Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 05-03-2009, 11:36   #1
Banned
 
Faktoria "4 mila"

Faktoria 4 mila 16 Kaldezaita 2516 poranek

Gruby Kurt podziękował wszystkim bogom (a Sigmarowi w szczególności) bo dzień zapowiadał pięknie.
Raz, bo mimo początków zimy słoneczko grzało jeszcze wcale mocno, a dwa jak na te porę roku spodziewał się więcej gości niż zeszłego sezonu.





Odłożył na bok gliniany kufel, który pucował i sięgnął po wiszący za jego plecami pęk kluczy. Postanowił dziś być miłosierny i wypuścić z paki (normalnie pełniącej obowiązki chlewika) wczorajszego rozrabiakę.
Przyjedzie taki nie wiadomo skąd, jedzie nie wiadomo gdzie a rozrabia jak pijany goblin - dumał. Choć z drugiej strony, gdybym usłyszał taką cenę za marna szkapę jakiej zażądał od niego Paul też bym się wściekł.
Przypominając sobie jak przyjezdny (jak on się zwał - chyba Heizenberg) podbił chytremu handlarzowi oko i rozkwasił kartoflowaty nos aż klepnął się po udzie z radości.
Dobrze tak temu zdziercy.
No fakt trzeba, było przyjezdnego potem zamknąć w chlewiku, no może troszkę tu i ówdzie nabił sobie parę sińców uderzając się o różne przedmioty, ale za to Kurt dopilnował by nic mu nie ukradziono i nawet przyniósł kolację (znaczy resztki co zostały po innych) wieczorem.

Otworzył kluczem kłódkę (nie by nie wierzył gościom gospody by mieli jakieś niecne zamiary wobec jego świnek - nie, ot lubił spać spokojnie i tyle) i stanął w progu.
- Hej ty ! Wyłaz !

Ze słomy podniósł się wysoki człowiek o czarnych włosach.
- Wolny jesteś. Twoje rzeczy są pokoju oznaczonym okrętem - bowiem drzwi pokoi jego karczmy oprócz numerów miały także symbole (sztuka czytania bowiem wśród przybyszy ciągnących do "4 mili" nie była tu ani specjalnie popularna, ani też ceniona)
- Nic ci nie ukradziono, a piwo możesz wypić u mnie. Jedno na koszt firmy - szepnął konfidencjonalnie i mrugnął okiem - to za rozkwaszony nos Paula - zachichotał.




Przeciętni goście
w karczmie



Kurt Flucher zszedł powoli po schodach z pięterka gdzie był jego pokój zginając i prostując lewa dłoń.
Uszkodził ja sobie lekko wczoraj na łbie jakiegoś pijanego drwala. Wielki drab złapał niziołka obiecując wypruć mu wszystkie flaki i nazywając oszustem. Mały darł się co prawda, że to nieprawda, że kości są w porządku, ale...
Kurta niewiele to co prawda obchodziło, ale gdy olbrzym biorąc zamach popchnął go rozlewając mu przy tym jego piwo nie mógł nie zareagować.

Wybrał środek najprostszy, odwrócił się z pustym kuflem w ręce i palnął nim drwala w pusty łeb. Może był on i pusty ale chyba drab miał górskiego trolla wśród przodków i Flucher z niesmakiem zgiął znowu palce.
- Panie Flucher - zawołał od stołu Dankan - szanowny panie ! Proszę przysiąść się do mnie. Winienem jestem podziękowanie, no i poczęstunek - szerokim gestem wskazał stół z ze stojąca na nim misa jajecznicy i dzbanem piwa.

Niziołek miał za co dziękować bogom, bowiem widząc jak olbrzymie chłopisko bierze zamach mając zamiar ciosem potężnej pieści urwać mu głowę widział się już martwym.
I to zginąłby za niewinność, wcale bowiem nie oszukiwał. Bo czy można nazwać oszustwem chęć dopomożenia Losowi. Taką małą, niewielką chęć tylko ?
Zresztą jak miał tu zostać na zimę (a mogło tak się stać) dobrze jest mieć w karczmie sojusznika. Dlatego zdecydował się na postawienie człowiekowi śniadania.
Ciekawą postacią wśród gości była tez ta Lizzie. Coś w jej zachowaniu wskazywało niziołkowi, ze hmmm mogą mieć podobne hobby.


Ekhard Weber wstał dziś wcześnie i właśnie śniadał, chciał bowiem w spokoju przemyśleć swoje położenie.
Jego grupa odeszła już z faktorii i nie za bardzo wiedział co ze sobą zrobić. Przybył tu wczoraj z jakimś krasnoludem który powtarzał co chwila "w rzyci cie mam" tak, ze nawet nie zapamiętał dobrze jego imienia.
Chyba Snogar.
Krasnolud jak na krasnoluda mówił dość dużo a to co mówił dotyczylo głownie jednej kwestii.

Tajemniczego skarbu Fregara.

Proponował zresztą wiosna wspólna wyprawę w góry w celu jego odnalezienia utrzymując, ze handlem zajmuje się tylko chwilowo i dorywczo dopóki w ręce nie wpadnie ów tajemniczy skarb.
Zaproponował nawet Weberowi "aż" 30 % łupu (mocno jednak przy tym się krzywiąc), czym setnie mężczyznę rozbawił.
Popatrzył po gościach karczmy i musiał przyznać, że tworzą ciekawą gromadkę.
Nieopodal plecami do niego jadła śniadanie młoda kobieta.
Ekhard
zastanowił się co ktoś taki jak ona mogla tu robić ? Ta jakby czując jego wzrok odwróciła się i popatrzyła mu w oczy.


Francesca Lombardi musiała przyznać, że od wczoraj jej sytuacja mocno się skomplikowała.
Przybyło tu parę osób i kilka z nich zaniepokoiło ją. Ot choćby ta dziewczyna mówiąca z silnym tileańskim akcentem.
Kim naprawdę była ?
Poszukiwaczką mitycznego skarbu krasnoluda Fregara ukrytego gdzieś w górach, jak utrzymywała, czy kimś innym ?

Albo ten przybyły wczoraj wysoki blondyn z jakimś znakiem wiszącym mu srebrnym łańcuszku. Następny wędrowiec ?

Albo ten drugi w średnim wieku z naderwanym uchem. Francesce bez trudu udało się poznać, ze jego maniery zdradzają kogoś innego niż tylko pospolitego włóczęgę.

Poczuła na swych plecach czyjś wzrok.
Odwróciła się i spojrzała prosto w twarz lekko uśmiechającego się blondyna o którym właśnie przed chwila myślała.


Josef Hulbringen wszedł do sali zamyślony.
Prawdę mówiąc zupełnie nie wiedział o co mogło chodzić jego ojcu.
Przybył tu kierowany przeczuciem i od wczoraj nasłuchał się więcej o tajemniczym skarbie, czy tez grobowcu, niż podczas całej drogi tutaj.

Jakieś zamieszanie wyrwało go z zdumy.
To gruby Kurt wprowadził przez zaplecze wczorajszego rozrabiakę, choć trzeba przyznać, ze gdy Josef wysłuchał całej historii o "pobiciu" handlarza nie mógł czuć do niego odrobiny sympatii.
Za tak paskarską cenę można było nabyć porządnego wierzchowca, a nie licha szkapinę.
Widział jak karczmarz podaje mężczyźnie śniadanie i kufel piwa. Stanął obok niego przy szynkwasie.
- Co podać ? Mamy jajecznice na boczku, polewkę piwna kraszona serem, kiełbasę na gorąco no piwo oczywiście. Dwa gatunki - pochwalił się - ostmarckie mocne i riddersburskiego drwala.
Josef już otwierał usta by odpowiedzieć...


Lizzie dostrzegła dwóch stojących przy barze mężczyzn, ale nie zważała na nich.
- Ostmarckie i jajecznicę !
- Słyszeli panowie o skarbie Fregara ? Na pewno ! Przecież wszyscy o nim słyszeli. Wy też go szukacie ?
No i do kogo tu się dosiąść. Nie lubię sama jeść. -
zmieniła temat.Faktoria "4 mila" zaskoczyła ja mile.
Przypuszczała, ze spotka tu samych zarośniętych, śmierdzących piwem drwali i poszukiwaczy skarbów, a tu proszę jaka niespodzianka. Towarzystwo ciekawe, nie można powiedzieć, do tego tajemniczy skarb.
No i nie można jeszcze zapomnieć o tym niziołku Dankanie.
Coś jej mówiło, ze mogą mieć o wiele więcej wspólnego niż można by sądzić na pierwszy rzut oka. No i miała tu rodaczkę przecież.
Ta dziewczyna musiała, po prostu musiała być Tileanką. Lizzie wiedziała to jak ta wymówiła kilka pierwszych słów.
Ale wczoraj tyle się działo, ze nie było nawet kiedy porozmawiać.


