Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 27-12-2009, 17:01   #1
 
Bielon's Avatar
 
Reputacja: 1239 Bielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumny
WFRP 2ed - Życie [I]

Życie - I



O Księstwach można by mówić w nieskończoność. Jeśli miało się na tyle szczęścia by zdążyć je poznać lepiej. Nie każdy, czyja noga zawitała w tę stronę Starego Świata, mógł o sobie powiedzieć, że w Księstwach spotkało go szczęście. Szczęście, ta złośliwa franca o kurewskim zwyczaju zwracania się dupą do najbardziej potrzebujących, w Księstwach obchodziło się z wszystkim jeszcze bardziej obcesowo niż gdziekolwiek indziej. I doprawdy na palcach jednej ręki można było by policzyć tych, którzy szczerze wierzyli, że im sprzyja. Księstwa nie były miejscem szczęśliwym. Zapewne nie bez wspływu na to miał autorament tych, którzy tworzyli ogromną rzeszę mieszkańców Księstw. Uciekinierzy, bandyci, wywołańcy, wygnańcy, banici, innowiercy, zdrajcy, kultyści i ci, których boleśniej dotknęło piętno chaosu. Wszyscy oni, za trudnymi do przebycia górskimi łańcuchami bielejących śnieżnymi kopułami szczytów, szukali swego „lepszego jutra”.

Nie wiedząc, że „lepsze jutro” było. Tylko wczoraj…


***


Mathieu:

To był ciężki, owiany aurą niedomówień sen. Niczym zmora spłynął nań, kiedy w końcu udało mu się ułożyć głowę na przydrożnym posłaniu. Młodzik chciał wierzyć, że to co go spotyka, to tylko próba, wyzwanie kładzione mu pod nogi w drodze na szczyt, po chwałę i zaszczyty. Chciał wierzyć. Jednak pełna sromoty ucieczka z rodzinnych stron była bolesną prawdą, która wierciła go, niczym czyrak na tyłku. Prawda zwykle bolała najbardziej. Sen przyszedł nagle, kiedy młodzian jeszcze zdawał się czuwać w półśnie. Dopiero widok koszmarnej, wyjętej wprost z najczarniejszych opowieści, bestii o rogatym łbie i gorejących ślepiach z którą potykał się bez cienia nadziei poraził go na wskroś. Bardziej jeszcze niźli szponiasta łapa, która przeszyła jego pierś na wskroś w akompaniamencie gromkiego rechotu diabelskiego pomiotu. Przerażony młodzik osunął się na ziemię, nie wierząc, że kona. Jednak gdzieś z tyłu przyszła… pomoc. Młody mężczyzna o twarzy uświęconej bezbrzeżną wiarą stanął na wprost biesa i siłą słów modlitwy przegnał go precz. A później ukląkł obok młodzieńca dłonią swoją kojąc jego cierpienie i zasklepiając rany. A otaczająca go poświata jaśniała w otaczającym mroku niczym płomień jakiej latarni. To był ciężki sen, lecz miał znamienne, szczęśliwe zakończenie.


Jakież było zdumienie Mathieu, kiedy następnego dnia rankiem ujrzał owego człeka ze swego snu. Snu, którego nie sposób było uznać inaczej, niż za przepowiednię. Lub znak…


***


Animositas:


Księstwa Graniczne. Wyprawa, która tak naprawdę oznaczała wygnanie. Pokora jednak była jedną z cnót. I tu i tam służyć można było Panu. Jednak młody akolita wiedział, że jego zsyłka na tak odległy kraniec świata, to sprawka zatargu z młodym i wpływowym Berencjuszem. Zatargu, to za mocne słowo. Zwyczajny spór o dogmat wiary, który urósł do wielkich rozmiarów po tym, jak młody kapłan, ledwie niedawno wyświęcony z akolity, nie mógł znieść upokorzenia go na forum publicznym i obnażenia jego ignorancji. Miał wpływy. Animositas, teraz już to wiedział, lecz była to wiedza, którą pogłębiał każdy kilometr Szlaku Mroźnych Kłów, którym wespół z grupką podróżnych zmierzał do Księstw. Posłuszeństwo, tę cnotę wpojono mu doskonale. Gdyby nie Mathieu, młody Bretończyk, który zapragnął towarzyszyć młodemu akolicie, Animositas nie miałby nawet do kogo otworzyć ust, bo wędrujący z nim społem podróżni byli głównie traperami i ludźmi szlaku. Prostymi i brutalnymi w czynach i słowie. Towarzystwo Mathieu dodawało akolicie nie tylko otuchy…


***


„Chłopaki” Grabarza [Levan, Wasilij, Tupik i Matt]:


W mordowni cuchnęło jak zwykle. To był dobry znak. Najgorzej było wówczas, gdy Ormet, oberżysta i właściciel tego całego bajzlu, sprzątał i okadzał lokal. To znaczyło zawsze problemy. A to ktoś ważny z Szefem tu biesiadował, a to znowu jakichś skurwysynów przywiewało i trzeba było być „grzecznym”. O ile w takim miejscu było to w ogóle możliwe. „Rzeźnia” nie bez kozery szczyciła się swoją nazwą. Przeto też była lokalem skrzętnie i szerokim łukiem omijanym przez nieliczne w mieście grupy zbrojnych w barwach Rousso. La Rosenberg, lub prościej Rosenberg, schodził na psy. Nic zresztą w tym szczególnie dziwnego nie było. Podupadły na ostatniej wojnie z sąsiednim księstwem kraik toczył zażarty bój z nieprzebranymi zastępami zbirów, przemytników i innego autoramentu mętów, którzy na tym miejscu chcieli zarobić. Bo i Rosenberg położony był przednio. Wzniesione u wylotu Przełęczy Mroźnych Kłów miasto zarabiało na handlu z Imperium. Kiedy jeszcze zarabiało. Teraz zamknięte w kleszczach żelaznego uścisku walczących o wpływy bandziorów, było areną nieustannych walk a władający formalnie miastem i okalającymi go ziemiami, szumnie zwanymi Księstwem Resnbergu, Książę Nicolas Rousso, słabowity i chorowity władca bez ambicji i umiejętności, zaszył się wespół z wciąż słabnącą załogą w popadającym w coraz większą ruinę zamku. I obserwował upadek tego, co zbudowali jego dziadowie.


