Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 18-01-2011, 16:17   #1
 
Nefarius's Avatar
 
[Warhammer FRP 2ed.] W cieniu Smoczej Skały





W Cieniu Smoczej Skały

Wczesna wiosna roku 2522 Wissenburg. Cztery miesiące temu.


-Powiadam Ci uparty ośle, że to nasza jedyna szansa! Kiedy plugawa chmara dotrze tutaj...- głos człowieka załamał się na chwilę, jak gdyby osobnik nie chciał nawet myśleć, o tym co mówił. Wysoki, przy kości odziany elegancko w szlachecką koszulę, futro, oraz pasującą do tego ostatniego czapkę z piórem pawia przytkniętym nad czołem mężczyzna zaparł ręce na biodrach krzywiąc lekko głowę. Izba w której odbywało się spotkanie była elegancka i gustowna, ale zarazem z elementami przepychu. Nawet służba na czas rozmowy trójki mężczyzn miała nakaz opuścić domostwo i spędzić ten czas w ogrodzie.
Drugi z mężczyzn był wpływowym kupcem z Kisleva, który ponoć lata temu dorobił się na przemycaniu broni, a teraz zaś handluje alkoholem na szeroką skalę. Wysoki i krzepki o bujnym, krzaczastym wąsie i wydętym brzuszysku spoglądał niechętnie na pana włości – Albrechta Rufusa II.


-Nie bluźnij tak stary capie, bo jeszcze wykraczesz.- Kislevczyk odpowiedział śmiesznym akcentem, którego nie zdążył się oduczyć od tak dawna.
-I co? Źle Ci będzie? Zabierzemy ze sobą tyle towaru, że będziemy mogli spokojnie się tam zamelinować na długie lata. Tam na pewno nie dotrą plugawcy chaosu.- Albrecht bredził jak potłuczony, jednak w tym szaleństwie było coś co pociągało Kislevitę. Ostatni z uczestników debaty – znany i szanowany wojownik, sierżant w stanie spoczynku, krasnolud Hreigh Oldesdotr stał z boku tylko słuchając i nie włączając się do rozmowy.
-Przecie nie dadzą nam nawet się rozłożyć, słyszał Ty jakie tam podatki wysokie nakładane?- zirytował się wąsaty kupiec.
-Nic się nie martw. Weźmiemy tyle, żeby wystarczyło nam na start. Poślemy ludzi do kopalń i na tym zarobimy.- odrzekł Albrecht.

-A Ty co Ty o tym sądzi? To w końcu twoje rodzime strony, a?- wąsacz zwrócił się do stojącego obok khazada. Brodacz wejrzał surowo na człeka i pokręcił nosem.
-To nie moje rodzime strony. To, że jest to warownia krasnoludów, nie oznacza, że stamtąd pochodzę...- burknął nieco zdenerwowany. -Jeśli uda wam się odnaleźć odpowiednich rzemieślników, to plan może się powiedzie. Może.- zdanie krasnoluda nie było tutaj ważne. Gdyby nie zgodził się na wyprawę Albrecht nająłby kogo innego, lecz stary szlachcic dobrze wiedział, że mimo iż krasnolud pochodzi z zupełnie innej twierdzy, to jednak będzie go ciągnęło do swoich. To był as w rękawie pana domu.
-Widzisz? Może się udać.- powtórzył Albrecht.
-A niech Cię...- Kislevczyk machnął ręką dając do zrozumienia rozmówcom iż wchodzi w interes.
-Słyszałeś przyjacielu. Organizuj ochronę...- szlachcic zwrócił się jeszcze do khazada zacierając ręce.

Lato roku 2522 Złe Ziemie. Pięć dni temu.


Olbrzymi miecz, dzierżony przez czarnego orka, uderzył z hukem o wspaniały młot Hreigha. To on był odpowiedzialny za ochronę karawany i to on wziął na siebie najniebezpieczniejszego przeciwnika. Zielonoskóry wył potwornie, w akompaniamencie świstu goblińskich strzał, które frunęły ze wszystkich stron. Bogowie krasnoludów najwyraźniej nie życzyli sobie kolejnej setki nieproszonych gości w nie tak dawno odbudowanym Karak Azgal. Kislevski kupiec zmarł tydzień wcześniej na gorączkę, lecz pomiędzy ochroniarzami karawany krążyły plotki iż to sam pracodawca – Albrecht potruł wąsacza, chcąc za czasu pozbyć się konkurencji. Być może atak zielonoskórych był tylko karą za zuchwalstwo i bezczelność człeka. Z resztą zapłacił za to życiem, ponosząc śmierć z rąk paskudnego zębacza, o których wcześniej członkowie karawany tylko słyszeli z opowieści.