Karawana Groba wjeżdżała w szerokie siodło górskie za którym w odległości już tylko kilku godzin była "4 mila"
Krasnolud poprawił się w siodle swego kuca i spojrzał z duma na swe wozy. Było ich osiem i każdy załadowany aż kopiato towarem. Zarobek godny Groba - pomyślał z duma.
Miał tyluż woźniców, tyluż ludzi ochrony i niziołka kucharza i całkiem dobrego procarza.
Właściwie to byli już na progu domu, ale coś podpowiadało mu, żeby nie dać ani na chwile zwieść się pozornemu spokojowi.
Doświadczenie, przeczucie, czy może się starość ?

Gobosy co prawda omijały te zapadłą i zapomniana przez bogów dolinę ale...
- Yuri sprawdź te skały za wjazdem. Tak dla świętego spokoju, a nuż coś tam się czai...

- Ogry -
spytał z przejęciem niziołek Hugo wymachując wojowniczo swa procą - tam mogą być ogry... ?
- Raczej nie -
z uśmiechem odpowiedzieli mężczyźni, znali bowiem już wszyscy opowiadaną chyba sto razy historię ślubowania malucha.
- Chociaż - chrząknął Grob i mrugnął okiem do rajtara - może jakiś tam się zaplatał. Jak myślisz Yuri

Potężny mężczyzna skinął głową.
Rożne koleje losu rzuciły go teraz tu, na granice Ostmarku, ale prawdę mówiąc nie mógł narzekać. Krasnolud był uczciwy, faktoria w jego opowieściach wydawała się dobrym miejscem gdzie można przezimować, siedząc przy ogniu i słuchając opowieści wędrowców jacy przybędą tam przed zima.

Aha no i jeszcze sławny skarb Fregara, o którym każdej nocy toczyły się spory i dyskusje.
- Może jakiś ogr się czaić - przytaknął z udawana powaga - lepiej to sprawdzić...





Wjazd do doliny gdzie leży "4 mila"


- Co wy jeta białoskórce ?
- Myyy ? Nic.

- Jak nic, jak widze że jeta ?
- A to ??? To mieso.
- To widze spiczastouchu ale jakie mieso ? Skad mata ?
- Nooo mamy...
- Zaraz, zaraz, a gdzie Ratgasch ? Jeta Ratgascha ???
- No wie pan sierdżancie ??? -
obruszyły sie trzy wartujace orki - przeca on od nas. Od jezd jeden nas "Chopcow Mamy".
- To co jeta ???
- Tego... no jak mu było ??? -
zwrócił się kompanów najbardziej brudny z trójki - Lugasch ???
- Ta Lugasch. Ale on jezd od Maggota -
dodał wyjasniajaco drugi.
- I jak go znalezlismy był martwy - pospieszył z wyjasnieniem trzeci.
- Krzyczał ze spi, ale kłamol.
- Ono wszyscy kłamiom.
- I czasem myją !!!
Zawisła pełna niedowierzania cisza. Sierdżant wyraznie pierwszy odzyskał równowagę ducha.
- I wy to jeta ??? Można miec od tego niezdrożnożd !!!
- No wie pan sierdżancie ??? My go zamerynuwowali wczesniej. Godzine.
- Gdzie ???
- Ło tam -
najwiekszy z trojki wskazał na kałużę ohydnego błota.
- A to w porzyndku, jedzta. Aha i zostawta mi noga - sierżant aż mlasnął na sama myśl o dodatku do codziennej racji.
- Aha - odwrócił się jeszcze - i pilnujta tego wjazdu do doliny. Mogom tendy białoskórce, albo kurduple jechać - na myśl o potrawce z samic białokorców z brukwią sierżant poczuł jak burczy mu w żołądku
- Pilnujta dobrze.


 

Ostatnio edytowane przez Arango : 06-03-2009 o 08:03.
Arango jest offline  
Stary 05-03-2009, 19:40   #2
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Gospoda nie przedstawiała sobą nic specjalnego.
Przez okna, których pewnie od chwili zbudowania gospody nikt nie raczył umyć, promienie słońca przebijały się z trudem.
Najważniejszy element wystroju, długi szynkwas, obity był ocynkowaną, poplamioną tu i ówdzie, blachą. Wiszące za nim na ścianie rzędy półek wbrew tradycjom świeciły pustkami, jeśli nie liczyć paru kufli i dwóch oliwnych lamp. Widocznie nikomu nie opłacało się wozić tu butelek.
Na szynkwasie, tuż przy ścianie, stał, wyraźnie gryzący się z otoczeniem, samotny, nieco podeschnięty kwiatek.
Resztę sali zajmowało kilka stołów ponadgryzanych zębem czasu i ostrzami noży klientów. Stołki, ławy i krzesła, z których dwa straciły oparcia nie wiedzieć kiedy, nie ustępowały wiekiem i stanem 'zdrowia' wspomnianym wcześniej stołom.
Podłoga z kiepsko heblowanych desek miotłę widziała pewnie tydzień temu.
Schody wiodące na piętro straciły fragment poręczy. Ubytek został naprawiony dużo jaśniejszym kawałkiem drewna.
Na zbudowanym z polnych kamieni kominku można było chyba upiec całego świniaka. W tej chwili wesoło płonęły tam grube polana, od czasu do czasu pryskające iskrami i rozsiewające przyjemne ciepło.
Z drzwi prowadzących najwyraźniej do kuchni płynęły całkiem smakowite zapachy...

Ekhard Weber siedział przy jednym ze stołów. Przed nim stała miska zawierająca wspomnienie po jajecznicy na boczku oraz pusty kufel.
Spokojna mina nie zdradzała nurtującego go niepokoju.
Szanse na powrót do tak zwanej cywilizacji znacznie zmalały. Spędzić zimę w takim miejscu? Oj, raczej nie było to zbyt ciekawe.
Co miał tu robić? Czekać, aż w sakiewce ukaże się dno? W gospodzie czekałoby go to po kilku dniach. Skorzystać z zaproszenia tego całego "W rzyci cię mam" Snogara?
Jak na razie Ekhard nie był zainteresowany szukaniem mitycznego skarbu. Jeden niedawno znalazł wraz kompanami. I guzik z tego wszyscy mieli.
Jeśli chodziło o ten sam skarb, to mógł tam wszystkich zaprowadzić. W zamian za pewną rekompensatę związaną ze stratą jego czasu. W żadnym wypadku za procent. Dawno temu nauczył się, że dowolny procent od zera daje zero.
Chociaż może akurat chodzi o inne miejsce. Ktoś wspomniał o grobowcu...

Rozejrzał się dokoła.
Niziołek, jeden z bohaterów wczorajszej awantury, jak on tam miał na imię... Dankan... przywoływał właśnie do stołu swego wybawiciela. Ciekawe - chciał dziękować Kurtowi, czy też zapewnić sobie wsparcie na przyszłość...
Osobiście nie przepadał za kanciarzami, ale ich tolerował... dopóki nie usiłowali dobrać się do jego sakiewki.
Przeniósł wzrok na kobietę zamawiającą jedzenie. Bez wątpienia mieli akurat taki sam gust, jeśli chodzi o potrawy. I, sądząc z jej słów, ona również interesowała się skarbem. Chociaż słowo 'również' pewnie było nieco przesadzone... Jak na razie skarb Fregara niewiele go interesował.

Spojrzał na odwróconą do niego plecami kolejną kobietę. Długowłosą brunetkę o lekko kręcących się włosach.
Gdyby w tej całej faktorii było więcej interesujących pań, może nawet warto by było spędzić tu zimę. I nastawić się na to poszukiwanie... Zaliczka plus udział w zyskach...


