Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 20-05-2009, 08:17   #1
 
Toho's Avatar
 
W służbie J. M. Kanclerza Justusa von Reichermanna hrabiego de Midern




Stary rybałt brnął w grząskim śniegu. W duchu przeklinał sam siebie, po kiego wyłaził z ciepłego i przytulnego miasteczka? Po kiego ruszał w zimny poranek w świat? Za stary jestem już na takie przygody, oj za stary... przeklinał siebie w myślach rybałt. A mimo tego brnął w kopnym śniegu przed siebie, brnął wytrwale, całkiem jakby od tego zależało jego życie.
Rybałt przystanął i oparł się o stary świerk całkiem pokryty śniegiem. Z trudem łapał oddech … gdzieś w oddali usłyszał wycie, być może wilcze, a być może i nie – któż to wie co pałęta się po tych lasach między Altdorfem, a Middenheim? Wilkołaki, zwierzoludzie, wilki? Rybałt z tego wszystkiego nie bał się jedynie wilkołaków – tojad plus poświęcony medalion samego Sigmara i żarliwa wiara nieraz uratowały mu dupę.

Trza iść dalej, no dalej, jeszcze wiorsta, no może dwie i będę w karczmie, tam przeczekam do rana... przekonywał sam siebie w duchu niemłody rybałt. Zgrabnym ruchem poprawił lirę korbową, sztylet za pasem oraz szeroki kapelusz. Rszył dalej, początkowo powoli, ale z każdym krokiem widać było, że przeszedł wiele wiorst w swym życiu. W pewnym momencie rybałt zawahał się czy ma iść dalej prosto czy też nie … Przez chwilę oglądał teren, poniuchał w powietrzu niczym ogar, uśmiechnął się do siebie i ruszył dziarsko w prawo. O dziwo przyspieszył kroku niczym koń czujący stajnię...
Po krótkim marszu za drzew ujrzał niewielką karczmę


W duchu pobłogosławił ludzi z miasteczka, że powiedzieli prawdę i że nie umarzł w drodze. Nie raz słyszało się, że ludzie kłamali wędrownym rybałtom wysyłając ich na pewną śmierć, że grzebali ich poza miastem na odludziu czy wprost z przestępcami w dołach. Signum tempora – mores … przeleciał przez myśl rybałtowi fragment dawnego powiedzenia w klasycznym. Szedł w stronę karczmy martwiąc się czy go tam przyjmą czy …
Po dłuższej chwili doszedł do karczmy. Był to solidny drewniany budynek zbudowany z bali. Posiadał niewielkie okna z porządnymi okiennicami. Drzwi prowadzące do środka były masywne, solidnie nabijane ćwiekami i posiadały niewielki otwór pozwalający na obejrzenie gościa przed wejściem lub poczęstowanie go strzałą czy ołowiem. Nad wejściem dyndał wypłowiały szyld głoszący że karczma nosi miano „Za lasem”.
Rybałt zapukał mocno kołatką w drzwi, jednakże nim mu otworzono, naczekał się chwilkę. Zdążył w tym czasie pomodlić się do Sigmara. Nie wiedzieć czy za sprawą modlitwy czy sprawą innych sił po chwili otworzyło się małe okienko w drzwiach. Rybałt nie mógł dostrzec, kto je otwiera, toteż powiedział:

Powitać w imię Sigmara i Urlyka...
Dobra, dobra... nie kadź mi tu tylko mów ktoś Ty bo nadzieję ołowiem, niczym gęś farszem na pierwszy dzień zimy! odparł ktoś ze środka gderliwie, a chwilę potem rybałt ujrzał koniec lufy garłacza.
Na Sigmara jedynego! Rybałtem wędrownym jestem … Ludwig Simmel miano moje. Już dwa dni idę – wpuście mnie na miłosierdzie w imię Shallyi! rybałt początkowo odpowiedział drżącym głosem, lecz koniec zdania padł z jego ust pewniej.
Rybałt? W takie zimno? … padło ze środka ni to stwierdzenie.
Nie każcie mi czekać, pomarznę tu, jak mi Morr świadkiem i pewnikiem straszyć będę. odparł nieco swobodniej rybałt, wydawało się mu bowiem, że ołowiem go raczej nie nafaszerują.
Ze środka słychać było przez chwilę niewyraźne szepty.
Właź rybałcie i wiedz, że to nie z niegościnności naszej was tak witamy, ale z ostrożności! odparł ze środka głos. Po chwili słychać było szczęk odsuwanych zasuw i drzwi stanęły otworem.

Tym, który rozmawiał z rybałtem i groził mu faszerowaniem ołowiem, był pewnikiem sam właściciel lokalu. Mężczyzna w wieku około czterdziestki ubrany raczej bogato, przynajmniej jak na warunki życia poza głównymi miastami, o licznych pierścieniach na palcach. W ręku dzierżył „chlapacz” – garłacz o sporej lufie i jeszcze większym rozrzucie.
Witaj rybałto .. zaczął karczmarz i widoczne stało się uczucie ulgi po tym jak ujrzał lirę na plecach przybysza. ... usiądz sobie tam. Karczmarz wskazał rybałtowi miejsce nieco oddalone od głównego szynku i paleniska.
W karczmie oprócz nowo przybyłego było jeszcze siedmiu gości – czterech rycerzy, dwóch kupców i strażnik dróg. Otaksowali oni przybysza i nie znalazłszy nic ciekawego podjęli niedokończone rozmowy, plotki i posiłek. Rybałt zdjął przemarznięte ubranie i buty. Usiadł jak najbliżej się dało paleniska i chłonął ciepło.
Po chwili podszedł karczmarz Co podać mości grajku? zapytał nieco życzliwiej.
Zjadłbym coś ciepłego – polewka się znajdzie? zapytał karczmarza.
Wszystko się znajdzie mości grajku. A brzdęk się u was znajdzie? odparł karczmarz. Ale widząc niebyt tęgą minę rybałta podrapał się po łysiejącym czerepie i powiedział:
Widzę, że z gotowizną u was chudo niczym u chłopa z omastą na przedwiośniu. Mam propozycję dla was. Zagrajcie coś, opowiedzcie historyję jakąś – spodoba się gościom to i bliżej pieca siądziecie, a i monetą sypnę. Jak się nie spodoba to i tak dam wam zjeść i przespać się w stajni. Rybałt tylko kiwną na znak zgody głową. Wprawnym ruchem wydobył lirę korbową, szybko nastroił instrument i po chwili zaczął grać. Pieśń była lekka i płynęła powoli wszystkim słuchającym niosła zapach lata, ciepło słoneczne i nadzieję.

Po dłuższej chwili pieśń umilkła. Wszyscy goście patrzeli zafascynowani na grajka. On uśmiechnął się i już miał zacząć grać dalej gdy odezwał się jeden z rycerzy A może historyję jakąś nam opowiedzieć raczysz? Może o Sigmarze, Urlyku? Lubo … rycerz nie dokończył wymieniania znanych i lubianych opowieści i historii, gdy rybałt odezwał się A może opowiem waćpanom jak się niedawna woja między Kancelą, a cesarzem naczęła? Cóż waćpanowie na takie dictum? Prawdę tylko rzeknę nic historyi nie ujmując nie dodając niczego.

Rycerze popatrzyli po sobie, po chwili ten który się odezwał odparł A jużci, chętnie posłuchamy, chociaż rany po wojnie domowej świeże. A i kufel zimnego znajdziemy dla Ciebie mości rybałto. Chodźże tu bliżej ognia, ogrzejesz się, a i nam łacniej słuchać będzie.
Rybałt podszedł do ogniska usiadł wygodnie, przyjął od rycerzy kufelek zimnego i spienionego piwa. Z wyraźną lubością zamoczył w nim usta – łyknął solidnie i zaczął opowieść.
Pamiętajcie cni panowie, że prawda jest córą czasu poczęta w krótkotrwałym i przypadkowym romansie ze zbiegiem okoliczności. Jak wiedzą wszyscy, łącznie z dziadem proszalnym na zapiecku, w 2516 świętej pamięci cesarz Karl Franz powołał do życia instytucję Kanclerza Wielkiego. Jak wiedzą niektórzy zainteresowani kancelaria szybko przestała zajmować się tym czym winna była, za zaczęła dziwne knowania i ruchy – zbierała informacje w całym Imperium i poza nim, podobno widywano kancelistów w towarzystwie zwierzoludzi i zielonych! Jak wiedzą nieliczni i dobrze poinformowani kancelaria gromadziła złoto i różnorodne informacje na temat możnych tamtych czasów.
Wiemy jak to się skończyło – Kanclerz Wielki obwołał rokosz przeciw cesarzowi i ku zdziwieniu samego cesarza i wielu zakonów – zwołał całkiem sporo luda...
Ale wróćmy ad rem jak mawiają uczeni do sedna sprawy, a takoweż w początkach siedzi. Opowiem waszmościom zatem o początkach. Rok to był 2028, pflugzeit – a dokładniej początek wiosny. Wszystko się pięknie zieleniło i nic nie sugerowało późniejszych wydarzeń. Tegoż to roku w mieście Altdorfie pojawiło się ogłoszenie Wielkiego Kanclerza w treści...
 
__________________
In vino veritas, in aqua vitae - sanitas

Ostatnio edytowane przez Toho : 20-05-2009 o 09:51.
Toho jest offline  
Stary 20-05-2009, 09:34   #2
 
Toho's Avatar
 
2028, Pflugzeit – Altdorf

Młody goniec w barwach kancelarii wieszał spore ogłoszenie niedaleko karczmy „Dębowy Liść” niedaleko bramy południowej. Należy dodać, że karczma ta nigdy nie cierpiała na brak chętnych gości. W sumie nikt temu się nie dziwił biorąc pod uwagę, że potrawy były tam o wiele świeższe niż w pozostałych karczmach, wino i piwo o wiele słabiej chrzczone, a i robactwo nie dawało się tak we znaki.

Goniec powiesiwszy ogłoszenie stanął obok i począł je odczytywać. Dzięki temu nie tylko uczeni w piśmie mogli poznać co też kancelaria chce od nich.

Słuchajcie, słuchajcie!

Szanowni mieszkańcy Altdorfu, goście naszego wspaniałego miasta. Panie i Panowie!

Jego Magnificencja Wielki Kanclerz wielmożny Pan Justus von Reichermann hrabia de Midern ogłasza, że Kancelaria poszukuje utalentowanych osób, gotowych wykonywać rozkazy Kancelarii, a które nie chcą w niej pracować na stałe.
Kancelaria płaci w umówioną kwotę złocie połowę przed wykonaniem zadania, a połowę po jego wykonaniu.
Chętni proszeni są o zgłoszenie się na Ulrikplatz do nowej siedziby Kancelarii. Tam też dowiedzą się szczegółów zadania i umówienia się co do zapłaty.


