Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 16-09-2008, 19:44   #1
 
Cedryk's Avatar
 
[Warhammer II edycja] Zło kroczy ulicami. Coś się psuje.

23 Nachgeheim 2522r. Późny wieczór, koniec siódmej straży, dwudziesta pierwsza Duża Klepsydra. Siedziba Gildii Magów i Alchemików Middenheim.

Elf długo oczekiwał na posłuchanie w końcu, gdy miał zdenerwowany i obrażony wyjść został zaproszony przez sługę do gabinetu. Za bogato zdobionym biurkiem siedział mężczyzna w sile wieku. Twarz maga okalały zmierzwione włosy i broda o ogniście rudej barwie.

- Jestem Wigilfordz jeden z przełożonych tej organizacji. Witaj Lilawanderze w naszym miesicie. Przejdźmy, więc do sprawy przyjęcia cię do Gildii. Za tamtym drzwiami czekają cię dwa zadania, które musisz przejść, abyśmy rozpatrzyli twoją prośbę o przyjęcie. Pierwsze jest na inteligencję. Musisz połączyć odpowiednie dwa przedmioty. Więcej nie powiem, sam musisz dojść jak to połączenie ma wyglądać. Od jego rozwiązania zależy czy w ogóle przystąpisz do drugiego zadania, oraz jak trudne będzie ono. Drugim zadaniem będzie zdobycie zawartości skrzyni znajdującej się w drugim pomieszczeniu. Wiedz też, że przeciwnicy w tamtej sali są tworami magii, ale mogą cię normalnie zranić a nawet zabić. Zadanie zakończy się, gdy przyniesiesz mi zawartość skrzyni. Jeśli nie masz więcej pytań możesz już iść. – powiedział wskazując ręką drzwi.

Następny pokój do którego wszedł był owalny. Po wejściu do niego, drzwi za Lilawanderem zamknęły się magicznie. Na wprost były widoczne były żelazne drzwi z magicznymi rytami.
Na środku pomieszczenia stał stół, zaś pod ścianami osiem różnorodnych siedzisk po cztery na jedna ścianę. Gdy mag podszedł do stołu ujrzał ułożonych na nim osiem przedmiotów, sztylet, strzała, kaptur, sierp, ośmioramienna gwiazda, pęk siedmiu kluczy z różnych materiałów, lustro, moździerz i tłuczek. Emanowały one różnymi wiatrami magii. Sztylet, którego rękojeść była ukształtowana w kolczastą różę, emanowała energią Shyish kolegium Ametystu. Wokół strzały zbierały się wiatry Ghur. Kaptur był spowity energią Ulgu, sierp zaś Ghyran. Ośmioramienna gwiazda emanowała wiatrem Azyr, wokół zaś pęku kluczy zbierał się ognisty wiatr Aqshy. W lustrze odbijał się świetlisty wiatr Hysh. Wokół moździerza i tłuczka kłębiły się wiatry Chamon.
Stojące zaś pod ścianami siedziska różniły się od siebie. Na czarnym przysiadł kruk. Z oparcia bogato zdobionego stalowego zerkała na Lilawandera orzeł. Następne w kolejności wykonane było ze szkła, kolejne okryte było zwierzęcymi skórami, następne drewniane, z którego podłokietników wrastały żywe gałązki zaś ono samo ozdobione było spiralnym wzorem. Następne w kolejności ozdobione było symbolami lunety. Między nimi stało zwykłe krzesło. Ostatnie przypominało narzędzie tortur było rozgrzane do czerwoności.

***

24 Nachgeheim 2522r.Middenheim. Ranek.

Życie jest ciężkie szczególnie w mieście. Jorge Scheda zawsze radził sobie sam, lecz kilka dni w Middenheim przekonały go, że bez wsparcia organizacji długo nie pożyje w tym mieście ogarniętym bezprawiem i chaosem.
Szybko zorientował się, iż w mieście trwa wojna i samotny bandyta ginie szybko, cicho i bez śladu.
Musiał wybrać i wybrał „Srebrne Maski”, które były bliższe jego ideałom. Do tej pory tego nie żałował.

Właśnie spieszył na spotkanie ze swoim kontaktem w gildii.

Przebiegły Eryk czekał jak zwykle w podłej spelunce niedaleko południowej bramy. Gdy już szermierz przysiadł się do niego ten podsunął mu pełen kufel piwa.

- Słuchaj dzisiaj w południe spotkasz się tutaj "U Jorgego" ze mną i z pewnym elfim magiem. On będzie twoim zadaniem. Masz zdobyć jego zaufanie i przyjaźń. Masz trzymać się zawsze blisko niego i o wszelkich dziwnych poczynaniach meldować. Jest to nowy nabytek, więc musimy go sprawdzić. Nie zapomnij o spotkaniu, dopij i możesz iść, zaraz mam inne spotkanie. - rzucił Przebiegły Eryk.

***

24 Nachgeheim 2522r. Poranek. Middenheim jedna z wąskich uliczek w pobliżu Placu Broni.

Poranek tego dnia był mglisty. Z podnoszących się wilgotnych mgieł wyłoniły się dwie postacie. Pierwszy idący na przedzie był bez wątpienia wojownikiem. Kopniakiem przepędził kundla plączącego mu się pod nogami. Profesję drugiego młodzieńca trudno było rozeznać, odziany był w wygodne podróżne ubranie przy pasie zaś wisiał mu miecz. Przy jego nodze szedł olbrzymi pies bojowy. Nieliczni przechodnie, których mijali mieli okazję spostrzec wiszące na ich szyjach ryngrafy Straży Middenheim. Szli powłócząc nogami jakby po nocnej popijawie. Co bystrzejsi z przechodniów domyślili się, iż właśnie musieli skończyć nocna służbę.
Byli już niedaleko internatu nowicjuszek Shally, gdy wojownik chwycił się za szyję. Wyciągnął rękę i ze zdziwieniem na twarzy wyją tkwiącą w szyi strzałkę. Chwilę jeszcze stał poczym ciężko runął na kolana zanosząc się głośnym kaszlem. Z każdym kaszlnięciem wokół niego powiększał się kałuża krwi. Młodzieniec podbiegł do towarzysza i zaczął wykrzykiwać jakieś niezrozumiałe słowa. Każdy obdarzony wiedźmim wzrokiem wiedział już, iż młodzieniec jest magiem. Wtedy z zasadzki wyskoczyło sześć przygarbionych, zakapturzonych postaci. Szybko zarzucili na młodzieńca sieć. Trójka z nich szybkimi ciosami dziwnych mieczy zabiła psa towarzyszącego magowi. Mag starał się wyswobodzić, lecz sieć była silna, a i porywacze nie byli nowicjuszami w swoim fachu. Jedna z postaci wyskoczyła wysoko w powietrze, odbiła się od ściany nogami, pozostawiając na niej dziwne ślady, opadając zaś ogłuszyła maga rękojeścią swej dziwacznej broni. Całe zajście skoczyło się błyskawicznie. Postacie unoszące maga szybko rozpłynęły się w porannej mgle.

