Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy Oznacz fora jako przeczytane

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 06-01-2011, 12:31   #1
 
Tadeus's Avatar
 
[Warhammer] Gambit Mananna


Prolog: Z morskiej piany...

Powiada się, że ludzie morza nie wierzą w przypadki. Każde zdarzenie na bezkresnych wodach ma dla nich własną przyczynę, znaczenie i ważny, częstokroć skryty cel. Czy i tak było w przypadku nagłego sztormu, który rozpętawszy się niespodziewanie na Morzu Szponów pochłonął życia i dobytek uciekinierów z Albionu? Czy ryczące szaleńczo fale nacierające na pokład łodzi i bezlitosne wiry wciągające rodaków w mroczną głębinę faktycznie były efektem działania jakiejś wyższej siły?


Tego Edgar nie wiedział. Wypluł wodę z nasączonych solą, palących duszącym ogniem płuc. Przeżył, docierając na pół świadomie do brzegu obcych ziem, które zgodnie z planami miały stać się ich wybawieniem, w rzeczywistości powitały ich jednak w najbardziej bezlitosny z wyobrażalnych sposobów. Czy ktoś poza nim przetrwał? Nie wiedział, choć wydawało mu się, że w chaotycznym piekle sztormu dostrzegł inne, unoszące się na powierzchni sylwetki.

- Hoho, a jużem myślał, że stary łajdak Manann przysłał dziadkowi wreszcie morską żonę!

Skrzekliwy chichot starca rozbrzmiał echem po plaży, mieszając się z ogłuszającym hukiem fal. Dopiero po chwili udało się zlokalizować Albiończykowi jego źródło. Niepozorny, okręcony kocami dziadzina przycupnął na jednym z głazów, mocząc od niechcenia wędkę w pienistej w toni.


- To sobie Morski Ojciec zadrwił z dziadka, oj zadrwił, niedobry! Na co dziadkowi takie chłopięcię? Wracaj chłopcze w fale i daj znać Trójzębowi, że prezent nietrafiony! O tak! Niech się lepiej wystara!
 

Ostatnio edytowane przez Tadeus : 28-01-2011 o 06:26.
Tadeus jest offline  
Stary 06-01-2011, 14:59   #2
 
xeper's Avatar
 
Całe dotychczasowe, wygodne życie Edgara legło w gruzach. Młodzieniec wiódł spokojny żywot w niewielkim, portowym miasteczku Craigbreath, położonym na wschodnim wybrzeżu wyspy nazywanej Albionem. Należał do jednego z mniejszych klanów zamieszkujących tą okolicę i to stało się powodem jego nieszczęść. Starszyzna klanowa, w tym jego ojciec, Malcolm, popierali władykę tych ziem, możnego pana Scarlough. Scarlough wdał się w wojnę ze swym sąsiadem, Kennethem Bromptonem i przegrał z kretesem. Większa część jego wojsk została wybita w walnej bitwie, reszta poszła w jarzmo niewoli. Ci, którzy przeżyli salwowali się ucieczką. Nie było innego wyjścia. Albo opuszczali rodzinne strony albo szli pod nóż. Bez wyjątku. Malcolm zebrał całą swoją rodzinę, opłacił jakiegoś kapitana płynącego za morze, do Maryburgh i pozostawił ojczyznę. Edgar, trzeci syn, hulaka, podrywacz i obibok, z żalem opuszczał Craigbreath. Zostawiał tętniące życiem tawerny, w których dotychczas wysłuchiwał opowieści pijanych bretońskich i marienburskich opowieści, których od czasu do czasu pozbawiał niepilnowanego starannie dobytku. Zostawiał roześmiane, bladolice piękności, z których wdzięków miał zwyczaj korzystać i szedł na wygnanie. Wsiadł na pokład starej, trzeszczącej szkuty, o wdzięcznej nazwie „Anabelle” i z przykazu ojca płynął do słynącego z kosmopolityzmu i tolerancji Marienburga, gdzie jego rodzina miała wieść nowe, być może spokojne życie, z dala od żądnych krwi ludzi Bromptona.

Nie dopłynął do celu. Morze Szponów, akwen pełen niebezpiecznych wirów i prądów, osławionych nawałnic i burz, znów zebrał swoje żniwo. Nie pomogły modlitwy zanoszone przez marynarzy do ich boga, Mananna. Na nic się zdały zaklinania czynione przez przerażonych albiończyków. Statek, miotany na gigantycznych falach, targany potężnymi uderzeniami wiatru, tonął. Edgar uczepiony jakiejś liny, co chwila niknął pod wodą i wynurzał się. Słyszał krzyki swojego ojca, nawołującego co rusz Edith, jego matki. Widział znikające pod pienistymi grzywaczami głowy swych braci. Modlił się do Bogini, aby oszczędziła jego i ich żywot lub przyniosła szybką śmierć. Przeklinał ojca za to, że taki los spotkał jego klan. A potem, po wyjątkowo potężnym uderzeniu wysokiej na kilka metrów fali, wszystko zniknęło pod wodą.

Przeżył, unosił się na wodzie, wciąż uczepiony tego samego kawałka liny, przywiązanego do jakiejś części poszycia statku. Fale były niższe i niosły go w kierunku skalistego brzegu. W pierwszym odruchu podziękował Bogini za ratunek i zaczął rozglądać się gdzie znajdują się inni. Ze zgrozą stwierdził, że jest sam. Być może pozostali rozbitkowie, zniesieni falami wylądowali gdzie indziej. Pod nogami poczuł stały grunt i kasłając wyczołgał się na brzeg. Jak okiem sięgnąć, wszędzie tylko głazy i rozbijająca się o nie, tryskająca w górę pióropuszami piany, woda.

