Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 20-10-2009, 21:09   #1
 
Sekal's Avatar
 
[WFRP] Śmierć mówi w naszym imieniu


Waldenhof przez większość czasu swojego istnienia było miastem raczej spokojnym. Położone w mrocznej i owianej paskudną sławą Sylvanii nie cieszyło się może zbyt dużą reputacją, ale dochody dużej części mieszkańców pochodziły z handlu. Niewyludnione podczas wojny i położone zbyt daleko, by oblazły je hordy uchodźców, teraz na wojnie raczej korzystało, o ile ktoś był na tyle sprytny, że umiał obejść lub uciec przed wojskowymi rekwizycjami. Bo te były, owszem, tutejsze garnizony były co prawda opustoszałe, ale nikt o zdrowych zmysłach i tak nie miał ochoty stawać otwarcie przeciwko nim. Dodając do tego wszystkiego fakt, że za grubymi murami, w oddalonym mieście, plotki nie miały aż takiej wagi, a echa wojen czy nawet kolejnego powstania nieumarłych, w większości przypadków ignorowano. Bo powiadano, że miasto każdego potrafi zmienić, a cztery tysiące ludzi zgromadzonych w jednym miejscu czuło się pewnie i wyniośle. Nawet, gdy sprowadzili się tu niedawno z okolicznych wsi czy siół.

"Z rozkazu Gutera von Trolle, hrabiego namiestnika prowincji Sylvania, ogłasza się pobór do wojska w celu obrony naszych ziem ojczystych! Przyjmowani będą wszyscy sprawni fizycznie, kobiety i mężczyźni, od lat szesnastu do lat pięćdziesięciu! Zagrożenie ze strony naszych odwiecznych wrogów jest bardzo realne i tylko nasze zdecydowane działania mogą uchronić nasze domy i rodziny! "

To... tak, to już było realne. To nie była jakaś tam daleka wojna na północy, na terenach, o których prosty mieszkaniec Sylvanii nawet nie słyszał, a już o wymienianiu z nazwy nie wspominając. Bo cóż obchodził tutejszych jakiś imperator na jakimś tronie? Tyle tylko, że ogłaszano, że teraz ich ziemie są pod panowaniem owego Imperium. I, że poborcy teraz chodzili z nowym znakiem na piersiach. Nic innego się nie zmieniło, nie dla prostego człowieka. Ale wojna i powołania? Von Trolle znany był z hardości, ale i tego, że kochał swoją ojczyznę. Rodowity Sylvańczyk, który został w pewnym sensie marionetką po tym, jak Stirland podbił tę małą i nieprzyjazną krainę. Sprzeciwianie się jego rozkazom było jednak nie do pomyślenia!

Ukrywanie się przed poborem to zaś inna sprawa.

Ósemka ludzi i nieludzi, stojących w bardzo nierównym szeregu, na małym placyku przed miejskimi koszarami dla straży, była albo zbyt głupia, by się ukryć, albo zbyt głupia, by samemu się do armii nie pchać, albo miała pecha. Czyli na jedno wychodziło. Ósemka idiotów, którzy postanowili w imię czegośtam, wstąpić do Sylvańskiej armii, by chronić swoją (lub nieswoją) ojczyznę przed wrogiem, którego jeszcze nie znali. Nie było tu przymusu. Wszyscy byli ochotnikami, każdy mógł zrezygnować! Oczywiście był jeden haczyk. Na szubiennicy nieopodal dyndał właśnie ten, który postanowił zrezygnować z bycia ochotnikiem. Ale przynajmniej obiecano wypłacać żołd, w sumie takiej, jaką dostawał ponoć każdy inny imperialny żołnierz w stopniu najniższym. Płacono raz na miesiąc, tym, którym przypadkiem udało się ów miesiąc przeżyć.

Hołota, która na owym placyku stanęła, stanowiła iście groteskową zbieraninę wszystkiego, co tylko po świecie chodziło. Fioletowe szaty czaromiota i zakończony czaszką drewniany kij może jeszcze nie zrobiłyby takiego wrażenia, ale już spiczaste uszy wystające zza włosów i smukła sylwetka nieludzia robiły wrażenie. Różne, trzeba dodać. Ale taki to przejść ulicą bez zbierania spojrzeń nie mógł. Przeciwieństwem niemal był kurdupel, taki jak to czasem przyłaziły tu z Krainy Zgromadzenia i wyglądający na tak samo bojowego jak biały pudel z kokardką, widziany czasem w rękach wymuskanych szlachcianek. Pewnie przez wzrost i pulchność twarzy. Za to może ktoś będzie umiał coś ugotować? Była też kobieta, ubrana w bojowe skóry, ale mająca całkiem miłe dla oka kształty. I miecz u pasa, jakby kogoś interesowały bardzo szybkie zaloty. W przeciwną stronę wyróżniał się najbardziej tutejszy chłopek, który uzbrojony w wielką halabardę, wyglądał niemal tak samo paskudnie jak cuchnął. A cuchnął, o tak. Tuż przy nim właśnie było największe załamanie prostej linii marnego szeregu. Było jeszcze czterech innych, znacznie mniej wyrazistych mężczyzn, ale za to uzbrojonych i najwyraźniej ową bronią umiejących się posługiwać. Żadne z tej ósemki nie spodziewało się tego, co wyszło z koszar przed nimi i najwyraźniej miało być ich dowódcą.

-Baaaczność, pokraki!
Głos był... kobiecy. Niski i raczej gardłowy, ale nie dało się ukryć, że jego właścicielka była kobietą. Z wyglądu przynajmniej w jednej czwartej ogrzą kobietą. Ze dwa metry wzrostu, bary szersze od praktycznie wszystkich facetów w szeregu, twarz szeroka i brutalna, wykrzywiona teraz w nieprzyjaznym, wściekłym wręcz grymasie, widywanym często u wyższych rangą. Tylko tu można było się go faktycznie przestraszyć. Z drugiej strony miała niezły tyłek i cycki, które wyraźnie wypychały założoną na wierzch ubrania kolczugę. Jak ktoś lubił ten typ, mogący posługiwać się dwuręcznym toporem zawieszonym na plecach jedną ręką.
-Jestem sierżant Helga, dla was jełopy, Pani sierżant, rozumiemy się?!
Powiodła wzrokiem po szeregu, czekając na odpowiedzi i wyglądając jakby zastanawiała się kogo zatłuc na miejscu.
-Od teraz, jesteście kurwa żołnierzami i mnie przyjdzie wam słuchać! Mnie i mojego zastępcy. Harg, rusz te swoje koślawe nogi, do chuja!
Z koszar wyszedł kolejny osobnik, krasnolud, z raczej brudną, brązową brodą. Jak to zwykle u tej rasy, wieku to określić się nie dało, ale ciężka zbroja, którą na siebie włożył, nie dawała złudzeń co do tego, że jest kimś innym od wojskowego. Khazad targał ze sobą naręcze jakiś burych szmat.
-To wasze płaszcze, żołnierze! Macie je nosić i strzec jak oka w tych pustych łbach!
Harg rozdał płaszcze, wyglądające na brudne, ale najwyraźniej zrobiono je tak, by miały maskować. Jako, że teren Sylvanii był zmienny - od białych gór po brudnozielone bagna, to same płaszcze miały kolor zarzyganego brązu. Wyszyty był na nim symbol młota i... kozy? Barana? W każdym razie jakiegoś zwierzęcia.
-To symbol waszego oddziału! Kto zgubi płaszcz, cierpią wszyscy! Cerować i dbać jak o własne fiuty!
Fakt, że w oddziale była też kobieta został zignorowany.
-Jutro o świcie ruszamy na południe. Więcej nie musicie teraz wiedzieć. Wasze konie zostały zarekwirowane na potrzeby wojska. Kto ma jakieś problemy lub pytania?
Bardziej brzmiało to jak stwierdzenie.
-Nikt? I bardzo dobrze! Rozejść się, noc macie w koszarach. Kto jutro się nie stawi, skończy jak tamten!
Wskazała na wisielca i w asyście milczącego krasnoluda zniknęła w koszarach. Myśl o ucieczce pewnie nawet była kusząca, ale wszędzie w mieście roiło się teraz od regularnego wojska a także od takich "żołnierzy" jakimi się właśnie staliście. Strzeżono również bram, sprawdzając każdego. Pewnie, można było się ukryć nawet w jakiejś piwnicy. By potem zostać wyciągniętym i wcielonym jeszcze raz. Formowano tu armię i nie słuchano słowa "nie".

