Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 28-06-2008, 17:59   #1
 
Pandemonicum's Avatar
 
[WFRP II ed.]Boska Gra (Chaos)

Trochę o pisaniu postów:
Ja piszę co cztery dni – czyli okres jednej tury. W tym czasie każdy z was powinien napisać minimum jednego posta. Jeśli mu się to nie uda – jego los zostaje w moich rękach. Postarajcie się więc lepiej nadążyć w terminie… Piszcie posty długie i ładne, takie przynajmniej na pół strony. Refleksje postaci i działania. Wyprzedajcie trochę, w rozmowach z NPCami dawajcie długie wypowiedzi, żeby dowiedzieć się wszystkiego na raz. Możecie też przeprowadzać dialogi na gadugadu, tak będzie najlepiej, bo najszybciej. Dobrze by było, gdybyście dialogi między sobą ustalali również na gg. Wypowiedzi piszemy po – i kursywą, myśli tak: „Jakaś myśl.” Zdaję sobie sprawę, że pierwsza tura kończy się w dość mało atrakcyjnym i oryginalnym momencie, ale ja uznaję, że postaci graczy powinny się zawsze najpierw trochę poznać… W pierwszym poście obowiązkowy jest opis wyglądu! Pogadajcie trochę ze sobą. To na razie wszystko, zaczynamy:

(muzyka do prologu)
[MEDIA]http://www.youtube.com/v/nJi8dXecK00&hl=pl[/MEDIA]



Prolog



Na niebie pojawiła się pokrzywiona, jaśniejąca linia. Uderzyła w drzewo, wraz z całą swoją destrukcyjną siłą. Ludzie z południa zwą ją piorunem. My zwiemy ją gniewnym spojrzeniem, którym przez krótki moment obrzucił te miejsce Bóg. Potem nadszedł grzmot. Tak przynajmniej południowcy nazywają ten przepełniony mocą dźwięk, który jest prychnięciem Boa, którego irytuje, że niektóry małe, żałosne istoty ośmielają się mu przeciwstawiać. Oni, gdy widzą kometę lecącą na tle czarnego, nocnego nieba, mówią, że to manifestacja ich bożka. My wiemy jednak, że to zaledwie niepotrzebny okruch, który został strzepnięty z ramienia jednego z czterech prawdziwych Bogów. Szum fal, wrzask ofiary na moment przed śmiercią, płacz nowo narodzonego dziecka – to wszystko jest niczym w obliczu Potęg, a zarazem jest ich częścią, nieznaczącą, niegodną uwagi. Trzeba wam wiedzieć, że ludzie południa za boga uznają człowieka, zwykłego, żałosnego śmiertelnika, który już od ponad dwóch tysiącleci jest martwy. Nie zostało już z niego nic, jest teraz częścią ziemi, wiatru i wody, jak wszystko, co umarło. A oni opierają na nim swe nadzieje, oni czują sądzą, że im pomoże, że ich słucha, że się nimi opiekuje. Ma ich zawsze chronić. Są ślepi, wszyscy bez wyjątku. Nie rozumieją, że są mrugnięciem Wszechświata, nieistotnym, które nadeszło, lecz po chwili już go nie będzie.

Z pewnością domyślacie się już, co z tego wynika. Ludzie gubią gdzieś sens życia, starają się go odszukać w tym, co chwilowe, ulotne. Są żałosnymi głupcami, sądzą, że wystarczy pomagać innym przez czterdzieści lat swojego życia, a spełniło się cel w życiu. Czterdzieści lat jest niczym, tak jakby nie istniało. Bez względu na to ilu ludzi uczyniło się szczęśliwym przez ten okres. Jedynym prawdziwym, słusznym celem jest wieczność. Wtedy dopiero, kiedy nie będzie się już ograniczonym przez czas, można myśleć o tym, jak sprawić, by świat był lepszy. Jest tylko jeden słuszny wniosek. Należy oczyścić świat ze wszelkiego kurzu, który jedynie obrzydza nasz dom, ze wszelkich istot niegodnych, by w nim żyć, a potem stanąć na czele Wszechświata i urządzić go tak, jak chcą Bogowie. To jest celem każdego człowieka, który posmakował mądrości. Niech więc i na was wszystkich spłynie prawda.