***

25 Nachgeheim 2522r. Middenheim. Ranek. Brama Południowa.

Wysoka szczupła postać zbliżała się długim równym krokiem doświadczonego wędrowca. Podejście wiaduktem do Middenhem było denerwujące. Zbliżając się do miasta wędrowiec przyspieszył kroku. Gdy był już przy odrzucił kaptur, aby ukazać twarz strażnikom pilnującym bramy. Nieznajomy był elfem jego twarz i uszy zdradzały niechybnie jego rasę.

„Wreszcie jacyś ludzie.” - pomyślał Samphenion. Po tylu dniach samotnego przedzierania się przez leśne ostępy, w których spotkać było można teraz głównie mutantów i zwierzoludzi, ucieszy by go nawet widok krasnoluda.

- Opłata za wejście, cztery korony elfie. Łuku w tym mieście nosić ze sobą nie możesz. Należy go zostawić albo u nas w cekhuzie za kwitem, albo w miejscu zamieszkania. W innym wypadku zostaniesz aresztowany. Masz wybór zostawiasz go tutaj, albo do czasu znalezienia kwatery, musisz z łuku zdjąć cięciwę i schować ją do kołczanu. Witamy Middenheim.- uśmiechną się krzywo strażnik podsuwając tackę na myto zaskoczonemu bohaterowi.

Po załatwieniu formalności związanych wejściem do miasta elf w końcu znalazł się za bezpiecznymi murami miasta. Zaraz też do niego podbiegł umorusany chłopak.
- Potrzebujecie może przewodnika. Znam całe miasto.

***

25 Nachgeheim 2522r. Middenheim. Kordegarda straży miejskiej. Południe.

Puste o tej porze korytarze przemierza młoda dziewczyna. Wreszcie dociera do drzwi gabinetu komendanta.
W pomieszczeniu jak zwykle przesiaduje Damen sekretarz komendanta Wermenta. Mężczyzna z obleśnym uśmiechem przez chwilę przyglądał się ponętnym kształtom dziewczyny ukrytych pod dopasowanym pancerzem skórzanym. Przez chwilę jeszcze w zamyśleniu drapał się w głowę, ozdobioną przerzedzającymi się, przetłuszczonymi włosami.

- Dobrze, że jesteś stary czeka na ciebie. – skinął głową na drzwi do gabinetu komendanta.

Dziewczyna zdecydowanie weszła do gabinetu ze wstrętem oddalając się od obleśnego sekretarza.

- Dobrze, że jesteś. Twoje zadanie zmieniło się nieco, masz obserwować nowego maga, który dołączy do waszego oddziału. Prawda jeszcze niczego nie wiesz Felix zniknął. W jednej uliczek opodal Placu Broni znaleziona ciało Otta. Leżał w kałuży krwi, chociaż na jego ciele nie było żadnych ran. Jeszcze jedno o ostatnim patrolu ani pary z gęby. Wasz sierżant został osadzony w przytułku dla obłąkanych, bo za dużo kłapał i zbyt wysoko postawionym osobom. Głupiec za szybko chciał awansować. Właśnie, tych dwoje strażników więziennych już nie żyje, z pewnością usłyszysz o ich śmierci nie raz. Wszyscy dobrze zapamiętają, że moje rozkazy wykonuje się bez szemrania.

Przez twarz dziewczyny przemknął grymas obrzydzenia, gdy przypomniała sobie zdarzenie sprzed zaledwie kilku dni. Był to chyba najgorszy dzień w jej krótkim życiu. Na twarzy Eriki pojawi się złośliwy uśmieszek, gdy tylko pomyślała o śmierci tych drani.

- Mam nadzieje, iż wyli z bólu. - powiedział uśmiechając się.
- Jak zarzynane świnie. – odpowiedział Komendant. – Może odejść. Dzisiaj wieczorem poznasz swojego nowego przełożonego.

***

25 Nachgeheim 2522r. Middenheim. „Kowadło Dalgrummana”. Około południa.

Drzwi gospody otworzyły się z hukiem. Przeszło przez nie dwóch rosłych krasnoludów niosących szarpiącego się krasnoluda. Za nimi suną dostatni odziany krasnolud. Ochrona rozkołysała krasnoluda, a ich pracodawca jeszcze na pożegnanie zasadził kopa.

- Żebyś mi się więcej nie pojawiał tutaj bez pieniędzy. - zawołał gospodarz przybytku.

- Wstrętne liczykrupy, jak to się traktuje weterana. Krew za was przelewałem łachudry.Detlef pogroził jeszcze pięścią w kierunku gospody, w której pił od momentu zakończenia oblężenia. Sytuacja nie była wesoła w końcu w sakiewce jego były pustki.

***

25 Nachgeheim 2522r. Middenheim. Kordegarda straży miejskiej. Po czternastej Dużej Klepsydrze.

Gabriel Thingrim i Klaus Rabe szybkim krokiem przemierzali korytarze. Zostali nagle odwołani z patrolu i wezwani do komendanta.
Gdy weszli do biur sekretarz komendanta tylko niecierpliwie machnął ręką.

- Wchodzicie szybko, bo za chwilę komendant ma ważnego gościa.

W gabinecie za biurkiem z kielichem wina w ręce siedział komendant Werment.

- Będę się streszczał. Dostrzegliśmy waszą postawę w czasie oblężenia. Należy wam się nagroda za wzorową postawę. Tworzymy oddział specjalny. Wy sierżancie Thingrim zostaniecie jego dowódcą, będziecie mieli do dyspozycji maga nie wiem jeszcze kogo, dopiero przyślą go z Gildii. Tworzymy go na bazie dziesiątego patrolu, pierwszej kordegardy. Służba rozpoczyna się dzisiaj po szóstej straży. Macie teraz czas wolny możecie odnaleźć waszych przyszłych podkomendnych. Jeszcze jedna sprawa po mieście grasują skaveni, lecz o tym wiemy tylko my. Nie należy o tym nikogo informować wszelkie raporty składać osobiście mi. Poprzedni dowódca kłapał gębą za wysoko i już siedzi w przytułku dla wariatów. Głupiec – mruknął komendant, poczym skinął ręką dając znak, iż spotkanie zakończone.
 
