponury skowyt wzniósł się nad lasem gdzieś po prawej, dwugłos z tyłu, odpowiedź z prawej, nowy zew, cztery pięć odpowiedzi.
- Mein Gott... - młody dowódca rozejrzał się wokół. Otaczali go świetni żołnierze, uzbrojeni po zęby płyty na nogach i powgniatane po dzisiejszej utarczce napierśniki, świetne miecze i lance, każdy nawykły do walki z konia, każdy wypróbowany wielokroć nadstawiający gtowy dla Karla Franza. Każdy z jednakową paniką w oczach. Nowy zew blisko, z prawej. -Są głodne. Blisko.
-Wiem, Johann. Ooodział... cwał!!! Twierdzy dopadną za jakieś dwie klepsydry Może zdążą. Może...

Nikt nigdy nie jest przygotowany na spotkanie z wilkiem. Nikt - najtwardszy człowiek, który wszystko już widział, czy też tchórzliwy słabeusz -nie uniknie zimnego dotykupaniki, jeżącej włosy na karku, nikt nie otrząśnie się z potwornej, hipnotycznej więzi z oczami wilka, jedynego zwierzęcia, które potrafi nieulękle, nie odwracając spojrzenia patrzeć człowiekowi w oczy. W ciepłym lecie, gdy zwierzyny w bród, wilk odwróci wzrok i zniknie między drzewami tak cicho, jak się pojawił, zajęty własnymi sprawami, nie skołatanym strzępkiem nerwów, który za sobą pozostawił. Ciepłym latem w las pójdą łowy z nagonką, ludzie wielkimi watahami, gnani zewem rogu zabijać będą uciekające przed nimi najsłabsze zwierzęta i chlubić się ich ciałami.
Czemu nie spróbują tego w zimie?
Jeżeli zima jest spokojna, łagodna, wilki znajdą sobie zwierzynę i tylko sporadycznie usłyszysz historię o kimś, kto nieopatrznie wszedł do lasu w niewłaściwym momencie i już nie wrócił. Łagodną zimą wilki boją się zbrojnych orszaków, nie zbliżają się do ognia, można spokojnie podróżować. Nie taki chyba straszny...
Lecz gdy mróz skuje oddech w zawieszone kryształki lodu, gdy w lesie słychać huk eksplodujących konarów, gdy śniegu nawieje wyżej pasa, a świat cały zmieni się w lodową głuszę, absolutną martwotę, wtedy wilk nie ma co jeść. Przez pewien czas szuka drobniejszej zwierzyny, zadowala się czymkolwiek, upada nawet tak nisko, że próbuje jeść mech, jego nocny zew staje się szalony, rozpaczliwy. Wtedy jego oczy stają się czerwone, błyska w nich złowrogi obłęd, w gardle rodzi się niski przeciągły warkot, gdy do nozdrzy dojdzie zapach człowieka. Wtedy zaczynają się łowy. Łowy na dwunożną zwierzynę. Tylko szaleniec łub desperat wytknie w tym czasie nos za mury miasta, lub ściany swego domu, tylko obłąkany lub flagelant wyjdzie na gościniec. Wkrótce usłyszy wielokrotny zew, na drogę wypadnie mordercza wataha, dopadnie go i rozszarpie - choćby pod samymi murami miasta, choćby pod gradem strzał. W takim czasie wioski zamierają. Wieśniacy zakrywają okna, wierząc, iż brak światła zmyli wilka, siedzą, jedząc zgromadzone zapasy i czekają. Czasem nie doczekają się przez całą zimę - nie ma większych i bardziej zapamiętałych pijatyk, niż te dla uczczenia roztopów po ciężkiej zimie. Lecz gdy do roztopów jeszcze daleko, gdy władcy kniei powitają księżyce na niebie, wieśniacy kulą się przerażeni w swoich