Kobieta, której akurat się przyglądał odwróciła się nagle, spoglądając w jego stronę.
Ekhard przywołał na usta uprzejmy uśmiech, a potem uniósł się lekko i ukłonił.
Cóż. Nie da się ukryć, że lubił niebieskookie brunetki. Zdecydowanie bardziej, niż rude, przez które ciągle popadał w rożne tarapaty, w dodatku zwykle wbrew swej woli.

Po chwili Ekhard wstał i ruszył w stronę szynkwasu.
Teraz można było mu się przyjrzeć dokładniej. Był wysoki i dość szczupły. Długie, ciemno blond włosy, choć czyste, dość dawno nie widziały fryzjera.
Jak na w miarę spokojną gospodę Ekhard był może przesadnie uzbrojony. Zbroja kolcza, miecz, lewak...
Przechodząc obok stołu, przy który siedziała brunetka, zatrzymał się na moment.

- Ekhard Weber - przedstawił się. - Przepraszam, za to natrętne przyglądanie się.

Uśmiechnął się jeszcze raz.
 
Kerm jest offline  
Stary 05-03-2009, 22:14   #3
 
blaz11's Avatar
 
Dankan gdy kupował śniadanie wydawał swoje prawie ostatnie pieniądze. Jednak było to prawdopodobnie najbardziej oddalone miejsce do jakiego niziołek mógłby dotrzeć… Tutaj nie powinni go znaleść, dlatego powinien zadbać o dobry kontakt z ludźmi w tej Faktorii. Gdy postawił na stole przy ścianie dzban piwa i jajecznica Kurt Flahert właśnie wchodził do Sali. Niziołek pomachał ręką i powiedział :
- Panie Flucher ,szanowny panie ! Proszę przysiąść się do mnie. Winienem jestem podziękowanie, no i poczęstunek. - I szerokim gestem wskazał stół z ze stojąca na nim misa jajecznicy i dzbanem piwa.
Kiedy człowiek podchodził do stołu pomacał w swojej kieszeni w poszukiwaniu pieniędzy… -Nie wiele, gdyż tylko 1 srebrnik… Trzeba będzie „dorobić” na przejezdnych. Ta kobieta… Lizzie, z nią też trzeba się zapoznać. Wygląda na kobietę w „fachu”. Gdzie ona teraz siedzi… A! Jest, siedzi tam przy stoliku zupełnie sama, i w dodatku patrzy się na tych mężczyzn przy ladzie… Trzeba z nią porozmawiać nie wiem jak daleko jest posunięta w pracy ale będziemy musielieli zachować ostrożność przy naszym „hobby” bo jeśli nas wywalą z osady mam przerąbane…- pomyślał Dankan.
Zimny wiatr zawiał gdy do gospody wszedł jakiś mężczyzna ubrany w skóry zwierząt z włócznią na plecach i mieczem w pochwie. Podszedł do karczmarza i zaczął z nim o czymś rozmawiać, niziołek choć chciał podejść i podsłuchać co w trawie piszczy musiał się powstrzymać gdyż właśnie do stołu podszedł Kurt.
- Ahh! Szanowny panie! Proszę usiąść i jeść ile pan potrzebuje. Dankan wstał i poszedł do Kurta spojrzał się na niego z dołu i powiedział: - Gdyby nie pan ten bandyta pewnie zatłukł by mnie, bardzo dziękuję za pomoc. Proszę się nie krępować i częstować! Ten pan najwyraźniej nie umie przegrywać i chciał mnie okraść! Też mi rzeczy, w innych częściach Imperium byłoby to nie do pomyślenia.
Powiedziawszy to usiadł i poczekał aż Flucher nałoży sobie jedzenie i naleje piwa i sam wlał sobie trochę piwa i nałożył trochę jajecznicy. Skoro musi już tutaj zostać na zimę przynajmniej musi mieć jakiś kolegów, bo inaczej krucho z nim będzie. Obejrzał się pod stół, jego worek nadal tam był. Co za szczęście pomyślał. Spojrzał na jajecznice, nic specjalnego a szkoda... -Może dostane tutaj coś smacznego i sobie to sam ugotuje bo co tutaj dają to obraża wręcz moje imię!- pomyślał dla niziołka
- Wie pan pochodzę z Nuln i pracowałem tam jako kucharz i grywaliśmy tam od czasu do czasu w jakieś gry i nigdy z czymś takim się nie spotkałem! Ale zawsze ktoś się znajdzie…
 

Ostatnio edytowane przez blaz11 : 06-03-2009 o 08:47.
blaz11 jest offline  
Stary 05-03-2009, 22:41   #4
 
Penny's Avatar
 
Francesca w zamyśleniu grzebała w swojej misce. Nie była już głodna, ale nie potrafiła się zmusić do tego by opuścić ciepłą gospodę. Wciąż nie potrafiła się przyzwyczaić do wilgotnego i zimnego klimatu tej części Imperium. Sama myśl o tym, że mogłaby wyjść teraz na dwór sprawiała, że zaczynała szczękać zębami. Zresztą, w tej zabitej deskami dziurze i tak nie miałaby co robić. W myślach przeklinała dzień, w którym postanowiła tutaj przyjechać. Jej fundusze kurczyły się z każdym dniem, a jeśli chciała zostać tu dłużej powinna mieć o wiele cięższą sakiewkę, więc musiała rozejrzeć się za jakimś zarobkiem albo osłem, który ją utrzyma, choć uparcie sobie wmawiała, że posunie się do tego tylko w akcie desperacji.

Szczerze mówiąc, zaczynała żałować, że opuściła południe. Tęskniła za gorącym słońcem Tilei, znajomą mową oraz znanymi obyczajami. Ludzie w Imperium byli zupełnie inni od jej rodaków, często czuła się przy nich dziwnie skrępowana, choć nie należała do osób nieśmiałych. Tęskniła za przestronnymi i jasnymi gospodami, z której każda miała własny niepowtarzalny klimat, gdzie nie musiała się obawiać, że w jej sienniku nagle coś zacznie się ruszać albo z obrzydzeniem stwierdzi, że jajecznica, którą zamówiła, jest zimna albo mdła.

Nie mogła jednak narzekać – gospoda w faktorii miała swoje wady, ale miała też zalety. Główną jej wadą było na pewno lekkie niechlujstwo karczmarza oraz duszne, ciemne wnętrze. Nie czuła się zbyt komfortowo. Jedną z zalet była niezgorsza kuchnia. Była też ośrodkiem wszystkich ciekawych wydarzeń, co było jej niezwykle na rękę. To właśnie tutaj docierali wszyscy przybysze.

Właśnie. „Ci nowi”, jak nazywała ich w myślach, wzbudzali jej niepokój. Szczególnie ta kobieta, najprawdopodobniej jej rodaczka, o ile uszy jej nie myliły… Czego ona tu szukała? Czy była tym za kogo się podaje, a może kimś zupełnie innym? Nie była pewna prawdziwości jej słów…

Albo ten jegomość z naderwanym uchem. Francesca przyglądała mu się cały wczorajszy wieczór i jej czujnym oczom nie umknął fakt, że jego wizerunek pospolitego włóczęgi mocno kontrastuje z dobrymi manierami.

I wreszcie wysoki blondyn, na którego szyi zauważyła srebrny łańcuszek z zawieszonym na nim jakimś znakiem. Kolejny wędrowiec? Nie wydawało jej się. A może to kolejny poszukiwacz krasnoludzkiego skarbu? Być może. Zdążyła już zauważyć, że wiele osób interesowało się tym. Może i ona powinna?

Gwałtownym gestem odsunęła od siebie miskę z niedokończonym posiłkiem i wyprostowała się w krześle. Pomimo, że wzrok utkwiony miała w blacie stołu to starała się wychwycić w tym szumie rozmów jakieś ciekawe informacje…

Nagle poczuła na swoich plecach czyjś wzrok. Odwróciła się, niby to odgarniając długie włosy z ramion. Spojrzała prosto w oczy owego blondyna, o którym przed chwilą myślała. Mężczyzna uśmiechnął się do niej uprzejmie i, ku jej lekkiej konsternacji, uniósł się lekko, po czym ukłonił. Skinęła mu lekko głową, po czym odwróciła się powoli, przeczesując palcami lekko poskręcane włosy.