__________________
Choć kroczę doliną Śmierci, Zła się nie ulęknę.
Ktokolwiek walczy z potworami, powinien uważać, by sam nie stał się potworem.
gg 643974
Cedryk vel Dumaeg czasami z dopiskiem 1975

Ostatnio edytowane przez Cedryk : 19-09-2008 o 10:03.
Cedryk jest offline  
Stary 16-09-2008, 20:56   #2
 
Mortarel's Avatar
 
Gabriel wysłuchał uważnie słów komendanta Wermenta, raz po raz przekrzywiając głowę to w prawo to w lewo, starając się jakby w ten sposób lepiej zrozumieć przełożonego. Kiedy komendant skończył mówić Gabriel zmarszczył swe czoło, a na jego twarzy pojawił się nikły grymas.
„Skaveni powiadasz ojczulku, a niech i będą skaveni.” Myśl o olbrzymich szczurach przemknęła mu przez głowę. Gabriel miał niezdrowy zwyczaj nazywania wszystkich starszych stopniem ojczulkami albo dziaduszkami. Miało to chyba jakiś związek z żargonem strażników, jednak Gabriel nie potrafił sobie przypomnieć skąd wzięło mu się owo nazewnictwo.
Początkowo skupiwszy się tylko na informacji o skavenach, powoli zaczął analizować jeszcze raz to, co usłyszał. „A niech mnie kule biją, na wszystkie chaośniki tego świata”- niemal krzyczał w myślach- „ Dziesiąty patrol pierwszej kordegardy! Ponoć to banda łotrów i szulerów, którzy dużo lepiej znają się na kantach w kartach i kościach niż na wojaczce. Do tego dużo częściej zaglądają w dno kufla niż w swój kołczan. Ciekawa z nich będzie kompania! Do tego przyjdzie mi dowodzić ta hałastrą”

***

- Tak jest komendancie! – Zakrzyknął po żołniersku, zaszurał butami, uderzając obcasem w obcas. Sylwetka Gabriela wyprostowała się jak strzała, a ręce przywarły wewnętrzną stroną dłoni do nóg. Niemal natychmiastowo wykonał zwrot w tył przez lewe ramię i udał się do drzwi. Jego krok był równy i dynamiczny. Gabriel twardo stąpał po ziemi. Mimo iż był wątłej postury i nieciekawego wyglądu dało się po nim poznać żołnierską dyscyplinę. Wyszedł na korytarz przed gabinet kapitana. Czekając aż jego towarzysz, którego miał już okazję poznać, zamieniając z nim kilka słów w drodze do biura komendanta również opuści pomieszczenie.

***
Kiedy był już na zewnątrz biura, a jego, od niedawna, znajomy wyszedł, Gabriel odezwał się:

- Tak jak słyszeliśmy.- zwrócił się do Klausa Rabe’a – Od dziś tworzyć będziemy jeden oddział. Liczę na lojalność w naszej sprawie, oczywiście najważniejsze od tej pory będzie dobro przydzielonego nam zadania. – Gabriel mówił z pełną powagą do Klausa, patrząc mu w oczy, podczas wypowiadania słów gładził swoją brodę, zakręcił wąsa i odgarnął włosy z czoła.

Szczerze powiedziawszy Gabriel był lekko zmartwiony przydzielonym mu dowództwem. Nie martwił się tyle o siebie, czy któregoś z ochotników, lecz jego umysł zaprzątała informacja o magu, przydzielonym pod jego komendę. Słyszał wiele historii o tych istotach, w jego mniemaniu, nadprzyrodzonych. Istotach, które potrafią władać tajemnymi i strasznymi mocami. Gabriel postarał się przez chwilę wyobrazić sobie takiego maga, jednak, gdy tylko spróbował to zrobić od razu porzucił ten plan, myśląc, że lepiej poczekać na to, co pokaże czas. – „ Ciekaw jestem, kto to będzie, ten mag.”- Splunął na podłogę, podtarł nos, a jego czerwone od rumieńców policzki poczęły się ruszać:

- Panie Klausie. - zwrócił się do towarzysza – Może zechce mi pan towarzyszyć w drodze do reszty oddziału. Warto byłoby poznać nowych towarzyszy broni. Chyba, że ma pan inne sprawy na głowie, w takim razie nie będę nalegał. Jednak proszę pamiętać, że po szóstej straży rozpoczynamy służbę, proszę więc nie spóźnić się. – Dodał Gabriel dość naturalnym tonem, nie musiał nawet silić się na uprzejmość wobec jegomościa, z którym rozmawiał.

Po chwili Thingrim ruszył korytarzem, mając nadzieję zastać w strażnicy cały dziesiąty patrol, w swojej pełnej okazałości.
W miarę oddalania się od biura komendanta, Gabriel oddał się zadumie. W jego pamięci ponownie stanęły te straszne chwile, w których to on musiał walczyć na murach miasta. Każdy dzień, każda minuta i sekunda oblężenia wyryła w jego pamięci piętno. W pewnej chwili Gabriel przystanął, starając się przypomnieć sobie swoją własną postać na murach Middenheim. Obraz w głowie, który ujrzał wyglądał mniej więcej tak:



„Ale jestem brzydki” pomyślał wzdrygając się. „A co mi tam, ważne, że walczyć w miarę umiem”. Thingrim ruszył ponownie, pogwizdując sobie pod nosem. "Dlaczego to nie ja tam zginałem…”

Gabriel zaczął powoli układać sobie plan drogi z 'Placu Broni' do 'Strażnicy'.
„Hmm jakbym mógł tu iść, żeby zajęło mi to jak najmniej czasu” zamyślił się sierżant. „Wychodząc z 'Placu Broni' od strony południowej muszę od razu skręcić w lewo. Droga tam jest szeroka i zadbana, także podróż nie będzie uciążliwa. Następnie, gdy dojdę do rzędu kamienic, powinienem minąć je i skręcić znowu w lewo, w ulicę prowadzącą na północ. Na następnym skrzyżowaniu bodajże w prawo, na wschód, a stamtąd już prosta droga do 'Strażnicy', która znajduje się tuz przy bramie. Tak powinienem iść, jeśli chcę dojść najszybciej, jak to możliwe.” Zadowolony, że ułożył sobie taką ładną i szybką drogę, ruszył zamierzając wprowadzić swój plan w życie
 

Ostatnio edytowane przez Mortarel : 18-09-2008 o 21:10.
Mortarel jest offline  
Stary 17-09-2008, 00:05   #3
 
Gob1in's Avatar
 
- Szlag! - zaklął pod nosem.