chatach, podpierają drzwi i okna drągami, siadają w cierrinym kącie z widłami lub cepem w dłoniach, mamrocząc modlitwy - tak, Sigmar idzie wtedy w zapomnienie - do Ulryka, żebrząc, błagając o zmiłowanie. I najczęściej noc kończy się strachem, ranek zaczyna modlitwą dziękczynną- ciężką zimą nie ma agnostyków. Lecz zdarza się, że na ścieżynach wioski pojawia się gość niechciany, lecz czujący się tu pewniej od człowieka w lecie. Sięgający człowiekowi wyżej pasa, ważący niemal tyle co on, potężny potwór, machina do zabijania rodem z koszmaru kroczy spokojnie pomiędzy chałupami, węsząc, wybierając według własnego widzimisię. A potem nadchodzą jego bracia. Wybrana przez nich chałupa zatrzęsie się nagle od koszmarnych ciosów, drzwi zatelepią w obsadach, drąg jęknie i sypnie drzazgami, wściekłe, potępieńcze wycie wzniesie ku niebu, gromowe ujadanie i warkot poniosą się na całą wioskę. W czasie, gdy drzwi nieszczęsnego wybrańca będą pękać pod potwornymi uderzeniami, gdy jego rodzina odmawiać będzie ostatnią modlitwę, we wszystkich innych chatach jego wrogowie, ludzie mu obojętni i jego najlepsi przyjaciele, jego mieszkająca z mężem córka - wszyscy będą płakać z wdzięczności, że to nie oni, będą śmiać się opętańczo i pić, bo to nie oni zostali wybrani. Gdy na krótko wycie mordowanego, pożeranego żywcem człowieka zagłuszy jazgot stada, inni będą obejmować się i w głos dziękować Ulrykowi. Aż do następnej nocy. Do następnego zewu. Słyszałeś opowieści o wioskach, które wiosną znaleziono całkiem puste, których chaty miały strzaskane drzwi i ściany wymalowane zakrzepłą krwią? Słyszałeś o opustoszałych miasteczkach, których słabe bramy zostały wyłamane jakąś nieludzką siłą? Śmiałeś się z nich może? Śmiej się dalej, ciężki kretynie. A gdy nastanie ostra zima - szczerze ci radzę - wyjdź na trakt i śmiej im się w oczy, gdy przyjdą po ciebie. Ale ty to wiesz. Pewnie nie raz obozowałeś pod gołym niebem w cieple lata śmiejąc się i weseląc przy ognisku, gdy nagle z lasu podniosła się samotna pieśń demona śmierci... i jak wszyscy wtedy ucichają, jak w oczach błyska obłęd, koszmarny strach i jak po chwili salwa głośnego, nienaturalnego śmiechu stara się pokryć ten moment prawdy, w którym okazuje się kim naprawdę jesteśmy. Może, kiedy natura jest łagodna potrafimy walczyć z wilkiem, jesteśmy pewni siebie, jesteśmy władcami. Ale mroźną zimą, w czasie wilka to on jest naszym panem, on wzbudza zwierzęcą grozę, on rządzi naszymi myślami. I przez cały następny rok staramy się zapomnieć to obrzydliwe, obce człowiekowi uczucie - uczucie bycia zwierzyną łowną. Łupem.
 
__________________
Choć kroczę doliną Śmierci, Zła się nie ulęknę.
Ktokolwiek walczy z potworami, powinien uważać, by sam nie stał się potworem.
gg 643974 Zło kroczy ulicami. Coś się psuje. *** Warsztaty - Życie.
Cedryk vel Dumaeg czasami z dopiskiem 1975
Cedryk jest offline  
Stary 09-12-2007, 17:21   #3
 
Cedryk's Avatar
 
Reputacja: 5009 Cedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputację
Buran

