Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 20-09-2008, 12:09   #1
 
Van der Vill's Avatar
 
S-same łłłłł...łobuzy!

Middenheim w parę miesięcy po wojnie powoli odżywało. Zniszczenia, szczególnie w biedniejszych dzielnicach miasta i licznych przyległych wsiach, były widoczne aż nazbyt. Każdy miał kogo opłakiwać, a przez miasto przetoczyła się fala samobójstw. Miało się wrażenie, że tylko najwyższe warstwy społeczne nie poniosły dotkliwej straty; szlachta wciąż miała się dobrze, a ich włości prędko odbudowano. Po chwilowej zmianie ustroju do władzy powróciły stare organy: Rada Kupiecka zaczęła powracać do prac nad opodatkowaniem z większą zapamiętałością, niż kiedykolwiek. Wśród prostego ludu dało się usłyszeć najróżniejsze plotki i bajki, jedna dziwniejsza od drugiej. Najazd Archona poczynił straty zarówno materialne, jak i moralne.

Jedną z wielu legend, jakimi gawędziarze raczyli zebranych przy ognisku, były dokonania Małego Szwadronu, jednej z najstarszych kompanii najemniczych w Middenlandzie. Ich zasługi z pola bitwy były nieocenione, przez co cieszyli się oni ogromnym szacunkiem plebsu. Mowa była o niesamowitych zdolnościach bitewnych członków Szwadronu, przez które miotali oni w powietrzu całe regimenty zastępów wroga. Tak po prawdzie, kompania na czas wojny została wielokrotnie powiększona – ochotnicy znajdowali się w każdej z wiosek i miast – by stała się bardziej skutecznym oddziałem.

Wielu słyszało, że siły Szwadronu uszczupliły się w czasie wojny. I chociaż żaden chłop by w to nie uwierzył, bardziej doinformowanym wiadomo było, że słynna kompania uległa niemal całkowitemu rozbiciu. Jej resztki zostały zdziesiątkowane po raz wtóry, kiedy – wracając do Middenheim, by złożyć w końcu służbę państwu i wracać do prywatnych interesów – natrafiła na jedną z wrogich grup najemników. Na czas wojny wszelkie zwady szły w niepamięć, jednak wystarczyło parę tygodni, by sobie o nich przypomniano. Do wielmoży Miasta Środka dotarł w końcu sam wódz Małego Szwadronu, ostatecznie się odmeldowując.



Pozostałości kompanii ulokowały się tu, w małej gospodzie „Zadarta sukienka”, w której niegdyś trzymaliby tylko jeńców. Starzy weterani ogrzewali ręce przy dogasającym ogniu i już od paru miesięcy liczyli na decyzję Rotmistrza, co do rozwiązania Szwadronu. Ich łupy wojenne się nie uchowały, a w przynależność do grupy bohaterów nikt nie chciał wierzyć. Wielu zdezerterowało, ale tych paru, których zostało, było prawdziwą esencją ich starego ducha. Mały Szwadron był dla nich rodziną, od dwu, dwunastu czy dwudziestu lat. Każdy z nich czuł głęboką więź z innymi i ufał im bez granic. W Szwadronie każdy znalazł swoje miejsce.

Wy czuliście to samo. Niemal każdy z was, nie ważne, jak dużo czasu spędził z innymi, wiedział, że są to ludzie godni zaufania. Nawet mimo tego, że znaliście się tylko z widzenia, oddalibyście za siebie życie. Takie były reguły, które zagościły twardo w waszych sercach. Jeśli tylko byłaby to inna okazja, zamienilibyście ze sobą tysiąc słów. Teraz jednak, w czasie smuty i pogorzeliska, siedzieliście ponurzy i milczący, każdy zajęty własnymi sprawami.

Sigryd von Holssender

Było żałosne, że wykazując się w bitwach przez cały czas trwania wojny, rzucałeś się w największe kupy wrogów i nie poniosłeś niemal żadnych obrażeń – byłeś za to pewien, że Zakon byłby z ciebie niezwykle dumny – a w niecały miesiąc po wszystkim, w drodze powrotnej do Middenheim, spotkało cię to. Oczy otworzyłeś ledwo trzy dni wcześniej, budząc się z potworną migreną. Gdy tylko przypomniałeś sobie ten ogromny topór, lecący w twoją stronę i paskudny trzask niszczonych kości, zacząłeś macać się po głowie. Bolała. Na bogów – bolała jak nigdy! Mimo to, cieszyłeś się z bólu. Znaczyło to, że żyjesz. Obok ciebie, na szafce, leżał twój topór, błyskocząc jak wykle. Nie pozwolono nikomu skraść twoich rzeczy. Mimo to, z hełmu pozostała tylko pogięta blacha, a piękny niegdyś napierśnik był pogięty i powyginany w wielu miejscach. W kiedyś pokaźnej sakwie pozostały tylko liche miedziaki.
Rotmistrz i oficerowie prędko wyjaśnili ci sytuację. W wyniku ostatniej bitwy Szwadronu straciłeś przytomność na miesiące, a zyskałeś pokaźną bliznę, gdzieś między swoimi ciemnymi lokami. Mały Szwadron uległ całkowitej rozsypce. Było ich teraz ośmiu czy dziewięciu. Nikt nie powiadomił twojej rodziny, co wynikało chyba z osobliwych animozji Rotmistrza.
Ten człowiek był dziwaczny. Był genialnym strategiem i ojcem dla wszystkich w kompanii, ale miał swoje zasady, których zupełnie nie rozumiałeś. Na przykład, nie zadawał się ze szlachtą, jeśli naprawdę nie był przymuszony do tego siłą. Pamiętasz, gdy przybyłeś do Szwadronu na początku wojny. Byłeś pewien, że obejmiesz nad nim dowództwo, jednak Rotmistrz miał to gdzieś i był gotów sprowadzić cię do stopnia zwykłego szeregowca. Gdyby nie to, że wykazałeś się znajomością taktyki, nie przyjąłby cię w szeregi swoich doradców chyba nigdy. Przez ten czas jednak, mimo iż był on obcesowy i denerwujący, nauczyłeś się szanować starego dowódcę.
Trzy dni po swoim przebudzeniu lekarz oświadczył, że mięśnie rozruszały się już na tyle, że możesz wyjść spoza gospody. Zszedłeś na dół i zasiadłeś przed śniadaniem, obserwując resztę niegdyś słynnej kompanii najemniczej.
Przy ognisku siedziało paru starych łomotników, których kojarzyłeś z widzenia. Obok nich, lecz w maleńkim oddaleniu, przycupnęła kobieta – walcząca kobieta! – która przedstawiła ci się kiedyś jak Alexandra Abendroth. Nawet teraz jej widok wywołał twoje oburzenie. Nie miałeś pojęcia, dlaczego ktokolwiek pozwolił wałczyć tak kruchej istocie, jaką jest dama. W kącie gospody siedział stary ochlapus, człowiek, którego w głębi serca lubiłeś, lecz otwarcie mogłeś tylko nim pogardzać. Nosił jakieś krótkie, prostackie imię. Przy innym stole siedział jeden z oficerów, rozmawiający z młodą dziewczyną. Co do tej, też nie wiedziałeś, dlaczego ciągnęliście ją za sobą na wojnę. Mimo to, dusza opiekuna kazała każdemu z oficerów dbać o nią, tak jak i ty robiłeś to, gdy mogłeś.
Zabrałeś się do jedzenia marnej jakości gulaszu. W myślach już układałeś plan, co do kolejnego posunięcia, byłeś jednak pewien, że Rotmistrz sprzeciwi ci się, a będzie chciał postawić na swoim. Tęskniłeś za rodziną, martwiło cię też, co może pomyśleć sobie Zakon. Mimo to, choć trudno było się do tego przyznać, najbardziej obawiałeś się o kompanów ze Szwadronu. Stali się kimś więcej, niż towarzyszem broni.