Brodaty krasnolud leżał utaplany w błocie zalegającym uliczkę grubą warstwą. Jego odrobinę zamroczony alkoholem umysł podsuwał myśl, aby pozostać w tej pozycji jeszcze przynajmniej chwilę. "Może ci nieczuli dranie zlitują się nad cierpiącym bratem i przyniosą trochę tego zimnego piwa, tego z piwniczki, do której klucze miał tylko właściciel..." - rozmarzył się.

- Szlag! - zaklął ponownie.

"Przecież to ten skąpiec wykopał mnie za drzwi. Ale ja muszę się napić! Nic w ustach od rana nie miałem" - gładko skłamał w myślach.
W akompaniamencie stęknięc, prychnięć i kolejnych przekleństw przekręcił się i nawet zdołał przyjąć pozycję siedzącą. Przez chwilę zamarł, co razem ze sporą ilością błota oblepiającego go całego sprawiało wrażenie, że wyglądał jak jakiś paskudny posąg, dowód na wyjątkowe poczucie humoru krasnoludzkich bogów. Po chwili otworzył szeroko oczy i zaczął się obmacywać po kieszeniach. W końcu znalazł to czego szukał i gorączkowo rozsupływał rzemyk spinający cenną zawartość jego sakiewki.
"Jest!" - chrapliwy chichot wyrwał mu się z gardła. Z niemal nabożną czcią mrużąc małe oczka wpatrywał się w leżące na ubłoconej dłoni cztery miedziaki. "To wystarczy na kolejkę lub dwie, może nie na porządne piwo, ale na te ludziowe siki na pewno!" - oblizał się, co zaowocowało paskudnym zgrzytaniem piasku między zębami. Splunął na ziemię z obrzydzeniem.
Nagle koło niego przemknęła jakaś postać.

- O żesz ty! - gromki okrzyk brodacza rzucił się w ślad za młodym złodziejem. W mgnienie oka później, z szybkością, o którą nikt by go nie podejrzewał, niemiłosiernie umorusany w błocie krasnolud dołączył się do pościgu.

Po chwili gonitwa skończyła się. Detlef dysząc jak lokomotywa stał pośrodku zapomnianego przez ludzi i bogów zaułka i z żądzą mordu w oczach. Rozglądał się dookoła szukając wzrokiem bezczelnego ludzia. Poza szczurami, które na legalu w ciągu dnia żerowały na zalegających wszędzie odpadkach, wokół nie było żywej duszy. Po kilku następnych uderzeniach serca, w oczach najemnika pojawiła się rozpacz.

- Żebyś scezł, brudasie, ty szujo pospolita! Kuurrr...aaaa! - pełne bezsilności wycie Detlefa wzbiło się w powietrze gęste od smrodu panującego w zaułku. Kilka szczurów uniosło pyszczki i spojrzało z wyrzutem na drącego japę intruza.

- A niech to! Jak ja nie cierpię tego miasta! - podsumował całe zdarzenie.
- Ot i cała wdzięczność ludziów - Detlef rozpoczął standardową tyradę - Najpierw panie krasnoludzie, bardzo prosimy, proszę nas bronić przed złymi stworami. A potem co? Wykopią cię z gospody, która od dwóch miesięcy żyje za twoje złoto - fakt, że to była karczma krasnoludzka jakoś został przemilczany przez zrzędzącego krasnoluda - a później ukradną ci twoje ciężko zarobione pieniądze! Psiekrwie jedne! - mamrotał pod nosem. Biednemu krasnoludowi zawsze wiatr w oczy, albo elfowy balecik - dodał już weselszym tonem.

"Nic to, trza znaleźć jaką robote, albo chocia jakiego lubi..., tfu, julibi..., złotnika sie znaczy. Kamyka sie opyli, to i na garniec grzańca styknie, tym bardziej, że czas wszamać co nieco" - poklepał się po wydatnym, burczącym teraz brzuszysku.

Brodacz podszedł do na wpół rozbitej beczki stojącej pod ścianą najblizszego budynku. Przechylił ją na siebie, wylewając jej zawartość w celu spłukania błota. Woda śmierdziała stęchlizną, jednak była nawet w miarę czysta po padającym zeszłej nocy deszczu. Wyraźnie czystszy, poprawił mokre włosy i brodę, swój ekwipunek i ruszył w stronę dzielnicy handlowej z nadzieją znalezienia tam czegoś do roboty.

[IMG]http://[/IMG]
 
__________________
I used to be an adventurer like you, but then I took an arrow to the knee...

Ostatnio edytowane przez Gob1in : 19-09-2008 o 12:03. Powód: Detlef w całej okazałości :]
Gob1in jest offline  
Stary 17-09-2008, 19:22   #4
 
Samphenion's Avatar
 
Samphenion spojrzał na chłopca z odrobiną współczucia.
"Musi zarabiać, żeby rodzina miała co jeść"- pomyślał. Wcisnął małemu kilka monet i powiedział:
- Nie dziękuję. Wolę sam się przejść. Ale weź te kilka miedziaków.
Jeszcze chwilę patrzył jak chłopiec biegnie wzdłuż ulicy, aby zanieść zarobione pieniądze rodzicom. Według zaleceń strażnika zdjął cięciwę z łuku i schował bezpiecznie do kołczanu. Zarzucił kaptur i ruszył w stronę, jak mu się wydawało, centrum, gdzie mógł wstąpić do jakiejś przyzwoitej karczmy.

Mijając kilku elfów pozdrowił ich skinieniem głowy.
- O!- powiedział, gdyż zobaczył szyld ze znakiem kufla. Wszedł do karczmy, ale prawie w tej samej chwili z niej wyszedł. Cuchnęło tam jakby ktoś dopiero co zwrócił zawartość swego żołądka na podłogę. Samphenion długo przebywał w dziczy, ale jakoś nie miał ochoty popijać wina przy niemiłych oparach w połowie przetrawionych obiadów.