Zbliżał się wieczór. Pora roku sprzyjała już tylko snu zimowemu lub wilkom. Na niewielka polankę śródleśną szybko wbiegł olbrzymi szary basior. Szybko zlustrował ja dostrzegł w jej rogu tylko jakieś ścierwo, z którego resztki nadgnitego mięsa jeszcze przed chwilą objadały kruki, spłoszone pojawieniem się wilka. Przewodnik wydał tylko zew słyszalny w odległości kilku metrów. Na polne wpadała cała wataha prowadzona przez młodą waderę.
Chyłkiem przemknęły przez polanę pozostawiając na nielicznych łatach śniegu wyraźnie odciśnięte swoje ślady. Spokój zapanował szybko na polance a z okolicznych drzew zleciały się kruki, aby dokończyć swój posiłek.

W lesie słychać było tylko, co jakiś czas huk czap śnieżnych spadających z uwolnionych z nadmiaru śniegu gałęzi.
Kruki poderwały się wreszcie i odleciały w głąb lasu spłoszone cichymi parsknięciami koni i hałasem przedzierających się ścieżką koni.

Po chwili na polankę wjechała amazonka głęboko pochylona w siodle. Ze zdziwieniem spostrzegła świeże ślady wilków. Po chwili cicho gwizdnęła na polankę gęsiego wjechało dziesięciu jeźdźców. Gdyby zwierzęta interesowała ich przynależność to byli oni zwiadem lekkiej jazdy elitarna formacją należąca do VI Chorągwi Lekkiej Jazdy Granicznej Ostlandu.
Ich wamps mundurowy był cały czarny i przecinał go pojedynczy złoty pas biegnący poziomo.
No tak, lecz w pobliżu nie było nikogo, kogo mogłoby to zainteresować. Ledwo rozpoznawalne truchło goblina nie wykazywało żadnego zainteresowania.

- Panie sierżancie melduje, iż spokój i cisza oprócz tego gobasa nic niw wskazuję na bytność zielonych w tych lasach żadnych świeżych tropów. – wskazała głową na resztki uczty kruków.
- Rozbijemy tu obóz, konie rozkulbaczyć zająć się ogniem namiotami dwuosobowe warty. Pierwsza i ostatnia dwanaście klepsydr. Trzy środkowe po osiem. Pierwszą obejmuję ja z Niedźwiedziem. Ostatnią sierżant Karltzshaft.

Pora przedstawić naszych bohaterów. Niezmordowaną amazonką jest Olga Spaeher jeden z najlepszych zwiadowców w całej armii Ostlandu. T a długowłosa dziewczyna niejednokrotnie już wprowadzał oddział z opresji i dzięki jej to wyczuci wielokrotnie unikali zastawionych zasadzek.
O dowódcy oddziału Otto Hindelbergu było najmniej wiadomo został jednak dostrzeżony przez przełożonych i mianowany sierżantem i dowódcą oddziału zwiadu. Dołączył do niego najpóźniej zaledwie cztery miesiące wcześniej. Zastępcą jego jest sierżant Joachim Karltzshaft, zwany przez podkomendnych za plecami Pioną od jego ulubionych powiedzonek i gęsto rozdawanych pięścią razów.
„Niedźwiedź” Igor Pavlov. Ten kislevita jest doświadczonym weteranem wielu potyczek z zielonoskórymi i chaosem.
Aprowizacją oddziału zajmował się Klaus Shmidt „Młody”. Ten młodzieniec był najlepszym zaopatrzeniowcem armii dopóki nie nadepną komuś na odcisk i za karę został zesłany do jednostki liniowej.

W tym samym czasie, co dowódca jako uzupełnienia dołączyło jeszcze pięciu jeźdźców.

Tileańczyk Marius Cesar Marazatti jego twarz był ogorzał słońcem południa.

Heinrich "Wilk" Wolfhousen po rozbiciu jego oddziału powrócił rodzinne strony, aby i tutaj walczyć z plugastwem.

