Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 21-03-2010, 13:38   #1
 
Sekal's Avatar
 
[Warhammer] Droga

Położona na południowy zachód od Pfeildorfu farma Barglinów, nie miała w okolicy wielkiej konkurencji. W zasięgu wzroku były tu góry, piętrzące się wysoko, zasłaniając cały horyzont przynajmniej z jednej, a jeśli stanąć dobrze to i z dwóch stron, gdy patrzyło się od samej farmy. Najbliższa wieś, Wurmgrube, była dzień drogi konno stąd, a gdy chciało się dostać do stolicy Sudenlandu z wozem, by uczestniczyć w którym z licznych jarmarków, to należało jechać nawet i tydzień po rozmokłych, miękkich traktach, nieszczególnie na dodatek patrolowanych przez imperialną straż dróg. I nawet spora wielkość samej farmy wiele nie zmieniała - ochraniane palisadą znalazły się w niej dwie stajnie, obora, wozownia, budynek dla parobków i piętrowy, podmurowany budynek główny, w którym mieszkała rodzina Barglinów. Stare już małżeństwo miało dwóch rosłych, chociaż nie za mądrych synów, którzy już jakiś czas temu wkroczyli w dorosłość, oraz dwie córy, niewiele tylko młodsze. Jedna, starsza, męża już miała na schwał, druga zaś, jasnowłosa delikatna istota, która zupełnie nie pasowała do grubokościstych chłopów - wydana miała być za mąż zupełnie niedługo. co szczerze mówiąc, spędzało sen z jej powiek odkąd się dowiedziała, nie bezpośrednio rzecz jasna, o tym nieprzyjemnym fakcie.
Na farmie głównie wypasano owce, tym zajmowało się pięciu parobków, rodzina Barglinów i ich najmłodsza córa, która tak na prawdę córką przecież nie była. Mieli jeszcze jakieś krowy, kozy, kury czy świniaki, pałętające się we wszystkie strony i dające produkty, które łatwo można było sprzedać na miejskim targu. Podlegali pobliskiemu baronowi, który wyzyskiwał sporo, ale nie tyle, by farma nie mogła żyć w pewnym dostatku.


Tego dnia, wraz z początkiem jesieni, zapoczątkowane zostały zmiany. Zmiany poważne, istotne, ale nie dla świata, a ledwie dla dwóch młodych dziewczyn. Pierwsza z nich szykowana była do ślubu. Miała dnia następnego wyruszyć do wsi Wurmgrube, gdzie narzeczony ponoć, dogadany już ze starym Helmutem Barglinem, czekać miał na nią, by się osobiście oświadczyć. Rzecz jasna, prości chłopi zupełnie nie pojmowali słowa "nie", w końcu utrzymywali ja i niańczyli, chociaż nie musieli. Teraz dawali mały posag i wysyłano w prezencie innemu chłopkowi ze skrawkiem ziemi, by tam zgniła rodząc bachory i orając pole. Nie tak Soll wyobrażała sobie życie.

Ale nie była odosobniona tego dnia na farmie. Zawitały tam bowiem dwie kobiety, jedna - starsza już, wysuszona już nieco i siwawa, ale o stalowym spojrzeniu - kapłanka Shalyi w typowych, białych, mocno teraz pokrytych kurzem szatach. I młoda akolitka o mocno kasztanowych włosach i tak zielonych oczach, że jakiś nadgorliwy łowca czarownic mógł skazać ją na stos bez zastanowienia. Nie miała jeszcze kapłańskich szat, dopiero udając się w stronę świątyni, w której miała pobierać nauki i zasłużyć na kapłaństwo. Starała się nie pokazywać nic po sobie, ale udręczone dusze odnajdą się zawsze. Spojrzenia obu dziewczyn spotkały się tego wieczora, ale na rozmowę miały mieć jeszcze czas. Obu wypadała następnego dnia droga w tym samym kierunku.

***

Drugi dzień jesieni wstał pochmurny i wietrzny. Niebo zasłaniała gruba warstwa chmur, szczęściem nie padało jeszcze, ale to kwestia czasu tylko była. O świcie więc ich obudzono, ładując wóz dobrami różnymi, które to sprzedać przy okazji na Wurmgrubckim targu zamierzano. Sam Helmut jechał, konie zaprzęgając, a także Janko, szesnastoletni parobek o wielkich barach i krótkich, płowych włosach. Oczami za Soll od roku wodził, a i na siano chciałby brać, gdyby nie to, że tylko pasterzem był, a dziewczyna zainteresowania nie wykazywała. Prócz nich, do drogi szykowała się stara kapłanka, przesiadając się na wóz ze swojego strudzonego osiołka i tak już objuczonego wszelakim ekwipunkiem. Inga, młoda akolitka, stanowczym spojrzeniem i groźbą została zmuszona do podróżowania pieszo.
- Młoda jest, musi poznać życie i jego trudy. Jak inaczej mogłaby potrzebującym pomagać?
Szorstki głos przełożonej mówił wszystko.

Ruszyli, tocząc się powoli po bardzo nierównej, słabo utrzymanej drodze. Nocować mieli w karczmie ustawionej po drodze, ale skoro mieli dotrzeć do niej przed wieczorem, dlaczego noc zaskoczyła ich jeszcze na trakcie? Wóz grzązł kilka razy, wywołując siarczyste reakcje Helmuta, szybko mitygującego się w jakim towarzystwie przebywa. Słońce więc zaszło, a oni wciąż z mozołem parli naprzód. Gdzieś tu musiała być ta karczma! Najstarszy z Barglinów bywał tu przeca wielokrotnie, jak sam powtarzał. Było cicho, a cisza w nocy, gdy niebo pozbawione gwiazd, straszna była. Nawet Indze pozwolono na wozie siedzieć. Głośny skrzek, gdzieś znad nich, sprawił, że podskoczyli, jak jeden mąż.

- Kaaarrrlll!

Zdławione "a" i chrapliwe "r" nadawało dźwiękowi paskudne brzmienie, ale przecież nie był to żaden potwór! Kruk jedynie, ale nie pamiętali, które z nich powiedziało o tym pierwsze, uspokajając tym samym pozostałych. A jasne było, że kruki nie mówiły. Uspokajając przynajmniej odrobinę, bowiem ciemność obu stron traktu wciąż łypała na nich niewidzialnymi oczami. Cierpieli nieprzyzwyczajeni, zwłaszcza te dwie biedne, młode dziewczyny, które i tak stłamszone i zmuszane tu były do niechcianych rzeczy. Kruk zakrakał ponownie, za jakiś czas, gdy znów już bardziej wypatrywali karczmy, niż pamiętali o skrzeku.

- Errrwin...

Tak! To już musiało być imię! Ale wciąż to samo ptaszysko, ten sam skrzek. Helmut pogonił konie, zaciskając potężne szczęki na postarzałej twarzy. Konie przyspieszyły lekko, ale i one niespokojne były. Nagle z głośnym prrrr! stary wóz zatrzymał, wpatrując się w coś przed nimi. Na gałęzi, na środku niewielkiej drogi, coś wisiało. Coś, co było człowiekiem, powieszonym na grubej konopnej linie. Kołysało się w przód i w tył, poza tym zupełnie nieruchome. Mężczyzna, dobrze ubrany, ale z zakrwawioną twarzą. Nawet kapłanka Shalyi zbladła straszliwie.
- Pani, chroń nas! Trzeba zabrać biedaka i pozwolić mu odejść w spokoju...
Ani Helmut, ani Janko nie podzielali najwyraźniej tego zdania. Las stał się nagle bardzo głośny, a szelesty wydawały się tylko zbliżać!
 