Najpierw dotarła do ludzi nowina. Była niczym stado nietoperzy. Spadła nagle, wywołując zwątpienie, które z czasem narodziło strach, gdy idea stawała się z wolna prawdą. Wtedy też jedni stracili rozum i te drobne strzępy mądrości, które posiadali wcześniej. Wyszli na ulicę, zadając sobie ból biczami, nie odczuwając jednak z niego przyjemności, robiąc to więc zupełnie bezcelowo, w imieniu wartości, który były niczym więcej niż kłamstwem w ustach pijanego kapłana. Inni zamknęli się w swoich myślach, starali się dalej robić to, co robili dawniej, mimo że nie miało to już żadnego znaczenia. Nigdy nie miało, ale wcześniej przynajmniej przynosiło wyimaginowane ukojenie. Teraz było niczym. Niektórych strach pochłonął całkowicie, nie byli w stanie tego wytrzymać. Uciekali wtedy od źródła strachu. Od cienia z północy, od swych własnych ziem lub od życia. Tylko niektórzy, zaledwie jednostki, starały się ujrzeć mądrość. Niewielu było jednak takich, którym było to dane, większość z nich robiła to bowiem z przerażenia lub desperacji, wmawiając sobie siłę. Ci najczęściej ginęli. Tylko nieliczni czynili to, bo ujrzeli w tym prawdę, bo poczuli prawdziwą potęgę Wszechświata. Było ich bardzo niewielu, ale to dobrze. Chaos nie potrzebuje plebsu, by przeżyć.

Później pojawił się sam Cień w całej swej okazałości. Był masą, która toczyła się przez krainy, pochłaniając wszystko. Był tysiącem istnień, okrzyków i zapachów, a jednak działał jak jedność, jak gdyby był ogromną falą wzburzonego oceanu. Nadszedł, a wcześniejszy strach się wreszcie urzeczywistnił, groźba przerodziła się w mord. Zastał wariatów, zdesperowanych i przerażonych, zabił wszystkich. Przeżyli tylko nieliczni, tylko ci, którzy wcześniej ujrzeli prawdę. Ona pokazała się teraz przed ich oczami.

Tylko posiadający potęgę lub jej pragnący są godni, by żyć. Reszta… reszta niech zginie.

Taka jest wola Bogów. A Wy żyjecie po to, by ją wypełniać.

Rozdział pierwszy


Sindri Halldorson

Czułeś całą swoją duszą, jak bardzo się zhańbiłeś. Przegrałeś w pojedynku, a mimo tego nie umarłeś. Wiedziałeś, że Bóg Krwi nie potrzebuje słabeuszy i takich, którzy przeżywają jedynie dzięki szczęściu, a nie własnej sile. Tacy są godni jedynie lizać stopy tego żałosnego komedianta, który stara się być jedną z Potęg – Slaanesha. A jednak w oczach swego Boga po ostatniej walce musiałeś właśnie na kogoś takiego wyglądać. Kult Khorna opiera się na prostych zasadach, za największą wartość uznając siłę. Wiedziałeś zatem, że hańbę można zmyć tylko krwią wrogów. Osiągnięciu tego celu sprzyjały warunki – byłeś w końcu w samym centrum kraju południowców, ci żałośni słabeusze wyznający fałszywych bogów byli wszędzie wokół! Do kolejnej ofensywy było jednak jeszcze daleko… Archaon potrzebował więcej sił, znacznie więcej, by być w stanie zmiażdżyć imperialistów. Ale to była tylko kwestia czasu. Dla wyznawców Chaosu najwyższą wartością była potęga, a Archaon nią wprost emanował. Widziałeś go, wsłuchiwałeś się w jego słowa, gdy przemawiał. Ogromny, zakuty w lśniącą czarną zbroję ze złotymi wykończeniami, obwieszony czaszkami swych wrogów, a przynajmniej tej niewielkiej ich części, bowiem wymordował już przecież setki ludzi i innych istot. Gdy mówił, jego głos niósł się pomiędzy górami, zdawało się, że nawet jego mowa jest przepełniona mocą. Dla niego byłeś w stanie nawet przez chwilę współpracować z wyznawcami Pana Rozkoszy lub odsunąć na pewien czas na bok pogardę dla popleczników Władcy Losu.