Być może jedna z najlepszych wojowniczek w armii Ostlandu Genevieve. Szczęście nad nią czuwa a może cos innego. Jest niewielu uczonych, którzy mogliby wykryć w jej wymowie obcy akcent, lecz w jednostce brana jest za Averlandke.

Reynar dołączył do chorągwi, gdy dojrzał bezsens pracy strażnika dróg w tych czasach.

Felix Fiegler wygląda znacznie starzej wszystko wina tego co już widział w czasie „Burzy chaosu”.
 
__________________
Choć kroczę doliną Śmierci, Zła się nie ulęknę.
Ktokolwiek walczy z potworami, powinien uważać, by sam nie stał się potworem.
gg 643974 Zło kroczy ulicami. Coś się psuje. *** Warsztaty - Życie.
Cedryk vel Dumaeg czasami z dopiskiem 1975

Ostatnio edytowane przez Cedryk : 09-12-2007 o 22:59.
Cedryk jest offline  
Stary 09-12-2007, 18:28   #4
 
Kokesz's Avatar
 
Reputacja: 530 Kokesz jest jak niezastąpione światło przewodnieKokesz jest jak niezastąpione światło przewodnieKokesz jest jak niezastąpione światło przewodnieKokesz jest jak niezastąpione światło przewodnieKokesz jest jak niezastąpione światło przewodnieKokesz jest jak niezastąpione światło przewodnieKokesz jest jak niezastąpione światło przewodnieKokesz jest jak niezastąpione światło przewodnieKokesz jest jak niezastąpione światło przewodnieKokesz jest jak niezastąpione światło przewodnieKokesz jest jak niezastąpione światło przewodnie
Marius wjechał na polanę i widząc zwłoki goblina splunął z obrzydzeniem. Zaciągnął się do Chorągwi z jednego oczywistego powodu - pieniędzy. To żołd był dla niego najważniejszy i musiał przyznać, że dobrze tu płacili. Był już doświadczonym najemnikiem, walczył w wielu krajach od tileańskich księstw, które prowadzą swoje odwieczne wojny, po kalifaty Arabii, gdzie po raz pierwszy i jak ma nadzieje ostatni spotkał się z ożywieńcami.

Gdy przywódca oddziału nakazał rozbić obóz Cezar zeskoczył z konia, a jego stopy natychmiast utonęły w śniegu. Nie był wysoki co powodowało, że wielu przeciwników lekceważyło go, lecz popełniali wielki błąd, bo przecież nie należy nie doceniać tileańskich najemników. Na sobie miał czerwony zwykły płaszcz z kapturem, który w tym momencie przykrywał jego głowę chronioną przez hełm i pokrytą krótkimi, czarnymi włosami. Spod płaszcza wystawała nieco czarno-złota tunika, która przykrywała zbroję i sięgała Mariusowi do kolan. W skład jego zbroi wchodziła kurta skórzana, kaftan kolczy i kirys. Przy siodle wisiała tarcza i ciężka kusza, a przy pasie najemnik miał przytwierdzony miecz.

Po przywiązaniu konia do drzewa najemnik zaczął wszystko co było mu w tej chwili potrzebne. Zajął się stawianiem namiotu, gdyż nie miał zamiaru spać pod gołym niebem w taką pogodę. Namiotem była zwykła, duża płachta materiału podtrzymywana przez dwa kije.

- Nazbieram chrustu na opał - oznajmił po rozłożeniu namiotu i skierował się w kierunku drzew. Wiedział, że rozpalanie ogniska może być niebezpieczne, ale miał nadzieje na jakiś ciepły posiłek.
 
__________________
Nic nie zostanie zapomniane,

Nic nie zostanie wybaczone.
Księga Żalu I,1

Ostatnio edytowane przez Kokesz : 10-12-2007 o 19:29.
Kokesz jest offline  
Stary 11-12-2007, 14:40   #5
 
Eliasz's Avatar
 
Reputacja: 1585 Eliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłość
Felix splunął na widok zielonoskórego. Nienawidził gadzin od makabry której były współuczestnikami a która działa się w pamiętnym czasie „Burzy Chaosu”. Przywiązał i odjuczył konia po czym zajął się nim przez chwilę. Wyczyścił od spodu siodło po czym odłożył ostrożnie na bok. Zajął się rozbijaniem namiotu, po czym nazbierał jeszcze trochę chrustu pomagając przy tym Mariusowi.

