Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 08-11-2009, 16:16   #1
 
arm1tage's Avatar
 
Reputacja: 749 arm1tage jest godny podziwuarm1tage jest godny podziwuarm1tage jest godny podziwuarm1tage jest godny podziwuarm1tage jest godny podziwuarm1tage jest godny podziwuarm1tage jest godny podziwuarm1tage jest godny podziwuarm1tage jest godny podziwuarm1tage jest godny podziwuarm1tage jest godny podziwu
[WFRP Storytelling] To było dawno i nieprawda...



Kilkanaście ptaków o szarym, ciemnym upierzeniu szybowało wysoko nad zwartą bryłą zamku, pobudowanego pokolenia temu pośród odludnych ostępów Reikwaldu. Warownia pozostawała we władaniu samego Cesarza, ale z uwagi na jej duże oddalenie od głównych traktów i cywilizowanych ludzkich siedzib niezmiernie rzadko gościła swojego gospodarza. W ostatnim roku władca odwiedził zamczysko jedynie raz, wypuściwszy się ze swoim barwnym orszakiem na wielodniowe, udane polowanie na grubego zwierza zakończone huczną ucztą. Wcześniej, przez lata całe nawet raz nie zaszczycił starych, grubych murów swoją obecnością. Zamek czekał jednak zawsze, niczym wierna żona na powrót tułającego się po całym świecie ukochanego męża. Czekał, utrzymując niewielką załogę i służbę, przyjmując czasem w swych progach różnych związanych z rodziną cesarską dostojników i wszelkiej maści innych dygnitarzy korzystających z odbywających się na koszt władcy biesiad i łowów. Przez większą część roku jednak, zamczysko stało niemal puste, sprawiając wrażenie cichego i opuszczonego miejsca. Gdyby w pobliżu znajdowały się jeszcze jakieś siedliska ludzkie, niechybnie zamek zyskałby w okolicy sławę nawiedzonego. Jednak warownia stała pośród ciemnych, gęstych borów Reiklandu na kompletnym odludziu, z dala od handlowych szlaków, na terenach które od wyrębów i odławiania zwierzyny chronione były imperialnymi edyktami, a które przemierzali praktycznie tylko cesarscy gajowi z brutalną skrupulatnością wybijający z głowy nielicznych przybyszów nierozsądne pomysły o kłusowaniu.




Chłodny dzień powoli zmierzał ku zachodowi Poza ruchem ptactwa, krajobraz wydawał się niemal nieruchomy, jak odtworzony ręką malarza na olbrzymim płótnie przedstawiającym zapomniane przez wszystkich zamczysko górujące nad połacią otaczających go liściastych lasów . Tylko brudne, ponure chmury przypominające szarawe kontynenty przesuwały się powolutku na niebie.

Parę ptaków oderwało się od stada, zmieniło kierunek i przysiadło na potężnych, murach warowni, sadowiąc się na blankach z głośnym skrzekiem. Wiatr przybrał nieoczekiwanie na sile, wprawiając w łopotanie imperialne, wystrzępione proporce zatknięte na długich żerdziach sterczących z wież i murów zamku. Niewielkie otwory okienne warowni, umiejscowione wiele metrów nad czubkami starych drzew przywodziły na myśl wyobrażenia o rozpościerających się za nimi opustoszałych, pokrytych pajęczynami zimnych zamkowych komnatach i korytarzach nie tkniętych ludzką stopą od lat.

Jednak gdyby ktoś mógł zmienić się w przelatującego obok ptaka, mógłby usłyszeć że zza jednego z okien, jednego z tych pomiejscowionych najwyżej, dobiegają odgłosy ludzkiej bytności: w postaci odgłosów towarzyszących jedzeniu.

Nie były to jednak dźwięki głośnej biesiady, raczej występujące pośród ciszy rzadkie stuknięcia srebrnego widelca o talerz, stuk odstawionego spokojnie kielicha o drewniany blat stołu czy nieznaczne, niezamierzone szurnięcie krzesła przez któregoś z posilających się. Brakowało przede wszystkim głosów rozbawionych biesiadników, a przynajmniej jakiegoś wybuchu śmiechu czy choćby zdawkowej rozmowy przy stole. Dopiero gdy w pewnym momencie nawet i ciche dźwięki sztućców zanikły, a po drugiej stronie okna cisza stała się wręcz nieznośna, rozległy się pierwsze słowa. Na tle odgłosów łopoczących na wietrze sztandarów słyszalny stał się męski głos, nieco zdarty i chrapliwy, ale wyraźny i mocny.

- Proszę pozwolić mi oficjalnie powitać na zamku tak wyjątkowych i wspaniałych gości, w imieniu gospodarza: Miłościwie Nam Panującego, Jaśnie Pana Imperatora Karla Franza, oby zawsze niebiosa przychylne mu były. - rozpoczął człowiek, jakby z lubością delektując się wypowiadaniem zaszczytnego tytułu - Mnie nazywać możecie po prostu Vautrin, jako wierny sługa mojego Pana jestem tutaj by wyłuszczyć rzecz całą i rozwiać wszelkie wasze wątpliwości. Odpowiadam również za całość przedsięwzięcia, w którym to wszyscy tu zgromadzeni weźmiemy udział, a o którego naturze zaraz wam, szanowni goście, opowiem. Na wstępie upraszam o cierpliwość, pozwólcie mi przekazać wszystko co uważam za niezbędne nie przerywając ,a potem przejdziemy do pytań.

Mimo światła wielu świec, opromieniających urządzoną ze zdumiewającym przepychem komnatę kontrastującym z surowym wyglądem zamku od zewnątrz, miejsce w którym siedział przemawiający było do połowy zanurzone w mroku. Sprawiający niezbyt korzystne wrażenie, niemłody już mężczyzna siedział na strzelistym drewnianym krześle, rzeźbionym wybornie podobnie jak inne krzesła znajdujące się w przestronnej, wysoko sklepionej sali w roślinne motywy imitujące twórczość starszej rasy. Nosił ciemne, prawie czarne włosy, ale mimo że były one dość długie, na wysokim czole tego człowieka było znać wyraźne ślady łysienia. Swobodny ubiór nie wyróżniał się niczym szczególnym, oprócz tego, że był wykonany z porządnego jednolicie szaro barwionego materiału dobrej jakości – ale na tle wiszących na ścianach kłujących w oczy wspaniałych ogromnych obrazów w potężnych, złoconych ramach czy rozstawionych starannie po pomieszczeniu wyszukanych drogich bibelotów, szaty te sprawiały wrażenie wręcz ubogie. Splecione w koszyczek szczupłe palce mężczyzny pozostawały nieruchome, gdy mówił, a co ciekawe pomimo wcale niezbyt podniesionego głosu był doskonale słyszalny nawet w najdalszych zakątkach urządzonej z iście cesarskim przepychem sali.




- Chyba nigdy jeszcze mury te nie gościły tylu tak wybitnych artystów w jednym czasie - uśmiechnął się lekko, nie rozwierając jednak ciemnych, popękanych warg - Dziękuję Wam za przybycie zgodnie z wyznaczoną porą. Spieszę z wyjaśnieniami. Wiem, że każdy z Was otrzymał wiadomość opatrzoną pieczęcią cesarską z zaproszeniem do udziału w pewnym przedsięwzięciu o artystycznym charakterze. Właściwie zostaliście wybrani do zrealizowanego pewnego zamówienia na rzecz naszego Imperatora, choć z pewnych względów nie mogliście dowiedzieć się o nim więcej od razu. Z tego powodu, myślę że można nazwać mnie w tym przypadku..- przez moment zastanawiał się nad określeniem - pełnomocnikiem waszego mecenasa. Zostaliście również poproszeni o dyskrecję, tak więc wszyscy zgodnie ze wskazaniami umowy dotarliście aż tutaj incognito, bez informowania kogokolwiek gdzie i w jakim celu się naprawdę udajecie. Oczywiście nie muszę dodawać, że po waszym powrocie również obowiązywać będzie absolutny zakaz zwierzania się z tego, co się tutaj działo. Komukolwiek. Kiedykolwiek.

Coś w oczach Vaurtrina sprawiało, że przy ostatnich jego słowach przez zebranych przy stole przeszedł dziwny dreszcz, mimo że wypowiedział te słowa nie patrząc na żadnego z gości, ale prosto w okno. Ktoś przełknął ślinę. Zebrani ważyli w myślach początek wypowiedzi gospodarza: oczywiście, że propozycji opatrzonej pieczęcią samego Cesarza nikt nie myślał nawet odrzucić. Z różnych względów. Mogła przede wszystkim oznaczać wejście na najwyższy poziom sławy i dobrobytu. Odrzucona, mogła spowodować szybki i bolesny upadek. Poza tym, za propozycją dyskretni wysłannicy cesarscy przywieźli ze sobą zaliczkę. Zaliczkę, której pokaźność robiła wrażenie nawet na zgromadzonych w tej sali artystach, z których większość posiadała naprawdę ugruntowaną renomę i żądała bezwzględnie zawsze odpowiedniej dla tej renomy stawek. Wreszcie, niektórzy najzwyczajniej w świecie obawiali się odmowy.

Vautrin taktownie nawet nie zająknął się o pieniądzach. Odwrócił chłodny, zamyślony wzrok od okna i na powrót omiótł spojrzeniem towarzystwo, z przyjaznym, ciepłym uśmiechem, jakoś nie pasującym do jego pochmurnej twarzy.

- Teraz, gdy zgodnie z dobrym obyczajem wypoczęliście po znojnej podróży i nasyciliście się tym skromnym poczęstunkiem... - machnął od niechcenia dłonią na zastawiony iście z królewskim rozmachem stół, pełen wyszukanych dań na srebrnych i złotych półmisach, kiści dorodnych owoców oraz rozmaitej maści przewybornych, wyszukanych trunków w kielichach z rżniętego szkła -... winien jestem zaspokojenie Waszej ciekawości.
Wszystkich, którzy zgromadzili się tutaj dzisiaj, łączy jedno. Choć charakter uprawianych przez Was sztuk bywa różny, to każdy z Was zdobył sławę na rozległych ziemiach z jednego powodu. Jesteście Mistrzami w dziedzinie słowa, w dziedzinie splatania robiących wrażenie na ludziach historii. Każdy z Was dał się poznać jako Mistrz w sztuce snucia opowieści...W waszym gronie znajdziecie bardzo różnych artystów, co ma zapewnić różne punkty widzenia. Niektórzy z was reprezentują świat naukowy, podejście scholastyczne. Siłą innych jest doświadczenie życiowe, czy też niczym nie skrępowany talent. Na drugim biegunie są młodzi – co ma przynieść świeże podejście i spontaniczność. Są wreszcie artyści, którzy są najbliżej prostych ludzi...

Po raz pierwszy od zabrania głosu mężczyzna sięgnął leniwie po zdobny rubinami kielich i podniósł go do ust. Przymknął oczy, ale nikt nie usłyszał charakterystycznego pluśnięcia czy odgłosu przełykania. Kielich wrócił na miejsce.