Ludzie słuchający ogłoszenia zaszumieli – w sumie ogłoszenie było nieco enigmatyczne i mało wyjaśniało. Kilku gapiów próbowało podpytać gońca, ale on odparł, że jemu nic nie powiedziano i ma za zadanie tylko powiesić ogłoszenie i czytać je aż do późnego popołudnia, kiedy to zmieni go inny goniec.
Kilkoro ze słuchaczy zaczęło więc plotkować na temat Kancelarii i owego zadania. W sumie to więcej gadali na temat samego Kanclerza, kancelarii niż zadania. Bo co do owego nikt jakoś pomysłu nie miał. Wśród słuchających ogłoszenia byli Faethor Laure, Marperyk Nokter oraz Anna Maria Däpfer. Nikt z nich nie zastanawiał się za wiele nad ogłoszeniem, postanowili podejść na plac Ulryka do nowej siedziby Kancelarii i zobaczyć co i jak.




Kancelaria mieściła się w wielkim ceglanym budynku na placu Ulryka. Kiedyś znajdowała się tam faktoria handlowa Hermens und Kopf zajmująca się sprowadzaniem przypraw z całego Starego Świata, ale z niewiadomych powodów zbankrutowała jakiś czas temu.
Przed budyniem kłębił się spory tłumek – wydawało się że z pół miasta tu przyszło. Wszyscy odruchowo pilnowali swojego dobytku, przecież nie od dzisiaj wiadomo, że taka ciżba to raj dla kieszonkowców. Po samymi drzwiami stało kilku ochroniarzy, którzy „odrzucali” element Kanclerzowi zbędny – różnych biedaków, włóczęgów i im podobnych. Nawet z odległego końca placu dały słyszeć się wrzaski wyrzucanych biedaków. Skończyło się tym, że któryś dostał na odlew, od niechcenia, po pańsku pancerną rękawicą i cała hałastra biedaków zniknęła jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
W kolejce stało wielu chętnych Anna, Faethor i Marperyk zdążyli przejrzeć z połowę sporawego tłumu – a byli tam i żacy, najemnicy, kilku ewidentnie pijanych marynarzy, kilku krasnoludów no i oni. Anna – dość młoda atrakcyjna kobieta o rudych włosach, ubrana w brązowy płaszcz i takąż suknię. W sumie nie wyróżniała się zbytnio z reszty tłumu, no może poza faktem że uwaznie wszystko i wszystkich obserwowała. Z widocznego uzbrojenia w oczy rzucał się miecz i kusza. Faethor i Marperyk w myślach ocenili ją jako najemnika. Z całego tłumu wyróżniał się z pewnością Faethor – elf, nadzwyczaj wysoki (ponad sześć i pół stopy wzrostu!), muskularny elf o miodowej skórze, prostym nosie i miedzianych włosach, rozsypujących się na szerokich ramionach. Ubrany w skromną ale porządną odzież rangera, w tym płaszcz z kapturem i znoszone buty wydał się Annie i Marperykowi dość interesujący.
Marperyk – człowiek, mierzący ok. 180 cm wzrostu, o lekko zaokrąglonym brzuszku – zdradzającym zmiłowanie do piwa i dobrego jedzenia, ubrany w dość schludny strój podróżny. Większość osób po pobieżnym obejrzeniu Marperyka brała go za kupca – lecz uważniejsza obserwacja zdradzała, że jest on czarodziejem.

W końcu po kilku godzinach oczekiwania Marperyk, Anna i Faethor stanęli przed obliczem trzech skrybów. Oczywiście każdy z zainteresowanych wchodził do osobnego pokoju, ale każdy z nich przeszedł podobny rytuał.




Pytania zadawał najstarszy z nich, dwaj pozostali tylko notowali i albo coś szeptali pierwszemu na ucho, albo patrzyli nic nie mówiąc. Pytania skryby były dość typowe: imię i nazwisko, lub miano, gdzie się zatrzymałeś w Altdorfie, czym się zajmujesz, itp. W sumie nic specjalnego czy wymagającego. O samym zadaniu nie było zbyt wiele mowy – ot Kancelaria potrzebuje kilku chętnych śmiałków, którzy są gotowi pojechać do Hirchenstein – niezbyt dużego miasteczka zajmującego się wydobyciem żelaza. Trzeba w tym mieście odnaleźć pewną osobę. Szczegółów udzieli podkanclerz Karol van Eickmar tym, którzy się zgodzą przyjąć zadanie. Za wykonanie zadania Kancelaria jest gotowa zapłacić 30 koron każdemu z zainteresowanych. Jeżeli ktoś jest chętny to ma się tu zgłosić jutro w południe.

Po wyjściu z Kancelarii, każdy udał się w swoją stronę. Po drodze myśleli nad ofertą Kancelarii. I coś w niej wybitnie pachniało i to nie różami...
 
__________________
In vino veritas, in aqua vitae - sanitas

Ostatnio edytowane przez Toho : 20-05-2009 o 09:52.
Toho jest offline  
Stary 24-05-2009, 21:33   #3
 
Romulus's Avatar
 
Po wyjściu z Kancelarii Faethor przebiegł wzrokiem tłumek jeszcze okupujący placyk w poszukiwaniu pobratymców, po czym ruszył nieśpiesznie w kierunku kramów – zgłodniał.

„Zwykły goniec rozpytując miejscowych znalazłby człeka potrzebnego Kanclerzowi, gdyby ten nie ukrywał się. Może miasto jest na tyle duże by nie wszyscy znali się osobiście, skoro jednak potrzebnych jest kilka osób do znalezienia tego ktosia, pewnie trudno go odnaleźć...”

W zamyśleniu przystanął przy kilku kramach. Parę pomarszczonych jabłuszek z zeszłorocznych zbiorów i dwie garści orzechów powinny zaspokoić najgorszy głód. Podziękował handlarce z uśmiechem, ignorując wzrok kobiety wlepiony w swoją postać.

Cóż, zapewne chodzi jej o wzrost, jak się domyśla, bowiem faktycznie elf góruje nad zdecydowaną większością ludzi – podobnie jak nad znaczną częścią pobratymców. Słodkie jabłka zniknęły w mgnieniu oka. Rozłupując orzechy w silnych palcach, ruszył w kierunku wcześniej wypatrzonej ulicy z warsztatami i składami zbrojmistrzów. Poprawił płaszcz spięty klamrą rytą w skrzyżowane młoty na tle płomienia – dzień był nadzwyczaj ciepły. Las o tej porze zieleni się już pięknie.

- Wiosna! – westchnął i z uśmiechem spojrzał na kota, który przebiegł pomiędzy spieszącymi się ludźmi. Faethor zauważył jak zgrabnie zwierzę stawiało łapki, by nie powalać ich we wszechobecnym błocie i nieczystościach zalegających ulicę. Potrząsnął głową i na wzór zwierzęcia jął wybierać miejsca mniej grząskie – i mniej zatłoczone, bowiem do takiego tłumu żadną miarą nie był przyzwyczajony. Kot przypomniał mu o nieskutecznych poszukiwaniach zwierzątka szacownej Helgi Richterbaum, które miał nadzieję odnaleźć. Zapewne poczuło wiosnę i zniknęło na dłużej...

„Po prawdzie to tę wiosnę w mieście trudno ujrzeć i wyczuć” – skrzywił się, obiecując sobie że dzisiaj jeszcze spojrzy na Reik, i przyspieszył kroku by dotrzeć do kwartału sprzedawców oręża. Uśmiechnął się do ładnej mieszczki, najwidoczniej córki szacownej matrony przyozdobionej monstrualnych rozmiarów czepkiem. Matrona zmierzyła go podejrzliwym wzrokiem, przyciskając rękę dziewczyny do boku i ściskając koszyk.

Wyciągnął dłoń i szarpnął chłopca, który cofając się zza kobiet znalazł się na drodze powozu przedzierającego się przez tłum.

- Uważaj, dziecko – rzucił elf do przestraszonego ulicznika. Chłopak wyrwał się i zniknął w pobliskiej uliczce. Faethor przez chwilę zastanawiał się nad podobieństwem sakiewki, którą ujrzał w jego ręku, do woreczka przy pasie matrony. Machinalnie mocniej przywiązał chudą sakiewkę z drobniejszymi monetami (nauczył się już tego), kontent że mieszek ze złotem jest bezpieczny za pazuchą. To przypomniało mu o Danyi, jednej z panien służebnych w Uroczym Zakątku, zajeździe prowadzonym przez Galimeda. Śpiewny jej głos był nadzwyczaj miły dla ucha elfa, a po akcencie zgadywał że dziewczyna niedawno przybyła z Kisleva. Podpowiedziała mu dziś rano by dosiadł się do paru jegomościów co „karty grawali”, a po kilku chwilach i poznaniu reguł gry kilkanaście szylingów trafiło w jego ręce. Postanowił sprawić dziewczynie niespodziankę i kupić bukiecik – od paru dni żartem nagabywała go by opowiedział jej o driadach (czyżby wyczuwał nutkę zazdrości?), przy okazji opowieści wieczorem wręczy jej kwiaty.

Ze zmarszczonym czołem przespacerował się wzdłuż sklepów i warsztatów. Obojętnie minął składy zbrojmistrzów, zatrzymując się przy sprzedających tarcze i łuki. Postanowił na razie niczego nie kupować, nie będąc pewnym czy zdoła zatrudnić się u Kanclerza.

„Przydałoby mi się jednak nająć tam do pracy” – pomyślał przypominając sobie cel wędrówki do Altdorfu. Jakkolwiek nie podobałyby mu się ludzkie miasta, miał zadanie do wykonania, i, jak przystało spadkobiercy Caledora, zacisnął zęby i skupił się na jego wypełnieniu.

Spośród interesujących go przedmiotów jedynie okrągła tarcza, śmiesznie zdobiona metalowymi guzami, była wystarczająco niedroga na jego sakiewkę. Pożartował chwilę ze sprzedawcą, próbując zbić cenę podobnie do targów ze starym Grungim. Na szczęście łuków był większy wybór. Parę egzemplarzy przyciągnęło jego uwagę, pytanie tylko czy będzie go stać na któryś i czy może się przydać w drodze do Hirschenstein? Wzruszył ramionami. Czas to pokaże.

Zaszedł też do płatnerzy, oglądając miecze i topory. Przy okazji pilnie wypytywał o gatunki stali i pochodzenie metalu, porównując ostrza.