Twoja pokuta ma się wypełnić. Pewnej nocy do twojego namiotu wszedł wybraniec Chaosu, jeden z dowódców. Był zakuty w błękitny pancerz i jego strój ozdabiały symbole Tzeentcha.


Chodząca ironia – wojownik, który oddaje się Bogu magii, mimo że zapewne nie posiada talentu, by władać Wiatrami. Wszyscy, którzy byli w namiocie zaraz obrzucili go wyzywającym spojrzeniem lub prychnęli z pogardą, byłeś przecież wśród swoich, grabieżców Khorna. On oczywiście to zignorował, tacy jak on zawsze to robili, nigdy nie byli wystarczająco odważni, by przyjąć wyzwanie i, jak na zwolennika Chaosu przystało, wyrżnąć wszystkich, którzy mu się sprzeciwiają. Przebiegł wzrokiem po namiocie, zatrzymał spojrzenie na tobie. Wycelował w twoją głowę czubkiem miecza i powiedział powoli głosem zimnym i spokojnym:
- Ty pójdziesz ze mną. Nie rób takiej żałosnej miny skrzywdzonego kundla. Idziesz na wyprawę. Zbieraj się i za parę chwil masz być na placu, gotowy do drogi.
Bez zbędnego pożegnania obrócił się na pięcie i wyszedł.
Nadchodził twój czas…

Skrzypek

Największym cudem, jaki zdarzył się w twoim życiu było to, że wciąż jeszcze żyjesz. Zwolennicy Chaosu nie mogli poszczycić się wysoką tolerancją. Gdy stwierdziłeś, że chcesz do nich dołączyć, najpierw byłeś bity. Długo i brutalnie. Widziałeś też innych, z którymi tak robili. Wtedy była w tobie tylko złość, później zdałeś sobie sprawę, że robili tak, żeby sprawdzić czy ktoś jest godny choćby wlec się za nimi. Bardzo cenili sobie swoją dumę. Ta ich duma zresztą odbiła się na twoim zdrowiu fizycznym, który przez pewien czas utrzymywało się na bardzo niskim poziomie… Chaos. To legendarne zło, o którym tyle w Imperium się mówi. Teraz byłeś w nim.

W Górach Środkowych, gdzie zgromadziły się resztki rozbitej armii, noc była wyjątkowo zimna. Namioty zarezerwowane były dla prawdziwych wojowników, nie takich wrzodów jak ty, więc spałeś na zewnątrz, pośród innych, którzy dopiero niedawno zmienili stronę. Nie mogłeś zasnąć, starałeś opanować drgawki. Było wyjątkowo jasno, Morrslieb i Mannslieb świeciły wysoko na niebie. Bez trudu dostrzegłeś więc zbliżającego się od obozu ogromnego, zmutowanego Kurgana.


Przyjrzał się rozłożonemu na ziemi wokół ognisk towarzystwu, po czym ryknął tak, że z pewnością słyszano go w promieniu kilometra:
- POBUDKA, POPAPRAŃCY!! Ustawić się przede mną w szeregu NATYCHMIAST!!
Czułeś, że lepiej z nim nie zadzierać. Wytężyłeś swoją siłę woli, by wyjść na mróz i pobiegłeś, by stanąć przed wojownikiem. Tak samo zrobiła reszta, tworząc po chwili długą i ewidentnie przestraszoną linię. Wojownik przebiegł po was wzrokiem. I wtedy do jego uszu dotarło przeciągłe chrapanie. Oczy barbarzyńcy powędrowały w kierunku źródła tego odgłosu. Jakiś człowiek wciąż spał przy ognisku. Błysk w oku, toporek przeleciał tuż obok głowy jednego ze stojących w szeregu i wbił się w plecy śpiącego. W dolinie rozległ się wrzask. Następny toporek trafił w głowę.
Po uporaniu się z problemem Kurgan obrzucił was pogardliwym spojrzeniem i orzekł z sadystycznym uśmiechem:
- Kilkunastu popapranych szczęściarzy będzie miało okazję się wykazać. Wszyscy, których wskażę, pójdą za mną.
Przechadzając się wzdłuż szeregu przyglądał się wszystkim, co pewien czas wskazując kogoś, kto miał to wątpliwe szczęście zostać wybranym. Nie wiedziałeś na jakiej podstawie ocenia. Może po prostu wskazywał kogoś, kiedy miał na to ochotę? W każdym razie nie wybierał, czego się spodziewałeś, tych najbardziej muskularnych.
Zbliżał się do ciebie powoli, a ty czułeś coraz większy niepokój, który stopniowo zamieniał się w strach. Kiedy by już bardzo blisko zatrzymał się i skinął głową na brodacza stojącego obok ciebie.
- Ty pójdziesz ze mną – stwierdził. Już miał zamiar przejść dalej, gdy nagle wybraniec, blady na twarzy, powiedział cicho, niepewnie:
- Nie… nie chcę iść.
Krew trysła na twój prawy policzek, gdy ręka Kurgana przebiła człowieka na wylot. Zsunął go z przedramienia i rzuciła ziemię z wyraźnym obrzydzeniem.
- Chcesz podzielić jego los? – zdałeś sobie sprawę, że mówi do ciebie. Nie będąc w stanie z przerażenia nic powiedzieć, pokręciłeś tylko głową.
- W takim razie idziesz ze mną.
Zostałeś wybrany…

