Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 31-03-2008, 12:38   #1
 
zbik_zbik's Avatar
 
Reputacja: 107 zbik_zbik wkrótce będzie znanyzbik_zbik wkrótce będzie znanyzbik_zbik wkrótce będzie znanyzbik_zbik wkrótce będzie znanyzbik_zbik wkrótce będzie znanyzbik_zbik wkrótce będzie znanyzbik_zbik wkrótce będzie znanyzbik_zbik wkrótce będzie znanyzbik_zbik wkrótce będzie znanyzbik_zbik wkrótce będzie znanyzbik_zbik wkrótce będzie znany
Twarz przyjaciela, maską wroga.

Jak w każdy ostatni festag miesiąca w Rybim Brzegu urządzono wielki targ połączony z festynem. Kupcy mali i duzi, rzemieślnicy i drobni rolnicy, artyści i bardowie, naciągacze i żebracy. Tego dnia wydawało się że połowa państwa jest w tym jednym mieście. W porcie rzecznym nie było miejsc przy pomostach, podobnie w porcie morskim, trudno było znaleźć miejsce do przycumowania. Za przybicie średniej wielkości statku pobierana była opłata 5 ZK gdzie w inne dni tylko 2 ZK. Wozy dwuosiowe, które zwykle wjeżdżały do miasta za darmo, teraz musiały płacić 1 ZK. W tym też okresie drożało piwo w karczmach, a i różne usługi były cenione wyżej.

Drax

Obudził cię zgiełk na ulicy, wstałeś i zamknąłeś okno, podszedłeś spokojnie do stolika i nalałeś źródlanej wody z dzbanka do metalowego kubka. Podniosłeś spokojnie do ust i zacząłeś pić. Nie wiesz czemu ale nie miałeś dobrych przeczuć co do dzisiejszego dnia. Ale obiecałeś panu Felipe, że pomożesz mu dziś ruszyć na targ i zrobić większe zakupy. Był on starszym człowiekiem a wszystkie dzieci wyjechały gdzieś i nie odwiedzają starego ojca. Żona zmarła jakiś czas temu i teraz sam ledwie zipie. Jesteś dla niego, jak też dla innych wielką pomocą i radością, jakich ma niewiele w swoim starczym już życiu. Ubrałeś się i ruszyłeś do drzwi.

Rezen Groun

Statek dobił do portu, asa ludzi była już na molo a i kolejni zaczęli na nie wypływać z pokładu. Ruszyłeś z nimi, była to okazja żeby coś 'zarobić'. Nagle zauważyłeś kilkunastu strażników miejskich zatrzymujących wybranych przybyszy i wypytujących ich o różne, nieraz prywatne sprawy. Ruszyłeś pewnie przed siebie, minąłeś jednego, drugiego, i nagle ktoś złapał cię za ramie. Odwróciłeś się i zobaczyłeś mężczyznę w brązowej skórzanej zbroi.
-Dzień dobry, jestem kapitanem tutejszej straży miejskiej, rutynowa kontrola, w jakim calu pan tu przybył i ile ma pa przy sobie pieniędzy?
Nie chcąc się narażać kapitanowi sięgnąłeś po sakiewkę żeby mu ją pokazac w międzyczasie wymyślałeś wiarogodny powód przybycia. Spostrzegłeś że sakiewka się gdzieś ulotniła.

Felix Kordan

Słońce prawie wstało, musiałeś ruszać do sąsiada. Umówiliście się że razem, jego wozem pojedziecie na targ. On będzie sprzedawał swoje dzieła z wikliny, głównie kosze, a ty swoje wypieki. Całą noc piekłeś i przygotowywałeś różne rodzaje i kształty chleba i bułeczek. Usłyszałeś pukanie do drzwi.
-Wstawaj, trzeba znaleźć dobre miejsce żeby więcej sprzedać i szybciej wrócić. - krzyknął przez drzwi sąsiad.
Załadowaliście towary i ruszyliście.

Thoden

Wstałeś z ogromnym bólem głowy. Wczoraj z kolegami nieźle sobie popiliście. Problem tylko w tym że właściwie w ogóle ich nie znałeś. Wiedziałeś tylko że byli Kozakami, no i że mieli mocniejsze głowy niż ty. Tak czy inaczej, obudziłeś się teraz pod karczmą i okropnie bolała cię głowa... I jeszcze te hałasujące tłumy, gdzie oni wszyscy tak idą, skąd ich się tyle wzięło i po co. Najpierw musiałeś się wyleczyć, a na taką chorobę znałeś tylko jedno lekarstwo: więcej rumu.

Cliff Diamond

Dzisiaj obudziłeś się wyjątkowo dobrze sie czując. Wiedziałeś że jesteś już zdrowy. Spojrzałeś spokojnie za okno, piękny dzień, właściwie będąc tu przez te trzy miesiące strasznie się rozleniwiłeś. Brat wybierał się dziś na targ, chciał żebyś pomógł mu rozstawić stragan. Właśnie wszedł.
-To jak idziesz? Pomożesz mi wszystko porozstawiać a potem będziesz mógł pochodzić po targu, się pobawić.
Zaszliście do kuchni, na stole leżała jajecznica z kiełbasą. Szybko zjadłeś i wyszliście, nie było już wiele czasu a większość kupców pewnie już się porozstawiała.

Thrulir Hammerfall

Obudziłeś się gdy zapiał pierwszy kogut, ubrałeś się, zaplotłeś brodę i podszedłeś do domowej kapliczki. Modlitwa była krótka gdyż musiałeś ruszać do świątyni. Inni kapłani cie nie lubili i od kiedy przybyłeś do Rybiego Brzegu szukali sposobu by cie z tąd wywalić. I prawdę mówiąc Tobie równierz nie do konca podobało sie śłużenie Sigmarowi w tym miejscu. Stworzony byłeś do walki i tłumiona dusza krasnoluda dawała o sobie powoli znać.
 
