Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 08-01-2011, 15:04   #1
 
one_worm's Avatar
 
Reputacja: 316 one_worm jest jak klejnot wśród skałone_worm jest jak klejnot wśród skałone_worm jest jak klejnot wśród skałone_worm jest jak klejnot wśród skałone_worm jest jak klejnot wśród skałone_worm jest jak klejnot wśród skałone_worm jest jak klejnot wśród skałone_worm jest jak klejnot wśród skałone_worm jest jak klejnot wśród skałone_worm jest jak klejnot wśród skałone_worm jest jak klejnot wśród skał
Sesja dla początkujących[Warhammer 2 e.d]

Na rynku lał deszcz, spłukując nieczystości poprzednich, upalnych dni. Jedni owy deszcz przeklinali, inny za to go błogosławili. Averburg, miasto w którym handel kwitł tylko w dni słoneczne przypominało cmentarz, aniżeli cokolwiek innego. Nieliczni przechodnie szli czym prędzej chcąc uniknąć deszczu i schować się w suchym miejscu najszybciej jak to tylko możliwe. Każdy z was trafił do karczmy pod „Łbem dzika” w odstępie kilku minut.

Jedyny niezajęty stolik był zajmowany przez kolejno zjawiające się osoby. Najpierw przybyła młoda, piękna kobieta z jakimś łańcuszkiem na szyi, później czworo mężczyzn. Siedzieliście przy jednym stoliku, grzejąc się piwem i podjadając zamówioną kolację. Nie znaliście się wcześniej, rozmawialiście sobie ot tak, prowadząc niezobowiązujący dialog o pogodzie, no bo skoro już siedzicie przy jednym stoliku. Krople deszczu bębniły równomiernie o dach jak i cały budynek zanosząc się ponurym szlochem niebo dawało jasny znak – nie prędko minie ta ulewa. Nagle do karczmy, w której wy siedzieliście, przyszedł jegomość ubrany w podróżne szaty, nie wyróżniał się w tej chwili od tłumu innych ludzi, także zakrytych płaszczami przed deszczem. Pewnym korkiem ruszył w stronę jedynego wolnego miejsca w całej karczmie. Chcąc-nie chcąc było to miejscu przy waszym stoliku. Przyglądacie się jegomościowi i widzicie, że pod płaszczem ma zbroję, delikatnie połyskującą w wątłym świetle, długi miecz przy pasie i złoty pierścień na prawej ręce, na placu wskazującym. Nieznajomy nieznacznie kiwnął głową w waszą stronę ni to na powitanie, ni to na jakiś umówiony znak. Wasze kufle zostały wysuszone już niemal do pusta, tak więc jeden z was postanowił je uzupełnić, gdy tylko wstał, przez drzwi, które odleciały z hukiem, wpadli jacyś uzbrojeni ludzie, mimo tłumu i tłoku zrobiło się bardzo cicho...:
-W imię Sigmara, wszyscy zebrani tutaj będziecie przeszukani i zabrani na spytki do świątyni. Każda osoba, która odmówi pójścia dobrowolnie zostanie uznana za heretyka i jeszcze dziś spalona na stosie...
Tłum zaczął niespokojnie się rozglądać po sobie, co niektórzy, słusznie wystraszeni, zastanawiali się jak stąd zniknąć. Wtedy nieznajomy zwrócił się do was:
-Do Aldorfu są trzy dni drogi, mam list, a mnie szukają. Musicie udać się do Najwyższego Kapłana Sigmara, w Wolfenburgu, skąd uciekam, władzę przejął chaos.
Wyciągnął z rękawa list, z zamiarem wręczenia go któremuś z was.
-Błagam was w imię Sigmara, pomóżcie mi! Nagroda was nie ominie. Powołajcie się na Felixa "zagubionego" Heina.
Nieznajomy po tych słowach wskazał na ladę i drzwi za nią prowadzące gdzieś w głąb karczmy czy raczej składziku:
-Narobię hałasu, tamtędy uciekniecie. Nie będą was szukać...
A na stole leżał list, z pieczęcią...

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=P5Ni-wrFwVs[/MEDIA]
Elyn Porwała list i schowała pod płaszcz. W tłumie zaczęliście przeciskać się w kierunku kontuaru i drzwi za barem i barmanem. Nagle usłyszeliście odgłosy bijatyki, najwidoczniej nieznajomy postanowił zająć czymś strażników. Skorzystaliście z okazji. Dotarliście do dzrwi i szybko zniknęliście za nimi.

Pomieszczenie było małe z jednym tylko oknem, nie myśląc zbyt wiele, bo i nie było o czym wyszliście jedno po drugim przez okno wprost na lodowaty deszcz. Znajdowaliście się w bocznej uliczce, a deszcz lał wam się za kołnierz.

Zaczęliście biec, uciekać z tego miejsca, biegliście przed siebie całą piątką, majacząc innym ludziom w oknach. Byliście tymi postaciami, które przemykają się, które widziane uznawane są za złodziei, morderców albo inne męty i plagę miast. Dotarliście na skraj miasta, słyszeliście tylko deszcz który odbijał się od domostw, od dachów, a przed wami rozciągał się ciemny las. Nagle zawiał wiatr, wiedzieliście, mieliście przeczucie, że to dopiero początek waszej przygody i choć byście chcieli nie macie możliwości zawrócić. Nie, jeśli nie chcecie poznać siebie, poznać prawdy, dokonać swego przeznaczenia. Bo choćby ktoś był niewierzący to czy może się równać z Bogami i ich zamiarami? Czy może okrzyknąć się lepszym od nich? Ktoś kto patrzyłby z boku na was widziałby pięć zakapturzonych postaci w płaszczach podróżnych ruszających żwawym korkiem w mrok lasu, w deszcz, mrok, niebezpieczeństwo, zobaczyłby osoby mające ważną misję albo będące potępionymi…
 
__________________
Do szczęścia potrzebuję tylko dwóch rzeczy. Władzy nad światem i jakiejś przekąski.

Ostatnio edytowane przez one_worm : 08-01-2011 o 15:10.
one_worm jest offline  
Stary 08-01-2011, 17:41   #2
 
Arsene's Avatar
 
Reputacja: 29 Arsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodze
~Świetnie, kocham deszcz .. po prostu ubóstwiam~ ironia przemknęła przez myśli Hansa szybciej niż deszcz z dachu do rynny. Miał wprawdzie do przejechania jeszcze spory kawał drogi, lecz w sumie w siedzibie strażników wyczekiwano go dopiero za tydzień. W sakiewce pobrzmiewało jeszcze kilka grosików, więc spokojnie mógł zabawić dzień lub dwa w gospodzie. Nikt przecież nie powinien się obrazić ?

Averburg było miastem, które Hans odwiedzał raz na dwa, może trzy tygodnie. Nie było duże, nie było tu kogo ochraniać, wszyscy się znali. Pośród kilku domków strażnik szybko wypatrzył karczmę. Stary i skrzypiący szyld głosił "Karczma pod Łbem Dzika". Budynek wyglądał na wiekowy i nie remontowany od dawien dawna. Przez brudne okna dochodził przyjemny blask ciepłego wnętrza. Strugi wody spadały z głośnym plaskiem z dachów na drogę, tworząc istne bajoro. Służbowy koń grzązł i ledwie ciągnął się w stronę gospody.Delhof, bo tak wabił się wierzchowiec był maści brązowej, a na grzbiecie miał sporą białą plamę. Nim Hans dotarł do wejścia, użył pod adresem pogody chyba wszystkich znanych mu przekleństw. Uderzył pięścią w drzwi z całej siły, nie przestając jeździć po tym cholernym deszczu. Z ciepłego i suchego wnętrza wyjrzał młody, góra piętnastoletni chłopak. Niski, gruby i z jasną, powichrzoną czupryną.
- Witam Cię, podróżniku! - chłopak zmierzył Hansa wzrokiem i szybko zorientował się z kim na do czynienia.
- Odprowadzę pańskiego konia do stajni - powiedział z niechęcią na twarzy patrząc pod ramieniem strażnika, które trzymało drzwi na błoto i deszcz panujące na zewnątrz.

Wnętrze gospody było ciepłe i przytulne. Przynajmniej strażnik tak je teraz postrzegał. Przesiąknięte wodą ciuchy zostawiały za sobą mokry ślad. Nie umknęło to uwadze grubego karczmarza, który momentalnie zjawił się przy Hansie i zaczął prawić mu morały. Dla świętego spokoju mężczyzna wyrznął ciuchy przy wejściu i dopiero usiadł przy stoliku. Mokra koszula przykleiła mu się do ciała. Spodnie ważyły kilkakrotnie więcej niż normalnie. Reszcza ubrań wisiała na oparciu od krzesła, podobnie jak pas z pistoletem, choć ten akurat był suchy. Był pod ręką, bo jak wiadomo w karczmach zawsze gdy pełno, łatwo o awanturę. Kiedy Hans rozwiesił już swoje ciuchy na krześle, do izby wszedł pomocnik karczmarza. Poinformował strażnika o tym, że koń jest w stajni. Mężczyzna przez chwilę rozważał rzucenie mu srebrnika, ale gdy tylko złapał sakiewkę, ta wydała mu się dziwnie lekka. Podziękował mu i wyciągnął się na swoim siedzeniu. Przy stoliku siedziało jeszcze kilka osób. Trzech innych facetów rozmawiało z kobietą o pogodzie i innych błahych tematach. Hans tylko zerkał na nią od czasu do czasu, myśląc nad dalszymi krokami.