Przez kilka chwil siedziała wpatrując się w płonący na kominku ogień. Nadchodząca zima sprawiała, że marzyła o tym, by znaleźć się w ojczystym kraju, gdzie zimy były łagodne i o wiele cieplejsze niż późna jesień tutaj. Pozwoliła swoim myślą odpłynąć do domu w Tilei i nawet nie zorientowała się kiedy ktoś do niej podszedł. Na dźwięk obcego głosu uniosła głowę, a w jej niebieskich oczach ukrytych za długimi rzęsami pozostały resztki chwilowego rozmarzenia. Ale po chwili wróciła do rzeczywistości i lekko zmarszczyła łagodne łuki brwi. Miała przed sobą owego wysokiego blondyna, o którym myślała kilka chwil wcześniej. Przez kilka chwil milczenia przyglądała mu się uważnie, jakby oceniając go, po czym uśmiechnęła się ciepło.

- Dobrze, że ograniczył się pan tylko do natrętnego przyglądania się – odpowiedziała w końcu. W jej głosie słychać było mocny tileański akcent. – Jednak nie będę kłamać, że mi to nie pochlebiło, gdyż tak było w istocie. Jestem Francesca Lombardi. Miło mi pana poznać, panie Weber.

Odrzuciła włosy na plecy odsłaniając przy okazji szyję i nieśmiały dekolt koszuli, której jasnobrązowy kolor podkreślał jej ciemną karnację. Uśmiechnęła się do niego, przekrzywiając lekko głowę.

Cóż, trzeba znaleźć sobie jakąś rozrywkę - pomyślała, obserwując uważnie Ekharda. - A może dowiem się czegoś ciekawego?
 
__________________
Nie rozmieniam się na drobne ;)

Ostatnio edytowane przez Penny : 06-03-2009 o 12:25. Powód: Mała korekta interpunkcyjno-graficzna ;)
Penny jest offline  
Stary 05-03-2009, 22:50   #5
 
DrHyde's Avatar
 

Josef nie spodziewał się salonowego wystroju i służby. Rozejrzał się po pomieszczeniu naprędce lustrując gości. Dzięki Ulrykowi nie dostrzegł go tutaj. Jednak „elita” jaka gościła w przybytku, wcale nie napawała go optymizmem. Po ostatnich nowinach jakie doszły do niego w Rundespitze nie miał ochoty na rozmowy i zabawę, co w jego przypadku było bynajmniej dziwne…

Z zadumy dość szybko wyrwał go gospodarz przybytku zwany Grubym Kurtem. Po przyjeździe w tą zapomnianą przez Bogów dziurę, miejscowi skierowali go tutaj. Josef chciał odpocząć. Miał już dość podróży i kłopotów jakie ciągnęły się od jakiegoś czasu.

- Co podać ? Mamy jajecznice na boczku, polewkę piwna kraszona serem, kiełbasę na gorąco no piwo oczywiście. Dwa gatunki - pochwalił się Kurt - ostmarckie mocne i riddersburskiego drwala.

Huldbringen już miał odpowiedzieć, gdy kobieta obok wyrwała się z okrzykiem „Ostmarckie i jajecznicę!”. Herszt baba – pomyślał. Z uśmiechem na twarzy spojrzał na gospodarza, po czym odwrócił głowę do mężczyzny obok. Chciał rzucić cięty komentarz do wczorajszych wydarzeń w jakie wpakował się „rozrabiaka”, ale w rezultacie doszedł do wniosku, że nie ma co pakować nosa w nie swoje sprawy. Bynajmniej nie od razu. Kobieta bez krępacji podjęła temat niby w pustkę, ale jednak zagadując najbliższe osoby – czyli Josefa i nieznajomego.

- Słyszeli panowie o skarbie Fregara ? Na pewno ! Przecież wszyscy o nim słyszeli. Wy też go szukacie ? No i do kogo tu się dosiąść. Nie lubię sama jeść.

Po prawdzie Josef miał teraz większe problemy i cele o istotniejszych priorytetach niż skarb, ale jednak kusiła go wiedza na ten temat. Dał jednak kobiecie czekać, zagadując wpierw Kurta.

- Gospodarzu nalej mi naprędce Drwala w dzban, bo gardło spragnione i polewkę piwną kraszoną serem. Jak macie tu smalec, to uszykuj kilka pajd chleba ze smalcem właśnie. Zabawię tu nieco, więc i złota nie poskąpię za dobrą obsługę. – Zwrócił wzrok w kierunku kobiety. – Towarzystwo tak pięknej kobiety będzie dla mnie niemałym zaszczytem. Proponuję zasiąść… O! Przy tamtej ławie. Ach! Gdzież moje maniery. Jestem Josef Huldbringen. – Uderzył ostrzem wielkiego półtoraka o podłogę, mocno zaciskając dłoń na rękojeści. – To ostrze nie jedno, a wiele starć w Kislevie widziało. Chaos tępiło niczym ręka Boga. Co do skarbu, to zasłyszałem wczoraj nieco, ale nie szukam go i nie wiele wiem. Z chęcią jednak posłucham. – Wykonał gest dłonią w kierunku stolika. – Herr rozrabiaka również może zasiąść z nami dla towarzystwa. Gospodarzu… Piwo dla wszystkich! Z mej sakwy płacę!
 
DrHyde jest offline  
Stary 06-03-2009, 16:20   #6
 
Gob1in's Avatar
 

Od czasu, kiedy przed świtem poprzedniego dnia wyjechali z ostatniej ludzkiej osady, której nazwy nawet nie pamiętał (i nie wiedział, czy w ogóle jakąś miała), Hugo przesiedział, czy też przeleżał na jednym z wozów Groba.
Po pierwsze dlatego, że mimo spokojnego tempa karawany uznał, że szkoda męczyć nóg, na co wybitnie wpływało kamieniste podłoże. No, ale w końcu byli w górach.
Po drugie dlatego, że Grob, krasnoludzki właściciel wozów, na których jechali, zwyczajnie kazał mu tam siedzieć, na co reszta osiłków najętych do ochrony przytaknęła z gromkim okrzykiem i w niewybredny, aczkolwiek sugestywny sposób pokazała mu, co z nim zrobią, gdy nie posłucha i zlezie stamtąd.

Niezrażony niziołek przez cały wczorajszy dzień próbował, jak to miał w zwyczaju, zagadywać do kręcących się najemników, jednak ci po jakimś czasie zaczęli unikać zbliżania się do wozu, marudząc coś o "zagadaniu na śmierć" i takich tam. Na domiar złego, krasnoludzki woźnica z wozu, na którym jechał Hugo, wydawał się kompletnie głuchy.

- Ale nuuudyy... - stwierdził, ziewając rozdzierająco. Nawet pałaszowanie prowiantu, który podrzucali mu pozostali chyba tylko po to, by zajął czymś usta, nie sprawiało mu takiej przyjemności, jak zwykle. W końcu kto lubi jeść sam?
Nagle wpadł na pomysł - Może umilę im drogę śpiewem i muzyką?
W odpowiedzi usłyszał pełen rozpaczy jęk woźnicy z wozu jadącym jako następny w szyku.
Nieugięty Hugo ze swojego przepastnego worka-plecaka-torby (w zasadzie trudno było określić co to, ale jedno było widać na pierwszy rzut oka - miało nieograniczoną pojemność, zupełnie jak damska torebka), wygrzebał ustną harmonijkę i przedmuchując ją nieco, wydał kilka piskliwych dźwięków.
- Litości!... - tym razem dobiegło gdzieś dalej, z tyłu karawany.
W mroźne, czyste górskie powietrze wzbił się pełen fałszywych nut głos halflinga.

Posłam ja se, posłam, posłam do młynaza!
Brudas był i bałwan - wysłam za... - przerwał na chwilę szukajac rymu - ... aptekaza!
Hej!

* * *

Następnego dnia, po całonocnym obozowaniu, kiedy Hugo zajęty był gotowaniem dla niemalże dwudziestu wygłodniałych gąb, Grob widać zapomniał o areszcie dla uciążliwego nizioła, z czego ten skwapliwie skorzystał, kręcąc się wszystkim pod nogami, zadając mnóstwo durnych pytań i komentując bez powodu.

Dojeżdzali właśnie do wjazdu w dolinę, gdzie według słów Groba leżała faktoria "4 Mila", gdzie mieli spotkać się wszyscy czterej niziołkowie z bandy Hugo, siejącej postrach na styku Krainy Zgromadzenia i Sylvanii wśród okolicznych przedstawicieli ptasiego gatunku i ojców dojrzewających córek.