Sekal jest offline  
Stary 22-03-2010, 13:06   #2
 
Karenira's Avatar
 
Przez cały dzień drogi Soll zagadywana odzywała się jedynie półsłówkami. Z pochmurną miną siedziała na wozie pogrążona w rozmyślaniach. Oburzenie, że usiłowano ją wydać za mąż jeszcze nie minęło. Dowiedziała się o tym ostatnia, jak to zwykle bywa z głównymi zainteresowanymi, a i to tylko dlatego, że musiano wyszykować ją do drogi. Sama też poczyniła odpowiednie przygotowania. A jakże. Ani myśli dać się zniewolić byle chłopu, na dodatek nierozerwalnym węzłem małżeńskim. Powinna była spodziewać się tego. W ostatnim czasie zmieniła się, długie, patykowate kończyny zaokrągliły się nieco, podobnie jak inne, bardziej kobiece części ciała. Zarumieniła się na samą myśl o spojrzeniach, jakimi ukradkiem obdarzali ją parobcy. Nawet poszturchiwania przyszywanych braci zmieniły się. Osobiście wolała już te bolesne kuksańce, którymi często ją niegdyś raczyli. Zdecydowanie nie była gotowa na małżeństwo. Nawet, gdyby udało jej się jakimś cudem pominąć własne uprzedzenia. Z bezsilnej złości miała ochotę krzyczeć na głos. Stary Helmut, szczęściarz, przeklinał za każdym razem, kiedy wóz zagrzebywał się w błocie, dając upust własnemu poirytowaniu. Wtórowała mu wtedy w myślach, delektując się niemalże każdym nieprzyzwoitym słowem. Zerkała ciekawie na kapłankę opędzając się od dziecinnego lęku, że ta mogłaby jej czytać w myślach. Zastanawiała się też, co powodowało tą drugą dziewczyną, że chciała zostać kapłanką. Miny co prawda nie miała najszczęśliwszej, ale gdyby ona, Soll, miała podróżować pod opieką starej, zgryźliwej jędzy (kolejne spłoszone spojrzenie na kapłankę) zadowolona z pewnością, by nie była. Nie wyobrażała sobie jednak, by kogokolwiek można było do stanu kapłańskiego przymusić. A może miała po prostu zostać zamknięta w klasztorze? Z niewiadomych przyczyn poczuła współczucie do nieznajomej dziewczyny. Ciekawość zżerała ją od środka, ale ułożenie podróżnych nie sprzyjało rozmowie. Zresztą miała przecież własny problem. Dość spory nawet. Przekornie modliła się, żeby nigdy na miejsce nie dojechali. Obecność pobożnej osoby w pobliżu zdecydowanie źle na nią działała. Tyłek bolał ją od wstrząsów, ale zerwanie się z wozu i szaleńcza ucieczka w las mimo wszystko nie wydawała się najlepszym pomysłem. Z konieczności siedziała na własnym tobołku, do którego zapakowała zwędzone ukradkiem portki Janka. Przypadkiem kiedyś usłyszała, że przy niej z chęcią by z własnych wyskoczył. Pomysł wydawał jej się wtedy co najmniej dziwny, ale teraz skwapliwie z niego skorzystała. Janko się nie obrazi, a nawet jeśli ona szczęśliwie będzie daleko. Gryzła się tylko, że siedzi też na własnym jedzeniu, a niemałym sprytem musiała się wykazać, żeby je niezauważenie zdobyć. Najcenniejsza ze zdobyczy, Helmutowa gorzałka tkwiła ukryta za pazuchą. Szczęściem zbliżała się jesień i na prostą koszulę miała zarzucony kubrak, w piersiach za szeroki, w rękawach za krótki. Należał do jej starszej „siostry”, a mimo niewielkiej różnicy wieku sylwetką w ogóle nie były do siebie podobne. Tylko dzięki temu flaszka dawała się ukryć. Zaśmiała się w duchu. Dawno już odkryła, gdzie jej przybrany ojciec trzyma swoje zapasy. Nikt nie będzie podejrzewał, że to jej sprawka. Podejrzenie padnie na synów, była pewna że nawet sobie nawzajem dwa półgłówki w niewinność nie uwierzą. Helmut będzie pomstował, dla niego flaszki z gorzałką były jak relikt, do których modlił się z uwielbieniem na specjalnych okazjach. Głównie dlatego nie oparła się pokusie. Poza tym będzie musiała czymś uczcić odzyskaną wolność.

Co jakiś czas przyglądała się sakwie jaką miała ze sobą kapłanka. Przez głowę przemknęła jej myśl, że mogłaby sama się przebrać za akolitkę. Czym niby różniła się od tamtej dziewczyny? Na myśl jej nie przyszło, że samo zastanawianie się nad tym mogło być niewłaściwe. W końcu kapłanka sama mówiła o pomaganiu potrzebującym. A kto jak kto, Soll potrzebująca była. Może jak wszyscy położą się spać uda jej się niepostrzeżenie z karczmy wymknąć. W ostatnich latach, kładąc kres starannemu wychowaniu, nie raz ratowała się przed laniem wymykając się przez gospodarskie okna. Początki jej nowego życia były strasznie trudne. Wspomnienia wszystkich upokorzeń wzmagały jej determinację.

Zmrok zapadł zanim dojechali do karczmy. Las wydał się nagle przeraźliwie obcy. Pomyślała, że niedługo sama będzie przezeń wędrować i zacisnęła zęby. Nie taka podróż się jej należała. Spróbowała uśmiechnąć się życzliwie do akolitki, której pozwolono wreszcie usiąść na wozie. Z tymi swoimi włosami i oczami o niesamowitym kolorze wydała jej się śliczna jak obrazek. I zmartwiona czymś niepomiernie. Zapragnęła nagle pocieszyć ją, porozmawiać. Własne przyjaźnie zostawiła daleko za sobą.
Szarpnięcie wozem wyrwało ją z rozmyślań. Przed nimi, na gałęzi wisiał człowiek, a raczej coś, co niegdyś człowiekiem było. W ciemności ledwo widoczny chybotał się lekko na grubej linie. W pierwszym odruchu zasłoniła oczy, przerażenie rozlało się po całym jej ciele paraliżując członki. Coś pchało ją jednak, by spojrzała ponownie, na wszelki wypadek wciąż trzymając ręce przy twarzy. Las zaszumiał groźne. Zdawało się, że lada moment wyskoczy na nich coś potwornego z zarośli. Człowiek miał krew na twarzy. Współczucie napełniło na chwilę jej oczy łzami. Ktoś wisiał martwy na drzewie. Nie mogła uwolnić się od tego widoku. Dlaczego nie jadą dalej? Nie wiedzą, że nie chce już tutaj siedzieć? Wyobraźnia podsuwała jej koszmarne sceny, podsycając strach jeszcze bardziej. Głupia. Gdzie bezpieczny powóz? Gdzie żołdacy? Za jej ochronę dwójka chłopów miała służyć. Przyjrzała się im sceptycznie. Janko wyglądał jakby we własne gacie miał narobić. Nie, żeby ona nie czuła się podobnie. Po prostu takie rzeczy zdecydowanie jej nie przystoiły. Obiecała sobie, że będzie dzielna, choć nawet w jej własnych uszach brzmiało to strasznie naiwnie. Nie miała innego wyjścia. Nie jej wina, że zmusili ją do tego. Daleko stąd musieli być jeszcze ludzie, którzy wiedzieli jak ją traktować. Soll przysięgła, że ich odnajdzie. A właściwie, że odnajdzie siebie, bo przecież musiała uchodzić za zaginioną.
 