Sharesh Braam

Okazja na kolejną przygodę nadeszła błyskawicznie. Z południa nadciągała nowina. Armia Archaona została pobita, lecz sam dowódca nie zginął i teraz zbiera nowe siły w samym sercu imperium. To doskonała okazja do nabycia nowych doświadczeń i – co ważniejsze – zobaczenia scen i historii, która może się już nie powtórzyć. Z portów Norski wypływało wtedy wiele okrętów – setki wojowników, którzy nie ruszyli na pierwszą inwazję. Popłynąłeś na jednym z nich, nie płacąc oczywiście – bo po co? Twoja charyzma, historie i trochę wódki wystarczyły, by przekonać kapitana. No dobra, sporo wódki… W każdym razie w towarzystwie sympatycznych ludzi podróż zleciała dość szybko. Razem z hordą przedarłeś się do Gór Środka, kiedy już dotarliście do brzegów Imperium. Przejście to nie było zbyt ryzykowne, te tereny były i tak dawno opustoszałe po pierwszej ofensywie, inni uciekli, a jeszcze inni zostali wymordowani. W obozie przez dość długi czas spędziłeś na hazardzie, zabawianiu wojów historiami i nudzeniu się. Potem usłyszałeś plotki o planowanej wyprawie kilkudziesięciu małych grup, by dać przedsmak tego, co nastanie, zdobyć więcej sojuszników i głosić dobrą nowinę. Oczywiście nie były to jakieś tam zwykłe plotki, wiedziało o tym bardzo niewielu. I jakoś nie czułeś potrzeby dzielenia się tym z innymi. Zamiast tego przy najbliżej okazji poleciałeś do wysokiego rangą maga i powiedziałeś o swojej potrzebie wyruszenia na wycieczkę po Imperium…

Gaeth Seters

Roboty miałeś coraz więcej, ale pieniędzy dostawałeś coraz mniej. Imperium z czasem stawało się biedne, całe pieniądze pochłaniały przygotowania na kolejną ofensywę Chaosu i było coraz więcej wariatów, którzy są gotowi zabijać za darmo w imię dobra. Nie były to korzystne warunki do rozwoju kariery, stanowczo nie. Nie podobało ci się to. Kiedy więc pewnego razu przyszedł do ciebie człowiek, którego oczy wydzielały niebieskie światło, a palce zakończone były podobnymi do ptasich szponami, nie przejąłeś się tym zbytnio. Położył przed tobą sakwę wypchaną monetami, co było znacznie ważniejsze. Od tego czasu zacząłeś pracować dla Chaosu regularnie. Wyznawcy Potęg nie rozumieli rządzy zysku. Dążyli jedynie do potęgi, pieniądze były dla nich środkiem do jej osiągnięcia, nie oszczędzali więc. To powodowało, że twoje zyski były naprawdę spore. Pewnego razu jednak zlecenie, które otrzymałeś, było wybitnie nietypowe. Nic ci nie zaoferowano, ale powiedzieli, że jeśli pojedziesz do Gór Środkowych, będziesz miał okazję na znacznie ogromny zarobek… Takiej okazji nie mogłeś przepuścić. Gdy dotarłeś na miejsce, okazało się, że to nie będzie zwykłe zlecenie. Obiecano ci ogromną ilość pieniędzy, jeśli tylko będziesz działał na rzecz Chaosu w jednej z wypadowych grup do kolejnej ofensywy Chaosu. Dostałeś przedsmak – sporo tego było. Zgodziłeś się więc, jak do tej pory Chaos był godny zaufania pod względem finansowym. W końcu ich naprawdę pieniądze nie obchodziły…