Wypadało by w sumie wynająć pokój, ale kto za to zapłaci ? Chociaż z drugiej strony spędzanie nocy pod gołym niebem przy takiej pogodzie to szaleństwo. Ostatecznie Hans postanowił poczekać. Wówczas karczmarz postawił na stoliku kufle z piwem. Strażnik porwał jeden z nich i powoli upił łyk. Po nim drugi, chwilę później trzeci. Nim osuszył kufel, drzwi karczmy otworzyły się z hukiem. Do izby weszło kilka osób. Byli z inkwizycji, szukali jakiegoś człowieka. Odetchnąwszy z ulgą strażnik dróg padł na swoje krzesło i już miał złapać kufel, gdy do ich stolika podszedł jakiś facet. Wariat chciał żeby wzięli list. Przez myśl strażnika przebiegło szybko coś w stylu ~Ciekawe ile Inkwizycja da za wydanie go?~ale nim zdążył sobie na to odpowiedzieć, dziewczyna porwała list i skryła go pod płaszczem. Hans mało co nie zakrztusił się swym piwem. ~Super, teraz ją złapią, a nas powieszą w gratisie ...~. Nie było planu, nie było niczego! Jasna cholera... będą kłopoty i ro duże!Momentalnie w karczmie zaczęła się rozróba. Korzystając z tego faktu, cała ekipa w ciągu kilku chwil znalazła się za barem, zbliżając się do drzwi na zaplecze. Hans został kilka kroków z tyłu, gdyż musiał zwinąć swoje ubrania. Założył je szybko na zapleczu, gdzie było tylko jedno małe okienko. ~Trzeba pryskać~ pomyślał i wyszedł przez nie. Lodowaty deszcz padał nadal z całą siłą.

Hans biegł grzęznąc co kilka kroków w błocie. Krople mocno uderzały w rondo jego spiczastego kapelusza. I nagle przeszła go pewna myśl. ~Czemu ja do jasnej cholery biegnę!?~ i zaraz po tym ~Niech to szlag, mój koń!~.
- Spotkamy się dwie mile za miastem, dołączę do was! - strażnik rzucił, puszczając się biegiem w stronę karczmy. Pędził tak szybko, że brakowało mu tchu. Gdy był już blisko karczmy myślał, że wypluje płuca. Nigdy nie miał dobrej kondycji, pewnie przez to, że zwykle jeździł konno. Marszowym krokiem mógł przejść spore odległości, lubił maszerować ale bieg był czymś okropnym. Strażnik miał nadzieję, że przed samą karczmą nikogo nie będzie, a stajnie nie były jeszcze przeszukiwane. Na wszelki wypadek sprawdził czy pistolet dobrze leży. Pasek ułożył się wygodnie mimo zakładania go w nadzwyczaj szybkim tempie.
 
__________________
Także tego
Arsene jest offline  
Stary 08-01-2011, 20:02   #3
 
Miccu's Avatar
 
Reputacja: 0 Miccu nie jest za bardzo znany
- "No to pięknie, ledwo opuściłem Altdof, a już mam do niego wracać, a do tego ten przeklęty deszcz"
Boris biegł przed siebie ile sił w nogach nie zwracając zbytnio uwagi na towarzyszy. Usłyszał jednak jak jeden z nich chciał, aby na niego poczekać.
- "Niby po co miałby tam wracać? Chce wspomóc inkwizycję? Zostawił coś bardzo ważnego? Jeżeli tak, to co? " – myślał Boris. "Inkwizycja... Chyba z nimi nie współpracuję - w najlepszym wypadku dali by mu kilka srebrników, w najgorszym powiesili za współudział... Nie wiem co to jest, ale musi być bardzo kosztowne skoro gotowy jest narażać za to życie. Cokolwiek to jest, to jednak póki co nie moja sprawa, może dowiem się jak wróci" - Rozmyślając, zaczął zwalniać tempo biegu. Był już bardzo zmęczony, a nogi powoli odmawiały mu posłuszeństwa. Nie był przecież przyzwyczajony do biegu na takie dystanse. Okolica wyglądała coraz bardziej ponuro, im dalej w las tym ogarniało go coraz większe poczucie zagrożenia które wzmagała ta przeklęta pogoda.
- "Coś jest w tym lesie, czuję to. Do tego te przeklęte okoliczności... Na co ja się do cholery porwałem?!" - Nie zwracał już uwagi na otoczenie tylko myślał i próbował nie zwracać uwagi na swoje bolące nogi. Musiał dotrzymać kroku reszcie. Wiedział, że jeszcze trochę się pomęczy i reszta też pragnie się zatrzymać.
-"Nie daję rady... może powinienem zwrócić uwagę reszty? Ale czy posłuchają?" - W jego głowie trwała burza myśli, ale wreszcie zdecydował się, zatrzymał się i krzyknął zasapany w stronę reszty:
- Czekajcie! Porozmawiajmy! - Chyba go usłyszeli. Nie widział dokładnie, ale chyba reszta też się zatrzymała.
- "Dobra... Chyba się udało" - pomyślał Boris.
- Słuchajcie, powinniśmy chyba wyjaśnić sobie parę rzeczy i poczekać na tego pajaca który wrócił do miasta. Widzicie tamte drzewa? - Wskazał w stronę dwóch, jakby skrzyżowanych drzew które nadały by się na schronienie.
- Musimy zorganizować jakieś schronienie przed naszą kochaną ulewą i przy okazji odpocząć. Ale póki co proponuję wziąć się do pracy. Zbierzcie co się nada i spotkamy się tutaj. - Powiedział władczym głosem Boris. - "Wow. Chyba udało mi się zwrócić ich uwagę, w każdym razie mnie wysłuchali, zobaczymy co dalej" - Zrobiło mu się jakby lepiej, zagrożenie które odczuwał zmalało i chyba zaczął powoli odnajdywać się w zaistniałej sytuacji. Postał chwilę patrząc na resztę i po chwili zaczął zbierać gałęzie które nadałyby się do zrobienia schronienia.
-"Ale, co ja właściwie robię? Pewnie nawet nie uda mi się rozpalić ognia. Po co to wszystko? Mogłem zostać w Altdorfie i poszukać sobie jakiejś ciepłej posadki. Ale czyż nie tego chciałem? Przygód, ucieczek, walki?" - Boris zadręczał się pytaniami. Tempo wydarzeń go trochę przygniatało, przecież nigdy wcześniej czegoś takiego nie robił. Jego praca w straży miejskiej ograniczała się do mało istotnych zadań, a wszystkie opowieści ojca były o wiele bardziej kolorowe od tego co spotkało go. Niedoświadczonego chłopaka uważającego się za najemnika. Rozmyślał jeszcze trochę, zerkając od czasu do czasu na stojące w oddali skrzyżowane drzewa, aby się przypadkiem nie zgubić dopóki nie spostrzegł, że więcej gałęzi nie uniesie.
-" Dobra, chyba pora wracać do reszty. Zobaczę co dalej... - Nie zastanawiając się zbytnio ruszył w stronę tych jakże charakterystycznych i niezwykle wyglądających drzew.
 
Miccu jest offline  
Stary 08-01-2011, 20:03   #4
 
Erissa's Avatar
 
Reputacja: 1217 Erissa ma z czego być dumnyErissa ma z czego być dumnyErissa ma z czego być dumnyErissa ma z czego być dumnyErissa ma z czego być dumnyErissa ma z czego być dumnyErissa ma z czego być dumnyErissa ma z czego być dumnyErissa ma z czego być dumnyErissa ma z czego być dumnyErissa ma z czego być dumny
Po długim marszu nogi odmawiały jej już niemal posłuszeństwa, deszcz lał niemiłosiernie, gdy weszła wreszcie do miasta, rozglądnęła się dookoła, ulewa z każdą chwilą przybierała na mocy

- Niech cię szlag Otto, niech cię szlag gdziekolwiek jesteś i cokolwiek robisz – z rozgoryczeniem odrzuciła zmokniętą grzywkę i naciągnęła mocniej kaptur