[[ Wyposażenie:
Tarcza, sztylet, zestaw obozowy, pełna zbroja płytowa, ubranie podróżne, ubranie szlacheckie najlepszej jakości, płaszcz ze skóry dzikiego kota, miecz, Płomienny Topór, sakwa o zawartości równoważnej trzem złotym koronom. Reszta ekwipunku została pochłonięta przez wojnę, a koń padł podczas ostatniej bitwy, zaś stamtąd zmykaliście jak najprędzej – szczęście, że ciebie udało się ewakuować.
Hełmu nie zdołasz już użyć, a zbroja nie jest w najlepszym stanie – PZ na każdą część ciała spada o 1 ]]


Alexandra Abendroth

Wojna. Nigdy się nie zmienia. Teraz też – z niezachwianą pewnością przyniosła swoje żniwo. Nigdy nie byłaś kimś w rodzaju duszy towarzystwa, dlatego i teraz siedziałaś w lekkim oddaleniu od reszty… od bandy największych zabijaków i najlepszych przyjaciół, jakich zdarzyło ci się spotkać.
Dopiero niedawno wróciłaś do „Zadartej sukienki”. Miałaś parę ważnych spraw, które trzeba było załatwić. Gdy opowiadałaś o planach Rotmistrzowi, nie patrzył na ciebie zbyt przychylnie. Zapewne podejrzewał dezercję. Był za to całkiem zaskoczony, gdy wróciłaś. Nie miałaś opuszczać szeregów Szwadronu, nawet, jeśli została was tylko dziesiątka. Coś mówiło ci, że lepiej będzie zostać przy tych ludziach.
Odrywając się od opowieści starych żołnierzy przy ognisku, rozejrzałaś się po sali. Ze schodów schodził właśnie młody rycerz Pantery. Nazywał się Zygfryd czy Sigismund, nie pamiętałaś tego dokładnie. Zadufany w sobie paniczyk, wciąż czepiał się tego, że posługujesz się bronią. Paskudny szowinista. Spojrzałaś w lewo. Tam z kolei siedziała ta mała, Abri. Kiedyś mówiła ci, ja tu się znalazła, nie obchodziło cię to jednak. Mała była jednym ze spoiw grupy – młodsi mężczyźni się nią interesowali, starsi nie mogli oprzeć jej urokowi i obdarzali ojcowską opieką. Nawet teraz rozmawiała zapiekle z którymś z facetów z wyższą rangą. Doprawdy, było w niej więcej kobiety, niż sama przypuszczała. Nie zauważyłaś jednak, by dała się komukolwiek zbałamucić. Z charakterystycznych osób, w ciemnym rogu siedział jeszcze stary Bugg z nieodłącznym przyjacielem – flaszeczką, która zdawała się nie mieć dna.
Do diabła. Przeczesałaś włosy. Tu było po prostu zbyt smutno i ponuro. Miałaś szczerą nadzieję, że Rotmistrz powie dziś coś ciekawego. Miał w końcu podjąć decyzję, czy pozostajecie w tej grupie, czy rozdzielacie się i każdy idzie we własną stronę. Ciekawe, co na co też mógł wpaść w końcu stary wyjadacz

[[ Wyposażenie:
Ubranie najlepszej jakości, płótno na opatrunki, szabla; sztylet; nóż do rzucania, kusza samopowtarzalna (magazynek na 6 bełtów) i amunicja w pojemniku przy pasie (6 bełtów w zapasie), garota, drewniana pałka, reszta bzdur, związanych z ubiorem, sakiewka z równowartością pięciu złotych koron. Reszta rzeczy mogłaby być zbytnim obciążeniem albo ich przydatność upłynęła podczas wojny. ]]



Abri

Rozmowa z przystojnym oficerem, Arturem Valgeirem, pozwoliła ci na chwilę zapomnieć o wydarzeniach ostatnich miesięcy. W życiu nie spodziewałaś się, że tyle może cię czekać, gdy przystąpisz do najemniczej kompanii. Znalazłaś tu rodzinę – drugą rodzinę, zupełnie tak, ja niegdyś w gronie cyrkowców. Rotmistrz był dla ciebie bardzo uprzejmy, zupełnie tak samo, ja niemal każdy mężczyzna. Było to dziwaczne, bo zwykle faceci nie potrafią zachowywać się w ten sposób i to tak długo. Właśnie dlatego postanowiłaś tu zostać.
Nigdy nie przyszłoby ci do głowy, że już niedługo wybuchnie wojna i większość osób z twojej nowej rodziny zostanie pogrzebana w milczącym smutku; że będziesz patrzeć w ich niewidzące oczy i nie zdołasz utrzymać w dłoniach łopaty (czego, na szczęście, nikt nie poczytał za coś złego).
Minęło parę miesięcy i jakoś sobie z tym radzisz. W głębi ducha nieco się boisz, że niedługo wszystko się skończy. To właśnie dziś dowódca, Rotmistrz, ma powiedzieć coś ważnego. Nie jesteś pewna, o co chodzi. Strach i wątpliwości topisz w przyjemnej rozmowie i kubeczku ciepłego, delikatnego wina, który zachowano specjalnie dla ciebie.
Spoglądasz czasami po sali. Tym razem w oczy rzucił ci się przystojny, choć wyglądający na obolałego, bogato ubrany chłopak, niewiele starszy od ciebie. Z niesmakiem jadł gulasz, krzywiąc się przy tej czynności. Twój wzrok zbiegł trochę na bok, gdy podniósł głowę i też się rozejrzał. Przy ognisku siedziała grupa ostatnich żyjących członków Szwadronu. Paru z nich uśmiechnęło się do ciebie szczerbato. Obok wpatrywała się w ogień ta straszna kobieta, Alexandra. Kiedyś chciałaś się z nią zaprzyjaźnić – w końcu byłyście tu jedynymi dziewczynami – ale nic z tego nie wyszło. Patrząc na nią, myślisz, że to właściwie dobrze. Jest bardzo niepokojąca. Gdzieś w kącie siedział też stary dziadek, który zwykle chodził z butelką. Mógł mieć zarówno czterdzieści, jak i sto lat.
Westchnęłaś i wróciłaś do rozmowy. Czekanie na Rotmistrza przedłużało się.

