Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 21-04-2008, 17:11   #1
 
Bulny's Avatar
 
Reputacja: 129 Bulny wkrótce będzie znanyBulny wkrótce będzie znanyBulny wkrótce będzie znanyBulny wkrótce będzie znanyBulny wkrótce będzie znanyBulny wkrótce będzie znanyBulny wkrótce będzie znanyBulny wkrótce będzie znanyBulny wkrótce będzie znanyBulny wkrótce będzie znanyBulny wkrótce będzie znany
[WFRP] Ach, te księżycowe noce...



Rozdział I
Bóg, Honor i Księga…

[media]http://www.youtube.com/watch?v=zdOir8kGYoE[/media]Wstąpiłeś już, księżycu, na niebieskie szczyty
I niepewnymi śniegi powlokłeś błękity,
A twój promień niepewny, blady i srebrzysty,
Odbija się o kryształ lodu przezroczysty,
Lub na gałęzie giętkiej i wzniosłej topoli,
Z którą szumny Akwilon lub Zefir swawoli
I opadłymi z liści gałęziami chwieje,
Twój promień to się skryje, to znów zajaśnieje.



Gwiazd tysiące, na nieba jaśniejąc błękicie,
Zdają się przyrodzeniu nowe wlewać życie;
Gdzieniegdzie pośrebrzone mijają się chmury;
Ty panem się wydajesz uśpionej natury.
Lecz czemuż twoje drzące i blade promienie
Nie rozpędzą zupełnie czarne nocy cienie?
Ty obrazem nadziei w smutnej jesteś duszy:
Otrze ona łez kilka, całkiem nie osuszy.



Ale oto już widać nadchodzącą chmurę,
Ta w wkrótce w cieniu całą pogrąży naturę.
Nadeszła; już nie widać pięknego księżyca;
Lecz wiatr zawiał, znów niebo się rozjaśnia;
Wiatr burzliwy gwałtowny przedarł obłok mglisty
I znowu w dawnym blasku błysnął księżyc czysty,
Jak cnota i poczciwość, czernione potwarzą,
Prędzej czy później zawsze w blasku się okażą.


****

Pełnia księżyca zawsze fascynowała artystów…
Najsławniejsi trubadurzy i poeci tworzyli swe dzieła mówiące o jej majestacie i grozie…
O jej pięknie i przerażających właściwościach…
O jej magicznej mocy i ogromnej potędze…
Najwięksi wojowie ginęli na polach bitwy, otoczeni jej blaskiem…
Najgorsze bestie żądne krwi budziły się podczas niej do życia…
Najpodlejsi kochankowie dokonywali zdrad skąpani w jej świetle…
Najznamienitsi bohaterowie dokonywali w jej czasie chwalebnych czynów…
A zwykli ludzie? Ich pełnia księżyca zwyczajnie nie obchodziła…