- Wiesz, nigdy nie byłem w tileańskich księstwach, mógłbyś coś o nich powiedzieć? Słyszałem że każde miasto jest mini państwem i konflikty między nimi są na porządku dziennym. Czy to prawda?

Zagaił Mariusa podczas zbierania opału. Felix nie zastanawiał się specjalnie nad kwestią bezpieczeństwa związaną z rozpaleniem ognia. W takich mrozach nie wyobrażał sobie kilku dni spędzonych bez ogniska. A rozkaz to rozkaz, zresztą czy mieli jakiś wybór?
 
Eliasz jest offline  
Stary 11-12-2007, 19:21   #6
 
Kokesz's Avatar
 
Reputacja: 530 Kokesz jest jak niezastąpione światło przewodnieKokesz jest jak niezastąpione światło przewodnieKokesz jest jak niezastąpione światło przewodnieKokesz jest jak niezastąpione światło przewodnieKokesz jest jak niezastąpione światło przewodnieKokesz jest jak niezastąpione światło przewodnieKokesz jest jak niezastąpione światło przewodnieKokesz jest jak niezastąpione światło przewodnieKokesz jest jak niezastąpione światło przewodnieKokesz jest jak niezastąpione światło przewodnieKokesz jest jak niezastąpione światło przewodnie
Marius schylił się po kolejną gałąź, gdy podszedł do niego Felix i również zaczął zbierać chrust. Po chwili milczenia przemówił do najemnika:
- Wiesz, nigdy nie byłem w tileańskich księstwach, mógłbyś coś o nich powiedzieć? Słyszałem że każde miasto jest mini państwem i konflikty między nimi są na porządku dziennym. Czy to prawda?

- Chcesz się dowiedzieć czegoś o mojej ojczyźnie? - rzekł do do Felixa podnosząc spod drzewa jakiś kij. - Tak, niemal każde miasto jest odrębnym państwem. Jednak większość tych niewielkich księstw jest pod wpływem większych państw-miast. Wojny to chleb powszedni, państwa walczą o wpływy w całej Tilei. - Przerwał na moment rozglądając się w okół.
- Ale Tilea to głównie słońce i piękne morze, łany zbóż oraz urocze kobiety - dodał a na jego twarzy pojawił się uśmiech.
 
__________________
Nic nie zostanie zapomniane,

Nic nie zostanie wybaczone.
Księga Żalu I,1
Kokesz jest offline  
Stary 12-12-2007, 17:54   #7
 
Eliasz's Avatar
 
Reputacja: 1585 Eliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłość
- To miło słyszeć, aż ciężko wyobrazić sobie tak piękną krainę, w której słońce stale świecie a kobiety i wino rozlewają się na wszystkich uliczkach miast. U nas, jak już pewnie zauważyłeś tylko bród, smród i ubóstwo, no ale jakoś trzeba żyć.

- Co ciebie w takim razie ściągnęło z tak pięknej krainy? Podpadłeś jakiemuś księciu czy co? He He.


– Felix uśmiechnął się przyjaźnie. Nie oczekiwał tym razem odpowiedzi i udawał, że nie jest nią tak zainteresowany. Wiedział, że wielu z tych którzy znaleźli się w wojsku miało nieciekawą przeszłość, od której mogli odgrodzić się jedynie służbą w armii.