Był wieczór, 30 kaldezeit 2522. Robiło się zimno, a wiatr przywiewał mróz od strony Gór Krańca Świata. I coś jeszcze, co mieszkańcy Sylvanii mieli poznać niedługo.
 
Sekal jest offline  
Stary 20-10-2009, 22:24   #2
 
Corran's Avatar
 
Słuchając tej olbrzymiej kobiety i małego pokurcza Kah'el doszedł do wniosku że decyzja podjęta impulsywnie „za kraj” mogła okazać się najgorszą decyzją jaka podjął w życiu.


Przyjrzał się swojemu oddziałowi, kobieta, niziołek, i banda obszarpańców pasował tutaj jak śliwka do gówna. No cóż niestety przeznaczenie i wiatry magii taki właśnie los dla niego wybrały.
Gdy tylko herod-baba skończyła mówić a krasnal wręczył im coś co miało być płaszczem maskującym, stanął przed resztą oddziału i zaczął im się przyglądać.


Stał tak jedyny elf na tym podwórku, zdjął powoli kaptur z głowy ukazując szlachetne rysy tak charakterystyczne dla starszej rasy, spod kaptura wysypały się włosy spięte w kucyk koloru mleka, jego postać delikatnie górowała nad innymi a jego czarne jak węgiel oczy wyraźnie kontrastowały z jasna cerą. Czarny odlany z metalu drąg spoczywał w ręce elfa, zwieńczony był czaszką także odlaną z metalu, zaś oplot został ozdobiony różnymi runami. Fioletowe szaty były już delikatnie ubrudzone przy spodzie szaty a spod niech wystawały czubki jeździeckich butów.


-Zwą mnie Kah'el... - Powiedział cichym głosem – Od dziś jesteśmy towarzyszami broni, a więc miło mi was poznać.


Kłamał...


-Czy dane będzie mi poznać wasze imiona?


Uśmiechnął się delikatnie ukazując białe jak śnieg uzębienie. Dokładnie zlustrował każdego który przebywał z nim na placu, siedmiu w większości wystraszonych lub niepewnych ludzi, a przynajmniej tak to wyglądało z jego strony.


„To będzie ciężkie życie ” - Pomyślał, i zaczął wyczekiwać jakiegokolwiek odzewu.
 
__________________
Dyplomata to ktoś, kto mówi ci abyś poszedł do diabła, a ty cieszysz się na podróż...
Corran jest offline  
Stary 21-10-2009, 09:03   #3
 
Tom Atos's Avatar
 
W Imperium było zimno, drogi zjechane, od cholery lasów, piwo za gorzkie, wino za słabe, wóda za mocna, ludzie niedomyci, baby przeważnie brzydkie, no i za dużo mutantów, zwierzoludzi i innego tałatajstwa. Mimo to Imperium mu się podobało. Podobał mu się tutejszy burdel, jeszcze większy niż w Tilei. Tu każdy każdego, albo tłukł, albo oszukiwał, albo jedno i drugie. Sprawdzało się tu powiedzenie jego kapitana „Daj nam Myrmidio sto lat wojen”.
No tu zajęcia dla młodego, zdolnego najemnika długo nie zabraknie. Zapowiadał się zarobek nieduży, ale lekki i łatwy, bo oczywiście w bajania miejscowych o żywych nieumartych, ani przez chwilę nie wierzył. Swoją drogą tubylcy mieli fantazję, a zabobonni byli gorzej niż murzyni.
Podczas apelu zapoznawczego wysłuchał spokojnie tradycyjnych pogróżek i wyzwisk. Oczywiście milczał, wszak bardzo wyraźnie im powiedzieli, by dla własnego dobra trzymali gęby na kłódki. Kontemplował wdzięki pół, ćwierć, czy Morr wie ile, ogrzycy. Co za różnica ile miała w sobie z nieczłowieka, nie był rasistą, z takimi cyckami mogła być nawet trollicą.
Miłą obserwację zakłócał mu jedynie syndrom dnia poprzedniego. Tutejsze brandy wchodziło łatwo, ale następnego dnia łeb pękał z bólu i wrzaski tej wielkiej, gorącej dziwki, którą miał ochotę smagać całą noc pejczem po zadku, były szczególnie uciążliwe. Na szczęście w miarę szybko szopka się skończyła i polazła razem z krasnalem, który też coś tam gadał. Marco stał przez chwilę trzymając kawał jakiejś brudnej szmaty. Wytrzeszczał przepite oczy starając się zrozumieć co to takiego. Jakby płaszcz. Świetnie, nigdy za wiele ubrań w tym zimnym klimacie. Wciągnął odzienie na swoją kolczą zbroję. Wprawdzie popsuło to jego gustowny wygląd, ale w tej chwili miał to w dupie.
Vieri był słusznego wzrostu i pokaźnej wagi. Czarnowłosy, o niebieskich oczach i miłej powierzchowności. Ostatnimi czasy zapuścił długie brodzisko, by ukryć swoje stirlandzkie grzeszki. Na głowie nosił ostermarkijski lisi kołpak, ciemnogranatową kurtę, ciepłe czarne pludry i długie do kolan, solidne buciory.
Miał też kilka zabawek jak zbroję kolczą, tarczę, kuszę, miecz, toporek i barbutę. Wszystko to nadawało mu dość groźny wygląd.
Jako pierwszy wyciągnął rękę do elfiego maga.
- Jestem Marco Vieri z Urbimo przyjacielu. Skoro mamy jutro ruszyć na szlak, to dziś trzeba się zabawić. Zapraszam wszystkich „Pod Kieł Ogra”. Speluna w której się zatrzymałem. Chodźcie bo zimno, a ja mam kilka koron do przepicia.
Uśmiechnął się serdecznie.
Gospoda była niedaleko koszar, jednak na pierwszy rzut oka było widać, iż lokal jest ciut lepszy niż zwykła speluna. Szybki w oknach nie były pobite, a ganek pozamiatany.
W środku pomieszczenie, było nad wyraz, jak na Waldenhof, schludne. Nie było wielu gości, więc Marco nie miał problemu by zająć miejsce za jednym z większych stołów tuż przy kominku, na którym piekł się na rożnie nieco tylko napoczęty świniak.
Zanim się usadowił wyciągnął nóż i ukroił sobie kawał mięsa. Nieźle zgłodniał, co zważywszy na fakt, iż był na kacu świadczyło o jego dużych możliwościach i w piciu, i w jedzeniu, oraz nie małym doświadczeniu w tych dziedzinach.
Z gębą pełną pieczenie krzyknął zwyczajowe.
- Gospodarzu gorzały i żarcia dla moich przyjaciół. Ja stawiam. – dodał klepiąc się po sakiewce.
- Zostało mi trochę gotówki po koniku, którego żem wczoraj sprzedał. Jak widać Myrmidia czuwa nad moimi interesami, bo nas skurwiele spieszyli.
Wytarł ręce o wiszący przy kominku fartuch i bezceremonialnie chwycił dziewczynę, która stała razem z nimi na apelu. Nie przejmując się wcale jej skórzniami i zbójecko wyglądającym mieczem posadził ją sobie na kolana.
- Powiedź mi słonko, po co się przyłączyłaś do takiej bandy obrzępałów ? Co ? Bo widzisz takie gładkie dziewki jak ty w armii, to cięgiem na zaloty żołdaków są narażone. A chłopy sama pewnie wiesz, jak nie widzą przy dziewczynie mężczyzny, to od razu myślą, że niczyja i można sobie wziąć. A w razie niewoli, to i przemocą będziesz musiała wygodzić wielu. Tedy mam dla Ciebie propozycję słoneczko. Będę dla Ciebie miły, będę Cię chronił, bronił i w ogóle dogadzał, a w zamian i Ty będziesz dla mnie miłą i mi będziesz dogadzać. Nieczęsto, raz na parę dni. Co Ty na to ? I Tobie i mnie na szlaku przyda się ktoś ciepły do przytulenia. O ! Już jest żarcie. Jedz bo ostygnie. Kurt mój zacny gospodarzu …
Marco zwrócił się do karczmarza, który był właśnie przyniósł posiłek.
- A winko dla mojego skarba jakowe znajdziesz ? Tylko nie te reiklandzkie siki co, to mojej ostatniej żabci przyniosłeś. Pół nocy jej się odbijało.
Jedna ręka najemnika oplatała talię dziewczyny, a druga grzecznie leżała na jej kolanie. Jednak przez ubranie mogła wyczuć, iż między nogami Marco jest coś zgoła niegrzecznego i twardego niczym stal.
 