Szedł tak jeszcze chwilę, aż doszedł do następnej karczmy.
-Mam nadzieję, że dają tu porządne wino!
Mówiąc porządne elf miał na myśli oczywiście elfickie wino. Wszedł do karczmy, zdjął kaptut z głowy "w końcu wypada"- pomyślał i odetchnął z ulgą, gdy do jego nozdrzy dotarła woń wina, miodu i innych trunków, a nie rzygów. Podszedł do lady i usiadł na stołku, po czym rzekł do karczmarza polerującego pucharek:
-Wino proszę. Elfickie, jeśli znajdzie się takowe.
-Momencik, już podaję!-odpowiedział schludnie wyglądający karczmarz.
-Niestety mamy tylko zwykłe.
Samphenion wziął puchar z winem i zapłacił karczmarzowi odliczoną sumę.
-Dziękuję!-dodał i łyknął wina.
Nie było to najlepsze wino jakie w życiu pił, ale po długiej wędrówce nawet to zaspokajało jego wymagania. Rozejrzał się po tawernie sącząc powoli trunek. Było tam pełno rzemieśliników. Myślał, gdzie by tu się zgłosić w poszukiwaniu pracy. Mógłby pracować jako myśliwy i polować na ptaki (innych zwierząt nie zabijał), albo chociaż wziąć udział w małych wypadach zwiadowczych na teren wroga.
-Zobaczy się.- mruknął pod nosem i dalej przypatrywał się osobnikom siedzącym w gospodzie, popijając wino.
 
__________________
Oto jest pięść moja, zna ją świata ćwierć! Kto ją ujrzy z bliska, ujrzy swoją śmierć!

Ostatnio edytowane przez Samphenion : 17-09-2008 o 19:36.
Samphenion jest offline  
Stary 18-09-2008, 01:16   #5
 
Eliasz's Avatar
 
Lilawander miał czas na uspokojenie oddechu, którego przyspieszony rytm wywołany został przez pośpiech w jakim zdążał do akademii. „Za długo zasiedziałem się w karczmie” – pomyślał gdy otwierał wrota magicznego przybytku. Szybko jednak zorientował się, ze nikt z niecierpliwością na niego nie czeka, wręcz przeciwnie, to jemu teraz pozostało czekać na przyjęcie. Rozglądał się tymczasem po wnętrzu przybytku w którym jeszcze nigdy nie gościł.
Przyjęcie do tak zacnej organizacji dawało spore poczucie bezpieczeństwa i otwierało wspaniałe perspektywy przed „młodym” magiem. Przyjrzał się swemu ubraniu, otrzepał kurze zebrane w drodze do gildii, usiadł wygodnie i czekał…

Czekanie było jego mocną stroną, czasami godzinami musiał czaić się w ciemnościach, aby żaden ruch nie zdradził miejsca jego położenia. Gdy był na akcji koncentrował się na zadaniu, teraz mógł sobie pozwolić na chwile odprężenia. Spokojnie analizował każdy szczegół dnia, dość emocjonującego dnia – musiał przyznać. Gildia złodziei, gildia magów, kontakty w strażnicy…zapowiadała się wybuchowa mieszanka. Elf jak w kalejdoskopie odtwarzał elementy dnia tyle że w odwrotnej kolejności. Zobaczył siebie rozmawiającego z recepcjonistą, wchodzącego do gildii magów, niemal biegnącego z karczmy do gildii, siebie w karczmie itd. Takie odtwarzanie dnia pozwalało przyjrzeć się elfowi swemu własnemu zachowaniu w oderwaniu od wydarzeń je poprzedzających. W tej postaci wydarcie się na dziecko stanowiło czyn nie do akceptacji , czyn sam w sobie zły i naganny. Nie ma tłumaczenia, że chwilę wcześniej dziecko z czystej złośliwości kopnęło elfa w piszczel i tym samym sprowokowało go do gwałtownej i niewspółmiernej reakcji. Dzięki takiemu odtwarzaniu dnia, elf cały czas uczył się spokoju i opanowania, właściwych reakcji – swoich reakcji, a nie tych odruchowych , wymuszonych przez zewnętrzne okoliczności, które sterowały ludźmi niczym kukiełkami.

Lilawander z radością przyjął informację od przełożonego Gildii. Z kontemplacją odnotował fakt, iż nie przysłali na powitanie kogoś podrzędnego, a takiej personie można było wybaczyć opieszałość. Elf nie wątpił, że sam na jego miejscu przyszedłby o wiele później, choćby po to by sprawdzić cierpliwość kandydata.

Po wymianie uprzejmości i wyjaśnieniu całej sprawy elf przystąpił do zadania. Egzaminator jasno określił reguły, więc ewentualnymi pytaniami jedynie by się ośmieszył, najpierw należało pokazać co potrafi a pytania postanowił pozostawić na później. Gdy tylko obrócił się tyłem do Wigilfordza przełkną ślinę i całkowicie skupił się na przekazanych słowach.

Musisz połączyć odpowiednie dwa przedmioty. Więcej nie powiem, sam musisz dojść jak to połączenie ma wyglądać. Od jego rozwiązania zależy czy w ogóle przystąpisz do drugiego zadania, oraz jak trudne będzie ono. Drugim zadaniem będzie zdobycie zawartości skrzyni znajdującej się w drugim pomieszczeniu. Wiedz też, że przeciwnicy w tamtej sali są tworami magii, ale mogą cię normalnie zranić a nawet zabić. Zadanie zakończy się, gdy przyniesiesz mi zawartość skrzyni.”

Gdy po przekroczeniu drzwi usłyszał za sobą zamknięcie, nerwowo otarł czoło, raz jeszcze koncentrując się na zadaniu. „Nie lubię być zamykany…Nie teraz, skup się na zadaniu. „ – elf przyjrzał się uważnie przedmiotom w pomieszczeniu – rozpoznawał wiatry magii i zastanawiał się nad możliwymi kombinacjami. W jego oko od razu wpadły dwa przedmioty – kaptur, spowity energią Ulgu oraz pęk kluczy. Pierwszy przedmiot naturalnie wiązał się z jego ścieżką i umiejętnościami, mógł być przydatny w drugim zadaniu, gdyż to właśnie omijanie przeszkód jest specjalnością magów cienia, a nie ich otwarte niszczenie. Zniszczona pułapka nie nadaje się do użytku, ominięta pułapka może zatrzymać pościg.
Pęk kluczy zaś naturalnie wiązał się z możliwością otwarcia skrzyni…
Był to pierwszy poziom logiczny na jakim rozpatrywał zadanie – potencjalna użyteczność wybranych przedmiotów w kolejnym zadaniu – co zresztą byłoby logicznym rozwiązaniem. „W końcu ten, kto to wymyślił z pewnością założył, że nagrodą za udane połączenie będzie właśnie użyteczność i ułatwienie w kolejnym zadaniu… Tylko jak połączyć klucze z kapturem?” Przyjrzał się każdemu przedmiotowi z osobna próbując wyobrazić sobie ich połączenie „Bez ingerencji w strukturę przedmiotu raczej żadnego nie dało się ze sobą połączyć. No chyba, że kaptur przytroczę do szaty jak również do szaty przywieszę kluczę…” Uśmiechnął się sam do siebie, jego umysł już pomysłu na połączenie przedmiotów, zanim jeszcze wszedł na inne poziomy analizy – te głębsze, symboliczne – wykazujące spójność magii i energii.