- Dlatego właśnie to Wy zostaliście wybrani, by zrealizować zamierzenie samego Imperatora. W tej położonej na odludziu warowni otrzymacie wszystko, co potrzebne będzie do utworzenia wspaniałego dzieła. W tej samotni otrzymacie przede wszystkim spokój od problemów dnia codziennego, którego absolutnie nikt nie będzie wam zakłócał - o to już zatroszczą się moi ludzie. Zapewniam wszelkie wygody: do waszej dyspozycji pozostaje liczna i kompetentna służba, która spełni wszystkie wasze zachcianki. Nie tylko kulinarne... Wasze komnaty są już gotowe, zgodnie z życzeniem Imperatora ich przepych odzwierciedla nasz szacunek do osiągnięć waszej sztuki. Do waszej dyspozycji przeznaczona jest również łaźnia, biblioteka z dziełami poświęconymi historii Imperium oraz ta sala, w której właśnie jesteśmy. To tutaj będziecie się spotykać, by wspólnie pracować nad szczegółami dzieła, które ma w tych murach powstać. To tutaj będziecie co jakiś czas spotykać się ze mną, by okazać mi wymierne postępy prac. -

W centralnym miejscu wielkiej komnaty, w której toczyła się rozmowa, wisiał najokazalszy obraz w ciężkich, wspaniałych ramach. Z przesadnie wielkiego płótna na gości patrzył sam Kaiser Karl-Franz, zarysowany przez malarza z iście cesarskim przepychem, w paradnej zbroi, dzierżący w dłoni odrażający łeb jednego ze zwyciężonych przez władcę w ostatniej wojnie potworów. Kamienno poważna twarz władcy na portrecie zdawała się podkreślać słowa Vautrina. Mimo to w pomieszczeniu rozległy się szepty.

Vautrin wyprostował się w krześle na odgłos szmeru, który przebiegł wśród zgromadzonych i przybrał poważniejszy wyraz twarzy.

- Wiem, że niektórzy z Was przyzwyczajeni są do pracy indywidualnej. Jednak tym razem, tak, powstałe dzieło ma być dziełem wspólnym. Każdy z Was ma wnieść do niego swe unikalne pomysły. Pomysły, które przed znalezieniem się w ostatecznej wersji, będą podlegały akceptacji. Akceptacji samego Imperatora. Mniej więcej raz w tygodniu będę spotykał się z Wami w celu otrzymania kolejnych fragmentów oraz przekazywał decyzje waszego mecenasa co do aprobaty określonych części dzieła i ich obecności w ostatecznym jego kształcie. Nie martwcie się, nikt nie będzie ingerował w waszą artystyczną wizję... Konieczność akceptacji wynika raczej z tego, że dzieło musi odpowiadać na pewne potrzeby zamawiającego, inaczej mówiąc, musi przyczyniać się do osiągnięcia pewnego założonego celu...

Grono artystyczne przycichło, a mówiący nieoczekiwanie podniósł się z miejsca, wynurzając z półmroku i zaczął przechadzać się powoli wokół stołu. Krążąc za plecami siedzących wygodnie w kunsztownie wykonanych krzesłach postaci, nie przestawał mówić, spokojnym i wyważonym tonem.

- Wszyscy zdajemy sobie sprawę, w jak trudnych czasach przychodzi naszemu Władcy dzierżyć ster mocarstwa. Zatrzymanie inwazji odbyło się wielkim kosztem. Niektóre prowincje jak Middenland czy Nordland są wyczerpane i zaczynają tonąć, a Ostland i Hochland praktycznie przestały istnieć. Gdziekolwiek patrzy przeciętny mieszkaniec Imperium, widzi płonące ruiny i zgliszcza, słyszy płacze sierot i błagania o chleb. Wróg wycofał się, ale nie został pokonany. Lud chwilowo jest jeszcze podbudowany zwycięstwem, ale widział już jakich okropieństw można oczekiwać po kolejnej fali kroczącego Chaosu. Do tego poddanych już teraz zaczynają dziesiątkować głód i zarazy. Wszyscy wiedzą, choć nie ważą się o tym mówić, że najgorsze dopiero przed nami...Przechodzę teraz do sedna: najgorsze jest to, że w sercach ludzi wróg zasiał zwątpienie. Zwątpienie i strach, które właśnie teraz zaczynają kiełkować. Jeśli nie zrobimy niczego, wyrosną potężne i przesłonią ludziom Imperium wszystko...Wtedy zaś...

Odgłos kroków ucichł nagle i zebrani usłyszeli ciche westchnięcie.
- Wtedy zaś wszyscy jesteśmy zgubieni. - dokończył Vautrin.

Za oknem rozległ się skrzek zrywającego się do lotu ptactwa. Zapadło milczenie, ale mężczyzna przerwał je dość szybko, zasiadłwszy na powrót na swoim miejscu.

- Macie dziś szansę przysłużyć się waszym talentem wielkiej sprawie. - powiedział pewnie - Imperium potrzeba wspaniałych opowieści. Opowieści ku pokrzepieniu serc. Opowieści, które dają zwykłym ludziom wiarę, że złu można stawić czoło. Opowieści, w których tacy jak oni nie poddają się zwątpieniu i dzielnie stawają w obronie swoich granic. Zwyciężają. Nawet jeśli ceną zwycięstwa jest śmierć...Jest w naszej najnowszej historii tak wiele pięknych chwil, na których tle opowieści te mogą się toczyć. Choćby obrona Middenheim, ale podaję ją tylko jako przykład. Myślę, że warto jeszcze dodać jedno: na koniec będziecie mieli zaszczyt wystąpić przed samym Imperatorem, który
osobiście przybędzie podziwiać efekt końcowy i poznać twórców tej poruszającej historii. Chyba nie muszę tłumaczyć, jaki wpływ na dalszy rozwój Waszej kariery może mieć to wydarzenie...

Jeszcze raz Vautrin podniósł się i oparł dłonie na blacie stołu, wodząc wzrokiem po wszystkich.

- To co powstanie w tych murach to nie tylko dzieło sztuki. Tu tworzyć się będzie historię. Tu tworzyć się będzie rzeczywistość. Więcej, Cesarz chce, żebyście stworzyli dla niego legendę. Legendę, która przetrwa pokolenia i będzie miała wpływ na życie tysiąca istnień. Czyż nie tego właśnie pragną artyści?!

Zapadła długa cisza.

Mężczyzna usiadł energicznie. Szczupła dłoń znowu ujęła kielich i zacisnęła się na nim, ale tym razem Vautrin nie podniósł go do ust.

- Pozostaje parę kwestii do wyjaśnienia. Forma pozostaje do rozstrzygnięcia między wami. Czy będzie to opowieść w czystej formie, ballada, sztuka do wystawienia na scenie, czy jeszcze coś innego:sami ustalicie najlepiej. To samo dotyczy miejsca zdarzeń i przebiegu całej historii. Nie obchodzi mnie, czy obmyślicie wszystko od początku do końca, czy oprzecie się na prawdziwych zasłyszanych przez Was postaciach czy zdarzeniach. W treści ma znaleźć się jednak na pewno grupa bohaterów z Imperium, którzy wspólnie dokonują wielkich czynów. Każdy z Was stworzy swojego bohatera, który weźmie udział w opowieści. Słyszeliście o Valtenie. Po mojej już stronie, po stronie moich ludzi będzie zadbanie o to, by o tych nowych bohaterach było równie głośno jak o nim. Wasze dzieło obiegnie świat, a stworzone przez Was postaci staną się w opinii poddanych Imperium postaciami z krwi i kości.

- To, co stworzycie...- mężczyzna podniósł wreszcie kielich do ust, po czym odstawił go z donośnym huknięciem o stół - Stanie się prawdą.

Karty zostały odkryte. Imperator patrzył na wszystkich nieznoszącym sprzeciwu wzrokiem z portretu. Chwila wydawała się być dość podniosła, a zgromadzeni przy suto zastawionym stole poczęli popatrywać po sobie, zastanawiając się kto pierwszy powinien zabrać głos. Zanim rzeczywiście to się stało, raz jeszcze rozbrzmiał jednak głos Vautrin’a.

- Wiem, że imiona i cnoty wasze są szeroko znane, jednakże ze względu na obyczaj proszę każdego z osobna o przedstawienie się. Macie tu wszystko. Doświadczenie i młodość. Uczone księgi i mądrość ludową. Spojrzenie na potrzeby arystokracji i spojrzenie na potrzeby zwykłych biedaków. Powiedzcie, co możecie wnieść do wspólnego dzieła. Czas biegnie, a nieprzyjaciel nie śpi, więc od razu proponuję przystąpić do dyskusji, w jaki to gatunek literacki czy inszą formę zamiarujecie rzecz przyoblec. Im rychlej inne też rzeczy omawiać zaczniecie, tym lepiej. Radą moją jest, byście co dzień w sali tej choć raz razem obradowali. Ja jednak, jak zostało rzeczone, pojawiać się będę tutaj raz w tygodniu. Niebawem już Was opuszczę, aż do następnego spotkania. Dziękuję, że tak jak prosiłem, nie przerywaliście mi. Teraz już zatem głos zacniejszym od siebie oddaję i w słuch się zamieniam.

Cisza jednak zaczęła się przeciągać. Uczestnicy spotkania popatrywali na siebie, taksując się wzrokiem. Kto ma rozpocząć? Może należałoby uhonorować pierwszeństwem tego, który wyraźnie był najstarszy ze wszystkich, nosząc na karku brzemię wielu, wielu już lat? A może głos trzeba oddać młodym Damom, których aż dwie znalazło się w tym gronie? Hmmm, ale chyba nie wszyscy tu zebrani hołdowali zasadom etykiety. Wreszcie, może należało brać pod uwagę osiągnięcia - ale tu znowu pewnie pojawiłyby się spory, kto jest najbardziej utytułowany. Jedno było pewne, taka cisza w grupie osób zawodowo posługujących się słowem nie mogła trwać zbyt długo. I nie trwała...
 
__________________
MG: "Widzisz swoją rodzinną wioskę potwornie zniszczoną, chaty spalone, swoich
znajomych, przyjaciół z dzieciństwa leżących we własnej krwi na uliczkach."
Gracz: "Przeszukuję. "

Ostatnio edytowane przez arm1tage : 10-11-2009 o 07:33.
arm1tage jest offline  
Stary 11-11-2009, 07:01   #2
 
Nimue's Avatar
 
Reputacja: 2378 Nimue ma wspaniałą reputacjęNimue ma wspaniałą reputacjęNimue ma wspaniałą reputacjęNimue ma wspaniałą reputacjęNimue ma wspaniałą reputacjęNimue ma wspaniałą reputacjęNimue ma wspaniałą reputacjęNimue ma wspaniałą reputacjęNimue ma wspaniałą reputacjęNimue ma wspaniałą reputacjęNimue ma wspaniałą reputację
Zamglone lekko spojrzenie wypełnione nostalgią wspomnień. Wpółprzymknięte powieki, zwieńczone koronką długich rzęs na soczystej zieleni tęczówek. Ta twarz, niby proporcjonalna, ładna nawet, a jednak niknąca zupełnie w cieniu oczu przyćmiewających wszystko. Wśród tylu typów urody, między poszczególnymi wzorcami kanonu nie wyróżniała się niczym szczególnym - ona nie - jedynie jej oczy, które zdawały się żyć własnym życiem oderwanej od całości ciała części. Wejrzenie ich przeszywało na wskroś, wwiercało się w duszę nieopornych. Na szczęście często przysłaniała je nieokiełznana od zawsze kaskada falujących włosów o kolorze – dla jednych złota, dla innych piwa z dużą domieszką wody.
Smukła sylwetka przyobleczona w zieloną suknię. Beznadzieja. Cóż ta suknia taka długa? Toż to niewygodne! - Aravię opuścił melancholijny nastrój opisywania. Spojrzała na siebie – Przecież nie jest tak długa! - Cóż za pomysł – prychnęła, przekrzywiając lekko głowę. Blondynka w zieleni patrzyła na nią wciąż w ten sam sposób. - A co ona trzyma w dłoniach? Nie no ! Przecież to lutnia miała być! Czy to żart? - Spojrzała jeszcze raz krytycznie na portret. - Właściwie to widziałam gorsze. - Ale nie myśl, że cię gdzieś powieszę – mruknęła złośliwie do swego malarskiego odbicia, opierając je o ścianę. Rozejrzała się po komnacie, która wciąż jeszcze nie przestawała onieśmielać ją przepychem. - Stój sobie tu aż... aż będę mieć własny dom. - Rzuciła jeszcze, wychodząc na spotkanie, które miało jej wyjaśnić cel narażania imperatora na koszty jej utrzymania.