Tego dnia w „Rzeźni” panował spokój. Wyniesiono co prawda dwóch frajerów, ale sami sobie byli winni. Nikt nie kazał im siadać przy stoliku Randa i jego ludzi. Rand, prawa ręka Szefa, chłopak od mokrej roboty, lubił takie zabawy. Ormet wiedział o tym i jak pojawiał się kto nowy, to zaraz sadzał go przy stoliku Randa. O ile taki ktoś widząc wlepione w siebie zakazane mordy biesiadników w ogóle chciał zostawać. To też nie należało do zdarzeń zbyt częstych. Zwykle w „Rzeźni” wszystko przebiegało ustalonym rytmem. Wieczorna zabawa do późna, później „robota” i zabawa do rana. Albo w innym układzie. Nie zawsze też była robota. Chłopaki Grabarza przekonali się o tym najdotkliwiej. Od trzech dni byli bez roboty i w kieszeniach zaczynały świecić dziury. Ormet dawał na borg, ale zwykle po kilku dniach chodził do Szefa. To nigdy przyjemnie się nie kończyło. Na ulicy mówili, że Grabarz ma u szefa dług, co jeszcze bardziej komplikowało wszystko. Na siedzących przy oknie „chłopców” Grabarza zerkały ciekawskie spojrzenia jednych, szydercze innych a jeszcze innych pełne namysłu. Oni zaś czekali w napięciu na pojawienie się Grabarza. On mógł im pomóc rozwikłać tę łamigłówkę spojrzeń. I wskazać „robotę”, która pozwoliła by odzyskać należne w półświatku miejsce.


***


Mathieu, Animositas:


Obcy nie wyglądał na takiego, jakim chciałby być widziany. Pełne ogłady słowa znamionujące doskonałe wykształcenie mogły by stworzyć obraz człowieka o arystokratycznym rodowodzie, gdyby nie szpetna gęba na której ospa pozostawiła znaczący ślad. Jeśli dodać do tego bliznę po oparzeniu i przekrwione spojrzenie przeszywające na wskroś spod brudnego filcowatego kapelusza z którym Obcy nie rozstawał się ani na chwilę, obraz arystokraty umierał w mękach pozostawiając po sobie na polu bitwy oprychowatego moczymordę. O nienagannych być może manierach.


Jednak nie kto inny a właśnie ów moczymorda, każący zwać się Miżochem, rozpoznał w nich ludzi godnych. On pierwszy również wytłumaczył im w bardzo dosadny sposób, jak złym pomysłem było wybranie się na szlak wiodący na południe, poza góry, na ziemie dzikich Księstw. Niezwykle pomocne w tym procesie było przegnanie precz trójki traperów, którzy akolitę i młodego giermka chcieli na szlaku okraść. On też zrozumiał, kiedy tłumaczyli że muszą. I obiecał pokazać cel. Opowiedział im o Czarnym Kupcu, człowieku który rzekomo swoich kontrahentów zjadał żywcem oddając cześć komuś lub czemuś. O Czarnym Kupcu, którego cech przegnał precz i który w pobliskim La Rosenbergu, zaczął odbudowywać swoje kupieckie imperium. O Karlu Bersavi, któremu złote marki pomagały na każdym kroku i który zawsze spadał na cztery łapy. Miżoch, wedle tego co mówił, wierzył jednak w sprawiedliwość. Mówił, że życie nierychliwe, ale sprawiedliwe. On, Miżoch, szedł wymierzyć Czarnemu Kupcowi sprawiedliwość. Oni mogli mu w tym pomóc. W końcu coś mu byli winni…


***


W „Rzeźni” rzadko kiedy pojawiał się ktoś obcy. W Rosenbergu było pięć niemałych karczm, siedem szynków i dwanaście oberż. Każda miała swoją stałą klientelę, choć niektóre przechodziły szybko z rąk do rąk ze względu na niską dochodowość interesu. „Rzeźnia” od zawsze była Ormeta, miał swoją stałą klientelę. I nie narzekał na brak grosza. Jednak jeśli już ktoś nowy przybywał do „Rzeźni” zwykle szybko lokal opuszczał. Zwykle na butach i kułakach. Jak miał szczęście. Czasem jednak nie miał. Wówczas zostawał na dłużej. W piwnicy, pod oberżą, był kanał gdzie wywlekano zimnych gości by spokojnie ogołoconych do gołej skóry pozostawić łapaczom zwłok i innym skurwielom. Lub tym, którzy z ramienia „księcia” zajmowali się w mieście pochówkiem. Nie był to dochodowy interes. Właśnie ze względu na tę swoją specyficzną cechę „Rzeźnię” odwiedzało wyłącznie grono stałych bywalców, ludzi Szefa. I to było to, na czym stałej klienteli „Rzeźni” zależało najbardziej. Nowi zwykle prosili się o kłopoty wkraczając w zadymione progi oberży Ormeta.


Mathieu i Animositas w życiu nie wybrali „Rzeźni” na miejsce wieczornej kolacji, ale Miżoch nalegał. Tu miał spotkać się z ludźmi, których prosić miał o pomoc w robocie. Wkroczyli więc do „Rzeźni” w trójkę. Otwierając dwuskrzydłowe wrota oberży o zmroku i wpuszczając w jej zadymione wnętrze odrobinę wilgotnego, jesiennego powietrza. Z całej ich trójki tylko Miżoch pasował do tego miejsca, choć był zupełnie obcy. Jednak do stołu chłopaków Grabarza podszedł, jakby był u siebie. Nic nie robił sobie z ciszy, jaka zapanowała wraz z nadejściem jego i towarzyszących mu Mathieu i Animositasa. Ani z wrogich, taksujących spojrzeń. Obyty był. Stanął przy stole ludzi Grabarza odsłaniając poły swego długiego, sięgającego ziemi płaszcza tak by widać było dwa krótkie miecze, bandolet z nożami i jakimiś różnokształtnymi ostrzami. I koszulkę kolczą, którą nosił na kaftanie. Uśmiechnął się samymi ustami i przysiadł się nie pytając o zdanie gospodarzy stołu.


- Jestem Miżoch. Ja od Grabarza. Kazał wam rzec, że się nie zjawi. Ale kazał też powiedzieć, że ta robota osłodzi wam niepowodzenia i pozwoli spłacić kogo trzeba. Mówił, że będziecie wiedzieli w czym rzecz. Mam gadać dalej czy też nie jesteście zainteresowani? – zapytał od niechcenia bawiąc się na stole złotą marką. Wprawiając ją w nieustanne, wirujące ruchy. Jakby wabił do swej sieci muchę. Dokładnie tak właśnie czuli się towarzyszący mu Mathieu i Animositas, którzy przysiedli się na skraju stołu. Oni właśnie po raz nie wiadomo który w czasie krótkiego marszu od wejściowych drzwi zastanawiali się czy aby dług wdzięczności wobec Miżocha był z ich strony aż tak wielki by pakować się w takie miejsce. Oraz czy aby na pewno Czarny Kupiec jest wart tak wielkich poświęceń…



==================================================

To początek sesji, więc możecie z powodzeniem się opisać i opisać to, co powinni wiedzieć o was kompani.
Sam życzę wam powodzenia.
 