Usłyszał głos. Podniósł głowę i spojrzał w kierunku, z którego usłyszał słowa. Na kamieniu siedział starzec i przyglądał mu się uważnie. Edgar, nieco obeznany z językiem Imperium, rozpoznawał niektóre słowa. Nie mówił na tyle dobrze, aby zrozumieć wszystko ale ten starzec chyba dobrze mu nie życzył.
- Ja... Statek... - Edgar wskazał na spienione fale.
- No patrzajta ludziska i do tego jeszcze po naszemu gada, fiu fiu! - Dziadek dźwignął się chwiejnie na nogi, by przyjrzeć się z bliska nowej osobliwości.
- Ze statku, gadasz? A toż ci dopiero historia! - zachichotał, dźgając niespodziewanie przybysza wędką pod żebra, jakby chciał się upewnić, że ma do czynienia z człowiekiem.
- Ouć - jęknął ukłuty Edgar i wskazał rękami wokoło. - Gdzie ja?
- Gdzie? A cóż to za pytanie? - dziadek zdziwiony rozejrzał się po skalistej, jałowej plaży, jakby widział ją pierwszy raz. Wskazał odległe pustkowie. - A żebym to ja wiedział... Za mojego młodu, o tam... Była niegdyś granica Jałowych Krain, ale któż wie, czy się to wszystko nie pozmieniało już wiele razy? Pewnie żeś słyszał, że wojenka była...
Edgar popatrzył na starca, nie wszystko rozumiejąc. Usiadł na kamieniu i zaczął wylewać wodę z butów. Jedynej rzeczy, poza ubraniem jaka mu pozostała po katastrofie statku. - Ja z wyspy. Maryburgh?
- Z wyspy, nie wyspy. Ja tam się nie znam... - Dziadek wzruszył ramionami i przyjrzał się ranom rozbitka. - Jeszcze trochę tu postoisz i ducha wyzioniesz na tym zimnie! Skoro już wiemy, żeś nie morska żona, to i równie dobrze Cię do chaty sprosić mogę. Nie godzi się tam mrozić nawet obcych na wietrze, a i ostatnio już nie jest tak bezpiecznie jak drzewiej...

Dopiero teraz, po słowach i spojrzeniu starego człowieka, Edgar uświadomił sobie, że cały dygocze z zimna, a głowa boli niemiłosiernie. Dotknął czoła. Pod palcami wyczuł sporych rozmiarów guza i zakrzepniętą krew.
- Edgar - przedstawił się i powoli, trzęsąc się, ruszył za dziadkiem skalistą ścieżynką, w głąb lądu. Co chwila odwracał się i lustrował plażę, licząc na to, że dostrzeże jeszcze kogoś, kto przeżył. Brzeg był pusty. O Bogini, czyżbym tylko ja ocalał? Lepiej by było gdybym i ja umarł. Miej ich w swej opiece.
 
xeper jest offline  
Stary 06-01-2011, 18:17   #3
 
Tadeus's Avatar
 
Chatka rybaka okazała się małą, zbita z krzywych bali budą, obsypaną od strony morza grubym murkiem z okolicznych szarych łupków. Potężne podmuchy sztormowego wiatru raz po raz uderzały w drobną konstrukcje, nie były jednak w stanie wedrzeć się do uszczelnionego mewim guanem środka. We wnętrzu panowało przyjemne ciepło, pochodzące z tlącego się już ledwie paleniska. Pachniało wędzonką i morską solą. Pod sufitem wirowały powolnie drewniane stelaże z rozwieszonymi rybnymi pęcherzami. Gdzieniegdzie walały się też sieci, wiadra, liny, zakrwawione pieńki i inne rybackie utensylia.
- Tośmy są w domu - dziadek tylko z trudem domknął zasysane przez potężną wichurę drzwi. - Ależ się rozwiało, jakby sami Bogowie się na kogoś uwzięli. Nie wiadomo ci przypadkiem nic o tym, co? - dziadek zmrużył oczy, sondując ponownie egzotycznego przybysza. - Nie musisz odpowiadać, dziadek już sobie przyuważył, żeś niezbyt bystry...
- Możesz sobie u mnie podrzemać, aż powrócą ci siły. Co parę dni zawija tu obwoźny handlarz. Ta skąpa zakała z pewnością pokieruję się, gdzie ci tam trzeba... o ile przybędzie... od wojny strach się ruszać poza swój dom.. wszędzie zbóje i złodzieje! A przynajmniej tak słyszałem...
Dziadek z namaszczeniem wydobył zza pazuchy stary marynarski nóż.
- Należał do mojego starszego, Hansa. Pokazał mi jak nim machać, choć przyznać muszę, że za stary już z lekka na wojaczkę jestem. Oczy już nie te...
- A właśnie... - dziadek zamyślił się, wgapiając się w przybysza - Możeś i nie morską żoną, ale dziadkowi przydać się możesz. Młodyś i zdrowy, więc pewnie wspinać się i pływać umiesz, he? Jak się przydasz, to ci to dziadek wynagrodzi.
Starzec zanurzył dłoń w połach łachmanów wydobywając z nich brzęczący mieszek.
- Miedzi jeszcze trochę posiadam, a i jadła ci napakuję na drogę, cobyś nie sczezł łażąc po tym pustkowiu.