Przy stole starała się się nie tracić rezonu, ale osobliwość sytuacji nie pozwalała pozostawać obojętnym. Kiedy minął już szok spowodowany widokiem starego mistrza Arwina Daree – było to nie lada wrażenie, bo po przepięknej opowieści w karczmie , nie spodziewała się go rychło ujrzeć, nie mówiąc już o udziale we wspólnej sprawie – zdołała w końcu wsłuchać się w słowa Vautrina.

Legenda, bohater? Cóż mogłabym zaproponować? Pomyślała o opowieści, która ostatnio przyniosła jej wygraną w konkursie ... i ten nieszczęsny portret jako bonus.

Wciśnięta w ramę do której nie pasowała. W sukni, której pozazdrościć mogłoby jej pół Imperium. Nie ta osoba. Nie to miejsce. Nauczyła się już grać rolę. Przestała obwiniać Bogów o kpinę, którą sobie z niej urządzili. Potrafiła już nawet patrzeć prosto w oczy, gdy prawiono jej puste komplementy. Wciąż jednak nie udawało jej się spokojnie patrzeć na swoje odbicie. Gdzieś obok dwórki wybuchnęły śmiechem. Drgnęła. Wrzuciła trzymany kamień w czarną toń jeziora. Zwierciadło konturów zafalowało, przez chwilę nie było widać męskiej sylwetki i mocno zarysowanej szczęki. Po chwili wszystko wróciło do normy. Spojrzała, krzywiąc się nieznacznie, a nękające ją obrazy znów powróciły z mało stabilnej otchłani niepamięci...

***

- Pokraka!
- Cóż za cudak!
- Och! Cóż za brzydkie...
Dziecko... Bawiło się z innymi dziewczynkami, próbując nie słyszeć tego co zawsze. Szeptów – pogardy, drwiny, litości.
- Ja chcę być mamą... - rzuciło nieśmiało.
- Nie możesz być mamą!
- Dlaczego?
- Bo mama musi być ładna...
Szmaciana lalka z gałganków wylądowała w kałuży. Szara breja zaczęła wsiąkać szybko w sploty włókien. Twarz laleczki nabrzmiała, kontury rozmyły się.

***

Spojrzała jeszcze raz niemym „dlaczego”? Nie dlaczego była tak brzydka, lecz dlaczego kazano jej udawać kobietę. Wiedziała już, że nigdy nie będzie mamą. To przyszło tak naturalnie. Wiedziała, że jedyne zbliżenie z mężczyzną jakie będzie jej dane, to zbliżenie w walce. Czekała na ten dzień z utęsknieniem. Jak dziewica czekająca na swego pierwszego kochanka. Lecz nie czekała próżnując. Codziennie ćwiczyła. Od wielu lat. Ciało nabrało sprężystości i gibkości kota. Mięśnie rysowały się pod jasną skórą. Gdy zbierała w garści kaskadę bujnych loków i wyobrażała sobie siebie z obciętymi włosami, była pewna, że można by ją wziąć za mężczyznę. Uśmiechała się wtedy szelmowsko, nie wiedząc nawet, że wtedy jej twarz nabierała bardziej kobiecego wyrazu. Może kiedyś, może – powtarzała sobie. Może kiedyś – powtarzał jej jedyny wtajemniczony, zwany Kulawym Rycerzem. Nikt już nie pamiętał jak wytrawnym wojem był kiedyś. Odkąd strzała utkwiła w jego łydce, uszkadzając ścięgno, wszystkie spektakularne czyny poszły w niepamięć. Ale ona czerpała pełnymi garściami z jego umiejętności...

***

Sala pełna była ludzi. Cichy gwar i srebrzyste śmiechy mieszały się z rubasznymi rechotami mniej lub bardziej brzuchatych rycerzy. Było wśród nich kilku o wyglądzie miłym dla oka, spojrzeniu głębokim, a w obejściu miłym dla dam. Wiedziała o tym, bo tak szeptały obok siedzące panny – tak jak ona - na wydaniu. Co za ironia! Jedyna córka, jedyna dziedziczka nie mogła pójść zakonu, choć ten istnym wybawieniem się jej wydawał, gdy myślała, że każą jej z kimś dzielić łożnicę. Nie interesowali ją mężczyźni. I vice versa zresztą. Choć może to nie do końca prawda. Zazdrościła im naturalnej siły, której jej jednak nie stawało, gdy machała mieczem. Kulawy Rycerz był z niej dumny, ale wiedziała, że do ideału brakowało jej miecza wykutego specjalnie dla niej. Proporcjonalnego do jej wzrostu i wagi. Rękojeści miękko i lekko wpasowującej się w jej dłoń, a głowni ostrej jak słowo najzłośliwszej kobiety. On i ona zjednoczeni... Rozmarzyła się. Nie zauważyła, że grajek zbliżył się do niej intonując improwizowaną pieśń:
- O czymże to marzą, co widzą tonie pięknych ócz twych?
- Miecz ...- Przyłapana, rozkojarzona rzuciła bezmyślnie.
Sala, która już wcześniej zamarła w oczekiwaniu na spodziewaną krotochwilę, ryknęła gromkim śmiechem. Spłonęła rumieńcem, ale szybko opanowała się i potoczyła po zgromadzonych gościach dumnym wzrokiem. Jeden z nich, zwany Błyskawicą - choć posiadał oczywiście tytuł szlachecki, przydomka częściej jednak używano – szepnął coś do swego giermka. Sam wstał i zwrócił się do niej:
- Zaiste, cóż to za kobieta, co o mieczu miast klejnotach marzy?
- Czy mamy wpływ na to kim się rodzimy? - odparowała, żałując od razu podjęcia dyskusji, która zwróciła uwagę biesiadników. Na szczęście przerwał im bard, zawodząc piskliwym głosem:
- Jeśli nie chcesz mojej zguby, drewniany mieczyk wystrugaj mi luby!
Śmiechy znów wypełniły komnatę. Wkrótce dołączyły do nich żarty, toasty, wyznania... Wychyliła jednym haustem stojące przed nią wino. Kiedy to się skończy? Ach! Zrzucić te niepasujące i ośmieszające ją fatałaszki! Przywdziać męski strój, dosiąść konia, dobyć miecza... Wstała, zmorzona trunkiem, by zaczerpnąć świeżego powietrza. W krużganku czyjeś ręce złapały ją wpół. Zaczęła się wyrywać. Niedługo trwała szamotanina. Był silniejszy.
- Cicho. - Usłyszała tuż przy swoim uchu. Puścił ją, lecz po chwili poczuła zimno ostrza na szyi.
- Lubisz to, prawda? Aż się trzęsiesz, żeby móc mi udowodnić, że potrafisz się bronić.
Ktoś wsunął jej do ręki miecz. Odwróciła się, spojrzała w oczy przeciwnika. Błyskawica uśmiechał się, a jego czarne oczy zdawały się lśnić diabelskim blaskiem.
- Oszalałeś! - Krzyknęła, przyjmując postawę.
- Być może, a ty? - Zaśmiał się i ruszył na nią.
Potem wszystko potoczyło się już szybko. Propozycja została przyjęta. Uciekła... Kowal, płatnerz, krawiec. Włosy obcięła sobie sama.
Gdy zobaczył ją po przemianie, uśmiechnął się i klepnął ją po ramieniu.
- Teraz wreszcie właściwy człowiek, na właściwym miejscu.
Poczuła lekkie ukłucie. A może tylko jej się zdawało?
- Też tak czuję – odparła mniej pewnie niż by chciała.
- Mam coś dla ciebie. Chodź!
Wyprowadził ją z karczmy, w której się spotkali. W stajni czekał na nią najpiękniejszy koń jakiego kiedykolwiek widziała. Dumny, silny, o cudownie zarysowanej sylwetce. Czarny jak heban, z białą plamką między oczami. Piękny jak rozgwieżdżona noc.
- Teraz masz już wszystko, prawda?
- Tak.

Mijały dni, miesiące, lata. Przemierzali Imperium wzdłuż i wszerz, imając się różnych zajęć, najczęściej jednak ochrony. Nigdy nie spytała dlaczego wybrał takie życie. Ona była zachwycona, w swoim żywiole. Czegóż więcej chcieć? Kolejne przygody zbliżały ich do siebie i zacieśniały przyjaźń. Wyczuwali się idealnie w walce. Nauczyła się wiele rzeczy robić po męsku. No, może nie wszystkich. Sikanie na odległość po pijanemu nigdy jej nie wyszło. Znała go coraz lepiej. Wiedziała jak zareaguje w danej sytuacji. Wiedziała, którą dziewkę z karczmy weźmie sobie do łóżka. Nie stawała się przez to bardziej mężczyzną. Niestety. Ciało, choć karykaturalne, wciąż nosiło znamiona kobiecości. Niestety...

Któregoś dnia było ich więcej. Przydybali ją w stajni. Nie miała szans. Zdarli z niej ubranie. Dwóch trzymało, a reszta podziwiała wątpliwej jakości wdzięki. W końcu przestali szydzić, nawołując się wzajemnie do przejścia do czynów. Zagryzła wargi do krwi. Zamknęła oczy oczekując na najgorsze. Nagle poczuła, że juz nikt jej nie trzyma, a uszu doszedł dźwięk krzyków, jęków, szamotania. Otworzyła oczy, od razu oceniła sytuację. W oka mgnieniu przyłączyła się do szalejącego Błyskawicy.
Po wszystkim, otarł krew z twarzy mówiąc:
= Ubierz się, bo... zmarzniesz.
Tej nocy pierwszy raz puściły jej nerwy. Mimo dużych ilości piwa wlanych w gardło wieczorem, nie udało jej się zapomnieć. Łzy nie chciały być posłuszne. Usłyszała kroki. Podszedł do niej. Nie widziała go, lecz usłyszała.
- No, mała, daj spokój, nic się przecież nie stało. - Był pijany. Jak ona. - No chodź tu. Nie becz już. - Przytulił ją, kładąc się obok. Starł kciukiem łzy płynące po jej policzku. - Już dobrze.

Było ciemno, byli pijani. Zapomnieli, że ona nie lubi mężczyzn, a on lubi piękne kobiety.
Rano spojrzał jej w twarz.
- Przepraszam.
Nie wiedziała co powiedzieć.
- Ale wiesz, teraz przynajmniej juz wiesz jak to jest. A poza tym, nikt nie odbierze ci juz tego czego nie masz.
Wybuchnęli śmiechem.