Bielon jest offline  
Stary 27-12-2009, 23:28   #2
 
Eliasz's Avatar
 
Reputacja: 1777 Eliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłość
Niesforne jasne loki opadały na czoło, ekwipunek raczej nie wskazywał na to by halling miał być jakimkolwiek poszukiwaczem przygód. Rozmiar brzucha w przyrównaniu do innych członków jego rasy budził wręcz skojarzenia z anoreksją. Tupik nie był chudy, ale o dziwo gruby także nie był. Ubrany był jak kupiec, wygląd ma nienaganny, podążający za ostatnim krzykiem mody oraz wygodą. Fikuśne i kolorowe dodatki, falbanki, chusteczki, nawet kilka kolorowych wstążek przywiązanych na wzór mody w Kislevie. W Bretonii do ostatnich krzyków mody należał wełniany berecik który i na hallingu znalazł swoje miejsce. Przy boku miał przywieszoną podręczną torbę z ziołami, zaś przy pasku zawieszoną miał procę.

Niespecjalnie pasował do otoczenia, ani do "Rzeźni" ani też do kamratów, z którymi siedział i podobnie jak oni łupił na "nowych" nieprzyjemnym wzrokiem. Były to zaledwie pozory, pozory które jednak utrzymywał już dość długo zgodnie z zasadą "kruk krukowi oka nie wydziobie" i "jeśli wejdziesz między wrony...". Halfling wielokrotnie zastanawiał się skąd wzięły się te przyrównania do ptaków...przecież wilk wilkowi uszu także nie odgryzie...chyba...

W Rzeźni odnalazł jednak to czego szukał, schronienie przed ścigającymi go ludźmi, nikt przecież nie był na tyle głupi żeby się tu zapuszczać. A przynajmniej tak myślał jakiś czas dopóki nie zobaczył, że jednak nowi się trafiają...i nie kończą najlepiej. Tupik współczuł nieszczęśnikom, nic jednak nie mógł poradzić, uznał już że taki ich los, który spotkałby ich bez względu na jego obecność. Sam nie był zresztą w stanie przeciwstawić się całej bandzie, więc tańczył w rytm melodii dyktowanej przez szefa. Okazja do zarobienia poważniejszych pieniędzy i wyrwania się gdzieś dalej, pojawiła się szybciej niż Tupik przypuszczał. Oto kolejni naiwniacy przybyli do Rzeźni, myśląc zapewne, że w trójkę nic im się nie stanie...

Chwila refleksji przyszła dopiero po ukazaniu pełnego asortymentu uzbrojenia przez przybysza, a także brak okazanego strachu i sprawne przejście do sedna sprawy.

- Jestem Miżoch. Ja od Grabarza. Kazał wam rzec, że się nie zjawi. Ale kazał też powiedzieć, że ta robota osłodzi wam niepowodzenia i pozwoli spłacić kogo trzeba. Mówił, że będziecie wiedzieli w czym rzecz. Mam gadać dalej czy też nie jesteście zainteresowani?

- A ci co za jedni?
- zapytał bez ogródek, lekko zachrypłym głosem, który specjalnie modulował. Przechylił się nieco w stronę rozmówcy, po czym wyjął fajkę i począł ją nabijać halflińskim zielem.

Znał już swoją odpowiedź, nie zamierzał jej jednak przedwcześnie zdradzać, nie gdy w grę wchodziła możliwość utargowania lepszych zarobków. Nie mógł po prostu za wcześnie odkrywać kart. Łypał podejrzliwym wzrokiem na obu towarzyszy Miżocha, to na jednego to na drugiego, dając wyraźnie do zrozumienia, iż są dodatkowym kłopotem, niepotrzebną parą uszu, a jeśli potrzebną to niepotrzebnym balastem w zadaniu. Starał się przynajmniej zrobić takie wrażenie, podejrzewał, że ci dwaj nie są tu przypadkiem a w przeciwieństwie do Miżocha, nie wyglądali na jednego ze "swoich". W duchu halfling cieszył się z tej odmiany, na zewnątrz jednak nie zamierzał dać po sobie tego poznać, przynajmniej jeszcze nie teraz. W tej chwili liczył, że podbije stawkę, niezależnie od jej wysokości.

- Poza tym czemu Grabarz nie przyszedł osobiście? Tupik zastanawiał się przez moment czy rozmówca faktycznie przybył od Grabarza. Nie dość, że nie znał tego Miżocha - a mógł pracować dla konkurencji, to wysyłanie chłopców do zlecenia roboty zwyczajnie nie było w stylu Grabarza. Być może działo się coś o czym Tupik nie wiedział, niemal z pewnością coś się działo, miał tylko nadzieję dowiedzieć się co nim będzie za późno. Po chwili odpalił też fajkę, przenosząc na patyczku ogień ze świeczki, buchał dymem to na jednego to na drugiego towarzysza Miżocha. Nieco na pokaz dla towarzyszy, nieco dla prowokacji towarzystwa. Dym jednak był miły w zapachu, lekko słodki i przyjemny, niespecjalnie więc mógł przeszkodzić komukolwiek...
 

Ostatnio edytowane przez Eliasz : 27-12-2009 o 23:33.
Eliasz jest offline  
Stary 28-12-2009, 08:46   #3
 
Bielon's Avatar
 
Reputacja: 1239 Bielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumny
Miżoch, zbir uzbrojony nie gorzej od największych zakapiorów w „Rzeźni” sprawiał wrażenie zaskoczonego. Zaskoczonego widokiem Niziołka pośród bandy Grabarza, zaskoczony tym że ten tak śmiało się odzywał, zaskoczony w końcu tym, że to właśnie Niziołek był tym, który gada w imieniu reszty bandy. „Mózg” bandy Grabarza. Na myśl o tym na ponurym i brutalnym obliczu Miżocha pojawił się uśmiech. Nie polepszyło to bynajmniej wyglądu całokształtu. Nie spiesząc się sięgnął przez stół do dzbanów i złapawszy jeden z nich za ucho przyciągnął go w swoją stronę. Pił powoli, jakby był u siebie. W końcu odłożył i otarł wierzchem dłoni mokre usta i brodę. Jeśli jednak spuścił przy tym z oka kogokolwiek z siedzących przy stole, to na wyjątkowo krótką chwilę. Podobną atencją darzyło go trzy czwarte zgromadzonych w izbie oberży biesiadników. Nie specjalnie dbał o to.