Nad ranem sztorm trochę się uspokoił, pojawiła się za to gęsta, mleczna mgła. Starzec wyprowadził nakarmionego i obandażowanego już gościa ku pobliskim klifom, wskazując punkt na dole, wśród pieniących się fal i głazów.
- To tam dziadkowi spadła błyskotka od syna. Piękny wisiorek z błyszczącą muszelką. Fale porwały go ku skałom... a później zniknął. Dziadek myśli, że tam pewnikiem jakaś zalana pieczara jest i błyskotka czeka pod wodą.
 

Ostatnio edytowane przez Tadeus : 06-01-2011 o 21:56.
Tadeus jest offline  
Stary 07-01-2011, 11:45   #4
 
xeper's Avatar
 
Dom starca znajdował się niedaleko od miejsca lądowania albiońskiego rozbitka. Przemarznięty i mokry Edgar z ulgą wszedł do ciepłego, osłoniętego przed wiatrem, wnętrza. Gdyby jeszcze dziadek poczęstował go czymś ciepłym, byłby mu dozgonnie wdzięczny. Natychmiast po zrzuceniu wierzchnich warstw ubrania, albiończyk przysiadł tuż obok paleniska i skulił się, chłonąc ciepło. Starzec coś do niego mówił, ale Edgar nie słuchał. Po pierwsze zatopiony był w myślach o tym co się właśnie wydarzyło, o katastrofie, stracie rodziny. Po drugie i tak niewiele rozumiał z tego co stary mówi. Drgnął gdy stary człowiek wydobył zza pazuchy nóż. To teraz mnie zarżnie, przemknęło mu przez myśl. Bogini! Uratowany z morskich odmętów, aby zginąć od ciosu nożem zadanym przez obłąkanego starca... Przestrach ustąpił, gdy dziadek zakręcił ostrzem w dłoni i powiedział coś o swoim synu. Że nóż jest podarkiem od niego, albo coś takiego.

Właściwie starzec mówił cały czas. Edgra mu się nie dziwił, skoro mieszkał na takim pustkowiu to do kogo miał mówić na co dzień. Podczas gotowania zupy rybnej, którą nakarmił Edgara, zamilkł. Ale potem znów mówił. Padła propozycja, z której Edgar wywnioskował, że starzec chce mu zapłacić za przyniesienie jakiegoś utraconego przedmiotu. Zgodził się. Musiał przecież przeżyć w tym obcym kraju, a pieniędzy nie miał żadnych.

Rankiem, gdy sztorm i wiatr nieco ucichły, wyruszyli na brzeg morza. Edgar zabrał ze sobą długi kawałek liny, który powinien mu pomóc w wspinaczce. Gęsta mgła zasłaniała niemal wszystko, ograniczając widoczność do kilku metrów. Dziadek zaprowadził albiończyka na skraj przepaści i wskazał w dół. Przez mgłę widać było burzliwe fale rozbijające się na głazach. Edgar mruknął coś i zaczął przywiązywać linę do kamienia.
- Trzymaj... Pomoc... - powiedział do dziadka i ostrożnie, kurczowo trzymając się sznura, zaczął zsuwać się w dół, ku maleńkiej, wysypanej żwirem plaży. O dziwo, poszło mu to nad wyraz sprawnie. Nie spadł ani nie połamał się. Jedyną szkodą jaką sobie wyrządził, było rozcięcie palca na wystającym spomiędzy traw, kamieniu. Pewnie stanął na skrawku lądu, wciętym w skały i rozejrzał się. Pokopał butem kamienie, poroztrącał żwir. Żadnej błyskotki tu nie było. Odwrócił się w kierunku morza. Uderzająca o skały woda w jednym miejscu, oddalonym od brzegu o nie więcej niż trzydzieści jardów, z sykiem wlewała się między kamienie. Gdy fala się cofnęła, Edgar zobaczył sklepienie jakiegoś tunelu, wiodącego wgłąb klifu. Wystarczyło się tam dostać i wniknąć z prądem do środka. Gdyby jeszcze umiał pływać. Westchnął ciężko i ostrożnie wszedł do wody. Była lodowata i natychmiast wróciły obrazy poprzedniego dnia. Pokładu zalewanego tą samą wodą. Tonących braci, krzyczącego ojca. Otrząsnął się gdy fala cisnęła nim o skałę, utrzymał się na nogach. Szedł, kurczowo trzymając się ostrych skał, dopóki czuł grunt pod nogami. Potem, wciąż starając się utrzymać kontakt z brzegiem, dał się ponieść nurtowi. Fala cisnęła nim o skałę, przydusiła pod wodą. Zachłysnął się i zaczął panicznie machać rękami. Coś ciągnęło go na dno. To z pewnością morze upominało się o niego. Bogini! Kolejna fala wyniosła go na powierzchnię. Zdążył tylko wypluć palącą, słoną wodę z płuc i dostrzec, jak pędzi na spotkanie z kamieniami. Znów zniknął pod wodą.

wspinaczka: 22
pływanie: 72
 

Ostatnio edytowane przez xeper : 07-01-2011 o 21:01. Powód: dodanie rzutów
xeper jest offline  
Stary 07-01-2011, 13:14   #5
 
Tadeus's Avatar
 
Potężny prąd porwał śmiałka i zassał go z głośnym chlupotem do wnętrza groty, prosto na wyzierające ze skotłowanej toni zębiska skał. Gdzieś daleko z góry doszedł go głos dziadka, ledwo słyszalny przez huk fal:
- Oj-oj... Mój Hans by to jednak lepiej zrobił, o tak!