Mijały kolejne lata. Nic się nie zmieniło. Wędrówka, czasem walka, często zabawa. On swawolił z kolejnymi pięknościami karczmianymi, czasem nawet dworskimi, a ona popijała piwo i dyskutowała o polityce jeśli było z kim. W końcu trafili do stolicy. Miasta słynącego z ciętych języków i wybornych rozrywek. Jedna z wielu karczm, jantarowe piwo, kruche mięsiwo i pajda pysznego chleba... Zalegli tu na dobre. Ostatnie zlecenie przyniosło duże zyski. Nie żałowali sobie. Wieczór w karczmie zapowiadał się ekscytująco. Występy barda, sztuczki jakiegoś obieżyświata z niedźwiedziem na łańcuchu. Niedźwiedź był niespokojny. Nie podobał jej się. I on i pomysł by zwierzę przebywało w karczmie. Błyskawica był innego zdania. Po tylu kuflach czuł moc niedźwiedzią właśnie. Miała złe przeczucia, gdy postanowił sprawdzić refleks zwierza, trącając go mieczem. Był wyraźnie ubawiony, słysząc złe pomruki i widząc wymachiwanie łapami.
- Daj spokój Błysk ... - poprosiła.
- No co ty? To taki miły miś przecież... - wypił dużo. Za dużo. Podeszła bliżej. - Chodź do stołu! Nie drażnij go! - Odchodząc usłyszała wibrujący w uszach ryk. Odwróciła się błyskawicznie. Łańcuch pozostał wspomnieniem. Rozwścieczony niedźwiedź szykował się do skoku na zataczającego się mężczyznę, któremu o zgrozo, miecz wypadł z dłoni... Nie musiała się zastanawiać. Jeden długi skok. Odepchnęła go, po chwili czując ciężar i pazury zatapiające się w jej ciele, wiedziała, ze się udało ... pazury czy kły?
Świat zawirował. Ciemność na chwilę ogarnęła zmysły. W końcu małe światełko... Cisza.. Dlaczego tu tak cicho?
- Coś ty zrobiła??? - usłyszała przerażony głos tuż przy jej uchu. Czarne oczy Błyskawicy wpatrywały się w nią ze złością i niedowierzaniem i czymś jeszcze... Dostrzegła w nich łzawą mglistość.
- Dlaczego? - zapytał, a pytaniu towarzyszyła spływająca łza tego, który nigdy nie płakał.
- Bo cię kocham – wyszeptała.


Powróciła do rzeczywistości.

W szukaniu skarbu podobno najbardziej ekscytujące jest samo szukanie a nie jego efekt. Podobno. Tak mówią. Ona wiedziała, że jest odwrotnie. „Skarb”, którego poszukiwanie zamieniła po prostu na życie, byłby dla niej wybawieniem, zmieniłby wszystko: każdą szarość w słoneczny kolor, każdą fałszywą nutę w melodyjny dźwięk, każdą chropowatość w delikatność jedwabiu.
Nie traciła nadziei, wierzyła, że to się stanie. Właśnie to pozwalało jej trwać, a nawet czasem uśmiechnąć się. To dużo, lecz ciągle tak mało.

- Nie, ta historia nie będzie dobra – zrozumiała nagle. - Jest zbyt inna niż... To nie to. Więc ... Nie mając na razie lepszego pomysłu, postanowiła po prostu się przedstawić.
- Witam zgromadzonych. Nazywam się Aravia, a trudnię się tkaniem opowieści ze słów i melodii. Cieszę się na nasz wspólny udział w tak niezwykłym przedsięwzięciu. - Nie wiedząc co czynić dalej, zwyczajnie podniosła kielich do ust.
 
__________________
A quoi ça sert d'être sur la terre?
Nimue jest offline  
Stary 12-11-2009, 18:02   #3
 
Morfidiusz's Avatar
 
Reputacja: 196 Morfidiusz ma w sobie cośMorfidiusz ma w sobie cośMorfidiusz ma w sobie cośMorfidiusz ma w sobie cośMorfidiusz ma w sobie cośMorfidiusz ma w sobie cośMorfidiusz ma w sobie cośMorfidiusz ma w sobie cośMorfidiusz ma w sobie cośMorfidiusz ma w sobie cośMorfidiusz ma w sobie coś
- Więc za opowieść!! Za Legendę, która przetrwa pokolenia i przyniesie chwałę swojego istnienia tym, co zaistnieć jej pozwolić mogli oraz mecenasowi sztuki, miłościwie nam panującemu Imperatorowi kochanemu, z którego ramienia owe arcydzieło tchniemy do istnienia!! –wzniósł kielich Konstantin. Spojrzenia zgromadzonych utkwiły w stojącym za stołem artyście.

Mężczyzna, który na pewno jeszcze czterdziestej wiosny nie miał, stał niczym monument przedstawiający starożytnych bogów. Na pięknej, niemal nienaturalnie pięknej smagłej twarzy, której niejeden anioł mógłby pozazdrościć mężczyźnie, gościł uprzejmy uśmiech, błysnęło białe szkliwo podkreślając atrakcyjność artysty. Na zgromadzonych zerkała śmiało para wielkich, bijących ciepłem, zielonych oczu; okazujących szczyptę zuchwałości czającej się za płaszczem charyzmatycznego wejrzenia; eleganckie, uczesane na modłę tileańską, kruczoczarne włosy podkreślały aparycję mężczyzny.
Odzież, mimo wysoko gatunkowej jakości materiału, nie grzeszyła przepychem. Żupan wykonany ze stalowego adamaszku, szarawary z tego samego stalowego materiału wpuszczone były w wysokie ciemno skórzane buty. Wierzchnio żupan skryty był pod wyszywanym kaftanem, którego delikatny fason podkreślał walory sylwetki.
Nieznaczne zdobiennictwo kaftana wyeksponowane było subtelną biżuterią – inkrustowanym srebrnym łańcuchem, opadającym na tors noszącego. Całość uzupełniał zwieszony na złotych kutasach sztylet będący jedyna bronią artysty.



- Drogi gospodarzu, piękne niewiasty, mistrzu Arwidzie. – wodząc wzrokiem po wymienianych, Konstantin, powitał każdego z zebranych delikatnym skłonieniem głowy.

- Jak obyczaj dworski nakazuje prezentacji swej persony dostąpić pragnąłem. Zwą mnie Konstantin, Konstantin Hoening, Mistrz słowa z Nuln, którego dzieła obeszły niemal całe Imperium. Do dorobku mojej twórczości należą chociażby traktaty teologiczne traktujące o materii sztuki w religijnym aspekcie filozofii; czy też eposy opisujące heroiczne losy bohaterów, Gotreka i Feliksa, o których słyszało niemalże każde dziecię naszego cesarstwa; niezliczone komedie o codziennym życiu społeczeństwa bogato wystawiane na deskach nulneńskich teatrów. Z pod mego pióra wyszły również nieliczne baśnie dla najmłodszych, jak również historie wykraczające ponad moralne tabu dla tych trochę starszych dzieci. - Podkreślając bogatą kolekcję erotyków swego autorstwa, skrytych pod płaszczykiem moralnego tabu, uważny obserwator zauważyć mógł szelmowski uśmieszek, który przekradł się przez lico artysty.


- Patrząc na takie osobowości, które z cesarskiego zaproszenia skorzystać raczyły, jestem pełen pomyślnej myśli i wiary w słuszność idei, w imię której opowieść snuć nam przyjdzie.
Z przeświadczeniem stoję tu przed Wami, iż konsensus rychło uda się osiągnąć i do dzieła tworzenia wnet będzie dane nam przystąpić.

-Co do formy arcydzieła przychylność swą kieruję ku epickim korzeniom i w zamyśle eposu historię osadzić proponuję. Sugerowałbym przedstawienie opowieści o ludzie ziem naszych, na których obrazie duet bohaterów wyodrębnić by można.

- Propozycję mą do rozwagi Wam najmilsi zostawiam i na Wasze zdanie niecierpliwie wyglądam… - przyglądając się uważnie urodzie niewiast, w których towarzystwie dane było Konstantinowi biesiadować, artysta zajął swe miejsce ponownie ustępując pola kolejnemu mówcy.
 
__________________
"Nasza jest ziemia uwiązana milczeniem; nasz jest czas, gdy prawda pozostaje niewypowiedziana."
Morfidiusz jest offline  
Stary 12-11-2009, 18:41   #4
 
Irmfryd's Avatar
 
Reputacja: 205 Irmfryd ma w sobie cośIrmfryd ma w sobie cośIrmfryd ma w sobie cośIrmfryd ma w sobie cośIrmfryd ma w sobie cośIrmfryd ma w sobie cośIrmfryd ma w sobie cośIrmfryd ma w sobie cośIrmfryd ma w sobie cośIrmfryd ma w sobie cośIrmfryd ma w sobie coś
Światła wielu świec oświetlały siedzącą postać mężczyzny w sędziwym wieku. Brązowy płaszcz z kapturem podszyty jasną tkaniną skrywał jego smukłe ciało. Przystrzyżona siwa broda, niebieskie oczy, szczupła twarz poorana zmarszczkami oraz skromne aczkolwiek uszyte z drogich sukien odzienie nadawało starcowi wyraz dostojeństwa. Spod nasuniętego na głowę kaptura wyglądały kosmyki siwych włosów. Lekko przygarbiona sylwetka, nieco skrzywiona głowa, nieruchomo splecione dłonie z trzema pierścieniami na palcach oraz opadające powieki sprawiały wrażenie że duch upuszcza ciało starca i udaje się do krainy snu.

Lecz gdy tylko Vautrin skończył powitanie gości powieki Arwida uniosły się. Twarz starca nabrała wyraz otwartości, kąciku ust podniosły się w serdecznym uśmiechu. Gdy tylko spojrzenia z obecnymi po raz pierwszy krzyżowały się starzec lekko skłaniał głowę. Nieco dłużej przyglądał się obserwującej go dziewczynie. Coś zwróciło jego uwagę.

Może już ją kiedyś spotkałem? Nie to nie to… Oczywiście, że tego od razu nie zauważyłem, to smutne spojrzenie i niepewność wymalowana na twarzy. Jasmine zawsze tak patrzyła gdy wyjeżdżałem… To już 7 lat samotności… Jak głosi mądrość ludowa z wiekiem czas płynie szybciej. Może to i prawda, ale tylko wtedy gdy ma się dla kogo żyć. Bez Ciebie moje życie straciło sens. Dlaczego okrutny Morr nie zabrał mnie jeszcze. Czy jestem poddany próbie? Czy On sprawdza moją miłość do Ciebie? A może to kara za to, że pozostawiałem Cię samą, gdy podróżowałem, kiedy przedkładałem sprawy Imperium ponad miłość do Ciebie. Nie ma przecież naturalniejszej wiedzy, jak żądza poznania. Ale Ty to rozumiałaś, nigdy nie stawiałaś mi wyboru, nie zabraniałaś wyjazdów, wiedziałaś, że są dla mnie jak powietrze... Nuln zawsze mnie przytłaczało… tylko raz za nim zatęskniłem, wtedy w Arabii, kiedy zamknięci w klatkach podróżowaliśmy w nieznane. Potem tęskniłem już tylko do Ciebie, Ty byłaś moim Nuln... Już niedługo znowu się spotkamy, a nasze kości spoczną koło siebie. Mój uczeń o wszystko zadba, gdy Mistrz Kutbert skończy grobowiec godny Cesarza. Jedno jest pewne, nic nie trwa wiecznie. Tylko to teraz nadaje mi sens życia. Łza płynąca po policzku starca znikła w siwej brodzie.

Z zamyślenia wyrwał go głos dziewczyny. - Aravia, ładne imię, w ilu opowieściach mogłoby wystąpić. Imię pasujące zarówno do wojowniczki jak i siostry Shallyi. Na pewno w głowie dziewczyny jest mnóstwo pomysłów… może boi się ośmieszyć … a może otrzymała dobre wychowanie, nakazujące nie wychylać się przed starszych. Niewątpliwie budziła sympatię nestora.