- Czy to aby nie z żelaza z Hirschenstein? Słyszałem że znakomite klingi stamtąd pochodzą. – te i inne pytania zadaje rzemieślnikom i handlarzom, pilnie nadstawiając ucha na wszelkie plotki i wspominki. Szczególnie rozmowa w składzie Werner und Sohn wiele dała, gdy stareńki właściciel rozgadał się o kolejach losu Edwarda von Thiel, skarbnika cesarskiego w Hirschenstein. Opowieść wciągnęła Faethora gdy zdał sobie sprawę z możliwości wiążących się z miasteczkiem siedzącym na żelazie. Szczęśliwy że znalazł taką skarbnicę wiadomości, pobiegł do pobliskiego szynku by wrócić z kamionką pitnego miodu, który pospołem ze starym wlewał w wysuszone gardło. Gdy wychodził, żegnał się już z kupcem niczym ze starym znajomym, przysięgając że jutrzejszego dnia wróci odwiedzić kompana. Człek nie wyglądał na takiego który by się cieszył towarzystwem wielu słuchaczy, a i niewieściej troski nie było po nim znać, toteż najwidoczniej samotność niezmiernie mu dokuczała.

Z nieco szumiącą już głową Laure odwiedził inne kramy, mimochodem pytając o miasteczko. Również o samą Kancelarię wypytał, tudzież Kanclerza i jego podwładnych. Ciekawość innych karmił twierdząc że słyszał wieści o pracy którą ten oferuje. Kto wie, może usłyszy o doświadczeniach najemników ze szczodrobliwością Kanclerza? Sam ciekawie nadstawił ucha gdy podpity najmita bez skutku namawiał co bardziej obeznanych z bronią na rejs do Arabii. Znać "Perła Północy" nie cieszy się dobrą opinią...

Tym razem zgłodniał już na poważnie, więc po drodze do „Uroczego Zakątka” zaszedł najpierw do „Dębowego Liścia” , gdzie od przygodnego pijaczyny wydobył opowieść o dziwacznym przedmiocie wydobytym z kopalń w Hirschenstein. Ponieważ jednak karczma huczała od plotek o miasteczku, a kompan nie wzbudzał nadmiernego zaufania, machnął ręką na te rewelacje. Posilony, szybkim krokiem ruszył pod „Uroczy Zakątek”, by rozmówić się z Galimedem. Z nieskrywaną przyjemnością kupił bukiet polnego kwiecia dla Danyi i uśmiechnięty wkroczył do zajazdu.
 

Ostatnio edytowane przez Romulus : 27-05-2009 o 22:36.
Romulus jest offline  
Stary 27-05-2009, 20:38   #4
Konto usunięte
 
Mira's Avatar
 
Werbunek Kanclerza był dla Anny Marii darem od samego Sigmara. Nie zamierzała więc z niego łatwo rezygnować. Zdobywszy zawczasu wszystkie potrzebne informacje, a nawet więcej, stała w korytarzu wraz z innymi petentami, spokojna o swój los. Nienaganne maniery, przyjemna dla męskiego oka aparycja oraz może trochę nadto kosztowności, którymi była przyozdobiona - z jednej strony wyróżniały ją spośród tłumu, z drugiej zaś, czyniły typową przedstawicielką płci słabej. Gdyby nie broń, może nawet ktoś uznałby ją za młodą, gorącą żonkę jednego ze skrybów, która nie może doczekać się powrotu ukochanego do domu.
Anna uśmiechnęła się szpetnie pod nosem, wiedząc, że aktualnie nikt na nią nie patrzy. Podobała jej się rola zblazowanej najemniczki. To przypominało początki...

Choć umysł zatonął wśród krwawych wspomnień, ciemnoniebieskie oczy raz po raz przesuwały się po sylwetkach obecnych, rejestrując każdy gwałtowniejszy gest czy poruszenie. Zimne niczym wody Morza Szponów źrenice ślizgały się z tą samą obojętnością po twarzach urodziwych i szpetnych, sylwetkach okazałych i drobnych. Elf czy człowiek... dryblas czy przeciętny gryzipiórek – wszystkich traktowała tak samo równo. Jak Śmierć.

Kiedy wreszcie nadeszła jej kolej, wypięła dumnie pierś do przodu i stanęła przed wskazanym jej skrybą. Była konkretna, zabawna i rezolutna, jak przystało na profesjonalistkę. Przedstawiła się przy tym jako uzdrowicielka – wojowniczka i już sam urzędnik, mimo że swoje zadanie przyjmował jako skalanie boskie, wyraził aprobatę dla takiej wszechstronności. Mimo to jednak człowiek jak ognia unikał tematu domniemanego zadania. Poinformowawszy kobietę o dniu i miejscu spotkania, życzył jej spokojnego powrotu, całkowicie ignorując wcześniej zadane pytania. Po jego zachowaniu Anna Maria poznała, ze nie tyle wstydzi się on swojej niewiedzy, lecz pragnie w niej pozostać.

„A to ciekawe...”

Odetchnęła głęboko, gdy wyszła z budynku, nic sobie nie robiąc na zainteresowanych falowaniem jej piersi najemników, którzy gromadzili się obok, by zapewne większą grupą udać na piwo i wieści posłuchać.Mrugnąwszy zalotnie do ogromnego wojownika, który aż gwizdnął na jej widok, ruszyła w kierunku swojej kamienicy. Należało wszak poczynić stosowne przygotowania w związku z wyjazdem do Hirchenstein. Wiedziała już bowiem, że jako osoba majętna, o nieskalanej reputacji, będzie mogła zatrzymać się w wygodnej posiadłości Kamili Reinmar. Ponieważ jednak nie wypadało damie podróżować samej, nawet jeśli nosiła broń, musiała zabrać ze sobą służącą – osobę najlepiej obcą, która nie będzie zadawać zbyt wielu pytań, a przede wszystkim – nie będzie interesować się poczynaniami swej chlebodawczyni.

Bawiąc się w drobnej, zwinnej dłoni pozłacanym naszyjnikiem, zdobiącym dekolt, Anna Maria wybrała się do domu tym razem nieco okrężną drogą, zahaczając o skromny przybytek Rhyi w północnej części miasta. Tutaj, jak przypuszczała, na schodach niewielkiej świątyni, siedziała żebraczka, prosząc o datek.


Anna podeszła bliżej i spokojnie przyglądała się proszącej. Żebraczka, choć skulona i szczelnie owinięta łachmanami, zauważywszy kobietę, podniosła w jej stronę rękę niemo błagając o pomoc. Spoglądając w puste oczodoły oraz twarz noszącą ślady tortury i przypalania, panna Däpfer wyjęła z sakiewki srebrna monetę i położyła ją na drżącej dłoni tamtej.
- Niech... – żebraczka już miała wymówić błogosławieństwo, lecz kobieta przerwała jej swym dźwięcznym, pięknym głosem.
- Opowiedz mi swoją historię. – brzmiało to bardziej jak rozkaz niż prośba.
- A po cóż ci ona, panienko? – zdziwiła się żebrząca, głos miała nadzwyczaj czysty, choć dźwięczała w nim nuta żałości - Moja historia to tylko łzy bólu i upokorzenia, niech Rhya ma cię w swojej opiece dziecko, byś nigdy nie doświadczyła choćby okrawka tego co ja...
- Opowiedz.
– tylko ponagliła Anna Maria, nie okazując jednak zniecierpliwienia. Zmarszczki na twarzy staruszki zafalowały, by na jej obliczu zamiast smutku pojawiło się zdziwienie. Chwilę obie kobiety trwały w bezruchu, po czym żebraczka, wrzuciwszy srebrny talarek do chudego mieszka, skinęła głową.
- Byłam służącą na dworze świętej pamięci jaśnie pana Fridricha von Abendschuzten, służyła tam wcześniej moja matka, moja babka i moja prababka, więc i ja za ich przykładem oddałam serce naszemu panu, pracując dlań ze wszystkich sił. Pewnie i moja córka by tam służyła, a miałam ci ja dwie piękne córuchny, gdyby nie... nieszczęście. Niektórzy mówili, że to nasz pan Fridrich z jakimś magiem nieopatrznie się pokumał i dlatego bogowie zesłali nań karę, ja jednak myślę, że... no po prostu, tak być musiało. Pewnej nocy szczuracy napadli ziemię pana, a gdy on ruszył z odsieczą, druga banda, co się wcześniej w lesie czaiła, napadła na posiadłość rodową. Wszystkie kobity, dzieci i starcy, cośmy zostali... wszystkich oni jak nie przez łeb, to do wora. Jam była z tych drugich, choć już szczerze wolałam los moich dzieciątek podzielić, bo oni je na moich oczach zarąbali... kurwie syny! – z gardła żebraczki wydobył się cichy szloch, lecz zebrawszy się w sobie, kontynuowała opowieść – Jak się potem okazało, na tortury nas wzięli, tak dla zabawy, coby czas sobie zająć do następnej draki. Dwa dni i jedna noc nas dźgali, łamali, palili, coponiektórych nawet jedząc żywcem... A potem odeszli. Tak po prostu. Widać ich bogowie, niech będą przeklęci na wieki, wezwali ich ku innemu dziełu zniszczenia. No i to moja opowieść panienko, skoro takaś ciekawa była, to ci ją dałam. Lecz więcej szczegółów tamtych dni niewoli nie domagaj się, bo choć to dawno było, wciąż słyszę płacze tych, których szczuracy na zabawy sobie przeznaczyli.
- Dziękuję ci za opowieść, mateczko.
– rzekła Anna Maria nadzwyczaj ciepło, aż broda staruszki zadrżała – Widzę, ze mimo przeżyć straszliwych, bogowie nie odebrali ci zdrowych zmysłów i dlatego w podzięce za historie, chciałam ci zaproponować, byś na czas mego wyjazdu, a być może także później, przyjęła na siebie obowiązek mojej służącej. Oferuję ci ciepły kąt, porządny posiłek rano oraz wieczorem i pięć miedziaków za dzień podróży, a w zamian żądam jedynie pełnego oddania z twojej strony.
- Ależ panienko! Ja przecież stara, brudna powsinoga jestem, pewno dużo młodsza i sprawniejsza służkę możesz sobie sprawić...
- Nie chcę młodej siksy, co to mi będzie nos do szafy wściubiać i zamiast czekać mego powrotu, za chłopami po stodołach latać. Potrzeba mi kogoś, kto rozumie, na czym dobra służba polega, a i drażniących pytań nie zadaje... A skoroś mówiła, ze oto u was tradycja w rodzinie była panom służyć, to czym się omyliła do twojej wiedzy.
- Nie panienko, jak Rhyę miłościwą kocham, ale sama rozumiesz chyba... lata już nie te, a i ślepota moja wiele mi zdolności odebrała...
- Lecz nie zdrowy rozsądek, a to najważniejsze.
Anna Maria wyprostowała się dumnie i zdecydowanym głosem zapytała – Jak cię zwą żebraczko?
- Thersa, panienko.
- Więc Therso, czy zgadzasz się służyć mi wiernie, dopóki taka będzie moja wola, aby zatrzymać cię u siebie?
 