Tom Atos jest offline  
Stary 21-10-2009, 14:23   #4
 
Corran's Avatar
 
Ruszył za brodatym mężczyzną w stronę karczmy, która po wejściu do środka okazała się tak samo obskurna jak i człowiek który ich tutaj zaprosił.
Dawno nie był w ludzkim mieście, odzwyczaił się od smrodu ludzkiego potu i ekstrementów zmieszanych z tanimi perfumami i pomaderami na jakie było stać tych biednych ludzi. Teraz to wszystko uderzyło w jego zmysły ze zdwojoną siłą, przez chwilę musiał zakryć usta by powstrzymać odruch wymiotny.
Rozglądnął się po gospodzie. Kilka połamanych krzeseł, stoły które nie jedno przeszły i wyglądały jakby dawno nikt ich nie mył. Okna choć całe to w mniemaniu estetycznym czarodzieja były bardzo brudne, nie mówiąc już o karczmarzu którego braki w uzębieniu były aż nazbyt widoczne.
Przypomniał sobie jak wieczerzał w kolegiach razem z magami i uczonymi, wystawne i zastawione suto stoły, on z innymi uczniami przy własnym ale równie bogato wyposażonym w wszelakie jadło i trunki dostępne dla młodych adeptów sztuki. A teraz przyszło mu jeść i pić w podłej karczmie niedaleko ziem umarłych. Pięknie po prostu pięknie...


Zasiadł za jednym z wolnych stolików i korzystając z szczodrości człowieka zamówił skromny posiłek i kieliszek wina. Posiłek dotarł do niego już na wpół chłodny ale lepszy rydz niż nic. Zaczął powoli konsumować coś co w mniemaniu gospodarza i dziewek służebnych miało być jajecznicą i ziemniakami. Zaczął przyglądać się wszystkim, był przyzwyczajony do samotności, nikt nigdy z nim nie rozmawiał chyba że musiał, nikt nigdy nie dzielił się z nim troskami ani problemami życiowymi gdyż jego profesja zniechęcała kogokolwiek do czegokolwiek związanego z jego osobą.


Tymczasem w karczmie zaczynały dziać się ciekawe rzeczy, przyszło kilku przyjezdnych i zajęło miejsca w rogu, co jakiś czas obserwowali całą salę z wzrokiem „Na sigmara co za burdel”.


Człowiek który przedstawił mu się jako Marco widać miał zamiar zabawić się przed wyruszeniem na zadanie. Właśnie w dosyć natarczywy sposób i jak na gust elfa dosyć sprośny proponował wszelkiego rodzaju przyjemności fizyczne młodej wojowniczce. Swoją drogą kobieta w armii? Ciekawe jakie miała grzechy lub jakie idee które sprowadziły ją do tak podłego miejsca jak armia. Usiadł spokojnie założył nogę na nogę i poprosił o więcej wina, gdyż zapowiadała się ciekawa rozgrywka pomiędzy tą dwójką. Chyba że ktoś się wtrąci...
 
__________________
Dyplomata to ktoś, kto mówi ci abyś poszedł do diabła, a ty cieszysz się na podróż...
Corran jest offline  
Stary 21-10-2009, 14:57   #5
 
Serge's Avatar
 
Najemnik od paru dni przebywał w Waldenhof, gdzie po kilku ostatnich perypetiach w krajach ościennych zaciągnął się do wojska w celu „obrony słabych i uciśnionych” czy jakoś tak to szło. Właściwie ogłoszenie tego całego von Trolle spadło mu z nieba, bo jeszcze do niedawna był bezrobotny i zastanawiał się nawet nad podróżą do Kislevu. I najważniejsze że płacili, bo niepisany kodeks tej roboty mówił jasno – nieważne o co i gdzie walczysz, ważne, że zarabiasz.

Teraz stał na placu, pośród innych „wybrańców”, wśród których można było znaleźć naprawdę ciekawych osobników. Niektórzy z nich z pewnością doświadczali czegoś takiego pierwszy raz w życiu, a wielu z pewnością się przekona, że ostatni. Najemnik zawiesił na chwilę wzrok na elfie wyglądającym na czarodzieja, po czym powrócił do obserwacji otoczenia.


Był mężczyzną dość wysokim i nieźle zbudowanym, wyróżniającym się z tłumu zapewne jednolitym, czarnym strojem, na który składały się wysokie buty jeźdźca, spodnie, skórznia i płaszcz z kapturem. Dopełnieniem ubioru były wyglądające zza barków głownie dwóch mieczy jednoręcznych zawieszonych na plecach. Spokojną, nie zdradzającą żadnych uczuć twarz okalały starannie przycięte wąsy i broda, na ramiona spływały długie, czarne włosy. To nie była pierwsza taka zbiórka w życiu najemnika, więc i nie przejmował się za bardzo, bo i czym? Przejmował się będzie później.
Po chwili na podwórku pojawił się ktoś, kto miał dowodzić całym tym cyrkiem. Kurt aż uśmiechnął się do siebie lekko, gdy zobaczył, że będzie to kobieta. Baba przypominała w dodatku sierżant Werthę, pod którą miał okazję służyć swego czasu i którą szanował za wiele różnych rzeczy. Nawet imię, aparycję i sposób wyrażania siebie sierżant Helga miała podobne. No cóż, w końcu to armia. A najemnik poczuł się, jakby przeżył deja vu, czy jak to się na salonach mówiło. I wcale mu to nie przeszkadzało.
Steiner ze stoickim spokojem wysłuchiwał inwektyw i wplatanych między nie informacji swojego nowego dowódcy. Dobrze wiedział, że kariera kobiet w wojsku przebiegała dwutorowo – albo były na tyle wyraziste i charyzmatyczne, że same szybko awansowały na wyższe szczeble, albo po prostu ciągnęły druta wyżej postawionym w armii. Sierżant Helga nie wyglądała jednak na taką co by chciała ciągnąć pierwszemu lepszemu kapitanowi. No i chyba na odwrót.
Niewiele potem dostali jakieś wątpliwej jakości płaszcze, które wszyscy, jak jeden mąż narzucili na siebie. Gdy Helga skończyła przemawiać i mogli się rozejść, odezwał się ten elfi czarodziej (przynajmniej na takiego wyglądał), a po nim mężczyzna zdradzający rysy południowca.

- Kurt Steiner. – przedstawił się najemnik. Głos miał niski i melodyjny, choć donośny. Słysząc, że Marco zaprasza na wspólną biesiadę, uśmiechnął się szeroko. – Jestem jak najbardziej za, towarzysze. W końcu nic tak nie zbliża ludzi jak wspólnie rozlana wódka i przelana krew, nie?

Kurt lubił alkohol i dobrą zabawę. Czasem nawet przyznawał sam przed sobą, że kiedyś przez takie ostre balowanie czeka go nagrobek. No, ale raz się żyje i trzeba korzystać póki można. Niewiele czasu zajęło im dotarcie do knajpy, która okazała dość schludna i czysta jak na takie podrzędne gospody. Szybko zajęli stolik niedaleko kominka, a Vieri zaczął składać zamówienia.

- Gospodarzu gorzały i żarcia dla moich przyjaciół. Ja stawiam. – dodał klepiąc się po sakiewce. - Zostało mi trochę gotówki po koniku, którego żem wczoraj sprzedał. Jak widać Myrmidia czuwa nad moimi interesami, bo nas skurwiele spieszyli.
- Myślę, że Myrmidia nie ma z tym nic wspólnego, Marco. – Kurt uśmiechnął się krzywo i nalał sobie do glinianego kubka trochę tutejszego wina, przyniesionego przez karczmarza. Uniósł naczynie w górę i wzniósł toast. – Za powodzenie tej wyprawy, pełne sakwy i dobrą walkę! I jeszcze jedną butelkę wina donieś, gospodarzu! Niech nasz kompan z południa wie, jak się tutaj traktuje gości! – Steiner wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.

Przechylił do dna i zabrał się za jajecznicę na bekonie, która w dużych ilościach wjechała na stół razem z grubo pokrojonym chlebem i trzema flaszkami tutejszej berbeluchy. Zajadając się kolacją i popijając mocny trunek, najemnik przyglądał się zalotom Vieriego skierowanym do jedynej kobiety w ich gronie, która jak do tej pory nie zdradziła swego imienia. Południowiec miał gadane, a Kurt uśmiechał się tylko pod nosem, widząc jak próbuje się dobierać do kobiety.

Alkoholu ubywało wraz z kolejnymi minutami poświęconymi na rozmowę, gromkie śmiechy i sprośne żarty. Im dalej w noc, tym atmosfera bardziej się rozluźniała, a w pewnym momencie Steiner stwierdził, że jest już co najmniej na niezłym rauszu. Rozejrzał się po sali, w której teraz panował spory tłok i w końcu wyłowił z tłumu rudowłosą, zgrabną kobietę w sile wieku. Ona najwyraźniej też go dostrzegła, bo ponętnym spojrzeniem zapraszała, by przyłączył się do niej przy szynku.