Arwid sięgnął ręką po wiszącą na oparciu krzesła laskę. Chciał unieść zmęczone ciało i zabrać głos. Jego dłoń zastygła na rzeźbionej rączce laski gdy usłyszał znajomy głos mężczyzny.

Na rzucone hasło toastu starzec uniósł w górę kielich, pociągnął łyk znakomitego wina. Wolno odstawił kielich, tak aby uniknąć jakiegokolwiek niezamierzonego brzęku. Następnie uważnie wysłuchał słów Konstantina.

Po wypowiedzi Hoeninga nastąpiła krótka cisza. Rozejrzawszy się po siedzących osobach starzec zabrał głos.


- Wybaczcie, że będę mówił siedząc. Na początek chciałbym wszystkich tu obecnych serdecznie powitać. - Z tymi słowami twarz starca pojaśniała, jego zmarszczki wygładziły się. Tobie mości Vautrinie dziękuję za iście cesarskie powitanie, potrawy oraz napitki godne podniebień władców. Szanowny Gospodarzu, drodzy artyści, jestem Arwid Daree, człowiek, który nie jedno już widział na tym świecie, człowiek, któremu nie obce są podróże, któremu śmierć będąca drwiną Morra nie raz zaglądała w oczy.

- Zebraliśmy się tu na osobiste zaproszenia Jaśnie Nam Panującego. Pewnie, każdym z was kierowały różne pobudki … pieniądze, sława, ciekawość, może przygoda. Ważnym jest aby nie zatracić się. Miejcie na uwadze umiarkowanie, panujcie nad żądzami … pożądaniem nie tylko dóbr materialnych ale i emocji biorących górę nad rozsądkiem. Brońcie się przed nienasyceniem. Ludzie uzależniają się od różnych rzeczy. Niech sława dzieła, które tu powstanie nie uzależni was. Nie stańcie się mistrzem jednego dzieła ...ucierpiała by przez to wasza dusza.

- Przyznam Wam moi drodzy, że nigdy nie brałem w czymś podobnym udziału. Cesarz chciałby aby powstało dzieło … Dzieło Monumentalne, mające dawać przykład, być wsparciem w chwilach zwątpienia, jego wersy mają być jak modlitwa w chwilach zatracenia, modlitwa która zostanie wysłuchana… Znajomość dzieła pozwoli unieść głowę, obetrzeć łzy i powstać by walczyć z Panem Zniszczenia.
Gdy będziecie zbierać myśli, pamiętajcie o starej rasie, o krasnalach oraz wszystkich innych walczących z chaosem. Nie powinniśmy hołubić rasy ludzkiej, gdyż dzieło ma służyć wszystkim mieszkańcom, stawiającym czoła odepchniętemu chaosowi.

- Czy wojna powróci a jeśli tak to kiedy … nikt tego nie wie. Miejmy nadzieję, że do tego czasu powstanie Dzieło… epos heroiczny … bo cóż bardziej nie wpływa na ludzkie serca, co bardziej krzepi jak nie bohaterzy walczący z wrogiem, którego liczebność jest kilkukrotnie wyższa …

- Drodzy zebrani, może słyszeliście historię znamienitego Elfa – Ferredara. Skromnego i niezwykle szlachetnego przedstawiciela starej rasy. Znamienitego łucznika, walczącego zawsze w pierwszych szeregach u boku ludzi. Legenda przekazywana przez Elfy mówi, że raz na sto lat rodzi się tak znamienity strzelec. Ale aby stał się najlepszym los musi poprowadzić go właściwą ścieżką. Kiedyś poznałem tego znamienitego bohatera. Przez długie wieczory opowiadał mi historię swego życia. Był wybornym łucznikiem, świadkowie twierdzili, że jego strzały jak zaklęte, potrafiły trafić wroga nawet w ciemności. Tajemnica celności tych strzał, jak mi wyjawił, tkwiła w drewnie, z którego były wykonane. Tylko stara rasa potrafi rozmawiać z drzewami, to szczególna cecha ich krwi. To samo drzewo zdradzało mu sekret, którą jego część użyć, aby strzała była odpowiednio wyważona. Był niezwykle szybki, zanim przeciwnik zdążył wyciągnąć broń naszpikowany był 4 strzałami. Prawdziwy heros w walce a w życiu niezwykle skromny, cichy, niewykorzystujący sławy… Nie skalany nienasyceniem.

Po tych słowach nestor zawiesił głos a jego wzrok utkwił w Konstantinie. Po chwili przeniósł się na Vautrina.

- Drogi Vautrinie, rzekłeś, że zamek jak i liczna służba spełniająca nie tylko kulinarne zachciewajki jest do naszej dyspozycji. Czy stary człowiek, może prosić o spełnienie jednej z nich? Mam na myśli dostarczenie nam muzyki w trakcie pracy. Nic tak nie uspokaja jak dźwięk harfy, nic nie pobudza bardziej niż dźwięk werbli. W czasie snucia naszej opowieści mogą one być niezwykle inspirujące. Myślę, że pozostali nie będą mieli mi tego za złe…

- Vautrinie rzekłeś, że to co powstanie stanie się prawdą … Czy skrzynia, w której znajdzie się rękopis dzieła, w które się zaangażowaliśmy będzie miała jeszcze jedno ukryte dno?


Zapadła chwila ciszy. Najwyraźniej postawione pytanie miało być kończącym wypowiedź Mistrza. Jego ręka sięgnęła po kielich. Wolno uniósł go do ust … smak napoju musiał pochodzić nie tylko ze znakomitych winorośli ale i metody wytwarzania.
 
Irmfryd jest offline  
Stary 12-11-2009, 22:15   #5
 
Rhaina's Avatar
 
Reputacja: 513 Rhaina jest jak niezastąpione światło przewodnieRhaina jest jak niezastąpione światło przewodnieRhaina jest jak niezastąpione światło przewodnieRhaina jest jak niezastąpione światło przewodnieRhaina jest jak niezastąpione światło przewodnieRhaina jest jak niezastąpione światło przewodnieRhaina jest jak niezastąpione światło przewodnieRhaina jest jak niezastąpione światło przewodnieRhaina jest jak niezastąpione światło przewodnieRhaina jest jak niezastąpione światło przewodnieRhaina jest jak niezastąpione światło przewodnie
Ciemne włosy, falistymi pasmami sięgające połowy pleców. Oczy o nieokreślonej barwie, trochę zielonej, trochę brązowej i odrobinę złotawej. Regularne rysy, alabastrowa cera, blade usta. Jasne spojrzenie, a w nim - spokój podszyty czujnością, jak u ptaka, gotowego zerwać się z gałęzi. To właśnie widzieli pozostali artyści, patrząc na siedzącą z nimi przy stole młodą kobietę, za którą na rzeźbionym oparciu krzesła nawet teraz wisiała nieodłączna lutnia. To wrażenie płochliwości, przelotności pogłębiał jej strój - tunika i nogawice. Kobiece wprawdzie, z doskonałej, miękkiej wełny, z haftem kwiatowej girlandy na mankietach i obrębku tuniki - lecz niezaprzeczalnie strój podróżny, ubiór osoby wiecznie w drodze, nigdzie długo nie zagrzewającej miejsca.

Słuchała Vautrina z zapartym tchem, nie dowierzając swym uszom. Oto trzeba stworzyć historię, która podniesie ludzi, która rozpali w sercach żar. To właśnie pragnęła czynić, tak starała się śpiewać. Lecz tym razem nie wystarczy jej prosty, skromny sposób, nie dość będzie ballad opiewających pogodnie piękno, ład i harmonię, rzeczy trwałe i godne zaufania. Nie wystarczy majestatyczna uroda wschodzącego słońca czy dzwoniąca cisza po burzy, roziskrzona tysiącem tęcz. Trzeba będzie sięgnąć w mrok. Dotknąć rozpaczy i bólu, zaczerpnąć tragizmu i patosu, lecz wyprowadzić je w światło.
Zatańczyć nad brzegiem przepaści.

Słuchała, jak przedstawiają się ci, z którymi ma dokonać dzieła. Piękna, złotowłosa Aravia, pewny siebie Hoening, którego nazwisko kojarzyła słabo z dworem Nuln. Nazwisko łagodnego starca napełniło ją radością. Mistrz Arwid Daree! Nie sądziła, ze kiedykolwiek go dane jej będzie go spotkać, a co dopiero - pracować z nim razem.

Nagle wypowiedział słowo, od którego serce dziewczyny zatrzepotało jak ugodzony strzałą ptak. Ferredar... Słuchała, jak mistrz Arwid mówi o nim, jak o jakiejś legendzie z dalekich stron lub dawnych czasów. Lecz ta jedna legenda wryła się w nią krwią i solą. Jak można kochać kogoś za to, że zostawia? Można...

- Dla Ciebie Twoja droga, a dla mnie moja. Jestem żołnierzem, maleńka, moje miejsce jest na linii walki. Ty będziesz wspaniałą pieśniarką, już nią jesteś. Twoje pieśni będą rozgrzewać ludzkie serca przez setki lat i dumny będę, mogąc mówić, że cię poznałem. Ale teraz każde z nas musi spełnić to, do czego przeznaczyli go Bogowie...


Na szczęście mistrz Arwid - mistrz Arwid, który znał Ferredara - mówił jeszcze, dając jej czas na opanowanie. Dzięki temu, gdy zamilkł, mogła wstać i powiedzieć bez drżenia głosu:

- Wielki to zaszczyt dla mnie, znaleźć się w tak znamienitym gronie. Jestem Liselotte, moją sztuką jest składanie ballad i śpiewanie ich przy wtórze lutni. Zgadzam się z czcigodnym mistrzem Arwidem - w opowieści naszej nie powinniśmy zapominać o pozostałych rasach zamieszkujących Imperium, o elfach i krasnoludach, a nawet niziołkach. Sądzę nadto, że najkorzystniejszym będzie opracować ją w kilku formach, by mogła nieść się łatwiej i szerzej. Zatem, niezależnie od tego, czy zgodnie z propozycją pana Hoeninga stworzymy epos, czy też nie, chętnie ujmę najistotniejsze wątki opowieści w balladzie lub kilku. Wówczas łatwiej, jak mniemam, trafi do ludzi.

Skłoniła wdzięcznie głowę z uśmiechem, który pojawił się nagle i równie nagle przeminął. Usiadła i sięgnęła po kielich, by zająć czymś niespokojne nagle dłonie.
 
__________________
jestem tym, czym jestem: tylko i aż człowiekiem.
nikt nie wybrał za mnie niczego i nawet klątwy rzuciłam na siebie sama.
Rhaina jest offline  
Stary 13-11-2009, 17:47   #6
 
arm1tage's Avatar
 
Reputacja: 749 arm1tage jest godny podziwuarm1tage jest godny podziwuarm1tage jest godny podziwuarm1tage jest godny podziwuarm1tage jest godny podziwuarm1tage jest godny podziwuarm1tage jest godny podziwuarm1tage jest godny podziwuarm1tage jest godny podziwuarm1tage jest godny podziwuarm1tage jest godny podziwu
Słowa zgromadzonych posypały się, wywołując echa w rozległej przestrzeni wysoko sklepionej sali. Atmosfera napięcia zelżała nieco, z kolejnymi prezentacjami i toastami zrobiło się luźniej, pojawiły się pierwsze uprzejme uśmiechy. Powietrze zgęstniało jeszcze na chwilę, gdy zawisło w nim ostatnie pytanie Arwida Daree skierowane do Vautrina.