Ludzie przemykali szybko obok niej, załatwiali jakieś ostatnie, pilne sprawy, wydawała się ich nie widzieć, zaślepiona złością brnęła przed siebie szukając kawałka suchego miejsca na nocleg, nagle jej oczom ukazał się szyld karczmy „Pod Łbem Dzika” "Dzięki ci Shallyo!" przeszło dziewczynie przez myśl i bez ociągania niemal wbiegła do izby. Pomieszczenie było ciepłe i miłe, do jej nozdrzy doleciał cudowny zapach pieczonego mięsiwa… "O tak, potrzeba mi odpoczynku... Może mają jeszcze wolne pokoje?" Mimowolnie westchnęła i rozejrzała się jeszcze raz klnąc cicho pod nosem gdy zdała sobie sprawę, że wszystkie stoliki są zajęte… Nie! Jeden był wolny! Siedziało przy nim kilku mężczyzn, ale dwa krzesła były jeszcze wolne. Bez namysłu ruszyła w tamtą stronę
- Mogę? – zapytała i nie czekając na odpowiedź przysiadła się
Rozmawiali między sobą o różnych nieistotnych rzeczach mimowolnie zatonęła więc w myślach "Ciekawe czy mnie ściga…" zadrżała lekko, nie wiedziała sama czy z zimna, a może ze strachu…
- Ależ mamy dzisiaj nieciekawą pogodę, prawda? – zagadnął ją jeden z siedzących przy stoliku
- Prawda, nieznośna – uśmiechnęła się odruchowo
Dopiero wtedy zauważyła, że wolne krzesło obok zostało właśnie zajęte przez nieznajomego mężczyznę, który patrzył w głąb sali, taktownie spojrzała na niego i ponownie się uśmiechnęłam jednak, gdy ich oczy się spotkały szybko odwróciła wzrok… Sekundy wydawały się niemiłosiernie dłużyć, kiedy nagle w karczmie zapanowała atmosfera napięcia, wszyscy umilkli… ~Cudownie, z deszczu pod rynnę~ pomyślała, gdy powiedzieli o przesłuchaniach, lecz wtedy stanął przed nimi mężczyzna, po krótkim wyjaśnieniu położył na stole list z pieczęcią, przedmiot wydawał się wołać do niej… Nim zdążyła pomyśleć już chowała go pod płaszczem, to było bardziej machinalne niż jakiekolwiek inne działanie. Przebiegła wzrokiem po innych i nagle puściła się biegiem w kierunku wskazanym przez mężczyznę, usłyszała, że pozostali podążają jej śladem. Pomieszczenia tak szybko rozmywały się przed jej oczami, że ledwie rozpoznawała gdzie jest, wreszcie niczym zbawienie zauważyła okno i szybko wyszła przez nie na ulicę. Niesiona jakimś dziwnym strachem nie zwracała nawet uwagi na sieczący jej twarz ulewny deszcz, uwagę jednak do rzeczywistości przywrócił męski głos:
- Spotkamy się dwie mile za miastem, dołączę do was! – usłyszała
Spojrzała za siebie tylko po to, żeby zobaczyć jak tajemniczy towarzysz z karczmy znika między budynkami
- Powodzenia – szepnęła cicho i zaczęła biec znowu rozchlapując dookoła wodę
Nie wiedziała jak długo pędziła przed siebie zatrzymał ją dopiero głos towarzysza "Niby dlaczego mam cię słuchać?" przemknęło jej przez myśl, ale doszła do wniosku, że jednak powinni zaczekać na mężczyznę w kapeluszu. Starała się wybierać w miarę suche gałęzie, gdy miała ich już całe naręcze skierowała się do miejsca, gdzie wznieść planowali improwizowany obóz.
 

Ostatnio edytowane przez Erissa : 08-01-2011 o 20:17.
Erissa jest offline  
Stary 08-01-2011, 21:24   #5
 
Imuviel's Avatar
 
Reputacja: 15 Imuviel nie jest za bardzo znanyImuviel nie jest za bardzo znanyImuviel nie jest za bardzo znanyImuviel nie jest za bardzo znanyImuviel nie jest za bardzo znanyImuviel nie jest za bardzo znany
- Nie podoba mi się to. Ani trochę.
- Dlatego nikt cię nie pyta o zdanie, Gorik.
- Zawrzyj gębę, szczeniaku, zanim cię wyręczę. Darmozjad jeden pie...
- Gorik! Berty! Zamknąć się obydwaj. Zaciągnąłem trochę języka w karczmie i ten cały Oskar to nieprzyjazny gość. Lepiej miejmy się na baczności. Gorik i Berty będziecie nieść skrzynkę, ja pójdę z przodu. A teraz do roboty, pan Kauze nie płaci wam za gadanie.


Widziałem ich z oddali. Cała grupa zakapturzonych łotrów, okryta płaszczami. Gorik znowu zaczął mamrotać pod nosem, że to szaleństwo.
Skrzynka była dość ciężka, w szczególności gdy niosło się ją z niższym o dwie głowy krasnoludem.
Wszyscy byliśmy nerwowi, ale tylko pan Kauze dał to po sobie poznać. Z Tęgim Oskarem należało obchodzić się jak z jajkiem. Wysoki Karp kuśtykał przede mną, podpierając się halabardą.
Przystanęliśmy. W powietrzu czuć było wilgoć, chmury zwiastowały ulewę.
Dość niewygodnie mi było w pełnym rynsztunku, w skórzni, z mieczem upiętym do pasa i tarczą niedbale przerzuconą na plecach.
Gorik skinął głową dając znak.
- Oskar, przyjacielu! - rozłożył dłonie w przyjaznym, acz sztucznym geście pan Kauze. Zakapturzeni poruszyli się niespokojnie.
- Frederik. Przyjacielu... Zabić ich. Wyciągnęli spod płaszczy załadowane kusze, unieśli i wszystko zdarzyło się naraz.

Karp wygiął się z zamiarem osłonięcia pana Kauze, Gorik ryknął, przy czym puścił skrzynię, czego jam się z kolei nie spodziewał. Wtem coś świsnęło, krasnolud ruszył do przodu jak taran przy czym skutecznie przeszkodził mu sterczący z piersi bełt.
Z korony pobliskiego drzewa zerwały się ptaki, a Karp wyrżnąłby na plecy gdybym go w porę nie złapał.
Chciał coś powiedzieć, ale brunatna krew wypełniła mu usta. Zbierało mi się na rzygi.
Ktoś krzyczał „brać go”, „strzelać durnie!”. Chwyciłem halabardę towarzysza z zamiarem stanięcia twarzą w twarz z przeznaczeniem.
A gdzie tam! Nogi same poniosły mnie w pizdu zupełnie jakbym ważył tyle co piórko.
Choć pewnikiem to dlatego, że po pijaku chłopaki sprzedały mojego konia ze dwa siedmiodnie temu...

W karczmie mógłbym się schować przed ludźmi Oskara, ale też przed ulewą.
Gdy otworzyłem drzwi, buchnął ze środka smród i gorąc. Sala zdawał się być pełna. Tym lepiej dla mnie. Był tylko jeden stolik do którego mógłbym się wcisnąć. Odłożyłem tylko na bok halabardę i tarczę, bo nieporęcznie się siedziało z owym ekwipunkiem u boku w ludnej karczmie.
Do rozmowy wtrącałem się nierzadko, ale wciąż chyłkiem zerkając na drzwi.
Aż nagle stało się, najgorsze. Rozwarły się, huknęły o ścianę i do środka wszedł uzbrojony jegomość. Hola, hola... tu pancerz, tu pierścień, tu coś nie gra.
Podszedł do stolika kolejny nieznajomy wręczając kopertę.
Inkwizycja? No pięknie!
Jednak to dzięki owemu nieznajomemu mogłem wyśliznąć się z tego miasteczka...
I tak nie miałbym się gdzie podziać, więc warto spróbować.


Wybiegliśmy w ciemną noc. W pewnym momencie jeden z mężczyzn zawrócił pod pretekstem odzyskania konia. Nim zdołałem go powstrzymać, już zniknął w mroku. Głupiec, złapie go inkwizycja i tyle go widzieli.
Nieznajomy zaproponował przeczekanie ulewy i założenie prowizorycznego obozowiska.
- I tak byśmy nigdzie nie doszli. - rzuciłem - Nie w ulewę, bez koni, bez światła. Mam pochodnię, ale i tak na nic się nie zda. A, tak przy okazji. Zwę się Berty.
 
__________________
moja postać =/= ja // Tak, jestem kobietą.

Ostatnio edytowane przez Imuviel : 08-01-2011 o 22:19.
Imuviel jest offline  
Stary 08-01-2011, 21:55   #6
 