- Wybaczcie, towarzysze, obowiązek wzywa. - klepnął w ramię Marco i uśmiechnął się szeroko. - Powodzenia, Tileańczyku, mam nadzieję, że twoja noc skończy się równie owocnie, co moja.
Najemnik podszedł do kobiety przy barze i dokładnie ją sobie obejrzał. Nie była może szczytem piękności, ale na takim zadupiu dobre i to, zwłaszcza, że już dawno nie miał żadnej w łóżku. Zamówił u barmana kolejkę wódki i uśmiechnął się do niewiasty.
- Mam nadzieję, że masz ochotę się napić. - przechylił do dna. - I coś więcej. - dodał bez ceregieli.
- Myślę, że coś więcej nie zaszkodzi. - rudzielec uśmiechnął się rozkosznie. - Jak cię zwą, woju?
- Kurt. - rzucił najemnik patrząc jej w oczy. Zapach jej perfum mącił mu w głowie. - A ciebie?
- Ilse. - odparła. - I masz szczęście, dzisiejszego wieczoru nie miałam jeszcze żadnego klienta.
- Więc pora to zmienić. - Steiner uśmiechnął się krzywo.
Wynajął u gospodarza pokój, zamówił flaszkę wina i chwycił kobietę za dłoń. Ta, niczym posłuszna kocica, skierowała się z nim ku schodom. Steiner zdążył jeszcze machnąć ręką nowym towarzyszom broni, nim zniknął na piętrze z karczemną dziwką. Zastanawiał się, jak seksownie kobieta będzie wyglądać rano, kiedy on wytrzeźwieje...
 
__________________
Non fui, fui. Non sum, non curo.
Serge jest offline  
Stary 21-10-2009, 15:19   #6
 
Gustav's Avatar
 
Niziołek był naprawdę niski i gruby ale to nic dziwnego wszystkie niziołki przecież takie są. Wzrost dziesięcioletniego dziecka, tusza szlachcica, i uśmiech który rzadko kiedy znika z jego pucołowatych policzków. Gdy dobrze się przyjrzeć jego twarzy można zauważyć kilka braków, takich jak nadszarpane ucho i brak lewej brwi. Ubrany zwyczajnie najwidoczniej nie przejmował się swoim wyglądem.


Oskar słuchając wielkiej kobiety, zdał Sobie sprawę z tego że jego wyobrażenia o armii imperium były błędne, myślał że będzie członkiem wielkiej grupy ludzi którzy znają się na rzeczy, ubrani w te same mundury oznaczające przynależność do danej prowincji, wyposażeni w piękną broń. Lecz rzeczywistość jak zwykle go zaskoczyła. Banda w której się znalazł nie była tym czego się spodziewał, Elf w szacie i kijem z czaszką ,to było coś bardzo nie spotykanego, rozumiał elfa z łukiem, bądź bardzo ładnie ubranego ale to.. to po prostu było dziwne. Najmita który chyba miał skośne oczy, pamiętał jak Ojciec mu opowiadał że ludzie z Tilei są bardzo podobni do tych z imperium ,bo też bardzo przykładają wagę do pieniędzy. Oskar zainteresował się pierw tymi dwoma postaciami tak specyficznymi że reszta go nie obchodziła, no może trochę ta chuda kobieta, ze względu że była kobietą a nie śmierdzącym człowiekiem. Gdyby była niższa i pulchniejsza na pewno ładniej by wyglądała w jego oczach.
Gdy elf się przedstawił, Oskar zdziwił się jego głosem, pamiętał że elfy zwykle maja wysoki i ładnie brzmiący głos ten że elf jednak był zagadką dla niziołka. Szeptał nie mówił głośno i za bardzo nie gestykulował.
Po tym jak człowiek ubrany dość gustownie wyszedł by przywitać się z Elfem, Oskar szybkim kroczkiem wyszedł na przód by zdarzyć się przedstawić z tym samym uśmiechem który miał słuchając wielkiej kobiety przy mówieniu przesadnie gestykulował, lecz mówił szybko i pewnie jak na tak małą istotę.

-Dzień dobry wam moi nowi towarzysze, Nazywam się Oskar, będę waszym zwiadowcą i myśliwym a także kucharzem, dziękuje za wysłuchanie, możemy ruszać do karczmy bo jestem strasznie głodny, nie zjadłem jeszcze drugiego i trzeciego śniadania a czas już na pierwszy obiad, cieszy mnie bardzo że szlachetny pan jest tak miły i zaprasza nas na obiad i napitek.

Gdy na Oskara spojrzało tyle par oczu, widział w nich zawód, właśnie powiedział że od niego zależy to czy wpadną w zasadzkę czy nie, również czy coś zjedzą gdy skończą się zapasy jedzenia i czy to co zrobi będzie dobre. Nikt nie mógł uwierzyć że tak mała istota będzie mogła sprostać takim wyzwaniom. Bądź tak tylko to wszystko wyglądało.

Wreszcie doszli do miejsca o którym mówił Marco Vieri. Zaczynał go lubić po pierwszym dniu znajomości zaproponował że zapłaci za wszystko. wszyscy zajęli miejsca Oskar jedno które było blisko człowieka który ich zaprosił może nie ze względu że lubił jego towarzystwo lecz był blisko kominka które przyjemnie grzało mu plecy a zwinnymi paluszkami oderwał Sobie kawałem mięsiwa biorąc przykład z Marco. Oskar nie chciał się odzywać już więcej nie chciał być tym który zacznie wspólną rozmowę. Obserwował, chciał wiedzieć z kim będzie podróżował. Najadł się do syta wypił trochę piwa i milczał, w sumie i tak nie zwracał na niego uwagi, albo po prostu go nie widział.
 
Gustav jest offline  
Stary 21-10-2009, 21:09   #7
 
arm1tage's Avatar
 
Mężczyzna, który na oko nie miał na pewno jeszcze trzydziestu lat, stał wyprostowany na pierwszej zbiórce nowo utworzonego oddziału pośród szeregu postaci, o których można by powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że tworzyli jednolicie wyglądającą kompanię. Młoda, nieogolona twarz podczas prezentacji naczelnego dowództwa przyobleczona była niezmiennie w wyraz śmiertelnej powagi, za którym jakoś dziwnie przeczuwało się skrywany kpiący uśmieszek. Przeczuwało, ale przy próbie przyłapania wzrokiem napotykało się jednak kamienną facjatę i oczy, w których widniało zapewnienie o rzuceniu się w ogień na jeden rozkaz.

Przystojną, zawadiacką fizis okalały niemalże czarne włosy, których kosmyki rozrzucone były częściowo w nieładzie, ale w większości powiązane zostały za pomocą rzemyków i małych paciorków w długie ogony. Na szyi połyskiwały niebiesko ozdoby przeplatanego naszyjnika. Ivo, bo tak brzmiało imię mężczyzny, zaczął poruszać się właściwie dopiero gdy rozdano stare płaszcze. Co ciekawe, przyjął ekwipunek z zadowoleniem i zaraz założył ciepłą narzutę okręcając się nią troskliwie, jednocześnie wykorzystując poruszenie na placu dla obejrzenia sobie pozostałych towarzyszy broni. Przynajmniej paru wyglądało na doświadczonych w boju, a co ważniejsze porządnie uzbrojonych. Wzrok Ivo zatrzymał się dłużej na jednym z nich, tym o brązowych i długich włosach, którego twarz i ta krótko przystrzyżona broda wydały mu się dziwnie znajome…Co do innych, było to tak samo dobre mięso armatnie jak każde inne. Długouchy wodził po wszystkich wystraszonym i niepewnym wejrzeniem. Niejakim zadowoleniem i nawet mruknięciem powitał Ivo obecność niziołka w załodze. Specjalną uwagę poświęcił dziewczynie, na której warto było niewątpliwie zawiesić oko – gdy ich spojrzenia spotkały się po raz pierwszy posłał jej uprzejmy uśmiech skłoniwszy bardzo delikatnie głowę. Błysnęło stosunkowo białe szkliwo, a kobieta dostrzegła fakt, iż kły mężczyzny były troszkę, ale jednak wyraźnie dłuższe niż reszta zębów.