Spojrzenia starca i siedzącego w półmroku pytanego spotkały się… Vautrin tym razem nie uśmiechnął się, rzuciwszy po przedłużającej się przerwie słowa wypowiedziane poważnym tonem:
- Mistrzu, żyjesz już wystarczająco długo na tym padole łez, by dobrze znać odpowiedź. Szkatuła ta ma drugie dno. Zawsze jest drugie dno…

Dziwną gęstą ciszę zapadłą po tych zdaniach przerwał szybko ich autor, tym razem już na odrobinę weselszą nutę:
- Co do muzyki, myślę, że pożałowania godne byłoby zapraszanie jednego z miejscowych grajków, gdy zebrało się tu tyle znakomitych instrumentalistów. Oczywiście, jeśli sobie życzycie, mogę sprowadzić paru, jednak chyba najbardziej inspirujące dla wszystkich będzie, jeśli ktoś z obecnych zgodzi się dać próbkę swoich możliwości. Proszę, w imieniu Gospodarza, nie krępujcie się i wyciągajcie instrumenty kiedy tylko chcecie. A teraz może dokończmy swe prezentacje.

Kolejna z młodych kobiet przemówiła, a jedyny człowiek, który oprócz niej do tej pory jeszcze się nie odezwał, słuchał jej dźwięcznego głosu przymykając z lekka piwne oczy.
Jasper, bo tak brzmiało jego imię, słuchał tego, jak i wszystkiego co było mówione wcześniej w nonszalanckiej pozie, nieco zsunięty z krzesła. Nie przerywał, ale nie raz wywracał oczami wymownie popatrując na innych. Popijał za to ostro piwo, którego niektórzy biesiadnicy nawet nie tknęli wyraźnie wybierając drogie wina. Gdy Liselotte skończyła mówić, odczekał moment, a potem wszyscy usłyszeli odgłos dopijania resztek z kufla i skrzypnięcie krzesła.

- Ehem.
Grube chrząknięcie rozległo się echem po wielkiej komnacie, duży łeb niedźwiedzia na jednej ze ścian z otwartym pyskiem mógłby być spokojnie źródłem tego dźwięku. Gdyby niedźwiedzie chrząkały. Jasper wciąż wyciągnięty niedbale na krześle zaczął dłubać nożem w zębie i jednocześnie mówić.

- Starszy Pan jak widzę chyba się obudził, to może ja w takim razie bo przecie czas to pieniądz. Twarze wasze nic mi nie mówią, więc jako autor wielu wspaniałych dzieł i chyba nieskromnie powiem najbardziej utalentowany ze zgromadzonych wypadałoby bym zabrał wreszcie głos.

Był to dość młody mężczyzna rasy ludzkiej, który do ułożenia swych ciemnych włosów nie wydawał się przywiązywać dużej wagi. Strój jego bardziej przypominał stroje podróżników czy żołnierzy, niż reiklandzkie, wytworne i pyszne ubiory bardów. Utwardzany, skórzany kubrak wyraźnie mógł być potraktowany jak może nie najmocniejszy, ale jednak solidny pancerz. Kubrak ten był wiązany z przodu na plecione rzemyki, spomiędzy których wyglądały na świat kręcone włosy porastające najwyraźniej gęsto klatkę piersiową. Na lewym barku bard nosił nawet stalowy, porysowany naramiennik. Nogi opinały spodnie z ciemnej skóry, wpuszczone w długie podróżnicze buty, które to były jeszcze ubłocone: bo człowiek ten wpadł do sali ostatni, prawie spóźniony, dołączając do towarzystwa najwyraźniej prosto z drogi. Dość wojowniczego wizerunku dopełniała rękojeść dużego miecza o prostym jelcu, noszonego na plecach, wystająca znad prawego ramienia. Otwarte noszenie wielkiego mieczyska w towarzystwie przy stole było niestosowne, ale najwidoczniej przybysz nic nie robił sobie z etykiety. To, jak jadł również nie wskazywało na dobre maniery. Skórzane, śmierdzące nieco rękawice leżały obok barda niedbale rzucone prosto na stół.
Jednak mężczyzna miał przy sobie również pięknie rzeźbiony flet, wiszący na rzemyku przy pasie razem ze sztyletem. Tylko to właściwie mogło wskazywać, że w ogóle człowiek ten ma coś wspólnego ze sztuką.
Nawet nie pofatygował się zanieść tobołów do swojej komnaty. Obok nogi tego człowieka stał wielki podróżny wór, również umorusany w mokrym błocie. Szarobura kałuża na wypolerowanej posadzce rozszerzała powolutku swoje granice. Niektórzy goście popatrywali na Vautrina, czy też nie odezwie się w tej sprawie, ale ten wydawał się nie poświęcać temu najmniejszej uwagi.

- Z tego co widzą moje piękne oczy wszyscy jesteście bardzo wytworni i w ogóle. – marudny nieco ton Jaspera nie nastrajał najlepiej do przemawiającego - Wysokie sfery i wspaniałe lutnie. Ochy i achy. Im bardziej patrzę, tym bardziej jedno pcha mi się do czaszki – idę o zakład że wszyscy żyjecie w świecie teorii! Co ja tu mogę wnieść? Powiem wam, ja właśnie wracam z wielkiej wojny, w której osobiście brałem udział. Widziałem Cesarza prowadzącego wielkie armie. Byłem na murach Middenheim! Kosztowałem trudów wojennych marszów i wojennego żarcia. Kosztowałem potu i krwi. Strachu o życie. Sam byłem ranny!

To mówiąc odgiął wzmacniany kubrak i podciągnął koszulę, a oczom wszystkim ukazała się paskudna blizna biegnąca przez kawał brzucha. Bard popatrzył na Vautrin’a i powiedział:
- Dobrzeście zrobili Panie to mnie do tej misji wybierając. Któż lepiej opowie o czynach niż ten, co sam czynów wielkich dokonywał.

- Mówią na mnie Jasper, a śpiew mój jak balsam na uszy być może. Pewnie nie słyszeliście jeszcze, bo gdy wy tu po dworach o wojnie śpiewacie, ja na zgliszczach północy w prawdziwym, nie zmyślonym ogniu krocząc ludziom pieśń i muzykę wielką niosę. Teraz przybywam, na wezwanie Jaśnie Oświeconego Imperatora.
Zdawało się im tylko, czy z jakąś ironią wymówił ten tytuł? Jeśli tak, musiał być piekielnie odważny.
- Co do szczegółów: ja oddaję głos za klasyczną opowieścią – taką co to można opowiedzieć przy ognisku, czy zaśpiewać pięknie. Dlaczego nie. Powinna być w niej walka. Miłość. Poświęcenie. Śmierć. I jeszcze jedno. Najważniejsze.
Rozejrzał się widząc pytające spojrzenia.

- Zdrada… W opowieści musi być zawsze jakiś zdrajca. Do końca nie wiadomo kto zacz. Podkopujący wysiłki, mącący wodę. Nikczemny i podły. Wtedy ludzie słuchają w napięciu. Ktoś z naszych bohaterów powinien być zdrajcą!



Jasper napełnił z pluskiem ponownie kufel, do połowy. Potem napił się i chrząknął.

- Rzecz jasna, na koniec zostaje zdemaskowany i przykładnie ukarany…

Schylił się i sięgnął do swojego stojącego na podłodze worka. Rozwiązał sznurki, zaczął grzebać w bagażu i chciał coś wyciągnąć, ale wtedy nagle worek przewrócił się i coś huknęło. Z przewróconej torby wyleciały do połowy dwa tubusy, z którego jednego odskoczyło denko i wysunął się z niego jakiś zrolowany papier pokryty chyba rysunkami. Jasper zmieszany skoczył szybko i zatkał tubus chowając wszystko z powrotem, a potem szybko wyjął coś innego. Był to instrument strunowy, dość zniszczony, o charakterystycznym kształcie, barwiony bogato jaskrawymi farbami. Osoby bywające w Kislevie mogły rozpoznać ten instrument – nazywano go tam bałałajką.

- Jak już o tym mówię to zaczynam to widzieć… Zaznaczam oczywiście – to tylko propozycja, układana na gorąco…
Usiadł i zaczął uderzać powoli w struny, jakby zamyślony. Dźwięk przywodzący na myśl wschodnie strony, tęskny i tajemniczy zaczął wypełniać salę. Jasper pomruczał trochę niskim głosem, ale nieoczekiwanie nie zaśpiewał, tylko zaczął mówić melodyjnie brzdąkając leniwie, lecz urzekająco na instrumencie.

- Jesteśmy na cesarskim dworze… Nasi bohaterowie są dostojnikami z bliskiego otoczenia samego Imperatora… Sam Karl Franz darzy nas zaufaniem… Albo też akcja może dziać się w wojskowym obozie Imperium, tuż przed walną bitwą… Ale…

Muzyka stała się bardziej niespokojna, niepokojąca. Pojawiły się w niej fałszywe tony.
- Ale wśród nas czai się ohydny zdrajca… W ukryciu planowany jest zamach na Imperatora… Nikomu nie można ufać. Tylko jeden bohater trafia na ślad spisku… Musi zatrzymać zabójcę, zanim mroczne siły pogrążą świat w Chaosie gdy zgaśnie jedyne światło władcy dzierżącego berło zjednoczonych ziem ludzi…

Muzyka zaczęła powoli cichnąć. Jasper zamknął oczy…

Już kolejny raz tego wieczoru ptasi skrzek zza okiennic rozerwał materię ciszy.
Vautrin wysunął się powoli z cienia. Przez dłuższy moment patrzył głównie na Jaspera, a jego usta męłły coś bezgłośnie, co towarzyszyło dość dziwnemu wyrazowi twarzy.

- Taaak...- powiedział i po raz pierwszy można było odnieść wrażenie, że stracił wątek. Stukanie końca srebrnego widelca o stół było ledwo słyszalne, ale jednak zdawało się wskazywać, że mężczyzna zastanawia się nad czymś. Szybko jednak zebrał się w sobie i podsumował:
- Świetnie. Zatem, przedstawienie się mamy za sobą. Pojawiły się pierwsze pomysły jeśli chodzi o formę, można powiedzieć na razie że skłaniacie się ku mniej lub bardziej epickiej opowieści, a może bardziej balladzie. Skoro tak, korzystając z okazji że jest między nami uczony w dziedzinie gatunków literatury, na początek poprosimy wielmożnego Konstantina o krótkie wprowadzenie do tego, czym właściwie jest epos, czym ballada. Pomoże to niechybnie w stworzeniu spójnej wizji. Przy okazji, co dokładnie miałeś na myśli, mówiąc o dwu tylko bohaterach? Czyż pomysł, w którym każdy z Was stworzy swojego, wydaje się chybiony?

Skłonił się ku Hoeningowi, na chwilę poświęcając mu pełne szacunku spojrzenie. Potem mówił dalej.
- Co do inszych rzeczy...Mamy jedną jasną propozycję bohatera. Wiemy, że w opowieści znaleźć się mają różne rasy – czy są już deklaracje, kto opisać którą zamiaruje poprzez swą kreację? Mamy też jedną propozycję dotyczącą linii fabularnej i tła opowieści. – zatrzymał się na moment, powtórzywszy znów tę zagadkową minę – Czekam na inne propozycję wokół czego powinny krążyć zdarzenia, oraz gdzie i kiedy umiejscowicie akcję.