Nieporadne próby zmiany kierunku w szalejącym żywiole dopiero w ostatnim momencie pozwoliły minąć Albiończykowi największe zagrożenie, narażając go jednak na kontakt z następną z czyhających na niego przeszkód.


Zaledwie chwilę później tylko cudem udało mu się uniknąć czołowego zderzenia ze zwisającym z niskiego nawisu głazem. Oślizgły kamień nieprzyjemnie zadrapał przemoczony i rozmokły bandaż na głowie Albiończyka, nie spowodował jednak żadnych dalszych obrażeń*.

Po chwili szalejący prąd zwolnił, a huk fal wyraźnie ucichł. Do głębszych obszarów groty docierało już niewiele światła, toteż pływak z ledwością dostrzegł porozrzucane na pobliskich skałach stare, zbutwiałe deski. Zapewne naniosły je tam jakieś dawne sztormy, jakich nie brakowało na wybrzeżu tego mrocznego akwenu. Nadal nie widać jednak było nigdzie wisiorka, po którego został tam zesłany.


Nagle poczuł szczypanie w stopy. Ławica ślepych, niemal przeźroczystych rybek przyssała się do jego ciała, nadgryzając rozmoknięty wodą naskórek. Kawałek dalej w mroku przemknęła też bladawa, lekko różowa istota, przypominającą jaszczurkę z zewnętrznymi, kalafiorowymi skrzelami. Wszędzie wokół na ścianach widać było jednolitą linię soli, świadczącą o tym, że poziom wód musiał być tam niegdyś wyższy.

W końcu powolny prąd doprowadził odkrywcę do szerokiej, zalanej groty. Gdzieś wysoko w górze słychać było skrzek mew, i przytłumiony szum odległych fal, do środka wdzierały się cieniutkie promienie słabego słońca. Deszczowa woda drążąca przez stulecia skały musiała przekopać wąskie kanaliki do tego podziemnego świata, za małe jednak by dało się nimi wydostać na górę.


Potwierdziły to szczątki, które dostrzegł na jednej z małych wysepek. Prawie kompletny męski kościec zalegał tam u boku resztek jakiejś wiosłowej łodzi. Same kości zdawały się wielokrotnie nadgryzione i pozostawione w nieładzie. Niepokojący był szeroki rozstaw szczęki, która dokonać musiała tego czynu... w dziwny sposób przypominała ludzką... ale to z pewnością był tylko przypadek...

Zaniepokojony już nie na żarty złodziej rozejrzał się uważnie po słabo rozświetlonym wnętrzu**. Fakt, że nadal nie widać było nigdzie wisiorka, po który tam zszedł nie był specjalnie budujący. Dojrzał za to drugie, obgryzione zwłoki należące pewnie niegdyś do rosłego mężczyzny. Leżały całkiem niedaleko, na skalnym wzniesieniu. U ich boku coś połyskiwało metalicznie. Zapewne była to jakaś stara broń, pałasz, szabla, lub długi miecz. Obok dostrzegł jeszcze nadgniły mieszek, którego zwartość błyszczała zaśniedziałym srebrem. Niedaleko niego w szczątkach łodzi spoczywało też masywnie wyglądające, długie wiosło i dwa zwoje grubej liny.

Nim Edgar zdążył jednak cokolwiek uczynić, woda u wejścia do groty zabulgotała i wyłoniła się z niej zgarbiona i zdeformowana postać. Poznał ją dopiero po głosie.
- Aj-aj a to się dziadkowi posiłek trafił, że ho-ho! Widzę, że poznałeś już moich synów...
Maszkara o zniekształconych rysach twarzy dziadka zatarła dłonie, okraszone teraz długimi, ostrymi szponami.
- To jak będzie, wskoczy sam do gara, czy dziadek będzie musiał dopomóc?

*Obrażenia 1k10: 1
**Przeszukiwanie 1k100: 30
 

Ostatnio edytowane przez Tadeus : 13-01-2011 o 17:35.
Tadeus jest offline  
Stary 10-01-2011, 18:28   #6
 
xeper's Avatar
 
Uwięziony w jaskini, przemoknięty i obolały od uderzeń o skały, Edgar rozglądał się po grocie. W tej odrobinie światła, jaka docierała do wnętrza niewiele mógł dostrzec, ale zdolność widzenia w niemal całkowitych ciemnościach, którą z nieznanych przyczyn obdarzyli go bogowie przy narodzeniu, pomagała mu wydatnie. Zauważył dwa pogryzione trupy, w różnym stadium rozkładu, ale wisiorka, po który się tu wybrał, nigdzie nie było widać.