W międzyczasie uzbierali już dość chrustu by rozpalić porządne ognisko, przy którym Felix zrazu zarezerwował sobie miejsce na ogrzanie i wysuszenie części swojej garderoby. Zamierzał też pomóc przy polowej garkuchni, tym bardziej, że skurcze w żołądku najchętniej zostałyby uspokojone od ręki. Przyrządzanie kolacji ułatwiało współpracę z brzuchem…
 
Eliasz jest offline  
Stary 13-12-2007, 15:52   #8
 
Francez's Avatar
 
Reputacja: 89 Francez wkrótce będzie znanyFrancez wkrótce będzie znanyFrancez wkrótce będzie znanyFrancez wkrótce będzie znanyFrancez wkrótce będzie znanyFrancez wkrótce będzie znanyFrancez wkrótce będzie znanyFrancez wkrótce będzie znanyFrancez wkrótce będzie znanyFrancez wkrótce będzie znanyFrancez wkrótce będzie znany
Reynar wyraźnie był w złym humorze.

Jego czarne jak wnętrze studni oczy lustrowały poczynania przydupasów, którzy uwijali się na modłę mrówczej karności, biegających z zaaferowaniem w poszukiwaniu drwa i wiotkiego chrustu.Tak. Jego obecni towarzysze zasługiwali na to miano, i ze zdumieniem, kreślącym jego czoło w finezyjne bruzdy, zauważał, że być może nie jest to wcale sprawka zalegającej na jego duszy smołowatej ponurości, tylko nagi fakt. Siedział nadal na koniu, zastygnięty w pozie żywego malkontenctwa, nie kwapiąc się do wspólnego pikniku (zdaniem jego przełożonego piknik wcale nie był piknikiem, tylko o b o z o w i s k i e m, zwartą wypoczynkowo-popasową formacją o zabarwieniu militarnym.Też mi. W duchu skonstatował, w tej zwięzłej formie. W końcu w majestacie stęknięć, zlazł z konia i podszedł do ogniska, gdzie zaczynały wesoło tańczyć czerwone języki. Rozmasował dłonie, pozwolił odżyć palcom metodycznie zaciskając je na kindżale, którego klinga teraz słała w buro-czarną przestrzeń opalizujące refleksy, przypominające całoroczne świetliki. Jego wydatny wzrost odcinał się złowieszczo ostrymi konturami w słabej poświacie ogniska, a czarne włosy dopełniały ten obraz o kolejny mroczny ton. W zasięgu wzroku widział jak ktoś nieporadnie usiłuje wbić w kopę śniegu rachityczny badyl, (zaczątek polowego namiotu?) którego konstrukcja już teraz, u samych zaczątkach powstawania budziła kpiarski śmiech. Na grzyba mu to skoro nie pada, a wiatr ledwo zipie? On sam wolał znaleźć sie blisko ogniska, koło rozłorzystej sosny, i opatulony zgrzebnym, grubym kocem spędzić noc...
 
__________________
Mi Casa es Su Casa

Ostatnio edytowane przez Francez : 13-12-2007 o 16:25.
Francez jest offline  
Stary 02-01-2008, 20:37   #9
homeosapiens
 


Poziom Ostrzeżenia: (0%)
Nic nie zapowiadało takiego końca. Heinrich do końca walczył przy boku Kurta, walczył nawet wtedy, kiedy już nie było nadziei na zwycięstwo i jedyną rzeczą, jaką mógł zrobić by ocalić życie, było ratowanie się ucieczką. Nie - on by tego nie zrobił. Towarzysz leżał już na ziemi. Nie oddychał. Już nigdy nie uraczy go żadnym niewybrednym żartem, nie wypije z nim piwa, czy też nie wyniesie go na plecach z pola bitwy. To już się skończyło. Kapitan Franz uciekł. Wtedy stało się coś nieoczekiwanego. Od dawna już leżący na ziemi i nie próbujący nawet walczyć Wilk zobaczył cud. Kurt wypluł krew i przemówił.