Dlaczego właśnie tam? A z powodu nadmiernej ilości chmielowych szyszek doprawionych korzenną przyprawą, które za sprawą świeżo uwarzonego piwa zamąciły w głowach dzielnym, choć niedużym wzrostem, zuchom. Właśnie wtedy, podczas tęgiej popijawy w rodzinnej wiosce Hugo, zwanej po prostu Domem, jeden z nich, Marco, na chybił-trafił wskazał paluchem miejsce następnego spotkania na rozłożonej na stole mapie wschodniej części Imperium. Tym miejscem okazał się malutki punkcik, opisany niewyraźnym pismem jakiegoś podróżnika jako "4 Mila" (pierwotnie było 8 Mila, ale skreślono 8 i dopisano bazgroł od biedy wyglądający jak 4). Więc ruszyli w świat, każdy obierając inną drogę, z powodu mnóstwa spraw do załatwienia tu i ówdzie.

Problemem, który jednak tylko przez chwilę zaprzątał głowę dzielnego malca był fakt, że kompletnie zapomnieli uzgodnić, kiedy mają się tam spotkać.
- Skoro nie ustaliliśmy terminu, to przynajmniej nikt się nie spóźni... - rzekł wtedy do siebie , jak zwykle przejawiajac niepoprawny optymizm i kompletną beztroskę. Cóż, taki właśnie był.

Dlatego teraz właśnie podróżował z karawaną mrukliwego Groba, który zgodził się zabrać Hugo do 4 Mili, w zamian za zapewnienie jadalnych posiłków dla całej grupy (za co miał sypnąć też trochę grosza). Wspomniał przy tym, że poprzedni kucharz karawany nie chciał, czy nie był w stanie kontynuować współpracy po tym, jak wszyscy podziękowali mu za aprowizację podczas ostatniej wyprawy, jednak nie zdradził więcej szczegółów.

- Franz! Patrz! Jaki wielki ptak. To chyba orzeł jest! - zawołał do najbliższego ochroniarza, wpatrując się wysoko w niebo, gdzie na tle górskich szczytów unosiła się sylwetka podniebnego drapieżnika.
- Wysoko - ocenił, całkowicie bez sensu zresztą - ale mógłbym go z procy sięgnąć - dodał, zezując na zagadniętego ludzia.
- Taa, jasne. A sam elficki król przyniesie ci go w zębach... - Franz dał się sprowokować do odezwania się do niziołka, mimo wcześniejszego zapewniania, że już nigdy w życiu tego nie zrobi. - To na co czekasz, mały?
- Nie chce mi się... - Hugo odparł niedbale, majtając nogami wystawionymi za burtę wozu.
- Ty... - człowiek zmełł resztę przekleństwa, przeklinając w myślach także siebie za to, że w ogóle gada z tym upierdliwym pokurczem.

Wtedy wyczulone na wszelkie ciekawostki ucho niziołka wychwyciło rozmowę Groba i Yuriego. Mówili o ograch!

- Ja chcę! Ja chcę! - wydarł się, zeskakując z wozu i podbiegając na czoło kolumny. To mogła być okazja, dla której w ogóle ruszył w świat! Kiedy ubije swojego pierwszego ogra, Esmeralda będzie zachwycona i rzuci mu się w ramiona (ramiona Hugo, nie ogra...)
- Ha! Nawet się rymuje - zatrzymał się w pół kroku. W końcu dotarł do kuca, na którym siedział Grob.

- Sie robi - rzucił do mężczyzn w odpowiedzi na propozycję zwiadu. Zmarszczył czoło, nastroszył brwi, zrobił groźną minę i przyczajony ruszył w stronę skały, za którą skręcał górski szlak, przystając i nasłuchując, niczym prawdziwy zwiadowiec, za jakiego się oczywiście uważał.
Po chwili jednak nastrój prysł niczym bańka mydlana i dalej niziołek zaczął wesoło skakać z kamienia na kamień, podśpiewując wesoło.
Gdyby przyszło mu do głowy obejrzeć się za siebie, zobaczył by Groba z rezygnacją kryjącego twarz w dłoni. Ale to akurat nie przyszło halflingowi do głowy. Skacząc niczym młody źrebak zniknął obsłudze karawany z oczu. Pozostawało im tylko czekać.

* * *

Zręcznie wspiął się na niewysoki pagórek porośnięty karłowatymi drzewkami, z którego, miał nadzieję, będzie mógł dojrzeć, co się znajduje po drugiej stronie przesmyku. I dostrzegł.
- Ogr... - szepnął z przejęciem, po czym potknął się i grzmotnął o ziemię.
- Ała... - syknął i rozmasował bolące kolano. Ponownie wyjrzał zza dużego głazu.

Na niedużej półce skalnej, nieco powyżej poziomu traktu, zauważył pozostałości niedbałego ogniska, teraz wygaszonego, i siedzące wokół sylwetki nie ogrów, lecz orków. Co nie zmieniało faktu, że dzięki swej brutalnej sile zawdzięczanej całkiem sporym gabarytom, były to niebezpieczne istoty.


Ale nie dla Hugo. W końcu ruszył w świat, by pokonać bestię i zdobyć serce boskiej Esmeraldy! I te trzy, przecież mniejsze od ogra, zielonoskóre... - pociągnął nosem i dodał - ...śmierdziele nie staną mu na drodze! Co to to nie - obiecał sobie.
Wziął głęboki oddech i wskoczył na głaz, wypinając klatkę piersiową i wyciągajac szyję, by wydać się większym, niż te swoje 136cm, co i tak było całkiem sporo na niziołka.

Jeden z siedzących na ziemi, muskularny ork ze złamanym kłem, zagadnął chrapliwie do towarzysza, wydychając z pyska chmurę pary.
- Pacz! Pokurcz! - wskazał paluchem przed siebie, drugim grzebiąc w tym czasie w nosie.
- Eee... - zwątpił zagadnięty - Za mały jezd...
- Może chory? - zapytał trzeci, przyłączając się do leniwej obserwacji.
Mały osobnik stojący na głazie zaczął im wygrażać pięścią, co nie robiło żadnego wrażenia na Chłopcach Mamy. W końcu pokazał im środkowy palec w międzyrasowym geście pozdrowienia.
- Bijemy? - zagaił ponownie ten ze złamanym kłem.
- Nawet na przekąskę nie starczy... - mruknął drugi, ostentacyjnie odwracając się od pajacującego malca.

Nagle w powietrzu rozległ się świst i od zbrojnego w kawał pordzewiałej blachy ramienia orka odbił się ciśnięty procą niziołka kamień.
- Osz ty... - wrzasnął oburzony, na co pozostali dwaj zareagowali chrapliwym rechotem. Rechot ucichł, jak nożem ucięty, gdy drugi kamień trafił swą ofiarę prosto w czoło. Trafiony wywrócił oczami i po chwili bezruchu padł na plecy w akompaniamencie brzęku metalowych części pancerza. Jego dwaj towarzysze ryknęli donośnie i zerwali się z ziemi.

Hugo widząc to, postanowił zrobić jedyną rozsądną w tej sytuacji rzecz i wycofać się na z góry upatrzone pozycje. Jednakże poplątał nóżki i ponownie wyrżnął o glebę. Tym razem dla swojego dobra (nie licząc rozbitego nosa), gdyż nad nim z wizgiem przeleciał wielgachny topór, by rozszczepić na dwoje rosnące nieopodal drzewko.
Niziołek pisnął i zerwał się na nogi, nie patrząc na biegnących za nim zielonoskórych.

* * *

Kuc drobił kopytami w miejscu. Siedzący w siodle Grob podniósł brew w zdumieniu. Zza zakrętu wybiegł Hugo, zaiwaniając, jakby go sam Nurgle gonił.
- Co do...? - jedynie tyle krasnolud zdołał powiedzieć, nim nizioł przebiegł obok stukając obuwiem o ostre kamienie górskiego traktu (tylko debil biegałby boso w górach...). Do starych uszu brodacza doszło "Spieeerdaaalaaaajcieeee!", czy coś w tym rodzaju.

Franz, widocznie ciągle zły na niziołka bezpardonowo chwycił go za kożuch i osadził w miejscu.
- Co jest, u diabła!? - wrzasnął na Hugo, podnosząc za kołnierz do góry.
- Zie... zie... zielo... - halfling dukał zasapany - ORKI! - wykrztusił w końcu.
Zresztą nie musiał.
Zza zakrętu wybiegła rycząca para zielonych sylwetek. Dwa zielone, mocno podkurzone kolosy, każde zbrojne w potężny topór lub maczugę. Na widok karawany nawet nie zwolniły. Wręcz przeciwnie - jakby przyśpieszyły kroku.