****

Zmrok zapadł już dawno temu. W końcu nadeszła zima. Dni stawały się coraz krótsze ustępując potędze nocy. Starszy mężczyzna siedział, w koszuli nocnej, na łóżku czytając grubą, zakurzoną księg. Louis DeLonette był zamożnym człowiekiem. Opanował co najmniej dziesiątą część handlu w okolicach granic Imperialnego państwa z zachodnim sąsiadem – Bretonią. To nie był jednak koniec jego kapitalistycznych podbojów. Tej nocy musiał się wyspać, aby być rześkim na jutrzejszym spotkaniu z właścicielem pewnej faktorii handlowej, którą miał wykupić – Waldemarem Zeiterem. Blask zimowego księżyca leniwie wdzierał się do, oświetlonego pojedynczą świecą, pomieszczenia, zajmując coraz większe połacie drewnianej podłogi. Mężczyzna w sile wieku przetarł oczy. Sen coraz bardziej dawał mu się we znaki. Księgi rachunkowe nie mogły jednak czekać do jutra. Trzeba było uzupełnić cały miesięczny przychód przed wypłaceniem podatku baronowi. Po chwili jednak jego umysł dał za wygraną. Louis zdjął okulary ze swojego garbatego nosa, kładąc je na dużym stoliku nocnym. Potem przeczesał palcami długą, brunatną brodę i podrapał się po łysinie pokrywającej jego czoło.
- Czas na sen… - Szepnął, obracając się w stronę pościeli. Spała tam już jego żona Mathilde. Mimo śrdeniego wieku wciąż zachowywała ona młodzieńczą urodę. Nawet ząb czasu nie zdołał wygrać potyczki z jej ślicznym ciałem. Mężczyzna ucałował małżonkę, po czym zgasił świecę, dając blaskowi nocnego księżyca swobodę w działaniu. Tamten nie zwlekał długo i zalał całe pomieszczenie zielonkawym blaskiem.
Człowiek przechodził już w fazę błogiego, mocnego snu. Jakiś huk wyrwał go jednak momentalnie z tego stanu. Kupiec otworzył oczy przecierając je. Drugi huk. Coś było nie tak. Hałasy dochodziły z góry. Louis nie zwracał uwagi na pytania żony. Założył skórzane kapcie, po czym ruszył pędem na górę. Trzeci huk. „Złoczyńcy?” – pomyślał, dobywając pogrzebacz z kominka obok schodów. Po szybkim wbiegnięciu schodami stanął na chwilę, szukając w księżycowym świetle jakichkolwiek postaci. Czwarty huk. Dochodził z pokoju jego córki – Elizabeth. Mocno wystraszony człowiek wiedział, że nie ma czasu ani sensu wołać straże. Nim doczeka się interwencji, bandyci uciekną. Szybkim ruchem ręki nacisnął klamkę. Drzwi pomieszczenia momentalnie otworzyły się z charakterystycznym skrzypnięciem. Widok, który ujrzał mężczyzna, momentalnie go zamurował. Jakiś zbir w czarnym płaszczu właśnie zeskakiwał z okna z jego córką w rękach. „Nie… To nie może być prawda. To tylko sen.” – myślał kupiec rzucając się, z ciężkim narzędziem w ręku, w stronę okna. Było jednak za późno. Tamten zdołał wyskoczyć. Opadł na podstawionego konia, i razem z pomocnikiem udali się w nieznany kierunku, gnając krętymi uliczkami miasta.
– Elizabeth! – rozległo się echo okalające swoją potęgą większość okolicznych domów.
Nie!!... – mężczyzna upadł na kolana. Życie nie miało już sensu…

****

[media]http://www.youtube.com/watch?v=Zklqr1xj32Q[/media]
Od jakiegoś czasu okoliczna pogoda płatała figle. Choć jest już długo po żniwach, to pierwsze śniegi nie dosięgły jeszcze okolic Middenheim. Od niemal tygodnia bezustannie lało. Wszystkie drogi zamieniły się w jedne wielkie rzeki błota, którymi podróżni musieli brnąć, z braku lepszej nawierzchni. Dodatkowo było bardzo zimno, choć jeszcze nie tak mroźnie, jak w czasie przechodzenia starego roku w nowy. Choć pogoda nie sprzyjała jeździe, byli jednak tacy, którzy nie mogli sobie pozwolić na przestój. O takich też bohaterach opowiada nasza historia, dziejąca się gdzieś nieopodal gór środkowych. Grupka ośmiu wędrowców przemierzała właśnie mokry szlak dążąc bezustannie do celu ich podróży – miasteczka Volfendorf. Ludzie z okolicy dużo rozpowiadali się o tym miejscu jako o jednym, wielkim ośrodku Sigmaryckiego kultu. Mówiono o nim, że na jedną karczmę przypadają tam trzy kaplice i zakon. Podobno na ulicach tego miasteczka łatwiej spotkać mnicha, aniżeli jakiegokolwiek kupca, lub chłopa. Czy było to jednak prawdą? Miało się to okazać dziś wieczorem. Tak bynajmniej mówili przechodzący gdzieniegdzie włóczędzy. Wieczór zbliżał się nieubłaganie. Choć deszczowe chmury zakrywały promienie słońca, to widać było, że powoli zapada zmrok. W końcu zaczyna się zima. Nie dziwne jest to, że dni są coraz krótsze, ani to, że jest coraz zimniej. Dziwnym zjawiskiem są jednak jeźdźcy podążający polną, błotnistą drogą w stronę miasteczka.