__________________
Dobry dyplomata improwizuje to, co ma powiedzieć,
oraz dokładnie przygotowuje to, co ma przemilczeć.

Ostatnio edytowane przez zbik_zbik : 01-04-2008 o 09:00.
zbik_zbik jest offline  
Stary 31-03-2008, 15:23   #2
mjl
 
mjl's Avatar
 
Reputacja: 68 mjl wkrótce będzie znanymjl wkrótce będzie znanymjl wkrótce będzie znanymjl wkrótce będzie znanymjl wkrótce będzie znanymjl wkrótce będzie znanymjl wkrótce będzie znanymjl wkrótce będzie znanymjl wkrótce będzie znanymjl wkrótce będzie znanymjl wkrótce będzie znany
Rumu! Więcej rumu! – krzyczał krasnolud poprzez radosny zgiełk karczmy.
Miejscowy barman z trudem dojrzał naszego dzielnego woja, zapewne przez jego wzrost i tłum, jaki panował w tym lokalu.
Stary człowiek umiejscowił swoje spojrzenie na szybko zbliżającej się postaci. Był to rudowłosy krasnolud. Brodę zaplecioną miał w warkocz, na jego plecach tarcza połyskiwała złowrogo niczym potężny opiekun, który przyjął sobie za zadanie chronić swe nieporadne dziecko.
Przy jego pasie przypięty był topór, a sama postać miała na sobie kolczugę, która przykrywała zaokrąglone kształty jej właściciela. Krasnalowi jedno trzeba było przyznać – był potężnej budowy. Wojownik często zbaczał z kursu, by roztrącać coraz to nowych gości, którzy stali mu w drodze do karczmarza, czy też prawidłowiej byłoby powiedzieć – do rumu.

Karczmarz obrzucił krasnala obojętnym spojrzeniem, odpowiadając:
-Nie ma rumu dla ciebie, krasnalu. Po wczorajszych wybrykach nie sądzę, żebym kiedykolwiek sprzedał ci cokolwiek mocniejszego od piwa.
CO?! – krzyknął krasnolud.
-Przecież to nie moja wina, że ten elf podszedł do mnie. – rzekł pokornym, usprawiedliwiającym się tonem.
-Sam się prosił o dostanie w ten jego chudziutki, haczykowaty nos.
-Wina nie leży po stronie elfa, mój zacny krasnalu. – rzekł z sarkazmem karczmarz.
-Gdybyś choć trochę powstrzymał swój temperament, mój DOBRY ZNAJOMY, nie musiałby teraz leżeć u medyka. – powiedział z naciskiem.
Na twarzy krasnoluda zagościł uśmiech.
„Elf znalazł się u medyka? A to dobre.” – myślał sobie.
-Więc wszystko skończyło się dobrze! Jeden długouchy w tą, jeden w tamtą. Co to za różnica? – rzekł, śmiejąc się.
Karczmarz rzucił mu gniewne spojrzenie.
-Nie ma rumu – odpowiedział.
Krasnolud trzasnął swoją owłosioną dłonią w blat.
-Thodenowi, Długiemu Językowi nikt nie będzie mówił co jest, a czego nie ma!! – krzyknął, a dopiero po chwili dotarł do niego bezsens tych słów.
Część gości obróciła w jego kierunku zaniepokojone spojrzenia. Ludzie na Rybim Brzegu wiedzieli, do czego jest zdolny wściekły krasnolud. Karczmarz natomiast zachował spokój.

-Krasnoludzki temperament… Właśnie na taką sytuację, karczmie potrzebna jest ochrona. – mruknął pod nosem. Rzucił Thodenowi szybkie spojrzenie i zawołał:
Remen!!
Po chwili z zaplecza wybiegł dobrze osiłek z długim mieczem za pasem.
Tak?! – zawołał, niskim głosem
-Mamy problem z pewnym karłem! – rzekł złośliwie karczmarz.
-„KARŁEM?”- zawołał krasnolud, by po chwili zadać cios swą wielką łapą w głowę karczmarza. Człowiek osunął się za blat z mocno krwawiącym nosem.
-Chodź tu, ty synu baby od robótek ręcznych! – krzyknął to, co pierwsze przyszło mu do głowy. Jednak to wystarczyło. Remen potraktował to jako dotkliwą obelgę.
-Zaraz się przekonasz, co potrafię! – krzyknął człowiek i szybko wskoczył na blat strącając przy tym parę butelek. Niektórzy ludzie w karczmie wymienili wystraszone spojrzenia, niektórzy trzymali ręce na swoich broniach. Krasnolud ze wskoczeniem na blat miał problem. Szybko pobiegł w kierunku stolika, przy którym siedziała wylękniona kobieta, by wziąć krzesło i podstawić je pod blat. Po wgramoleniu się na blat zajął miejsce naprzeciw człowieka. Zaczęła się walka. Krasnolud z dziecinną łatwością unikał, lub parował ciosów ochroniarza. Po zablokowaniu paru nieudolnych cięć szybko zdobył przewagę. Zaczął atakować, by po chwili klingą topora, oszołomić najemnika.

-AAAGGGGGRRR!!! – zawarczał, zeskakując z blatu. Odnalazł spojrzeniem butelkę rumu, schował ją i wybiegł z karczmy. Gdy krasnolud mijał drzwi karczmarz wyłonił się zza blatu, trzymając się za krwawiący nos.
-Zapłaci mi za to. – rzekł po cichu i przyłożył sobie do nosa szmatę, którą zazwyczaj czyścił kufle.
Krasnolud w tym czasie biegł i biegł.

„Nie chciał dobrocią, to musiałem siłą” – usprawiedliwiał się w duchu.
Gdy uznał, że znajduje się w bezpiecznej odległości, zwolnił kroku. Podążał za ludźmi, którzy szli do portu. Wyciągnął butelkę rumu i zdrowo z niej pociągnął.
-Jak ja kocham to miasto... - mruknął pod nosem i głęboko westchnął.
 