Bitwa była z góry przegrana. Pozycja zielonoskórych tak bardzo sprzyjała hordzie oponentów że wygrana była tylko kwestią czasu. A grabiono wszystko od sprzętu górniczego, przez jedzenie i wodę, na złocie i broni poległych kończąc. Tylko niewielkiej grupce udało się umknąć z pod deszczu strzał, który spadł niespodziewanie. Zaledwie kilka osób, wyszło z tego niemal bez szwanku. Wyjątkiem był ranny człek z Norski, który chciwie przed ucieczką wdarł się do wozu Albrechta Rufusa II i ukradł spory kufer z złotem. Ciężki przedmiot, wypełniony brzęczącym złotem, okazał się dla osobnika zgubny, gdyż spowolniony nie zdołał uniknąć strzale, która trafiła go w nogę. Uciekinierzy znali kierunek, w którym czekał ich ratunek. Biegli ile sił w nogach by tylko nie wpaść w łapy goblinów...

Lato roku 2522 Złe Ziemie. Dzisiaj.



Człek, którego pazerność doprowadziła do śmierci zmarł poprzedniego dnia rankiem. Strzała, która ugodziła go w udo, najprawdopodobniej była zatruta. Z resztą, nawet gdyby nie była to goblińskie pociski według legend były zwyczajnie przeklęte i od nich umierał chyba każdy. Pochówku nie było, bo nie było na to ani czasu ani sprzętu. Twarda i jałowa ziemia nie chciała przyjąć trupa pod swoją opiekę, dlatego ocaleni postanowili ulżyć duszy paląc truchło. Na szczęście śmierć bezimiennego łowcy nie poszła na marne. Skrzynia z złotem, które zrabował tuż przed ucieczką mogła uratować im skórę. Choć żaden z nich nigdy nie był w Karak Azgal, to jednak dowiedzieli się w drodze do celu iż już na samym wejściu do miasta krasnoludy pobierają opłatę od każdej osoby w wysokości pięciu złociszy.

Kompani niedoli wiedzieli, iż pod prawdziwą fortecą krasnoludów stoi ogromna osada drewnianych chałup, zamieszkała przez największe męty Imperium, które ulokowały się w tym miejscu unikając wyroków i płacenia różnych kar. Sami zaś zarabiają grabiąc, napadając i wymuszając, a w najlepszym wypadku zwyczajnie dając ofiarom wejść w hazard. Istniała jednak dla uciekinierów nadzieja. Podobnie jak tak zwany wpierdol, można było znaleźć pracę. A to jako rzemieślnik, jeśli coś się potrafiło, a to jako ochroniarz w jednym z wielu przybytków. Najbardziej jednak atrakcyjna wydawała się opcja zejścia do starych ruin krasnoludzkiej twierdzy, na której to zbudowano Karak Azgal. Opowieści innych członków karawany mówiły o nieznalezionych bogactwach, ogromnych złożach szlachetnych kamieni, a także masie złota, które pozostało po krasnoludach i smoku, dawno temu władającym tymi ziemiami.

W kufrze, który teraz wspólnie nieśli znajdowało się dokładnie sto jeden złotych monet. Była to przepustka dla nich i możliwość nowego startu. Była to jedyna możliwość na przeżycie, bowiem powrót do jakiejkolwiek cywilizacji pieszo nawet nie wchodził w grę. Czy chcieli, czy nie byli skazani na Smoczą skałę. Na szczęście wydeptana dawno temu ścieżka doprowadziła ich do sporej wieży strażniczej, pod którą stacjonowało kilkunastu krasnoludów, dobrze uzbrojonych. Jedno było pewne. Nie zginą z rąk zielonoskórych. Na razie.



 
__________________
A na sektorach, śląski koran, spora sfora fanów śląskiej dumy, znów wszyscy na Ruch katować głosowe struny!

Ostatnio edytowane przez Nefarius : 18-01-2011 o 16:20.
Nefarius jest offline  
Stary 19-01-2011, 04:03   #2
 
Blackvampire's Avatar
 
Eckhardt Zweisteiner

Strzały świstały w około, szczęk oręża odbijał się echem w jego uszach a krzyki umierający i dzikie ryki zielonoskórych sprawiały, że zaciskał mocniej dłonie na swojej broni. Sytuacja była paskudna, orków ciągle przybywało, a obrońcy tracili siły i wykrwawiali się. Sprawa uległa jeszcze większemu pogorszeniu kiedy ich pracodawca został rozszarpany na strzępy przez jakieś paskudne stworzenie.

Wszyscy ocalali zbili się w grupkę osłaniając siebie wzajemnie podczas panicznej próby ucieczki. Jakiś mężczyzna próbujący jeszcze wzbogacić się na klęsce został rażony wrogą strzałą w zapłatę za swą chciwość. Strzała wbiła się w jego nogę skutecznie spowalniając ucieczkę. Parę osób, w tym Eckhardt wrócili się po niego oraz kufer, po czym na dobre uciekli z pola bitwy, nie...to była raczej masakra.
Biegnąc tak mężczyzna zastanawiał się co go pokusiło aby wyruszyć z tą ekspedycją. Zaczął przypominać sobie tamten odległy poranek....

Lato roku 2522 Wissenland. Jakiś czas wcześniej...