[[ Wyposażenie:
Ubranie, słodycze, sześć noży do rzucania, wytrychy, przedmioty codziennego użytku, ubranie na zmianę, sakwa z równowartością trzech złotych koron, skórzany kaftan i skórzane nogawice. Tylko tyle udało ci się zgromadzić podczas podróżowania ze Szwadronem.
Dodatkowo, +3 PO. Jako młoda dziewczyna trafiłaś w końcu na wojnę. Wiążą się z tym jakieś przeżycia. ]]



Bugg

Łyknąłeś porządnie z butelki. We wszystkie diabły! Było wyśmienite, przepyszne i cholernie mocne. Cokolwiek to nie było.
Nie pamiętasz dlaczego, bimber z tej butelki niemal nigdy się nie kończył. Albo po prostu uzupełniałeś go po pijanemu. Czy człowiek może wpaść w taki nawyk? Lać bez końca, a potem tego nie pamiętać? W sumie to ciekawy problem. Zacząłeś się nad nim zastanawiać, gdy twój spokój naruszyły inne wspomnienia.
Kiedyś… kiedyś było inaczej. Zacząłeś czkać. Kiedyś tu było wiele więcej osób. Rozejrzałeś się po sali. Było ich tylko paru. No, plus pan Wielki Rycerz. I Twarda Dziwka. No i Mała, gadająca ze mamucim, Valgeirem. Czknąłeś. A tak, prawda. Niedawno was zdziesiątkowali. Żal było tych, co zginęli. Postanowiłeś za nich wypić.
Życie stawało się coraz smutniejsze. Człowiek miał kogoś, przy kim czuł się dobrze, chociażby chwilkę, a tu – jebut! – już ich nie ma. Człowiek przywiązuje się do kogoś, a zaraz go traci. Miałbyś okropną ochotę przejechać po gębie nahajką każdemu z tych sukinsynów, którzy rozbili was do tego stopnia. Człowiek nawet nie ma z kim gadać, dlatego siedzi samotny w takiej dużej sali. Cóż począć, trzeba pic. I mieć tylko nadzieję, że stary Rotmistrz wpadnie na jakieś zajęcie dla nich.
Łyknąłeś z butelki.

[[ Wyposażenie:
mikstura lecznicza, płaszcz z kapturem, kij, plecak, krzemień, ciemne stare ubranie, nóż, sakiewka z ziołami, mieszek na monety z zawartością równą jednej sztuce złota, naszyjnik z kości, trzcinowy kapelusz, flaszka z wódką. To absolutnie wszystko, czego trzeba ci do życia. ]]

Po chwili schody zaskrzypiały. Na dole pojawił się również Rotmistrz, stary dziadek z posturą pokaźnego niedźwiedzia. Smutnym wzrokiem rozejrzał się po sali. Wszyscy z kolei zwrócili na niego oczy. Dowódca odchrząknął i zaczął mocnym głosem.

- Witajcie. Tak, hem, witajcie. Ja wiecie, przez ostatnie dni radziłem się każdego, kto mógł powiedzieć mi coś mądrego, co począć ze sprawą Szwadronu. I, jak zwykle, gdy radzę się innych, gówno mi to dało. Mimo to, w samotności udało mi się uwić parę dróg, którymi możemy teraz pójść. Zdecydowałem, że wszystko zależeć będzie od was.

Ludzie obejrzeli się po sobie. Towarzystwo zaszemrało, na co Rotmistrz uniósł dłoń.

- Myślę, że sami poradzicie sobie z tym problemem najlepiej. Powiedzcie mi teraz... tylko pamiętajcie, co niesie za sobą każda decyzja... czy chcecie, by Szwadron nadal istniał czy raczej uważacie, że powinienem go rozwiązać? Kto jest za przetrwaniem?

Parę osób nieśmiało uniosło dłonie. Rotmistrz ponuro wodził po twarzy każdego z was swoim przeszywającym spojrzeniem.
 

Ostatnio edytowane przez Van der Vill : 23-09-2008 o 08:30.
Van der Vill jest offline  
Stary 21-09-2008, 20:28   #2
 
Gob1in's Avatar
 
Alexandra wpatrywała się w ogień. Siedziała dość blisko, lecz prawie nie czuła promieniującego z kominka ciepła. Wzdrygnęła się, gdy dreszcz przeszedł jej po plecach i owinęła szczelniej płaszczem. Była zmęczona. Sine plamy pod oczami i szara, ziemista skóra twarzy wskazywały na nieprzespane ostatnio noce.

- Do diabła z tym! - mruknęła do siebie. Płomienie buzujące w murowanym kominku miały hipnotyzujące właściwości. Nostalgiczny nastrój Alexandry sprzyjał wspomnieniom. Te języki ognia przypominały jej coś. Zmrużyła oczy. Znowu usłyszała Jej krzyk. Początkowo odległy, jakby przytłumiony, stawał się coraz wyraźniejszy.

Trzask strzelającego drewna, z którego zbudowany był stos, spowodował kolejne wzdrygnięcie ramion Alexandry. Do wbitego w centrum placu drewnianego pala przywiązane było ciało młodej dziewczyny, teraz częściowo ukryte za spowijającym prawie wszystko dymem. Drewno było zbyt mokre, więc zamiast szybkiej śmierci ofiara cierpiała strasznie i prawie do końca zachowała świadomość. Teraz jednak jej przerażający, niemal zwierzęcy krzyk ucichł, chociaż zgromadzonym na placu wieśniakom i Alexandrze ciągle świdrował w głowie. Musiała siłą woli powstrzymywać się od okazania słabości - chciała zatkać uszy dłońmi i zacząć krzyczeć, by zagłuszyć potępieńcze wycie palonej żywcem kobiety.