Arsene's Avatar
 
Reputacja: 29 Arsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodze
Hans zajrzał ostrożnie do karczmy przez brudne do granic możliwości okienko. Rozróba trwała w najlepsze. Jeden ze strażników inkwizycji leżał na ziemi okładany przez zarośniętego pijaka. To był dobry moment na działanie. Za późno po prawdzie na dopijanie piwa, ale na ratowanie wierzchowca i ekwipunku nigdy nie było za późno. Na rogu karczmy była niewielka drewniana furtka, będąca zapewne tylnym wejściem do karczmy. Strażnik podszedł do niej, a ta ustąpiła pod silnym naciskiem jego barku. Deszcz zaczął zacinać jeszcze mocniej. Strugi wody spływały z ronda kapelusza niemalże zasłaniając prawie całe pole widzenia. Po lewej stronie znajdowało się wejście do piwniczki. Po prawej była stajnia. Nie było nikogo innego, więc korzystając z tego Hans ruszył do środka. Stały tutaj różne wierzchowce, było ciepło i sucho. Tylko w jednym miejscu dach trochę przeciekał.
- Tu jesteś ... całe szczęście! - Hans mruknął do konia klepiąc go po grzbiecie. Rozejrzał się i podbiegł do bramy stajni. Otworzył jedno drewniane skrzydło, które skrzypiało niemiłosiernie. Wsiadł na Delhofa i popędził drogą tam, gdzie uciekli pozostali. Pędził jak mógł, więc spotkał ich dość szybko. Na drodze stała tylko dziewczyna.
- Gdzie reszta ?
- Szukają drewna, chcemy rozpalić ognisko, trochę się zagrzać, wysuszyć - spojrzała na niego badawczo, później uśmiechnęła się nagle - Jestem Elyn - podała mu rękę.
- Hans Gerter. Zdjął bym kapelusz, ale zważywszy na ten deszcz ... sama widzisz. Masz list ?
- Mhm -
Kobieta rzuciła Hansowi podejrzliwe spojrzenie.
- Dobrze. Nie powinniśmy tu tak stać, w karczmie jest niezła jatka. Inkwizycja może prosić o jakieś wsparcie czy coś, a w każdym razie lepiej się nie pokazywać. I jak chcesz rozpalić ogień mokrym drewnem w deszcz ?
- Ammm... -
speszyła się, przygryzła wargę - Starałam się wybierać suche, może się uda.
- Cóż, myślę że teraz nie ma sensu rozbijać obozu. Trzeba oddalić się od miasteczka, od inkwizycji ... póki nie wiedzą, że masz list.
Hans co jakiś czas rozglądał się nerwowo za siebie.
- Chodźmy, poszukamy jakiejś polanki czy czegoś - powiedział po czym zsiadł z konia i poprowadził go wgłąb lasu.
- Czym się zajmujesz? - zapytała zapewne by zabić czas.
- Ja ? Pilnuję dróg, rozbijam się po gospodach ... w ramach pracy oczywiście, nic ciekawego, a Ty czym się trudnisz ?
- Jestem cyrulikiem - uśmiechnęła się - z powodów różnych poza domem - mrugnęła - Polecam się w razie czego, choć nie życzę...
- Cyrulik ? Hmm ... - Hans zamyślił się na chwilę i zmierzył ją wzrokiem.
Uśmiechnął się i zapytał drążąc temat
- Co rozumiesz przez powody różne ?
- Hm... Kłopoty...osobiste - plątała się trochę - Raczej nie zainteresuje cie to... Znaczy Pana...
- Cóż, nie przeszkadza mi bycie na "Ty" - Mężczyzna znowu się uśmiechnął, patrząc się cały czas przed siebie - Wiesz, zważywszy na okoliczności - mamy czas.
- Nawet jeśli powiem ci, że całkiem możliwe, iż moja rodzina właśnie ma z mojego powodu kłopoty a za mną podąża pościg? - jej oczy zaszkliły się mimowolnie.
- Cóż, moja rodzina ... - Hans zawiesił się na chwilę - Ekhm, też nie jest zadowolona z pewnych rzeczy jakie dawno temu zrobiłem. Za moją głowę w mojej wsi jest nagroda - fakt ten ewidentnie strażnika bawił - Opowiadaj śmiało.
- Więc nie myliłam się myśląc, że wartościowy z ciebie człowiek - zażartowała - O moją rękę starał się pewien mężczyzna...szycha, ale okrutnik niesamowity. Ojciec nie mógł mu odmówić, bo zniszczyłby nas w każdym znaczeniu tego słowa, mógł nawet posądzić nas o czary, bo od medycyny do magii, jak niektórzy uważają... sam wiesz najlepiej. Uciekłam w nocy z domu, rodzicie upozorowali porwanie, jeśli się wydało, że to oszustwo pewnie już siedzą w więzieniu, a jeśli nie... w każdej chwili mogę mieć na głowie kilku zbrojnych z cudownym Otto na czele - zakończyła i spojrzała na Hansa.
- Otto. Paskudne imię - Hans powiedział z iście stoicką powagą malującą się na twarzy, chodź po przesadnie poważnym tonie głosu można było wywnioskować, że sobie żartuje.

Gdy teraz popatrzył na nią jego oczom ukazał się ciekawy widok: dziewczyna miała brązowe włosy związane w koński ogon tak, by mokre kosmyki nie opadały jej na oczy, jednak niesforna grzywka wciąż sprawiała, że Elyn odrzucała ją dyskretnym ruchem na bok, błękitne, niezwykle głębokie oczy błyszczały w ciemności. Ładna twarz doskonale komponowała się ze zgrabna, wysportowaną, ale też wysoką sylwetką, co podkreślały delikatnie opięte ubrania. Na szyi błyszczał jej medalion ze znakiem patronki medyków - gołębicą
 
__________________
Także tego
Arsene jest offline  
Stary 08-01-2011, 22:37   #7
 
Erissa's Avatar
 
Reputacja: 1217 Erissa ma z czego być dumnyErissa ma z czego być dumnyErissa ma z czego być dumnyErissa ma z czego być dumnyErissa ma z czego być dumnyErissa ma z czego być dumnyErissa ma z czego być dumnyErissa ma z czego być dumnyErissa ma z czego być dumnyErissa ma z czego być dumnyErissa ma z czego być dumny
Hans poprawił kapelusz, przyglądając się dziewczynie. Ona też patrzyła na niego. Dostrzec mogła, że strażnik ma czarne włosy opadające na ramiona, jest niepozornej budowy, a jego twarz poznaczona jest znamieniem licznych bójek i przebytych mil. Jego brązowe oczy, gdy tylko nie obserwowały Elyn, lustrowały otoczenie. Ubrany był w skórzany, ciemny płaszcz, a głowę przed wodą chronił kapelusz z rondem. Elyn dostrzegła, że spod płaszcza wystaje pistolet.
- Pistolety, piękna broń, można powiedzieć, że tylko dla elity - zażartowała patrząc z ciekawością na fragment broni
- Tak, całkiem dobra. Szczerze mówiąc, to zdobyłem go jak zaczynałem pracę. Żeby to kupić trzeba wydać majątek
- Domyślam się, kosztuje sporo, ale robi też spore zamieszanie i... wrażenie. Wyglądasz na doświadczonego wędrowca, pewnie długo już pracujesz jako strażnik.
- Sam nie wiem, od kilku lat błąkam się po drogach i biorę za to kasę. Widziałem już wiele rzeczy, z wieloma ludźmi miałem do czynienia ... chociaż nie z tak nadobnymi ...
Było ciemno, więc nie zauważył delikatnego rumieńca na twarzy dziewczyny, zaśmiała się tylko cicho by ukryć zakłopotanie
- Dziękuję za komplement - powiedziała patrząc na towarzysza
- Co ? Komplement ? Gdzie ? Ach ... ekhm ... nie ma za co. Cóż, i tak pewnie każdy kogo spotykasz Ci to mówi ...
- Niestety nie - odpowiedziała wesoło - O czym myślisz?
- O tym jak rozpalę ogień w tę ulewę, moja droga. Tylko i wyłącznie o ogniu ...

Szli jeszcze przez chwilę, gdy zauważyli, że drzewa w jednym miejscu rosną bardzo rzadko tworząc małą polankę, idealną na nocleg, bowiem zarośla otaczające ją skutecznie maskowałyby rozbity obóz. Korony drzew tworzyły jakby mały baldachim chroniący przed deszczem, było tam więc sucho i przyjemnie.
- Jest wreszcie! – zawołała i pobiegła w tamtą stronę, ułożyła wprawnie drewno i zaczęła mocować się z gałęziami próbując rozpalić ogień
- Mógłbyś mi pomóc? – zapytała nieco zrezygnowana
- Pozwól, że się tym zajmę - powiedział jakby nie słysząc pytania. Wziął się za rozpalanie ognia. Hubka i krzesiwo były bardzo pomocne. Podobnie jak drzewo dziewczyny.
Elyn spojrzała na niego długo, jego twarz spowijała czerwona poświata
- Musimy chyba zawołać pozostałych – bardziej zapytała niż stwierdziła
- Mnie się nie spieszy, ktoś musi doglądać ognia .. i ktoś musi doglądać doglądającego, nie ? – zażartował
Uśmiechnęła się znowu, który to już raz dzisiaj? Rozłożyła koc i usiadła na nim, objęła się ramionami, by powstrzymać zimno.
 
Erissa jest offline  
Stary 08-01-2011, 22:59   #8
 
Yzurmir's Avatar
 
Reputacja: 202 Yzurmir ma w sobie cośYzurmir ma w sobie cośYzurmir ma w sobie cośYzurmir ma w sobie cośYzurmir ma w sobie cośYzurmir ma w sobie cośYzurmir ma w sobie cośYzurmir ma w sobie cośYzurmir ma w sobie cośYzurmir ma w sobie cośYzurmir ma w sobie coś
Gabriel Hörbiger siedział w wynajętym pokoju i bawił się nożem. Obracał go w dłoniach, przesuwał palcem po ostrzu, a w końcu zacisnął go w pięści i przycisnął ją do ust, zastanawiając się, co przyniesie mu ten dzień. Podniósł oczy i spojrzał na niski, skośny sufit oraz resztę jego taniego pokoiku na poddaszu. Na ten widok zebrało mu się na mdłości. Próba skupienia uwagi na tym, co go czekało, wcale nie pomogła.