Eckhardt jak zwykle obudził się rano i po wciągnięciu na siebie swojego ubrania roboczego ruszył z innymi górnikami do kopalni. Dzień jak co dzień, ciężka, mozolna praca w ciemnościach, brudzie i pocie. Tam na dole, w korytarzach kopalni człowiek czuł się jakby trafił do całkiem innego świata. Pamiętał jeszcze to dziwne uczucie kiedy po raz pierwszy zszedł do szybu parę dobrych lat temu. Z czasem człowiek przyzwyczaja się do minimalnej ilości światła i ciszy przerywanej jedynie stukaniem kilofów o litą skałę.

Niemniej lubił tę pracę, płaca była dość dobra, miał zapewniony dach nad głową i ciepły posiłek. Był prostym człowiekiem jak większość Wissenlandczyków, nie potrzebował wiele do szczęścia. Dlatego też to co tutaj dostawał jak najbardziej mu wystarczało. Miał już nawet na oku materiał na żonę. Córkę tutejszego kwatermistrza, kobieta była z niej urodziwa o ładnej twarzyczce, jędrnych piersiach i porządnych udach. Taka zapewne dobrze by rodziła dzieci i taką nadzieję miał Zweisteiner. Niestety chyba nigdy nie będzie mu się o tym dane przekonać...

Po zakończonej szychcie, zmiana Eckhardta wyszła na powierzchnię aby udać się do swoich domostw, zjeść coś i odpocząć. Większość z nich zaraz po zmyciu z siebie grubej warstwy pyłu i brudu uderzała prosto w tutejszą karczmę. Sam Eckhardt także lubił sobie wypić po męczącej robocie.
Tak więc kiedy tylko opłukał się z pyłu, wciągnął na grzbiet jakieś normalne łachy i wyszedł.

Kroki swe skierował do owej karczmy noszącej wdzięczną nazwę "Spasła dziewka". Tam właśnie natknął się na ludzi Albrechta Rufusa II, którzy werbowali właśnie górników z jego kopalni do swojej ekspedycji. Z początku Eckhardt podejrzliwie traktował ich słowa, jednak po dłuższej rozmowie z jednym z nich dał się przekonać....


Lato roku 2522 Złe Ziemie. Dzisiaj.

Teraz przeklinał się za swój zakuty łeb i słabą wolę. Zachciało mu się, kurwać, bogactwa. Gdyby jego matka jeszcze żyła to pewnie strzeliła by mu w pysk swoją ulubioną rózgą i wybiła mu ten pomysł ze łba. A tak teraz uciekał z miejsca rzezi jako jeden z nielicznych ocalałych. Najgorsze było to, że paru jego przyjaciół wyruszyło wraz z nim, a teraz leżą gdzieś wśród wozów, rozpłatani czy naszpikowani goblińskimi strzałami.

Biegli przed siebie ile sił w nogach taszcząc przy okazji ze sobą ciężki kufer i pomagając biec rannemu mężczyźnie. Adrenalina krążyła w ich żyłach dając im dodatkowe siły. Krzyki i odgłosy walki zaczęły niknąć w oddali, aż w końcu całkowicie ucichły. Po chwili niemal wszyscy opadli z sił. Przymusem rozbili obozowisko lecz nikt nie odważył się rozpalić ogniska. Ktoś chyba zajął się rannym.

Następnego ranka Eckhardta obudziło zamieszanie. Okazało się, że mężczyzna, którego uratowali wczoraj od niechybnej śmierci trafił w objęcia Morra. Zweisteiner będąc religijnym człekiem, jak większość ludzi z Wissenladnu, odmówił krótką modlitwę do Morra za zmarłego. Z początku grupa chciała go zakopać, lecz ziemia była okropnie twarda, a czasu mieli mało. Szczególnie jeśli banda orków postanowiła ruszyć w tym kierunku.

Zapadła więc decyzja spalenia ciała wedle starych tradycji. Kiedy jego truchło zostało spalone, nadszedł czas na dalsza drogę. Eckhardt zebrał cały swój ekwipunek i wrócił do pozostałych poprawiając sporej wielkości kilof na plecach. Cała grupa ruszyła dalej niosąc ze sobą kufer wypełniony złotem. Jeśli plotki były prawdą. to to złoto przyda im się, a w ten sposób czyn bezimiennego łowcy, którego oddelegowali do królestwa zmarłych nie pójdzie na marne.
Eckhardt szedł pomagając taszczyć kufer, lata spędzone w kopalni nadały jego ciału odpowiedniej krzepy i wytrzymałości, był przyzwyczajony do wielkiego wysiłku przez długie godziny.