__________________
"...pogłaskała kota, który ocierał się o jej łydkę, mrucząc i prężąc grzbiet, udając, że to gest sympatii, a nie zawoalowana sugestia, by czarnowłosa czarodziejka wyniosła się z fotela."
Karenira jest offline  
Stary 22-03-2010, 23:11   #3
 
Lady's Avatar
 
Mocniej owinęła się grubym, ciemnym płaszczem i bardziej nasunęła kaptur na twarz, chowając pod nim swoją twarz i kasztanowe, prawie rude loki. Była jak z obrazka, taka słodziutka i niewinna! Uśmiech matki i jej spokojne słowa zapamięta do końca życia. Najmłodsza córa, dla której zabrakło na jakikolwiek posag, a może po prostu ojciec nie zamierzał oddawać jej za mąż. Nigdy nie miała wielkich wyborów, osiemnaście straconych lat życia. A teraz surowa kobieta w białych szatach Shalyi prowadziła ją do więzienia, już w trakcie marszu dając jej posmakować surowej dyscypliny. Zanim jeszcze dotarli do farmy, jej nogi odmawiały podsłuszeństwa, a krótki nocny odpoczynek, spędzony w dużej mierze na wymuszonych, zupełnie dla niej nowych modłach, nie przyniósł wytchnienia. Poranne wstawanie było bolesne, nieprzyjemne i zupełnie nie chciane. Obolałe członki błagały o litość, o jeszcze odrobinkę snu! Gertruda, starsza kapłanka, była bezlitosna. Inga podejrzewała, że to jest jak z rycerzami, którzy ślubują honor, ale wielu z nich to łajdacy, pijacy i bandyci. Z kapłankami nie mogło być inaczej, władza albo bogactwo uderzało do głów, chociaż przecież ślubowały pomoc potrzebującym. Ból i zmęczenie były tak silne, że uniemożliwiały nawet obmyślanie zemsty na ojcu. Zamiast tego pojawiła się rezygnacja.

Dopiero rankiem, gdy ruszali w drogę, przyjrzała się bliżej blondwłosej dziewczynie, mniej więcej w jej wieku i mniej wiecej podobnym spojrzeniu. Może u nieznajomej więcej było hardości? Przyglądała się jej przez chwilę, dedukując z tego co widziała, że zamierzano wydać ją za mąż. Czemu miały to nieszczęście, że rodziły się kobietami? Ona chciała decydować o tym, co będzie robić! Żyć własnym życiem, a nie tym ułożonym przez kogoś innego! Złość błysnęła w jej oczach, gdy kapłanka pociągnęła ją za sobą, na kolejne głupie modły. Dwulicowa dewotka! Wolała nie myśleć co będzie się działo w klasztorze, gdy już tam dotrą. Tam gdzie nie będzie obcych, którzy mogli by podpatrzeć. Nie, nie myślała o tym! Nie mogła tam dotrzeć, nie będzie jakąś głupią kapłanką! Miała jeszcze trochę czasu na ucieczkę. Zerknęła jeszcze raz, kryjąc spojrzenie pod kapturem, na delikatną dziewczynę, tak bardzo nie pasującą do tutejszych chłopów. Również nie wyglądała na zachwyconą, może będzie miała wystarczająco odwagi?

W połowie dnia ból i zmęczenie znów zagłuszyło niemal wszystkie jej myśli. Tylko krok za krokiem. Dlaczego ta krowa nie pozwalała jej jechać na wozie?! I dlaczego wszędzie było tak daleko?! Chciało się jej płakać, gdy po raz kolejny potknęła się o jakiś wystający korzeń. Rzadko opuszczała zamek ojca, a jeśli już to w dylizancie, z którego nie musiała oglądać wszędobylskich lasów i błota, w którym zapadały się ciężkie koła wozu. Taz nawet była w Pfeildorfie. To była wyprawa! I tylu ludzi...

Mrok nadszedł szybciej, niż mogła się spodziewać. Przecież mieli na noc dotrzeć do gospody! Pozwolono jej chociaż wsiąść na wóz, co przywitała z wielką ulgą, bezwładnie padając na twarde deski. Szczupłe ciało drżało ze zmęczenia, którego nigdy nie doświadczyła w aż takim stopniu. Nawet nie miała siły, by odwzajemnić uśmiech nieznajomej dziewczyny, przymknęła tylko oczy i prawie zasnęła... gdy nagłe zatrzymanie się wozu rozbudziło ją znowu. Przyjrzała się temu co ich zatrzymało, bladnąc z każdą chwilą. Widziała już wisielców, ale na szubiennicy, w środku dnia. A ten tutaj... był taki przerażający! Tak jak i cały las! Zadrżała. Szybciej! Zostawmy go w spokoju!
Nie wiedziała co zrobi, gdy ucieknie i zostanie w tym lesie sama.
Jeszcze raz spojrzała na blondwłosą. Tak jakby chciała swoimi intensywnie zielonymi oczami dać jej coś do zrozumienia, jednocześnie zadając pytanie. Jeszcze mocniej owinęła płaszczem długie nogi. Pod spodem miała tylko sukienkę w burym kolorze. Cienką sukienkę! A natrętne, złe myśli powracały. Cofnęła się, przywierając mocno do nieheblowanych desek.
 
Lady jest offline  
Stary 23-03-2010, 01:02   #4
 
Karenira's Avatar
 
Chłodny wiatr owiał siedzących na wozie. Uwadze Soll nie umknął rąbek burej, zbyt cienkiej jak na tę porę sukienki. Akolitka owinęła się ciaśniej płaszczem i Soll dopiero teraz zauważyła jak bardzo musiała być zmęczona. Że też nie pomyślała o tym wcześniej. Na twardej podłodze wozu ciężko było znaleźć w miarę znośne ułożenie, a Inga, zdaje się że tak miała na imię, sprawiała wrażenie śmiertelnie znużonej. Zapatrzona na własną krzywdę nie zauważyła nawet, że obok niej ktoś cierpiał podobnie. Dobrze wiedziała, jak to jest obolałymi członkami kłaść się na zimnym i twardym posłaniu. Przysunęła się do dziewczyny obejmując ją jednocześnie ramieniem. Bez słów starając się ją pocieszyć. Razem powinno być im cieplej. Raźniej. Pozwoliła sobie puścić rozeźlone spojrzenie kapłance. „Młoda jest, musi poznać życie i jego trudy”. Czy ona też musiała? Czy musiała poznać gorycz utraty domu? Bezsilność, gdy po raz kolejny podejmowano za nią decyzję? Nie, tym razem nie była już dzieckiem. Ignorując przeszkodę przed nimi przyjrzała się drepczącemu za wozem zwierzęciu. Szkoda, że nie mogła go zabrać. Pewnie osiągnąłby całkiem dobrą cenę na targu. Na pewno lepszą niż zupełny brak grosiwa w jej nieistniejącej nawet sakiewce. Zabawne, nawet nie przerażały ją własne myśli. Co się z nią stało w ostatnich latach? Co jej zrobili? Już nawet myślała o sobie jak o Soll… Tamto drugie imię przepadło. Jutro miała zobaczyć swojego przyszłego męża. On nawet pojęcia nie miał kim była. Już wolałaby zginąć w tym lesie. Nieprawda. Nawet, gdyby z karczmy nie udało jej się uciec, nie chciała umierać. Myśl o poddaniu się napełniała ją obrzydzeniem. Nie była tchórzem. Poniewczasie uświadomiła sobie, że popełniła błąd wykłócając się z Helmutem o to małżeństwo. Jeszcze dziś rano przyglądał się jej czujnym okiem, jakby spodziewając się buntu. Miała nadzieję, że jej milczenie w trakcie podróży zostało uznane za cichą rezygnację. Źle by się stało, gdyby przez noc w zajeździe usiłował jej pilnować. Choć teraz chyba nie powinna się tym martwić. Trup na drodze mógł skutecznie odwrócić uwagę od niej. Kto by pomyślał. Oczywiście wcale się z tego nie cieszyła. Po prostu skoro i tak już nie żył… Zadrżała. Tylko jej się wydawało czy naprawdę jego puste oczy spojrzały na nią?