Vautrin wstał i poprawił odzienie, a nastęnie wyprostował się.
- Zgodnie z tym, co mówiłem, muszę opuścić to zacne towarzystwo. – zaczął mówić nieco szybciej, jakby nagle zaczęło mu się spieszyć - Wyjeżdżam z zamku. Weźmijcie teraz pod uwagę, co mówiłem przed mgnieniem. Wiem, że należy się wam odpoczynek po znojnej podróży. Zatem zachęcam jeno, by przed rozejściem się rzucić jeszcze parę pomysłów na wspomniane tematy. Jeśli nie teraz, to macie do dyspozycji całe zamczysko i parę dni, spotykajcie się, dysputujcie, obierzcie stanowiska. Spotkamy się za dni sześć, o tej samej porze, w tym miejscu. Zapadną decyzje co do kształtu dzieła.

Skłonił się, dość nieporadnie, a jednak z niezwykle uprzejmą miną.
- Bywajcie, wspaniałe Damy i wielmożni Panowie! Używajcie, na koszt naszego Gospodarza, ale pomnijcie też o pracy i odpowiedzialności, która na nas wszystkich spoczywa.

Zebrani usłyszeli stukot butów na posadzce, gdy Vautrin, nie oglądawszy się już na nikogo, zdecydowanym krokiem ruszył do wyjścia.
Zanim usłyszeli głuchy dźwięk wysokich, łukowo zakończonych drzwi komnaty Jasper również podniósł się z siedzenia i chwycił swoje toboły, przeciągając się.
- Swoje powiedziałem, jak na razie. Teraz wybaczcie, ale jak widzicie ledwom z konia zszedł i tu do was spieszyłem. Znużony jestem. Czas obejrzeć, w jakich to komnatach raczyli nas tu ugościć. Do zobaczenia na zamku...
Powłócząc nogami, ruszył w ślad za Vautrin'em, po drodze mrugnąwszy bezczelnie w tę stronę stołu, przy której siedziały niewiasty. Na świecącej się jak lustro posadzce po idącym niespiesznie mężczyźnie zostawały ślady zabłoconych buciorów.

Nad głowami wszystkich, ojcowska i pochmurna twarz Karla Franza obserwowała spokojnie całą scenę z olbrzymiego, okazałego portretu.
 
__________________
MG: "Widzisz swoją rodzinną wioskę potwornie zniszczoną, chaty spalone, swoich
znajomych, przyjaciół z dzieciństwa leżących we własnej krwi na uliczkach."
Gracz: "Przeszukuję. "

Ostatnio edytowane przez arm1tage : 13-11-2009 o 22:04.
arm1tage jest offline  
Stary 14-11-2009, 22:53   #7
 
Morfidiusz's Avatar
 
Reputacja: 196 Morfidiusz ma w sobie cośMorfidiusz ma w sobie cośMorfidiusz ma w sobie cośMorfidiusz ma w sobie cośMorfidiusz ma w sobie cośMorfidiusz ma w sobie cośMorfidiusz ma w sobie cośMorfidiusz ma w sobie cośMorfidiusz ma w sobie cośMorfidiusz ma w sobie cośMorfidiusz ma w sobie coś
Poproszony o prezentacje tak fundamentalnych i pewnie ogólnie znanych terminów przez chyba wszystkich uczestników biesiady, Konstantin utkwił wzrok w Vautrinie. Mężczyzna kontynuował wypowiedź reasumując prezentowane deklaracje i czekając na dalsze propozycję, wokół czego powinna krążyć opowieść oraz gdzie i kiedy umiejscowicie jej akcję.

Nim gospodarz zebrał się do wyjścia, artysta powiódł wzrokiem po twarzach obecnych i utkwiwszy spojrzenie na licu znudzonego Jaspera, podjął swą przemowę. Po twarzy pisarza przemknął wyraz bezczelnej zuchwałości, dając pyszałkowatemu bardowi do zrozumienia, iż w mniemaniu mówcy oraz woli Vautrina, ku niemu potrzeba prologu jest skierowana.

- Jak pewnie większość zebranych dobrze postrzega, czym są wymienione do prezentacji gatunki, to ku odświeżeniu tej wiedzy tym, którym owa mądrość ulotną być mogła – po krótkiej przerwie, trwającej nie dłużej jak zaczerpnięcie powietrza, Konstantin oderwał wzrok od bardowego lica i z lekkim uśmiechem, towarzyszącym niemal przez cały wieczór artyście, kontynuował wprowadzenie ku literaturze – w słowach kilku prezentacji zaszczyt sobie poczynię. Nie można mówić o eposie pierwej, czym jest epika się nie dowiedziawszy.

Wśród trzech głównym rodzajów literackich najbardziej znanym i ku nam zamierzonym jest gatunek epicki. Ukształtowała się on z ustnych sag, podań, legend i mitów mówiących o przeszłości. Gatunek ten obejmuje utwory, w których narrator opowiada o świecie przedstawionym, a jego relacja, zwana narracją, mieści w sobie opowiadanie o zdarzeniach (w układzie zwanym fabułą) i wszelkiego rodzaju opisy (począwszy od czasu akcji, jej miejsca, bohaterów, zdarzeń, opisów świata fizycznego etc.).
Oprócz narratora w epice wypowiadają się również postacie używając ku temu dialogu.
Między światem przedstawionym a narratorem zachodzą określone stosunki, narrator jest albo niewidoczny, albo uwidacznia swoje stanowisko, lub traktuje fabułę jako pretekst do własnych przemyśleń i wypowiedzi( o co właśnie nam chodzi).
W dziejach literatury rozwinęło się wiele gatunków epickich, wśród których występują opowiadania, baśnie, legendy, bajki, czy powieści oraz będący meritum epos.

Eposem natomiast, nazwać możemy opowieści, tworzone poetycko lub prozą, ukazujące dzieje życia legendarnych bohaterów, czy takich, którzy nimi niebawem stać się mają, na tle wydarzeń przełomowych dla narodu; są też opowieściami o prapoczątkach narodów i ras, a także kultów religijnych. Często opowiadają nie tylko o postaciach ludzkich, ale też boskich, czy magicznych.
Prostszą, krótszą odmianą eposu jest poemat epicki, gorąco przeze mnie polecany. Zazwyczaj głównym wątkiem przewodnim eposu, czy poematu epickiego jest historia jednego rodu panującego, czy dzieje życia jednego, niezwykłego, heroicznego bohatera (takiego jak Gotrek, czy Ferredar), ale może on też przedstawiać opowieść o całym ludzie, o jego początkach, czy także mówiącym o jego bogach i przodkach. Dawne eposy i poematy epickie przeznaczone były do recytowania i śpiewu, często zawierały elementy rytualne i były używane w celach religijnych, stanowiły też często zapis religii i mitologii danego ludu, jego wartości moralnych, obyczajowości i najstarszego języka.

A co tyczy się ballady, to jest ona wierszowaną opowieścią, łącząca w sobie cechy wszystkich gatunków literackich, a przede wszystkim pieśni epicko-lirycznej, której tematem są niezwykłe wydarzenia. Jej nazwa pochodzi od tileańskiego ballare (tańczyć), co wskazuje na tileańskie początki. Ballada zachowuje zwykle budowę stroficzną, opowiada o niezwykłych legendarnych lub historycznych wydarzeniach. Fabuła ballady charakteryzuje się szkicowością, zawiera momenty tajemnicze i zagadkowe, skupiona jest wokół jednego wyraziście zarysowanego wydarzenia. Występują tu liczna stylistyka, czyli stałe epitety, porównania i refreny. Romantyczna ballada nawiązuje do ludowych pieśni, a jej forma wyróżnia się śpiewnością wiersza, nastrojowością, tajemniczością niejasno zarysowanych zdarzeń z interwencją złowrogich sił nadzmysłowych. Uwydatnieniu sensacyjności sprzyja konstrukcja narratora zdziwionego przedstawianym światem.

Myślę, iż dostatecznie wyklarowałem omawiane zagadnienia. A każdy z obecnych rację mi przyzna, że kierunkowanie ku eposowi, czy poematowi epickiemu najrozważniejszym posunięciem będzie. Ku monumentom gatunku tego skupić zamiary koła naszego chciałem i po temu projekt postaci w duecie złączonych, nad których losem we wspólnym gronie radzić byśmy mogli. Jak wiadomo różne talenty cechują nas wszystkich, również doświadczeniem i wejrzeniem na świat od siebie odbiegamy. Duet, którego iskrą życia byłaby kreatywność każdego z nas, będący po stokroć dopracowanymi bohaterami otwartymi na potrzeby społeczne, śmiało wybiegających ponad przeciętność, których historia poruszałaby serca obywateli naszego Imperium.

Jednak po prezentacji ostatniego biesiadnika, dla którego najważniejszym elementem opowieści jest zdrada, nie wiem już, czy tak dojrzały pomysł może zaistnieć.
Nie wydaję mi się również, iż taki absurd jak planowanie zamachu na Cesarza, ma jakąkolwiek rację bytu, co gorsza, sama taka myśl jest głupotą. Naszym celem jest tworzenie opowieści ku pokrzepieniu serc, której odbiorcą będzie całe imperialne społeczeństwo, a nie garstka zapijaczonych maruderów – mówiąc to Konstantin wbił wzrok w Jaspera – Naszym zadaniem jest danie nadziei, a nie degradowanie społeczne. Sam pomysł zamachu na Cesarza doprowadziłby społeczeństwo do……..zresztą co ja tu będę bajdurzyć…..sam wiesz najlepiej w końcu jesteś ”najbardziej utalentowanym ze zgromadzonych” Jasperze. – w aroganckim tonie spuentował Hoening.

Mam jeszcze jedną wizje, również osadzoną w epickiej opowieści, której głównym wątkiem było by poszukiwanie przez grupę normalnych, niczym niewyróżniających się istot, mitycznego oręża. Oręża, które według legendarnych wierzeń, zbawić miało ludzkość przed napływającą falą ciemności. Można odnieść się do pewnej prastarej legendy o mitycznej broni pochodzącej jeszcze z czasów pradawnych slanów – gwiezdnej włóczni. Mniemam, że intrygująca historia owego oręża zasłyszana przez Was była??
 
__________________
"Nasza jest ziemia uwiązana milczeniem; nasz jest czas, gdy prawda pozostaje niewypowiedziana."
Morfidiusz jest offline  
Stary 15-11-2009, 01:48   #8
 
Rhaina's Avatar
 
Reputacja: 513 Rhaina jest jak niezastąpione światło przewodnieRhaina jest jak niezastąpione światło przewodnieRhaina jest jak niezastąpione światło przewodnieRhaina jest jak niezastąpione światło przewodnieRhaina jest jak niezastąpione światło przewodnieRhaina jest jak niezastąpione światło przewodnieRhaina jest jak niezastąpione światło przewodnieRhaina jest jak niezastąpione światło przewodnieRhaina jest jak niezastąpione światło przewodnieRhaina jest jak niezastąpione światło przewodnieRhaina jest jak niezastąpione światło przewodnie
Wszystkiego, co mówiono, ciemnowłosa Liselotte słuchała z uwagą, choć patrząc na nią, można było odnieść inne zgoła wrażenie. Jej jasne dłonie niemal cały czas bawiły się kielichem - gładziła jego grawerunki, odstawiała go i brała z powrotem, lecz zaledwie raz umoczyła usta w trunku. Oczy zaś cierpliwie śledziły twarze i gesty mówców, by nagle spocząć na chwilę na ciemniejącym niebie za oknem lub na jej własnych mankietach.