Zweisteiner był przeciętnego wzrostu postawnym, porządnie zbudowanym mężczyzną na granicy średniego już wieku. Jego twarz była surowa i nieco kwadratowa, z dobrze zarysowaną szczęką, która porastała broda. Włosy miał krótkie, koloru brązowego, zakręcające przy czubku w niesforny kędzior. Oczy jego, mocno osadzone w czaszce miały barwę podobną do jego włosów lecz nieco jaśniejszą. Lewą stronę twarzy mężczyzny pokrywała widoczna blizna zaczynająca się trochę nad brwią i biegnąca aż do końca policzka lekko omijając po drodze oko. Była to pamiątka po odłamku skalnym podczas jednego z tąpnięć w kopalni, kiedy to o mało nie zginął. Eckhardt miał na sobie obecnie swój strój górniczy składający się z grubej koszuli, na która narzucona została skórzana kurta, oraz mocnych spodni i solidnych butów ze wzmacnianymi stalą czubami.

Kiedy ich oczom ukazał się krasnoludzki posterunek Zweisteiner odetchnął głośno. Morr najwidoczniej nie miał zamiaru zabierać ich dzisiaj do swojego królestwa. Niech będą mu dzięki za to. Spojrzał po swoich towarzyszach i uśmiechnął się lekko dając tym samym upust swojej chwilowej radości,
Może rzeczywiście czekało ich teraz nowe życie...?
 

Ostatnio edytowane przez Blackvampire : 19-01-2011 o 12:52.
Blackvampire jest offline  
Stary 19-01-2011, 12:48   #3
 
xeper's Avatar
 
Dotychczas Zacharias Grubb, syn Boddo Grubba i Ethelki z domu Pumperkranz, wiódł spokojny żywot węglarza, w Złotych Brzozach, lesie położonym niedaleko jego rodzinnej wsi, Apfelhoff. Wraz z kilkoma kuzynami i dalszymi powinowatymi ze strony Pumperkranzów, trudnili się wyrobem węgla drzewnego, jakże chętnie kupowanego przez okolicznych mieszkańców. Na tym ciężkim, ale satysfakcjonującym procederze, Zacharias spędził ostatnie dwadzieścia pięć wiosen. A potem stwierdził „dość”. Z dnia na dzień spakował manatki, wyprawił wielką popijawę pożegnalną, o której mówiono przez najbliższy rok, a porównywalną do przyjecia urodzinowego Hartina Fairtrotta, na którym to zjedzono sześć baranów i utoczono cztery beczki wybornego, pochodzącego z browaru w Pilpesteinie, ciemnego piwa.

Zacharias wyruszył w świat, wiedziony jakimś impulsem, czymś czego nigdy nie rozumiał. Czasem tak mu się coś pomyślało i zaczynał to robić. Nigdy dotąd nie była to wyprawa na taką skalę, ale wcześniej zdarzało mu się zapuścić w lasy na kilka dni i wrócić do chaty, niosąc stos kamieni, które ustawiał nad kominkiem i wpatrywał się w nie godzinami. Albo wybrać się na ryby, wskoczyć do łodzi i płynąć, dopóki miał siły, a potem wrócić i opowiadać Frittowi i Bulfastowi, jego ciotecznym braciom o tym, jak widział wielkie wodospady i sumy, wielkości koni. Tak, Zacharias Grubb był dziwakiem. Ale uroczym dziwakiem.

A teraz życie odpłaciło mu za jego dziwactwo. Nie wyglądało na to, że podróż z karawaną tak się skończy. Zatrudnił się jako kucharz, bez problemów, gdyż wszyscy wiedzieli, że niziołki są doskonałymi kucharzami, a on nie miał zamiaru nikogo wyprowadzać z błędu i udowadniać, że tak nie jest. Owszem, umiał gotować, ale nie była to jego pasja ani cel w życiu. Podobnie jak jedzenie. W powszechnym mniemaniu, jego rodacy byli pucułowatymi grubaskami, uwielbiającymi jeść i pić. On był zaprzeczeniem tego stereotypu. Niski, liczący nieco ponad trzy stopy wzrostu, żylasty i chudy. Jak to mawiał Bonno Utterich, jego współpracownik, „same mięście, zero tłuszczu, jak stara kobyła”. Ciągle ubierał się w to samo, zabrudzone ubranie, w jakim pracował. Na głowę, mimo pięćdziesięciu zim na karku, wciąż obrośniętą, ciemnymi włosami, zakładał wymięty, zdefasonowany kapelusz. Brakowało mu zęba, który stracił podczas awantury z krasnoludem Hobolgiem Gurdsunnem, kiedy ów przyfasolił mu trzonkiem topora, za oszukiwanie w karty. Zacharias wówczas leżał trzy dni bez życia, a potem znów razem z krasnoludem, pili na umór.

Teraz z innym krasnoludem i pozostałymi przy życiu kompanami, salwowali się ucieczką. Karawana została napadnięta i rozbita przez gobliny i towarzyszących im, wielgachnych orków. Zacharias miał nawet okazję walczyć, gdy kilku goblinów obskoczyło wóz, na którym jechał. Siekiera poszła w ruch. Pierwszemu zgruchotał obojczyk, w drugiego cisnął siekierą, rozbijając mu czaszkę. Nie był zadowolony z tego rzutu, zielony dostał obuchem. Więcej zdziałać nie mógł, obrona poszła w rozsypkę, musieli uciekać. Jeden z nich, wielki nors był ranny, ale i tak porwał to co najcenniejsze. Wielki kufer pełen złota. To miała być ich przepustka, gdy dotrą do celu podróży.A celem była jakaś Smocza Skała, albo coś o równie epicko brzmiącej nazwie. Uszli z życiem i za ten fakt, Zacharias dziękował co chwila Esmeraldzie, poprawiając za pasem siekierę i starając się pomóc dźwigać kufer.