Orszak rozpoczynały cztery piękne, dorodne konie, razem z jeźdźcami. Na jednym z nich jechała młodziutka, urocza niewiasta, za którą na drugim wierzchowcu, niczym cień podążał męzczyzna, wyglądający na woja ze wschodu. Trzeciego dosiadał młody elf. A na czwartym, najbardziej wysuniętym na czoło ogierze siedział szlachcic – Adren von Volfgrim. Kuzyn właściciela tutejszych ziem, oraz początkujący mag. Za nimi, brodząc w błocie szedł człowiek wyglądający na kapłana albo zakonnika. No nie zapominajmy też o dwóch kolejnych mężach. Byli to przedstawiciele krasnoludzkiej rasy, którym pogoda dawała się we znaki jeszcze bardziej aniżeli ludzkim przyjaciołom. Na końcu jechał inny, dziwny, choć pocieszny wierzchowiec, razem ze swoim jeźdźcem. Niziołek kołysał się w rytm chodu jucznego muła, na którym siedział. W końcu nie można było sobie pozwolić na utratę cennego pożywiania, więc ktoś musiał go pilnować.

W końcu, po długiej, męczącej podróży, zza drzew wyłoniło się miasteczko. To na pewno Volfendorf. Ludzie spotkani po drodze mówili chyba prawdę. Nad całym osiedlem górowała masa strzelistych wieżyczek, oraz kopuł zakończonych symbolami Młotodzierżcy. Miejscami ten widok można by trafnie porównać z widokiem samotnego orka zgładzonego po salwie strzał, wypuszczonej przez elfickich łuczników. Pomiędzy nimi widać było małe domki należące najwyraźniej do mieszkańców. Najważniejszym widokiem była jednak jedna z wież. Już z tak dalekiej odległości było widać ją niemal dokładnie. Najwyższy budynek w mieście zakończony był ogromnym dachem w kształcie stożka, na którym stał posąg nieco odmienny od innych - symbol Ulryka. Pod dachem mieściła się ogromna tarcza zegarowa, której każda godzina oświetlana była kilkoma osobnymi pochodniami. Zastanawiające było, jak ludziom udawało się rozpalić pochodnie na takiej wysokości. Po chwili wpatrywania się w to dzieło architektury, nasi podróżnicy musieli jednak ruszyć dalej w stronę aglomeracji, którą mieli przed swoimi oczami. Wedle wytycznych, danych Adrenowi przez jego krewniaka Karla von Volfgrima, podróżnicy mieli zatrzymać się w karczmie „Dzban Młotodzierżcy” prowadzonej przez mnichów wyrabiających podobno wyśmienite piwo oraz chleb. Celem tego przedsięwzięcia było oczekiwanie na posłańca, który miał doprowadzić ich bezpiecznie w stronę grodu należącego do von Volfgrimów. Jako dowód pokrewieństwa, młody szlachcic otrzymał drewnianą fajkę w kształcie symbolu Sigmara. Wyryty był na niej napis:

”To, co prowadzi do chwały zawarte jest w słowach świętego - KR 16”…
 
__________________
"Gdy Ci obcych ludzi trzech mówi że jesteś pijany to idź spać" - Stare żydowskie przysłowie ;)

Ostatnio edytowane przez Bulny : 22-04-2008 o 14:57.
Bulny jest offline  
Stary 21-04-2008, 18:47   #2
 
Mortarel's Avatar
 
Reputacja: 783 Mortarel jest godny podziwuMortarel jest godny podziwuMortarel jest godny podziwuMortarel jest godny podziwuMortarel jest godny podziwuMortarel jest godny podziwuMortarel jest godny podziwuMortarel jest godny podziwuMortarel jest godny podziwuMortarel jest godny podziwuMortarel jest godny podziwu
Ojciec Otto brodził po kostki w błocie. Krok za krokiem wlókł się mozolnie, raz za razem spoglądając w niebo.

- Ach chmurki, przestałybyście kropić świat deszczem, czyż nie przyjemniej byłoby, abyście rozstąpiły się przepuszczając promienie słońca, chociaż tyle, by osuszyły moja łysą głowinę.- Rzekł duchowny wznosząc przy tym teatralnie ręce ku niebu. Następnie spojrzał na swoją jakże to wesołą kompanijkę. Sądząc po ich minach i przemoczonych sylwetkach, doszedł do wniosku, że jednak sprawiedliwie byłoby, aby deszcz ten minął. Bowiem czy można taką ulewę sprowadzać na podróżnych i to w taki dzień.
Ojciec Otto przystanął na chwilę. Spojrzał wtedy hen przed siebie, a jego serce napełniło się optymizmem i chęcią działania

- Spójrzcie szlachetni Panowie! – Zakrzyknął w uniesieniu, a jego małe oczka zaiskrzyły się. – Toż to na pewno jest Volfendorf!- pełen ekscytacji wyciągnął zza lnianego, przemoczonego już płaszcza manierkę.