Z pewnością odpadało połączenie kaptura i lustra …co prawda mógłby po założeniu kapturu się w nim przeglądać jednak tradycja światła i cienia jakoś nie pasowały do siebie…no chyba, że właśnie chodzi o przeciwieństwa…Ale wówczas tradycja życia i śmierci – w postaci sierpa i sztyletu już zupełnie by nie pasowała…To musiała być inna metodologia wyboru…”

Elf nawet nie próbował samodzielnie dokonać wyboru, na to zawsze miał czas. Próbował wczuć się w osobę tworzącą zdanie – przy złożeniu, które elf musiał postawić, że była to osoba logiczna, zadanie nie mogło być nielogiczne.

„No dobrze, łączenie przeciwieństw nie ma tu nic do rzeczy…W lustrze – na zasadzie odbicia mógłbym trzymać każdy przedmiot – co z kolei byłoby dobrym wyjściem z sytuacji, osoba wybierająca lustro tak czy inaczej przejdzie test, tyle że wybór przedmiotu może go jej ułatwić bądź utrudnić… Informacja o skrzyni mogła być podpuchą, nikt nie mówił, że jest zamknięta, ale łatwo tym zasugerować wzięcie nieprzydatnych kluczy, zamiast czegoś do osłony przed stworami....” Tak elf mógł bazować na magii w walce z tworami a kluczami posłużyć się do otwarcia skrzyni, wolał jednak przedmiotem ( kapturem ) uchronić się przed walką ze stworami, natomiast magią lub umiejętnościami rozprawić się ze skrzynią.
„Tylko czy łączenie kolegium światła i ciemności to dobry pomysł?? Chmmm , w sumie wszystkie wiatry są częścią tej samej gwiazdy.”

Dopiero po czasie elf spostrzegł jak dalece się zagalopował w domysłach i prześciganiu samego siebie. Pacną się dłonią w czoło i spojrzał na krzesła. „Przecież to o te połączenie chodziło…nie myślałem, że będzie to takie proste. Przeleciał wzrokiem po krzesłach, był już zdecydowany wziąć kaptur. Podniósł go ze stołu po czym ruszył w stronę siedzisk. Czarne z krukiem odrzucił od razu choć nie bez oporów, pewne skojarzenia mogłyby sugerować wiatr Ulgu szczególnie że nie było tu szarych siedlisk, jednakże elf był przekonany, że to siedlisko było oznaką kolegium śmierci, spojrzenie wróciło do zwykłego krzesła - był już pewien, że na nim powinien usiąść, jednakże dla pewności odrzucił pozostałe siedliska kolejno wyliczając obce kolegia. „Kolegium śmierci, Złota, szkło…- Niebiosa…? Chamm kolejne z pewnością do Zwierząt, Życia … nie, to lunety będą symbolizowały Niebo, to szkło to musi być Jadeit. Ostatnie to kolegium ognia – nawet pasujące do tych zapaleńców.”

Lilawander domyślał się, iż krzesło było iluzją, a nawet jeśli nią nie było – to samo w sobie nie wyglądało na siedlisko maga a tak naprawdę nim było, ot prosta iluzyjna sztuczka. Elf założył kaptur, przed zakończeniem pierwszego zadania postanowił nieco się przygotować na drugie. Egzaminator ostrzegał przed tworami magii, które pewnie będą próbowały go zranić lub zabić… W sytuacji zagrożenia raczej nie ma czasu na szykowanie sobie osłony, na kapturze postanowił mimo wszystko nie polegać, jak dotąd polegał na własnych umiejętnościach i dobrze mu to szło. Skoncentrował się po czym zaczął splatać magię. Czuł mrowienie, które narastało z każdym słowem, czuł energię która opływała jego ciało.
Splatanie magii nie przebiegało po myśli maga, pomimo to skupił energię i przelał ją w czar.
Cień zgromadzony w pomieszczeniu szczelnie przylgnął do maga tworząc magiczną zasłonę. Elf w trakcie rzucania czaru zużył kawałek węgla drzewnego który rozpływając się zagęścił cień wokół maga... Magia Ulgu sprzyjała ukryciu maga przed innymi istotami, elf miał nadzieję że podziała i na magicznych strażników, jeśli jednak nie to przynajmniej nie będzie tracił czasu na rzucanie zaklęć maskujących, tylko od razu przystąpi do walki.

Elf usiadł na krześle z założonym kapturem, miał tylko nadzieję, że magia kaptura wystarczy do ominięcia strażników, gdyby jednak tak nie było… No cóż był też gotów do walki. Z żalem spojrzał na klucze – które mogły być jedynym sposobem na otwarcie skrzyni, ale pomyślał z uśmiechem, że jeśli nie uda mu się jej otworzyć a skrzynia nie będzie zbyt ciężka, to całą ją wytaszczy…wraz z zawartością.

[Rzut w Kostnicy: 95], [Rzut w Kostnicy: 9]
 

Ostatnio edytowane przez Eliasz : 18-09-2008 o 14:32.
Eliasz jest offline  
Stary 18-09-2008, 14:46   #6
 
Cedryk's Avatar
 
W zamkniętej komnacie Lilawander długo decydował się cóż powinien zrobić. Wyczuwał przepływające przez jego ręce wiatry Aqshy i Ulgu, które przyciągane były przez trzymany w rękach kaptur i pęk kluczy.
W końcu zrozumiał jednak próbę. Trzeba wybrać przedmiot oraz pasujące do niego krzesło, poczym na nim usiąść.
Pierwsza cześć sprawdzała czy dostrzega się wiatry magii i czy je się je rozumie, druga testowała inteligencję czarodzieja.
Gdy już zasiadł na wybranym siedzisku dostrzegł, iż dokonał prawidłowego wyboru. Krzesło dotąd tak zwyczajne zaczęło promieniować wiatrem Ulgu. Inne siedziska też otaczały odpowiadające im wiatry magii. Stalowe zdobione drzwi otwarły się cicho.