- Za innych wypowiadać się nie mogę, lecz ja sama opowieści o gwiezdnej włóczni nie słyszałam nigdy - rzekła, gdy zamilkł Hoening. Mówiła cicho, sprawiając, że wszyscy prócz siedzącego najbliżej Arwida musieli nachylić się ku niej. Najwyraźniej używała tej starej sztuczki bajarzy odruchowo. - Proszę zatem, byś zechciał ją opowiedzieć, szlachetny Konstantinie. Nadto chcę cię prosić, byś nie przekreślał jeszcze propozycji pana Jaspera. Kształt opowieści ulotnym jest jeszcze jak mgła. Każdy pomysł, który może pomóc nam w tym dziele, jest na wagę złota i żadnego nie należy zbyt wcześnie odrzucać. Póki co, jak mniemam, winniśmy zgromadzić ich raczej jak najwięcej. Co rzekłszy, proszę, panie, byś wzbogacił nasz zasób tworzywa o opowieść, o której wspomniałeś.
 
__________________
jestem tym, czym jestem: tylko i aż człowiekiem.
nikt nie wybrał za mnie niczego i nawet klątwy rzuciłam na siebie sama.
Rhaina jest offline  
Stary 15-11-2009, 15:23   #9
 
Irmfryd's Avatar
 
Reputacja: 205 Irmfryd ma w sobie cośIrmfryd ma w sobie cośIrmfryd ma w sobie cośIrmfryd ma w sobie cośIrmfryd ma w sobie cośIrmfryd ma w sobie cośIrmfryd ma w sobie cośIrmfryd ma w sobie cośIrmfryd ma w sobie cośIrmfryd ma w sobie cośIrmfryd ma w sobie coś
- Zawsze jest drugie dno… Słowa Vautrina zawisły w powietrzu, czy chciał go przestraszyć, pokazać kto tu rządzi. Co do niezrozumiałej chyba dla wszystkich tajemnicy towarzyszącej ich przybyciu oraz pracy zapewniły kolejne go słowa Vautrina.

Nie chce sprowadzić nikogo z zewnątrz, nie chce aby ktokolwiek dowiedział się o naszym tu zebraniu. Czy staliśmy się więźniami tego zamczyska? Dla kogo tak naprawdę pracuje Vautrin? Co stanie się po ukończeniu dzieła? - Myśli kłębiły się w głowie starca. Kiedy ma się 62 lata życia, człowiek przestaje się bać śmierci. Wiele już przeżył, widział, czy jest coś co miałby jeszcze do zrobienia? Może dlatego Morr nie zabiera go do siebie?


Słów młodzieńca, któremu brakowało ogłady słuchał jakby przez mgłę.
Czy na wojnie z chaosem potrzebne jest wychowanie i dobre obyczaje? Przecież tam liczy się umiejętność walki. Może nie powinienem oceniać go pochopnie. To czy jest bardem w ogóle oraz czy poza wywijaniem mieczem posiada przydatne nam umiejętności rychło się okaże.

- Młodzieńcze może zostaniesz jeszcze z nami? - Po komnacie rozległ się głos Mistrza. Posiliłeś się, wyraziłeś swoją opinie, może podyskutujemy wszyscy na jej temat?
- Wybacz, panie, ale ledwo nogami powłóczę. Od jutra już liczyć możecie na moją muzykę i myśl lotną...Dziś, pora spać...Dwie noce nie spałem. – Odparł Jasper ziewając.
- Nie zatrzymuje więc, do tej pracy sprawny umysł jest najważniejszy.
- Na pewno łatwiej wyrazicie szczerą opinię, gdy ostaniecie sami. Mamy czas...
- kłania się stojąc w drzwiach - Mnóstwo czasu...Bywajcie!

Jasper zebrał worek z podłogi, sprawdził jego zawartość, upchnął tubus i wyszedł trzaskając drzwiami.

Gdy drzwi po raz drugi trzasnęły za wychodzącym Vautrinem głos zabrał Konstantin.
Starzec wysłuchał sprawnie, bez zająknięcia wyrecytowanych nudnych uniwersyteckich definicyj. Powieki zaczynały mu już ciążyć, gdy usłyszał kończąca wypowiedz Konstantina legendę o gwiezdnej włóczni. Najwyraźniej legenda zainteresowała pozostałych zebranych, a najbardziej tych, którzy jej jeszcze nie znali.

- Myśle, że Liselotte ma rację, nie powinniśmy skreślać Jaspera, tylko dlatego, że jego zachowanie odbiega od etykiety.- Zaczął wypowiedź Arwid.
- Zgadzam się, że w opowieści powinny znaleźć się miłość, walka, poświęcenie, śmierć. Nie przekonuje mnie natomiast pomysł zdrady. Dzieło Monumentalne w zamyśle ma powstać ku pokrzepieniu serc. Ma podbudowywać lud Imperium. Umieszczenie zdrajcy może wnieść nutę niepewności, strachu. Nie wiemy kto będzie głosił nasze dzieło, może bardowie zmienią coś w nim dodając, ujmując … w ten sposób może ono odbiegać od pierwowzoru, może np. okazać się że zdrajców było więcej. W ten sposób tworzą się plotki, budzące strach, zwątpienie. A my nie chcemy przecie tropić zdrajców i sprowadzać inkwizytorów, nie taki jest nasz cel. Dzieło powinno być czyste jak łza, jak górski kryształ…

- Proponuję, aby jednym z bohaterów był Ferredar - Elfi łucznik. Jest postacią autentyczną, więc może pierwej powinniśmy go zapytać o zdanie … albo – Starzec na moment zawiesił głos… - albo zmienić jego imię, ale tak by nie budziło wątpliwości czyja postać była pierwowzorem opowieści. Elfy to szlachetna rasa, dodanie jakiegoś czynu mogłoby sprowadzić gniew Ferredara... A to wielce szlachetna persona i nie chciałbym mu sprawić przykrości.

- Mości Konstantin wspomniał o gwiezdnej włóczni, przyznam, że słyszałem co nieco na jej temat. Ponoć została wykuta przez Krasnoludy z metalu, który spadł z nieba. Wykuły one włócznie i tarcze. Oręż ten potem został rozdzielony między dwóch najbardziej walecznych krasnali. Ale co się z nim potem stało, jaki jest jego los, tego nie wiem. Przychylam się do prośby Liselotte i chętnie wysłucham tej opowieści drogi Konstantinie.

Wzrok Mistrza utkwił w Hoeningu. Jego ręka zaś sięgnęła po kielich.
 
Irmfryd jest offline  
Stary 16-11-2009, 06:36   #10
 
Nimue's Avatar
 
Reputacja: 2378 Nimue ma wspaniałą reputacjęNimue ma wspaniałą reputacjęNimue ma wspaniałą reputacjęNimue ma wspaniałą reputacjęNimue ma wspaniałą reputacjęNimue ma wspaniałą reputacjęNimue ma wspaniałą reputacjęNimue ma wspaniałą reputacjęNimue ma wspaniałą reputacjęNimue ma wspaniałą reputacjęNimue ma wspaniałą reputację
Otwierała powoli oczy. Przyćmione światło komnaty zalało obezwładniającą falą jej zaspane źrenice. Zamknęła powieki, wykrzywiając się w dezaprobacie. Zapominając na razie o doznaniach wzrokowych, zbadała miękkość i jedwabistość posłania. Prawie zamruczała. Przeszkodziła jej w tym leżąca na łożu lutnia. Tak przynajmniej wywnioskowała, trącając niepewnie twardy kształt uwierający ją coraz dotkliwiej. Przesunęła się, leniwym ruchem układając się w wygodniejszej pozycji. Niechcący sięgnęła jednej ze strun, uwalniając dźwięk przeszywający upojone ciszą ucho. Drgnęła, przestraszona. Powieki natychmiast uniosły się maksymalnie do góry, chcąc pochłonąć otaczający ją świat. Szybko odnalazła się w sytuacji.

Długa podróż, szarobura błotna wędrówka, dżdżysty marszobieg przerywany co rusz lękliwym przyczajeniem, iście akrobatyczne popisy, z których błyskawiczna wspinaczka na drzewo była jak łypnięcie okiem. Wróg był wszędzie, a ona nauczyła się dostrzegać go zawczasu.

Słodkie objęcia letargu zastąpiła bezpardonowa świadomość tego co tu i teraz. Podniosła się i wyprężyła ciało giętkie jak cięciwa łuku, by odegnać resztki snu wijące się jeszcze w niej tu i ówdzie.

Rozejrzała się po swym... ich lokum. Całkiem przyjemnie – skonstatowała, spostrzegając bijący przyjaznym światłem i pieszczący ciało dotykiem ciepła kominek. Podeszła bliżej, zauroczona trzaskającymi bierwionami na palenisku. Ostatkiem woli odegnała chęć zabawy ze skrzącymi się iskierkami. Miała coś pilnego do wykonania – nie była zwyczajną przedstawicielką swego gatunku – dlatego, nie bez żalu, porzuciła myśli o zabawie. - Może kiedyś – obiecała samej sobie, stwierdzając z ukontentowaniem, że ta budowla oferowała wiele możliwości dla chadzających własnymi ścieżkami.

Wychodząc z komnaty, zerknęła jeszcze na oparty o ścianę portret, jakby upewniając się, że znajduje się w tym a nie w innym miejscu, z takimi a nie innymi osobami.

Ruszyła śmiało przez zamek, kontemplując jego wspaniałość. Może nie widziała wielu takich miejsc, ale coś mówiło jej, że to co ją otacza, warte jest westchnienia zachwytu. Mimo to nie westchnęła – bo nie umiała – i kroczyła dalej. Pośród kakofonii zapachów poczuła wreszcie ten, którego szukała. Złapawszy tę ulotną nutę, pozwoliła jej się prowadzić. I tak dotarła do wielkiej sali - przemknąć do niej nie było wielkim problemem, jeśli wykazało się dużą czujnością i przede wszystkim cierpliwością. Wykazawszy się tymi przymiotami, minęła w końcu w otwierających się drzwiach służącego niosącego kolejną porcję wina.

Nadal niezauważona, przysiadła z nieco z boku, obserwując rozgrywającą się na jej oczach scenę. Stół, ludzie, powaga dyskusji, cała feeria min i gestów. Patrzyła, patrzyła, patrzyła...

W końcu nie wytrzymała.

Sprężystemu skokowi na kolana Aravii towarzyszyło głośne : „miauu”.
Bardka uśmiechnęła się przepraszająco do zgromadzonych przy stole, jednocześnie głaszcząc moszczącą się na jej kolanach kotkę.

- Przepraszam ... To jest Hefker - kotka, która mnie przygarnęła. Tak... Brzmi dziwnie, ale to opowieść na inny czas. - podrapała zwierzę za uchem i skorzystała z chwili uwagi jaką dało jej nagłe wtargnięcie do sali zwierzęcia. - Zanim Mistrz Hoening uraczy nas historią, której i ja jestem ogromnie ciekawa, rzeknę tylko, że co do kształtu opowieści, a i fabuły... jestem za prostotą. Stwórzmy coś urzekającego w swej nieskomplikowanej formie, mamy wszak uzdrowić morale ludu, a ten nie znosi popadania w emfazę. Co do bohaterów krystalizuje się we mnie pewien pomysł, ale ten pozwolę sobie przedstawić w dogodniejszym momencie. - Zamilkła, kierując spojrzenie w stronę tego, który zapowiedzią opowieści ich uraczył.
 
__________________
A quoi ça sert d'être sur la terre?

Ostatnio edytowane przez Nimue : 16-11-2009 o 06:40.
Nimue jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 01:42.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169