- Rozumiem obawy. Rozumiem. Ci tu są ode mnie. Im ufam i oni idą z wami. To moje zabezpieczenie, że zrobicie to, za co wam płacę. – Miżoch zdawał się nie reagować na dwie czy trzy sylwetki szczególnych nerwusów, którzy wstali od swoich stołów i ruszyli w kierunku stołu przy którym biesiadowali „chłopcy” Grabarza. „Chłopcy” dostrzegli ich, ale wiedzieli też, że jeśli burda miała zostać wszczęta, musieli to zrobić oni, by zachować twarz. Tyle, że wówczas gotowizna z roboty przejdzie im koło nosa najpewniej. Choć i fanty z Miżocha i jego kompanów były niezgorsze. Tyle, że te dzielono by na wszystkich „zainteresowanych”. Tych zaś kędy okiem sięgnąć, było więcej. Miżoch zaś, nie zrażony rosnącym audytorium, kontynuował swoją opowieść. Tak jakby świadom był tego, że i „chłopcom” Grabarza zależeć winno na szybkim dobiciu targu.


- Grabarz nie przyszedł, bo już wykonuje zadanie, które mu zleciłem. Dobrze płatne zadanie. Z jego znajomościami tylko on się do niego nadawał. Mnie zaś zależy na czasie. Wam podobno też. Więc jak? Płacę trzy setki marek, jedna trzecia z góry. Wchodzicie? – Miżoch zawiesił pytanie obserwując z szelmowskim uśmiechem trójkę zbirów, która przysiadła się na blatach dwóch sąsiednich stolików. Jak sępy. Jednak uśmiech nie sięgał oczu. Nigdy nie sięgał oczu. – Jak się spiszecie, to dam drugie większe i lepiej płatne. I tak samo w trzeciej części z góry.


- Nie wiem ktoś ty, ale pierdol tych ciuli. Oni gówno mogą i chuja umieją. „Matka” jestem i lepiej jak u mamy ci ze mną i naszymi chłopakami będzie. – „Matka” siedział majtając nogami i przysłuchując się rozmowie Miżocha. Jednak miał już widać w głowie własny plan i pomysł. W nim zaś nie było miejsca dla „chłopaków” Grabarza. Co zresztą dobitnie wyraził swoimi słowy. Inna sprawa, że „Matka” był jednym z noży „Burego”, jednego z najgroźniejszych ludzi w całej „Rzeźni” z którego zdaniem liczył się sam Szef. A „Bury” siedział kilka stołów dalej obserwując przebieg negocjacji z umiarkowanym, acz niesłabnącym zainteresowaniem…
 
Bielon jest offline  
Stary 28-12-2009, 09:16   #4
 
Trojan's Avatar
 
Reputacja: 272 Trojan jest jak klejnot wśród skałTrojan jest jak klejnot wśród skałTrojan jest jak klejnot wśród skałTrojan jest jak klejnot wśród skałTrojan jest jak klejnot wśród skałTrojan jest jak klejnot wśród skałTrojan jest jak klejnot wśród skałTrojan jest jak klejnot wśród skałTrojan jest jak klejnot wśród skałTrojan jest jak klejnot wśród skałTrojan jest jak klejnot wśród skał
„Grzeczny” Matt Burgen


Siedział zastanawiając się nad Ewrą. Czy ta suka go okradła, czy faktycznie przepił pół marki w jedną noc. Zważywszy na to, że już tak bywało, nie mógł tego wykluczyć. Pewnym jednak również być nie mógł. Próbował odtworzyć w pamięci przebieg wieczoru wczorajszego „po robocie”, ale nie szło mu ni w ząb. Wobec tak jawnego oporu pamięci pozostało mu zająć się teraźniejszością. A teraźniejszość siedziała, piła jego piwo i pierdoliła od rzeczy tak, że zleciały się już wrony. „Grzeczny”, potężny chłop, który w kłębie równać się mógł z najtęższymi krasnoludami, pozbawiony zupełnie szyi z powodu nadmiernie rozrośniętych mięśni grzbietu i karku, łysy, o uszach poznaczonych bliznami w licznych burdach z których większość wywołał sam, nie miał zamiaru oddawać łupu w ręce innych. Znali go w „Rzeźni”, znali w całym mieście. Znał on sam co najmniej kilka miast, gdzie znano go również a miejskie władze chętnie poznały. Miał utartą reputację zakapiora, człowieka od mokrej roboty i to takiego, który uwielbia się bić. Dbał o nią przez lata.


Nie wstając więc zza stołu przeciągnął się tak, że zatrzeszczały stawy a ogromne, nadęte wiecznymi ćwiczeniami mięśnie wypełniły kaftan, który nosił. Już go nosiło, ale się wciąż trzymał na wodzy. Co bynajmniej nie znaczyło, że nie wpierdoli komuś tego wieczora.


- Odpierdol się Matka i trzymaj gaci swego szefa, bo się kurwa potkniesz. Dobrze, jeśli o stół w locie, ale może być że i o własne jelita. - „Grzeczny” nie przebierał w słowach, ale nie musiał. W światku miał ustaloną opinię i nie musiał specjalnie się troszczyć takimi gnojami jak „Matka”. A okazywanie strachu było czymś, co nie leżało w jego naturze.


- Mówisz o robocie. A może jakieś konkrety? Bo w zasadzie jesteśmy już partnerami. Tak myślę, nie chłopaki?


„Grzeczny” wolał by i rozróbę, ale gotówka była nie mniej ważna. Podobnie ważnym było nie dopuścić do tego, by inna banda „zaopiekowała” się Miżochem. To oznaczałoby bowiem nie tylko utratę zysku, ale i reputacji. A niżej już ludzie Grabarza upaść nie mogli. Jeśli chcieli przeżyć.
 
Trojan jest offline  
Stary 28-12-2009, 12:33   #5
 
Eliasz's Avatar
 
Reputacja: 1777 Eliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłość
- Grabarz nie przyszedł, bo już wykonuje zadanie, które mu zleciłem. Dobrze płatne zadanie. Z jego znajomościami tylko on się do niego nadawał. Mnie zaś zależy na czasie. Wam podobno też. Więc jak? Płacę trzy setki marek, jedna trzecia z góry. Wchodzicie? – Miżoch zawiesił pytanie obserwując z szelmowskim uśmiechem trójkę zbirów, która przysiadła się na blatach dwóch sąsiednich stolików. Jak sępy. Jednak uśmiech nie sięgał oczu. Nigdy nie sięgał oczu. – Jak się spiszecie, to dam drugie większe i lepiej płatne. I tak samo w trzeciej części z góry.