Więcej czasu na badanie groty nie miał. Usłyszał głośny plusk i coś wyłoniło się za nim z wody. Uskoczył na stały ląd i przyjrzał się istocie. Była człekokształtna, o zdeformowanych członkach i pobróżdżonej, zielonkawej twarzy. Wielkie, wyłupiaste i blade oczy patrzyły na niego złowrogo. Istota odezwała się i dopiero wtedy rozpoznał kim jest. Głos należał do jego gospodarza, starego mężczyzny, którego spotkał na brzegu i który się nim zaopiekował.
- Fucking hell, to ja! - krzyknął do przemienionego dziadka. - Edgar!
- Oj, dziadek wie kim jesteś, oj wie! - Maszkara oblizała się, zbliżając ostrożnie do ofiary. - Dziadek myślał, że jak inni, ładnie obijesz się o skałki, mięsko trochę zmięknie, ale i tak sobie dziadek poradzi... Odkąd je mięsko silny jest, jak młody, o tak!
- Niesmaczny ja
- Edgar rozglądnął się w poszukiwaniu czegoś do walki. Wyglądało na to, że do starca nie przemawiają żadne argumenty. Najbliżej leżało wiosło, którego uchwyt wystawał z leżącej na boku łodzi. Albiończyk szybkim ruchem chwycił za długi trzonek i zamachnął się w kierunku głowy maszkary, chcąc ją odpędzić. Dziadek cofnął się z sykiem. Najwyraźniej nie przywykł do jedzenia, które było jeszcze w stanie się bronić. Edgar machnął znowu, tym razem starając się trafić przeciwnika. Cios, wyprowadzony długą, nieporęczną bronią, minął pomarszczoną czachę starca i plasnął w wodę. Maszkara nie czekała na kolejny cios i dostrzegając, iż atakujący nie stanowi dla niej tak dużego zagrożenia, jak na początku sądziła, spięła się i skoczyła ku albiończykowi, tnąc powietrze długimi pazurami. Edgar zareagował momentalnie, wypuszczając wiosło z rąk i skacząc w bok, ku leżącemu w pobliżu trupa, mieczowi. Stary oręż, wyszarpnięty z nadrdzewiałej pochwy, świsnął w powietrzu, lądując na głowie dziadka i rozłupując ją z głośnym trzaskiem*. Potwór zawył żałośnie i runął w wodę.

- Aj-aj... Dziadek biedny, niewinny! Aj-aj... To Trójząb mu kazał! To on dziad! - Edgar nie słuchał, podszedł do krwawiącego w wodzie ciała i zakończył żywot potwora. Winny czy też nie, już nikogo nie skrzywdzi. Z obrzydzeniem odepchnął zwłoki, które podryfowały z prądem i zajął się zbieraniem co cenniejszych rzeczy. W końcu musiał za coś przeżyć, a jak pokazał przykład dziadka, na ludzką dobroć nie miał co liczyć. Przy następnym spotkaniu z nieznajomymi, musi się mieć bardziej na baczności.

Zabrał dwadzieścia srebrnych monet, znalezione przy jednym z trupów, zwój lekko nadgniłej, ale wciąż mocnej liny i pałasz, który uratował mu życie. Pływających po powierzchni zwłok dziadka nie przeszukiwał, brzydził się i obawiał tego. Ostrożnie ruszył na poszukiwania jakiejś drogi na zewnątrz, innej od tej którą tu dotarł. Wiedział, że ma marne szanse na wydostanie się z jaskini, przemarznięty, obolały i do tego pod prąd.

ataki w dziadka: 78,19
* furia Ulryka
 

Ostatnio edytowane przez xeper : 13-01-2011 o 16:42.
xeper jest offline  
Stary 11-01-2011, 01:35   #7
 
Tadeus's Avatar
 
Aż ciężko było uwierzyć, by gustujący w ludzkim mięsie dziadek za każdym razem pokonywał niebezpieczną drogę spienionymi wodnymi tunelami. Musiała istnieć jakaś prostsza trasa... i faktycznie, doskonały wzrok i zdrowa dawka sprytu Albiończyka pozwoliły mu ją w końcu odkryć*. Jedna z zatopionych w mroku odnóg kończyła się całkiem wygodnym tunelem, wychodzącym na pobliskie skały i dalej na szczyt oddalonego o paręset metrów klifu. Niewątpliwie oszczędziło to młodemu odkrywcy dalszych siniaków i ran.

Po wydostaniu się z mrocznej czeluści pozostało już tylko postanowić, co uczynić dalej. Zdobyty niemal przypadkowo łup wydawał się całkiem słuszny. Edgar nie był znawcą broni, ale miał oko do cennych rzeczy. A pałasz, który odzyskał z groty niewątpliwie do właśnie takich się zaliczał.


Jeśli naprawdę należał do jednego z synów rybaka, to musiał zostać wcześniej skradziony albo zdobyty za zaszczytne zasługi dla jakiegoś szlachetnego pana. Oficerskich ostrzy tego typu nie widywało się bowiem przy pasach pierwszych lepszych marynarzy. Oczywiście, lata leżenia w agresywnym wodnym środowisku nie przysłużyły się specjalnie szlachetnej stali i przed dalszym użyciem owego oręża w prawdziwej potyczce należałoby odnowić go u odpowiedniego rzemieślnika, kto wie, może nawet przekuć strawione wilgocią ostrze od nowa? Póki co zdawał się jednak nadawać do okazjonalnego użytku.

Również i wypełniona srebrem kiesa pozwalała spojrzeć jakby korzystniej na świat. Z pieniędzmi nie było się już nikim... trzeba było już tylko odnaleźć miejsce, gdzie dało się je wydać... A tego akurat zdawało się brakować na nadmorskim pustkowiu. Wszędzie tylko skały, plaże i żadnych śladów cywilizacji - poza chatką martwego już rybaka, z której, z niemałym wstrętem, dało się wydobyć trochę bezpiecznie wyglądającego prowiantu.