__________________
Konto zawieszone.
Mira jest offline  
Stary 03-06-2009, 09:20   #5
 
Toho's Avatar
 
2028, Pflugzeit – Altdorf

Faethor wyjściu z kancelarii poszwendał się nieco po mieście. Mimo że kalendarz imperialny uparcie wskazywał wiosnę, to w samym Altdorfie trudno było dostrzec jej uroki. No może poza wielką ilością kotów i ich nocnych „koncertów”. To nie to co w lesie … przemknęło przez myśl elfowi. Przez chwilę zatęsknił za domem, za Fuin Loren, Lasem Cieni, który mimo że pełen niebezpieczeństw to był o wiele bliży jego sercu niż metropolia.

Przez chwilę Faethor zastanawiał się dokąd ma się udać, ale po chwili wpadł na kilka pomysłów. Pierwsze kroki zawiodły go do zaułka płatnerzy i kowali. Z daleka słychać było stukanie młotów, a powietrze przepełnione było zapachem palonego węgla, rozgrzanej oliwy i stali. Elf uważnie obejrzał wiele kling badając ich jakość. W sumie większość z nich zdawała się być w porządku, ale nie umywała się do wytworów krasnoludzkich czy elfich mistrzów kowadła. W sumie nic dziwnego pomyślał sobie, przecież ludzkość jest o wiele młodszą rasą.
Czy to aby nie z żelaza z Hirschenstein? Słyszałem że znakomite klingi stamtąd pochodzą. rzucił sprzedawcy mieczy.
Z Hirschenstein? Niewiele z tamtej produkcji trafia do mnie, dużą część produkują faktorie na rzecz armii imperialnej. Pozostałą część żelaza wykorzystują inne bogate faktorie i domy handlowe. Ale mam tu dwa miecze wykonane z żelaza z Hischenstein. odpowiedział starszy sprzedawca w skórzanym fartuchu, noszącym ślady oleju. Kupiec odwrócił się w stronę stojącego za nim młodzika (zapewne czeladnika lub ucznia) i nakazał podać dwa miecze znajdujące się z tyłu składu po lewej stronie. Po chwili zaprezentował Faethorowi dwa ostrza:





Faethor wypróbował obydwa ostrza. Były dobrze wyważone, nieźle leżały w dłoni, zdawały się słuchać każdego ruchu elfa. Po dokładnym obejrzeniu obu ostrzy z każdej możliwej strony stwierdził, że są wykonane lepiej niż większość ostrzy, którą miał możliwość obejrzeć, a ich jakość zdawała się być dużo lepsza. Po chwili wahania zapytał o cenę miecza jednoręcznego. W odpowiedzi usłyszał niemałą cenę 25 zk. Cena ta była astronomiczna biorąc pod uwagę, że większość zwykłych mieczy, które oglądał kosztowała ok. 8 do 15 zk. Być może w trakcie targów z kowalem udałoby się zbić cenę do przyzwoitszego poziomu. Faethor przemyślał sprawę i póki co podziękował za okazanie broni. Zawsze zdążę ją kupić … dodał do siebie w myślach na odchodnym. W drodze do składu Werner und Sohn obejrzał również łuki. Jak tego się spodziewał większość z oferowanego mu towaru nie umywała się do łuku elfiego i była średniej jakości. Trafił jednakże na kilka sztuk lepszej jakości ale nie mógł dogadać się ze sprzedawcami – być może byli oni uprzedzeni do elfów? Kto ich cholera wie? Pomyślał z cieniem złości.

W jednym ze składów – nazywającym się od nazwiska rodziny domem handlowym van der Jesse – zaoferowano mu, gdy skrytykował większość z oferowanych mu łuków, wyjątkowy okaz. Z pozoru zwykły łuk, jakich tysiące w całym Imperium, ale po bliższych oględzinach bystre oczy elfa ujrzały kilka znaczących różnic. Łuk był wykonany z czerwonego drewna, sprzedawca twierdził, że to mahoń z samej Arabii, łęczysko było dobrze ociosane oraz wyważone, sama cięciwa była czarna. Elf zapytał czy może spróbować naciągu. Po twierdzącej odpowiedzi kupca naciągnął łuk i stwierdził, że ma on w sobie sporą siłę mimo że naciąga się nadzwyczaj lekko. Przy zapytaniu o cenę kupiec dodał, że jest to łuk magiczny. Niestety nie mając wiedzy o wykrywaniu magii Faethor zrobił dobrą minę do złej gry i ponownie zapytał o cenę. Niestety jak tego można było się spodziewać cena była o wiele bardziej astronomiczna niż cena miecza – kupiec żądał za ów łuk aż 100 zk. Elf grzecznie podziękował, powiedział, że się zastanowi nad zakupem i udał się w dalszą drogę.

W czasie zakupów wiele razy zagadywał o Hirschenstein, tamtejsze żelazo i same miasto, jego położenie, odległość od Altdorfu, czy aby trakt dobry i bezpieczny. W składzie Werner und Sohn dowiedział się wiele z historii miasteczka Hirschenstein. Najważniejsze wydały się mu informacje o losach Edwarda von Thiel. W wielu innych miejscach słyszał różne plotki i domysły. Część z nich pewnikiem wynikała z ogłoszenia kancelarii, część była wyssana z palca przy kuflu piwa, a inne, być może prawdziwe, a być może i nie. Wiele osób twierdziło, że w tym mieście Hirschenstein jest coś dziwnego, bo mimo że są tam kopalnie i kuźnie to nie ma tam zbyt wielu krasnoludzkich górników czy inżynierów. Inni mówili, że w tym mieście znaleziono wielki i dziwny skarb, inni że ktoś planuje sabotaż kopalni cesarskich, itp.
Po Altdorfie chodzą również plotki że część lenna cesarskiego została zastawiona u bankierów z rodziny Bertoldich. Niestety nikomu nie udało się zweryfikować tej informacji. Rodzina Bertoldich mająca kantory (banki) w wielu miejscach cesarstwa jest słynna ze swej dyskrecji.
Miasteczko Hirschenstein znajduje się cztery dni drogi konno na południowy zachód od Altdorfu w stronę Gór Szarych w stronę Parravonu. Hirschenstein nie znajduje się jednakże w samych Górach Szarych lecz na ich przedgórzu. Trakt wiodący w stronę Hirschenstein jest w miarę dobrze utrzymany – pięć lat temu przeszedł renowację, na odcinku z Altdorfu do drugiej karczmy położono kostkę granitową. Po drodze do miasteczka znajdują się trzy karczmy należące do jednej rodziny Gremondich. Są one nieźle utrzymane, jednakże trunki są w nich mocno ochrzczone, a jedzenie nie zawsze świeże. Trakt wiodący z Altdorfu do Hirschenstein jest w miarę bezpieczny – w końcu armia cesarska nie może pozwolić sobie na przerwy w dostawie dóbr.

Zakupiony bukiecik z pewnością zadowoli Danyię pomyślał zadowolony z zakupu Faethor udając się do „Uroczego Zakątka”. W drodze z „Dębowego Liścia” miał przez krótki czas dziwne uczucie, że jest śledzony. Odruchowo zwiększył swą czujność. Przystanął przy kramie z pieczywem i zakupił nieco świeżych bułek – przy okazji dyskretnie sprawdził, czy faktycznie ktoś go śledzi. Niestety nikogo nie zauważył poza kotem. Kot był jak kot – typowy buras z Altorfu jakich tysiące czy setki tysięcy w mieście. Nic specjalnego. Po chwili elf ruszył dalej w swoją stronę, a uczucie śledzenia minęło.

„Uroczy Zakątek” był zajazdem oddalonym o piętnaście minut drogi od „Dębowego Liścia”. Zajazd był prowadzony przez Galimeda, którego Faethor darzył wielką i odwzajemnioną przyjaźnią. Sam zajazd to cztery spore murowane budynki ułożone w kwadrat. W jednym z nich znajdowała się solidna, dębowa brama wjazdowa. Budynek z bramą był jednocześnie stajnią. Budynek naprzeciw wjazdu był karczmą, a dwa po jego bokach zawierały pokoje gościnne. Cały zajazd sprawiał wrażenie budowanego z myślą o oblężeniu i warownej obronie. Jedzenie było przednie i świeże, a wino nierozcieńczone wodą, dlatego zajazd ten był szczególnie popularny wśród szlachty. Przekładało się to co prawda na ceny wyszynku, ale Galimed dla Faethora robił pewne wyjątki i dzięki temu Faethor mógł tam jadać i sypiać.

Tak jak Faethor się spodziewał zakupiony bukiecik, zawierający głównie kwiaty z rodziny goryczkowatych, knieci, zrobił odpowiednie wrażenie na Danyi. Z jej ust wylał się potok dźwięcznej mowy z charakterystycznym dla Kilseva akcentem, który był tak miły uchu elfa. Dziewczyna cały wieczór starał się być jak najbliżej elfa. Z zapartym tchem słuchała opowieści o driadach, co jakiś czas dodając kilka pytań. Niestety co dobre to się szybko kończy i koniec końców
Danyia musiała zająć się inną pracą. Ale przechodząc koło Faethora puściła mu oczko.

Od Galimeda o samym Faethor mieście nie dowiedział się zbyt wiele nowego – jest to całkiem niedawno powstałe centrum wydobycia żelaza. W mieście mieszkają głównie górnicy i nieco nowobogackiej elity. Największa z kopalń – nazywana Bertoldą – jest lennem cesarskim i przynosi rocznie niezłe zyski. Do tego do lenna cesarskiego zalicza się w tych okolicach: las, wielkie jezioro, kopalnię srebra, huty (wytapiające srebro z rudy).
Inne kopalnie, faktorie należą do różnych osób. W tym górniczym miasteczku mieszka stosunkowo niewielu krasnoludów – lecz ich usługi są tam bardzo dobrze opłacane. W niedługim czasie ma tam przybyć transport 150 krasnoludów – głównie górników i inżynierów.
Sama Kancelaria to czysta biurokratyczna machina – bez brzdęku nie załatwisz tam nic. No chyba, że jesteś jakimś władyką, wysoko postawionym paniczykiem, czy innym herbowym. Oni załatwiają tam wszystko i to dość szybko. W sumie dzięki temu nie ma między nimi tylu swarów. Kanclerz JM Justus von Reichermann, hrabia de Midern to człowiek dość tajemniczy. Pochodzi z samego Altdorfu z rodziny o dobrych i dawnych tradycjach wojskowych. Jego dziad walczył u boku Magnusa Pobożnego, ojciec u Reinmara Mocnego. Justus przez pewien czas służył w wojsku cesarskim – Imperialswehrze. Brał udział w zwalczaniu zajazdu gobilnów niedaleko Talabheim. Sprawił się dobrze i nieco później został na dworze cesarskim kimś w rodzaju doradcy wojskowego. Zapewne nie próżnował i wykorzystał koneksje rodzinne, właził w tyłek Cesarzowi i został w końcu Kanclerzem i hrabią na dodatek. Tytuł hrabiego nadał mu cesarz zapewne tylko po to by uciszyć gadanie o tym, że kanclerzem powinien zostać przynajmniej hrabia.
Kanclerz od dłuższego czasu bierze znikomy udział w oficjalnym życiu Altdorfu. W sumie to chyba nikt nie wie co on porabia – pewnikiem sączy wino i zabawia się z dwórkami.
 