- "Należało jej się. Za te wszystkie dzieci" - pomyślała. Skazana na stos przez kapłana Sigmara z sąsiedniej wsi kobieta oskarżona była o zamordowanie sześciorga maluchów. Zaginionych dzieci szukała między innymi Alexandra, za co miała otrzymać całkiem pokaźną kwotę od wójta Vogelsdorfu, skąd pochodziły. W trakcie śledztwa trafiła na trop dziwnej kobiety, mieszkającej na skraju wsi, w oddaleniu od innych zabudowań. W jej chacie natrafiła na pęki suszonych ziół, jakieś dziwne mikstury i sporo małych, wypchanych zwierząt. Łowczyni początkowo sądziła, że ma do czynienia z zielarką, ot wiejską babą, która potrafi bydło wyleczyć, kiedy ryczy z bólu po zjedzeniu mokrej trawy, albo drwala, gdy siekierą nieopatrznie się skaleczy. Jednak za jej chatą, między grządkami fasoli i grochu znalazła szmacianą lalkę ze śladami krwi. Krwawe ślady ktoś dostrzegł na siekierze do rąbania drzewa. I nie trwało długo, aż pod stertą polan odkryto zwłoki ostatniego z zaginionych chłopców. Przybyły na miejsce kapłan nie pozwolił na lincz, jednak nie kryjąc satysfakcji zapowiedział rychłą śmierć czarownicy.

Egzekucja odbyła się nazajutrz. W jej trakcie nie uświadczono żadnego z zapowiadanych znaków potwierdzających, że kobieta zawarła przymierze ze złem. Żadnych gromów, piorunów, diabelskich chichotów i przemian wiedźmy w demona. Zupełnie nic, mimo iż wilgotne drewno wydłużyło widowisko. Żaden z mieszkańców Vogelsdorfu nie wytrzymał do końca. Trudno było wytrzymać smród płonącego ciała i gęsty, tłusty dym wzbijający się w niebo. Nie mówiąc o wrzaskach cierpiącej ofiary. Na placu pozostała jedynie Alexandra i kapłan Sigmara. Zataczający się ze śmiechu i krztuszący swoją wesołością kapłan Sigmara. Klecha uspokoił się i podszedł do zdziwionej i zaniepokojonej łowczyni. Jego lodowatych słów "Dobrze mi się przysłużyłaś, dziecko..." prawie nie słyszała, gdyż wpatrywała się w czerwonego od krwi misia, którego wcisnął jej do ręki. Deszcz, który spadł z chmurnego od rana nieba padał na twarz Alexandry zmywając łzy z jej policzków. I krew z dłoni trzymającej zabawkę.

Wróciła dziesięć dni później. Razem z Nicolasem i jeszcze jednym łowcą. Szalony kapłan Sigmara, czy raczej jakiegoś mrocznego boga albo swoich psychopatycznych myśli, nie miał większych szans. Jego śmierć przyniosła ulgę, jednak wciąż nie mogła zapomnieć niewyobrażalnego cierpienia niewinnej wiejskiej dziewczyny. I tego, że przyczyniła się do jej strasznej śmierci. Nadal zbyt często wracała myślami do tamtych wydarzeń. Nicolas mówił, że tak niestety czasem bywa, i że z czasem o tym zapomni, jednak nie potrafiła. Już dwa lata walczyła z koszmarami...

Otępienie Alexandry przerwało skrzypienie schodów i wejście Rotmistrza. Nie potrafiła się skupić na tym, co mówił, ale zrozumiała, o co mu chodziło. Pytał, czy te nędzne niedobitki pokaźnego niegdyś oddziału wolą dalej tworzyć jego legendę, czy też rozjechać się do domów. Kilka osób zaczęło szemrać, kilka innych podniosło ręce w niemym poparciu dla dalszego istnienia formacji.

Łowczyni była w rozterce. Nie potrafiła zdecydować. Miała dosyć tego marazmu, tego gnuśnienia w jednym miejscu. Od kiedy przyłączyła się do oddziału i zajęła zwiadem, zawsze miała pełne ręce roboty. Ostatnio jednak siedzieli na tyłkach i użalali się nad sobą. Nie pomogła nawet kilkudniowa wyprawa Alexandry, kiedy szukała informacji o Nicolasie, od którego nie miała żadnych wieści od początku wojny. Nikt nic nie słyszał o starym łowcy, a sytuacja Kompanii pozostawała bez zmian. Jeszcze wczoraj obiecała sobie, że jak Stary nic nie wymyśli, to sama odejdzie. Z drugiej strony nie miała dokąd wracać. Jej domem był gościniec i obozowe ognisko. Mogła co prawda odwiedzić przybranych braci w Nuln, jednak sama wiedziała, że nie usiedzi długo na miejscu.

Alexandra, wciąż niezdolna do podjęcia ostatecznej decyzji, rozglądała się wokół łowiąc spojrzenia pozostałych członków jednostki.

 
__________________
I used to be an adventurer like you, but then I took an arrow to the knee...

Ostatnio edytowane przez Gob1in : 21-09-2008 o 20:40. Powód: Jeden obraz wart tysiąca słów :]
Gob1in jest offline  
Stary 22-09-2008, 13:52   #3
 
MrYasiuPL's Avatar
 
Bugg wzdrygnął się otwierając jedno z jego zielonych oczu. Świat wirował mu przed nimi rozmazując się. Z żalem upił jeszcze jeden łyk swojego skarbu i odstawił butelkę. Miał nadzieję że zostawił trochę na później. Powoli wyprostował się wstając z miejsca. Wiedział co się zaraz stanie. Starcowi nie udało się powstrzymać wymiotów.

Chwilę później ściana naprzeciw niego zmieniła kolor na inny, chociaż ten poprzedni był chyba ładniejszy. Zgięty wpół, zataczający się dziadek poszedł w stronę barmana. Rzucił mu na ladę kilka monet i wybełkotał:

-Zagrycha i... -postukał palcem po flaszeczce-...dolej trochę.

Bugg oparł się o blat. Żałował że nie wziął ze sobą kija, mógłby się przynajmniej nim podeprzeć. Podrapał się po swoich siwych włosach. Zaczął się śmiać. Rechot powoli przechodził w płacz. W głowie nieco mu pojaśniało. Z kompani do której kiedyś należał zostały teraz resztki. Nie było tu nikogo z jego oddziału.