***

„Sprytne” - pomyślał obserwujący w lustrze poczynania elfa mistrz magii. Nie zaskoczyło go też wcale, iż młody adept cienia nagle zniknął.

„Ta sztuczka niewiele mu pomorze.” – pomyślał z roztargnieniem głaskając małego czerwonego smoka siedzącego mu na ramieniu.

„Tak panie, niewiele przecież jest w gildii magii.”
Odpowiedział mu w myślach Gardarryx jego chowaniec.

***

Po przejściu drzwi oczom Lilawandera ukazał się ciemny korytarz, na którego końcu widać było oświetloną komnatę. Tam gdzie przechodził elf, cienie jakby gęstniały, zbierając się wokół jego niewidzialnej postaci. Komnata, którą ujrzał była oświetlona magicznym światłem. W dwóch trzecich jej długości na postumencie leżała skrzynka, która była doskonale widoczna z każdego miejsca sali. W odległości metra od ścian stały ocienione rzędy kolumn. Lilawander miał już wejść do środka, gdy dostrzegł czające się w mroku wśród kolumn postaci wojowników. Nie tylko oni kryli się w cieniu, wśród kolumn czaiły się dwa dzikie koty, powolnie przemierzające komnatę, kryjąc się w cieniu dawanym przez kolumny.

 
__________________
Choć kroczę doliną Śmierci, Zła się nie ulęknę.
Ktokolwiek walczy z potworami, powinien uważać, by sam nie stał się potworem.
gg 643974
Cedryk vel Dumaeg czasami z dopiskiem 1975

Ostatnio edytowane przez Cedryk : 18-09-2008 o 19:09.
Cedryk jest offline  
Stary 18-09-2008, 18:45   #7
Banned
 
- Dziękuję, komendancie. – odparła mimowolnie dziewczyna. Zasalutowała, i wyszła z pomieszczenia. Po drodze nawet nie spojrzała na tego oblecha, który robił za sekretarza.

Rozmowa z komendantem może nie wprawiłą Eriki w dobry humor, ale z pewnością podniosła ją na duchu. Nie mogła tego nazwać sprawiedliwością, a raczej cholerną namiastką zemsty. W końcu sama chciała pozbawić tych skurwysynów życia. Jednak teraz byli martwi, i to się liczyło. Co za parszywy los, pomyślała. Gdyby jeszcze zdołali odnaleźć jej amulet… to z pewnością z powodu jego braku spotkało ją to nieszczęście, głęboko w to wierzyła. Teraz jednak nie ma na co liczyć, z pewnością te łachudry zdążyły spieniężyć go pierwszemu lepszemu handlarzowi, w zamian za kilka miedziaków, aby mogli się urżnąć w trupa. Ale ktoś inny ich urżnął.

Otto nie żyje. Szkoda. Znała go zaledwie kilak dni, ale nie wydawał się być zbyt interesowny. To znaczy jak na służbie, nie ma czasu na pogawędki, ale to tylko ucieszyło Erikę. Od tamtej pory nieco się zmieniła. Chodziła zachmurzona, ledwo mogła pozbierać myśli. Co za los. Tak się zrobić w konia, jeszcze nigdy nikt jej nie złapał, a przynajmniej zawsze zdołała się wymigać. Świat był pełen parszywych zboczeńców. Wprawdzie tacy ludzie byli wszędzie, ale w imperium można było spotkać takich na każdym kroku. Choćby ten sekretarz komendanta. Jedyne, co może od niej liczyć do cios sztyletem prosto w brzuch.

I ci szczuroludzie… ale cicho. Erika nic nie wie. I nie chce wiedzieć. Jedyne, co wie, to to, że szczury zabiły Chloe i Calehira. Nie może tak być, aby ktoś zabijał bezkarnie strażników miejskich. Mimo silnej awersji do nich, to sam fakt, że była w ich szeregach coś oznaczał. Musiała zacząć się tu przystosowywać. Poczuć więź, jak w rodzinie. Musiała też zdobyć uznanie w oczach Wermenta, może wtedy skończy się to poniżanie.

Teraz jednak była strażniczką miejską. I tak jak straż miejską, gówno ją obchodziło szerzenie sprawiedliwości, głównie chodziło o to, aby w mieście nie powstała żadna inna grupa legalnie czerpiąca zyski z... no właśnie. Ze wszystkiego. A te wszystkie nielegalne zwalczać, bo są nielegalne i przeszkadzają w utworzeniu porządku. Pieniądz napędzał ten świat. Sama się w tym kręciła.

Ciekawe, kim będzie ten nowy przełożony. Poprzedni trafił do czubków. Po drodze do gospody mijała kilku strażników. Nie nawiedziła, kiedy w ten sposób na nią patrzyli. Zbierało jej się na wymioty. Chociaż, czy gdyby była gruba, tłusta i miała ropiejące rany na twarzy cokolwiek by to zmieniło? Wątpiła w to. Za sobą słyszała sprośne uwagi. Miała ochotę się obrócić i przywalić każdemu z nich, ale powstrzymała się. Nie ma sensu się nadstawiać. Jeszcze znowu trafi do lochu, za niesubordynację.

W końcu dotarła do miejsca. Usiadała na jednym z krzeseł, mając nadzieję zobaczyć nowego dowódcę oddziału, i wreszcie wyruszyć na patrol. Przypomniała sobie misję, jaką zlecił jej komendant. Miała obserwować tego czarodzieja, który miał do nich dołączyć do oddziału. Ciekawe, co z nim nie tak… w życiu miała kilka razy natknąć się na czarodziejów. W sumie to tylko na ich sakiewki, ale nigdy nie byli zbyt uprzejmi wobec niej. W sumie kto byłby uprzejmy wobec kogoś, kto się jawnie okrada. Jeden sparaliżował ją czarem, ale pomógł jej kolega po fachu, który też miał ochotę na trochę grosza. Podzieliła się połową, a skutki czaru czuła przez dwa dni. To nie było zbyt przyjemne. Jednak teraz miała inną profesję. Niestety.
 