__________________
In vino veritas, in aqua vitae - sanitas
Toho jest offline  
Stary 08-06-2009, 09:41   #6
 
Toho's Avatar
 
2028, Pflugzeit – Altdorf

Anna pomyślała sobie, że ten werbunek u Kanclerza to prawdziwe błogosławieństwo. Gdzieś podświadomie czuła, że sprawy Kanclerza i Michaela de Tröbe z pewnością mają wiele wspólnego, nie wiedziała tylko jeszcze co. Ale przeczucie zostało …

Mimo swoich niezwykłych umiejętności, wdzięku i powabu kobiecego ciała, umiejętnie dobieranych pytań Anna w Kancelarii nie zdołała dowiedzieć się niczego nowego. W trakcie rozmowy dotarło do niej, że żaden z werbujących tu skrybów nie ma bladego pojęcia o zadaniu jakie przeznaczy przyszłym najemnikom Kanclerz, mało tego – nie są tego ciekawi i świadomość dobrze wypełnionego werbunku zupełnie im wystarcza. A to ciekawe pomyślała w duchu wychodząc na zewnątrz działają bezmyślnie niczym tryby w jakiejś krasnoludzkiej machinie, pewnie przeszli niezłe przeszkolenie ... pomyślała z pewną dozą uznania dla skrybów i metod działania Kancelarii.

Zamyślona zignorowała licznych mężczyzn gapiących się bezczelnie na jej falujące piersi najemników. Do jednego z nich mrugnęła zalotnie – zauważyła że rozdziawił usta niczym karp wywalony na brzeg i patrzył się bezmyślnie. Anna ucieszyła się na ten widok – lubiła wiedzieć, że jej kobiecość robi dobre wrażenie na mężczyznach.

Po chwili zadecydowała, że skoro ma się zatrzymać u Kamili Reinmar jako dama to, nawet jeśli jest się damą uzbrojoną i w pełni samodzielną, to nie wypada jej podróżować samotnie. Takie zachowanie budziłoby zbyt wiele plotek, a tego Anna wolała uniknąć. Bawiąc się w drobnej, zwinnej dłoni pozłacanym naszyjnikiem, zdobiącym dekolt, Anna Maria wybrała się do domu tym razem nieco okrężną drogą, zahaczając o skromny przybytek Rhyi w północnej części miasta. Tutaj, jak przypuszczała, na schodach niewielkiej świątyni, siedziała żebraczka, prosząc o datek. Jak się spodziewała – pierwsze wejrzenie było słuszne – Thersa okazała się być odpowiednią osobą. Jej opowieść zrobiła na Annie pewne wrażenie, chociaż Anna wiedziała, że w razie potrzeby poświęci Thersę bez chwili wahania.

- Więc Therso, czy zgadzasz się służyć mi wiernie, dopóki taka będzie moja wola, aby zatrzymać cię u siebie?
– Ależ panienko czcigodna! Nie jestem godna takiej służby, ale jeśli takowa Twa wola to możesz rozporządzać moją osobą, zdrowiem i życiem. Będę Ci służyć jak najlepiej umiem i w miarę moich niemłodych sił! Thersa ostatnie zdanie rzuciła dumnie.
Anna uśmiechnęła się do siebie, dumna że dobrze oceniła żebraczkę.
– Jak mam Cię nazywać, panienko? zapytała po chwili Thersa.
– Zwij mnie Anną. A teraz chodź Therso, postaramy się Cię nakarmić i nieco odziać.
W oczach żebraczki zaszkliły się łzy. Widocznie, aż do tego momentu nie wierzyła w swoje szczęście. Z pewnością nie raz różni ludzie czynili sobie z niej żarty.
– Panienko Anno … czy … czy … zacukała się niepewnie Thersa, chciała widocznie o coś zapytać, ale brakowało jej odwagi i sił. Anna domyśliła się, że chodzi o pieniądze – w sumie nic dziwnego.
– Nie martw się Therso, nie dam Ci zginąć. Będziesz służyć mi wiernie – sowicie wynagrodzę Twe usługi. Nie będziesz musiała więcej żebrać.
– Dziękuję panienko! odetchnęła z ulgą Thersa.

Thersa całkiem sprawnie jak na swoje lata i żebraczy żywot zebrała się do drogi. Szła za Anną pewnie i dość szybko nie tracąc jej z oczu. Anna pierwsze kroki skierowała do łaźni publicznej znajdującej się dwie przecznice dalej. Tam wręczając dwa srebrne szylingi nakazała Thersie umyć się i pozbyć się łachmanów. Sama w międzyczasie odwiedziła kilka pobliskich kramów i wybrała z nich najlepsze ubrania jakie mogła nosić osoba służąca od wielu lat szlachciance. Po krótkim namyśle do listy zakupów dołączyło kilka świecidełek o przeciętnej wartości, ale odpowiednim wyglądzie. Anna za każdym razem targowała się twardo nieraz robiąc użytek ze swojego powabu i wdzięku. Przy jednym z kramów ostudziła zapały niemłodego już kupca, który próbował obłapić to i owo z jej młodego ciała. Celne kopnięcie posłało go na ziemię bez tchu. Anna Maria w ramach reparacji za straty moralne wzięła bez wahania z jego straganu kilka drobiazgów.

Po powrocie zastała w łaźni czystą i pachnącą Thersę rozglądającą się niepewnie wokół. Wzrok miała niczym porzucony szczeniak wypatrujący powrotu swego pana. Na widok Anny Thersa skłoniła się, całkiem, jakby czyniła to od wielu lat. Anna podała jej zakupione ubrania i błyskotki.
– Przebierz się Therso. Zakupiłam dla Ciebie nieco fatałaszków i błyskotek. A i tu masz nieco drobnych na własne potrzeby dodała Anna, podając mieszek zawierający kilkanaście srebrnych miedzianych monet. Na mieszku znajdował się monogram, który bardzo spodobał się Annie. Postanowiła uczynić zeń swój herb.

– Henna! zaordynowała dla Thersy Anna. Tamta niepewna co się stanie patrzyła na Annę pełna obaw.
– Zmienimy nieco Twoje włosy Therso. Będziesz wyglądać o dobre kilkanaście lat mniej. Thersa na słowa Anny uśmiechnęła się.

Po wykonaniu hennie włosy Thersy prezentowały o wiele lepiej. W ogóle cała Thersa prezentowała się o wiele lepiej. W krwisto czerwonej sukni z dodatkiem kilku świecidełek sama mogła spokojnie uchodzić za osobę szlachetnego rodu.




Annie wpadł do głowy pewien pomysł. Skinęła na Thersę, ta podeszła. Anna kazała się jej obrócić, Thersa ruszała się w sukni, całkiem jakby była dlań uszyta, ruszała się swobodnie i delikatnie.
– Od dzisiaj nazywasz się Thersa Løwhe. Jesteś czwartą, nie – piątą córką ubogiego szlachcica z południa. Co Ty na to, Therso Løwhe?
– Jakkolwiek sobie panienka życzy. odparła Thersa starając się nadać głosowi nieco lepszy ton. Udało się jej to nawet nieźle.
– A teraz reszta zakupów. Wybieram się w krótką podróż i będziesz mi w niej towarzyszyć.
– Oczywiście, panienko. Zrobię co w mej mocy by okazać się pomocną.

W drodze do domu Anny nabyły spory kufer podróżny, nieco ubrań, świecidełek i butów na różne okazje. Oczywiście Anna samodzielnie, bez Thersy zakupiła kilka przedmiotów, które uznała za stosowne. Jednym z nich był sztylet z mocnego żelaza o wąskiej klindze – tzw. mizerykordia, zdolna przebić kółka w kolczudze.

– To dla Ciebie. Do obrony swojej i ewentualnie mojej. Chociaż wiedz, że sama sobie z tym poradzę. powiedziała Anna podając Thersie ostrze.
– Jeśli będzie trzeba, oddam za Ciebie me nędzne życie ... odparła z powagą Thersa.

W czasie powrotu do domu Anna miała uczucie, że jest śledzona. Zwiększyła swą czujność i niby prowadząc rozmowę z Thersą ruszyła między kramy na ulicy rzeźników. Dokonała kilku zakupów upewniwszy się, że Thersa umie gotować. Przy okazji dyskretnie sprawdziła czy rzeczywiście ktoś ją śledzi. Owym ktosiem okazał się kot.




Kot był zwykłym kotem jakich pełno w zaułkach Altdorfu. Annie ulżyło, ale przez całą drogę do domu zachowała swą czujność. Dziwne uczucie bycia obserwowanym nie zniknęło. Ale Annie nie udało się nikogo nie zauważyć.

Wieczorem w czasie, gdy Thersa przygotowywała posiłek z zakupionych przez Annę towarów. Do drzwi domu ktoś zapukał. Tym kimś okazał się posłaniec. Bez słowa przekazał liścik i zniknął w mrokach nocy. Annie nie bardzo chciało się go śledzić, a z pewnością nie wiedział nic ciekawego. Zresztą wszystko wyjaśniał sam list.
 
__________________
In vino veritas, in aqua vitae - sanitas
Toho jest offline  
Stary 10-06-2009, 09:56   #7
 
Romulus's Avatar
 
"Co za ceny!" - zżymał się elf w myślach, wspominając wizytę w składach i zdmuchując z rękawa kłaczek kociej sierści. Kocur nie miał najwidoczniej nic przeciw temu by Faethor wziął go w ręce i, choć niechętnie, dał się pogłaskać. A niewiele brakowało by elf wypruł mu wnętrzności, gdy zaczaił się w zaułku na tajemniczego ktosia. Gdy jednak poza dachowcem nikt się nie pojawił, zaciśnięta na rękojeści ciężkiego noża dłoń rozluźniła się a łagodny głos przywołał zwierzaka. Elf pogłaskał łeb o podartych uszach, znać poszarpanych przez inne kocury czy też nadzwyczaj liczne w Altdorfie i agresywne szczury. Ostre jak igły zęby nadal jednak wyglądały na zdrowe i mocne.
- Pomyślnych łowów, mały bracie - rzucił mu wtedy na pożegnanie. Bardzo lubił koty.