Wszyscy


Panowała głęboka noc, gdy wyruszyliście. Wcześniej, po tym, jak brutalnie przerwano wam sen i przywleczono na plac, zostaliście przegrupowani. Nikt z was nie miał pojęcia czy mieli na grupy jakiś pomysł. Były bardzo różne. Czasem było to siedmiu grabieżców i wybraniec, czasem paru wojowników i guślarz, co jeszcze miało jakiś sens. Wasza grupa była małą, dziwaczną zbieraniną. Każdej grupie przydzielono konie i wyraźny cel, do którego mają dążyć. Wy podróżowaliście na południowy-zachód, do miasteczka Hawerdorf, znajdującego się na wschód od Delberz. Z waszej grupy tylko Gaeth i Skrzypek wiedzieli, gdzie jest i co to jest Delberz. Mieliście dojść do tamtejszej gospody, by skontaktować się z Darnachem. Żadnych innych wskazówek, nikt z was nie miał pojęcia kto to jest. Podobno jednak znalezienie go nie będzie trudne...

Po pewnym czasie drogi wszyscy odczuliście potrzebę wyspania się przez resztę nocy. Dlatego kiedy jeden z was się zatrzymał, reszta zrobiła to również, nawet nie myśląc. Bez słowa zeszliście z koni i zaczęliście rozkładać prowizoryczny obóz na parę godzin. Zdaliście sobie sprawę, że będziecie musieli od teraz pracować ze sobą jeszcze pewnie przez długi czas…
 

Ostatnio edytowane przez Pandemonicum : 28-06-2008 o 18:30.
Pandemonicum jest offline  
Stary 28-06-2008, 20:02   #2
 
Vincent's Avatar
 
„Skontaktować się z Darnachem. Znalezienie go nie będzie trudne.” – Shash przypomniał sobie słowa wojownika, który przydzielił im cel. „Brzmi interesująco” – pomyślał otwierając swój notatnik. Ciężko było to zanotować w mdłym blasku księżyca, a jego długie złociste włosy opadające na twarz nie ułatwiały zadania. „Delberz? Jakie Delberz? Pierwsze słyszę… ale w sumie czasami grupka odważnych ludzi może zdziałać więcej niż setki wojowników, jeśli tych kilkoro zajmie się wypełnianiem strategicznie ważnej misji, a wojownicy pójdą za niedoświadczonym dowódcą. Hmmm… Delberz… Delberz…”.

- Kto wie co to jest Delberz? Daleko to to? – powiedział kierując swoje czarne, bystre oczy w stronę swoich kompanów. Jego oczy są zwykle niebieskie, lecz tej nocy wszystko co nie było białe lub żółte, było czarne lub w różnych odcieniach szarości.

Sash wyglądał na starszego niż jest, czyli na jakieś 19 lat, gdy za dnia wygląda na osiemnaście. Miał na sobie szaro-czarne szaty. No dobra, tak naprawdę niebiesko–czarne. Nie jest jakimś chuderlakiem, budową ciała nie odbiega od mężnego, norskiego standardu… nastolatków. Rysy jego twarzy były delikatne, co trochę kontrastowało z ciężkim, dorosłym i poważnym spojrzeniem, którym często traktował rozmówców.

Po odzyskaniu odpowiedzi, powiedział:

- Więc ruszajmy w drogę, wielkie wydarzenia, które nadchodzą szukają wielkich ludzi, które do nich doprowadzą! – krzyknął przekonująco do swoich towarzyszy po czym ruszyli w drogę.

- Jestem Sharesh Braam, ale możecie mi mówić Shash. Skąd pochodzicie? Ja z Gotland w Fjellsende. – zapytał, a po krótkim wstępie, gdy wszyscy się przedstawili i na ułamek sekundy zapadła cisza, Sharesh zaczął swą opowieść.