Ostatnio edytowane przez Revan : 18-09-2008 o 19:45.
Revan jest offline  
Stary 18-09-2008, 20:05   #8
 
Eliasz's Avatar
 
„Udało się” – pomyślał gdy tylko przeniósł się do nowego otoczenia. Wiedział, że teraz będzie trudniej. Gdy w mroku dostrzegł czających się wojowników i koty natychmiast znieruchomiał i przykucnął. Przez moment obserwował ruch „zwierząt” oraz wojowników. Zastanawiał się nawet przez chwilę czy koty są prawdziwe – tak dobrze imitowały orginały, po chwili jednak odrzucił te podejrzenia.

"Atakować czy przemykać? W cieniu czy też w pełni światła? Miał do czynienia ze stworami magii a dla nich czajenie się w cieniu mogło być czymś więcej niż tylko znalezieniem terytorium do ukrycia. Mogły być na cień skazane – wówczas przejście środkiem , w świetle powinno mnie uchronić od niebezpieczeństwa. Jeśli jednak światło im nie przeszkodzi w ataku… "

Elf rzucił w stronę skrzyni mały kamyk – chcąc uprzednio sprawdzić reakcję przeciwników i przekonać się czy w ogóle wyjdą z cienia. Starał się to zrobić oczywiście tak by przy tym jego samego nie zauważono. Dokładnie obserwował reakcję kotów i wojowników.

Z istotami magii nigdy do końca nie było wiadomo jakimi zmysłami mogą się posłużyć a jakimi nie. Elf ciekaw był czy odruchowo rzucą się w stronę hałasu, czy w ogóle zwrócą na kamień uwagę, chciał zobaczyć ich pierwszy odruch, jednak w całym tym eksperymencie liczyło się to czy będą w stanie wejść w krąg światła.

„Jeśli stwory rzucą się w moją stronę a nie na kamień, wejdę w krąg światła. Jeżeli zaś eksperyment pokaże, że stwory się światła nie boją – wówczas pozostanie mi podjęcie walki. Silny czar ofensywny wykorzystujący zgromadzone tu cienie powinien załatwić sprawę, ale walka to ostateczność.” – pomyślał.
 
Eliasz jest offline  
Stary 18-09-2008, 21:14   #9
 
Cedryk's Avatar
 
Nagle w sali zmaterializował się mały kamyk. Na szczęście dla maga, żadne z pilnujących stworzeń nie zobaczyło tego zjawiska. Strażniczy zagregowali dopiero na głośny, odbijający się echem stukot toczącego się kamyka.
Powoli bezszelestnie wojownicy wyszli z cienia. Nie było słychać ich kroków, chociaż rzucony przed chwilą kamyk spowodował hałas. Było to bardzo dziwne, ale mag postanowił się niczemu nie dziwić zwłaszcza, że uprzedzono go, iż ma do czynienia ze stworami magicznymi. Ustawili się po obu stronach postumentu i uważnie lustrowali salę, zwłaszcza wejście.
Po chwili z cienia dostojnym krokiem wyszedł również jeden z dzikich kotów. Teraz dopiero można było zauważyć, iż dorównywał wielkością dorodnemu psu bojowemu. Kolor jego sierści przystosowany był do imperialnych lasów, szary pręgowany cienkimi czarnymi i brązowymi paskami. Również jego kroki nie wywoływalny dźwięków. Dziki kot leniwie wyszedł na środek i ułożył się kilka metrów przed postumentem. Leżąc obserwował otoczenie.
W cieniu, powoli okrążając pomieszczenie, pozostał ostatni z dzikich kotów.
 
__________________
Choć kroczę doliną Śmierci, Zła się nie ulęknę.
Ktokolwiek walczy z potworami, powinien uważać, by sam nie stał się potworem.
gg 643974
Cedryk vel Dumaeg czasami z dopiskiem 1975
Cedryk jest offline  
Stary 18-09-2008, 21:34   #10
 
Eliasz's Avatar
 
Gdy zobaczył reakcję strażników miał mieszane uczucia. Z jednej strony cieszył się, że można ich było tak łatwo powodzić za nos, z drugiej jednak strony wyszło na jaw , że światła się nie boją.

W tym momencie po raz kolejny elf stanął przed trudnym wyborem. Mógł rzucić ofensywny czar palący wszystkich wewnątrz cienia – ale dźwięki rzucanego czaru pewnie by go wydały. Mógł też próbować się przekraść, tym bardziej, że jeden z kotów opuścił swoje stanowisko – umożliwiając magowi przekradnięcie się przy jednej stronie kolumn.

Sens przekradania się byłby jedynie wówczas gdyby strażnicy nie poświęcali całego czasu na obserwację skarbu. Elfowi mogły wystarczyć sekundy na otwarcie zamka i tyle samo na opróżnienie zwartości skrzyni. Samo otwarcie skrzyni mogło się jednak okazać o wiele trudniejsze. Nim elf rozpoczął przekradanie postanowił dalej przyglądać się zachowaniu stworów, interesował go obszar jaki obserwują, kąt pod którym patrzą oraz tak zwane ciemne plamy – czyli miejsca na które ich wzrok zupełnie nie pada. Elf obserwował jak długo i co ile czasu każdy ze strażników spogląda na skrzynkę.

Kot usadowił się przed postumentem – „Tym lepiej gdy tylko go okrążę będę działał za jego plecami.”

Oczywiście pozostawało wiele ale… Na razie elf musiał założyć, że podejmując otwartą walkę naraża całą akcję, pamiętał o tym że pierwsza próba miała wpływać na drugą – po cichu więc liczył na ochronę płynącą z kaptura. Wydawało mu się też dziwne, że do tej pory stworo-koty go nie zlokalizowały. „Gdyby te koty choć w dziesięciu procentach były jak te prawdziwe, to już by wiedziały gdzie jestem. Może więc uda mi się przekraść?

Zebrał w sobie całą odwagę, wyczekał jeszcze moment, aż pierwsza fala czujności strażników odpłynie, po czym ruszył wolno przy rzędzie kolumn przy których nie było kota. Każda z kolumn doskonale nadawała się do schowania, dla nie wprawionego złodzieja były ułatwieniem, zasłoną za którą można byłoby się schować. Dla maga cienia był to już istny labirynt, za którym mógłby nie jednego godzinami wodzić za nos. Stwory magii tak łatwo wodzić się nie dało. Część czarów wcale się ich nie imała. Dlatego też w lewej dłoni elf kurczowo zaciskał kolejny kamyk, który w ostateczności mógł posłużyć do kolejnego odwrócenia uwagi. W myślach zmówił krótką modlitwę po czym ruszył najbardziej bezszelestnie jak potrafił.
 
Eliasz jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 00:20.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172