Teraz i jemu przyglądało się ciekawie parę innych osób. Choć wiele wykluczających się wzajemnie opowieści krążyło o pochodzeniu wgniecenia, przypominającego zaleczoną dawno bliznę, biegnącego ukośnie przez nos Ivo, prawda była taka, iż wgniecenie owo powstało od ciosu dębową ławą otrzymanego w pewnej karczemnej rozróbie. Znad tegoż wgniecenia, na świat popatrywała śmiało para piwnych, błyszczących oczu. Zdradzały one niejaką wesołość, może nawet rubaszność; ich niepokojący urok sprawiał, że niejednej już dziewce miękły kolana. Mimo to, przy dłuższym przebywaniu w towarzystwie Ivo, można było zaobserwować jak wesołość ta czasowo zanika, jakby przysłonięta przepływającymi ciemnymi chmurami, a pozostały błysk oka nadaje znacznie bardziej nieprzyjemny, zimny ton spojrzeniu mężczyzny.

Czasem zresztą nie trzeba było wcale długo czekać na zniknięcie tej wesołości. Ot, choćby w tej chwili, gdy potwór mieniący się dowódcą oddziału oznajmił o zarekwirowaniu koni, wzrok Ivo stał się od razu zimny jak poranek w Norsce, a usta mężczyzny wykrzywiły się bardzo nieznacznie. Mało kto zauważył ten grymas, bo bardzo szybko na twarz człowieka wrócił nonszalancki uśmieszek. Jeśli chodzi o kradzież i rozbój w biały dzień, Ivo zdecydowanie wolał być na drugim końcu tego układu. Skoro jednak już doszło do tych godnych pożałowania skandalicznych wydarzeń, w krótkiej chwili pojawienia się grymasu, razem z grymasem w głowie Ivo pojawiło się również pewne postanowienie, którego realizacja została odłożona na później ze względu na okoliczności…

~ A kozę tego biedaka możecie sobie zatrzymać...~- pomyślał - ~I dymać do woli, jeżeli starczy wam na nią męskości, kozojeby...~`

Oczy Ivo nadawały charakteru całej, dość młodej jeszcze i w gruncie rzeczy hardej twarzy, twarzy o śniadym odcieniu skóry. Mężczyzna stał pewnie, na dość szeroko rozstawionych nogach ,z butnie wysoko uniesioną głową. Ten zawadiacki wyraz twarzy, pełny bezczelnej pewności siebie – wrażenie to potęgował jeszcze pojawiający się od czasu do czasu lekki uśmieszek półgębkiem – mógłby należeć swobodnie do jakiegoś dworskiego trefnisia, bywalca wystawnych bali czy wodzącego oczyma po zachwyconej publice barda. Tym bardziej dziwił u kogoś, kto jednak wyraźnie, jak wskazywało wiele znaków, bez wątpienia wyglądał na wojownika.

Po pierwsze, żadna z dworskich gnid nie wystawiających nosa poza fraucymer władcy, któremu liże siedzenie, nie zachowywała by się tak swobodnie w takich okolicznościach. W każdej chwili mogli znaleźć się w samym środku zbrojnego konfliktu, w każdej chwili można było spodziewać się konieczności dobycia broni. Słowem, w każdej chwili można było zginąć. Większość normalnych ludzi okazywała w takich okolicznościach zdenerwowanie czy też chociaż niepokój. Ivo nie zdradzał żadnych oznak zdenerwowania, przeciwnie – był niezwykle rozluźniony i swobodny, a wręcz sprawiał wrażenie znudzonego. Mogło to oznaczać różne rzeczy. Może to , że mężczyzna był z niebezpieczeństwem za pan brat, śmiało patrząc w oczy śmierci. A może, że był po prostu głupi i nie zdawał sobie sprawy z zagrożeń, jakie niebawem na nich czekały.

Wreszcie,istniała jeszcze inna ewentualność: człowiek ten mógł być po prostu szalony.

Po drugie, w przeciwieństwie do co najmniej połowy zgromadzonych na placu ochotników, Ivo miał postawę wojownika. Nie chodziło nawet o masę czy imponujący wzrost – mężczyzna nie wyróżniał się specjalnie ani jednym ani drugim. Jednak wyraźnie ciało tego człowieka było w dobrej kondycji, wyprostowana i prężna sylwetka zdradzała mocną budowę klatki piersiowej, karku i szerokich ramion, a na nie osłoniętych miejscach znać było wyraźną, rzeźbioną muskulaturę. Wrażenie to potwierdziło się tylko, gdy ochotnicy ruszyli w kierunku karczmy: dla postronnego obserwatora Ivo poruszał się pewnie, zdecydowanie i energicznie, jakby z przesadną dbałością o utrzymywanie balansu ciała.

Po trzecie wreszcie, za tym, że na placu stał przynajmniej jeden prawdziwy wojownik, przemawiał strój i ekwipunek Ivo. Korpus mężczyzny okrywało odzienie, na które narzucono dopasowaną koszulkę kolczą o drobnych, połyskujących oczkach. Napierśnika oraz ochraniających ramiona płatów zbroi nie powstydziłby się niejeden szlachcic, choć pancerz nosił ślady dość intensywnego użytkowania. Zza szerokiego pasa posiadającego żelazną klamrę z wizerunkiem niedźwiedzia wystawała zdobiona rękojeść pistola, a zaraz obok przytroczono zakrzywiony lekko sztylet.
Szerokie, szare spodnie były wpuszczone w wysokie pod kolana, ściśnięte wąskimi paskami, skórzane zabłocone buciory. Na prawej łydce, za pomocą rzemieni na stałe przymocowana była usztywniona pochwa, w której spoczywał miecz. Sądząc po długości i kształcie pochwy, broń była krótsza niż większość spotykanych powszechnie mieczy, ale zdecydowanie za długa na nóż czy sztylet, o prostym kształcie klingi. Rękojeść miecza, dość klasyczna, nie zwracała na siebie uwagi, odchylona lekko do swobodnego chwytu na wysokości połowy uda. Dopełnieniem wyposażenia na wojenną wyprawę była charakterystyczna wielka tarcza, o idealnie okrągłym kształcie, przywiązana centralnie na plecach Ivo. Oprócz rzeczy o zdecydowanie wojennym przeznaczeniu, mężczyzna miał przy sobie dość wypchane podróżne worki z siermiężnego, szarego płótna. Jeszcze jeden element ekwipunku nie był bronią, choć przy odrobinie chęci i nim możnaby potraktować wroga – srebrny grawerowany kufel dumnie kołysał się na rzemyku przy skórzanym pasie Ivo.



Gdy zostali na placu sami, rozpoczęto rytuał przedstawiania się. Niektóre mroczne typy podejrzanie milczały wpatrując się w innych, ale Ivo najwyraźniej nie miał zamiaru być jednym z nich, pakując się pomiędzy zgromadzonych i przyjacielsko wieszając się ciężkimi łapami odzianymi w rękawice na znajdujących się akurat najbliżej ramionach.

- Honor to zaiste przebywać w tak zacnym towarzystwie…- zaczął rozświetlając ponury dzień błyskiem zębisk – nie dyshonor nawet i życie w takim postradać. Dla towarzystwa, powiadają, to i sylvańczyk dał się powiesić! Jam jest Ivo, przyjmijcie prawicę moją i wiedzcie, żem rad poznać i za zaszczyt sobie poznanie to poczytuję.-

Zaskoczeni nieprzystającą nieco do wojowniczego wizerunku gładką wymową ludzie ujrzeli dalej, jak z wiszącego na ramionach kompanów roześmianego człowieka Ivo zmienia się w mgnieniu oka w stającego w wystudiowanej pozie, wyprężonego dumnie kawalera – gdy nie wiadomo kiedy stanął przed jedyną kobietą w towarzystwie.

- Godzi się niewiastę tak cudownych przymiotów pierwszą witać… - skłonił się ku niej dworsko i ujął jej dłoń, by zaraz pocałować ją lekko – Przyjmij wyrazy zachwytu nad twą urodą, o Pani. W marzeniach nawet nie mógłbym spodziewać się spotkać w tym mieście kogoś takiego, czy może śnię właśnie teraz, a jeśli tak – oby nie zbudzono mnie wcale...

Cofnęła szybko dłoń, a Ivo już ściskał mocno prawice stojących nieopodal, rozdając szerokie uśmiechy. Gdy przyszła kolej na Nizioła, mężczyzna chwycił go spontanicznie pod pachy i uniósł wysoko nad głowę, aż nogi małego zaczęły majtać rozpaczliwie w powietrzu.

- Tyś dbać będziesz o podniebienia nasze?! – zaśmiał się – Przyjacielu! To najlepsza z nowin, jaką usłyszałem od kiedy postawiłem nogę w tych stronach!