- Popełnialiśmy błąd Wilku, popełnialiśmy go cały czas.
Heinrich usłyszał głos kompana.
-Jaki to błąd?
-Brawura. Gdybyśmy nie mieli tyle szczęścia do tej pory, to już dawno byśmy zginęli. Prawda jest taka, że jesteśmy pieprzonymi szczęściarzami. Więc teraz weź do siebie moją ostatnią radę. Spoważniej człowieku! Ile ty masz lat? Imperium cię potrzebuje. Dla mnie jest już za późno.
-Nawet tak nie mów, oddychaj, spokojnie chłopie – nasze dzieci będą się razem bawić.
Kurt już nie odpowiedział. Przez dłuższy czas Heinrich patrzył na niego tępym wzrokiem. Później poczuł się jakoś dziwnie słabo, zemdlał. Ostatnim, co zapamiętał była potworna maska z krwi i piachu - twarz wieloletniego towarzysza.

*****

Bitwa była wygrana, a on został ocalony. Wyleczony, ale tylko fizycznie. To już nie był ten sam człowiek. Wrócił w rodzinne strony. Był pewien, że to mu nie pomoże. Wszystko było już mu jedno. Był pewien, że nie chciał służyć już pod starym Franzem jak i tego, że zabiłby go, gdyby go spotkał. Pan Wilków i nikt z rodziny von Wolfhausen by tego nie wybaczył.

Heinrich zajął się ogniem. Lubił się wpatrywać w trzaskające jęzory płomieni. Rozłożył kamienie wokół miejsca gdzie miał zapalić ognisko. Nie po to, by zabezpieczyć teren przed pożarem - o to nie trzeba było się martwić. Po prostu ogień w ten sposób lepiej wyglądał. Zbierał jednocześnie kamienie i bardzo małe patyczki, które najłatwiej było osuszyć. Następnie podlał je jakimś płynem wydobytym z kieszeni. Ogień buchnął momentalnie. Teraz pozostało tylko się wpatrywać i ostrzyć nóż na zdrajcę. Gdzieś krzątali się inni. Jego obecni towarzysze, którym był pewnie całkowicie obojętny, tak samo jaki i oni jemu.
 

Ostatnio edytowane przez homeosapiens : 02-01-2008 o 20:43.
 
Stary 12-01-2008, 20:20   #10
 
Cedryk's Avatar
 
Reputacja: 5009 Cedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputację


Marius wraz z Felixem zajęli się zbieranie chrustu na całą noc, co zmusiło ich do odejścia daleko od obozu. Już niedaleko od obozu las zaczynał sprawiać przygnębiające wrażenie gołe pnie często popękane od wcześniejszych mrozów. W pewnym momencie musieli przekroczyć nawet mała strugę, co w tych warunkach było nie lada wyczynem przejście po oblodzonych kamieniach. Zaaferowani nie zauważyli, iż przekraczają świeży trop wilków, co jak wszyscy w Ostlandzie wiedzą przynosi zimą pecha, bo naznacza takie osoby piętnem Urlyka i tylko bardzo wielkie osoby przeżywały pecha, który to przynosi. Urlykanie znali skuteczny sposób, ale należało go zastosować zanim się taki trop przekroczyło. Felix na samą myśl o pechu zaklną szpetnie. Zimny dreszcz przebiegł go pod przeszywanicą jakby ktoś wrzucił mu sopel pod nią.

Zamyślony Heinrich sprawnie przygotował ognisko poczym wraz z „Młodym” pomagali Oldze, co jakiś czas w cięższych pracach przy przygotowywaniu strawy.

Genevieve wraz z Niedźwiedziem zajęli się rozbijaniem namiocików.

Spokój rozbijania obozowiska przerwał ryk Piony.
Dojrzawszy obiboka szybkim kopniakiem posłał Reynar’a w najbliższą kałużę błota.