Albiończyk nie był zbyt wytrawnym tropicielem, ciężko by zapomniał jednak o wędrownym kramarzu, o którym wspominał rybak, a ten niewątpliwie musiał jakoś przedzierać się przez pustkowie ku samotnej chatce. Po paru chwilach obserwacji otoczenia udało się Edgarowi znaleźć coś, co jego zdaniem wyglądało na ślady. Zamiast do traktu, doprowadziło go jednak do serii wąskich ścieżek, lawirujących po krawędziach zdradliwych klifów, wśród bujnej nadmorskiej roślinności.


Wątpił, by to właśnie tędy handlarz transportował swoje skromne towary, skalista ścieżynka była jednak lepsza niż nic, chwilowo i tak nie widać było widać rozsądnej alternatywy. Po paru godzinach, gdy owal słońca zaczął chować się już pomału za linią morskiego horyzontu... wąska dróżka przecięła się z całkiem przyzwoitym już traktem. Wyglądało to obiecująco, choć - jak zwykle w tej krainie - z dobrym przyszła i kapka złego.

Ciężko było stwierdzić, czy to wina traumatycznych przeżyć ostatnich dni, czy może wycieńczenia po walce i wspinaczce, ale nasz albioński bohater nie zdołał w porę dojrzeć jeźdźca wyłaniającego się w pędzie zza najbliższego zakrętu**. Nieporadne próby zejścia mu z drogi nie zdały się na nic, gdy masywny siwy ogier spięty ostrogami jeszcze bardziej przyspieszył, kierując się prosto na zdezorientowanego podróżnika. Tym większe było zdziwienie, gdy okazało się, że szarżującym jeźdźcem był nie kto inny, tylko uzbrojona w nabity pistolet niewiasta.


- Ręce do góry, tak bym je widziała! Gadaj kto żeś i czemu po gościńcu o zmroku samojeden grasujesz!
Teraz, gdy zbliżyła się do wędrowcy, ten dokładnie ocenić mógł symbole, którymi okraszone było jej siodło. Wyeksponowany trójząb w złoto-czerwonym polu mógł być godłem jakiegoś miejscowego władyki... albo formacji zbrojnej.
- Co tak na tę tarcze spozierasz? Nie w smak ci panowanie łaskawego Barona von Hargenfersa? Wiedz zatem że jestem pod jego rozkazami, zaprzysiężona by chronić praworządnych podróżników przed hołotą i zbójami... a ty mi na takiego wyglądasz!
Zamek pistoletu odchylił się z głośnym kliknięciem.
- Gadaj skąd masz ten miecz i mieszek! Komuś je zrabował?


* Spostrzegawczość 1k100 45
** Spostrzegawczość 1k100: 81
**Ukrywanie się 1k100: 85

+100pd
 

Ostatnio edytowane przez Tadeus : 13-01-2011 o 03:46.
Tadeus jest offline  
Stary 12-01-2011, 17:24   #8
 
xeper's Avatar
 
Kilkanaście minut zajęło mu odnalezienie drogi na górę. Jedna z odnóg zatopionej jaskini przechodziła w wąską szczelinę. Albiończyk, który do osób rosłych nie należał, nie miał najmniejszych problemów z przeciśnięciem się na górę. Efektem było zaledwie kilka zadrapań na łokciach i kolanach, ale czymże one były w porównaniu z tym, co mogło go spotkać gdyby wydostawał się tą samą drogą, jaką dotarł do wnętrza. Wychynął spomiędzy kamieni i zlokalizował miejsce, w którym rozpoczął wędrówkę w dół klifu. Lina nadal tam była. Wciągnął ją i zwinął. Była zdecydowanie lepszej jakości niż ta, którą zabrał ze zniszczonej łodzi.

Udał się do domku dziadka-ludojada. Broń już miał i to całkiem niezłą. Pieniędzy też mu nie brakowało. Potrzebował czegoś do jedzenia na drogę, a spiżarnia w chatce mogła mu zapewnić niezbędny prowiant. Pomyszkował tam trochę, z obrzydzeniem omijając słoiki wypełnione smalcem, wiszące pod sufitem pęto kiełbasy i tłusty wywar, w którym pływały kawałki mięsa. To wszystko mogło być zupełnie zwyczajną baraniną, ale równie dobrze mogło kiedyś chodzić na dwóch nogach i posługiwać się mową. Edgar, za każdym razem gdy sobie uświadamiał, jakiego niebezpieczeństwa uniknął, dziękował Bogini za opiekę. Przecież dziadek mógł go zarżnąć jak prosię w nocy, gdy spał i teraz pewnie jego kości pływałyby w zupie. Powstrzymał odruchy wymiotne i rzucił na stół wszystko co znalazł. Kawałek ciemnego chleba, kilka upieczonych bulw rzepy, suszone jabłka. Nie było tego dużo, ale przy oszczędnym spożywaniu, powinno mu wystarczyć na kilka najbliższych dni. Zapakował wszystko do sakwy. Rozglądnął się po chacie w poszukiwaniu czegoś co mogłoby mu się jeszcze przydać. Na kołku wisiał gruby, skórzany płaszcz, dobry na słotne dni. Zabrał też bukłak, który napełnił wodą, kuchenny nóż i hubkę z krzesiwem, aby w podróży móc rozpalić ogień.

Wyruszył w drogę, ale zatrzymał się zaledwie dziesięć kroków od drzwi. Nie miał pojęcia gdzie iść. Jedyna droga, jaką rozpoznawał, prowadziła w stronę morza. Pokręcił się chwilę po okolicy, usilnie wypatrując śladów i w końcu zawędrował na skraj klifów. Z dużą dozą obaw ruszył wiodącą tamtędy krętą i wąską ścieżynką. Pod wieczór jego szlak dołączył do szerokiego, bitego traktu.