- Ach czyż to nie jest idealna okazja, by golnąć sobie, choćby tak o z radości! Cieszmy się tym, że cel naszej wędrówki już przed nami.- Jak powiedział tak zrobił, szybkim ruchem odkręcił manierkę, a następnie walnął sobie dwa potężne łyki napitku.

-Mhhhm- wydał z siebie przedłużony dźwięk, błogiego i jakże zapewne bliskiego mu uczucia. Jego policzki zaś napłynęły krwią, przyprawiając mu na twarzy czerwone niczym polne maki rumieńce. Następnie schował pojemnik z napojem w miejsce, z którego go uprzedni wydobył. Przy okazji sprawdził dokładnie sakwę, którą niósł skrzętnie osłoniętą płaszczem. Przyglądał się jej dokładnie i badał ją skrupulatnie ręką.

- Sucha – rzekł. Uśmiech zawitał na jego twarzy.

– No mości panowie! Jako iż widać już cel naszej wędrówki, a zapewne za chwile znajdziemy się w karczmie, proponuje zaśpiewać jakąś piosnkę, aby to i przyjemniej i radośniej nam się maszerowało- następnie spojrzał na swe szaty brudne od błota, skrzywił się nieco, ale zaraz ruszył przed siebie, donośnym głosem intonując piosenkę wymyśloną na poczekaniu:

Ach jakże przyjemnie wybiegać myślą w dal
Podczas słoty zawieruchy wśród swych marzeń fal
Kiedy wicher wieje, kąsa, ty już w myśli siedzisz tam
Tam gdzie napity wesół jesteś i do tego nigdy sam
Tak oto właśnie witają cie tysiące karczm bram
Usiądź miły gościu, napij się i zjedz
A twe troski odejdą precz…
 
Mortarel jest offline  
Stary 21-04-2008, 20:58   #3
 
Gwena's Avatar
 
Reputacja: 363 Gwena jest po prostu świetnyGwena jest po prostu świetnyGwena jest po prostu świetnyGwena jest po prostu świetnyGwena jest po prostu świetnyGwena jest po prostu świetnyGwena jest po prostu świetnyGwena jest po prostu świetnyGwena jest po prostu świetnyGwena jest po prostu świetnyGwena jest po prostu świetny
Koń był bardzo znudzony. Co chwila zarzucał łbem patrząc z wyrzutem na Klarę, wyraźnie powolne tempo jazdy nie odpowiadało karemu wałachowi. Za którymś razem Klara poklepała go po karku.
- Co ja ci poradzę Węgielku, że oni dostają histerii kiedy oddalę się od tej kawalkady choćby na 100 łokci... Sama mam tego pogrzebowego tempa dość chyba bardziej od ciebie.
Koń chyba wyczuł jej zniecierpliwienie bo zastrzygł z nadzieją uszami. Klara obróciła się do pozostałych jeźdźców:
- Panowie, widać już mury, jest bezpiecznie, nie musimy strzec pieszych ani siebie bardziej niż w Altdorfie. Może damy koniom ostrogę do karczmy, by wieczorem stajni nie rozniosły?
Nieczekając na odpowiedź spięła wałacha...
 
Gwena jest offline  
Stary 21-04-2008, 21:42   #4
 
Aveane's Avatar
 
Reputacja: 752 Aveane jest godny podziwuAveane jest godny podziwuAveane jest godny podziwuAveane jest godny podziwuAveane jest godny podziwuAveane jest godny podziwuAveane jest godny podziwuAveane jest godny podziwuAveane jest godny podziwuAveane jest godny podziwuAveane jest godny podziwu
Fioletowa peleryna pokryta zielonymi plamami, niby mchem, łopotała na wietrze niczym chorągiew altdorfska podczas burzy. Jednakże młodemu elfowi to nie przeszkadzało. Zresztą, co mu przeszkadzało? Nie przeszkadzało mu nawet, że jego najlepszym przyjacielem jest krasnolud. Za to przeszkadzało mu, że ów brodacz brodzi w błocie.

Wstrzymał konia. Miedziane włosy prawie całkowicie zasłoniły mu twarz, jednakże i to mu nie przeszkadzało. Zrównał się z Dwainem i ruszył jego tempem. Przez chwilę jechał obok niego, wpatrując się w Volfendorf.
- Ulryk, Sigmar. Czy i ma bogini ma tu swoje miejsce? - Słowa te zajęły przez chwilę jego myśli. Czy znajdzie tam ślad Jej kultu?