Coraz więcej faktów zdawało się mówić na niekorzyść Miżocha. "Od kiedy to posłaniec sam wynajmuje usługi szefa?" Halflingowi właściwie wszystko nie pasowało w tej opowieści. "Od kiedy to Grabaż przyjmowałby zadanie od jakiegoś tam Miżocha - człowieka bez własnego gangu, co najwyżej z dwójką nieznajomych, ale nie wyglądają mi na bandziorów." Poza tym, jeśli faktycznie wynająłby Grabaża, to Tupik po prostu nie mógł zrozumieć, dlaczego Grabaż nie miałby im powiedzieć tego osobiście "Hej chłopaki, wracam za kilka dni, wykonuję zadanie, ktoś do was przyjdzie i zleci wam moje...nie martwcie się jeśli nie odezwę się kilka dni..." Nie to było za głupie by można było w to uwierzyć, nie bez dowodów a jak widać rozmówca nie przyniósł ze sobą żadnych. "Poza tym to my kurwa jesteśmy znajomościami jakie ma Grabarz...a przynajmniej zawsze nas potrzebował, czemu miałby teraz nie wesprzeć się kilkoma parami rąk?". Robota nie dla Grabarza, otwierała jednak szansę realnego wydostania się z bandy, tym bardziej że Grabarz zapewne będzie szukał wszystkich chłopców którzy go "zdradzili" pracując dla obcego elementu. Czyli, że jak halfling się odłączy to nikt z chłopaków go nie będzie ścigał...no bo sam będzie ścigany już przez Grabarza. Oczywiście przy założeniu, że to faktycznie nie-grabarz zleca zadanie, no bo jeśli on...to będzie jeszcze trzeba wymyślić sposób ucieczki ze swoją częścią mamony....Halfling po raz pierwszy od tygodni poczuł się niemal szczęśliwy.

Nie zamierzał szybko odpowiadać, ale głos "Matki" zmienił rozgrywkę toczoną między Tupikiem a Miżochem. Halfling nagle poczuł, że ich również goni czas i trzeba się możliwie szybko zdecydować, nie zamierzał jednak po prostu składać broni. Zarobienie niemal 100 marek - bo tyle by mniej więcej przypadło w udziale Tupikowi, warte było narażania życia nawet już teraz w Rzeźni. Halfling po prostu za takie pieniądze gotów był na konfrontację.

Byłby już coś odpowiedział "konkurencji" jednak ubiegł go "Grzeczny". Z zadowoleniem ocenił jego dobór słów przy odpowiedzi, sam nie wahałby się dodać jeszcze kilka "ingredencji" aby wręcz sprowokować "Matkę" jednak miast tego , dzięki Grzecznemu mógł się skoncentrować na Miżochu.

- Nie będziemy długo negocjować. Trzysta marek byłoby uczciwą stawką gdyby... halfling celowo zawiesił na moment głos chcąc pogłębić emocje rozmówcy: - gdyby nas było trzech a nie czterech, gdyby był tu z nami Grabarz - tak jak nam przekazał, że będzie, no i wreszcie gdybyśmy mieli robotę wykonywać sami a nie w towarzystwie ...obrzucił spojrzeniem towarzyszy Miżocha frapując się nad nazwą jaką ma im nadać... - w towarzystwie, no właśnie nie wiadomo kogo. Chcemy czterysta, z czego połowę teraz. W zamian masz pewność dobrze wykonanej roboty...

Wolał nie wyrażać jeszcze groźby...a miał czym grozić, wolał aby rozmówca sam doszedł do wniosku iż lepiej dać im te 400 marek niż szukać kogokolwiek innego. Halfling był przekonany, że jeśli nie zostaną zatrudnieni, to rozmówca wraz z towarzyszącą mu dwójką zostanie rozszarpany, nie wiedział jeszcze tylko przez kogo. Był natomiast pewny co zrobić, gdyby Miżoch wolał wynająć konkurencję. W takim przypadku należało niezwłocznie wyeliminować Miżocha, tak aby "Matka" nie miała już o co walczyć. Niedwuznaczne spojrzenie jakim obdarzał Miżocha zdawało się to właśnie sugerować.
 

Ostatnio edytowane przez Eliasz : 28-12-2009 o 12:48.
Eliasz jest offline  
Stary 28-12-2009, 14:10   #6
 
Azazello's Avatar
 
Reputacja: 34 Azazello jest na bardzo dobrej drodzeAzazello jest na bardzo dobrej drodzeAzazello jest na bardzo dobrej drodzeAzazello jest na bardzo dobrej drodzeAzazello jest na bardzo dobrej drodzeAzazello jest na bardzo dobrej drodzeAzazello jest na bardzo dobrej drodzeAzazello jest na bardzo dobrej drodzeAzazello jest na bardzo dobrej drodzeAzazello jest na bardzo dobrej drodzeAzazello jest na bardzo dobrej drodze
Początkowa pewność siebie Miżocha, który podszedł z dwoma obcymi do ich stołu, prawie ucieszyła Levana. Wiedział, że jeśli z ust Miżocha nie zniknie debilny uśmieszek, to pewnie za chwilę nie będzie już się miał czym uśmiechać. Zastanawiał się tylko, kto pierwszy zamieni ten uśmiech w krwawy grymas. Raczej nie on, choć mógł to zrobić bardzo szybko i bardzo łatwo. Nie był już tak narwany jak niegdyś, gdy był młodszy. Na jego specyficznie ogolonych, na kieslevską modłę, włosach pojawiły się już pierwsze paski siwizny, podobnie jak na długim wąsie. Lata rozbijania się po karczmach miał już za sobą. Przyzwyczaił się zresztą również do tego, że wystarczyło do takiego klienta uśmiechnąć się, a wszelkie głupie pomysły od razu mu przechodziły. Uśmiech Levana przypominał po trosze uśmiech piekielnego demona, głównie a sprawą blizn, oparzenia prawie całej szyi i części twarzy, którego nie był w stanie zakryć kilkudniowy zarost i poszarpanego ucha. Levan nie był skłonny do opowiadania historii tych blizn, tak więc i ego obecni towarzysze nie mieli pojęcia skąd pochodzą.


Levan w ogóle należał do milczków, tak więc gdy Miżoch podlazł do stolika, spojrzał krótko na niego, dwóch gości za nim i wrócił do obserwacji ubywającego trunku, a także innych gości knajpy. Wiedział, że to Grotołaz będzie mówił w ich imieniu. Lubił zaskoczenie, które pojawiało się u rozmówców, gdy z całej tej parszywej grupy odzywał się właśnie wypacykowany Nizioł. Kryuk gardził takim strojem, uważał go za całkowicie niepraktyczny, a to właśnie użyteczność była dla niego najistotniejsza. Wiedział jednak na co stać Tupika, był on idealnym przykładem dla powiedzenia „pozory mylą”.


Ja też pasuję do tego powiedzenia – pomyślał Levan jak ulał. Po wysokim, tyczkowatym Kryuku nikt nie spodziewał się szybkości, ani zręczności, którymi dysponował. Niejednokrotnie zdziwieni bandyci nie zdążyli dokończyć zdania zaczynającego się od „Oddawaj…” a już byli rozbrojeni przez śmigające z niezwykłą prędkością ostrze jego broni, estalijskiego rapiera. Od tej strony znali go też ludzie Grabarza, którym nie przeszkadzało to, że niewiele mówił i upijał się zawsze na smutno. Wiedzieli, że w razie draki mogą na niego liczyć. Levan do stracenia miał tylko życie, a to nie było dla niego wyjątkowo cenne. Pewnie dlatego przesiadywał w tej knajpie w takim towarzystwie. Z drugiej strony przynajmniej się nie nudził i od czasu do czasu mógł coś zarobić.