Kiedy Oskar stał już bezpiecznie na klepisku, błyszczący wzrok Ivo przeniósł się na Marco.
- Parę koron do przepicia? – zakrzyknął wesoło i klepnął tileańczyka po plecach – Kiep tylko odmawia, kiedy zacny kompan prosi! Prowadź, cudzoziemcze!

Jak można było domniemywać po pierwszym wrażeniu, w gospodzie Ivo czuł się jak ryba w wodzie. Wszedł śmiało, z mocnym pchnięciem drewnianych drzwi szynku, zaraz za progiem rzuciwszy parę głośnych słów powitania do wszystkich obecnych. Słowa te nie były zrozumiałe dla wszystkich, ale niektórzy z właśnie przybyłych, a większość ze zwykłych bywalców karczmy rozpoznała je jako rodzimy dialekt sylvański. Parę głów, które podniosły się z niechętnym wrogim spojrzeniem zaraz po wejściu nieznajomych, po usłyszeniu swojskiego pozdrowienia przybrało spokojniejszy wyraz mordy odmrukując niewyraźnie w odpowiedzi. Na podłogę runęły z łoskotem toboły podróżne, a zaraz potem ciało mężczyzny zwaliło się zwinnie za jedną z ław. Już za stołem Ivo ochoczo przyłączył się do biesiady, tym chętniej, że goszczono go dzięki hojności jednego z kompanów. Na rozpoczęte pospiesznie rubaszne zaloty jednego ze świeżo zaciągniętych rekrutów względem oddziałowej piękności zdawał się nie zwracać uwagi. W pierwszej części wieczoru Ivo nie mówił zbyt wiele, pałaszując z apetytem odrywane od pieczystego wielkie parujące kęsy prosto z ostrza noża, za to często wybuchał śmiechem i uderzał z rozmachem kielichem o kielichy skwapliwie dołączając do kolejnych toastów.

Gdy zabawa weszła już w tę fazę, w której biesiadnicy przestają zwracać na siebie uwagę, Ivo odsunął się nieco do tyłu oparłwszy się wygodnie o dębowe pnie tworzące ścianę gospody. Wypity alkohol przyjemnie grzał od środka pełny od mięsiwa brzuch, a umysł zanurzył się w przyjemny szmer paplających pijanych głosów, ulubioną symfonię stukających kufli , śmiechu rozwiązłych niewiast, nawoływań karczmarza. Mężczyzna pogrążył się w zadumie, jakby przy okazji rejestrując tylko wzrokiem to co działo się tuż obok.

Wschód zmienił się, od ostatniego czasu gdy Ivo witał w tych stronach, i to bardzo. Ulicami miasta, niegdyś miasta, o którym stirlandczycy śnili koszmary i którym straszyli dzieci, teraz przechadzali się okuci w stal imperialni gwardziści. Patrzył z obrzydzeniem spode łba, jak człowiek mówiący z wyraźnym sylvańskim akcentem podgrzewa pogrzebaczem piwo – a więc stirlandzkie, imperialne zwyczaje wdzierają się nawet i tutaj, zmieniają powoli sylvańskich ziomków w poddanych cesarskich…Kiedy minęły te czasy, gdy przed książętami sylvańskimi drżały całe miasta stirlandzkich rubieży i ich perfumowani władcy? Ale Ivo wiedział jacy ludzie mieszkają na tych ziemiach, wiedział, bo sam był jednym z nich.

Sylvania…

Nie dawała się ujarzmić do końca…Była jak tlący się w przygaszonym ognisku węgiel, tylko kwestią czasu było, kiedy pożar obejmie wszystko dookoła biorąc w swoje posiadanie ciała przerażonych najeźdźców. Bo ci bali się…Przy świetle dnia mówili głośno i stukali obutymi stopami o miejski bruk, prężyli się, prezentując lśniące halabardy. Ale nocami…Nocami, gdy z mroku popatrywały na nich kształty gargulców z fasad miejskich kamienic, gdy w obozowiskach za miastem wiał wicher na sylvańskich otwartych przestrzeniach – wtedy na ich czołach pojawiał się pot, a do ich serc podpełzał powolutku strach ukazując prorocze wizje. Wizje, w których prawdziwi władcy Sylvanii wracali upomnieć się o swoje dziedzictwo…

Ivo poruszył się, wzdrygnął nagle, jakby ocknął się z krótkiej drzemki. Karczemny gwar stał się znowu wyraźny, jakby ktoś nagle stłukł tłumiącą odgłosy rzeczywistego świata szybę. Oczy mężczyzny były szkliste i zimne jak stal, gdy sięgnął po swoją torbę podróżną, gotując się niespiesznie do wyjścia.
 
__________________
MG: "Widzisz swoją rodzinną wioskę potwornie zniszczoną, chaty spalone, swoich
znajomych, przyjaciół z dzieciństwa leżących we własnej krwi na uliczkach."
Gracz: "Przeszukuję. "

Ostatnio edytowane przez arm1tage : 23-10-2009 o 20:51.
arm1tage jest offline  
Stary 22-10-2009, 12:31   #8
 
Bounty's Avatar
 
W szeregu stał chwiejnie, wspierając się na halabardzie, właściwie wielkim berdyszu, sylvański góral - około czterdziestki, czerwony na gębie, brudny i zarośnięty. Wzrostu i budowy był średniej, choć pod warstwą łachmanów ciężko było naprawdę to drugie ocenić. Cuchnął niemiłosiernie potem i przetrawionym alkoholem. Tłuste, zmierzwione włosy i brunatna broda były nieco przyprószone siwizną a twarz wyrażała ból ciężkiego kaca. Z przewieszonej przez ramię podartej torby wystawał garnek oraz oblepiony błotem i liśćmi koc. Zbroję stanowiła podszyta owczą wełną skórzana kurta, z uwiązanym do niej, zwisającym na plecy czepcem. Skórznia była dość przyzwoita, widać wydana z wojskowych magazynów. Wystawała spod niej wszak nieprana chyba od miesiąca, długa chłopska koszula oraz jasne ubłocone spodnie. Poza tym góral nie miał nawet porządnych butów – stopy osłaniały przed jesiennym chłodem jeno drewniane chodaki, nałożone na niemal czarne od brudu, jebiące na kilometr onuce.
W całej jego postaci, prócz zbroi, jedynie broń była miarę zadbana. Prócz berdysza stanowił ją umocowany u pasa toporek i nóż.

Ostanie tydzień, w mniemaniu Gorana, zdecydowanie nie należał do dobrych. Lokalną milicję zwołano już drugi raz w tym roku. Na całe szczęście dano mu skończyć żniwa. Wici przyszły niedługo po sianokosach zabierając Gorana i czterech innych mężczyzn z wioski. Przysłani po nich lansjerzy przywieźli wieści o inwazji zielonoskórych. Z bólem serca Goran powierzył opiekę nad gospodarstwem małoletnim synom a żonę stłukł prewencyjnie, by się nie puszczała.
Wczoraj wieczór jego oddział dotarł i rozłożył się obozem na błoniach Waldenhof. Goran był w okolicy po raz drugi w życiu i również tym razem nie przepuścił okazji, by wybrać się do miasta z kompanami i wypiwszy wjebać miejscowym. Niestety, po burdzie w gospodzie, kompletnie pijany na chwilę odłączył się od grupy, aby wyszczać się w bramie. Wówczas to oddzieliła go od kompanów ścigająca ich straż miejska. Niezauważony, ukrył się w bramie, a potem, co było nieuchronne, zgubił się w mieście. Na wpół przytomny, zasnął w zakrzaczonym rowie pod murami.
Zbudził go kopami wojskowy patrol.
Goran, klnąc i pokazując nieprzyzwoite gesty, na próżno próbował im wyjaśnić swym łamanym reikspielem, że jego oddział obozuje na błoniach, zaraz ma wyruszać i musi go dogonić. Wzięli go za marudera i odstawili do koszar. A teraz pękała mu głowa, burczało w brzuchu, a ta wstrętna baba wrzeszczała na niego. Baba w wojsku, a w dodatku dowódcą - to tylko ci pojebani miastowi i przybysze z północy mogli wymyśleć.

- Krva, stul naivčina tva glupa žena - wyszeptał pod nosem cierpiący od kaca - zmknij mordę krvo. Włócznia tiebie w żopę.