Czasami miał ochotę zabić tych sukinsynów ale teraz kiedy ich nie było, a on został sam żałował tego wszystkiego. Uciekł dlatego, że miał już wszystkiego dosyć. I okazał się najrozsądniejszy. Pewnie gdyby był razem z nimi mieli by większe szanse… gdyby przestał udawać że nie jest tym kim był. Nie znał zbyt dobrze innych grup ich kompani… Nawet ci co zostali… nie znał ich prawie w ogóle. Z drugiej strony może i tak było lepiej? I tak umrą za tydzień czy dwa… Przetarł oczy. Powinien się przespać.

Biorąc swoje zamówienie wrócił do stołu. Zjadł świństwo leżące na talerzu, flaszkę wsadził do plecaka i oparł głowę na stole zasłaniając oczy kapeluszem. Nie pamiętał skąd go wziął ale śmierdział rybami tak jakby je w nim trzymano.

Nie cierpiał tych zwierzaków, kojarzyły mu się z dzieciństwem. Cholerni kapłani mało go nie capnęli do siebie. Gdyby tak się stało to pewnie już dawno zrobił by sobie pętelkę i powiesił się… ale się nie stało. Powinien skończyć z piciem ale co miał lepszego do roboty? Siedzenie na stołku i sprzedawanie idiotycznych rzeczy przygłupom którzy nie mieli na co wydawać pieniędzy znudziło mu się.

Czasami wydawało się to zabawne że nie mógł rozprawić się z łowcami których masa roiła się dookoła. Większości ludzi wydawało by się że już dawno wywarli zemstę. Tyle, że Bugg nie był taki jak większość ludzi a w dodatku uparty i pamiętliwy.

Musiał znaleźć gdzieś robotę, pieniędzy ledwo starczało mu na bimberek…
 
MrYasiuPL jest offline  
Stary 23-09-2008, 08:45   #4
 
Van der Vill's Avatar
 
Nathaniel, Mordimer oraz Matthieu d'Angers

Gdy Rotmistrz zszedł na dół, obejrzeliście się za siebie. Czatowanie przed ogniskiem i wspólne rozmowy pozwoliły wam się nieco poznać; co gorsza, stwierdziliście, że zupełnie do siebie nie pasujecie (Nathaniel sprawiał wrażenie ponuraka, który kiedyś wiele miał, a teraz wiele stracił, Matthieu raził cechami, pasującymi do rodzonego bretończyka, a Mordimer nie chciał rozmawiać na niemal żaden temat, prócz religii). Najpaskudniejsze we wszystkim było za to jedno - że cholernie się polubiliście. Teraz jednak wasz dowódca wymagał od was decyzji - i to ona zaprzątnęła wam głowy.

Artur Valgeir

Rozmowa z gówniarą przebiegała tak, jak miała przebiegać - to znaczy znośnie. Na tyle potrafiłeś korzystać ze swojej ogłady, by oczarować małą. Przynajmniej tak ci się wydawało.
Przemowa Rotmistrza trafiła ci do głowy. Znaczy to, że jest duża szansa, iż kompania się rozpadnie. Wywoływało to w tobie mieszane uczucia. Nie wątpiłeś jednak, iż jako oficer, powinieneś spełnić swój obowiązek i zagłosować.

[[Wyposażenie:

Artur Valgeir
Zbroja płytowa - cała, młot dwuręczny, miecz, branie dobrej jakości, symbol Ulryka oraz bzdury, których i tak nikomu nie pokażesz.

Nathaniel
Miecz, bolas x4, pełna zbroja kolcza, tarcza, lina (10m), hubka i krzesiwo, sól i pieprz, Biblia Sygmarycka, znak kultu Sigmara, łuk i dziesięć strzał, ubranie średniej jaości.

Matthieu
Średni pancerz (kaftan kolczy, czepiec kolczy, skórzana kurta, hełm),tarcza, miecz rodowy, płaszcz z kapturem, medalion z wizerunkiem Pani Jeziora, ekwipunek podróżny (namiot, hubka i krzesiwo, nóż, bukłak, racje, pochodnia, lina, osełka, koc, butelka dobrego wina, srebrny kubek), ubranie średniej jakości.

Mordimer
Ubranie podróżne (wysokie buty, skórzane spodnie, koszula, pas, peleryna – wszystko mocno nadgryzione zębem czasu i zużycia), sztylet (schowany w bucie), Koc, Drewniana miska, Sztućce, plecak, morgenstern, skórzana kurta, butelka spirytusu (dobrej jakości), symbol religijny (srebrny wilk), relikwia (Masywny metalowy łeb wilka na żelaznym łańcuchu. Każde jego wgłębienie poznaczone jest starymi plamami krwi która mocno wżarła się w metal i nie da się jej już zmyć).

Każdy z was posiada w ekwipunku również sakwy, różne tego rodzaju materiałowe pojemniki oraz pieniężną równowartość dwu złotych monet. ]]
 

Ostatnio edytowane przez Van der Vill : 23-09-2008 o 15:59.
Van der Vill jest offline  
Stary 23-09-2008, 10:00   #5
 
Corran's Avatar
 
iemny płaszcz, brązowe bryczesy i zbroja kolcza to całe ubranie jegomościa. Białe włosy spływały mu po ramionach bujną kaskadą, liczne blizny zdobiły ciało, i wszystko świdrował swoimi czarnymi oczami, baczni czegos wypatrujac, czegoś co nadchodziło ...
Nathaniel otrząsnął się z zamyślenia gdy Rotmistrz wezwał wszystkich do głosowania. Jego jedyną odpowiedzią na zadane pytanie było proste:
- Taaaa..... - wypowiedziane ze sporą dawką drwiny w głosie.
Służył w tym oddziale znaczny kawałek czasu, paląc za sobą mosty dawnego jestestwa. Jeżeli oddział się rozpadnie to trudno nie będzie płakał, jeżeli jednak zostaną razem będzie wiele szans na wytropienie i zniszczenie plugastwa chodzącego po ziemi. Problem w tym że gdy rozejrzał się po twarzach pozostałych, zobaczył konsternację i nie zdecydowanie. Wstał.
- Rotmistrz, coś powiedział, chyba - Głos był beznamiętny i zimny - Czy mamy dalej walczyć, czy uciekać jak tchórze. Patrząc na was teraz widze kupę gówna tego świata które powoli zamienia się w kompost tego świata. A napisane w świętych księgach jest "zaprawdę kto nie walczy z honorem, nich też z honorem nie waży się umierać". Szwadron wiele wam dał, nawet głupie jedzenie, adrenaline czy zabawe, gdy z przyjemnością patrzyliście jak gromimy nieprzyjaciół naszym orężem a teraz jesteście jak jakieś rozlazłe baby które popuściły w gacie i nie wiedzą co mają zrobić. Osobiście jestem za utrzymaniem szwadronu bo ktoś musi chronić nie misto czy mieszkańców ale siebie nawzajem.
Usiadł tak samo beznamiętnie jak wstał i zamilkł czekając na reakcje innych. Tak naprawde nic go nei obchodziło co się stanie z Szwadronem, chciał tylko żeby ludzie coś robili a nie gapili sie w swoje buty czekając na wiosne. Zamknął oczy i podniósł rękę zgłaszając sięza tym by utrzymać szwadron.
- I tak wszyscy Zginiecie .... - Uśmiechnał się delikatnie ...
 