Teraz zaś siedział w Zakątku i za radą Galimeda zarzucił pomysł spaceru po zmroku. Zresztą mimo całej bezmyślności młodości sam Faethor wiedział że włóczenie się po nocy, tym bardziej mając w żyłach sporo alkoholu, jest proszeniem się o nieszczęście. Galimed miał zresztą w tym i swój interes - zajazd tej klasy przyciągał klientów spragnionych dobrej rozrywki. A że Faethor głos ma piękny i lubi się nim chwalić, nie trzeba go było wiele prosić by odśpiewał "Marsz Teclisa", opowiadający dzieje Wielkiej Wojny z Ciemnością i koleje losu w niej najpotężniejszego z Mistrzów Wiedzy Ulthuanu. Potem zaś przyszły elfie i ludzkie pieśni, popularne na północy Imperium czy rodem z Kislevu, do których elf czuł szczególne upodobanie. Śpiewał o nadziei wbrew wzbierającemu Mrokowi, o zabawie i dobrych łowach, o pięknie skrytym w gęstwinie lasu i w potoczku na łące...

Gdy w końcu Faethor odprowadził zmęczoną Danyę do kwater dla służby, sam bez ociągania legł na posłaniu w skromnym pokoiku na poddaszu. Przez chwilę układał plany na następny dzień, ale powieki zamykały mu się jakby obdarzone własną wolą. Z beztroską młodości elf pogrążył się we śnie...

Gdy kogut właśnie zaczynał swe pienia a sprawne oko odróżnić już mogło ciemną nitkę od jasnej (niezawodny to znak że noc w dzień przechodzi), młodzik był już na nogach, kierując swe kroki do pompy na dziedzińcu. Codzienny rytuał ablucji ciągle wzbudzał, nie wiedzieć czemu, może nie sensację, ale zainteresowanie wcześniej wstającej zmiany służby Galimeda. Skąd elf mógł się domyślać że w wieku tym zbytnie folgowanie ciału kąpielą było przez ludzi uważane za podejrzane i niezdrowe? Raz na dwa czy cztery tygodnie - tak, temu nowocześnie myślący adepci sztuki medycznej przyklaskują jako wskazane, ale częściej?? Dużo zdrowsze ich zdaniem jest wszak zmienianie bielizny połączone z okadzaniem czy traktowaniem ciała pachnidłami! Stąd tak powszechne u szlachty kule zapachowe, rzezane w srebrze czy brązie, wypełnione wonnymi ziołami i noszone na szyi. Tak więc codzienny rytuał obu elfów (bo i Galimed elfich zwyczajów nie porzucił w tym względzie) pilnie był obserwowany przez ludzką służbę. Zdecydowanie większe zainteresowanie wzbudzało to wśród kobiet, z jakiegoś powodu. Z jakiego - Faethor nie mógł się domyślić, wszak elfowie i elfki wspólnie korzystają z dobrodziejstw kąpieli. Nagabywany o to Galimed uśmiechał się tylko pod nosem, irytując młodziana. Ten zaś z zadowoleniem dostrzegał że pobratymiec z Sith Rionnasc'namishathir, choć silnie zbudowany, dużo gorzej znosi zimno i drży w porannym chłodzie. Zwykle pluskał się zapewne w balii i to pod dachem, jednak w obecności krewniaka nie mógł się mazgaić i z rezygnacją poddawał się chłodnej wodzie. Kpinom i docinkom nie było końca... Sam Galimed, dodajmy, również ku wielkiemu zadowoleniu Faethora, dawno temu zobowiązał swój personel do częstszych niż zwyczajowo przyjęte wśród ludzi wizyt w łaźni, co miało wielki wpływ na standard usług zajazdu...

Odświeżony, młodzian ruszył na podbój kuchni. Wiedział on że w zamian za pieśń czy żart (czy bezwstydnie rzucone pochlebstwo) naje się o wiele lepiej niż w samej karczmie. Tak więc nie żałował dowcipu i głosu a i sam jął się noża gdy zabrakło rąk do obierania. Po posiłku sprawdził czy Danya już wstała (niestety, śpi), odwiedził swą izdebkę, zwędzoną ze spiżarni butelkę owocowego wina wpakował do plecaka, zabrał płaszcz, miecz i sakwę i potruchtał w miasto. Nie omieszkał zapukać do Werner und Sohn - staruszek spał jeszcze najwidoczniej, sądząc po zamkniętych na cztery spusty odrzwiach - ostatecznie jednak stanął pod składem krewniaka Natlaniela. Zielony Spichlerz z daleka można było zidentyfikować, oczywiście przez osobę nie pozbawioną całkowicie węchu, bowiem od rozpościerającej się stamtąd różnorodności zapachów ziół, kwiatów, drewna czy żywicy kręciło wręcz w nosie. Co niezmiernie cieszyło Laure, biorąc pod uwagę jego biegłość w wyszukiwaniu wszelakich ziół i przetwarzaniu ich w lecznicze specyfiki.

Tuż przed wejściem na myśl przyszła mu klinga z Hirchenstein - nie wiedzieć czemu, jednoręczny miecz utkwił mu w pamięci. Zapamiętane, okrutne krzywizny ostrzy i nieznane mu wcześniej zdobienia w dziwny sposób zmroziły Faethora. Otrząsnął się z tego uczucia.
- Morai-Heg, Starsza Siostro, prowadź mnie - wyszeptał.
Wszedł do składu by rozmówić się z Natlanielem i uprzedzić przyjaciela o możliwym zatrudnieniu przez Kancelarię. Lojalność jednak wymaga by zapytać pobratymca czy nie wymaga usług Laure, toteż z ukłonem przywitał dużo starszego elfa. Widząc zaś że przydałaby się Natlanielowi dodatkowa para rąk przy ucieraniu składników i przerzuceniu paru skrzyń, chętnie zrzucił płaszcz i przyłożył się do pracy. Żartując i dowcipkując pomagał dłuższy czas, by zająć się czymś do południa.
- Natlanielu, mam zamiar zatrudnić się w cesarskiej Kancelarii. Wiązałoby się to z podróżą do Hirchenstein. Gdybyś potrzebował jakichś ziół - a mam nadzieję że w drodze udałoby mi się coś zebrać - z miłą chęcią dostarczyłbym ci je...

Przed południem Faethor ruszył na plac Ulryka... Zastanawiał się jeszcze przez chwilę nad enigmatycznym zadaniem, ale wkrótce wzruszył beztrosko ramionami a wrodzony optymizm wziął górę:
- Cokolwiek to będzie, poradzę sobie!
 
__________________
Why Do We Fall? So We Can Rise
Romulus jest offline  
Stary 25-06-2009, 10:26   #8
 
Toho's Avatar
 
2028, Pflugzeit – Altdorf

Helga van Förster od dłuższego czasu mieszkała w Altdorfie, tak prawdę mówiąc urodziła się i mieszkała w tym mieście i nie znała nic poza nim. Nie to żeby miała dość miasta, po prostu nie znała nic poza nim. Od wielu lat imała się różnych zajęć – była kelnerką, barmanką, posługaczką i nawet kurtyzaną. Jednakże całe jej życie wywrócił do góry nogami Martin Früche – Altdorfiański czarodziej i znany uwodziciel. Szybko stała się jego pomocnicą, powiernikiem, kochanką i … obiektem jego czarów.
To jego opowieści o Starym Świecie i krainach poza nim spowodowały, że zaczęła się jej marzyć przygoda, podróż, walka ze złem i takie tam – całkiem w tanim eposie rycerskim, które są tak ostatnio popularne w Altdorfie. Przez długi czas myśl o podróży kluła się w niej niczym pisklę w jaju pod kwoką – aż wreszcie!

Tego dnia szła spokojnie między licznymi straganami niedaleko zaułka magów, jak zwykle robiła sprawunki dla swojego mistrza – jak w myślach nazywała Martina. Z daleka dojrzała dziwny i niespokojny tłum gapiów słuchający herolda kancelarii. Co prawda słowa herolda przez zgiełk targu i słuchaczy nie docierały do niej, ale Helga czuła że dzieje się tam coś istotnego i ciekawego.
– Tu się handluje, tu się kupuje! Odejdź mały bo Cię opluję! odezwała się blisko Helgi jakaś przekupka przeganiająca młokosa próbującego zwędzić ze straganu jabłko.


– Ej młody! MASZ! – krzyknęła za młokosem Helga, rzucając mu dwa dorodne jabłka.

Chwilę później wręczyła handlarce trochę brzdęku, właściwie to tylko szlamu.

Zakupy dla maga poszły na dalszy plan, sprawnie i szybko Helga przepchnęła się przez ciżbę bliżej herolda. Niestety akurat skończył mówić i odpoczywał przed następną turą ogłoszenia. Na całe szczęście nieco leniwa Helga nauczyła się podstaw pisania i przeczytała – choć z trudem – ogłoszenie kanclerza. Później wypytała ludzi obok niej co mówił herold – to co usłyszała podniosło ją na duchu. Nie dość że przeczytała dobrze, to jeszcze szykuje się okazja na wyjazd. Powtarzając po drodze w myślach treść ogłoszenia szybko zakupiła to, czego potrzebował mag i szybko wróciła do jego pracowni.


Pod drzwiami przystanęła na chwilę przed drzwiami jego pracowni. Pamiętała ten dzień jak dzisiaj, kiedy to po raz pierwszy je przekroczyła. Wówczas była tylko zakochana w młodym i jak myślała wszechmocnym magu. Nieco później okazało się, że wcale nie jest aż taki wszechmocny, chociaż … niektóre sprawy szły mu dobrze. Pewien czar wymknął się mu spod kontroli i trafił w nią. W sumie teraz, wiedząc co i jak, panując nad jego efektami, była nawet zadowolona, ale pierwsze chwile … ech.

A miłość ... no cóż, proza życia, zauroczenie nieco zmalało, osłabło w rutynie codziennego życia, do tego mimo że opowiadał o podróżach to przez całe pięć lat znajomości nie ruszał się poza miasto. Obecnie zastanawiając się Helga stwierdziła, że jest pomocnicą czarodzieja, ale nie jego uczennicą. Wykonywała też na własną rękę pewne zadania. Czas się ruszyć z miasta... pomyślała i weszła śmiało przez drzwi pracowni. Mag jak zwykle siedział nad księgami coś mamrocząc i chrząkając w zabawny sposób.