Orki były blisko. Już można było wyczuć smród nie mytych ciał i paskudną woń z ich ryczących, odznaczających się wystającymi kłami paszcz.
Nogi Hugo same zaczęły przebierać, chcąc uchronić właściciela od niechybnej śmierci z rąk tych zielonych maszyn do zabijania. Jednak Franz wciąż trzymał go w powietrzu, więc zamiar się nie powiódł. Niziołek zamknął oczy w oczekiwaniu, aż potężna noga stwora wdepcze go w ziemię. Nic takiego się nie stało.

Na znak dany przez Groba, krasnoludzcy woźnice wypalili salwę z garłaczy i kusz. Chmura metalowych odłamków i bełtów pomknęła w stronę szarżujących goblinoidów, jednego z nich praktycznie osadzając w miejscu. Drugi zrobił jeszcze kilka niepewnych kroków i padł, swoim ciężarem zagłębiając jeszcze bardziej i tak głęboko tkwiące bełty. Jeszcze gorejące żądzą zabijania ślepia zaszły krwawą mgłą.

Grob splunął na ziemię i powiedział:
- Trzeba to ścierwo usunąć ze ścieżki, bo wozy nie przejadą.

Hugo, który z radością otworzył oczy i cieszył się, że jednak wredny zielony paskud nie wdeptał go w ziemię, wykrzyknął.
- Tam jest jeszcze jeden! Powaliłem go kamieniem! - cieszył się jak dziecko.

Grob pomyślał, że w Grungnim nadzieja, że tylko jeden, a nie całe plemię.
- Trzeba ostrzec faktorię. W drogę! - krzyknął.
 
__________________
I used to be an adventurer like you, but then I took an arrow to the knee...
Gob1in jest offline  
Stary 06-03-2009, 23:50   #7
Banned
 
Lizzie odsłoniła swoje nienaturalnie białe ząbki w czarującym uśmiechu, jakim obdarowała Josefa.
- Umiecie panie kobietę słowem ucieszyć, nadzieję taką mam, że równie dobrze potraficie tak władać tym wielkim ostrzem. – odpowiedziała, śmiejąc się przy tym.
- A i ja się nie przedstawiłam, mówcie mi Lizzie.

Nie można było odmówić rudowłosej dzierlatce urody, mogłaby z powodzeniem uchodzić za elfkę, gdyby nie brak spiczastych uszu. Była jedynie trochę niska, mierzyła ledwo ponad półtorej metra, jednak to nie było zbyt wielką przeszkodą w jej życiu, a nawet zaletą. Miała nienaturalnie czystą cerę, a proporcje, jakimi się odznaczała stanowiły harmonię, cieszącą oko. Mimo, iż nie była szlachetnie urodzona, wdzięku, jakim eksponowała przy każdym swoim ruchu nie można było jej odmówić. Wydawało się, że tą grację miała we krwi. Podążyła z landsknechtem do stolika, dosiadł się do nich nawet ten facet, co go zamknęli w kozie za pobicie jakiegoś handlarza. Usiadła na końcu ławy, zakładając jedną nogę przywdzianą w smukłą, brunatną cholewę skórzanego buta na drugą i odwróciła się w stronę Josefa, odgarniając kaskadę rudych loków spływających jej po twarzy, i pozwalając mu nacieszyć się wzrokiem jej małym, acz kształtnym biustem, kiedy delikatnie poprawiała fałdy na jej skórzanej kurcie. Uśmiechnęła się, po czym przez dłuższą chwilę oglądała wystrój wnętrza.

Do Tileańskich tawern ta rudera nawet się nie umywała, jednak widywała w Imperium gorsze miejsca. W dodatku dzisiaj miała dobry humor, i chyba nic nie było w stanie go zepsuć. W końcu wczoraj tyle się działo… A już się martwiła, że sobie nie poradzi, a tu hyc, wpadło jej kilka koron do sakiewki. Jej uwagę przykuł niziołek Dankan, choć nie dała po sobie tego poznać. Lizzie miała dar rozpoznawania ludzi w swoim fachu. Doskonale widziała, z jaką zręcznością ten halfling operował palcami, i bynajmniej nie nabył jej w kuchni. Takich ludzi, spod ciemnej gwiazdy, rozpoznawała od razu. Była jeszcze ta Tileanka. Prawdę mówiąc nigdy nie czuła jakiegoś przywiązania do kraju, w jakim dane było jej się urodzić, jednak różnica, jaką odczuła pomiędzy Tileą, a Imperium buła ogromna. Dość szybko na szczęście przyszło jej zaakceptować zmiany, chociaż nie wszystkie przyniosły dziewczynie korzyść. Kiedyś może ją rozgryzie, bo co do jej pochodzenia, to miała stuprocentową pewność. Była tez drugą kobietą na pokładzie, z czym czuła się odrobinę lepiej w takim towarzystwie.

Po co tu przyjechała? Mityczny skarb Fregara… Zamierzała zmierzyć się z tą legendą, usłyszaną od jakiegoś pijanego krasnoluda gdzieś na południu. Nie chciała oczywiście robić tego sama, o nie. W pierwszej kolejności zamierzała podczepić się pod jakąś bandę osłów, którzy w większości wykonają brudną robotę, pozwalając tym samym dziewczynie, jako formalnej uczestniczce wyprawy, do procentu. I tak się jej wydawało, że taka wyprawa siedziała właśnie w tej ruderze, w jakiejś handlowej faktorii na drugim końcu świata.

- Więc mówisz, że nie opowieści o skarbie cię tu przywiodły? To co cię tu sprowadza, jeśli nie legendy o grobowcu Fregara, Kislev jak mi się wydaje, daleko na zachodzie został, więc i o chaośników tutaj trudniej. – kontynuowała, podpierając lekko głowę o łokciu i spoglądając pewnie w oczy towarzysza. Dopiero teraz pewnie spostrzegł się, że ta Lizzie mogła mieć nie więcej niż 17-18 lat. Nie było to może nic dziwnego, ale o młodszą w takim miejscu trudniej było.
- Ja, dla przykładu, i nie chwaląc się zbytnio, jestem specjalistką, jeśli chodzi o plądrowanie ruin i innych, zapomnianych grobowców, tylko, że mnie samej to marne szanse się widzą, a w grupie zawsze raźniej, a przynajmniej bezpieczniej.
 