Gdy do rozmowy wtrącił się Matka, jak on nienawidził tego pyskatego gamonia, Levan obejrzał się na Burego. Na szczęście nie ma ich wielu – przemknęło mu przez myśl, ale na wszelki wypadek sięgnął dłonią po swój kindżał, którego zakrzywiony kształt czuł za pasem. Nie spuszczał bezlitosnego wzroku Matki, aż ten sobie odpuścił. Nie wiedział, czy to przez jego spojrzenie, czy przez jakże trafne słowa Grzecznego. Zastanawiał się czasem jak to jest, że Grzeczny tak dobrze wie, co Levan chciałby powiedzieć. Podobała mu się jego bezkompromisowość. Matka raczej się już nie wtrąci.


Levan przejechał dłonią po całej szyi eksponując paskudne blizny, których swędzenie czasem doprowadzało go do białej gorączki. Tupik potrafił się targować, czuł jednak, ze może nie pójść tak łatwo. Szczególnie w tym miejscu… Ciekawe dlaczego Grabarza tu nie ma - jego nieobecność była zastanawiająca.
 
Azazello jest offline  
Stary 28-12-2009, 15:02   #7
 
Bielon's Avatar
 
Reputacja: 1239 Bielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumny
Miżoch z niegasnącym uśmiechem obserwował wymianę zdań i spojrzeń. Jakby miał świadomość wszelkich zależności, jakie w chwili obecnej uzewnętrzniały się w oberży. Siedzący u jego boku „jego ludzie” zdawali się zupełnie nie na miejscu, jakby przestraszeni atmosferą miejsca i jego tubylców. Jednak Miżoch już nie. Ujął w dłoń jeden z noży leżących na stole i zaczął bawić się nim niczym żongler a jego długie, poznaczone bliznami paluchy wirowały ze zręcznością o jaką nie sposób było go podejrzewać.


- Zaliczka tak. Mamy więc to wspólnie ustalone. Jednak chcecie za dużo. Nie ma tu Grabarza, ale jak wróci jaja wam wyrwie. Ja się za niego tłumaczyć nie będę, bo to nie moja rzecz. Każdy tu jednak weźmie tę robotę. Choćby po to, by ze mnie później więcej wydusić. – Miżoch uśmiechnął się paskudnie widząc wycofującego się do stolika swojaków „Matkę”. Znał się na takich miejscach, to pewne. Potwierdził to jeszcze mocniej spoglądając na pozostałą dwójkę „słuchaczy” i mówiąc z cicha, tak by tylko oni i stolik ludzi Grabarza go słyszał. – Wypierdalać bo robotę omawiamy…


Zaryzykował. Jego słowa mogły wywołać falę agresji, która przetoczyła by się przez oberżę pozostawiając po sobie zniszczenia i zimne ciała. Jednak widać albo miał szczęście, albo też wyjątkowo wyczuwał atmosferę miejsca. „Mały” i Karl wstali bez słowa i ruszyli do swoich. Oni też znali zasadę, że o robocie się nie gada przy obcych i się takich spraw nie słucha na bezczelnego. „Matka” musiał zdać relację Buremu, bo wskazał mu drzwi wyrzucając z oberży. Może była to kara za to, że na jego działaniu ucierpiał autorytet jego szefa. Trudno było rzec. W końcu jednak była okazja i możliwość omówienia roboty. I Miżoch z niej skorzystał.


- Rozumiem wasze obawy, ale nie pochwalam pazerności. Zapłacę jednak owe czterysta marek. Ale zaliczki nie zwiększę. Sto teraz, trzysta po robocie. Czyli koło świtu, bo sprawa pilna. Jeśli wchodzicie, to chodźcie ze mną, wytłumaczę wam wszystko po drodze. Jak nie, to nie… - Miżoch wstał dając „swoim” znak by powstali. Mathieu i Animositas wstali, świadomi napięcia, jakie temu ruchowi towarzyszyło. Obserwowali ich wszyscy biesiadnicy „Rzeźni”. I wszyscy byli gotowi wypruć ich flaki byle dostać się do złota, które miał Miżoch. Tego, o którym mówi. Chłopcy Grabarza również poczuli to napięcie. Jednak oni mieli jeden więcej czynnik napinający. Był nim Szef. Szef wszystkich Szefów. „Harap”. On i jego obietnica wyprucia flaków Grabarzowi i jego skurwielom, jeśli do piątku nie zobaczy swoich trzech stów. Trzy stówy to sporo grosza. Na razie mieli w skrytce dwieście. Wciąż brakowało setki. Jeśli Miżoch rzeczywiście chciał dać stówę zaliczki można było dziś do zmroku spłacić „Harapa” i mieć go z głowy. To zaś pozwalało by w końcu spokojnie odetchnąć…
 
Bielon jest offline  
Stary 28-12-2009, 17:18   #8
 
Eliasz's Avatar
 
Reputacja: 1777 Eliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłość
- Rozumiem wasze obawy, ale nie pochwalam pazerności. Zapłacę jednak owe czterysta marek. Ale zaliczki nie zwiększę. Sto teraz, trzysta po robocie. Czyli koło świtu, bo sprawa pilna. Jeśli wchodzicie, to chodźcie ze mną, wytłumaczę wam wszystko po drodze. Jak nie, to nie… - Miżoch wstał dając „swoim” znak by powstali.

"Jak nie zasiejesz rzodkiewki na wiosnę, to jesienią z pewnością jej nie zbierzesz , jak mawiała moja babka" Halfling osiągną swój cel, wytargował jednym zdaniem okrąglutkie, pachnące sto mareczek. Właściwie fortuna biorąc pod uwagę szybkość w jakiej ją zdobył. "Gdyby za każde moje zdanie tyle by mi płacili..." rozmarzył się na moment i natychmiast przestał gdy tylko uświadomił sobie iż uśmiech zadowolenia wykwitł mu na twarzy, który szybko zmienił się w grymas obojętności. Już bez dłuższego zwlekania wstał ( co niespecjalnie zmieniło poziom wysokości na jakiej miał głowę ) rzucił krótkie spojrzenie w kierunku towarzyszy, upewniając się w tym co było pewne i powoli ruszył, mówiąc:

- Więc idziemy, nie ma na co czekać. - powiedział krótko i rzeczowo, nie było sensu przewlekać sprawy, nie jeśli od zaraz można było mieć stówkę a za nią mieć z głowy "Harapa". "Wstrętny skurwysyn" - tak w myślach nazywał Harapa, wiedząc do czego jest zdolny, nigdy jednak nie powiedział by o tym nikomu, przynajmniej nie wcześniej niż przyszłaby mu chęć by skończyć z własnym życiem.
 