Mężczyzna odetchnął głęboko parę razy i przytknął głowę do brudnego okna, aby zobaczyć, jak wygląda na zewnątrz. Mrok sprawił jednak, że z oświetlonego przez ostatnią świecę pomieszczenia widział głównie odbicie własnej twarzy. W tym momencie krople deszczu zaczęły bębnić o szybę. Gabriel wstał i po raz kolejny sprawdził, czy wszystko jest gotowe na ewentualność, gdyby miał wyruszyć z miasta szybko. Nie byłoby to zresztą złe, bo w ciągu ostatnich tygodni Averburg całkowicie mu obrzydł. Sprawdził, czy spakował wszystkie swoje rzeczy do tej niechlujnej torby, którą z konieczności sobie kupił. Nie było tego wiele, głównie podstawowy ekwipunek do podróży – jakiś koc, ciepłe ubranie nijakiego koloru i parę rzeczy, które Gabriel miał nadzieję umieć wykorzystać.

Hörbinger schował jeszcze swój długi nóż do skórzanego futerału i przypiął do paska. Poczuł się trochę pewniej, chociaż zaraz skarcił się za tę naiwność. Nóż miał przygotowany na przykrą ewentualność zagrożenia życia, ale pomysł zranienia przy jego pomocy człowieka wydawał się Gabrielowi abstrakcyjny. Poprawił swoją długą tunikę, symbol dawnych czasów, i podrapał się po nodze, wyczuwając dziurę w rajtuzach i wzdychając cicho. Na wierzch założył płaszcz i kaptur, po czym zszedł po skrzypiących schodach i wyszedł na zewnątrz.

Woda uderzyła w niego tak, że skulił się i zacisnął ramiona na piersi, przytrzymując poły peleryny. Ślizgając się w błocie, które momentalnie pojawiło się na drodze, marzył o mieszkaniu bliżej pokrytego kocimi łbami rynkiem. Zdał sobie sprawę, że droga do karczmy zajmie mu więcej niż normalnie, i zaklinał Sigmara, by nie spóźnił się na spotkanie. Nie był pewien, czy „po zmroku” znaczyło „tuż po zachodzie słońca” czy „gdy już będzie naprawdę ciemno”. Spodziewał się zatem, że albo przybędzie za późno, albo, czekając, będzie musiał wąchać rzeźnika, kowala, pana Obenheiera i resztę zgromadzonych w budynku przez nieokreślony czas.

***

Wydawało mu się, że nigdy to nie nastąpi, ale w końcu dotarł do „Łba”. Buty całe miał brudne, a pelerynę do cna przemoczoną. Zdjął kaptur i rozejrzał się po gospodzie. Ten cały Eckhardt miał wiedzieć, jak wygląda, więc przez chwilę Gabriel stał niepewnie w wejściu, mając nadzieję, że zwróci jego uwagę. Nie chcąc jednak robić z siebie głupka, przeleciał wzrokiem wszystkie stoliki, aby sprawdzić, czy przy tym tłumie pozostało jakieś wolne miejsce. Znalazłszy jedno, usiadł przy nim i nieco nerwowo zerknął na pozostałych gości siedzących przy tym stoliku. Serce biło mu szybko, ale starał się nie dać tego po sobie poznać. Chcąc się czymś zająć, zamówił piwo, ale pił je powoli i jakby niechętnie. Z tłumu starał się wyłowić kogoś, kto mógł być Eckhardtem; spoglądał też co chwilę na wejście.

Inni przybyli do karczmy ludzie mogli zobaczyć dość niskiego, otyłego mężczyznę po trzydziestce, ubranego w szaty wyglądające na pierwotnie drogie, lecz teraz zniszczone i brudne, przykryte wilgotną, zbyt cienką peleryną. Chociaż nie było tego widać dobrze w półmroku karczmy, skóra na jego pełnej twarzy była obwisła i miała niezdrowy odcień. Policzki pokryte były lekkim, niechlujnym zarostem; spozierające znad nich piwne oczy były podkrążone, a na czoło opadały zlepione kosmyki brązowych włosów.

Po pewnym czasie Gabriel uspokoił się i zaczął się przysłuchiwać nieśmiałym rozmowom prowadzonym przez innych gości. Właśnie odwrócił głowę w ich stronę, gdy rozwarły się drzwi karczmy - na co aż podskoczył. Spojrzał szybko w tamtym kierunku i zobaczył mężczyznę zbliżającego się w jego kierunku. „Czy to on?”, pomyślał, równocześnie podekscytowany i zdenerwowany. Nieznajomy jednak zdawał się nie zwracać na niego większej uwagi. Gabriel wyprostował się, aby, w razie, gdyby to był Eckhardt, mógł go poznać. I w tym momencie do środka wpadli uzbrojeni ludzie.

Hörbinger skamieniał ze strachu, bo pierwsze, co przyszło mu do głowy, to że przyszli po niego.

- W imię Sigmara! – zakrzyknął jeden z nich, co wcale nie uspokoiło Gabriela. Poczuł się nieco lepiej dopiero, gdy nieznajomy oznajmił, że to jego poszukują, jednak szybki obrót spraw wcale nie sprzyjał trzeźwemu myśleniu. Nieznajomy rzucił jakiś list i wyskoczył na środek sali, a jedynym, o czym myślał Gabriel, była ucieczka z tego miejsca pełnego niebezpiecznych ludzi o nieznanych intencjach. Wraz z innymi rzucił się na zaplecze, wyskoczył przez okno, które mogłoby być większe, i bezmyślnie ruszył za resztą. Biegnąc, zauważył, że zostaje najbardziej w tyle, pomijając mężczyznę, który się wrócił, zatem mimo bólu w klatce piersiowej postanowił przyśpieszyć – i właśnie wtedy poślizgnął się na błocie Rozpędzony runął na ziemię.

Uderzenie jakby przywróciło mu świadomość, bo nagle przyszło mu do głowy, że ucieczka wcale nie była dobrym pomysłem. Jeśli teraz go złapią, na pewno nikt się nie zlituje. Jeszcze gorszym dowodem jego domniemanej winy byłoby to, że miał kontakt z tym człowiekiem w karczmie. Z przerażeniem stwierdził, że jedyne, co mu pozostało, to biec dalej. Mimo bólu lewej ręki pokuśtykał, a potem potruchtał w stronę, w którą, jak mu się wydawało, skierowała się reszta.
 

Ostatnio edytowane przez Yzurmir : 08-01-2011 o 23:12.
Yzurmir jest offline  
Stary 09-01-2011, 20:06   #9
 
one_worm's Avatar
 
Reputacja: 316 one_worm jest jak klejnot wśród skałone_worm jest jak klejnot wśród skałone_worm jest jak klejnot wśród skałone_worm jest jak klejnot wśród skałone_worm jest jak klejnot wśród skałone_worm jest jak klejnot wśród skałone_worm jest jak klejnot wśród skałone_worm jest jak klejnot wśród skałone_worm jest jak klejnot wśród skałone_worm jest jak klejnot wśród skałone_worm jest jak klejnot wśród skał
[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=Y8SSWDt1m6I[/MEDIA]

- I tak byśmy nigdzie nie doszli. Nie w ulewę, bez koni, bez światła. Mam pochodnię, ale i tak na nic się nie zda, całkiem przemokła, psiakrew. A, tak przy okazji. Zwę się Berty.

Boris podchodząc z wolna do faceta zapytał się go krótko ze zwątpieniem w głosie:
- My chyba się już skądś znamy, mam dziwne wrażenie, że cię już spotkałem?

- Drogi panie, co złego to nie ja! Ale nie przeczę, chociaż takiej gęby to bym raczej nie zapomniał...

- No cóż, widać moja pamięć szwankuje. - Zawahał się trochę, był przekonany, że już go widział. – Tak czy inaczej moje imię Boris Becker, początkujący poszukiwacz przygód, najemnik. - Dodał po chwili namysłu i podał rękę towarzyszowi.

- Przygód?- Berty mocno i pewnie chwycił dłoń towarzysza i odwzajemnił uścisk- Ha, dobre sobie. Teraz to przygody nie lza szukać... to ona chyba znalazła nas.

- Dobrze powiedziane. Widziałem jak dwójka z nas poszła w tamtym kierunki, może powinniśmy dołączyć? Po czym Boris wskazał bliżej nieokreślony kierunek w ciemności.

- Eee, panie Boris, co my tam potrzebni.- wzruszył tylko ramionami- Jak coś się będzie działo to przeca noc cicha to posłyszymy wszystko! Byleby tylko nam nie spietrali czy jak... - i się uśmiechnął.

- Sądzę jednak, że dobrze byłoby omówić kilka spraw...Ten facet - w kapeluszu na koniu, ten co to się wracał do gospody... –Boris rozejrzał się niepewnie- Wygląda mi na podejrzanego typka, po kiego on tam był, bo nie wierzę, że tylko po konia... – Powiedział do swego towarzysza szeptem z nutką konspiracyjnej tajemniczości w głosie.

- Dobrze prawisz, panie Boris.
Dało się zauważyć, iż wasz towarzysz podróży, który przedstawił się jako Boris złożył dłonie przy ustach i krzyknął na tyle na ile tylko starczyło mu sił i objętości w płucach.


-HALO?! Słyszycie mnie?!.
W międzyczasie Berty cicho, patrząc na obłocone, brudne obuwie przemówił ni to do towarzyszy ni to do siebie – A, psiamać, zimno tu, mokro. Trza by nam ogień rozpalić..
Boris podniósł głowę do góry patrząc się w bezkres mroku. Trzeba było przyznać, ulewa ciągle napierała z taką samą siłą.