Ostatnio edytowane przez Corran : 23-09-2008 o 14:50. Powód: opis postaci ogolny
Corran jest offline  
Stary 23-09-2008, 14:42   #6
 
Szaine's Avatar
 
Młoda kobieta, która obserwuje świat swymi pięknym, zielonymi oczami rozmawiała z zapałałem z mężczyzną. Jej wzrok zdawał się oceniać wszystko co napotka na swej drodze. Jednak spojrzenie to, nie było chłodne, zdawało się być przyjazne. Delikatnie na twarz spływa jej kilka, krótkich kosmyków czarnych włosów, natomiast reszta spięta jest w długą, również czarną, kitę, która sięga długo za ramiona. Skórę ma jasną, ale nie bladą i zdaje się być bardzo delikatną w dotyku. Jej usta często wykrzywia lekki, przyjemny uśmiech.
Choć jest dosyć szczupła to biodra są pięknie zaokrąglone, piersi zdają się być jędrne, a wcięcie w tali jest idealnym dopełnieniem jej figury.
Na nogach ma wysokie, czarne buty, które chowają nogawki przylegających do ciała spodni tego samego koloru. Na biodrach luźno zwisa ciemnobrązowy, średniej grubości pas, do którego przy boku przymocowana jest kwadratowa, mała torba. Bluzka koloru zielonego, przylega do jej ciała, długie rękawy sięgają do połowy jej dłoni, a dekolt zdobi krzyżujący się rzemień. Na szyi błyszczy się mały, srebrny łańcuszek, na którego końcu zwisa zawieszka z symbolem Shallyi. Na ramionach spoczywa czarny płaszcz z kapturem. U boku zwisa czarna torba.

Abri przez chwilę była zainteresowana rozmową z oficerem Arturem Valgeirem. Jednak gdyby jej się lepiej przyjrzeć, oczy zdradzały brak czynnego udziału w konwersacji i to nie dlatego, że była ona nudna. Dziewczyna zastanawiała się co postanowi Rotmistrz i bała się jego decyzji.

Przez ten czas zżyła się z członkami Szwadronu. Byli dla niej mili, uprzejmi, zajmowali się nią, opiekowali, chronili... Przypomniały jej się czasy dzieciństwa. Pomimo tego, że wtedy żadna wojna ją nie dosięgnęła to czuła się podobnie jak tam. Kilku cyrkowców zastępowało jej rodziny, której, tak naprawdę, nie miała. Tak samo było z tymi osobami... Chociaż widziała jedną różnicę, dosyć wyraźną. Lepiej znała rodzinę cyrkowców, byli jej bliżsi niźli ta. Tutaj znała wszystkich z widzenia, z każdym zamieniła choć słowo, dla każdego była uprzejma, ale to nie było jeszcze to co z cyrkowcami. Może dlatego, że Szwadron liczył o wiele więcej osób, co teraz się zmieniło.
Może to dla mnie szansa - myślała - Teraz, gdy jest mniej osób powinni bardziej zżyć się ze sobą... Ale czy ja chcę walczyć... Przecież nigdy nie miłowałam się wojaczką... Służyć Szwadronowi tylko po to żeby nie być samotną osobą... Eh...
Myśli snuły się w jej głowie. Nie wiedziała co ma począć, nie wiedziała czego chce. W tej chwili wolała żeby ktoś za nią podjął decyzję, ale wiedziała, że tak się nie stanie.

Ocknęła się trochę ze swoich rozmyślań. Odpowiedziała coś oficerowi, uśmiechnęła się i rozejrzała po sali. Pierwszą osobą, którą napotkały jej zielone, bystre oczy był niewiele starszy od niej, przystojny chłopak. Gdy widziała, że z niesmakiem przeżuwa jadło uśmiechnęła się delikatnie. Po chwili ich spojrzenia się spotkały, co skłoniło ją do przeniesienia wzroku dalej.
Odwzajemniała uśmiech niektórych z grupy, aż jej wzrok spoczął na Alexandrze. Zastanawiała się czumu ta dziewczyna jest tak nieprzyjemna. Widać musiała wiele w swoim życiu przejść złego, co zaostrzyło jej charakter. W kącie przyuważyła starego pijaka, który nie odstępował swej wiernej kompanki, butelki, na krok. Nie lubiła alkoholu i stroniła od takich osób, dlatego prawie w ogóle nie zna starca.

Wzrok znów spoczął na oficerze i konwersacja dalej toczyła się. Przerwał ja odgłos skrzypiących schodów i postać Rotmistrza. Wszyscy zamilkli również i Abri. Wysłuchała co miał do powiedzenia i przebiegł ją dreszcz strachu. Teraz trzeba podjąć decyzję - pomyślała. Spojrzała jak niektórzy podnoszą dłoń, obwieszczając swoje zdanie iż chcą dalej służyć Szwadronowi.
Nie wiedziała co ma zrobić, podnieść dłoń, nie podnieść. Widać było na jej twarzy rozterkę i niepewność. Nagle czyjś głos zadudniał w jej uszach. Głos mężczyzny namawiał do zostania w grupie. Spojrzała po reszcie, którzy nie podnieśli rąk.
- Nie wiem - wyszeptała do siebie.
 
__________________
"Promise me this
If I lose to myself
You won't mourn a day
And you'll move onto someone else."
Szaine jest offline  
Stary 23-09-2008, 16:06   #7
 
homeosapiens's Avatar
 
Artur Valgeir był w dość rzewnym nastroju. Opanowała go jakby... nostalgia za minionymi czasami, kiedy to ten oddział liczył więcej niż ledwie kilka osób. Jedynym co go pocieszało był fakt, że w prawie żadnym oddziale nie było inaczej.