__________________
Idzie basista przez ulicę, patrzy a tam mur przed nim. Stoi przed nim i stoi, a wkrótce mur się rozwala...
Jaki z tego morał?
"Albo basista jest głupi albo niedorozwinięty."
mjl jest offline  
Stary 31-03-2008, 17:12   #3
 
Azjr's Avatar
 
Reputacja: 88 Azjr wkrótce będzie znanyAzjr wkrótce będzie znanyAzjr wkrótce będzie znanyAzjr wkrótce będzie znanyAzjr wkrótce będzie znanyAzjr wkrótce będzie znanyAzjr wkrótce będzie znanyAzjr wkrótce będzie znanyAzjr wkrótce będzie znanyAzjr wkrótce będzie znanyAzjr wkrótce będzie znany
"Cholera, co teraz, musze coś wymyślić.
Zmierzyłem go wzrokiem i rzekłem:
-Widzi pan, jest mały problem...
Myśl, myśl...
-...przepiłem wszystko.
-Mówisz że przepiłeś.-żołnierz myślał chwile i kontynuował.-Jakoś ci nie wierze.

Długo nie myśląc uderzyłem go w twarz i pobiegłem ile sił w nogach.
Biegłem wąskom, brudną aleją. Słyszałem za sobą tupot nóg i krzyk dwóch mężczyzn.
Musze ich zgubić.
Skręciłem w szczeline między dwoma budynkami, przeskoczyłem przez płot i wylądowałem w tłumie ludzi. Ruszyłem drogą w strone targu. Spoglądałem jeszcze przez chwile za siebię, lecz nie ujrzałem pościgu.
No udało się.
Pomyślałem i ruszyłem dalej przed siebię.

Na targu panował duży ruch, idealne warunki do ,,pracy".
Spoglądałem na kupców i oceniałem stan ich sakiewek.
No no, sporo się ich zebrało i mogę się załorzyć, że mają coś więcej w sakiewkach niż tylko powietrze.
 
__________________
Wyobraźnia bez wiedzy może stworzyć rzeczy piękne.
Wiedza bez wyobraźni najwyżej doskonałe.

Ostatnio edytowane przez Azjr : 31-03-2008 o 17:42.
Azjr jest offline  
Stary 31-03-2008, 20:37   #4
 
Regot's Avatar
 
Reputacja: 73 Regot wkrótce będzie znanyRegot wkrótce będzie znanyRegot wkrótce będzie znanyRegot wkrótce będzie znanyRegot wkrótce będzie znanyRegot wkrótce będzie znanyRegot wkrótce będzie znanyRegot wkrótce będzie znanyRegot wkrótce będzie znanyRegot wkrótce będzie znanyRegot wkrótce będzie znany
-Wspaniale, nie mogę sie już doczekać- Stwierdził otwierając drzwi w których stał jego znajomy.
-Mógł byś mi pomóc przenieść wypieki na wóz?- Spytał nie czekając na odpowiedź ruszył do kuchni, o ile go znał. A znał go bardzo dobrze z pewnością nie odmówi pomocy. Tak też było i tym razem. Było tego trochę bo cztery pełne kosze wypieków.
"to będzie zapewne udany dzień"
Gdy już wszystko załadowali i wsiedli na wóz nie zwlekając ruszyli w drogę. ważne było by zająć jak najlepsze miejsce. Nim dojadą minie trochę czasu, Felix z początku milczał jak i jego towarzysz lecz po jakimś czasie nawiązała sie miedzy nimi rozmowa...
-Felix, tak nie może być ze ty cały czas nad tym chlebem siedzisz. Znalazł byś sobie jakaś dziewczynę. Bierz przykład ze mnie i mojej żony, to naprawdę nie przeszkadza w pracy a tak to skończysz bez potomka.
-Daj spokój, mam jeszcze czas.
-Więc wykorzystaj go. ktoś taki jak ty nie powinien mieć problemu ze znalezieniem dziewczyny.-
Było w tym trochę racji jako że Felix Jest to młody przystojny mężczyzna. O niebieskich oczach, włosach do ramion i lekkim zarosicie. Dobrze zbudowany. Z pewnością łatwo by zdobył jakaś kobietę lecz nie śpieszyło mu sie. Puki co wolał zająć sie swoją pracą.
-Dojechaliśmy, teraz tylko znaleźć jakieś miejsce i sie rozstawić.
Rozglądali sie szukając jakiegoś dogodnego miejsca. Było jeszcze trochę wolnych, jednak dobrze ze nie zwlekali, z minuty na minutę robiło sie coraz tłoczniej. Gdy już znaleźli coś dla siebie szybko sie rozstawili i mogli już rozpoczynać sprzedaż.
 
Regot jest offline  
Stary 31-03-2008, 21:19   #5
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Reputacja: 31476 Kerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputację
Cliff przeciągnął się leniwie. Czuł się świetnie. I w zasadzie nie miał nic do roboty.
"Pobyczyć się na słoneczku" - pomyślał...
Ze słodkich marzeń wyrwał go głos brata.
- Już idę - odpowiedział. - Na śmierć zapomniałem...
Nic dziwnego - od chwili powrotu do domu traktowany był jak inwalida. Zarówno brat, jak i bratowa Hilda, dbali o niego jak o skarb. Również Estera, chociaż od dawna mieszkała w innym mieście, dowiadywała się o jego zdrowie.
- Pamiętasz chociaż, że dziś wielki targ? - dobiegł go głos brata.
- Pewnie, że pamiętam - padła zdecydowana odpowiedź.
Gwar, spowodowany przez tłumy przybywające do miasta, wylewał się nawet za mury miejskie, zatem o zapomnieniu o tak ważnym dniu nie można było nawet marzyć.