Ten, który zapewnił im fundusze, odszedł na łono Morra czy innego swojego boga zmarłych. W każdym bądź razie mieli teraz jedną gębę do wyżywienia mniej i jednego chętnego do złota mniej. Równocześnie ich szanse na przeżycie nieco zmalały, zmarł doświadczony wojownik. Ich kompanię tworzył teraz on, górnik, krasnolud i niewiasta. Robiło się nieciekawie. Ale bogowie im sprzyjali, gdy na drodze dostrzegli, miast zastępów zielonoskórych, krasnoludzką strażnicę. Dysząc ze zmęczenia niziołek, ruszył w kierunku opancerzonych, ciężkozbrojnych krasnoludzkich wojów.

- Witajcie - powiedział do najdostojniejszego z nich, uznając go automatycznie za dowódcę. - Zwę się Zacharias Grubb. Wraz z towarzyszami umknęliśmy orkom i goblinom, lecz nasza karawana została rozbita, wszyscy inni zginęli. Czy będziecie łaskawi udzielić nam pomocy, schronienia i jadła? Chociażby abyśmy odpoczęli nieco przed dalszą podróżą. A zmierzamy do Smoczej Skały, może słyszeliście? Jeśli tak, to czy możecie nam wskazać drogę i udzielić informacji czy to daleko i jakie niebezpieczeństwa czyhają po drodze?
 
xeper jest offline  
Stary 19-01-2011, 19:35   #4
 
daamian87's Avatar
 
Thrunmir był wojownikiem. Typowym, klanowym wojownikiem. Niestety, bogowie nie zapewnili mu łatwego żywota. Pewne wydarzenia w przeszłości krasnoluda zmusiły go do obrania innej drogi niż ta, którą planował podążać do końca życia. Ścieżka, na którą zmuszony był wstąpić prowadziła do śmierci. Śmierci w walce z jak najpotężniejszym przeciwnikiem. Taka była droga Zabójcy. Thrunmmir poprzysiągł odzyskać honor poprzez własną śmierć, poprzedzoną zagładą jak największej liczby przeciwników. Od dnia, gdy opuścił Karak Kadrin, Twierdzę na Przełęczy, poszukuje chwalebnej walki, która przyniesie mu śmierć i odkupienie jego czynów.

Walka była jego żywiołem. Kiedy trwała, czuł się wolny i spełniony. Poszukiwał śmierci, jednak to on zadawał ją swoim wrogom. Instynkt wojownika przejmował kontrolę nad muskularnym krasnoludem. Zadawane przez niego ciosy rzadko chybiały celu. Topór miażdżył głowy, łamał kości, dosłownie demolował wnętrzności. Krzyki rannych, odgłosy uderzeń broni, skowyt umierających, trzask łamanych kości. Odgłosy mieszały się ze sobą, tworząc dla jednych kakofonię, dla innych najmilszą na świecie muzykę.



Krasnolud zabezpieczał tyły, osłaniając uciekających. Jego potężny, dwuręczny młot skąpany był w plugawej krwi goblinów. Mimo, iż czekało na niego wiele walki, musiał ochronić tych, którzy znajdowali się przed nim. Upewniał się co chwilę, że żaden z tych plugawych zielonych bękartów nie biegnie za nimi. Ucieczka nie była tym, czego Thrunmir oczekiwał. Chciał walczyć. Rozbijać kolejne łby, zadawać bolesną i powolną śmierć. Nie bez powodu sam jej szukał, jednak nie było mu dane tego dnia odejść z tego świata. Zdawał sobie sprawę, iż jeśli on nie zostanie z resztką ocalałych, nie dotrwają do następnego zmierzchu.

Masywna sylwetka krasnoludzkiego wojownika poruszała się powoli za uciekinierami. Brodacz, po którym widać było już na pierwszy rzut oka, że przeżył trochę lat, nie odzywał się ani słowem. Nie skomentował śmierci tych, którzy polegli. Jego usta nie otworzyły się w komentarzu sytuacji, w jakiej grupa się znajdowała. Prawdę mówiąc, to nikt nie słyszał, aby długobrody odzywał się w ogóle. Mozolna ucieczka w stronę krasnoludzkiej strażnicy dobiegała końca.


W muskularnych rękach Thrunmir trzymał swój sporych rozmiarów młot bojowy. Potężna broń, zakończona dwoma masywnymi głowicami nosiła na sobie ślady licznych potyczek. Czarna krew, którą ociekała, dodawała jej jeszcze bardziej mrocznego i złowieszczego charakteru. Wojownik bez wysiłku dzierżył broń, która dla niejednego była by zbyt ciężka do samego trzymania, nie mówiąc już o walce.