Eliasz jest offline  
Stary 28-12-2009, 23:12   #9
 
Bielon's Avatar
 
Reputacja: 1239 Bielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumny
Z oberży wychodzili spiesznie. „Chłopcy” Grabarza spieszyli się, bo wiedzieli, że napięty łuk pęknąć może w każdej chwili. Zwłaszcza w takim miejscu jak „Rzeźnia”. Należało wykorzystać skonfundowanie kamratów i nim połapią się we wszystkim dać nogę. Jutro mieli już mieć złoto a to diametralnie zmieniało by ich sytuację w światku. Harap, po otrzymaniu tego co mu się należało, musiałby przywrócić Grabarza i jego ludzi do pierwotnej hierarchii a to oznaczało by miejsce gdzieś pośrodku licznych szajek i band. I powrót na własny rewir. Oznaczało by to również opiekę Szefa i jego bezstronność w sporach z innymi zbirami. Bezstronność, na którą teraz liczyć nie mieli co.


Na dworze ściemniło się kiedy wyszli z podcieni szynku Ormeta i ruszyli drogą wyznaczoną przez Miżocha. Który zresztą szybko przyjął pozycję nieco z boku, jakby obawiał się nieco ataku z zaskoczenia ze strony swoich niedoszłych wszak jeszcze zleceniobiorców. W sumie nie było to znów tak dziwne zważywszy na powszechną obiegowo opinię o Grabarzu i jego ludziach. Szedł jednak pewnie a środki ostrożności jakie zastosował świadczyć mogły nie tylko o wiedzy, ale i o umiejętnościach. Z każdą chwilą „chłopaki” Grabarza zyskiwali przekonanie, że Miżoch byle kim nie jest.


***


Mathieu i Animositas szli również nieco z boku. Obaj zastanawiali się po jakie licho Miżoch chciał, by to oni w jego imieniu szli z tą bandą. Nie pasowali do nich. Na żaden z możliwych sposobów. Jednak poznawszy nieco Miżocha zrozumieli, że to człowiek interesu. Który o swoje dba. Byli mu coś winni a on zażądał spłaty długu. Jednej roboty. W sumie, zważywszy że chodziło o jakiegoś plugawego kultystę, nawet zlecona im praca nie była aż tak zła. Mieli przecie tylko dopilnować i sprawdzić, czy wybrani przez Miżocha ludzie zrobią swoje. To nie mogło być aż tak trudne, nawet jeśli obecni „współpracownicy” byli najgorszą bandą w mieście. Jednak Miżoch obiecał coś jeszcze. Jakby odgadując ich pragnienia i potrzebę służenia czemuś więcej obiecał przedstawić im kogoś „ustawionego” z Imperium. Kogoś, kto na tych plugawych ziemiach niesie ład i porządek i służy wielkiej sprawie. Do poznania go wiodła droga przez współpracę z bandą. „Cel uświęca środki”. A cel, jakkolwiek by nań nie spojrzeć, był szczytny…


***


- Od razu przejdę do sedna. Bo mojego i waszego czasu szkoda. Najpierw robota. – Miżoch szedł bokiem grupy idących zbirów, mając ich cały czas z prawej strony. Każdy z nich, kto chciałby dobyć przeciw niemu oręża, musiał by atakować mając odsłonięty na cios cały bok. Dla dobrego szermierza czas potrzebny na zmianę pozycji byłby wystarczającym dla zabicia napastnika a Miżoch, pomimo swego grubiańskiego wyglądu, obwieszony był taką ilością żelastwa, że można było podejrzewać iż potrafi się nim posługiwać. – Pokażę wam dom. To faktoria a celem jest jej właściciel. To mokra robota i interesuje mnie zapłata za jego zdradziecki łeb. Tak, wiem… - przerwał w pół słowa cisnące się im na usta pytania. - … byłbym sam w stanie to uczynić, ale skurwiel ma ochronę a ja nie mam powodu ryzykować, skoro stać mnie na takich jak wy.


- Czy mówimy o Złotym Karlu? Właścicielu Cukiereczka? – pytającym musiał być Tupik, bo i on o mieście wiedział najwięcej. Szybko podliczył sobie znane w mieście faktorie i ocenił ku której teraz zmierzali. To musiał być Karl, bo tylko jego faktoria leżała w tej części miasta. Niemal przy samym rynku, co już znaczyło sporo. Złoty Karl nie bez kozery zyskał swój przydomek. W końcu handlował wszystkim, ze wszystkimi i pchał swoje sprytne paluchy i wścibski nos w każdy interes. Mówiło się o nim, że diabła ma za doradcę i mogło to być prawdą. Był właścicielem wspomnianego zamtuza o wdzięcznej nazwie „Cukiereczek”, faktorii, gdzie handlował wszystkim i miał drakońskie marże, dwóch z czterech działających w mieście kuźni i kilkunastu straganów na targu. Interes czuł przez skórę i nie zadowalał się byle czym. Był jednym z bardziej przebiegłych kupców. I z tych lepiej ustawionych. Robota pachniała podle.


- Ty mówisz Złotym Karlu a ja powiem, że o Karlu Bersavim, Czarnym Kupcu. Ale to pewnie ten sam. Byśmy mieli pełną jasność tego o kim mówimy to ten skurwiel wygnany został z Imperium za oddawanie czci mrocznym bogom i … zjadanie swoich przeciwników w interesach. Można więc śmiało powiedzieć, że jak mu ktoś zalazł za skórę to Karl go pochłaniał. Dosłownie. Chcę jego głowy, bo jest za nią spora nagroda. Ale to sprawa prywatna. Wy zrobicie swoje i zarobicie. Ja zaś zarobię na was i każdy będzie zadowolony.


- Jesteś pierdolnięty. Złoty Karl jest za mocny. On może z samym Szefem ma układ? Co nam z roboty, która nas nie nacieszy? – Tupik grał swoje, bo widział że da się ugrać. To była zabawa w którą bawił się nie od dziś. Pozostali zastanawiali się nad jego słowy…


- To zaliczka…- Miżoch nie tracił czasu a cisnął „Grzecznemu” który stał najbliżej pękatą sakiewkę, którą wydobył zza pazuchy. - … a reszta po robocie. Będę od północy do świtu czekał w starym młynie. Tam wam zapłacę i ze swoimi towarzyszami, którzy tam od was odłączą zdawszy mi relację z roboty, ruszam w drogę. A płacę tylko za głowę Złotego Karla.


- Chcemy więcej. To trudna robota. – Tupik nie dawał za wygraną. Zwłaszcza, że sto marek już mieli.