Revan jest offline  
Stary 07-03-2009, 12:40   #8
 
Scoiatael's Avatar
 
Na wzmiankę o ograch na poznaczonej śladami wojskowego życia twarzy Yuriego pojawił się uśmiech.
-Może jakiś ogr się czaić - przytaknął z udawana powaga - lepiej to sprawdzić...
Patrząc na oddalające się plecy niziołka spokojnie zdjął muszkiet, sprawdził czy dziwny klimat Imperium, zdecydowanie zbyt ciepły i wilgotny dla rodowitego Kislevity - Gospodara, nie spowoduje zacięcia się delikatnego mechanizmu, przeładował broń i spokojnie spojrzał na plecy oddalającego się szybko niziołka.
- Mam nadzieję, że na żadne ogry za szybko nie trafi, szkoda by było dobrego kucharza... - stwierdził - Chociaż pewnie wystarczyłby i goblin z łukiem, by nasz kucharz daleko nie pobiegał... Trzeba będzie pilnować jego pleców.
Jak powiedział, tak zrobił: pobiegł za niziołkiem. Na szczęście to, co dla Hugo było szaleńczym pędem, dla niego stanowiło zaledwie lekki trucht, w trakcie którego mógł się spokojnie rozglądać. Dzięki temu wypatrzył blask z ogniska orków o wiele wcześniej od towarzysza i miał czas by ukryć się za drzewami. Ubawił się słysząc rozprawę orków o pokurczu. Niestety osłabiło to jego uwagę i kolejnym członkom bandy - orkowi i dwóm goblinom prawie udało się zajść go niepostrzeżenie od tyłu, na szczęście orki nie nadają się do skradania i Yuri usłyszał ich na tyle szybko, by rzucając się na ziemię uniknąć strzał goblinów. Widząc jego reakcję ork zaszarżował, chcąc przybić do ziemi leżącego. Jego szarżę przerwał niestety topór, który rozszczepił na pół drzewo za którym dotąd krył się rajtar. Z niedowierzaniem na świńskiej mordzie ork zwalił się na ziemię. Widząc, że straciły przewagę liczebną (ledwie dwóch na jednego) gobliny rzuciły się do ucieczki.
Nie mogą uciec! Ostrzegą resztę bandy ! - pomyślał Yuri. Jego ruchami zaczęły sterować wyuczone w Erengardzkiej akademii odruchy: zerwał z pleców berdysz, wbił w ziemię, osadził na nim muszkiet i precyzyjnym strzałem zabił pierwszego goblina. W mgnieniu oka przeładował i strzelił do drugiego. Fartem, bo pokurcz znikał już za skałami, trafił go w nogę, co skutecznie powstrzymało ucieczkę. Zarzucił muszkiet na plecy, wziął berdysz i nie spiesząc się podszedł by dobiec goblina. Nie docenił go: cholerny zielonoskóry skądś wyciągnął topornie wyciosany (inaczej się tego nie da opisać...) nożyk i cisnął nim, rozcinając, na szczęście płytko, nie chronioną rękę Yuriego. Rozwścieczony tym Kislevita wziął potężny zamach i rozciął goblina na pół. Pozostał tylko ogłuszony przez Hugo ork. Nauczony podstępem goblina wziął pistolet, do którego łatwiej zdobyć amunicję niż do muszkietu, przeładował i z bezpiecznej odległości strzelił orkowi w gębę. Jako, że w armii imperialnej nauczono go jak postępować z martwymi zielonoskórymi, wziął płonącą szczapę z ogniska i podpalił trupy. Z pochodnią w jednej ręce i berdzyszem w drugiej poszedł na wyraźnymi śladami orków do karawany. Tam pomógł odciągnąć trupy orków na pobocze i zrobił z nich ognisko. Następnie zdał raport Grobowi:
- Tych orków na pewno jest więcej. One nigdy nie chodzą w takich bandach po 4 z goblinami. Jeżeli są tu gobliny to znaczy że zielonoskórych jest o wiele więcej. Mam tylko nadzieję, że to jakaś banda szukająca łupów, a nie całe plemię zza gór. Zły byłby to znak dla Imperium, jeżeli całe ich plemiona by się zaczęły tutaj pojawiać. Cholernie trudno się ich pozbyć...
- Tam jest jeszcze jeden! Powaliłem go kamieniem!- Hugocieszył się jak dziecko.
-Spokojnie, dobiłem go - uspokoił malucha Yuri
-Trzeba ostrzec faktorię. W drogę!
 
__________________
The only way of discovering the limits of the possible is to venture a little way past them into the impossible.
Scoiatael jest offline  
Stary 07-03-2009, 12:41   #9
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Akcent Francesci skojarzył się Ekhardowi ze słońcem. Tileą. I Gianną...
- Nigdy nie zdołam się odwdzięczyć - powiedział.
Jego rozmówczyni, o pół głowy niższa od niego brunetka, uśmiechnęła się. W jej oczach koloru morza zabłysły wesołe ogniki. Poklepała mężczyznę po ramieniu.
- Wszak już o tym rozmawialiśmy, Ekhardzie. Przecież nie mogłam cię tam zostawić. Każdy postąpiłby tak, jak ja.
Ostatnie zdanie było z pewnością niezgodne z prawdą. Niejeden nie dość, że nie udzieliłby pomocy, to jeszcze by go ograbił...
Ale nie zamierzał się spierać, zwłaszcza w tej chwili.
- Uważaj na siebie, Ekhardzie. - Siostrzanym całusem przypieczętowała pożegnanie.
- Do zobaczenia, Gianno - powiedział.
Po paru sekundach potrząsnął głową, odpędzając wspomnienia. Był nad wyraz daleko od słonecznej Tilei. I nie tylko on...

- Przepraszam bardzo - uśmiechnął się przepraszająco. - Pozwoli pani, Francesco, że zajmę pani chwilę czasu?

- Pozwolę - kobieta uśmiechnęła się rozbawiona.

Ekhard nie zamierzał stać jak kat nad swoją rozmówczynią. Traktując jej słowa jak przyzwolenie zajął miejsce przy tym samym stole.

- Wybaczy pani zainteresowanie... Cóż pani robi tak daleko od południowego słońca? Czyżby i panią przyniosła tu chęć odszukania tego mitycznego skarbu? - Znaczącym wzrokiem spojrzał na rudowłosą kobietę, która przed chwilą dość głośno o owym skarbie mówiła.

Ponownie spojrzał na Francescę.

Francesca spojrzała w kierunku rudowłosej, po czym potrząsnęła głową energicznie.

- Nie, to nie skarb mnie tu przyciągnął.

Ekhard uśmiechnął się leciutko.

- Pewnie i lepiej. Szukanie skarbów zwykle jest jak próba złapania tęczy.

Oderwała spojrzenie od rudowłosej i spojrzała Ekhardowi prosto w oczy.

- A próbował pan? - spytała całkiem poważnym tonem, by po chwili zacząć się śmiać. - Proszę mi wybaczyć.

Ekhard odpowiedział uśmiechem.

- Nie ma sprawy...

Zamilkł na moment.

- Zdarzyło się... - kontynuował. - Nasze przygody zdałyby się na przestrogę dla wszystkich. - Chociaż na twarzy ciągle malował się uśmiech, to w jasnoniebieskich oczach przez moment pojawił się cień. - O mały włos stracilibyśmy życie, a potem okazało się, że ktoś był od nas szybszy...
- Przejrzałem wszystko dokładnie - powiedział Brok. - Faktycznie, były tam ukryte drzwi. Tyle tylko, że ta cała tajna komnata była pusta. A dokładniej - stał w niej pusty kufer.
- Znalazłem jeszcze to...

Rzucił Rahlowi monetę. Złoto błysnęło w blasku płomieni.
- Zagrzebała się w piasku - wyjaśnił.
- Spóźniliśmy się - skomentował ten fakt Rahl i wzruszył ramionami. - Zdarza się. Raz na wozie...
- ...raz w nawozie - dokończył Brok.
Wszyscy roześmiali się, choć w niektórych głosach brzmiała nuta zawodu.
- Dla nas została pusta skrzynia... - dodał po sekundzie.

Francescę zaskoczyła jej własna celność: żartobliwe pytanie doczekało się poważnej odpowiedzi. Zdziwiła ją też szczerość odpowiedzi. W jej oczach pojawiło się zaciekawienie.

- Niezbyt przyjemne zakończenie - stwierdziła po chwili. - Rozumiem więc, że pan także nie przybył do "Czwartej mili" dla skarbu.

- Proszę mi mówić po imieniu - zaproponował Ekhard. - A jeśli chodzi o Czwartą milę... Raczej trafiłem tu po poszukiwaniach. I teraz zastanawiam się raczej, co robić dalej...

- W porządku, przejdźmy na ty - kobieta skinęła lekko głową. - Mam podobny kłopot. Wyjazd stąd jest ponad moje finanse, a pozostanie tu równa się tym samym. Sytuację pogarsza jeszcze zbliżająca się zima.

- Miło mi, Francesco - uśmiechnął się.

W ich rozmowę wdarły się nagle głośne przechwałki Josefa Huldbringena.
Uśmiech Ekharda zmienił się w lekko kpiący.

- Oby się nie okazało, że jest z nim jak z przysłowiową krową... - wyszeptał, tak, by jego słowa dotarły tylko do uszu Francesci. - Oto przykład człowieka, który w przeciwieństwie do nas ma pełny trzos. Jeszcze - dodał równie cicho.

Kobieta spojrzała na niego, marszcząc lekko brwi. Pochyliła się delikatnie w stronę Ekharda.

- Owszem, może go stracić w każdej chwili. Pytanie tylko na czyją korzyść.

- To akurat nie moja specjalność - westchnął z pewnym odcieniem żalu. - Chyba, żeby mi ją podarował. Ale nie sądzę, by miał tak dobre serce - uśmiechnął się.
- Bohater wczorajszej awantury z pewnością należałby do skłonnych zaopiekować się tym trzosem. A inni? Nie chciałbym rzucać bezpodstawnych w gruncie rzeczy oskarżeń.
- Poza tym, może wszystko przepić lub przepuścić "Pod..."
- nie dokończył.