Mimo, iż skrzynia którą dźwigali opóźniała ich i spowalniała, nie odezwał się ani słowem. Przez lata podróży zdążył przyzwyczaić się do głupoty i lekkomyślności ludzi. Nawet w sytuacji zagrożenia życia, złoto było najważniejsze. Mimo tego, iż poprzedni właściciel skrzyni zginął z jej powodu, pozostali nie postanowili jej porzucać na pastwę losu. Brodacz nie komentował jednak tego, jak i niczego innego. Szedł spokojnie z tyłu, obserwując okolicę w poszukiwaniu przeciwników.
 
__________________
"Marzę o cofnięciu czasu. Chciałbym wrócić na pewne rozstaje dróg w swoim życiu, jeszcze raz przeczytać uważnie napisy na drogowskazach i pójść w innym kierunku". - Janusz Leon Wiśniewski
daamian87 jest offline  
Stary 20-01-2011, 05:40   #5
 
Nefarius's Avatar
 

Choć pod samotną wieżą z skromną dobudówką, przy ognisku siedziała dość spora grupka brodatych strażników, na przeciw grupie wyszedł tylko jeden. Był mniej więcej wzrostu Thrunmira, jednak nie był tak szeroki w barach jak rzeczony wojownik. W przeciwieństwie do jedynego w grupce ocalałych khazada, strażnik wieży preferował walkę z dystansu, co przez wielu innych jego rasowych kuzynów byłoby uznane za akt tchórzostwa. Byli również tacy, którzy uznaliby to za godny pozazdroszczenia rozsądek. Jego starannie przycięta broda nie była tak imponujących rozmiarów jak u pozostałych stróżów, jednak nikogo z ocalałych ten fakt nie interesował.
Słowa niziołka lekko wytrąciły go ze stoickiego spokoju. Brodacz uśmiechnął się nieznacznie i odwrócił w stronę kamratów by upewnić się czy ktoś przypadkiem nie słyszał słów niziołczego węglarza.

-Witam was na progu Karak Azgal, twierdzy która dawno temu zasłynęła przeklętym smokiem, który przywłaszczył sobie skarby naszego domu. Nie obawiajcie się jednak, bowiem smok zginął z rąk przodka władcy naszej twierdzy i nic wam nie zagraża.- nie omieszkał rozsławić krasnoludzkiego osiedla. Brodacz poprawił swój pas i raz jeszcze się uśmiechnął.
-Pomóc wam niestety nie możemy, albowiem środki, którymi dysponujemy są przeznaczone dla nas, w razie potyczki z orkami, którzy czasami w swej głupocie zapuszczają się tutaj...- pokręcił głową jakby nie mógł uwierzyć, jak można być tak nierozsądnym.
-W każdym razie Karak Azgal znajduje się niespełna kilometr stąd, wzdłuż wydeptanej ścieżki...- krasnolud wskazał palcem zakręcającą za wzgórze ścieżkę.

-Tam znajdziecie wszystko czego wam trza, medycy w Karak Azgal zajmą się waszymi ranami. U stóp twierdzy znajduje się Osada Martwe Wrota, jeśli dobrze się rozejrzycie znajdziecie i dla siebie jakąś pracę. Możecie również zejść do podziemi, do ruin starej twierdzy, jeśli was to interesuje popytacie w mieście, tam powiedzą wam więcej. Nim was wpuszczę dalej musicie przekazać mi pięć złotych monet za każdego z was zgodnie z prawem nadanym mi przez mych mocodawców.- wyjaśniał wartko -Rzecz jasna otrzymacie odpowiedni dokument, który upoważni was do swobodnego poruszania się po Karak Azgal i Martwych Wrotach. Macie obowiązek nosić ów dokument przy sobie w razie gdyby Prawodawcy chcieli go sprawdzić.- kontynuował nie dając nikomu ani chwili na zadanie jakiś pytań, jakby chciał ich wyprzedzić i wszystko samemu opowiedzieć.

-Prawodawcy są swego rodzaju strażą miejską, oraz sądem i katem w jednej osobie. Poznacie ich po wspaniałych zbrojach płytowych oraz niemal identycznym uzbrojeniu. Wędrują trójkami. Zawsze oddawajcie im szacunek, ponieważ na ulicach tutaj są najważniejsi.
W Karak Azgal obowiązuje również indywidualne prawo, nie podlegające Imperialnym kodeksom, zatem nikt nie utnie wam ręki za kradzież... Jednak złapani możecie trafić do lochu, do czasu rozpatrzenia sprawy, a to może potrwać i kilka... naście lat. Dlatego miejcie się na baczności i nie próbujcie numerów.
- pouczył ich brodaty kusznik.
-Po drodze nie spotka was żadne niebezpieczeństwo. Kilometr ścieżki wąwozem jest regularnie odwiedzany przez krasnoludy z twierdzy, a te dbają o bezpieczeństwo gości.- ostatnie zdanie powiedział jakoś mało przekonująco.
-Czy macie jakieś pytania?- spytał poprawiając znów pasek u spodni.
 