- Opowiedzieć wam o tym, jak razem z pewnym magiem, zwanym Khaarem, trzema wojownikami chaosu oraz pięćdziesięcioma grabieżcami zmasakrowaliśmy miasto Antarien w Imperium, dowodzone przez Rycerzy Płonącego Słońca, bronione przez niemalże dwukrotnie liczniejszą armię ludzi i tych parszywych krasnoludów? Opowiem wam! – powiedział z uśmiechem na ustach, uderzając pięścią w powietrze – To miała być prosta sprawa, król powiedział tak: wpadniecie do tego miasteczka i wytniecie wszystkich w pień. Nie miało tam być żadnych wojowników, a tym bardziej Rycerzy Płonącego Słońca, więc byliśmy zdziwieni gdy zobaczyliśmy formujące się szeregi w bramie miasta… ale nie mogliśmy zawieść króla, co by pomyślał o nas, gdybyśmy nie wykonali rozkazu? Machnąłem chorągwią i ruszyliśmy na nich.

Po kilku opowieściach Shareshowi zaczęło dokuczać zmęczenie i zauważył, że nie tylko jemu. Jechał przez pewien czas w ciszy, ale stwierdził, że jednak musi odpocząć. „Delberz nie ucieknie”. Rozejrzał się za dogodnym miejscem aby przespać resztę nocy. Kątem oka zobaczył, że reszta jego nowych przyjaciół nie ujechała nawet o metr dalej niż on. „Rozłożę koc. Za poduszkę będzie chyba robił ten korzeń drzewa, na który położę plecak. Bywało gorzej.”
 

Ostatnio edytowane przez Vincent : 28-06-2008 o 20:06.
Vincent jest offline  
Stary 28-06-2008, 21:32   #3
 
lopata's Avatar
 
Złoto cieszy oczy wielu ludzi. Wielu ludzi jednak zbyt ciężko dąży do jego zdobycia. Praca na roli ciągnąc lub pchając pług, machając całymi dniami kosą mogą doprowadzić do przedwczesnej śmierci niźli do bogactwa. Bycie rzemieślnikiem dłubiąc i zbijając coś mogła jedynie doprowadzić do bankructwa z powodu podatków i braku klientów. A jakże łatwo było zostać łowcą. Poznać ofiarę i na wybranym, przygotowanym przez siebie terenie strzał w tył głowy. Tak tylko ostrzegawczo. Potem, trochę cięższej pracy- dźwiganie ciała. To przynosiło większy zysk i w większości przypadków pewny. Jaka złość ogarniała Gaetha Setersa kiedy chłopi nagle płacili jedzeniem, lub kupcy glejtami wdzięczności. Kiedy zaoferowano mieszek złota od razu, wiedział dla kogo będzie pracował. Czy to tak duża różnica zabić przechodzącego strażnika zamiast złoczyńcy. I to mięso i to mięso. Kiedy dotarł do umówionego miejsca Pod Górami Środkowymi widział masę przybyłych. Ogarnięcie ich wszystkich wzrokiem było czymś co zaparło dech w piersiach Gaetha.
"Muszą być obrzydliwie bogaci skoro stać ich na taką armię. Nie pomyliłem się przybywając tu."
Kiedy został obudzony w środku jeszcze nocy, pośpiesznie się ubrał i wyszedł ukazując w świetle księżyca swoją sylwetkę. Na pozór zwykły człowiek ubrany w strój wygodny i mocny. Szara koszula i brązowa kamizelka były włożone za pasek czarnych spodni. Te zaś były schowane pod butami sięgającymi pod kolana. Na prawym udzie miał przypięty kołczan na bełty z kilkoma pociskami. Przy pasie na haku wisiała kusza skierowana ku dołu. Naciągnięta i zabezpieczona przed strzałem. Zawsze taka była. To dzięki zaskoczeniu i szybkości, jego ofiary nie miały szans. Worek jednoramienny przewieszony był przez prawą stronę Gaetha. Cały ubiór dolny kończył czarny płaszcz sięgający aż do kostek, ten zaś był zawsze niezapięty. Twarz wyglądała młodo dzięki błękitnym oczom. Mimo tych oczu zarost kilku dniowy, będący już prawie dekadzień odstraszał wrażlie osoby, w tym kobiety, które szukają tego właściwego. Na głowie miał czarny kapelusz z rondem, przechylony do tyłu tak aby twarz była widoczna.
Kiedy dołączono go do grupy trzech osób zmierzył ich tylko wzrokiem nie okazując żadnych uczuć do kogokolwiek. Najważniejsze było tylko aby nie lekceważyć żadnego z nich. Po drodze zaczął rozmowę jakiś dzieciak. Sposób w jaki mówił już denerwowało Gaetha.
"Kto wie co to jest Delberz? Daleko to to?"
Pod nosem i tylko do siebie odparł przez zęby- daleko.
"Kto powiedział, że chce usłyszeć Twoją opowieść? Może bełt między oczami uciszy Cię na dzień, lub dwa?"
Nie bawiły go te myśli. Podsycały raczej gniew do tej osoby. Trudno mu było przełamać się aby powiedzieć cokolwiek. Wolał jechać w milczeniu aż do celu, wykonać zadanie i odebrać nagrodę. Potem mógł myśleć o kolejnej misji. Postanowił jednak coś powiedzieć.
-Jestem Gaeth Seters. Pomogę Wam moją kuszą. A Delberz- tu odwrócił się do Sharesha i spojrzał na niego chłodnym wzrokiem-Delberz to miasteczko pomiędzy Altdorfem a Middenheim. Bliżej mu jednak do stolicy. Tak więc jedziemy namieszać bardzo blisko największych głupców. Bardzo blisko samego centrum.
Widząc, że inni wolą również odpocząć, zszedł powoli z konia i pomógł w powstaniu kilkugodzinnego obozu. Naniósł kamieni na ognisko i trochę drwa do palenia. Dla siebie zaczął przygotowywać namiot z gałęzi z liśćmi. Nie zamierzał nie pomóc jakiemuś toważyszowi gdyby miał problemy z własnym namiotem. Im szybciej się z tym uporają tym szybciej Gaeth wypocznie. A oto właśnie w tym chodziło. O własne dobro i wygodę.
 