- Ojcze, – po trzech latach to słowo przechodziło jej już przez gardło – Janko, dlaczego jeszcze stoimy? W takim tempie to oblubieniec za nic mnie jutro nie zobaczy. –„ i żadnego innego dnia też nie”. Może Helmut robi to specjalnie? Przedłuża podróż, żeby padła zmęczona i obudziło się dopiero przed ołtarzem. Prawie była gotowa w to uwierzyć. Tylko, że z wisielcem nie mógł mieć nic wspólnego. Nie można było przyjrzeć się twarzy mężczyzny. Opanuj się dziewczyno, on na pewno na ciebie nie patrzy. Usta nie rozciągają się w szyderczym uśmiechu. Żadną miarą nie może przecież wiedzieć w jak beznadziejnym jesteś położeniu. Choć jego jest gorsze. Zachichotała z niewiadomych powodów nie mogąc powstrzymać rozbawienia.
- Przysięgam, że zaraz zacznę krzyczeć. – głos zadrżał jej z przerażenia. Głównie udawanego. No trudno, nie prośbą to groźbą. Histerii w tym wypadku. Nowa rodzina dobrze znała jej przeszywające płacze, których nawet mocne lanie i zamknięcie w komórce nie było w stanie uciszyć. W użalaniu się nad sobą potrafiła być naprawdę dobra. Powinno to skłonić ich do popędzenia koni skoro kapłanka jakoś nie kwapiła się do odmówienia modlitwy.

Nagle dotarło do niej, że prawie wcale nie czuła strachu. Mogła robić, co chciała nie obawiając się twardej ręki. Cokolwiek powie czy zrobi, żaden z Barglinów już jej nie dosięgnie. Niebawem będzie wolna. Mogłaby na przykład, gdyby chciała urządzić małe przestawienie. Sceneria była idealna. Ukradkiem odszukała rękę akolitki i ścisnęła ją pewnie. Poderwała się lekko błyskając w ciemnościach przestraszonymi oczami. – Słyszycie? – jęknęła cicho, ale tak by ją wyraźnie w nocnej ciszy słyszeli. Zaczekała moment, aż zaszeleściły pobliżu drzewa. Pamiętała jak sama bała się podobnych odgłosów. Wyciągniętą dłonią wskazywała coś w lesie – Tam? Słyszycie? O matko, co to? – głos bliski paniki podniosła oktawę wyżej szurając stopami po deskach. Biała skóra błyskała w ciemnościach. Chlipnęła. Dźwięk podejrzanie bliski parsknięciu. Będę się miała z pyszna jak naprawdę coś z tych krzaków wyskoczy.
 
__________________
"...pogłaskała kota, który ocierał się o jej łydkę, mrucząc i prężąc grzbiet, udając, że to gest sympatii, a nie zawoalowana sugestia, by czarnowłosa czarodziejka wyniosła się z fotela."
Karenira jest offline  
Stary 24-03-2010, 21:20   #5
 
Sekal's Avatar
 
- Cichaj, Soll!
Głos Helmuta rozbił ciszę i odgonił szmery na krótką chwilę, gdy trochę zbyt wysoki jak na dużego chłopa, odbijał się od pobliskich drzew. Nie powracał echem, raczej powracał szmerami, które atakowały ze wzmocnioną siłą, jeszcze bardziej pobudzone słowami jasnowłosej dziewczyny, która razem ze swoją rówieśniczką kuliła się z tyłu wozu, wyglądając na autentycznie przestraszoną. Kapłanka Gertruda także jakby odczuła nieprzyjemną grozę tej sytuacji, ale z nią samą wiązał się urząd i autorytet, do którego podkopania nie mogła przecież dopuścić. Otrząsnęła się i wstała, spoglądając na skulonych mężczyzn.
- Ten biedny człowiek nie został tu powieszony przez władze! Musimy mu zapewnić godziwy pochówek. Rozwiążcie go, natychmiast!
Ta nuta władczości, ta wypięta pierś białej szaty, która wyłoniła się spod grubszego płaszcza. I gromiące spojrzenie, które Inga zdążyła już poznać całkiem dobrze. Chłopi nie mieli szans, musieli podjechać bliżej, uspokajając zdenerwowaną obecnością trupa kobyłę, po czym odciąć truchło, które z łomotem upadło bezwładnie na deski wozu, który zrobił się nagle niezwykle mały. Kapłanka wymruczała jakąś cichą modlitwę, a Janko z obrzydzeniem przewiesił trupa przez burtę wozu. Po czym efektownie zwymiotował na trakt.
Teraz szczegóły obcego stały się lepiej widoczne. Dobre ubranie, które jednak źle leżało na jego ciele. Brud i źle przystrzyżone włosy komponowały się z okrutnie zmiażdżoną twarzą i wielkim guzem na czole. Musiał umrzeć zanim go powieszono, wielokrotnie uderzony ciężkim, dużym i płaskim przedmiotem.

Wóz, jakby z wahaniem, ruszył w dalszą drogę. Szmer lasu pogłębiał się wciąż, atakując uszy z coraz większą, subtelną furią. Z mrocznej ciemności nie wyskoczyło jednak nic prócz małego zająca, który szybko zniknął po drugiej stronie traktu. Pojawiły się za to światła zabudowań, wśród których widać było przez chwilę jakiś ruch. Po chwili dobiegły ich również przytłumione odgłosy prowadzonych rozmów. Dotarli do karczmy! Prócz strachu nie stało się nic strasznego, no oczywiście jeśli nie liczyć zwłok, które zwisały smętnie z wozu, kołysząc się w rytm podskoków kół na nierównościach.
"Pod Podkówką" była małą, niezbyt piękną gospodą. Budynek wyglądał, jakby potrzebował gruntownego remontu. Okiennice są na wpół oderwane, drewno nadgniłe, rybie błony w oknach gdzieniegdzie poszarpane. Jedynie szyld przybity nad drzwiami sprawiał nieco lepsze wrażenie. Obok przybitej dwoma gwoździami podkowy widniał krzywy napis z nazwą, której okoliczni mieszkańcy w większości i tak pewnie nie umieli odczytać.