__________________
A na sektorach, śląski koran, spora sfora fanów śląskiej dumy, znów wszyscy na Ruch katować głosowe struny!

Ostatnio edytowane przez Nefarius : 20-01-2011 o 05:43.
Nefarius jest offline  
Stary 20-01-2011, 19:50   #6
Konto usunięte
 
Amanea's Avatar
 
Alessie znów przyszło uciekać. W zasadzie przyzwyczaiła się już do takiego trybu życia. Zawsze wydawało się, że już jest dobrze, kiedy nagle wszystko brało w łeb. Bywa, że chce się coś ukryć przed innymi w dobrej wierze, by ochronić ich przed tą wiedzą. Zaś z czasem okazuje się, że to właśnie odkryte tajemnice ściągają największe kłopoty... Sposób na to jest prosty - mówić o wszystkim szczerze. Bywają jednak takie sekrety, które ujawnione mogą odebrać życie. Być zmuszonym do dalszej ucieczki czy stracić życie? Pojedynczym przypadkom wybór wydaje się trudny. Dla niej sprawa była prosta.

Na szczęście nie wszystko zawsze toczy się źle. Zdarza się, że życie - próbując udowodnić, że nadal jest coś warte - podsunie okazję do wykaraskania się z problemów. Choćby chwilowego. Tak też się stało. Udało jej się dostać do obstawy jakiejś karawany na południe. Mniejsza o to kto, gdzie i po co. Ważne, że wyruszali bez zbędnej zwłoki i w rejony, w których prawdopodobnie nikt miał jej nie szukać. Bo i komu przyszłoby do głowy, że samotna dziewczyna podróżować będzie w tamtym kierunku? Miała szansę uniknąć jego gniewu...

Kapryśny los szybko skorygował jednak swe koleje. Jasnym było, że bez walki w podróży się nie obejdzie. Któż jednak mógł przypuszczać, że tak liczna eskorta nie poradzi sobie z atakiem? Pewnie każdy miał świadomość, że ciężko przewidzieć optymalną liczbę potrzebnych obrońców; mało kto jednak spodziewał się chyba aż takiej siły napastników. Więc po raz kolejny przyszło Alessie uciekać. Może nie do końca w pojedynkę, ale - szczęściem w nieszczęściu - jakoś uszli cało. Prawie. Jeden, wiedziony zachłannością raczej niż przezornością, zdołał wynieść także kufer. Na jego nieszczęście - zmarł, na ich szczęście - mieli złoto. Życie było prostą kalkulacją zysków i strat. Nie mieli czasu rozwodzić się nad utratą jednej osoby. Zagrożenie dyszało im wszak karki. Pospieszne oddanie ciała płomieniom musiało wystarczyć.

Choć była kobietą, ani słowem nie marudziła na trudy podróży. Dobrze wiedziała, że od tego ile jeszcze zajmie im wędrówka zależy ich życie, zatem i szybkie tempo nie było dla niej powodem do narzekania. W końcu jednak dotarli do celu. Tu mogła mieć szansę na rozpoczęcie życia od nowa - po raz kolejny. Kiedy niziołek odezwał się do krasnoludów i jeden z nich zbliżył się do grupy, Alessa zsunęła kaptur płaszcza. Bądź co bądź, maniery jeszcze ją obowiązywały, a zakapturzona osoba w grupie mogła raczej sprawiać negatywne wrażenie. Choć w zasadzie oczy różniące się kolorem też nie były popularnym widokiem. Na to jednak już nic nie mogła poradzić.

Wzmianka o indywidualnym prawie, nie podlegającym kodeksom Imperium, też dawało nadzieję na to, by nie musiała się stąd szybko i w popłochu wynosić. Może nie na miejscu było w tym momencie pytać o restrykcje magiczne, ale Alessa nie omieszkała się odezwać:
- Ja mam tylko jedno. Czy prawa Wasze są gdzieś spisane, by można było się z nimi zapoznać i przypadkiem nie wejść w konflikt z nimi? - zapytała z uprzejmym uśmiechem.
 
Amanea jest offline  
Stary 20-01-2011, 21:50   #7
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Można by powiedzieć, że niemal od urodzenia Markus przeznaczony był do wędrownego życia.
Kupiecki wóz ojca, Ottona, znany był w wielu zakątkach całego Imperium. Słowo 'znany' było z pewnością przesadą, ale kawał świata Otto zwiedził. Jego szanowna i kochająca go małżonka, Rosa, wędrowała wraz z nim.
Markus urodził się, można by rzec, na szlaku i przez pierwsze piętnaście lat swego życia nie miał stałego miejsca zamieszkania.