- Obawiam się, że brakuje mi umiejętności, żeby rozpalić ogień w taką pogodę. - Nie miał doświadczenia w takich sprawach, rzadko wychodził z miasta i nie zdarzało mu się, aby musiał rozpalać ogień gdzieś pośrodku lasu, a do tego w czasie deszczu.

- Ah, no patrz pan.. Mi akurat...yyy...- podrapał się po głowie- krzesiwko się gdzieś zapodziało, co to za złośliwość losu.

- W takim razie, nie wiem jak pan, ale ja idę poszukać reszty. Może oni się na tym znają... Idziesz pan ze mną czy nie? - Powiedział zniecierpliwiony

- Nie spieszy mnie się samemu stać pośrodku tej ciemnicy.- Żołnierz zacisnął dłoń mocniej na Halabardzie- Prowadź!

Ruszyliście wszyscy przez gąszcz potykając się o wystające korzenie i ślizgając się na kamieniach, nie była to najwygodniejsza droga ale w końcu las zaczął się przerzedzać. Widzicie jakieś dwie postaci, które patrzą się w waszym kierunku. Piękną kobietę z naszyjnikiem i kolesia w kapeluszu. Facet w kapeluszu właśnie rozpala ogień i... udało mu się to. Teraz jest jasno, ciepło i przytulnie. Widząc znajome postacie skierowaliście się w stronę faceta w kapelszu

- No, no panie...- Po tych słowach zmierzył go wzrokiem-Chyba należą nam się małe wyjaśnienia, ale to potem. Najpierw proponuję się trochę poznać w końcu razem się w to wplątaliśmy. - Nie bardzo miał ochotę plątać się teraz w tak zawiłe dyskusje. Wolał odpacząć.


Gabriel Hörbinger biegł, a potem szedł przed siebie przez pewien czas. Nagłe wydarzenia pozostawiły go całkiem skołowanego i bez planu, kroczył więc bezmyślnie, mając nadzieję, że wydarzy się coś, co mu pomoże. W zupełnych ciemnościach panujących w lesie co chwilę potykał się i ślizgał na błocie. Jego lewa ręka bolała coraz bardziej; kurczowo przyciskając ją do piersi, zgarbiony, kroczył dalej.
W pewnym momencie zdało mu się, że przez szum deszczu i szelest liści przebił się jakiś wzniesiony głos. Nie wiedząc, czy to dobry, czy zły znak – i czy to w ogóle znak – Hörbinger kontynuował marsz, coraz bardziej niespokojny i świadomy beznadziejności całej sytuacji. Teraz był już pewien, że się zgubił; nie potrafił powiedzieć, skąd przyszedł, ani tym bardziej – gdzie powinien iść.
Nagle pomiędzy drzewami w oddali zauważył słabą poświatę, ledwie widoczną przez strugi deszczu. W pierwszej chwili chciał się zerwać do biegu, ale natychmiast przyszła refleksja – w końcu nie miał pojęcia, kto to może być. Najostrożniej, jak potrafił, podkradł się do zarośli, zza których widać było blask. Przysiadł i nasłuchując przez chwilę, dosłyszał rozmowę. Zdecydował się zajrzeć i dowiedzieć, kto tam jest – nie widział innego wyboru, który nie narażałby go na tułaczkę po lesie do rana – więc oddychając ciężko, zagłębił się w krzaki.

Wszyscy siedzieliście grzejąc się przy ognisku, jednak to Boris, nie zdążyliście cokolwiek powiedzieć zobaczył sylwetkę jakiejś postaci- Czekajcie, słyszeliście?- Boris szybko odwrócił głowę w stronę drzew skąd usłyszał hałas i złapał za rękojeść miecza.
Hans nawet nie wstając krzyknął
- Idzie ktoś ?! Halo ? – i położył rękę na pistolecie, które trzymał w pogotowiu, gdyby cokolwiek miało się stać.


Gabriel zdołał pozostać niezauważony tylko przez chwilę i nie zdołał przyjrzeć się dobrze postaciom zgromadzonym dokoła ogniska; zauważył jedynie, iż znajdują się tutaj cztery osoby. Dostrzeżony, natychmiast się wycofał, lecz przez głowę przemknęła mu myśl, że to mogą być ci ludzie, za którymi wybiegł z gospody. Zastanowił się przez krótką chwilę i doszedł do wniosku, że tak jest w istocie. Wyszedł na polanę z podniesionymi rękoma i z zadowoleniem stwierdził, że się nie mylił. Umazany błotem od stóp do głów, udekorowanym tu i ówdzie liśćmi i innymi elementami ściółki leśnej, z miną sugerującą mieszaninę zaskoczenia, radości i strachu, przedstawiał się żałośnie.
Wy byliście w karczmie! - stwierdził po sekundzie milczenia, nie wiedząc, co powiedzieć. – Co teraz robicie? – dodał.

- Ktoś mi powie co wyście tam robili w tym lesie ? Trzech facetów ? Nie jestem w stanie tego pojąć ... i te dziwne odgłosy ....

Ja nic nie robiłem w lesie! – oburzył się Gabriel – Wybiegłem za wami. W ogóle, mógłby mi ktoś wyjaśnić, o co chodziło z tym mężczyzną w karczmie? Wciąż nie mogę do końca pojąć, co się stało.

-Ja nic nie wiem, ja tu tylko pilnuję ognia...

Bert zaczął świdrować Hansa - Ogień nie zając, nie ucieknie. Powinniśmy się raczej zastanowić jak dostaniemy się do Altdorfu.
- Pewnie normalnie, na koniach lub piechotą ?p po czym dodał nie to błyskotliwą myśl ,ni to żart- A ogień faktycznie nie ucieka, ale gaśnie!

Gabriel nie wiedział, o czym ten człowiek mówił. “Czyżby mieli jakiś plan?”, pomyślał, nie będąc pewnym, co do zamiarów tych ludzi.
Jakiego Altdorfu? – spytał podejrzliwie. Coś mu przyszło do głowy. – Macie ten list – czy co to było?
- Mnie bardziej interesuje, co to był za facet niż sam list... -Nałożył rękę na rękę-Co do drogi to możemy wyjść albo na główny trakt albo przedzierać się przez lasy. - po chwili zastanowienia dodał – Wolę pierwszą opcje. - Znał przecież szlak bo dopiero co go przemierzał.
- Mnie to obojętne ...

Hörbinger podszedł do ogniska i nachylił się tak blisko, jak tylko mógł, nie parząc się. Na szczęście wziął z karczmy kaptur, ale i tak był całkiem przemoczony. Miał nadzieję, że wkrótce deszcz ustąpi, ale satysfakcjonowało go również to, że na polanie nie było go czuć tak bardzo. Wyciągnął prawą dłoń w stronę płomieni.
O czym my w ogóle mówimy? – spytał zdezorientowany i w tym momencie przypomniał sobie słowa mąciciela z gospody. – Zamierzacie zrobić, co on mówił? Jeśli nas złapią z jakimkolwiek listem od takiego podejrzanego człowieka, na pewno nas spalą albo... – Zająknął się. – Albo zabiją!

- Jak tam chcecie, panowie.- Rzekł Bert o czym dodał niepewnie- I tak możemy wrócić do miasteczka, bo tamtego jegomościa już zgarnęli, słysząc po odgłosach. Ja mogę pojechać dalej z kopertą, mnie tam fajrant.

- Teraz, to my możemy tylko iść spać ... ja warty nie trzymam, rozpaliłem ogień z Elyn, starczy!
Gabriel sam był wyczerpany, być może najbardziej z nich wszystkich. Niepokoiły go jednak te karczemne zamieszki i to, że rozegrały się tak niedaleko.

Zamierzasz teraz spać?! – wykrzyknął.

- A Ty co zamierzasz robić ? Stać ? Jechałem od dwóch dni i jestem zmęczony, ot co!

Cóż, sądzę, że powinniśmy zdecydować i albo udać się jak najdalej od Avenburgu, albo właśnie tam wrócić. Nocowanie w lesie w pobliżu miejsca, które najechała inkwizycja, to chyba nie jest dobry pomysł.

- Nie wiem jak wy, ale ja zamierzam dowiedzieć się o co chodzi z tym listem. Proponuję się przespać i rano, na trzeźwo się zastanowić.-Ziewną Boris, był już znużony tą dyskusją...

Mogę wziąć pierwszą warte. - Dodał po chwili, przeciągając się

-Dla mnie możecie iść, mam konia więc mogę was dogonić, mogę też zabrać jedną osobę.

Powinniśmy zostawić list w spokoju. Lepiej nie mieszać się w żadne sprawy związane z jakimiś... wściekłymi rycerzami Sigmara. – rzekł Gabriel i zamilkł na chwilę. – Ale... też trochę mnie ciekawi, co to za wiadomość... Można ją otworzyć.

- Droga wolna, kto nie chce nich nie idze. Ja zamierzam dostarczyć list. - Powiedział Boris lekko podirytowany. -”Tia, nie mieszać się... Teraz to już za późno kolego” - Pomyślał, jednak zachowa swoją uwagę dla siebie.