Jego oddział pewnie już odmaszerował a on został z tymi cudakami (wśród nich też była baba!), z którymi pewnie nijak nie pójdzie się dogadać. Gdy odprawa (z której zrozumiał mniej więcej połowę) dobiegła końca, Goran wytrzeszczył oczy na cudaka, który wyszedł przed szereg i pierwszy się przedstawił. To musiał być mityczny elfon! Góral widział elfona po raz pierwszy w życiu. Z tego co opowiadała mu matka rodziły się i żyły na drzewach, na dalekiej północy. Co ten robił tutaj, w Sylvanii, i w wojsku? Cholera, we wsi nikt mu nie uwierzy. Jedno było pewne - elfonom nie wolno ufać. Na wszelki wypadek Goran postanowił trzymać się od niego z daleka. Póki co, nie przedstawiwszy się, splunął, pierdnął i podłubał w nosie, po czym powlókł się do karczmy za resztą. Usiadł nieśmiało nieco z boku.

Kiedy dotarło do niego, że obcokrajowiec stawia żarcie i wódkę, jego szczerbatą gębę rozjaśnił szeroki uśmiech, ujawniając brak połowy zębów oraz żółto-brązową barwę reszty. Dodać należy, że roztaczał się z niej niezbyt miły zapach. W gospodzie jednak ogólnie śmierdziało, zaś Goran nie wyróżniał się zbytnio wśród ogółu gości, a jedynie z towarzystwa, wraz z którym siedzial.

- Zwam sem Goran ze Pltwicy - wstał od stołu i oznajmił zachrypionym, przepitym głosem. - Hvala wam pane rakije i strave. Ja stąd. Wy - potoczył wzrokiem i gestem dłoni po towarzystwie - obce. Mja kpania izašła won, alo wy ne nazle czlony, ne to co te mjske krvy z Waldnhof. Kdy wy doći do ma wes, ja ugostč, barana zrżič. Tra napitwa sem! Zdravlje nam! Na pahybel zkrvsynum! - Wychylił duszkiem kubek i uradowany beknął.

Skoro przyniesiono żarcie, góral rzucił sie na parującą michę. Po chwili jednak spojrzał podejrzliwie na elfona, któremu córka karczmarza podawała strawę. Człek imieniem Iva, mówił coś, lecz góral jego dworskiej mowy prawie nie rozumiał. W pobliżu siedział jeszcze hojny obcokrajowiec Marco, lecz był zajęty swoją dziwką, więc Goran nie chciał mu przeszkadzać. Wskazał więc bezceremonialnie na elfa i rzekł z zaniepokojeniem w głosie do wszystkich:

- Još elfony ne liśtie żrom? Zat jak czlony strave?
 

Ostatnio edytowane przez Bounty : 22-10-2009 o 13:40.
Bounty jest offline  
Stary 23-10-2009, 00:21   #9
 
Morfidiusz's Avatar
 
-Baaaczność, pokraki!”- usłyszał mężczyzna. Odrywając wzrok od złowieszczych kształtów zamku Waldenhof, rekrut spojrzał na swego przyszłego dowódcę. Ważąc każde obraźliwe słowo, wypowiedziane przez „gabarytową” niewiastę, beznamiętnie wysłuchał Jej monologu. Nie tak wyobrażał sobie pobór do sylvańskiej armii. Nie tak wyobrażał sobie wcielonych „ochotników”, wśród których ledwie garstka była rodowitymi mieszkańcami Sylvanii.


Wodząc spojrzeniem po kolegach z nowo powstałej formacji, przyglądał się im z zainteresowaniem. W większości wyglądali na wojaków, w każdym razie ich moderunek za tym przemawiał. Dłuższą chwilę przyglądał się długouchemu, którego odzienie i moderunek zdecydowanie odbiegał od odzienia i moderunku reszty rekrutów; na tle elfa, nawet niziołek i jedyna atrakcyjna kobieta w tym towarzystwie, nie odróżniali się znacznie od reszty kompanii.




Wzrok Reinharda przelotnie krzyżował się z ciekawskim spojrzeniami nowych kompanów. W spojrzeniu jego przenikliwych, zielonych oczu dominowała jednak dziwnie nienaturalna pustka. Siła tego wejrzenia wywoływała u patrzącego irracjonalny niepokój, prowokując tym samym do wzrokowej ucieczki. Jednak mężczyzna sam unikał długotrwałych spojrzeń zaciekawionych towarzyszy.


Mimo swych trzydziestu paru lat, zdecydowanie wyglądał na starszego. Brązowe włosy opadające w nieładzie na ramiona oraz krótko przystrzyżona broda podkreślały jego surowe, sylvańskie rysy twarzy. Był raczej wysoki i dobrze zbudowany, pewnie stał na nogach i jak dało się zauważyć, poruszał się z wyćwiczoną gracją, która nijak pasowała do jego wieku.


Odzieniem i ekwipunkiem Reinhard nie odbiegał od większości zebranych.
Korpus okrywał kaftan skórzany, spod którego wystawała nieco podniszczona, jedwabna koszula koloru purpury. Przez pierś przepasany był pasem, na którym w centralnym miejscu przymocowany był sztylet o dość wąskim jelcu. Do pasa dołączone były również sakwy, a nad sztyletem przymocowana była fajka.
W ciężkie, sięgające pod kolana, skórzane buciory wciśnięte były piaskowe bryczesy, ściągnięte w biodrach skórzanym pasem, zakończonym pokaźną klamrą, w kształcie słońca, ochraniająca również przyrodzenie właściciela.
Broń przytroczona była do ciężkiego pasa spinającego mężczyznę w talii. Na pierwszy rzut oka uzewnętrzniała się kabura pistoletu pojedynkowego. Tuż za nią w czarnej pochwie, spoczywał długi miecz. Rękojeść nie zwracała uwagi specjalnymi zdobieniami, chyba że wychowany byłeś w Sylvanii. Rodowitym mieszkańcom ornamenty mówiły wiele. Srebrna głowica w kształcie lwiej paszczy, trzon pokryty czarną skórą oraz srebrny jelec zespojony z głownią taszką w kształcie sylvańskiego herbu, zdradzał, iż właściciel tego oręża to oficer Strażników Dróg broniącym traktów i bezdroży tych wspaniałych ziem. Pas również wzbogacony był licznymi kutasami oraz szlufkami, do których powtykano i przyczepiono różne pierdoły.
Dość ekstrawagancki wydźwięk w wyglądzie postaci sprawiał biały kołnierz przylegający do szyi mężczyzny. Chociaż dla wprawnego oka można było poznać przyczynę noszenia owej ozdoby. Otóż zasłaniała ona dość świeże jeszcze blizny na szyi Reinharda. Coś na kształt pazurów, albo czegoś je przypominającego.
Ekwipunek bojowy zamykał dziwny tobołek przerzucony przez plecy Reinharda. Sądząc po budowie owej torby oraz dodatkach, które przyczepione były do boków owego pakunku, mogła być to ciężka kusza. Tobołek był z ciemnej utwardzanej skóry i miał kształt latawca. Natomiast w naszytych sakwach, nieco zbliżonych do kołczanów, mogły znajdować się bełty.
Sylwetka postaci skryta była ocieplaną peleryną, na która narzucony był nowo otrzymany płaszcz. Obok mężczyzny leżały jeszcze jakieś szpargały w wypchanych jukach naprędce przerobionych na coś, w rodzaju torby.



Po wystąpieniu długouchego Reinhard również dołączył do ceremonii prezentacji swego imienia i przysięgi pomocy, aż po grób.
- Zwą mnie Reinhard Aberhoff. - Przedstawił się mężczyzna z dość słyszalnym sylvańskim akcentem.
- Do usług. - Skłonił się dwornie w kierunku przyszłych towarzyszy broni.
Usłyszawszy zaproszenie tileańskiego woja odwzajemnił jego uśmiech, przyjmując tym samym zaproszenie na biesiadę.


W gospodzie czuł się dobrze, wreszcie mógł zatopić pogrzebacz w garncu złocistego piwa, czyniąc go prawdziwym sylvańskim przysmakiem, jaki od dziada pradziada pijano w karczmach Sylvanii. Zaspokoiwszy głód mięsiwem Reinhard badawczo przyglądał się kompanom. Więcej pijąc niż gadając chylił kolejne toasty czekając na ripostę uroczej wojowniczki.
 