__________________
"...a ścieżka, którą podążać będą zaścieli trawy krwią bezbronnych i niewinnych. Szczątki ludzkie wskrzeszać będą do swych armii aż do upadku wszelkiego życia. Nim słońce..."
lopata jest offline  
Stary 28-06-2008, 23:14   #4
 
MrYasiuPL's Avatar
 
Skrzypek zaczął w ostatnim czasie żałować swojej decyzji o służeniu Chaosowi. Może i miał nadal obie ręce ale to co uważał dotąd za dar, okazało się być przekleństwem. W końcu nie mógł teraz zamieszkać gdzieś z dala od Imperium bo inni ludzie uważaliby go za potwora albo jeszcze gorzej. Poza tym jeśli tylko bogowie Chaosu nie mogli być jedynymi. Cholerne Sigmary i cała reszta, nie znał innych bogów. Z drugiej strony tacy Bertończycy wierzyli w coś innego. Ale bez ręki byłby bezużyteczny i nie przyzwyczaiłby się pewnie do jej braku. Teraz przyglądał się porośniętej ciemnym furtem „ręce-darze”. Odcinała się wyraźnie od reszty jego bladego ciała.

Ale teraz miał swoją pierwszą misję dla Chaosu. Dobrze że przynajmniej nie padał deszcz. Razem z kilkoma innymi osobami miał jechać do miejsca niedaleko Delberz… cokolwiek to było. Żołnierzowi chciało się spać. Był zmęczony już od dłuższego czasu. W dodatku jakiś nieco młodszy od niego norsmen -czy jak tam nazywali się ci słudzy Chaosu- cały czas gadał. Skrzypek nie miał ochoty wysłuchiwać jakiś głupot, poza tym miał zły humor który nie opuszczał go od wielu dni. Potarł ręką swoje ciemne, krótkie włosy wystające spod kapelusza o opadającym rondzie.
-Jestem Skrzypek i byłem żołnierzem tej cholernej imperialnej armii.

Człowiek widząc, że jego towarzysze się zatrzymują ucieszył się. Rozejrzał się dookoła zobaczył że inni przygotowują obozowisko. Poszedł więc poszukać liści czy mniejszych patyków. Kiedy już je znalazł, rozłożył na ziemi i położył się na nich. Zauważył że nie zdjął z pleców rusznicy i połamanych skrzypiec więc naprawił swój błąd. Wyjął z plecaka koc i nakrył się nim. Zaczął próbować zasnąć z czym nie powinien mieć większych problemów, szczególnie w przy takim zmęczeniu. Nagle usłyszał trzask pękających kości. Poderwał się i wyjął z kieszeni upieczonego szczura.