- Ej, maluchu, jak wyczyścisz swoją szanowną dupę, to pozwolę Ci wsiąść. Bylebyś mi tylko mi siodła nie pobrudził. Podjedziesz chociaż ten kawałek - jego pociągłą, młodzieńczą twarz rozjaśnił szczery uśmiech. Nachylił się do ucha Bansallaela, swojego wierzchowca, i szepnął mu coś do ucha. Siwek zarżał cicho, potrząsnął łbem. Elf rozpromienił się jeszcze bardziej i wyciągnął rękę do krasnoluda, by pomóc mu wejść na konia. Skórzane spodnie przedstawiciela najmniej szanowanej rasy zaskrzypiały ocierając się o siodło, a grot włóczni zaświecił w blasku padającego skądś światła.

Spojrzał na Klarę, która spięła swojego konia.
- I gdzie ten pośpiech? - błyskawiczna myśl przemknęła przez jego umysł. No bo i po co męczyć konia, gdy nie jest to potrzebne? - Ale koń też był chętny, to ją usprawiedliwia.

Tym razem jego wzrok spoczął na nucącym duchownym.
- Ciekawa przyśpiewka, przyjacielu. Skąd ją znasz? A przy okazji: poczęstujesz? - Mrugnął okiem do mnicha. Może nie będzie na tyle skąpy.
 
Aveane jest offline  
Stary 21-04-2008, 22:04   #5
 
Mortarel's Avatar
 
Reputacja: 783 Mortarel jest godny podziwuMortarel jest godny podziwuMortarel jest godny podziwuMortarel jest godny podziwuMortarel jest godny podziwuMortarel jest godny podziwuMortarel jest godny podziwuMortarel jest godny podziwuMortarel jest godny podziwuMortarel jest godny podziwuMortarel jest godny podziwu
Tęgiej postury akolita śmiesznymi podskokami przeskakiwał kałużę za kałużą. Starając się jak najmniej pobrudzić i tak już ubłocone szaty. Jego piosnka najwyraźniej bardzo mu się podobała, a melodia chyba sama wpadała w ucho. Raz za razem tez patrzył się ze szczerym uśmiechem na swych towarzyszy. Słysząc słowa kobiety zamyślił się. Miał zwyczaj robić to dość często. Rozstrzygał wtedy w głębi , czy słowa i czyny osoby o której myślał są według niego słuszne. Musicie, bowiem wiedzieć, że jak nikt zwracał uwagę na to, aby w jego otoczeniu wszystko działo się sprawiedliwie. Do tego jego sumienie Zasze potrafiło spojrzeć na całą sprawę obiektywnie. Po głębszej chwili namysłu, rzucił jeszcze wzrokiem za odjeżdżającą, a na jego twarzy pojawił się uśmiech:

- Widocznie tejże pani bardzo się śpieszy, choć jak tu jej nie wybaczyć, że opuszcza tak zacną kompanię. Kiedy i koń prędki, pogoda nieciekawa i i dusza zapewne porywcza.- Dodał zanosząc się serdecznym śmiechem. – Żeby tylko koń nie złamał sobie nogi, jakże zdradliwe mogą być kałuże i śliskie może być błoto. – rzekł z wyraźną troską w głosie.

W tej samej chwili podjechał do niego elf, który wiózł na swym koniu również krasnoluda. Na ten widok ojciec Otto zaśmiał się serdecznym śmiechem:

- A to ci dopiero!- zakrzyknął – Elf i krasnolud, na jednym jadą koniu! Istnie nie z tego świata widok. Wnioskuje po tym wielką szczerość waszych serc.

Wysłuchał słów młodego elfa. Następnie chwilę zastanowił się , pogrzebał ręką pod płaszczem i wydobył tą samą co wcześniej manierkę:

- Trzymajcie przyjaciele, Hehe, pijcie do woli. Żadnemu strudzonemu marszem nie można odmówić napitki, a tym bardziej, że i w serce grzeje i rozum rozjaśnia. A kiedy człeczyna popije, to i rozochocony mała pogawędkę raczy uciąć, choćby dla tego, aby odwdzięczyć się miłą rzeczą za uprzejmość. Nie jestem pewien, czy znacie moje imię. Zwą mnie ojciec Otto- rzekł tęgawy mnich.- Miasto już blisko, a więc i na popas staniemy, brzuchy napełnimy jadłem, a i trunków zapewne nie braknie. Jeszcze chwile pobędziemy na tym błotnistym padole, ale weselmy się, bo oto zmierzamy do ciepłego kata. Panowie raczą przypomnieć swe imiona, mniszek ze mnie wcale niestary, a i umysł jasny mam. Jednak często po napiciu, imię raczę zapomnieć. Nie żywcie jednak do mnie za owy nietakt urazy. – Zakończył swą orację szerokim uśmiechem i jakże serdecznym smiechem.
 