Wnętrze, które obie dziewczyny widziały na razie tylko z odległości, nie sprawiało lepszego wrażenia. Puste, krzywe ściany, przeszyte widocznymi nawet z tej odległości pajęczynami. Okna brudne i nieprzejrzyste, komponowały się z podłogami, niewiele różniącymi się od ziemi na zewnątrz budynku. Było tam jednak ciepło i jasno, co na pewno było większą zachętą niż noc spędzona na zewnątrz. No i Helmut znał tutejszego karczmarza, Waldora Knapfa, w końcu zatrzymywał się tu dość często, nawet jeśli sama karczma nie istniała zbyt długo pod taką postacią, jak obecnie. Teraz też wielki chłop wszedł do środka, obwieszczając co znaleźli i wywołując tam niezłe poruszenie. Gertruda tymczasem zajęła się obiema paniami, z wrodzoną wręcz delikatnością.
- No już, zbierać się! Ty też, dzierlatko.
Wymierzyła paluch w stronę Soll, głos nie dopuszczał sprzeciwu.

Zanim jednak zdążyły na dobre zejść z wozu i pozbierać swoje rzeczy, ze środka gospody wypadło pięć postaci, prócz pokazującego na trupa Helmuta. Za grubawym, wąsatym kapłanem, postępowało dwóch zbrojnych, z których jeden był niezwykle mocno zarośnięty, jakiś podstarzały mężczyzna w brudnej kapocie oraz kobieta z krótkimi, jasnymi włosami i jednym kolczykiem w odstającym uchu. Wszyscy przypadli do trupa, rozciągając go na ziemi. Z kilku gardeł wydobył się ten sam jęk.
- Helmut...
Wymieniali cicho jakieś uwagi, podczas których karczmarz uczynił znak młota i skłonił się wszystkim trzem kobietom, jakby nagle je dostrzegając.
- Pani... - mówił tylko w kierunku Gertrudy - Kapłan Morra, urzęduje na pobliskim cmentarzu. Pobiegnę do niego, on sprawę załatwi.
Kapłanka skinęła głową a Waldor pobiegł zaraz w sobie znanym kierunku. Pozostali nachylali się nad ciałem, rozważając możliwe przyczyny śmierci. I tylko stojące obok dziewczyny, dostrzegły przy świetle pochodni okrągły przedmiot, który wytoczył się ze skrępowanych na plecach dłoni trupa. Przedmiot przypominający guzik, dokładnie taki, jakiego brakowało w fantazyjnie zapinanym żupanie jednego ze zbrojnych, wysokiego, mającego już swoje lata mężczyzny, z półdługimi włosami spiętymi w krótki kucyk. Gertruda tym czasem zaczęła je popychać w stronę przybytku.
 
Sekal jest offline  
Stary 25-03-2010, 01:11   #6
 
Karenira's Avatar
 
Sukces został odniesiony połowicznie. Wóz rzeczywiście ruszył do przodu, ale ciężko było myśleć o satysfakcji skoro nowym pasażerem, czy też bagażem stał się nieżywy mężczyzna. Trup mówiąc dosadniej. Janko dość wyraźnie pokazał jak wpływa na niego podobne sąsiedztwo i Soll ani trochę się mu nie dziwiła. Sama bała się okropnie, a bliskość ciała wywoływała obrzydzenie, lęk i złe wspomnienia. Ze wszystkich sił starała się jednak tego nie okazać przed swoją rówieśniczką. Po raz pierwszy od bardzo dawna miała się do kogo porównać. Zrozumienie, że nie była jedyną godną pożałowania istotą na świecie nie przychodziło jej łatwo, ale działało pobudzająco. Miała wrażenie jakby po bardzo długim sennym koszmarze powoli budziła się do życia. Przez ostatnie lata nieustannie roztrząsała swoje nieszczęście. W całkowicie obcym miejscu nie mogło być łatwo, ale gdyby miała być całkowicie szczera, musiałaby przyznać, że rodzina Barglinów z całą swoją prostotą starała się włączyć ją we własne życie. Nie ich wina, że było to ostatnią rzeczą, na którą miałaby ochotę. W głębi duszy uważała, że los pokarał ją niezasłużenie i odrzucała wyciągniętą do niej dłoń. Dom wydawał jej się zbyt mały, jakakolwiek praca za ciężka, a sami ludzie zbyt prymitywni. Choć nie wszystko z tego było prawdą, trwała w swym uporze przez trzy lata, niekiedy na siłę próbując trzymać się własnych uprzedzeń. Barglinowie na swój własny sposób okazywali jej dobroć, nie potrafiła jednak odwdzięczyć im się tym samym. Zbyt bolesne wiązały się z nimi wspomnienia. Teraz to wszystko wydało jej się bez większego znaczenia. Odkąd sięgała pamięcią czuła się osamotniona. Nigdy wcześniej, nawet w rodzinnym domu, nie miała styczności z podobną sobie osobą. Według słów jej ojca kontakty z rówieśnikami groziły zepsuciem, na farmie zaś nie potrafiła odnaleźć wspólnego języka z nieco starszą od siebie mężatką. Za to dzisiaj, w dniu który od wschodu słońca wydawał się być okropnym, na wyciągnięcie ręki zaledwie miała kogoś wartego uwagi. Zdecydowanie nie mogła okazać się tchórzem. Duma jej na to nie pozwalała. Duma i coś więcej. Bo do tego wszystkiego Soll czuła jeszcze niezdrową ciekawość. Wprawdzie mężczyzna wyglądał przerażająco, jednak z bliska, kiedy oswoiła się nieco z jego obecnością, mogła potwierdzić własne przypuszczenia. Przyczyną śmierci wcale nie było powieszenie. Fakt ten żywo przemawiał do jej wyobraźni, zwłaszcza w połączeniu z dochodzącymi zewsząd odgłosami.

Dotarcie do karczmy wywołało mocno mieszane uczucia. Ulgę, że upiorna podróż zakończyła się wreszcie i lęk przed koniecznością rychłej ucieczki. Dopóki wóz z terkotem parł do przodu, dopóty mogła sobie pozwolić na rozmyślania. Karczma oznaczała zarówno koniec jak i początek. Przynajmniej w jej wyobrażeniach. Piątka ludzi, która wybiegła na moment przyciągnęła jej uwagę. Samej będąc ignorowaną mogła przyglądać się im do woli. A raczej mogłaby, gdyby kapłanka, szydercze uosobienie matczynej troski nie szarpała jej za ramię. Z trudem powstrzymywała niegrzeczne słowa. Kapłański stan bądź co bądź wymagał poważania. Inga dziwnie potulnie pozwalała sobą dyrygować i Soll nie wiedziała czy powinna czuć do niej szacunek czy niesmak. Może to tylko zmęczenie nad wszystkim innym biorące górę? Zmęczenie, na które sama nie mogła sobie pozwolić. Tragedią byłoby zasnąć i wciąż bezsilną obudzić się rano. Zanim odeszły, zapewne właśnie do spania odsyłane, z rozchylonych palców trupa wytoczył się mały przedmiot. Dobrze nie zdążyła się nad sprawą zastanowić, a już opuszczoną chustę podnosząc własne na zgubie palce zaciskała. Zbyt późno zdała sobie sprawę, że podobne kuszenie losu na dobre jej wyjść nie może. Sam fakt, że przywieźli ciało, podczas gdy ktoś z premedytacją pozbawił je życia, raczej nie przemawiał na ich korzyść. Przynajmniej nie w oczach mordercy. Całkiem bliskiego możliwie. Chowając guzik w fałdach spódnicy mogła mieć tylko nadzieję, że nikt poza nią go nie zauważył. Ważniejsze miała kłopoty na głowie. Kogo poza samą zainteresowaną mogła obchodzić młoda, uboga na domiar złego dziewczyna? Dokładnie przyjrzała się karczmie odwracając wzrok od sceny przy wozie. Opłakany stan budynku wyjątkowo poprawił jej humor. Nieszczelne okiennice łatwiej będzie w razie potrzeby otworzyć. Przez pół drogi zastanawiała się gdzie i jak będą spali. Wspólna izba może stanowić duży problem, gdyby jednak trafiły się pokoje… W nocy wymknie się cichaczem. Idealny cel dla wszystkich.