Zadowolony Edgar wychynął z krzaków i niemalże wpadł pod kopyta pędzącego drogą konia. Jeździec siedzący na nim okazał się być kobietą. Gdyby nie okoliczności, młodzieniec chętnie by się z nią bliżej zapoznał. Ale teraz, nie mógł oderwać oczu od wymalowanego na siodle. Trójzębu... Dziadek coś mówił o trójzębie. Że to on mu przysłał żonę, że kazał mu zjeść Edgara. Czy był to zbieg okoliczności, czy tak właśnie było zapisane?

- Ja... Statek... Rozbity... - wydukał w reikspielu, przenosząc wzrok z symbolu na kobietę. Miała zgrabne uda i wąska kibić. Opięty kubrak ładnie eksponował biust. Rozwiane przez szybką jazdę czarne włosy okalały jej pociągłą twarz. Edgar uśmiechnął się do niej. - Pomoc... Nie bandit...
 
xeper jest offline  
Stary 13-01-2011, 01:00   #9
 
Tadeus's Avatar
 
Albiończyk, jako wytrawny znawca meandrów ludzkiej psychiki zdawał sobie sprawę z faktu, iż pewne gesty i towarzysząca im mimika są najzwyczajniej na świecie uniwersalne i zostaną zrozumiane nawet przesz mieszkańców obcych krain. Niemal intuicyjnie przyjął więc pozę absolutnie bezbronnego, zagubionego i doszczętnie praworządnego obcokrajowca*. I to poskutkowało. Chwytająca już za arkan strażniczka cofnęła rękę, marszcząc niewieście czoło z tęgim namysłem. W końcu opuściła broń, choć warto było zauważyć, że nie schowała jej ponownie do skórzanej kabury u siodła, trzymając oręż póki co w pogotowiu.
- Więc powiadasz, żeś obcokrajowiec, tak? Powiedzmy, że jestem gotowa ci uwierzyć... wstępnie. Udamy się razem do Hargendorfu, a tam sprawdzimy, czyś jednak przypadkiem nie poszukiwany. Ino nie próbuj po drodze zbiec!
Pomachała groźnie pistoletem, obrzucając podróżnika podejrzliwym spojrzeniem. Wydawała się zawiedziona, iż nie trafił się jej jednak żaden groźny zbój.
- Skoro przyjdzie nam razem podróżować, wiedz że trafił ci się zaszczyt spotkać na swej drodze Marię von Blauberg, Strażnika Dróg na ziemiach szlachetnego rodu von Hargenfelsów! A to... - klepnęła serdecznie rumaka po zadzie, aż ten uniósł potężne kopyta w dwunożnym tańcu - Persifal, mój wierny towarzysz i niezawodny nos na niegodziwców!
Koń niuchnął wielkim chrapami powietrze wokół Albiończyka, nie dał jednak po sobie poznać, by wykrył coś szczególnie wyjątkowego.
- A teraz ruszajmy ku Hargendorfowi! Ino żwawo, nie zmuszaj mnie bym cię spętała!

Nim jeszcze ostatnie promienie słońca skryły się za horyzontem, dotarli do przytulnie wyglądającej leśnej rzeczki, która zdawała się wręcz stworzoną do krótkiego, pokrzepiającego noclegu.


Zadowolony z obrotu spraw koń niemal od razu ruszył ku wartkiej, krystalicznej wilgoci, pozostawiając strażniczkę i Albiończyka sam na sam z ich pytaniami i wątpliwościami.

- Więc? -
niewiasta ostrożnie usiadła na pobliskim, pokrytym jesiennymi liśćmi pieńku. Jej ręka nadal nie oddalała się zbytnio od zatkniętej za pas broni.
- Cóż to za statek z którego cię zmyło? Gdzie leżą krainy, z których pochodzisz i czy przypadkiem... nadają tam takim jak ty imiona?

Pogawędka nie trwała zbyt długo, krótko po tym, gdy w lesie zapadły ciemności zmogły ich bowiem wydarzenia i trudy ostatnich dni.



Obudził go pęcherz i wyjątkowo jasny blask Mannslieba, zalewający leśną polankę. Ostrożnie uniósł się, by zaspokoić niedającą mu spać potrzebę. Gdy tylko jednak się ruszył, usłyszał znane już dobrze kliknięcie pistoletowego zamka.
- Tylko nie myśl o ucieczce...
Jej czujne, czarne oczy błyszczały jak u dzikiego kota.

Cóż było zrobić, potrzeba była potrzebą, nawet z wycelowaną w plecy lufą. Oddalił się więc jedynie na skraj obozowiska, podlewając z fantazją pobliskie zarosła.
Niemal się wzdrygnął, słysząc nagle anonimowy szept, dochodzący ze zraszanych właśnie krzaków.
- Pssst... towarzyszu - wydawało się, że właściciel tajemniczego, męskiego głosu zdecydowanie nie chciał, by strażniczka dowiedziała się o jego obecności.
- Lej dalej, by się nie zorientowała... - kontynuował jeszcze ciszej. - Przydałaby się twoja pomoc... uwolnimy cię... ino wróć do niej i zajmij ją czymś, by nie zauważyła jak podchodzimy... mamy z nią pewne otwarte porachunki... ale to przecież nie twoja sprawa, nie? Pójdziesz potem wolny w swoją stronę...
Ostatnia kropla moczu w końcu opuściła pęcherz, zmuszając Albiończyka do podjęcia szybkiej decyzji. Właściciel głosu tymczasem zniknął gdzieś cichaczem, szykując się zapewne do zapowiedzianego ataku.