Mortarel jest offline  
Stary 22-04-2008, 10:23   #6
 
Gwena's Avatar
 
Reputacja: 363 Gwena jest po prostu świetnyGwena jest po prostu świetnyGwena jest po prostu świetnyGwena jest po prostu świetnyGwena jest po prostu świetnyGwena jest po prostu świetnyGwena jest po prostu świetnyGwena jest po prostu świetnyGwena jest po prostu świetnyGwena jest po prostu świetnyGwena jest po prostu świetny
Koń szybko przeszedł ze stępa w kłus, Klara spojrzała za siebie, na oddalających się towarzyszy, w samą porę by zobaczyć krasnoluda wciąganego na konia efla i wtuliła twarz w grzywę by pohamować nieprzystojny wybuch śmiechu. Droga wyglądała zniechęcająco, ale na szczęście obok znajdowały się rżyska. Niski kamienny murek nie był żadną przeszkodą, pola były mocno nasiąknięte wodą, ale i tak o niebo lepsze od drogi. Zresztą miała przed sobą cel na uboczu - grupę kilku chłopskich chat, do których odwiedzenia skłonił ją widok wież górujących nad miastem. Nie miała serca do tych strzelistych budowli, a i Ulryk, a tym bardziej Sigmar byli jej obcy.
Po kilku minutach ostrej jazdy dotarła do maleńkiej osady. Na mlaskający odgłos kopyt na podwórzu, z jednego z domów wychyliła się zaciekawiona twarz.
Młodziku - w jej ustach imperialny charkot brzmiał śpiewnie - możecie mi powiedzieć gdzie w okolicy znajdę krąg lub kapliczkę Taala i Rhys?
Dzieciak cofnął się gwałtownie, po chwili z półziemianki wyszedł starszy, siwy chłop. Klara wykonała gest w kierunku swego kołpaka i powtórzyła pytanie.
Chłop milczał chwilę, zmierzył nieufnym spojrzeniem jej szablę i sajdak. Gdy spostrzegł spinkę w kształcie jelenich rogów spinającą jej płaszcz, na jego twarzy pojawił się niepewny uśmiech - Jaśnie panienka z Kislevu chyba, za młodu wojaczką się parałem i taka broń tylko u kislevskich była. A i mowa podobna.
- Ano z Kisleva, gaspadin.
- Ci z miasta niechętnie na starych bogów patrzą, to i mówić o tym obcym nie zwyklim, ale wasi starych bogów czczą, więc i powiem.

Wdał się w długie wyjaśnienia pomagając sobie gestykulacją. Klara miała nadzieję, że zapamięta. Tędy, aż do wierzby ze złamanym konarem potem w lewo do dwóch głazów co do żab podobne, następnie koło strzaskanego piorunem dębu...

Gdy dojeżdżała ostrym kłusem do bram miasta kawalkada jej towarzyszy była już dość blisko. Przed bramą - w dobrze wybrukowanym, a więc i suchszym miejscu zeskoczyła z karego i czekając na resztę kompanii oprowadzała go na arkanie by ochłonął po wysiłku.
 
Gwena jest offline  
Stary 22-04-2008, 10:47   #7
 
Dhagar's Avatar
 
Reputacja: 2379 Dhagar ma wspaniałą reputacjęDhagar ma wspaniałą reputacjęDhagar ma wspaniałą reputacjęDhagar ma wspaniałą reputacjęDhagar ma wspaniałą reputacjęDhagar ma wspaniałą reputacjęDhagar ma wspaniałą reputacjęDhagar ma wspaniałą reputacjęDhagar ma wspaniałą reputacjęDhagar ma wspaniałą reputacjęDhagar ma wspaniałą reputację
Kroczył drogą wśród pól, strumienie deszczu wybijały rytm na jego zbroi. Na ramieniu niósł wielki dwuręczny młot ozdobiony krasnoludzkimi runami, mniejszą jego wersję miał przypiętą przy prawym boku. Na plecach zaś widać było plecak i przypiętą doń tarczę.
Kolejna wędrówka ku chwale Imperium Krasnoludzkiego, bo jakże mogło być inaczej. Zadanie jakie mu powierzył władca twierdzy było jak zawsze wymagające ale nic w życiu nie przychodziło łatwo.