- Aleś się wystroił - usłyszał, gdy stanął w drzwiach jadalni.
W zasadzie nawet się nie zdziwił. Nigdy jeszcze nie wychodził do miasta w kaftanie kolczym z mieczem u boku. Z drugiej strony - dopiero od trzech dni miał tę zbroję i nawet gdyby bardzo chciał, nie mógłby paradować w niej wcześniej....
- Masz poderwać jakąś dziewczynę? - kontynuowała Hilda, kryjąc z trudem uśmiech.
Siadając do stołu machnął ręką.
- Mam złe doświadczenia z dziewczynami - stwierdził.
Co prawda sprawa z Karen zakończyła się pomyślnie, ale ile krwi napsuła całej rodzinie...
- Poza tym żona to kotwica dla marynarza - zacytował stare powiedzenie. Nie wnikał w to, że nie zamierzał szukać pracy na morzu. Uważał, że ci, co szukają przygód na lądzie również nie powinni mieć żon...
- No chyba, ze bym znalazł taką jak ty - uśmiechnął się do bratowej. - Masz złote serce i złote ręce. To - wskazał na pusty już talerz - było pyszne.
- Widzę - stwierdziła z nieskrywanym już uśmiechem bratowa - że wrócił ci nie tylko apetyt, ale i giętkość języka. Uważaj tylko - pogroziła mu żartobliwie palcem - byś nie wpakował się znów w jakieś tarapaty ze spódniczkami.
- To mi nie grozi - powiedział wstając od stołu i ruszając za bratem. - Kto raz się sparzył...
Wychodząc nie dostrzegł spojrzenia bratowej, mówiącego, ze jednak ona ma rację...

Do targu nie było daleko. I było na tyle wcześnie, że na placu było jeszcze dużo wolnych miejsc. Poza tym było widać, że kupujący dopiero co zaczęli napływać na targowisko.
- Zdążyliśmy w porę - stwierdził Jonatan, gdy stragan już stał, a towary zachęcały do kupowania.
Cliff rozejrzał się. Inni kupcy, którzy przybyli później, już zaczynali się spierać o to, kto komu zajął miejsce.
- W zasadzie powinieneś wykupić stałe miejsce - powiedział do brata.
Jonatan skrzywił się,
- Był taki pomysł, ale się zmył - powiedział ponuro. - Było paru geniuszy, którzy się nie zgodzili i plan upadł. Ktoś pożałował kilku groszy, jakie by trzeba zapłacić za porządek...
Cliff poklepał go po ramieniu.
- Co się odwlecze, to nie uciecze - pocieszył go. - Następnym razem się uda. A poza tym - spojrzał na wyłożone towary - nawet gdybyś schował się w samym kącie, to i tak miałbyś klientów. O - pokazał wzrokiem - już nadciągają...
Trzy rozgadane niewiasty sunęły wyraźnie w ich stronę, chociaż ich wzrok był skierowany nie tylko na towary, ale i na Cliffa.
- Panie Jonatanie - zaczęła pierwsza - czy ma pan...
Cliff nie czekał, aż kobieta skończy mówić.
- Wrócę wkrótce - powiedział do brata.
- Żegnam panie - skłonił się uprzejmie. - Miłych zakupów...
Odchodząc czuł na plecach co najmniej jedno spojrzenie. Ale nie miał zamiaru się oglądać. Postanowił zobaczyć, co ciekawego pojawiło się na targu...
W końcu, jakby nie było, był synem kupca...
 
Kerm jest teraz online  
Stary 31-03-2008, 21:35   #6
 
Blady's Avatar
 
Reputacja: 164 Blady ma w sobie cośBlady ma w sobie cośBlady ma w sobie cośBlady ma w sobie cośBlady ma w sobie cośBlady ma w sobie cośBlady ma w sobie cośBlady ma w sobie cośBlady ma w sobie cośBlady ma w sobie cośBlady ma w sobie coś
Drax obudził się bardzo wcześnie rano. Z niewielkim pośpiechem umył się, i odział białą szatę. Po cichu, tak żeby nie budzić jeszcze pana Felipe, zszedł na porter, a z niego frontowymi drzwiami wyszedł na zewnątrz. Dobrze wiedział że dziś w mieście miały odbywać się duże targi i festyn, ale nigdy nie pomyślał że aż tyle ludzi przybędzie do tego małego lecz szybko się rozwijającemu dzięki swemu potencjałowi handlowemu, miasteczka. Powolnym, spokojnym krokiem, wraz z tłumem poszedł na targ. Wielu kupców nawet z poza kraju przybyło tu dziś reklamować i sprzedawać swe wyroby, a jeszcze więcej potencjalnych klientów przepychało się aby lepiej zobaczyć produkty, czasem nawet dość egzotyczne. Następnie Drax udał się do portu. "Na bogów. Ile dzisiaj statków przypłynęło"- pomyślał elf przechadzając się po brzegu. To może ściągnąć tylko kłopoty. Pamiętał jak jak dziesięć lat temu przybył do tego miasteczka. Wtedy nie było ono jeszcze tak duże. Było małym spokojnym miasteczkiem o którym słyszeli tylko drobni kupcy. Mało kto je odwiedzał. A teraz, niedawno, trzeba było nawet zwiększyć porty bo co dzień cumowało w nich tyle statków co w dużych portach. Ale nie ma co się dziwić. Potencjał handlowy, poprzez dostęp do morza, a jednocześnie do rzeki był ogromny.

Elf niezaznając spokoju w całym mieście wrócił po ok. godzinie do domu. Pan Felipe już nie spał. Właśnie szykował się aby wyjść na zakupy. Drax dobrze wiedział że to jeszcze mu trochę czasu zajmie, więc poszedł do swego pokoju, na wyższej kondygnacji, by tam w spokoju potrenować swoje umiejętności magiczne. Po ok pół godzinie, zszedł na dół, tam pomógł gospodarzowi domu, po czym razem wyruszyli na duże zakupy. Przez cały czas Elf pomagał dźwigać ciężary panu Felipe. Co dzień robił jakiś uczynek dla mieszkańca tego miasta. Za to dostawał wynagrodzenie w postaci noclegu i wyżywienia. Niewiele miał swojego majątku. Właściwie to była tylko jedna księga magiczna. Był skromny, zresztą tak jak większość elfów. Nie szukał korzyści majątkowych. Poprzez pomaganie ludziom wiele się od nich uczył, a to w magii bardzo ważne. Dobrze wiedział jak w jednej i tej samej sytuacji zachował by się człowiek, elf, krasnolud, a nawet jak ork. To było niezmiernie przydatne w życiu. Po ukończeniu wielkich zakupów wraz z człowiekiem wrócił do domu. Tam chwilę odpoczął. Po obiedzie pomógł sprzątnąć gospodarzowi cały dom, po czym wyszedł na zewnątrz zobaczyć jak kwitnie handel.
 