Guzik palił ją przez tkaninę spódnicy. Miała wrażenie, że martwy wpatrywał się właśnie w nią oskarżycielsko. Na szyi niemalże czuła zaciskające się ręce oprawcy. Na ucieczkę było już za późno.

Wzdrygnęła się odpędzając od nieprzyjemnych myśli. To tylko nazbyt wybujała wyobraźnia. Właściciel żupana nie miał powodu odprowadzać jej spojrzeniem. Obok niej przecież szła śliczna akolitka. Z pewnością to za nią, jeśli już, należało się oglądać. Na wszelki wypadek jednak postanowiła mieć się na baczności.
 
__________________
"...pogłaskała kota, który ocierał się o jej łydkę, mrucząc i prężąc grzbiet, udając, że to gest sympatii, a nie zawoalowana sugestia, by czarnowłosa czarodziejka wyniosła się z fotela."
Karenira jest offline  
Stary 25-03-2010, 23:25   #7
 
Lady's Avatar
 
Ze zdziwieniem, ale i wdzięcznością przyjęła delikatny uścisk obcej dziewczyny, która również wydawała się zdenerwowana, ale na pewno nie tak samo jak ona. Czuła jej drżenie, słyszała jej przestraszony głos, który odniósł skutek przynajmniej taki, że wreszcie zdecydowano co robić. Nie podobała się Indze ta decyzja, ale cóż mogła poradzić? Już się nauczła, że słowo kapłanki to rzecz absolutnie święta i nie mogła się jej w żaden sposób przeciwstawić. Jeszcze nie mogła, przecież oczywistym było, że w tej chwili zarówno stary jak i młody chłop stanęliby po jej stronie, szybko zaprowadzając pożądek z niedoszłą akolitką. Musiała się więc przyglądać zmasakronemu człowiekowi, który mało już człowieka przypominał. Ohydztwo! Miała ochotę zrobić to samo co Janko, powstrzymywał ją tylko strach, uniemożliwiający jakikolwiek gwałtowniejszy ruch. Zamknęła oczy, próbując myśleć o czymkolwiek innym i tłumiąc narastające mdłości. Jej wyobraźnia była nawet gorsza od rzeczywistości, bo podpowiadała jeszcze wszystkie możliwe rozwiązania tego, co tutaj się stało.

Gdy znowu otworzyła oczy, pierwsze światła niewielkich zabudowań już pojawiły się w zasięgu wzroku. Inga prawie od razu odetchnęła z uglą, przeklinając się za swoje tchórzostwo i głupotę. Nikt nie zamierzał ich atakować! A ten głupi kruk, może ktoś chciał tu kogoś tylko przestraszyć? Lepiej, żeby tak było, będą przecież w tutejszej karczmie spędzać noc. Zerknęła na blondwłosą, która również sprawiała już wrażenie całkiem opanowanej. Uśmiechnęła się do niej, bardziej już swobodnie, z takim uśmiechem, który dociera także do oczu. A gdy zatrzymali się i uwaga wszystkich zwrócona została na karczmę, do której pobiegł starszy z chłopów, podała nieznajomej dłoń, w męskim raczej przywitaniu. Musiała przy tym odwrócić się do Gertrudy plecami i mówić szeptem. Za takie coś mogła znów być złajana! Ale potrzebowała też sojuszniczki.
- Jestem Inga...
Chciała coś dodać, ale nie starczyło czasu. Poczuła szarpnięcie za płaszcz i prawie spadła w pokrywające drogę błoto. Jak ona nienawidziła tej kobiety! Musiała uciec, nawet jeśli to będzie oznaczało samotną wędrówkę przez te lasy. Nie wytrzyma w klasztorze, w którym był większy rygor, niż ten, który poznała do tej pory!

Potem z karczmy wypadł tłumek przeróżnych ludzi, skupiając się wokół ciała. Straciła okazję do zrobienia czegokolwiek, ale przecież musiała być cierpliwa. Tej cechy już się nauczyła, gdy Gertruda wpajała nieprzydatną w jej własnym mniemaniu wiedzę. Teraz też musiała czekać. Starała się więc obserwować, dłużej zatrzymując wzrok na kobiecie o krótkich włosach. Wydawała się pewna siebie, zdecydowana i przede wszystkim wolna! Znała najwyraźniej zabitego, więc pewnie poruszała się w jakiejś grupie, może nawet była poszukiwaczką przygód! Jeśli... jeśli udałoby się ją zagadnąć, może pomogłaby w ucieczce? Kobiety powinny sobie pomagać. W tej całej obserwacji dostrzegła guzik wytaczający się z dłoni nieboszczyka i potem jasnowłosą, która szybkim ruchem schowała go w fałdach spódnicy. Posłała jej zdziwione spojrzenie. Co chciała tym osiągnąć? Jak bardzo nie chciała wychodzić za mąż?
Usiadła tuż przy niej, gdy znalazły się już w brudnej karczmie. Przełknęła kilka kęsów podanej strawy, czekając aż coś rozproszy pozostałych. Musiała jakoś się dowiedzieć, co planuje jasnowłosa! Tylko jak? Przecież jak jej powie wprost, to może ją wydać... Zagryzła wargi, prawie do krwi. Teraz! Wracali pozostali, drzwi skrzypiały. Szeptała, prawie nie odwracając się do rówieśniczki.
- Jeśli nie chcesz się wychodzić za mąż... daj mi znać. Jeszcze nie wszystko stracone...
Szybko odwróciła wzrok w drugą stronę, ale prawie czuła na ramieniu jej ciało. Bliżej już nie mogła usiąść by nie wzbudzić podejrzeń. Wlepiła wzrok w miskę.
 
Lady jest offline  
Stary 26-03-2010, 13:06   #8
 
Karenira's Avatar
 
Soll z lekkim ociąganiem, ale dała się zaprowadzić do karczmy i posadzić przy wspólnym stole. W podjęciu decyzji pomogło jej coraz głośniejsze już burczenie w żołądku. Niecierpliwe czekała kiedy wreszcie zostawią ich samych. W towarzyszącej jej z konieczności dziewczynie jednak było jakieś życie. Krótkie spojrzenie wystarczyło, by Soll poczuła wiążącą ją nić sympatii. Nie umknęło jej też z jaką uwagą akolitka wpatrywała się w kobietę na zewnątrz.
Powód był jej doskonale znany. Widać obie zazdrościły podobnej wolności. Pierwsze łyżki kolacji przyjemnym ciepłem rozlały się w jej środku, gdy doszedł do niej ciszy szept akolitki. Zdumiona prawie zakrztusiła się jedzeniem. Więc to drobne stworzenie też planowało ucieczkę? Uśmiechnęła się uradowana, wreszcie jakiś dar od niebios.
- Czyż może być większe szczęście dla dziewczyny niż mężowskie kajdany? – Wciąż się uśmiechała, ale głos ociekał sarkazmem, a oczy nie kryły wyzywających błysków. – Mam tylko nadzieję, że dostaniemy tutaj osobną izbę, nie do pomyślenia byłoby wszakże, gdybyśmy się przed kolejną drogą nie wyspały. Prawda?