Spoglądając w dal ujrzał jak reszta wyłaniające się zza horyzontu mury i wieże miasteczka. Słowa mnicha iście trafiły w jego gust. Pora była najwyższa uzupełnić zapasy i posmakować lichego ludzkiego piwa. Łypnął na elfa gdy ten zwracał się do Dwaina. "Tobie by się przydało, żebyś się trochę pobrudził. Wyszło by ci to na dobre" - przemknęło Alrikowi przez głowę ze złośliwością.

- Miasto już widać. Może i nie ma już niebezpieczeństw ale za to bym głowy nie dawał - rzekł spokojnie spoglądając na boki od czasu do czasu, nie był wszak na wakacjach.
 
__________________
"Nie pytaj, w jaki sposób możesz poświęcić życie w służbie Imperatora. Zapytaj, jak możesz poświęcić swoją śmierć."
Dhagar jest offline  
Stary 22-04-2008, 14:09   #8
 
Cedryk's Avatar
 
Reputacja: 5150 Cedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputację
Podróż zaczęła się jak zwykle od opóźnienia. „Nigdy chyba nie odgadnę mentalności krasnoludów. Proponowałem im, że użyczę im mułów lub koni, jeśli wola, oni nic jako te głazy, z których się podobno wywodzą”.
Nic w tym dziwnego, iż gdy krewniaczka Klara dogoniła ich, Adrena przed prawdziwym wybuchem uchroniła tylko surowa dyscyplina, której nauczył się w kolegium.
- A czegoż to waćpana sam jechał. Zostawiłem kuzynkę bezpiecznie w Altdorfie, nawet guwernerkę nająłem, abyś moja panno nieco ogłady nabyła. Cóż jednak widzę, ledwo trzy dni gdym opuścił stolicę, co widzę, samowtór ze zbrojnym mnie doganiasz i to jak konno. Utrapienie z kuzynką, ale odesłać nie odeślę, bo nie wiem cóż w tej pstrej głowie, jakie brewerie mogłyby się wykluć. Wiedz jednak moja panno, iż rodzicieli powiadomię, może ta myśl nieco twoje brewerie ukróci. Abyś mi się na przód nie śmiała wyrywać konno.

Lecz było już to dawno i złość nieco zdążyła osłabnąć.

Zbliżali się w końcu do Volfendorf. Klara Iwanowna Czudowska jak zwykle wyrwała do przodu zanim zamyślony Adren zdążył zareagować.

- Patrzcie no Otto, cóż też ta koza wyczynia. Za jakie winy spotyka mnie taka kara. Czyżbym zbyt hulaszcze życie wiódł Vereno daj sił. Ty tam, Dymitr, coś oślepł, czy co, nie widzisz, że panienka sam odjechał. Dajże no koniu ostrogę, dogoń i przypilnuj, aby jej jak nieprzyjemność nie spotkała. No nuże, na co jeszcze czekasz.

Ujrzawszy Dwain’a jadącego wespół z „Czarnym Drzewem” Adren wybuchnął śmiechem.

- Dvainie, a cóż z twoją godnością, trzeba było brać muła jak chciałem użyczyć. Lepiej przed bramami zsiądź z konia, bo zbiegowisko zgromadzicie, no i śmiechu będzie, co nie miara. Nigdy bym po tobie takiego humoru się nie spodziewał Kyfandys, zawsze był ona domeną Alfreda.

Usłyszawszy gwardzistę zamyślił się chwilę.

- Pewnie masz rację, ale tamten zbrojny wygląda tak, iż byle kto mu w kaszę dmuchać nie będzie i waćpannę dobrze przypilnuje.

Ujrzawszy, iż Verenita zaczyna poić towarzyszy swoimi napitkami uśmiechnął się pod wąsem.

- Ech, Otto nieco umiaru, niedługo popróbujesz lepszych piw niż masz w bukłaku. Niedaleko już Volfendorf, a tam „Dzban Młotodzierżcy” gdzie podobno przednie ważą, takie, iż nawet krasnoludy są zadowolone.
 