Patrząc na niego można było się zastanawiać, czy to na pewno człowiek. Niektórzy widzieli podczas finalnej bitwy Burzy Chaosu wodza orków Grimgora, o którym mówiło się, że potrafi rozszarpać gołymi rękami Szczuroogra (oczywiście wśród świadomych kręgów żołnierzy). Artur sylwetką bardzo go przypominał i mozna było się zastanawiać, czy z tą bestią również nie dał by sobie rady. Był bardzo wysoki. Zbroja zapewne musiała być szyta na zamówienie, co znacznie oczywiście zwiększało koszty. Jednak kto się dobrze zastanowił nad jego nazwiskiem niczemu się nie dziwił. Valgeir to nazwisko Ar-Ulryka - najpotężniejszego człowieka na północy. O ile to jest ktoś z jego rodziny, to na pewno o pieniądze martwić się nie musi. Zainteresowani zaś wiedzieli, że to jego starszy brat. Szlachetne rysy twarzy, podobne szlachcie, kontrastowały u niego z czymś w oczach, co kojarzyło się z zimnem stali i rozlewem krwi. Ten człowiek na pewno widział tego w życiu zbyt wiele. Jego niebieskie oczy przez to zazwyczaj były beznamiętne.

-Chodź tu.

Potężną ręką przyciągnął do siebie dziewczynę. Chciał bardziej skupić jej uwagę.

-Widzisz tego tam? On jest chory. To się nazywa "wisielczy humor" i jest bardzo częste wśród żołnierzy na tej wojnie. Oni niczym się nie przejmują, im straszniejsza informacja, tym bardziej reagują ironią czy sarkazmem. Prawda jest jedna taka, że od tego to się zaczyna. Od skromnego "nie wiem".

Zdziwiła się, że słyszał. Przecież szept nie miał być dosłyszany.

- Nie wiem czego chcę, jestem niezdecydowany. Niezdecydowanie z czasem zamienia się w obojętność, a obojętność w drwinę z wszystkiego co dla ludzi istotne. Wtedy jednak już jest się wrakiem i nic nie może pomóc.

Artur podniósł rękę. Oddział był dla niego póki co bezpieczną przystanią i nie chciał by to się zmieniło.

-Nie chodzi mi więc o to, byś zagłosowała za, ani też o to, byś zagłosowała przeciw. Chcę, żebyś się zastanowiła nad tym co jest dla Ciebie ważne i podjęła decyzję. Rozważ argumenty, porównaj opcje, podejmij decyzję. Taki np. oficer nigdy nie powinien się zawahać. Ta zasada jednak równie dobrze sprawdza się w życiu - zdecydowani niczego nie żałują, ci, którzy nic nie zrobili, bo się wahali, żałują całe życie.

Kiedy ona zastanawiała się na znaczeniem jego słów, on złapał ją za głowę, tak by skierować jej oczy na swoje. Na tyle delikatnie, na ile pozwalały na to kolcze rękawice.

-Proszę cię. Zastanów się. Nie bądź niezdecydowanym dzieckiem.

Mimowolnie spojrzał na jej biust. Lekko zaparło mu dech w piersiach i co najgorsze, ona to zauważyła. Skinął jej głową i wyszedł na podwórze. Napił się z flaszki z czerwonym płynem - prawdopodobnie z winem, a następnie załatwił się. Kiedy wrócił, już odrobinę bardziej odprężony, powiedział do wszystkich zebranych.

-Walczyliście, niektórzy ginęli, niektórzy szli dalej zwycięsko. Zostało nas niewielu. Jednak ja wolał bym umrzeć w tym towarzystwie, oddając życie za grafa i Imperatora, niż w jakimkolwiek innym. Spójrzcie na mnie! Przecież i tak umrę na wojnie, nie zostanę chyba szwaczką, nie? Oczywiście ja to ja, a wasza decyzja może być wasza i inna niż moja. Niech Ulryk będzie z wami.

Po czym wrócił do Abri i zaczął się w nią zachłannie wpatrywać, zupełnie jakby chciał ją zjeść. Była młoda i piękna - to lubił w kobietach. Nie lubił nadto dojrzałych- raczej o dziewczęcej twarzy i sylwetce. Chciałby jej dotknąć, ale przez wzgląd na ciężką zbroję nie miał za bardzo jak.

-Podjęłaś decyzję?

Jago wzrok mówił jej, jakby nie chodziło tylko o głosowanie.
 

Ostatnio edytowane przez homeosapiens : 23-09-2008 o 16:14.
homeosapiens jest offline  
Stary 23-09-2008, 20:14   #8
 
Szaine's Avatar
 
Słysząc głos Artura zdziwiła się, że dosłyszał jej słowa. Spojrzała na niego, oczy błyszczały jej w świetle ognia, które oświetlało pomieszczenie. Lekko wystraszyła się, ale rozumiała co ma namyśli. Mimo tego bała się podjąć decyzję. Nie lubiła walczyć, nie lubiła widoku krwi i tego jak bliskie jej osoby zapadały w sen, z którego nigdy się nie wybudzały. Z drugiej jednak strony co miała robić sama na tym świecie.
Powiodła wzrokiem za odchodzącym oficerem.
- On ma rację, że muszę podjąć decyzję, ale boję się jej konsekwencji - myślała.
Z rozmyślań wyrwał ją głos tegoż samego oficera, z którym przed chwilą rozmawiała. W jego słowach wypowiadanych do zebranych wiele było mądrości.

Drgnęła delikatnie, gdy Artur spytał -Podjęłaś decyzję?
Spojrzała na niego. Jej zielone oczy nadal ślicznie lśniły. Kosmyki włosów delikatnie spływały na jej twarz. Po chwili odpowiedziała:
-Boje się konsekwencji moich decyzji, a nie samej decyzji. - powiedziała to zdecydowanym tonem, ale jej mimika twarzy zdradzała, że wie o co tak naprawdę pyta.
Przeniosła wzrok na Rotmistrza i uniosła rękę. Wiedziała, że jeśli nie poradzi sobie, będzie mogła odejść i wszyscy to zrozumieją. Będzie to kolejne wyzwanie w jej życiu, które chciała podjąć. Przynajmniej w tym wypadku będzie miała wsparcie życzliwych jej osób, nie tak jak w przeszłości.
Zwróciła swe oczy znów ku Arturowi, patrząc na jego reakcję. Zmierzyła go szybko z góry do dołu oceniając to co napotkał jej wzrok. Rozejrzała się znów po zebranych i utkwiła swe spojrzenie w niebieskich oczach oficera.
Zastanawiała się czy właściwie odebrała jego intencje...
 