- Nie dostaniecie już więcej, bo jak wam więcej zapłacę przestanie mi się opłacać was wynajmować. Jak będziecie obstawać przy swoim wrócę do „Rzeźni” i powiem, że chciałem wam zapłacić, aleście nie chcieli wziąć roboty. I poszukam se kogo innego. Ciekawe co wasz szef na to powie…


- Straszysz?


- Obiecuję. Jesteśmy tu w gronie osób, które chcą zrobić interes i na nim zarobić swoje. Wy marki, ja mokrą robotę i święty spokój. Bierzecie ją, dobrze. Nie, to pies was srał. Ale nie zawracajcie mi dupy, bo nie mam czasu. Więc?


- Bierzemy.


- Dobrze więc. Oto Mathieu i Animositas. Moi kumotrzy. Będą wam towarzyszyć i pilnować byście wywiązali się z zadania. A ja od północy do świtu czekał będę w starym młynie. Nie spóźnijcie się.



Miżoch zmierzył ich jeszcze raz poważnym spojrzeniem po czym nie czekając ni chwili ruszył w ciemność. Pozostawiając swoich dwóch „ludzi” w ciemnym zaułku z „chłopakami” Grabarza. Ci ostatni jednak sprawiali wrażenie, jakby ci pierwsi ich zupełnie nie interesowali, bo utkwiwszy wzrok w oddalającej się sylwetce Miżocha milczeli. Zastanawiając się, czy mogą głośno porozmawiać przy tych dwóch o skrytej w cieniu sylwetce, która po odejściu Miżocha oderwała się od ściany pobliskiej kamienicy i chyłkiem ruszyła śladem ich zleceniodawcy. Poza tym jednak zastanawiali się również nad czymś innym. Jak wiele z ich rozmowy ów skryty w cieniu cień usłyszał?


***


Mathieu:

Nie był w stanie powiedzieć co to było. Jednak wychodząc z „Rzeźni” dostrzegł jak Miżoch robi jakiś dziwny gest. Gest, który znalazł odbiorcę w osobie jednego z ludzi Burego…


***


Tupik, Levan:

Miżoch mógł sobie mielić ozorem dowoli. Jednak obaj widzieli, jak dał znak „Małemu”. Znak dyskretny, ale w ich fachu powszechny. Mówiący „spierdalaj”. Czy jednak był to umówiony sygnał, czy też dowód na to, że jest „swój”, trudno było rzec…
 
Bielon jest offline  
Stary 28-12-2009, 23:52   #10
 
Eliasz's Avatar
 
Reputacja: 1777 Eliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłość
Pośpieszne wyjście ucieszyło Tupika, gdyż zdjęło z jego barku wiele par oczu. Domyślał się, że zlecenie w tym nędznym padole pogranicza jest zawsze warte walki, szczególnie dobre zlecenie...

- Dobrze więc. Oto Mathieu i Animositas. Moi kumotrzy. Będą wam towarzyszyć i pilnować byście wywiązali się z zadania. A ja od północy do świtu czekał będę w starym młynie. Nie spóźnijcie się.

Tupik myślał przez moment nad sprawą Złotego Karla, dopóki nie zobaczył ciemnej sylwetki ruszającej śladem Miżocha. Poprzez sekretne znaki złodziejskie skierował Levana w ślad za mocodawcą, a dokładniej w ślad za cieniem zleceniodawcy. Levan w ocenie Tupika był najlepszy do tego zadania, nie tylko potrafił się skradać, ale po prostu był cichy we wszystkim co robił. Zresztą halfling i tak rzucałby się za bardzo w tym stroju a nie miał czasu na przebranie. Nie chodziło też wyłącznie o brak zaufania wobec zleceniodawcy i sprawdzenie jego słów, ale też o zwykłą troskę o jego bezpieczeństwo, gdyby coś mu się stało a ekipa Grabaża zabiłaby Złotego Karla to nie byłoby możliwości uzyskania reszty wypłaty a w dodatku wszyscy byliby umoczeni za darmo w gównie. Dalej posługując się znakami złodziei wskazał Levanowi, iż reszta w tym czasie spłaci dług Harpona, i że w miejscu spłaty się spotkamy.

Nie tracąc dalej czasu ruszył aby oddać szefowi co mu należne. Nie zamierzał dodatkowo narażać się innym bandom, którzy mogliby dla takiej kasy celowo wykończyć ekipę Grabarza, tylko po to by samemu przejąć robotę. Pojedynczy gang nie miał by wielkiej szansy na dokonanie tego, ale kilka gangów, sprowokowanych brakiem ochrony od Szefa i ciekawym zleceniem, mogłoby pokusić się już o atak. Halfling uważał się za biegłego w ratowaniu i chronieniu własnego dupska, na szczęście dla bandy Grabarza, byli oni w jego zespole, więc ich dupska były jego i również podlegały ochronie.

Tupikowi nie umknął pewien niuans wypowiedzi Miżocha, wcześniej straszył on poskarżeniem się Grabażowi, tak jakby zlecenie pochodziło bezpośrednio od Grabarza, teraz otwarcie już mówił, że to jego - Miżocha stać na wynajęcie grupy, co niewątpliwie wskazywało na prywatny charakter sprawy. Tupik był coraz bardziej pewny, iż zadanie które zleca im Miżoch jest jego własną inicjatywą. Wzrok swój skierował na dwójkę pozostawionych im ludzi, mogli udzielić mu kilku ciekawych odpowiedzi, może wiedzieli coś więcej o źródle zlecenia...Halfling rozpoczął rozmowę nie przerywając marszu.

- No dobrze panowie, może na początek przedstawię się wam , skoro mamy przebywać w swoim towarzystwie, jestem Tupik.

Halfling uśmiechnął się po raz pierwszy przyjaźnie i otwarcie i skłonił chwile później w geście przywitania. Całkowicie zacierając - lub też próbując zatrzeć poprzednie "pierwsze wrażenie" , po prawdzie ukazywał swą właściwą naturę i jak to zwykle leżało w jego zwyczaju, nie bez powodu.

- Chciałbym wiedzieć czym się na co dzień zajmujecie, bo to czym my się zajmujemy jest dla was chyba w pełni jasne... - uśmiechnął się po raz kolejny , oczekując odpowiedzi, jednocześnie nie tracił czujności, ufał swojej wrodzonej intuicji i zdolności wykrywania zagrożenia, jednak nie przeszkadzało mu to czasami obejrzeć się za ramię i przeczesać wzrokiem okolicę. Jako halfling widział dobrze w ciemności i wiedział, że prędzej on dostrzeże człowieka niż człowiek jego...no chyba, że nie będzie uważny.
 

Ostatnio edytowane przez Eliasz : 29-12-2009 o 01:42.
Eliasz jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 23:46.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169