Helga znała go na tyle, wiedziała, że chrząkanie oznacza co najmniej problemy z czarem.
– Witaj mistrzu … jej karminowe wargi uchyliły się ukazując równe i białe zęby. Uśmiech był szczery i ciepły. Jednakże spełzł pod chłodnym wzrokiem. Gdzie podział się mój ukochany, o miłym spojrzeniu i czułym słowie? pomyślała Helga.
Ekhem, ekhem … chrząknął znów mag. … jest pewien drobny problem. Chyba będziesz musiała wyjechać na jakiś czas. Jakiś baran użył mojego czaru przeciw komuś z gildii w Thay, zamienił jednego z czerwonych magów w kamień. A teraz Ci z Thay przez Gildię Magów w Altdorfie „proszą mnie” o pomoc. Nie wiem jak to się może skończyć … Martin wydawał się nieco przerażony wizytą w samym Thay, tym samym Thay, zwanym wyspą wiatrów mocy, skąd pochodzili najwięksi znani magowie – Heinrich Merowlin, Adolf Justus von Pretcheim, Maria Quelay i wielu innych.
- Dobrze, jest nawet ku temu stosowna okazja. Kanclerz poszukuje śmiałków do wykonania pewnego zadania. Nabór odbywa się w Kancelarii. – odrzekła Helga.
– Kanclerz? Uważaj na niego moja miła, to potężny i mocny człowiek. Jest żądny władzy. A teraz idź weź co tylko będzie Ci potrzebne na podróż. Tu masz nieco gotówki na wszelakie potrzeby. Zamieszkaj w „Dębowym Liściu” - znam tam karczmarza, rzeknij mu, że to ja Cię wysyłam, a zaoferuje niższą cenę. Ja muszę szykować się do drogi do Thay, jeżeli wrócę, odnajdę Cię. Pilnuj tylko wisiora, pamiętaj o … mówił spokojnie magik.
Wiem, wiem i pamiętam. Odnajdź mnie, mój miły … pocałowała na koniec Martina jak za dawnych lat, jakby całowali się pierwszy raz i ruszyła zebrać swoje rzeczy, a później do Kancelarii dowiedzieć się czegoś więcej.
 
__________________
In vino veritas, in aqua vitae - sanitas

Ostatnio edytowane przez Toho : 26-06-2009 o 11:33.
Toho jest offline  
Stary 26-06-2009, 12:42   #9
 
Charlotte's Avatar
 
2028, Pflugzeit – Altdorf
Helga

Spacer po mieście w poszukiwaniu sprawunków dla maga sprawiał zwykle Heldze dużo przyjemności. Jak każda sroczka lubiła po drodze oglądać różne błyskotki i fatałaszki. Jednak z czasem gdy ich miłość nieco zwiędła, niczym nie podlewana roślina, Helga coraz mocniej pragnęła wyrwać się z rutyny codziennego życia, zakosztować nieco świata, przygód.

Ten dzień nie wydawał się wyróżniać się spośród innych niczym szczególnym, aż do czasu gdy zobaczyła niewielki tłumek wokół herolda kancelarii. Niestety ciżba na targu, hałas tłumu nie pozwoliły jej usłyszeć co jest ogłaszane.
W pewnym momencie usłyszała gderliwy głos przekupki, która przeganiała jakiegoś młodzika, próbującego zwinąć coś z jej straganu. Widok ten przypomniał Heldze jej własną niełatwą młodość, poczuła sympatię do młodzieńca. Bez wahania sięgnęła po kilka owoców i rzuciła mu, krzycząc do niego:
– Ej młody! MASZ! – młodzik będący dzieckiem ulicy pewnie i mocno złapał owoce, ukłonił się Heldze i zniknął w tłumie. Helga czując baczny wzrok handlarki sięgnęła do sakiewki i rzuciła kilka miedziaków.
– Twoja zapłata. handlarka bez słowa przeliczyła pieniądze i schowała je za pazuchą. Skinęła głową w podziękowaniu. Helga uśmiechnęła się do niej i sprawnie ruszyła w kierunku herolda. Niestety jak na złość ten właśnie skończył obwieszczać i siadł na boku oddychając ciężko niczym koń po długim galopie. Na całe szczęście herold powiesił ogłoszenie – z trudem bo z trudem, ale powoli – przedukane ogłoszenie mówiło, że Kanclerz poszukuje chętnych.
HA! powiedziała pod nosem Helga. Czyżby to było to? W końcu uda jej się wyrwać? A co na to jej ukochany? Mimo że nie czuła już do niego takiego żaru jak kiedyś, to nadal „miała do niego słabość” i wiele razy jego namowy, czułe słówka i pocałunki zatrzymywały ją w Altdorfie. Tym razem się nie dam! twardo postanowiła. Ponieważ nie do końca była pewna czy dobrze zrozumiała ogłoszenie, zaczęła rozpytywać gapiów o to co mówił herold. Na całe szczęście okazało się, że wszytko zrozumiała dobrze.

Uskrzydlona myślą o rychłym, jak miała nadzieję, wyjeździe, szybko dokonała niezbędnych zakupów. Po drodze próbowała rozpytać tu i tam czy ktoś coś wie o tym czego dokładnie chce kanclerz, ale prócz plotek nie dowiedziała się niczego ciekawego. W końcu dotarła do pracowni Martina. Przez chwilę zastanawiała się co dalej, przypomniał się jej pierwszy dzień u niego … ale w końcu wkroczyła do środka. Ku jej zaskoczeniu ukochany był czymś zajęty i do tego czymś zdenerwowany. W końcu okazało się, że ktoś wykorzystał zaklęcie nad którym ciężko od jakiegoś czasu pracował przeciw jednemu z karmazynowych magów zwanych też czerwonymi lub magami z Thay. Nie dość tego rada z wyspy Thay domagała się jego obecności na wyspie, co nie wróżyło niczym miłym i różnie mogło się skończyć.

Ostatecznie ukochany dał jej nieco gotówki, doradził jej by spakowała najpotrzebniejsze rzeczy i zamieszkała w „Dębowym Liściu” powołując się na jego osobę u karczmarza. Początkowo słowa ukochanego nie docierały do Helgi. Później pocałowali się, całkiem jakby to był pierwszy raz. Hegla chciała zaprotestować, zostać, ale coś w spojrzeniu maga przekonało ją by nie protestowała.

Po chwili namiętności ruszyła do swojego pokoju na piętrze, by zabrać swoje rzeczy, oraz kilka drobiazgów. W pierwszej kolejności zapakowała broń – łuk, krótki miecz, trzy sztylety, nieco różnych specyfików potrzebnych w dziczy, skórzany kaftan, wysokie skórzane buty, ubranie uszyte z mocnego materiału w kolorze starego złota. Nieco świecidełek. Odruchowo sprawdziła czy na szyi znajduje się wisior.


Wisior był żelazny, dość ładnie ozdobiony, w środku posiadał jantarowe oczko – inkluz. Niby nic specjalnego, ale stanowił on dla niej skarb bezcenny, pomagał jej bowiem kontrolować efekty jednego z czarów maga, który pechowo uderzył w nią. Pozwalał jej kontrolować pewne moce, a przy tym nie zwracał zbytnio uwagi i nie był ani trochę magiczny. Sprawdziła również czy w rzeczach znajduje się taki sam, zapasowy wisiorek. Wszytko było na miejscu. Rozejrzała się po pokoju, przez chwilę zbierał się w niej żal i niechęć – ruszyła szybko na dół wiedząc, że z każdą chwilą będzie jej trudniej i ciężej.

O dziwo na dole maga nie było. Znalazła jedynie kartkę, że dostał wezwanie do Gildii. Helga była prawie pewna, że to wymówka, by się nie pożegnać. Mag, podobnie jak i ona, nie cierpiał pożegnań i pewnie wiele go kosztowało by mówić spokojnie o jej wyjeździe i jego „wizycie” na Thay. Część jej jestestwa odetchnęła z ulgą. Spojrzała przeciągle po pokoju. Wzięła kilka przydatnych flakoników ze specyfikami i wyszła na dwór. Drzwi porządnie zamknęła kluczem i hasłem „alma mater magica”, które samo w sobie nie było zaklęciem, ale aktywatorem zaklęcia ochronnego.

Droga do kancelarii była nieco długa – w końcu kancelaria znajdowała się w nowszej części miasta i trzeba było iść prawie godzinę – ale nadzieja przygody i wyjazdu powodowała, że Heldze wydało się, że podróż trwała jeno chwilę. Niestety pod kancelarią był spory tłumek. Oprócz biedaków, żaków, żebraków i innej hałastry Helga znalazła kilka ciekawych osób. W oko wpadł jej zwłaszcza wysoki i przystojny elf w ubraniu rangera. Niestety nie spojrzał w jej stronę ni razu – tak go zaabsorbowały inne ładniejsze panny. Helga wzruszyła ramionami i westchnęła po nosem. Zanosiło się na dłuższe czekanie.

Mając sporo czasu obserwowała uważnie wszystkich i wszystko. Wrodzona ciekawość pozwoliły zaobserwować i usłyszeć, że wielu po wyjściu z Kancelarii psioczyło na czym świat stoi, że to zadanie śmierdzi na kilometr i tym podobne. Wielu rezygnowało w trakcie czekania, kilku poszło na piwo – wrócili ze spienionymi kuflami, aż ślinka szła – Helga już namyślała się, czy by samej nie dokonać takiego zakupu. Po chwili ujrzała, że piwoszy wyrzuca z tłumu ochroniarze stojący przed budynkiem.

Na Helgę zwróciła uwagę Anna. Również i Anna nie uszła uwadze Helgi. Helga poniekąd z zazdrością przyglądała się powabnej Annie i ze złością pomyślała, że ona przy niej wygląda jak wypłosz, zgoła posługaczka! W końcu Helga dotarła przed oblicze skrybów. Dość ogólne pytania zdziwiły ją, próbowała coś z nich wydobyć, ale okazało się, że nie wiedzą nic poza tym co im podano i spełniają tylko swe obowiązki. Hirschenstein... powtarzała pod nosem wychodząc z budynku. Ku jej zadowoleniu przed nią wychodził ów przystojny elf. Wiedziona po części ciekawością, po części chęcią poznania, gdzie pomieszkuje ów adonis postanowiła ruszyć za nim. Szybko i dość niepostrzeżenie przemknęła obok niego – elf zauważył ją ledwie kątem jednego oka, drugim złowił bowiem jędrny biust jakieś panny czekającej w Kancelarii. Helga uśmiechnęła się do siebie na ten widok, sprawnie pomknęła w zaułek, który jak była pewna pełen był dzikich kotów. Zza pazuchy wydobyła nieco jedzenia i sypnęła tworząc kilka kupek. To pozwalało zjeść wszystkim kotom bez większych walk i problemów. Szybko znalazła tego, który był najodpowiedniejszy – kilka ciepłych słów zwabiły zwierzę bliżej. Sprawnie złapała go – w ruch poszedł medalion, sztylet i parę słów i po chwili sprawa była załatwiona. Kot zmrużył oczy i pomknął za elfem. Helga przez chwilę siedziała zmęczona lecz szczęśliwa. Wieczorem dowie się wszystkiego – sama by to załatwiła, ale bała się o rzeczy. Z trudem podniosła się i ruszyła do „Dębowego Liścia” po nocleg i odpoczynek była nieźle zmęczona. Postanowiła, że wróci do Kancelarii i dowie się co i jak ruszy w świat. Miała cichą nadzieję, że ów elf również podejmie zadanie Kanclerza – ale to tylko była nadzieja.