*Przekonywanie 1k100: 40
 

Ostatnio edytowane przez Tadeus : 13-01-2011 o 17:36.
Tadeus jest offline  
Stary 14-01-2011, 12:01   #10
 
xeper's Avatar
 
O dziwo, udało mu się przekonać uzbrojoną kobietę o braku wrogich zamiarów i niewinności. Nie związała go ani nie rozbroiła, po prostu nakazała mu podążać ze sobą do siedziby jakiegoś władcy okolicznych ziem. Nie mając wyjścia zgodził się, przyrzekając sobie, że będzie się miał na baczności i nie zaufa tej kobiecie ani nikomu innemu, wcześniej nie upewniając się co do ich zamiarów.

Szli niezbyt szybko, dostosowując prędkość do tempa marszu Edgara. Do wieczora nie pokonali zbyt dużej odległości i gdy zaczynało się ściemniać, rozbili obóz nad wartko płynącym strumieniem. Maria zagaiła rozmowę, a Edgar spojrzał na nią podejrzliwie, gdyż podczas podróży w ogóle się nie odzywała.Ciekawe czemu nagle zapałała chęcią rozmowy z nieznajomym?
- Edgar - odpowiedział na pytanie o imię i ukłonił się. - Z Albionu...
Widząc zupełne niezrozumienie w oczach kobiety, kontynuował.
- Wyspa. Daleko na morzu. Uciekałem. Wraz z rodziną... Statek zatonął. Tylko ja żyję...
- Wyspa? Na Morzu Szponów? - Maria, wyraźnie zaciekawiona pochyliła się lekko w stronę albiończyka. - Toż każdy wie, że na Północy są tylko barbarzyńskie, mroźne krainy!
Ponownie zmierzyła go wzrokiem, nie doszukując się jednak fałszu, mówiła dalej.
- No dobrze... Powiedzmy żeś z tego całego Albionu, jak prawisz... Wychodzi więc na to, żeś uciekinierem... Podobnie jak ja. - Niespodziewanie wyszarpnęła zza pasa broń, jednak zamiast wycelować ją w albiończyka, poczęła się nią bawić w zamyśleniu. W końcu spytała. - U was też była wojna?
- Tak -
potwierdził Edgar. - Scarlough walczył z Kennethem Brampton. Wygrał ten drugi. Mój ojciec musiał uciec. My z nim. Cała rodzina. Statek zatonął przy brzegu. Ja uratowany przez rybaka. - Umilkł, nie chcąc zagłębiać się w szczegóły przygody z ludojadem.
- Widać więc, że mamy wiele wspólnego. Mój ród również musiał opuścić swoje włości... I również nie wszystkim się udało... - Przymrużyła oczy, dotykając z czcią wyrzeźbionego na kolbie herbu. Chwila wzruszenia nie trwała jednak długo, już po chwili wrócił jej dawny upór i wigor.
- Oczywiście jeśli mówisz prawdę - dodała już z dawnym zimnem w głosie, kierując lufę w stronę albiończyka. Szybkim ruchem pistoletu wskazała na rozłożone już posłanie. - A teraz pora spać. Jutro o zmroku powinniśmy dotrzeć na miejsce. Wypoczywaj więc.

Edgar posłusznie ułożył się na rozwiniętym kocu, sprawdzając przed snem, czy jego zdobyczny pałasz znajduje się tam gdzie go położył. Tuż pod ręką, przykryty rąbkiem koca. Towarzysząca mu kobieta nie siliła się na rozbrajanie go, ufała mu. On jednak nie miał zamiaru odwzajemniać tego. Któż wie co przyjdzie niewieście do głowy nocą? Może przemieni się w krwiożerczego potwora, albo zmieni zdanie co do jego niewinności i postanowi ubić cichaczem? Poza tym las, otaczający obozowisko nie wyglądał zbyt przyjaźnie w ciemnościach. Edgar nie wiedział czy tutejsze lasy są bezpieczne, czy też może pełne potworów i złych duchów, jak te w jego ojczyźnie.

Obudził się, naglony potrzebą udania się w krzaki i ulżenia pełnemu pęcherzowi. Księżyc świecił jasno, zalewając okolicę srebrnym blaskiem. Nim zrobił dwa kroki, usłyszał Marię celującą do niego z pistoletu.
- Tylko sikać - powiedział i poszedł na skraj zarośli. Niemal podskoczył słysząc głos, dobiegający z krzaka, który właśnie podlewał. Nim skończył, padła propozycja i ukrywający się mężczyzna, zniknął. Edgar związał spodnie i powoli ruszył z powrotem w kierunku swojego posłania. Bogini! Co mam robić? Ostrzec ją, czy może pozwolić tamtym? A co jeśli kłamią? Zabiją ją i mnie. Nie mogę ufać nieznajomym, zwłaszcza czającym się w krzakach. Maria mi zaufała.
- Psst - szepnął do Marii, kładąc się na posłaniu i chwytając pałasz w dłoń. - W krzakach ludzie, chcą Cię pojmać...
 
xeper jest offline  
 


Narzędzia wątku
Wygląd

Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 10:20.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172