__________________
What do you see in the dark, when the Demons come for you?
Blady jest offline  
Stary 02-04-2008, 23:22   #7
 
Maciekafc's Avatar
 
Reputacja: 72 Maciekafc wkrótce będzie znanyMaciekafc wkrótce będzie znanyMaciekafc wkrótce będzie znanyMaciekafc wkrótce będzie znanyMaciekafc wkrótce będzie znanyMaciekafc wkrótce będzie znanyMaciekafc wkrótce będzie znanyMaciekafc wkrótce będzie znanyMaciekafc wkrótce będzie znanyMaciekafc wkrótce będzie znanyMaciekafc wkrótce będzie znany
Nieszybkim krokiem Thrulir zmierzał w stronę niedużego, białego budynku na obrzeżach rynku. Złe stosunki z przełożonymi w klasztorze doprowadziły do tego, że krasnolud dostał malutki pokoik, w domu za miastem. Od początku był tutaj nieporządany. Chciał wynieść się stąd jak najszybciej..chociaż w gruncie rzeczy ten Rybi Brzeg nie był taki kiepski. Kapłan wchodził akurat na otwartość rynku. Tłumy, które gromadziły się na targu bardzo przeszkadzały krasnoludowi. Cicho zaklnął pod nosem i ruszył przed siebie.
-Miejskie okropności...- cicho mruknął pod nosem.

Jego rola w świątyni ograniczała się do przyjmowania gości, oraz pomocy innym kapłanom. Nie satysfakcjonowała go ta rola, w chwilach słabości mówił, że służyć w ten sposób to mogą 'marne elfy'. Coraz częściej miał nerwowe chwile. Te długie lata spędzone w klasztorze skutecznie pohamowały jego krasnoludzki temperament. Niczym nie przypominał swoich pobratyńców..
-Chwała Sigmarowi.
- Chwała mu- odpowiedział przekraczając próg świątyni, rzekł odniechcenia Jakieś wiadomości od mych przełożonych?- miał nadzieję, że będzie mogł wrócić do swojego poprzedniego miejsca, klasztoru.
-Tak..Najwyższy kapłan czeka na ciebie.... Słysząc to, Thrulir pospieszył do komnaty kapłana. Zapominając się, wszedł bez pukania.
-Jestem..jestem kapłanie! - nie zważając na wszelkie grzeczości, zapytał - Jakie wieści?
Pomieszczenie było małe, dosyć gustownie urządzone. Najwyższy kapłan stał przy oknie obserwując ludzi na targu. Thrulil niecierpliwiąc się patrzył po całym pomieszczeniu czekając na reakcję przełożonego. Nie lubił tego człowieka, robił on wszystko aby krasnoluda tutaj nie było.
Witaj Thrulirze Hammerfallu. Tak, widzę, że Rafael przekazał wieści. Otóż wczoraj wieczorem został przysłany goniec od naszego mistrza. Przyniósł tę wiadomość, proszę..leży o tam. List leżał zwinięty na biurku. Bez zastanowienia, krasnolud wziął ją, rozwinął i skoncentrował na rozumieniu czytanych słów..

Drzwi zatrzasnęły się z hukiem, krasnolud stał przed nimi. Szybkim zdecydowanym ruchem zerwał amulet symbolizujący przynależność do klasztoru. Został na bruku..Nie oglądając się na nikogo, wartkim krokiem ruszył w kierunku targu. Tak..idzie szukać przygód!
 
Maciekafc jest offline  
Stary 03-04-2008, 10:37   #8
 
zbik_zbik's Avatar
 
Reputacja: 107 zbik_zbik wkrótce będzie znanyzbik_zbik wkrótce będzie znanyzbik_zbik wkrótce będzie znanyzbik_zbik wkrótce będzie znanyzbik_zbik wkrótce będzie znanyzbik_zbik wkrótce będzie znanyzbik_zbik wkrótce będzie znanyzbik_zbik wkrótce będzie znanyzbik_zbik wkrótce będzie znanyzbik_zbik wkrótce będzie znanyzbik_zbik wkrótce będzie znany
Thoden.

Tarczownik był zadowolony z akcji w karczmie, jeszcze się odwrócił czy nikt go nie goni, ale nikogo nie dostrzegł. Pociągnął kolejny łyk rumu. Zza rogu wybiegł młody mężczyzna, średniego wzrostu, o czarnych włosach i kolczykiem w uchu, wpadłby na Thodena gdyby nie to że był krasnoludem. Przeskoczył nad Jego głową tylko muskając lekko rude włosy. ‘Długi Język’ zdenerwował się tak bardzo że twarz stała się czerwieńsza od brody, a i ta trochę jakby pociemniała…
Odwrócił się i posłał za człowiekiem masę wulgaryzmów w swoim i ludzkim języku łącząc je jakby to miało jakiś sens, ale w połowie swoich ‘wywodów’ przerwał gdyż dostrzegł jedną z dziewek karczemnych ze strażnikiem miejskim idących w jego stronę. Szybko się zawrócił i zaczął biec ale zza rogu wyskoczyło kilku innych strażników, był to pościg za tamtym człowiekiem, niefortunnie wpadli na ciebie i wszyscy leżeli na ziemi, niestety krasnolud pod nimi wszystkimi, w tym czasie strażnik z kelnerką zdążyli dojść, a ona wskazała palcem na brodę krasnoluda wystającą ze stosu ciał które powoli się podnosiły. Gdy tylko to było możliwe Thoden wstał i próbował uciec ale trafiła go w tył głowy pałka jakiegoś strażnika. Cios był silny i próba ucieczki zakończyła się na ziemi i utracie przytomności.