Mimo zmęczenia po drodze do „Dębowego Liścia” zebrała nieco informacji o mieście Hirschenstein, trakcie do niego, plotek i historii. Z głową pełną różnych informacji dotarła pod „Dębowy Liść”. Weszła do środka i od razu ruszyła w stronę szynku, gdzie miała nadzieję znaleźć karczmarza. Ku jej zadowoleniu karczmarz stał za szynkiem nalewając piwo do kufli.
– Tak panienko? Co podać? Czym mogę służyć? zapytał dość uprzejmie.
– Przysyła mnie Martin Früche. Chciałabym wynająć pokój … i jedno piwo jeśli łaska... odparła pewnie zmęczonym głosem.
– Ten gryzipiórek z ulicy Kurzej? zapytał karmarz.
W oczach Helgi pojawiły się groźne ogniki.
– Czarodziej Martin Früche, nie znam żadnego gryzipiórka z Kurzej, pracownia znajduje się w zaułku magów niedaleko samej Gildii.... mimo zmęczenia głos Helgi był pewny i mocny. Pobrzmiewały w nim złe i chłodne nuty.
– Spokojnie panienko. Sprawdzałem Cię tylko. Witam Cię. Martin opowiadał mi kiedyś o Tobie, ale wolałem być pewien. Tu masz klucz, pokój na pierwszym piętrze po lewej, a tu masz piwo. Ja naleję nowe. Jutro się rozliczymy za wikt i opierunek, ale to jutro. Przyjaciele Martina są tu mile widziani … odpowiedział karczmarz, podając jej spory klucz i ociekający pianą kufel. Helga ruszyła do pokoju. Weszła do środka zapaliła świecę, otworzyła okno by kot mógł wejść, odruchowo sprawdziła pokój. Wszystko było w porządku. Zamknęła drzwi, wyjęła nieco zabranego z pracowni jedzenia – zjadła, popiła niezłym piwem i poszła spać.
 
Charlotte jest offline  
Stary 02-07-2009, 08:57   #10
 
Toho's Avatar
 
2028, Pflugzeit – Altdorf
Anna

Treść listu wiele wyjaśniła Annie. Jednakże chciała dowiedzieć się również co planowała Kancelaria i sam Kanlcerz. Wiedza taka mogła przydać się jej w późniejszych działaniach. Przez chwilę zastanawiała się nad dalszym planem działania. Po chwili miała już gotowy i jej zdaniem całkiem udany i porządny plan.

Najpierw postanowiła napisać krótki liścik do jedynego zaufanego przyjaciela jakiego miała w Altdorfie. List pozornie zawierał tylko informacje o tym, że wyjeżdża na jakiś czas do chorej ciotki do Middenheim. Zawierał również inne pozornie mało istotne informacje. Na koniec Anna dopisała zdanie, że ciocia Wilhelmina cierpi na bezsenność i że będzie musiała podejść do któregoś ze znanych altdorfiańskich alchemików bo Ci w Middenheim to chyba jakieś nieuki. Oczywiście list zawierał również banalną formułkę pożegnania. Anna posypała list drobnym piaskiem aby atrament dobrze wysechł. Odczekała kilkanaście minut, później sięgnęła po drugi specjalny kałamarz z nietypowym atramentem, którego normalnie nie było widać i napisała kilkanaście trójek różnych liczb. Nawet gdyby ktoś zdołał je zobaczyć nie miał by najmniejszych szans je odczytać. Natomiast Anna była pewna, że jej przyjaciel zdoła je odczytać bez problemów.

Później wezwała Thersę i przekazała jej:
– Pójdziesz z tym listem do karczmy „Beczka” w porcie. Podejdziesz do karczmarza, przekażesz mu list, powiesz, że ma on go przekazać Albrechtowi Seemehrowi – kapitanowi „Zielonej Meduzy”. Dasz mu te monety, żeby nie zapomniał. Thersa słuchała uważnie swojej nowej pani. Miała zamiar dokładnie i porządnie wykonać swoje zadanie i wypełnić wolę nowej chlebodawczyni.
– Zrozumiałaś?
– Wszystko jasne panienko, czy mam powtórzyć co nakazałaś mi zrobić?
– Nie ma potrzeby. A teraz słuchaj dalej. Później wrócisz szybko tu do mnie, ja przygotuję dla Ciebie nowe ubranie, nieco świecidełek. Pójdziesz do Kancelarii i posłuchasz co ma do powiedzenia podkanclerz Karol van Eickmar. Jeśli by Cię pytali po drodze o miano powiesz, że nazywasz się Anna Laheks. Dobrze zapamiętaj co powie jegomość podkanclerz. Na koniec dodasz, że nie jesteś zainteresowaną zadaniem i wyjdziesz. Później wrócisz w okolice południowej bramy, będę na Ciebie czekać w okolicach karczmy „Dębowy Liść”. Początkowo Thersa wydawała się nieco zdziwiona dalszą częścią zadania, ale później słuchała uważnie i dokładnie. Widocznie nie było dla niej nowiną załatwiać dla swoich mocodawców różnych dziwnych spraw.
– Spamiętasz wszystko? na koniec zapytała Anna.
– Jasne, panienko. Na wszelki wypadek powtórzę, co mi nakazałaś … odparła dość pewnie Thersa i zaczęła powtarzać słowo w słowo przykazane zadanie. Nie popełniła przy tym rażących błędów. Anna poprawiła ją tu i tam.
– Panienko, a nie będzie Ci potrzebna pomoc przy pakowaniu się?
– Therso. Twoja pomoc byłaby mi nieodzowna, ale dostarczenie tego listu oraz Twa wizyta w Kancelarii są dla mnie niezbędne. Bez tego nie dam sobie rady … Anna gładko i sprawnie rozwiała wątpliwości Thersy.

Chwilę później Thersa z listem w ubraniu o dość dobrej jakości z mieszkiem pełnym srebrnych i miedzianych monet ruszyła w stronę portu. Chwilę później również Anna opuściła mieszkanie. Musiała zrobić trochę zakupów przy których nie chciała by ją ktokolwiek obserwował. Pierwsze swe kroki skierowała w stronę straganów alchemików i tych ze składnikami do czarów. Zakupiła kilkanaście różnych flakoników. Oczywiście substancje zawarte w nich były całkowicie dozwolone. Na koniec ruszyła do „Demiurga” składu alchemicznego Wilfreda Młota – krasnoludzkiego alchemika, z którym była zaprzyjaźniona.

U niego zakupiła kilka różnych nieco mniej legalnych substancji i składników. Przy okazji rozpytała go o „Hirschenstein”, Kancelarię, Kanclerza. W sumie nic nowego się nie dowiedziała, poza tym, że Wilfred twierdził, że … sprawa cuchnie, Anno! Uważaj na siebie! Nie było to żadne novum dla niej. Sama to czuła. Przy okazji zagadnęła go o powóz lub lepiej karetę, najlepiej by pojazd był tani, ale w dobrym stanie, niekoniecznie z legalnego źródła.
– A i potrzebuję jakiegoś pacykarza, żeby namalował pewien herb, a wiele pytań mi nie zadał. Znasz jakowego?

Wilfred poskubał chwilę swoją brodę popatrzył na Annę badawczo.
– Powóz, lub kareta? To nie będzie to tanie moja droga! Ale postaram się coś załatwić. Co do pacykarza to nie ma problemów. Ja to mogę namalować. Swego czasu studiowałem to i owo pod okiem Anieli de Michelis w Marienburgu na Uniwersytecie, ale ostatecznie rzuciłem studia artystyczne i poszedłem na termin do alchemika. krasnolud uśmiechnął się pod wąsem na wspomnienie tamtych czasów.
– Za godzinę u mnie Anno. Przygotuj powiedzmy 150 koron? Tyle powinno wystarczyć. Postaram się coś utargować dla Ciebie, ale nie dam głowy czy się uda.

W czasie, gdy Anna załatwiała to i owo na mieście, Thersa dostarczyła już list, posiliła się przy okazji w karczmie piwem i wędzoną rybą i ruszyła w stronę Kancelarii. W tym samym czasie …

Po godzinie spędzonej na drobnych zakupach, wizycie w domu, Anna wróciła do Wilfreda. Zauważyła, że brama prowadząca na tyły jego pracowni jest zamknięta nieco inaczej niż poprzednio. W pracowni oprócz Wilfreda nie było nikogo innego, zapewne Wilfred zakupił od pośrednika nie pragnącego rozgłosu powóz.
– Mam coś dla Ciebie, Anno, to lando łódkowe. W sumie może przewieźć aż sześć osób. Mam nadzieję, że się nada dla Ciebie … zaczął mówić krasnolud.
– Nada się doskonale. A woźnica? Masz kogoś dość sprawnego w powożeniu ale dość głupiego by nie zapamiętał osoby, nie zadawał pytań? wpadła mu w słowo Anna.
– Znam jednego takiego. Poświeć mu w oczy złotem a pójdzie na koniec świata za Tobą, przy okazji nieźle gotuje, nie zadaje pytań, do dwóch nie zliczy i nie licz że cokolwiek spamięta na dłużej. Ale powozi – poezja … odparł krasnolud.

Wilfred zamknął pracownię i zaprowadził Annę na jej tyły – na wewnętrzne podwórko. Na środku stała piękna kareta, smoliście czarna, wydawała się pochodzić z samych piekieł.




Anna obejrzała dokładnie pojazd ze wszystkich stron. Nie był on całkiem nowy, ale na tyle mało zużyty, że mógł za taki uchodzić dla mało wprawnego oka. Przy okazji nie miał żadnych herbów inskrypcji i tym podobnych które by zdradzały jego pochodzenie. Anna nie pytała skąd pochodzi pojazd, Wilfred i tak by jej nie powiedział.
– Ile? zapytała na koniec oględzin rzeczowo Anna. Usłyszana cena była astronomiczna, ale wiedziała, że nie bardzo ma się jak targować z przyjacielem w takiej sprawie. Szybko wydobyła przygotowane pieniądze.
– Tu namalujesz taki herb … A i tu domalujesz nieco ozdób – dobrze jakby wyglądały na złote. wskazała Anna na burtę pojazdu, kilka innych elementów i pokazała przygotowany wcześniej herb.
– A i masz może nieco jakiegoś czarnego materiału? Nie chcę by ktoś od razu zwrócił uwagę na herby …
Wilfred skinął głową i wrócił do pracowni po niezbędne przybory. W tym samym czasie Thersa dotarła do kancelarii...
 
__________________
In vino veritas, in aqua vitae - sanitas
Toho jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 23:35.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172