__________________
"Nasza jest ziemia uwiązana milczeniem; nasz jest czas, gdy prawda pozostaje niewypowiedziana."

Ostatnio edytowane przez Morfidiusz : 25-10-2009 o 19:04.
Morfidiusz jest offline  
Stary 24-10-2009, 18:14   #10
 
Lady's Avatar
 
~W co ja się wpakowałam?!~
Ta myśl nie mogła być inna, w przypadku Ann Heigl, skulonej pomiędzy rosłymi mężczyznami na placu przed koszarami, tego paskudnego wieczora w sylvańskim Waldenhof. Wyglądająca na dwadzieścia kilka lat niewiasta nie była niska, jak na swoją płeć, sięgała bowiem prawie metra siedemdziesięciu. Ale za nic, w calu najmniejszym, sierżant Helgi przypominać nie mogła, gdyż jej raczej szczupła sylwetka, wychudzona kilkoma ostatnimi tygodniami, nawet w grubej warstwie ubrań i nie za dobrze dopasowanymi bojowymi skórami z magazynu, nie prezentowała się bojowo. Ani groźnie, niestety. Wyłapała męskie spojrzenia natychmiast, uważała, że jest mistrzynią w wyłapywaniu takich spojrzeń. Ostatnio doświadczyła ich wielu, na dodatek nie wszyscy kończyli w ten sposób. Wielu chciało wyraźnie dokończyć oględziny z wykorzystaniem całego jej ciała. Obrzydlistwo, aż się wzdrygnęła na myśl o tym, co może dziać się teraz. Śmierć przy tym nie wydawała się groźna.

Przez chwilę wiązała nadzieję z kobietą, która miała nimi dowodzić, ale szybko zrewidowała poglądy. To wielkie monstrum nie musiało dbać o swoje bezpieczeństwo, zawsze mogło co najwyżej połamać jakiegoś przystawiającego się chłopa. A co miała zrobić ona? Chyba liczyć na to, że nie będą mieli ochoty, albo wszyscy będą lubili chłopców. Równie prawdopodobne jak to, że Mannslieb spadnie z nieba dziś w nocy.
Na dodatek miała ładną twarz, nieużywaną, jakby część pewnie powiedziała. Półdługie, czarne włosy okalały jej gładkolicą buzię, ciemne oczy patrzyły spod grubych i długich brwi, a duże usta zdecydowanie mężczyznom musiały pasować do czego znacznie innego niż tylko mówienie i jedzenie. Przy pasie wisiał krótki miecz, ale to wcale nie zmieniało ogólnego wrażenia, że Ann nawet nie zdołałaby ostrza wyciągnąć, gdyby któryś z nich próbował czegoś, łagodnie to określając, niecnego.

Ocknęła się z bojaźliwych myśli, atakujących jej umysł raz za razem. Jakiś krasnolud, którego pojawienia się nie była do końca świadoma, wcisnął jej do rąk brudną, brązową szmatę. Tak zwany płaszcz.
~Sigmarze, za jakie grzechy tak cierpię!~
Kilka ostatnich tygodni było prawdziwą mordegą, poznawaniem tych najbardziej brutalnych stron żywota ludzkiego. A gdy skończyła swój wieloletni termin u znanego w Wurtbadzie medyka, świat otwierał się przed nią cały! Miała papiery, miała lokum, mogła mieć wszystko! I co? Wystarczył jeden szlachcic, którego uratować się nie dało, którego uratować jej się nie udało, by powiedzieć to dobitniej. Niektórzy ludzie nie akceptowali porażek innych. Z szanowanej znachorki na pomiataną szeregową straży górskiej. Do bandy niewyżytych, szalonych lub po prostu lubiących zabijać chłopów. Piękniejszej zemsty von Luthon wymyślić sobie nie mógł.
~Niech go szlag!~
Owinęła się płaszczem, drżąc z zimna lub przerażenia, wdzierającego się do jej żył jak galopująca kawaleria.

W końcu odprawa się skończyła, przyszedł czas na wydobycie z gardła jakiegoś głosu, który uwiązł tam już jakiś czas temu. Przełnęła ślinę, ale początek nie zapowiadał się tak źle. Owszem, wygląd niektórych mężczyzn z jej nowego oddziału budził grozę i pewien szacunek, albo grozę i obrzydzenie jak w przypadku najbardziej tutejszego chłopka, wyglądającego na wyciągniętego z sianokosów, wcisniętego w zbroję i przyozdobionego bronią. Ale to i on najbardziej przerażał. Elf i niziołek nie dziwili już tak bardzo, w Wurtbadzie spotykała się z przedstawicielami tego gatunku co jakiś czas. Może nie będzie tak źle? Wyglądający na rozbójnika, Ivo, zaskoczył ją tak bardzo, że aż bezwiednie uśmiechnęła się do niego, unosząc delikatnie kąciki ust. Ona również się przedstawiła, korzystając z tego, że przez chwilę nie czuła potwornie dużęj i niestrawnej guli w przełyku.
-Ja jestem Ann... I też miło mi was poznać.
Bo i co miała powiedzieć? "Wyglądacie na strasznych zbirów, ale proszę nie róbcie mi krzywdy?". Brrr. Może trzeba się trzymać blisko halfinga i elfa? Może jako innorasowcy nie będą myśleć tylko o jednym. Albo o dwóch, chociaż teraz jej piersi zupełnie nie było widać, nawet nie dało się określić ich rozmiarów pod tym całym ubraniem i skórami. Jeden tego plus, bo na tyłek już się na pewno patrzyli!
~Ciekawe czy kiedykolwiek uwolnię się od tych myśli. Pewnie pierwej polegnę gdzieś na jakimś zapomnianym polu, przebita orczym mieczem.~

Poszła do karczmy, uznając, że tak będzie lepiej. Zmierzyć się w pierwszej konfrontacji w celu zatrzymania wątpliwej czci. Nie mogła nic na to poradzić, myślała tylko o tym, gdy patrzyła na tych obcych ludzi. Miała rację, zdążyła wypić tylko pół kubka rozwodnionego, marnego wina, gdy poczuła czyjeś ręce i klapnęła na kolana jednego z najemników. Przełnęła ślinę, z początku przerażona tak bardzo, że nie mogła się poruszyć. Obcokrajowiec, który pozyskiwał serca reszty oddziału darmowym trunkiem. Sprytne, mógł teraz jej składać takie propozycje, a ona nie miała szans na pomoc, znikąd! Przez chwilę myślała o tym, by wyszarpnąć sztylet z długich, skórzanych butów i wbić go prosto w serce człowieka, który na tę chwilę tylko ją obrzydzał. Ale to by nie pomogło, a gdyby nie zdążyła, ałć. Lepiej było nie ryzykować. Zmusiła swój mózg do pracy, pozwalając się przez chwilę macać. Na szczęście bojowe skóry były grube. Potem zwinnie wykręciła się z jego łapsk, z gracją wstając i przestępując ławę, tak by stanąć za Marco. Objęła go za szyję, prawie czule.
-Prawdziwie hojna to propozycja z twojej strony, dzielny żołnierzu.
Uśmiechnęła się, chociaż tak na prawdę w środku cała dygotała.
-Ale czy nie uważasz, że trochę przedwczesna? Wyglądasz na bardzo sprawnego wojownika, ale co jeśli inni są lepsi a w drodze do mojego serca, przeszyją żelazem twoje? No i skąd mam wiedzieć, że byłbyś w stanie mi dogodzić. Może wyjmiesz to swoje twarde jak stal przyrodzenie i pochwalisz się wszystkim jego wielkością? Bo chyba jest wygłodniałe.
Oderwała się od niego, obdarowując go kolejnym uśmiechem pełnych ust i siadając na ławie kilka metrów dalej. Starała się maskować swoje przerażenie, ale dla czułego oka pewnie było je widać, gdy trzęsącą się lekko dłonią uniosła kubek z winem i przyłożyła go do ust.
-Jest jeszcze coś. Podejrzewam, że tylko ja potrafię poskładać rannych do kupy inaczej niż obcinając zranione kończyny. Wiesz co się dzieje, gdy zaszyje się w ranie coś, co zdecydowanie nie powinno się tam znaleźć?
Przestała się uśmiechać. Już była zmęczona, ale nie mogła dać się zdominować. Może potem, gdy którego pozna bliżej. Ten Ivo był całkiem przystojny, a przy tym chyba nie udawał za bardzo tej uprzejności. A może elf? Był magiem, ale ta posągowa sylwetka, egzotyczne rysy... Tileańczyk nie zaskarbił sobie jej przyjaźni już na samym początku. Miała ochotę uciec, daleko. Wiedząc, że nie może, chciała tego tak mocno, jak jeszcze niczego w życiu. Tylko na zewnątrz próbowała być twarda, wiedząc, że gdy się złamie, to jej życie zacznie dobiegać paskudnego końca. Oby wyruszyli jak najszybciej i szybko spotkali wroga. Taka śmierć była lepsza, tak przynajmniej myślała sobie Ann Heigl, siedząc pomiędzy twardymi i śmierdzącymi mężczyznami w Waldenhowskiej spelunie.
 
Lady jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 19:30.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172