Hörbinger zamilkł zmieszany. Po chwili westchnął.
Nie zamierzam wracać do miasta, w którym dzieją się takie rzeczy. Ale też nie interesuje mnie dostarczanie podejrzanego listu. Uważam, iż najważniejsze teraz jest to, jak daleko znajdujemy się od miasta. Ja się w zasadzie... – krótko podrapał się po głowie – no cóż, trochę zabłądziłem, więc nie wiem. Ale wolałbym jak najszybciej się oddalić.
Mężczyzna spojrzał w płomienie.


Jeśli ktoś nas widział...

- Widział, nie widział, mniejsza o to. Czas ucieka, a złoto czeka... - Zaczął się coraz bardziej irytować i niecierpliwić, Boris nie był przyzwyczajony do takich dyskusji.

– [i]Na mnie żadne złoto nie czeka – odparł gorzko Gabriel.

-Musimy podjąć decyzje. Czas ucieka. - dodał Boris po chwili.

Uważam, że na razie musimy jeszcze oddalić się od miasta, aby być bezpiecznymi. I... cóż, sądzę, że najlepiej będzie, jeśli zrobimy to razem – stwierdził nieco nieśmiało Hörbinger.

- Dokąd chcesz iść?! - Powiedział nieźle zdziwiony Boris, patrząc na Gabriela jak na szaleńca – To miejsce wygląda na “komfortowe” proponuję poczekać do rana i ustalić warty. Rano zajmiemy się resztą... - Czekał na reakcję innych, nie lubił zwlekać z podejmowaniem decyzji, szczególnie, że był już bardzo zmęczony, a czekała jeszcze na niego warta.

Dyskusja zaczęła nużyć Gabriela. Zdał sobie sprawę, że tak naprawdę i tak nie zależy mu na tym, co pozostali postanowią – nie miał w żadnym wypadku lepszych alternatyw.
Wiecie co? – powiedział nieco lekceważącym tonem – Jak chcecie. Ja i tak nie mam żadnych innych planów.

-To kto Z WAS pierwszy trzyma wartę ?- Odezwał się Hans przysłuchując się całej dyskusji. Do tego dało wyczuć się podkreślenie „Z WAS”, co wskazywałoby, że o ile nie jest znużony o tyle zmęczony.

Hörbinger mruknął coś niewyraźnie w odpowiedzi. Z ponurą miną zapatrzył się w trzaskający ogień, jakby walczący w obliczu deszczu o życie. Pomyślał, że oto siedzi z ludźmi, których w ogóle nie zna, i rozmawia o planie ucieczki. To zapewne wydarzenia dnia i dziwna obecna sytuacja sprawiły, że nagle zniknęła narastająca w ostatnich tygodniach złość i desperacja. Pogodziwszy się ze swym losem, Gabriel obserwował czerwone języki sunące po trzaskających gałęziach. Przynajmniej chwilowo ogarnął go spokój. Sprawdził stan swojej ręki, wyprostowując ją i obmacując, jednak wciąż bolała. Postanowił zająć się tym jutro, a tymczasem położył się na ziemi, kuląc się jak najbliżej ogniska. Chciał spojrzeć na gwiazdy, ale niebo przesłaniały korony drzew, z których spadały na niego krople deszczu, więc odwrócił się na bok i tak zasnął.

- Panie Boris, jeśli pierwszy trzymasz wartę to zbudź mnie jak tylko się zmęczysz, ja tedy popilnuję naszego ogniska. – Boris przytaknął, a tymczasem Bert rozłożył śpiwór i kładł się spać.


- Z miłą chęcią.- Boris usiadł przy ognisku i pilnował aby ogień nie zgasł rozglądając się co jakiś czas na boki. - “Co mi szkodzi? Przecież nic się nie stanie, a i pośpię sobie bez zbędnego budzenia w środku nocy, co by się mogło stać?” - Pomyślał Boris - “ Tak czy inaczej muszę sobie znaleźć jakieś zajęcie, nie mogę przecież zasnąć w czasie warty...” Po tych słowach wyciągnął miecz i zaczął go czyścić.

Elyn rzuciła spojrzenie na rękę towarzysza, szczelniej owinęła się kocem i starała się zasnąć. Rzekła tylko półsennym głosem:
- Dobranoc wszystkim...





Obudziliście się z samego rana albo zaraz po poranku. W nocy nastąpiła jedna zmiana, Boris obudził Bertiego. Sama noc była spokojna, gdzieś po środku warty Borisa deszcz ustał, powoli czas płynął, a z nim nadchodził nowy dzień. Mgła, mgła była strasznie gęsta, widać było wszystko do czubka nosa, a i to nienajlepiej. O ile obudziliście się i ognisko jeszcze dawało ciepło o tyle chłód poranka był ogromny. Dziękowaliście Ranaldowi, że noc minęła spokojnie, jednak teraz on zakpił z was i nie bardzo wiedzieliście gdzie jesteście ani dokąd iść. Wszyscy zaczęliście wstawać na nogi i rozprostowywać kości, wyciągnęliście jakieś jedzenie i zaczęliście przygotowywać sobie jakiś ciepły posiłek w ramach śniadania.

Chociaż siedzieliście dłuższą chwilę, mgła nie zmalała nawet o ciupnę. Gdzieś rozległ się złowrogi odgłos…
[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=1HUPBz1iFaU&feature=related[/MEDIA]

Coś sprawiało, że Elyn miałaś, złe przeczucia. Nie tyle wokół waszej nowej misji, którą chcąc- nie chcąc przyjęliście lecz dotyczyła tego miejsca. Poczułaś jakby paniczną ochotę biegu przed siebie z krzykiem w trybie natychmiastowym, jednak po chwili to zniknęło tak samo jak przyszło, co więcej, skarciłaś się w duchu za takie zachowanie. Nagły atak paniki wydawał się być rzeczą tak odległą, jakby nie wydarzył się nigdy albo dawno, dawno temu.
Podeszłaś do Gabriela On pokazał rękę, solidnie zaspany chyba jeszcze na jawie pokazał ją. Sam także spojrzał. O ile ręka już nie bolała o tyle posiadała solidnego sińca.

Gabriel otrzeźwiałeś gdy zobaczyłeś wielką, fioletową śliwę. Przekląłeś w myślach. Wziąłeś sobie kawałek odgrzanej kiełbasy z nad ogniska i przegryzałeś ją, delektując się każdym kęsem. Mimo, iż nie podobało ci się siedzenie tutaj i nocleg w lesie to jednak było coś w tym pociągającego. Wszystkie strachy odeszły gdzieś i zostały w tamtej deszczowej nocy. Rozejrzałeś się. Pierwsze co zwróciło Twoją uwagę to wstający Hans, który to teraz chował …
Wiedziałeś, że taka broń nie jest tania, jest zawodna, ale na sam widok wiele osób ucieka, poddaje się i zadziwiająco chętnie… Zadziwiająco chętnie zrobi wszystko by ocalić swą skórę…

Hans, ty natomiast spędziłeś noc o dziwo wysypiając się. Spanie w lesie to dla ciebie nie pierwszyzna, jednak mimo wszystko czułeś, że to była jednak głupoty, wtedy kichnąłeś. Skończywszy chować broń rozejrzałeś się. Widziałeś jak Boris wraz z Bertom Siedzą i dobudzają się. Pilnowali i nie zawiedli, rano ognisko nadal się paliło, jednak po ich twarzach na których malowało się niewyspanie, widziałeś, że najchętniej co by teraz zrobili to wskoczyli w suche ubrania, a później do wygodnego łóżka. I nie dziwiłeś się. Twój koń natomiast spał sobie w najlepsze.

Boris i Berty – pilnowaliście ogniska całą noc, na zmianę trzymając warty. Byliście niewyspani, cholernie niewyspani. Czuliście, że list jest cenny i ważny. Obydwoje myśleliście trochę nad tym co powiedział wam nieznajomy, o chaosie. Nie wiedzieliście o nim za wiele, jednak słyszeliście o nim, że jest to siła okrutna, że jest to zło. Też nie spotkaliście jego przejawów. Choć może nawet nie wiedzieliście, że spotkaliście? Wiecie jedno, cokolwiek ten nieznajomy chciał zrobić, próbował kogoś przestrzec przed złem jakie wdarło się do wyznawców Sigmara.