Oczy się otworzyły i zobaczyły kamienny mur. Zamknęły się i znów otworzyły. Krasnolud zdziwił się: „skąd mur przede mną, jak ja leże na plecach”. I poczuł że nie ma na sobie zbroi, zerwał się jak polany zimną wodą i nie zwracając uwagi gdzie jest szukał zbroi topora i reszty ekwipunku. Dopiero po chwili – jak przystało na krasnoluda zaklął i ruszył do drzwi. Ale nie było drzwi tylko krata. „Jak to krata, gdzie ja jestem?” Wyraz zdziwienia był niezwykle zabawny i staruszek w kącie zaśmiał się i prawie zakrztusił przy tym wodą.
Thoden rozejrzał się, był w pomieszczeniu 2x2 przy dwóch ścianach sienniki przy jednej drzwi a właściwie kraty zamknięte kłódką a naprzeciwko malutkie zakratowane okienko. Już wiedział gdzie jest…

Rezen Groun.

Uciekał ile sił w nogach, za jeden budynek, za drugi, mało nie wpadł na jakiegoś krasnoluda, ale na szczęście był niski i udało się go „przelecieć”, był już daleko gdy krasnolud zaczął przeklinać. Przeskoczył jakiś płot, przemknął przez jakieś podwórko zabierając po drodze z czyjegoś stolika jeden z dwóch pączków leżących na talerzyku. Dotarł na rynek, jeszcze raz obszukał się, i znów nie znalazł sakiewki. A dobrze pamiętał że na statku zabrał sakiewkę jakiemuś kupcowi. Niestety, był to dzień targu, a to znaczy – dzień złodziei. Znaczy to po prostu, że w tym mieście jest ktoś lepszy niż on. „Ciekawe czy jest gildia” – zastanowił się zabierając komuś ze straganu ładne, skórzane, czarne buty. Ruszył dalej.
- Rezen Groun? – usłyszał za swoimi plecami. „Skąd mógłby ktoś mnie znać” – pomyślał i ruszył dalej udając że to nie do niego. Za chwilę ktoś stanowczo pociągnął go za ramie, wręczył list i odszedł. Zacząłeś czytać.

Witaj, cieszę się że jesteś w naszym mieście, mam dla ciebie pracę, nie będzie ona dla Ciebie zbyt trudna – a przynajmniej mam taką nadzieję - można zarobić sporą sumkę. Moja propozycja to 1000ZK za wykonanie, niezależnie od czasu w jakim to zrobisz. Niestety nie mogę zdradzić więcej szczegółów, jeśli się zdecydujesz to zapraszam do zamku na głównym trakcie północnym kilka wiorst od miasta. Czekam na Ciebie jutro przed południem.
Z uszanowaniem Sokół


Felix Kordan

W południe już nie było co sprzedawać, został mu ostatni duży bochen czarnego chleba. Felix dał go sąsiadowi.
To w podziękowaniu za podwiezienie – powiedział po czym machnął ręką i ruszył targiem, musiał jeszcze sam zrobić trochę zakupów. Kupił trochę ubrań, igły z nićmi, szczotkę do podłogi, kilka worków i innych tym podobnych rzeczy które były w domu po prostu potrzebne, szedł już całkiem załadowany wszystkim, ale nie chciał wracać z sąsiadem bo musiałby długo czekać, postanowił że zaniesie wszystko sam. Ruszył miastem przeciskając się przez tłumy. Bardowie śpiewali prawie na każdym rogu głównej ulicy, nawet on wrzucił do kubełka jednego z nich jakiegoś miedziaka.
Kordan przypomniał sobie że jest głodny. Wszedł do jednej z karczm, jak pewnie wszystkie inne była pełna, ale znalazł miejsce przy jednym ze stołów, przy którym siedzieli flisacy ale zgodzili się aby się dosiadł.

Cliff Diamond.

Szedł w gruncie zadowolony z tego że dziewczyny wodzą za nim wzrokiem. Uśmiechnął się do kilku, do innych mrugnął okiem, tak podobał im się, zaśmiał się w duchu.
Ruszył oglądając stragany a właściwie produkty na nich wystawione, Zobaczył ładne czarne skórzane buty, na pewno mocne i wygodne, nadawały by się na przygody na lądzie. Spojrzał na kupca i zapytał.
- Mogę przymierzyć? – wskazał na buty, a właściwie na puste miejsce… przed chwilą były tu buty. Kupiec się rozłościł i zaczął się na Cliffa wydzierać, oskarżał o złodziejstwo jednocześnie nie ruszając się z miejsca.
- Panie gdybym je ukradł to bym tu nie stał. – zabrzmiało to racjonalni i kupiec ucichł, ale tylko na chwilę bo wymyślił że zrobił to wspólnik, znów się wydzierał. Sytuacja wzbudziła zainteresowanie trzech strażników którzy wyraźnie zmierzali w tą stronę.

Drax.