Przyglądając się mu krytycznie. Widząc powstałe już miejsce na ognisko postanowił zaczekać żeby odgrzać swój posiłek. Zmęczenie mogło poczekać.
 
MrYasiuPL jest offline  
Stary 29-06-2008, 05:00   #5
 
Vincent's Avatar
 
-Jestem Gaeth Seters. Pomogę Wam moją kuszą.

Shash od razu poznał, że Gaeth nie jest zbyt dobry w kontaktach z innymi ludźmi. "Co za tekst... pomogę wam moją kuszą..." -skrytykował w myślach.

- A Delberz... Delberz to miasteczko pomiędzy Altdorfem a Middenheim. Bliżej mu jednak do stolicy. Tak więc jedziemy namieszać bardzo blisko największych głupców. Bardzo blisko samego centrum.

"Chociaż wie, gdzie leży nasze Delberz. W sumie to już niedaleko."

-Jestem Skrzypek i byłem żołnierzem tej cholernej imperialnej armii

"Kim, do cholery?" - pomyślał Shash, ale po chwili zauważył jego futrzastą łapę i pojął, że pewnie ona jest odpowiedzią na pytanie: "Skąd tyś się tu wziął, nędzny człowieczku?", jednak myśli Shasha przekładają się na słowa tylko wtedy, gdy jest to korzystne.

- Witamy w drużynie. - powiedział spokojnie młodzieniec. "Po co robić sobie wrogów tak od początku? Może jeszcze jakoś się z nim dogadam, może jednak naprawdę zrozumiał, że Imperium umiera i opowiedział się po naszej stronie, może tak jak my chce przyłożyć rękę... znaczy się - łapę, do tego wielkiego dzieła?" - rozmyślał oceniając wygląd ostatniego towarzysza i czekając na jego autoprezentację.

Później ruszyli w drogę a Shash opowiadał o ataku na Antarien.

- ...Po blisko godzinnej walce, toczącej się na terenie całego miasta, zostawiliśmy na ziemi blisko pięćdziesiąt brodatych, krasnoludzkich ścierw, i drugie tyle ludzkich. Chcieliśmy już zabrać się za plądrowanie miasta, lecz okazało się, że podczas walki nie ostał się kamień na kamieniu… więc po prostu stamtąd poszliśmy, szukając kolejnych ofiar…

Towarzysze młodego skalda nie byli zbyt rozmowni. Ba, nawet jego opowieści przyjmowali dość apatycznie, co nie zdarzało się często. "Jacyś tacy zdechli są... niby żywi, ale zachowują się jak trupy. No dobra, jest środek nocy, ale bez przesady. Wyglądali na takich dość zainteresowanych walką... Zmienię temat." - przez chwilę myślał, ale w końcu podjął ponownie, tym razem o wszechstronnie uzdolnionych, złotowłosych barmankach z Gotland, które bynajmniej nie słynęły z tego, że szybko przynosiły kufle piwa.


"Całkiem miło, że ten, który... jak on to powiedział? Aha, już wiem. Ten, który pomoże nam swoją kuszą, zrobi ognisko... ale z tym namiotem to solidnie przesadził. Chce tu zaczekać, aż Delberz samo do nas przyjdzie? Część nocy przespaliśmy, szliśmy kilka godzin... Zostaniemy w tym miejscu ze cztery godziny i idziemy dalej" - Shash przyglądał się Gaethowi, zdejmując skórzaną zbroję oraz resztę przedmiotów z konia, aby on też mógł trochę odpocząć. "W sumie nie jestem głodny, rano coś zjem." pomyślał, po czym położył głowę na plecaku, zawinął się w koc i spróbował zasnąć, ale pod kocem czuł jakiś kamień i gałązki, więc sen musiał trochę poczekać. Wyczyścił swoje legowisko, uklepał ziemię, aby była mniej-więcej równa i ponownie rozłożył koc. Wtulił się w plecak, zamknął oczy. Myślał o tym które wydarzenia warto będzie opisać w dzienniku, a które zapewne pominie.
 

Ostatnio edytowane przez Vincent : 29-06-2008 o 12:04. Powód: literówka ;p
Vincent jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 20:06.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168