Uciążliwa bliskość kapłanki działała dziewczynie na nerwy. Zastraszona Inga żadnego więcej słowa z siebie nie wykrzesze. Soll podniosła się lekko, niezgrabnie przez stół po kawałek chleba sięgając. Potrącona miska przechyliła się z brzdękiem i grube, tłuste krople pożywnej potrawki, to jedyne co dało się o niej powiedzieć dobrego, spłynęły na śnieżnobiałą dotąd szatę kapłanki. Zmieszana Soll zerwała się z miejsca, rumieniec gorącą czerwienią pokrył jej policzki.
Och, taka jestem niezgrabna. Dobrze, że przyszła teściowa tego nie widzi – odezwała się trwożliwie zanim jeszcze starsza kobieta zdążyła otworzyć skrzywione niezadowoleniem usta – Natychmiast pobiegnę zapytać o wodę i coś do wytarcia. – Co powiedziawszy umknęła szybko w poszukiwaniu obsługującej ich wcześniej dziewczyny.
W bezpiecznej odległości dłonią przetarła gorące policzki. Przynajmniej rumieniec był prawdziwy. Jakby jej psotna natura nie stłumiła jeszcze resztek wstydu. Obejrzała się za siebie i mrugnęła do wciąż patrzącej za nią Ingi. W głowie kłębiło się jej kilka pytań. Dziewczyna z obsługi, jak sobie umyśliła, może być dobrym źródłem informacji.

Znalazła ją w pobliżu kontuaru, w korytarzu prowadzącym na zaplecze.
- Przepraszam, czy mogłabyś mi pomóc? – w spojrzeniu ciemnoniebieskich oczu kryła się szczera prośba.
Widzisz, rozlałam potrawkę na szatę tamtej kapłanki…- jej głos sugerował, że nie mogło być już większego uchybienia – Mogłabyś wskazać mi miejsce, gdzie można by to jakoś naprawić? Widzisz ojciec odwozi mnie do lubego. Nie wiem tylko czy są tu dla nas jakieś pokoje. Za kilka dni wychodzę za mąż i strasznie jestem zdenerwowana. – uśmiechnęła się niemądrze – Już jutro zobaczę się wybrankiem. Prawdę mówiąc – ściszyła głos do szeptu – trochę się wstydzę. Co prawda nie jest tak rosły jak tamci dwaj wojacy, Karl i Erwin, zdaje się prawda? ...Ale i tak nie mogę się doczekać.– Na zakończenie westchnęła jakby zdradzała tamtej jakąś, kobietom tylko znaną tajemnicę. Życzliwie uśmiechnięta twarz czekała na odpowiedzi.
 
__________________
"...pogłaskała kota, który ocierał się o jej łydkę, mrucząc i prężąc grzbiet, udając, że to gest sympatii, a nie zawoalowana sugestia, by czarnowłosa czarodziejka wyniosła się z fotela."

Ostatnio edytowane przez Karenira : 26-03-2010 o 15:34.
Karenira jest offline  
Stary 27-03-2010, 22:33   #9
 
Sekal's Avatar
 
Zachowanie Soll wyraźnie rozwścieczyło kapłankę, która wstała nagle, cała czerwona ze złości. Zanim jednak wybuchła, dziewczyna już znajdowała się w kuchni, gdzie młoda służka z szeroko otwartymi oczami słuchała jej słów. Zerknęła za drzwi i mimo, że chciała coś powiedzieć, to nie zdążyła, widząc, jak Gertruda zbliża się szybkim i zdecydowanym krokiem. Pierś starszej kobiety falowała, a służąca pisnęła i starając samej uniknąć gniewu, nalała szybko ciepłej jeszcze wody i chwyciła jedną z czystszych ścierek. Gdy tylko kapłanka przekroczyła próg kuchni, dopadła do niej, próbując zatrzeć plamę. Soll zaś stała jak stanęła, ale nie spodziewała się aż takiej reakcji. Energiczna ręka zakreśliła łuk w powietrzu i wymierzyła jasnowłosej solidny policzek. Dźwięk rozbrzmiał w całym pomieszczeniu, a dziewczyna poczuła nagłe, mocno pieczeni na twarzy. Gertruda miała sporo siły.
- Smarkata kmiotka! Na przyszłość będziesz uważała!
Wyrwała ścierkę przerażonej służce i odmaszerowała do głównej izby, w której zbierali się już również pozostali. Również posługaczka wybiegła za nią, by usłużyć pozostałym gościom i zapewne jednocześnie uniknąć rozmowy z obiektem gniewu kapłanki Shalyi.

Na zewnątrz widać i słychać było ręczny, kołowy wózek, na który mężczyzna w ciemnych szatach kapłańskich, ładował właśnie ciało. Karczmarz jeszcze przez chwilę tam został, ale i on ostatecznie wrócił do środka, zamykając za sobą koślawy drzwi. Mimo paskudnego wyglądu, ogień palący się w kominku dawał przyjemne ciepło, które rozlewało się powoli po ciele. Można też było bliżej przyjrzeć się gościom przybytku.
Zarośnięty zbrojny usiadł osobno, unosząc do ust kufel ze spienionym piwem, marnej pewnie jakości. Ale nie zdawał się tym przejmować, podobnie jak znalezionym ciałem. Zupełnie przeciwnie od trójki znajomych, którzy zajmowali jeden ze stolików. Najstarszy z nich nie odzywał się, a spuszczony wzrok wlepiał w talerz przed sobą. Pozostała dwójka dyskutowała ze sobą, krzycząc prawie i gestykulując żywiołowo.
- Anton, do cholery! Przecież wyszedłeś razem z nim!
- A co ja, kurwa, jego niańka?! Umiał sobie radzić! Skąd mam wiedzieć co mu się stało?
- Było go zaciągnąć z powrotem! Przecież widziałeś, że trochę popił! Idiota!
- Och, zamknij gębę!

Mężczyzna zerwał się z miejsca i poprawiając pas z mieczem, wymaszerował z gospody, trzaskając przy tym drzwiami. Kobieta sapnęła i walnęła pięścią w stół. Potem klnąc na czym świat stoi, wróciła do picia, również wpatrując się nieprzytomnie w blat stołu. Wydawała się zmęczona, a powieki powoli się jej zamykały. Na chwilę zapadła cisza, przerywana tylko siorbaniem jedzących polewkę chłopów.