Wyszedł z domu, był już trochę umęczony, pan Felipe zaproponował kolejny nocleg właściwie za darmo, Elf zgodził się ale obiecał, że wieczorem umyje okna. Ruszył spokojnie w stronę targu.
- Drax, mam coś dla ciebie. – dobiegł głos z tyłu, zanim się odwrócił list był już w jego rękach a człowiek który go dawał gdzieś znikł.
- Dziwne, o co może chodzić – zastanawiał się głośno spoglądając na zapieczętowany kawałek papieru, przełamał pieczęć i otworzył list. Zdziwienie dosięgło granic, był on w języku elfów. W rodzimym języku Draxa. Zaczął czytać, pochłaniać znak, za znakiem. Przeczytał raz, drugi i trzeci. Za trzecim dopiero zastanawiał się nad treścią.
Witaj. Na wstępie wyjaśnię że nie jestem Elfem ale znam Wasz język. Potrzebuję pomocy, pomóc mogą mi tylko niektóre osoby, wśród nich jesteś Ty. Za pomoc oferuję ci wyżywienie i dach na głową w Rybim Brzegu przez cały czas wykonywania mojej prośby. Będziesz mógł w jej trakcie poznać wiele zachowań ludzkich i krasnoludzkich w najróżniejszych sytuacjach. Więcej szczegółów wyjawię Ci jutro przed południem. Czekam na ciebie w moim zamku na trakcie północnym, o strzał dobrego elfiego łuku od miasta.
Z uszanowaniem Sokół


Thrulir Hammerfll

Miał już dość bycia kapłanem, prawdziwa krasnoludka dusza wyrwała się w końcu z więzów. Ruszył szukać przygód. Znalazł je tuż za rogiem gdzie jakiś gość zaszedł krasnoluda od tyłu i przystawił nóż do gardła.
- Dawaj całą kasę jaką masz bo zginiesz – odezwał się udawany chropowaty głos. Thrulir wiedział już że to mięczak. Mocnym cisem z łokcia trafił człowieka w miednicę, ten upadł. Był to młody chłopaczek który chyba zaczynał łobuzerskie życie.
- Lepiej zacznij uczciwie pracować – rzucił napastnikowi były kapłan Sigmara zabierając mu sakiewkę, odwrócił się i ruszył na targ. Zatrzymał go jeden ze strażników miejskich.
- Dzień dobry, prosimy o kulturalne zachowanie na targu i nie używanie przemocy, straż miejska czuwa. – Thrulir kiwnął głową zdziwiony i poszedł dalej, odwrócił się i stanął na chwilę. Spojrzał na tego strażnika. Mówił te słowa do wszystkich krasnoludów wchodzącego na targ, i tylko do krasnoludów
 
__________________
Dobry dyplomata improwizuje to, co ma powiedzieć,
oraz dokładnie przygotowuje to, co ma przemilczeć.
zbik_zbik jest offline  
Stary 03-04-2008, 16:58   #9
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Reputacja: 31476 Kerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputację
Cliff spokojnie wędrował przez targowisko. Od czasu do czasu uśmiechał się do co ładniejszej dziewczyny, uważając jednak, by nie przesadzić. Co prawda fakt, że otrzymywał uśmiech w odpowiedzi był wielce budujący, to jednak ciągle dźwięczały mu w uszach ostrzegawcze słowa bratowej. A kłopoty nie były mu do niczego potrzebne.
Zatrzymał się na moment przy straganie z bronią. Asortyment był dość bogaty, a z Johnem Parkinsonem, właścicielem straganu, znającym Cliffa jeszcze z czasów, gdy ten pomagał swemu ojcu, można było wymienić kilka uwag na temat znajdującego się na straganie oręża. Ucieszyć oko widokiem egzotycznego szamsziru i pochodzącego z niemal równie odległych stron kindżału. Tudzież podziękować za kolczy kaftan, który właśnie dzięki Johnowi trafił w ręce Cliffa.
- Świetnie się go nosi - Cliff poklepał się po okrytej zbroją piersi.
- Dziewczynom też się w tym podobasz - zaśmiał się John. - Widziałem, jak na ciebie patrzą. Tylko uważaj - dodał - by nie powtórzyła się historia z Karen.
Cliff uśmiechnął się z lekkim przymusem.
- Chyba zmądrzałem od tamtego czasu - powiedział i pożegnawszy się ruszył dalej.
"To już druga osoba z gatunku 'życzliwych'" - pomyślał. - "Jeszcze coś wykraczą..."
Zbyt przesądny nie był, ale... No właśnie. Ale...

Ruszył dalej, by po paru krokach zatrzymać się przy straganie z wyrobami ze skóry. Kilkanaście pasów... szerokich i wąskich... Było nawet coś - mocowanie na nóż, które można by owinąć wokół kostki nogi i schować w bucie.
- Ludzie to kupują? - spytał sprzedawcę.
Ten skinął głową.
- Od czasu do czasu.
Za plecami sprzedawcy wisiały ubrania... Długi do kostek płaszcz, z głębokimi kieszeniami i kapturem. Dwie krótkie kurtki, do pasa, podbite kożuszkiem, spinane u dołu dodatkowo skórzanym pasem z klamrą. Jedna cała czarna. Pachnąca nowością skóra błyszczała na ramionach i mankietach srebrem nabitych ćwieków. Obok wisiało coś w rodzaju długiej kurtki bez rękawów, z mnóstwem kieszeni, niektóre z nich były dobrze schowane i mogły pomieścić dużo niewielkich przedmiotów i mogły nie być tak łatwo wykryte. Było też kilka par spodni. Długie i krótkie, z grubej i delikatnej skóry, sztywne i miękkie. Przebierać, wybierać, kupować...
- Szukasz czegoś specjalnego, Cliff - spytał sprzedawca. Kolejny z licznej rzeszy pamiętających małego Cliffa przyjeżdżającego z ojcem na targ.
- Ta... - odpowiedział zapytany. - Ale nic z tego, czym pan dysponuje, panie Tomie. Potrzebne mi dobre buty...
Nieco zdziwione spojrzenie kupca spoczęło na obuwiu Cliffa.
- A co masz tym do zarzucenia? - padło pytanie. - Na moje oko wytrzymają jeszcze kilka sezonów...
Cliff pokręcił głową.
- Potrzebne mi buty, które wytrzymają wiele mil - powiedział - i ani mnie nie obetrą, ani się nie rozpadną...
- Masz zamiar biegać po pokładzie? Zawsze myślałem, że żołnierz okrętowy więcej leży w hamaku...
- Prawie prawda - Cliff uśmiechnął się. - Ale dla odmiany mam zamiar trochę pospacerować po stałym lądzie.
- Skoro tak - kupiec odpowiedział uśmiechem na uśmiech - to mnie odwiedź przed wyjazdem. Wpadła mi w ręce wspaniała peleryna. Na oko twój rozmiar. Przymierzysz i jak będzie pasować, to jakoś się dogadamy. A buty - wskazał głową stojący kilkanaście metrów dalej stragan - to u Steffena. Nie znasz go... Jest dość humorzasty... Ale buty ma niezłe...