Wszyscy


Siedzieliście dłuższy czas jedząc śniadanie. Raczej się rozbudzaliście, niż rozmawialiście, znacie już swoje imiona i wiecie, czujecie, że ktoś was spętał losem. Poranny odgłos kruka. Czyżby Morr nad wami czuwał? Czyżby on chciał, abyście dopełnili przeznaczenia? Wszyscy zastanawialiście się nad nagrodą, ile złota za ten list, za dostarczenie go, otrzymacie. Z jednej strony podróż wydawała się być niebezpieczna, z drugiej – to raptem trzy dni drogi, czyli spokojnie zdążycie dojść do Altdorfu zanim cokolwiek złego się stanie. Wtedy właśnie coś poruszyło liście, coś szło, usłyszeliście szelest, szelest, który przerwał wasze rozmyślania. Popatrzyliście się na siebie i dobyliście broni, patrząc się w nieprzeniknioną mgłę, w kierunku z którego dobiegł szelest, jak wam się przynajmniej zdawało…
 
__________________
Do szczęścia potrzebuję tylko dwóch rzeczy. Władzy nad światem i jakiejś przekąski.
one_worm jest offline  
Stary 10-01-2011, 17:28   #10
 
Erissa's Avatar
 
Reputacja: 1217 Erissa ma z czego być dumnyErissa ma z czego być dumnyErissa ma z czego być dumnyErissa ma z czego być dumnyErissa ma z czego być dumnyErissa ma z czego być dumnyErissa ma z czego być dumnyErissa ma z czego być dumnyErissa ma z czego być dumnyErissa ma z czego być dumnyErissa ma z czego być dumny
Przeczucie było straszne, dogłębne lecz nie obce, dziewczyna już wcześniej miała takie intuicyjne ostrzeżenia i przeważnie nie były bezpodstawne… Ogarnęła ją panika, miała ochotę zerwać się na równe nogi i biec ile sił, wrócić do bezpiecznego domu…Zamknęła oczy i wzięła głęboki oddech, by uspokoić się, poczuła ulgę, gdy dziwne uczucie zniknęło równie szybko jak się pojawiło.
To tylko wydarzenia ostatnich dni, nowe miejsce, obcy ludzie, ciągły niepokój” – starała się sobie tłumaczyć. Rzuciła spojrzenie na Gabriela, zauważyła wczoraj, że doskwiera mu ból ręki, wydawał się jednak zmęczony, nie chciała mu więc zawracać głowy, teraz podeszła do niego chcąc zająć czymś myśli
- Pozwolisz? – zapytała delikatnie podwijając rękaw koszuli nieco zaspanego jeszcze mężczyzny
Jej oczom ukazał się wielki fioletowy siniak.
- Nic dziwnego, że cię tak bolało, ale to tylko niegroźne stłuczenie, niedługo nie będzie śladu – stwierdziła tonem specjalisty
Jej towarzysze właśnie zdawali się wracać do rzeczywistości po lepiej lub gorzej przespanej nocy, postanowiła więc przygotować śniadanie, w domu często gotowała, lubiła to nawet. Wyciągnęła z pakunków kilka kiełbas i kawałek chleba, po chwili obóz wypełnił przyjemny zapach pieczonego mięsa, który przypomniał wszystkim jak bardzo są głodni.

Elyn wzięła swoją część posiłku oraz porcję dla Hansa i usiadła pod drzewem obok niego dość blisko, kora była trochę wilgotna nie przeszkadzało jej to jednak zbytnio. Przebiegała spojrzeniem po jedzących towarzyszach, na każdym przez chwilę zatrzymywała wzrok starając się odgadnąć jego intencje, charakter, a może nawet myśli.
- Jak ci się spało Hans? - zapytała wesoło
- Nie najgorzej, a tobie m... Elyn? - przeciągnął się
- Dobrze, bardzo dobrze.
- Wyglądasz na zaniepokojoną, coś się stało?
- Aż tak widać? - zasępiła się - Mam dziwne przeczucie, coś mi się tu nie podoba... Co o tym myślisz?
Strażnik zamyślił się
- Jeżeli jeszcze nas nie wytropili ,to chyba nawet nie wiedzą, że mamy list. Będzie dobrze - uśmiechnął się do dziewczyny
- Nie powinni wiedzieć, tak mi się przynajmniej wydaje... - zamyśliła się - Ale jeśli jednak... Hmm... czeka nas ciężka walka, tego obawiam się najbardziej.
- Spokojnie ... obronię cię ... - strażnik zaśmiał się
- Trzymam za słowo - zawtórowała mu szczerym śmiechem patrząc na niego ciągle
- No to jakoś sobie poradzimy - uśmiechnął się ciepło po czym wziął się za jedzenie przyżądzone przez Elyn
- Wiesz ... jesteś ... ekhm ... no cóż, z racji .. ee ... zawodu, dobrze władzasz mieczem ?
- Nie wiem, nigdy nie mierzyłam się z...hmm... ambitnym przeciwnikiem. Może kiedyś mógłbyś ze mną trochę potrenować? Oczywiście jeśli nie sprawi ci to większego kłopotu.
- Cóż, myślę że jak przystaniemy na następnym obozie możemy trochę poćwiczyć ... czemu nie ? Nie jestem wcale najgorszy w tych sprawach .. znaczy się ...ekhm .. o walce mieczem mówię oczywiście!
- Oczywiście - zakłopotanie mężczyzny nieco ją rozbawiło - Nawiązując do twojego zawodu musisz mieć duże doświadczenie, pewnie skopałeś niejeden tyłek złego oprycha, hm? - zapytała z przesadną powagą
- Cóż, wybieram raczej spokojne drogi ... choć zdażyło się raz czy dwa kopnąć kogoś w tyłek ... mniej lub bardziej dosłownie. Tylko raz mało nie otarłem się o śmierć, reszta przypadków ... cóż, pijani bandyci nie wiedzący którą stroną trzymać miecz ...
Roześmiała się
- Masz ciekawą robotę, nie to co ja... A tak właściwie co się wtedy stało?
- Jechaliśmy we czterech eskortując pewną szlachciankę. Wyjeżdżała z miasta ze względu na pewnego dość ... hm ... natrętnego adoratora. Bardzo natrętnego. Jakby było mało, ten adorator, który swoją drogą nazywał się Otto von cośtam, postanowił pannę porwać. Wynajął w tym celu pięciu oprychów, którzy napadli nas godzinę drogi za miastem. Postrzelili ciężko jednego ze strażników, mnie mało co nie odstrzelili d... znaczy głowy, a sami polegli wszyscy prócz jednego. Niestety ten jeden był dobrym strzelcem i nim się spostrzegliśmy zastrzelił jednego z nas. Czmychnał nam po prawdzie, lecz strażnicy w mieście dorwali go następnego dnia i urządzili mu ... mniejsza o to. W każdym bądź razie straciłem dwóch towarzyszy, sam mało nie zginąłem, dobrze że chociaż panna umiała podzię.. znaczy się, wyszła cało z tego zamieszania. No i przy jednym z zabitych znalazłem to - wskzał na pistolet.
skinęła głową z zamyśleniem
- Wesołe przygody miałeś, oj wesołe i kosztowne wynagrodzenia krzywd.
- Żyć nie umierać, co ? Ale nie zawsze było tak kolorowo ... bywało, że szło przymierać głodem przez kilka dni z rzędu czekając na wypłatę ... - Hans westchnął na wspomnienie tych dni - A taki Cyrulik ? Opłacalna to profesja ?
- Nie narzekam, zawsze przecież znajdzie się człowiek potrzebujący pomocy medycznej, w każdym miejscu i o każdej porze... Nasze zawody nie są aż tak różne, ty siekasz ludzi, ja ich składam do kupy, by mogli ci podziękować - jej twarz była poważna, w głosie słychać było ironię - Pójdę już - rzuciła po czym wstała
Podeszła bliżej ogniska i zaczęła bezmyślnie rozgrzebywać popiół, była ostatnio nerwowa, ZBYT nerwowa… „Wszystko przez to, że ciągle wydaje mi się, że podąża za mną pościg Otto.” – tłumaczyła sobie - "A co jeśli znajdzie mnie z nimi? Nie chcę, żeby mieli z mojego powodu problemy!”. Westchnęła i odezwała się donośnym głosem tak, by wszyscy ją słyszeli:
- Altdorf nie jest daleko, a drogi do niego prowadzące są wygodne, podróż nie powinna sprawić nam większych problemów, ale chyba dobrze by było wyruszyć najpóźniej za godzinę, myślę, że list dotyczy czegoś ważnego, więc im szybciej dotrze do adresata tym… - urwała

Liście zaczęły szeleścić, ale nie tak, jak wtedy, gdy wieje wiatr, był to charakterystyczny odgłos nie pozostawiający wątpliwości: ktoś się skradał w ich stronę, szykował się do ataku z zaskoczenia… Szybko wstała i wyciągnęła miecz, jej towarzysze uczynili podobnie, cały obóz opanowała atmosfera oczekiwania. Elyn poczuła jak całe jej ciało ogarnia panika, broń wydawała się ciążyć niemiłosiernie, krew szumiała jej w uszach… Potrafiła trochę walczyć, zdarzało jej się trenować, ale… nigdy nie stanęła oko w oko z przeciwnikiem, który ma zamiar nabić ją na swoje ostrze i pozwolić by zobaczyła wszystkie szczegóły swoich narządów wewnętrznych! Przełknęła głośno ślinę, panika niemal odebrała jej świadomość, w myślach odmówiła modlitwę do bogini miłosierdzia...
- Nogi, praca nóg… Zmyl przeciwnika… Praca nóg - powtarzała bezgłośnie – Do cholery, wyłaź już! – miała ochotę krzyknąć, lecz głos uwiązł jej w gardle
Odetchnęła głęboko i postarała się zebrać myśli, mocniej zacisnęła dłoń na rękojeści „Dam radę” starała się przekonać samą siebie, lecz strach nie ustępował...
 

Ostatnio edytowane przez Erissa : 10-01-2011 o 19:10. Powód: uzupełnienie ;)
Erissa jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 14:36.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166