__________________
"Promise me this
If I lose to myself
You won't mourn a day
And you'll move onto someone else."
Szaine jest offline  
Stary 23-09-2008, 22:11   #9
 
Gob1in's Avatar
 
Alexandra poderwała się ze stojącej blisko kominka ławy i podeszła kilka kroków w stronę Artura i Abri.

- Mistrzem subtelności to ty z pewnością nie jesteś, Wilku. Weź na wstrzymanie i przestań mieszać dziewce w głowie - rzuciła oschle w stronę wielkoluda. - Jestem pewna, że potrafi podjąć decyzję bez twojej pomocy - dodała.

Obróciła się w stronę Starego, jak miała w zwyczaju nazywać Rotmistrza. Oczywiście, gdy tylko nie miał możliwości tego słyszeć.

- Jeśli chodzi o mnie, staruszku... - wiedziała, że Rotmistrz może się wściec, ale tym razem było jej to na rękę - ...jestem za, ile tylko zamierzasz wreszcie zebrać tę naszą bandę wariatów by skopać parę naprawdę złych tyłków! Jeśli mamy siedzieć tu bezczynnie kolejny tydzień, to ja wysiadam!

Alexandra była wzburzona, ale naprawdę miała dosyć. Zachowanie niektórych z żołnierzy zaczynało być nie do zniesienia. Była pewna, że tylko kolejna wyprawa i zagrożenie ze strony jakiegokolwiek wroga przywróci w oddziale dyscyplinę. Mężczyźni pozbawieni zajęcia zachowywali się jak dzieci. "Żałosna banda fanatyków. Czy oni zawsze muszą sobie udowadniać, który jest silniejszy, który zarąbał więcej przeciwników, a który zaliczył więcej panienek? Tak naprawdę, to nie potrafią nawet zadbać, żeby im z ust nie jechało jak z chlewika, barany jedne! Czym oni chcą imponować? Phi" - podsumowała w myślach całą brzydszą część społeczeństwa.

Podniosła głowę i bez obawy patrzyła w oczy dowódcy. Nie było ważne, co się teraz stanie. Czy oddział w końcu ruszy dalej, czy też wreszcie się rozpadnie. Coś się MUSI teraz wydarzyć! Ta myśl wprawiała ją w lepszy nastrój.
 
__________________
I used to be an adventurer like you, but then I took an arrow to the knee...
Gob1in jest offline  
Stary 23-09-2008, 22:29   #10
 
Cedryk's Avatar
 
Sigryd czuł, iż zastałe kości aż trzeszczą a mięśnie po tak długiej kuracji rwią, tak jakby miały zamiar wołać, iż je mordują.

„Rycerz musi być twardy i nie zważać na trudy li ból dążąc do obranego celu” - recytowała w pamięci kanon zasad rycerskich.

Dawno nieczyszczona zbroja wymagała konserwacji, tak jak myślał nikt się nią nie zajął, gdy leżał w malignie. Cały ranek zajęło mu konserwowanie olejem wszelkich skórzanych części oraz oczyszczanie kolczugi i płyt z nalotu rdzy.
W takiej sytuacji zawsze żałował, iż służba w zakonie nie pozostawiła mu czasu, aby znaleźć sobie giermka z odpowiedniej szlacheckiej rodziny, który by się zajmował jego rynsztunkiem.
Zbroja jego w wielu miejscach była powgniatana a nawet zdarzyło się jedno miejsce pod pachą gdzie płyta była przebita. Hełm nie nadawał się już do niczego, więc z żalem go wyrzucił, po co się obciążać zbędnym ciężarem.
Gdy już doczyścił z rdzy płyty przetarł je oliwa, aby zabezpieczyć przed rdzą, chociaż w niewielkim stopniu. Ze smutkiem stwierdził, iż herb jego rodziny jest wielu miejscach uszkodzony. Farba na wskutek ciosów odpadła i wydawał o się, iż kruk ma ranę na piersi.
Naostrzył jeszcze miecz, poczym ujął topór leżący. Jak zwykle, gdy się go ujęło żeleźce topora zapłonęło ogniem. Wiedział, iż nikt nie połaszczy się na ten oręż.

„Magiczna broń to tylko problem dla kmiotków, jeno szlachta imperialna może się nią posługiwać. Szlachcic zaś nie okrada innego szlachcica, honor by na to mu nie pozwolił.”
Pomyślał uśmiechając się. Chociaż jego ciało protestował każdym nerwem wdział zbroję i zarzucił na plecy płaszcz z dzikiego kota, który spiął z przodu srebrną zapinką w kształcie komety.

Ostrożnie wsunął topór do specjalnej pletli ze stalowej plecionki również wykonanej przez krasnoludy. Gdy tylko początek trzonka topora znalazł się w pętli ogień zgasł.

Poczym zszedł na dół do izby wspólnej.

***

Była tam już większość szwadronu. Na widok kobiet skrzywił się. Nigdy nie przepadał za pomysłem, aby służył one w wojsku. Alexandra ta twardsza w końcu zasłużyła sobie na niejaki szacunek, lecz młodsza powinna pozostać w domu. Przez jej obecność morale szwadronu podupadało.
W końcu wysłał go tu sam Elektor, więc powinienem jakoś przeciwdziałać temu, lecz rotmistrz nie słuchał słów mądrości głuchy na wszelkie racje.
Na szczęście niejakie wsparcie otrzymał od Nataniela, Sigmaryckiego kapłana oraz od kilku wyznawców Urlyka pochodzących z Middenheim.

W końcu nadszedł czas głosowania. Wtedy to Rycerz Panter wstał i przezwyciężając ból przemówił.

- Nie chciałeś słuchać rad, których ci udzielałem rotmistrzu a teraz wzywasz do głosowania.
Tak jak mówiłem wcześniej, tak mówię i teraz, trzeba było nam iść za wojskiem ścigającym plugastwo. Łupy, sławę i wdzięczność Imperatora oraz Elektorów można było tam zdobyć. Powiodłeś nas z powrotem na zgubę. Waśnie pomiędzy oddziałami najemników tylko przyczyniły się do utraty większości szwadronu. Mówię tedy abyśmy oddziału nie rozwiązywali. Tu w Middeheim z pewnością się przysłużymy a i złota Elektor skąpić nie będzie.


Po tych słowach usiadł zastanawiając się cóż też inni powiedzą.
 
__________________
Choć kroczę doliną Śmierci, Zła się nie ulęknę.
Ktokolwiek walczy z potworami, powinien uważać, by sam nie stał się potworem.
gg 643974
Cedryk vel Dumaeg czasami z dopiskiem 1975

Ostatnio edytowane przez Cedryk : 24-09-2008 o 06:43.
Cedryk jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 19:22.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172