Stragan z butami... Na drewnianych kozłach, przyczepione za uszy wisiały szeregi butów, takich zwyczajnych, żółtych do smarowania przetopionym sadłem, takich już pod glanc przyszykowanych i ciżem kobiecych z czerwonymi sznurowadłami na wysokich obcasach. Są też lekkie sandały, domowe pantofelki i solidne buty dla każdego podróżnego. Wysokie buty z oślej skóry. Równie wysokie buty ze skóry - jak zachwalał sprzedawca - węża morskiego.
- Piękna robota, okazyjna cena... - krzyczał handlarz na cały głos.
"Skóra węża morskiego" - pomyślał Cliff z przekąsem. - "Ucho od śledzia..."
Ale nic nie powiedział. Jeśli znajdą się naiwni, to w końcu nie jego sprawa. A robota i tak wyglądała na solidną.
Jego wzrok padł na ładne czarne skórzane buty. Były wysokie, z wywijanymi cholewkami i grubą podeszwą. Wyglądały na mocne i wygodne, nadawałyby się na przygody na lądzie.
Spojrzał na kupca i zapytał.
- Mogę przymierzyć? – wskazał na buty, a właściwie na puste miejsce… przed chwilą były tu buty.
- Złodziej! - zawołał kupiec, a na jego twarzy odmalowała się wściekłość. - Ukradłeś te buty!
- Panieee - cień ironii błysnął w tonie Cliffa - gdybym je ukradł, to bym tu nie stał...
Zabrzmiało to racjonalnie i kupiec ucichł. Ale tylko na chwilę, bo pewnie nie mógł przeżyć straty.
- To twój wspólnik to zrobił! - rozdarł się ponownie.
Sytuacja wzbudziła zainteresowanie trzech strażników którzy wyraźnie zmierzali w tą stronę.
Cliff z trudem powstrzymał chęć nakarmienia kupca jego własnymi butami...
- Masz pecha - powiedział zimno. - Nie trafiłeś na kmiotka ze wsi... Jestem Cliff Diamond, i to jest moje rodzinne miasto... Nie mówiąc już o tym, że drogo cię będzie kosztować to oskarżenie... Grzywna za takie bezpodstawne oskarżenie jest nad wyraz wysoka...
Miał nadzieję, że kupiec zna to nazwisko... I że się opamięta...
 
Kerm jest teraz online  
Stary 03-04-2008, 21:03   #10
 
Azjr's Avatar
 
Reputacja: 88 Azjr wkrótce będzie znanyAzjr wkrótce będzie znanyAzjr wkrótce będzie znanyAzjr wkrótce będzie znanyAzjr wkrótce będzie znanyAzjr wkrótce będzie znanyAzjr wkrótce będzie znanyAzjr wkrótce będzie znanyAzjr wkrótce będzie znanyAzjr wkrótce będzie znanyAzjr wkrótce będzie znany
Rezen siadł na murku, włorzył nowe buty, stanoł i przeszedł kilka kroków.
"Idealne, dobrze leżą na nogach i widać porządna robota.
Tylko kim jest ten Sokół i skąd mnie zna."

Spoirzał jeszcze raz na list i przeczytał go znowu.
"1000zk piechotą nie chodzi, ale ta wiadomość jest dość niepewna.
A niech mnie szlak trafi, pujde."

Podeszedł do niskiego kupca z grubą sakiewką u pasa, wyioł sztylet i zgrabnym ruchem odcioł mu sakiewke.
"Pieniądze już mam, teraz musze iść znaleść jakąś karczme i trochę wypić."

Wszedł do zadymionej karczmy. Do okoła panował ruch, Rezen wykorzystał chwile, gdy jeden z klijentów osunoł się pijany na podłoge i zajoł jego miejsce.
-Piwa, szybko.
Gdy dostał swoje piwo zaczoł się rozglądać wokuł siebie, po jego lewej na stole leżał mężczyzna w okrągłych okularach, a po prawej jakiś gbur mamroczący pod nosem o intymnym życiu kupców, żebraków, szlachciców, wieśniaków i matek ich wszystkich.
"No to trafiło mi się toważystwo."
-Dzień dobry... chyba dzień.

Złodziej odwrucił wzrok, to mężczyzna w okularach się obudził. Zamglonym wzrokiem spoirzał na kufel Rezena, chwycił go i niezważając na nic wypił do dna.
-Nazywam się Klif Konar, jestem, a raczej byłem tutejszym inżynierem.
-Witam, nazywam się Rezen Groun, a jeśli można wiedzieć, czemu pan zrezygnował ze swego zawodu.
-Nie zrezygnowałem... przeżyłem przykrą historie... Moge panu opowiedzieć jeśli chce się panu słuchać.
-Bardzo chętnie, prosze zaczynać.
-Zaczeło się od tego, że wynalazłem maszyne, która tworzyła najprzedniejszą śliwowice. Była tak mocna że już po krótkim czasie miałem pełno klijentów.
Przychodzili do mnie głównie ludzie pana któremu słurzyłem. Oczywiście panu to się nie spodobało i mu się nie dziwie. Calutka słurzba był pijana, nie było trzeźwej osoby, ni chłopa, ni baby. No to mnie wzioł i wywalił na bruk. Niestety maszyne zostawił sobie, drań.
-No niemiła historia.
-Niemiła.
-A niech to licho, napijmy się...
 
__________________
Wyobraźnia bez wiedzy może stworzyć rzeczy piękne.
Wiedza bez wyobraźni najwyżej doskonałe.
Azjr jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 16:40.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166