- Psi huju ty myślisz, iż rozkazy są tylko dla innych. Patrzajta, jakiego jaśnie pana mamy w oddziale. Zapierdalaj po chrust i to natychmiast i nie wracaj mi dopóki nie nazbierasz dwóch wiązek. Karana warta, czyli masz już dwie środkowe zrozumiałeś huju. No, co się mówi platfusie.

Reynar ukradkiem rozmasowując bolący tyłek wykrzyknął na cały głos tak jak to Piona lubił.
- Ta jest panie sierżancie.

Po ty zdarzeniu rozbijanie obozu posuwało się jakby sprawniej a zadowolony Piona gospodarskim okiem sprawdzał czy aby podwładni jego nie stali się leniuchami lub zachorowali, na co miał doskonałe lekarstwo kop w żyć.

Nim nastał zmrok wrócili Marius wraz z Felixem znacznie później jak już wszyscy zasiedli przy ognisku wrócił no powiedzmy z dwoma wiązkami chrustu Reynar. Piona tylko na niego łypnął, ale nic nie powiedział i pozwolił zasiąść do kolacji, przy której jak zwykle rozpoczął opowieść.

- Służyłem kiedyś z takim jednym. – rozpoczął opowieść Piona rozsiadając się wygodnie przy ogniu, ręce do niego wyciągając.
- Wolf mu było, czy jakoś tak, podobnie. Opowiadał, iż zdarzyło to się jak służył w słynnej 2 kompanii III Ostlandzkiego Regimentu Piechoty. Wracali z wyprawy na wschód. Byli już blisko, zarys Środkowych przesłaniał cały horyzont, jeszcze tydzień, może więcej i byliby wrócili cali i zdrowi. Ale życie to suka, naszła ich zamieć.

Piona zasłuchany w trzask bierwion ogniska na chwilę zamilkł poczym jak najprzedniejszy komediant zakrzyknął.

- Nagła, ostra. Wpierw było cicho, tak cicho, jak nigdy wcześniej. Nie poruszała się ani jedna gałązka, nic, tylko śnieg skrzypiał pod nogami. A potem rozpętało się piekło tak mówił Wolf, widoczność spadła niemal do zera, wichura porywała oddech, rzuciła nimi, wirowała w szalonym tańcu śmierci.

Sierżant zamyślił się długo wpatrywał się w ognisko pieszcząc w ręce miskę z wojskowym gulaszem, który podała mu Olga.

- Podobno to nie była zwykła zamieć to - Buran demon zimy we własnej osobie. Przeraźliwie mroźny powiew zdzierał skórę i mięso aż do kości, ponad gwizd wiatru, ponad śmiech demona, przedzierał się potępieńczy wrzask ludzi. Krew w jednej chwili zastygała, zamrożona wirowała wraz z drobinami śniegu, uderzała w twarze. Wichura z potworną siłą przetoczyła się przez oddział pozostawiając przy życiu mniej niż dziesiątą część, reszta żołnierzy padła martwa, skostniałe, odarte z wszystkiego szkielety leżały okryte szalem śniegu, przysypane kryształami własnej krwi. Upiorny widok. Żaden z tamtejszych żołnierzy już nigdy nie ruszył w teren. Wolf mówił, iż niewiele było potem do pochowania a płatki śniegu były lepkie od krwi, w końcu same nią były. Tak to właśnie jest panie wygodnicki. – Po tych słowach splunął z niechęcią spoglądając na Reynar’a.

- No teraz wasz kolej przestraszyć nas - spojrzał po oddziale szukając ochotnika do opowieści.
 
__________________
Choć kroczę doliną Śmierci, Zła się nie ulęknę.
Ktokolwiek walczy z potworami, powinien uważać, by sam nie stał się potworem.
gg 643974 Zło kroczy ulicami. Coś się psuje. *** Warsztaty - Życie.
Cedryk vel Dumaeg czasami z dopiskiem 1975

Ostatnio edytowane przez Cedryk : 12-01-2008 o 22:31.
Cedryk jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 23:41.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166