Nie zdążyli nawet skończyć, gdy kapłanka, która niejako przejęła już dawno "dowodzenie" w tej ich małej grupie, wstała i wymieniła kilka słów z karczmarzem. Skinęła mu głową, ale nie pojawiły się żadne pieniądze. Zapewne Waldor wolał się nie narażać, pobierając zwyczajową opłatę. Chwilę potem szorstki głos przeciął powietrze, a wzrok skupił się na obu dziewczynach.
- Jest wolna izba, dla nas akurat. Żadnych mężczyzn! Zjadłyście już, szybko! Została jeszcze wieczorna modlitwa!
Inga nie miała tu żadnych sprzymierzeńców, którzy mogliby ją obronić przed tym losem. Soll zaś spojrzała na Helmuta, ale ten tylko bardziej skupił wzrok na misce. Janko zerknął na nią przelotnie, ale sczerwienił się natychmiast i udawał, że łowi coś w polewce. Nie było ochrony, autorytet był autorytetem. Szybko znalazły się w dość brudnej, równie koślawej co główna sala sypialni. Były tu cztery łóżka, ale Gertruda wyraźnie dała do zrozumienia co myśli o jakimkolwiek mężczyźnie śpiącym razem z nimi. A potem była godzina modłów na klęczkach, z których Soll nie zrozumiała nic. To nawet nie było w reikspielu! Ale musiała udawać, by nie wzbudzać zbytniej uwagi kapłanki. Trochę cierpienia nikomu nie zaszkodzi. Inga zdawała się znosić to lepiej, a nawet powtarzała podobne słowa.

Karczma powoli kładła się spać. Goście powracali do swoich pokoi, przynajmniej większość z nich. Pogaszono światła, z których pozostały tylko drwa palące się w kominku, we wspólnej izbie. Kapłanka ułożyła się do snu, wcześniej zamykając drzwi na skobel. Po chwili już chrapała. Zanim jednak czujne dziewczyny zdążyły porozmawiać, za brudnym oknem odezwał się znajomy już kruczy głos.
- Aaaantooonnn...
Noc była ciemna, karczma zrobiła się cicha. Słychać było tylko chrapanie kapłanki i kogoś jeszcze, z jakiejś innej izby.
 
Sekal jest offline  
Stary 28-03-2010, 12:28   #10
 
Karenira's Avatar
 
Policzek palił żywym ogniem, bardziej bolała tylko zraniona duma. Kmiotka. Oczy Soll pociemniały z wściekłości. Zacisnęła pięści aż do pobielałych kostek, ze wszystkich sił starając się nie oddać. Tym jednym ruchem zepsułaby wszystko. Kmiotka. Nie przypuszczała, że to jedno słowo może obudzić uśpione demony. Na przyszłość miałaby uważać? Żałowała teraz, że zamiast zupą nie oblała starej wiedźmy wrzącym olejem. Wściekłość potęgowana była jeszcze faktem, że wykorzystywano przeciwko niej kapłański stan. Jędza pokory najwyraźniej od wszystkich tylko nie od siebie wymagała. Twarz dziewczyny wciąż jeszcze zastygła była w gniewie, gdy wracała do stołu. Jeśli jej zlękniona rówieśniczka spotykała się z podobnym traktowaniem na co dzień, Soll ani trochę nie dziwiła się jej chęci ucieczki. Opanowanie tamtej wprawiało ją w zdumienie. Rosnąca furia niemal ją rozsadzała i zajmując poprzednie miejsce od razu pogrążyła się w obmyślaniu zemsty, uznając to za jedyny możliwy sposób dokończenia kolacji. Pora odpoczynku była coraz bliżej. Tylko świadomość zbliżającej się ucieczki koiła nieco doznane upokorzenie.

Wcześniej jednak znalazł się jeszcze jeden sposób, by je pognębić. Zaprowadzone do osobnej izby niczym potulne owieczki, Soll rzecz jasna owieczkę tylko udawała, zmuszone zostały do modłów. Nijak nie szło się od tego wymówić. Bezsilna w obliczu autorytetu najbliższą godzinę spędziła na precyzowaniu własnego planu. Fakt, że będą spały razem był pocieszający. W obecnym nastroju Soll kapłankę miała ochotę nawet zabić. Co w myślach zresztą uczyniła nawet kilkakrotnie nie przejmując się zupełnie pobożną atmosferą. Niezrozumiałe słowa i tak niczego jej nie mówiły. Gdyby sama miała się modlić do bogini, prosiłaby o wsparcie na najbliższe godziny. Dawno jednak uznała, że bogowie o niej zapomnieli.
Kmiotka.
Część rzeczy kapłanki znajdowała się w pokoju przyciągając uważne spojrzenie. Zapewne znajdzie się tam coś, co się uciekinierkom przyda, a jeśli nie, cóż… Soll skrzywiła się złośliwie. Doznawanych krzywd nie odpuszczała. Nie miała prawa podnosić na nią ręki. Nikt nie miał. Być może to błąd był właśnie, że czuła się bezkarna. W przyszłości niejeden raz pewnie przyjdzie jej skórę chronić. Nie potrafiła jednak głowy chylić pokornie. Miała nadzieję, że akolitka myślała podobnie.

Wieki minęły zanim kapłanka wreszcie ułożyła się do snu. Ciche chrapanie obwieściło ten długo wyczekiwany moment. Karczma pogrążyła się w ciszy i ciemności. Nareszcie. Bez najmniejszego nawet kaganka ciężko było dojrzeć pozostawione w kącie rzeczy. Skrzypienie podłogi, przeraźliwie głośne w uszach dziewczyny, zdradzało jej przesuwanie się w ich kierunku. Ośmielona chrapaniem podniosła też rzeczy kapłanki i z równą ostrożnością wróciła do siennika akolitki. Jasne włosy świeciły w promieniach księżyca, gdy nachylała się ku niej.
- Masz – szepnęła ledwo słyszalnie wciskając jej w ręce torbę. – Wybierz czego będziesz potrzebowała, resztę wyrzucimy.
Pytanie czy będzie chciała wyrwać się razem z nią uznawała za zbędne. Miała nadzieję, że nie pomyliła się w szacunkach. Ostatnie czego potrzebowała to szaleńcza ucieczka sprzed nosa zaalarmowanej kapłanki. Sama usiadła obok i wśród delikatnego szelestu szorstkiego materiału wciągnęła na siebie zdobyczne spodnie. Przysunęła się do towarzyszki tak blisko, że jej usta znalazły się tuż przy uchu tamtej.
- Wyjdziemy oknem, strach przez główną izbę przechodzić, drzwi i tak zostały zamknięte. – Dziękowała opatrzności, że budynek karczmy był parterowy. – Nie pytam czy idziesz ze mną, bo sama i tak mam zamiar to zrobić. – Zamilkła na chwilę nasłuchując czy chrapanie ich samozwańczego stróża nie ustało.
- Może uda nam się wślizgnąć do stajni, zabierzemy pozostałe rzeczy, a może i nawet konie. Na piechotę daleko nie zajdziemy – „a okradać mordercę nie grzech” dodała już w myślach.

W ciemnościach pokoju błysnął wyciągnięty z torby nóż. Soll podniosła się cicho i podeszła do okna z zamiarem przecięcia rybiej błony, jeśli będzie trzeba. Byleby tylko okiennica dała się cicho otworzyć. Daleko za karczmą rozciągał się las. Soll czuła jego wołanie. Z całego serca pragnęła gnać przed siebie na końskim grzbiecie, zostawiając za sobą okropne lata. Obejrzała się za siebie na leżącą kapłankę i zacisnęła zęby. Postara się, by poranek był dla starej możliwe okropny.
 
__________________
"...pogłaskała kota, który ocierał się o jej łydkę, mrucząc i prężąc grzbiet, udając, że to gest sympatii, a nie zawoalowana sugestia, by czarnowłosa czarodziejka wyniosła się z fotela."
Karenira jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 01:44.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172