Przy Francesce nie wypadało wspominać o przybytku Madame Herty.

- Ofiary losu z nas - mruknęła pod nosem, po czym dodała głośniej - ale powiedzmy sobie szczerze: większość zebranych tu - powiodła dłonią po sali - wygląda jak specjaliści w spotykaniu ludzi w ciemnych zaułkach i pozbawianiu ich trzosu, a czasem i życia. Chyba będzie trzeba znaleźć sobie jakieś zajęcie albo wiać stąd póki można.

- Póki można - Ekhard pokiwał głową. - Jeszcze śniegi nie zawiały drogi... Na upartego starczyłoby kupić prowiant i ruszyć, ale na piechotę i samemu to średnio rozsądne wyjście.
- Miałem nadzieję, że karawana Gorba, która ma tu dotrzeć na dniach
- mówił dalej - wraca z powrotem. Wtedy można by się zabrać z nim.

Zmarszczyła brwi, jakby rozważała wszystkie za i przeciw. Po chwili uniosła głowę i skinęła nią nieznacznie.

- Karawana... To nie jest głupi pomysł, Ekhardzie. Nawet bardzo rozsądny.

- Miałem nadzieję, że ci się spodoba. Nie sądzę, by Gorb miał coś...

Przerwał na moment, bo posługacz postawił na ich stole dwa kufle piwa. Ekhard uniósł kufel i ukłonem podziękował fundatorowi.

- Nie sądzę - kontynuował przerwane zdanie - by Gorb miał coś przeciwko dodatkowym osobom. Przejazd można odpracować albo zapłacić...

Francesca również uniosła kufel w geście niemego podziękowania, po czym upiła łyk pienistego piwa.

- A co jeśli Gorb się nie zgodzi? - spytała unosząc lekko brwi. - Zawsze trzeba mieć jakiś plan w zanadrzu. Czy ty masz jakiś?

- To byłoby niemiłe ze strony Gorba. - Podobnie jak rozmówczyni wypił łyk piwa.

- W ostateczności mogę przyjąć propozycję Snogara. - Uśmiechnął się ponuro. - Stary Thordwalson proponował mi spółkę w przyszłorocznych poszukiwaniach skarbu. Jeśli zapewni mi wikt i kwaterę przez zimę, to mogę zaryzykować. Nawet za coś tak niepewnego, jak udział w zyskach. Ale to ostateczność.

Wypił kolejny łyk piwa.

- Dość trudno byłoby w tej dziurze znaleźć jakąś pracę. - Pokręcił głową. - Jeśli nie będzie innego wyjścia, to ruszę sam w stronę cywilizacji. Lub z kimś, kto woli ryzyko na szlaku od śmierci głodowej tutaj.

Francesca pokiwała lekko głową.

- Podobasz mi się. Masz głowę na karku, a o takich ludzi trudno - stwierdziła, odstawiając kufel. - Jeśli chodzi o wyruszenie w stronę cywilizacji to możesz na mnie liczyć.

Ekhard przyglądał się jej przez moment, potem skinął głową.

- Proponowałbym poczekać jeszcze trzy dni. Jeśli do tego czasu Gorb nie przybędzie, ruszamy. Zobaczymy, u kogo dostaniemy taniej prowiant, u Snogara, czy u Paula, a potem... w drogę.

Uniósł kufel z piwem.

- Twoje zdrowie, towarzyszko podróży.

- Twoje także, Ekhardzie - kobieta ze śmiechem uniosła kufel. - Aby nam szczęście sprzyjało.
 
Kerm jest offline  
Stary 07-03-2009, 20:30   #10
 
baltazar's Avatar
 
Kurt już od kilku dni siedział w tej dziurze zwanej faktorią. Widział jak zmieniają się twarze, co rano. Rzadko, kiedy ktoś zostawał tu na dłużej. Chociaż dzisiejszego ranka poniektórzy wydali się bardziej znajomi niż inni. Nie to zaprzątało mu jednak głowy. Jakby mało było tego, że nie ma ludzi, którzy byli jego nadzieją na szybki powrót do reszty Kruków to w dodatku drwal pozostawił po sobie pamiątkę w postaci opuchniętej dłonie. Skurczybyk miał łeb twardy jak kamień - pomyślał. Rozmasowując rękę stał na pierwszym schodku, chociaż teraz dla niego właściwie to był ostatni… stał tak i rzucił przelotne spojrzenie na izbę.

Był postawnym mężczyzną w sile wieku. Dobrze po trzydziestce. Jego długie włosy spięte w luźnego kuca były poprzetykane srebrnymi nićmi. Twarz zdradzała upływ czasu, a lewy policzek ozdabiała blizna. Stalowoszare oczy uważnie lustrowały otoczenie.

Odziany był w starą wysłużoną zbroję z bawolej skóry. Teraz rozpięty kaftan odsłaniał mocno rozsznurowaną lnianą koszulę. Na nogach miał wysokie byty jazdy, też nadszarpnięte zębem czasu. Przez ramię zwisał mu pas z długim mieczem.

Goście zajadali śniadanie. Bezsprzecznie królowała jajecznica. Jak co dzień. Nie mógł złego słowa o niej powiedzieć, ale po sześciu dniach już nie smakowała tak samo. Już miał jej po prostu dosyć. Po tylu długich dniach oczekiwania. Musiał się zastanowić, co ma robić dalej…

Ale teraz pora coś zjeść i na pewno to nie będzie coś, co wylatuje z tylnej części kury by lądować na patelni. Nim się zdecydował gdzie usiąść jego dotychczasowy stolik zajął jakiś jegomość paradujący z półtorakiem. Ale chyba szczęście się do niego uśmiechnęło. Właściwie to nie szczęście, a kobieta o ciemnej karnacji i długich włosach. Jakże inną i niepasującą do tego miejsca, w przeciwieństwie do Agnes – jednej z dziewczyn starej Herty, tej która umilała mu tutejsze wieczory. Lecz okazało się, że to było tylko przelotne spojrzenie niezwiastujące nawet przelotnej rozmowy. Nim Kurt zdążył się skłonić w geście powitania oczy nieznajomej przeniosły się na ciekawsze obiekty. I dobrze, pomyślał one zawsze są zbyt kosztowne…

- Panie Flucher – usłyszał - szanowny panie! Proszę przysiąść się do mnie. Winienem jestem podziękowanie, no i poczęstunek.

A niech to szlag, pomyślał. No to trafiło mi się towarzystwo. Chyba nie miał, co liczyć na nic innego pomagając wczoraj temu małemu kanciarzowi. Chociaż… zawsze mógł wrócić drwal z łbem twardym jak krasnoludka stal razem ze swoimi braćmi by pogawędzić o wczoraj…

Nim skierował się w stronę niziołka, rzucił do Grubego Kurta – Karczmarzu, dajcie mi coś na śniadanie byleby nie jajecznicę! I piwo.

Usiadł przy stole, z niesmakiem popatrzył na patelnię i nalał sobie piwa.

- Więc jak mówiłeś, że się nazywasz? I właściwie to było najdłuższe zdanie, jakie Niziołek od niego usłyszał.

Po chwili gospodarz postawił przed nim talerz wypełniony różnościami. Na szczęście bez jaj. Kurt chwycił kawałek kiełbasy, przegryzł go pajdą chleba i przepił mocny piwem. Potem przyjdzie czas na ser i słoninę…

Od czasu do czasu przytakiwał, zaprzeczał lub udzielał zdawkowej odpowiedzi na pytania Dankana. Tak na dobrą sprawę ten stolik nie był najgorszy. Siedzący przed nim „mały” nie zasłaniał mu widoku i mógł się przyjrzeć dokładnie zgromadzonym gościom.

Nie ma sensu dłużej czekać. Musiał powziąć jakąś decyzję. Zimy tu nie zamierzał spędzać, a podróżowanie samemu graniczyło z głupotą. Pewnie przyjdzie mu się z kimś tutaj zaznajomić. Może z tym lancknechtem, który postawił mu piwo. Trochę głośny, ale… A może z tym blondynem od rana paradującym w zbroi co najmniej jakby szedł do bitwy… Przez jego myśli uporczywie przebijał się lekko poirytowany głos halfinga.

- co mówiłeś Mały?
 
baltazar jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 19:28.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172