__________________
Choć kroczę doliną Śmierci, Zła się nie ulęknę.
Ktokolwiek walczy z potworami, powinien uważać, by sam nie stał się potworem.
gg 643974 Zło kroczy ulicami. Coś się psuje. *** Warsztaty - Życie.
Cedryk vel Dumaeg czasami z dopiskiem 1975

Ostatnio edytowane przez Cedryk : 24-04-2008 o 23:13.
Cedryk jest offline  
Stary 22-04-2008, 14:54   #9
 
zbik_zbik's Avatar
 
Reputacja: 107 zbik_zbik wkrótce będzie znanyzbik_zbik wkrótce będzie znanyzbik_zbik wkrótce będzie znanyzbik_zbik wkrótce będzie znanyzbik_zbik wkrótce będzie znanyzbik_zbik wkrótce będzie znanyzbik_zbik wkrótce będzie znanyzbik_zbik wkrótce będzie znanyzbik_zbik wkrótce będzie znanyzbik_zbik wkrótce będzie znanyzbik_zbik wkrótce będzie znany
Dymitr jechał spokojnie choć w środku się gotował... Miał już serdecznie dość deszczu, wprawdzie już nie raz prowadził wali podczas gorszych ulew, nawet uważał je za ciekawsze, ale teraz siedział tylko na koniu i mókł.

Wyciągną gorzałkę i łykną. Tego potrzebował aby się uspokoić. Klara wyrwała do przodu. "Nie odstępuj jej na krok", zabrzmiały w głowie słowa.
- To nie takie łatwe - szepną sam do siebie i spiął konia i ruszył za szlachcianką.
Jeździł już wielokrotnie na koniu ale nigdy nie szybko, dlatego zwano go "Gruba noga". Gdy koń nabrał prędkości kozak zachwiał się na boki i mało brakowało a by spadł. Koń najwyraźniej wyczuł niepewność prowadzącego i zwolnił tępo. Dojechał do miasta, zobaczył dziewczynę prowadzącą swego konia. Zeskoczył niezdarnie i z wyrzutem krzykną:
- Można spokojnie jechać! Czego to sie wyrywać jak pies na zająca! Toć ja mało z konia nie spadł, karku nie złamał. - mówiąc to wyciągał gorzałkę a gdy skończył łykną i już było lepiej.
- Pamiętaj następnym razem, młoda jesteś, może Ci sie krzywda jaka stać, a głowa za to moja poleci. - to już wypowiedział spokojnie ale z dziwnym uśmiechem pod nosem, a to dlatego że gdy mówił, myślał też co mogłoby się stać gdyby tak młoda dziewczyna znalazła się wśród jego druhów z karczmy.
 
__________________
Dobry dyplomata improwizuje to, co ma powiedzieć,
oraz dokładnie przygotowuje to, co ma przemilczeć.
zbik_zbik jest offline  
Stary 22-04-2008, 15:22   #10
 
Gwena's Avatar
 
Reputacja: 363 Gwena jest po prostu świetnyGwena jest po prostu świetnyGwena jest po prostu świetnyGwena jest po prostu świetnyGwena jest po prostu świetnyGwena jest po prostu świetnyGwena jest po prostu świetnyGwena jest po prostu świetnyGwena jest po prostu świetnyGwena jest po prostu świetnyGwena jest po prostu świetny
- Tebe nado było na łoszadi umjet ezdit` zacziem ty za dwornika najmiłsja - rzekła Klara patrząc z niechęcią na kozaka. - U łoszadi bolsze uma - warkneła i obróciła się w kierunku nadjeżdżających.
Kozak był jej utrapieniem od samego wyjazdu z Kisleva. Nie rozumiała decyzji rodziców, czemu nie mogli z nią posłać kogoś z jej dobrze znanych ludzi, tylko wzięli najmitę?
Może ta ilość broni palnej zrobiła na nich wrażenie, ale co z niej jak się raz wypali? Będzie z konia walczył tym toporem? Toż łeb kobyle utnie! Zresztą w walce się ani moment nie utrzyma w siodle, ani pistoletów nie nabije. Wolałaby kogoś pewnego u boku, z łukiem i szablą. Co zrobić jak trzeba będzie uciekać? Ma go zostawić na pastwę jakiś zwierzoludzi? Toż w końskich nogach nieraz ocalenie jedyne. Najlepiej trzymać dystans i szyć strzałami, aż wróg padnie, a nie dać się zaciukać stojąc w miejscu.
Nie podobał jej się też jego uśmieszek. Co za nim się kryło?
 
Gwena jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 02:32.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166