Gdy wreszcie trudy wędrownego życia zmusiły Ottona do porzucenia dotychczasowego stylu życia Markus jakby się ustatkował. Nie na długo.
Awantura w karczmie, wywołana przez podpitego karciarza, wyciągnięta broń... Blizna na skroni i trup tamtego...
Wina karciarza była oczywista, ale atmosfera wokół zdarzenia zrobiła się ciężka, spojrzenia kierowane na zabójcę podejrzliwe i Markus wolał zniknąć na jakiś czas.

Wyprawa Albrechta zdała się deską ratunku dla młodzieńca, któremu po dłuższej przerwie zaczęło się pokazywać dno w sakiewce. Nie wiedział, podobnie jak inni, że bogowie wydali wyrok na ekspedycję. Aż dziw, że komukolwiek udało się unieść głowę z napadu.
Że było ich aż pięcioro, i że mieli na dodatek złoto, to już zakrawało na cud, za który powinien był podziękować któremuś z bogów. Najlepiej Myrmidii, której medalion nosił pod koszulą. Albo Ranaldowi...


Wysoki, stosunkowo szczupły mężczyzna ma czarne, nieco zbyt długie włosy, nosi też starannie przystrzyżone wąsy i brodę. Twarz jest opalona, lewą skroń przecina niewielka, lecz wyraźna blizna. Brązowe oczy są zwykle wesołe, na twwarzy również potrafi zagościć uśmiech.
Na szyi widać srebrny łańcuszek, ale nie można dostrzec, co na nim wisi.
Mężczyzna ubrany jest w rzeczy w różnych odcieniach brązu - jasnobrązowa koszula i prawie czarne spodnie wpuszczone w wysokie, skórzane buty. Na skórzaną kurtkę zakłada kaftan kolczy.
Uzbrojony jest w miecz i sztylet, oraz kuszę.

Na razie nie wtrącał się do rozmowy, za to z aprobatą skinął głową na pytanie zadane przez Alessę.
Łebska dziewczyna, pomyślał.
 

Ostatnio edytowane przez Kerm : 01-02-2011 o 19:23.
Kerm jest teraz online  
Stary 21-01-2011, 23:10   #8
 
Nefarius's Avatar
 
Krasnolud pokiwał głową, wciągnął brzuch i wydął pierś, a następnie poprawił pasek. Brodaty kusznik wydął usta jakby zastanawiał się nad czymś po czym zagrzmiał.
-Ano da się poczytać o naszych prawach, w Wielkiej Księdze Prawodawców...- rzekł, po czym odwrócił się ukradkiem w stronę swych kamratów, którzy za bardzo nie zwracali uwagi na grupkę i rozmawiającego z nimi brodacza.
-Tak między nami, to nawet nie próbujcie czytać tej księgi... Kiedyś próbowałem i nic z niej nie zrozumiałem.- skomentował niepodziewanie -Jeśli chcesz spytać o jakąś konkretną zbrodnię i karę za nią, zapytaj Prawodawcę. To od nich zależy interpretacja kodeksu i to oni uznają, co było przestępstwem godnym grzywny a co godnym lochu.- dodał ułatwiając sprawę.
-Oczywiście, jeśli o to poprosisz, to w Twierdzy Skalfa zostanie Ci pokazana Wielka Księga Prawodawców, ale uwierz na krasnoludzkie słowo. Nic z niej nie zrozumiesz.-

Krasnolud wzruszył ramionami, po czym zawołał skinieniem ręki jednego ze swych towarzyszy. Był to młody jeszcze krasnolud, który pewnie długo nie służył i dlatego traktowano go z mniejszym szacunkiem niż innych strażników.
-Przynieś glejty. Wypełnimy je od razu.- polecił. Młodszy khazad ponownie skinął głową i wartkim krokiem pobiegł do niewielkiego budynku, będącego częścią strażniczej wieży.
-Wydajecie się sympatyczni. A jeśli przeżyliście atak orków, to znaczy, że bogowie mają wobec was jakieś plany...- znów wejrzał przez ramię na kompanów.
-Bądźcie ostrożni w Martwych Wrotach. To osada najgorszych ment, złoczyńców i degeneratów z całego Imperium, którzy mieszkają tu tylko dlatego, że prawo Cesarza tu nie obowiązuje... Władze tolerują ich, gdyż tamci płacąc podatki utrzymują rządzącą kastę...- wziął głęboki wdech -Jak coś, to nie ode mnie wiecie...-

Młody krasnolud po chwili wrócił z kwestionariuszami, wraz z podbitymi pieczęciami strażników wieży. Brodacz wręczył każdemu z ocalałej grupki po papierku i odebrał po pięć złotych monet za każdego.
-I zróbcie coś z tym kufrem. Jak tylko was zobaczą, zaraz staniecie się 'sławni'.- poradził kusznik. Kilka chwil później glejty były wypisane imieniem i rodowym nazwiskiem denata.
-Uważajcie na siebie.- uśmiechnął się delikatnie i skinął im głową, po czym udał się do wieży, by prawdopodobnie złożyć odebraną zapłatę w odpowiednie miejsce. Kompani zaś ruszyli w stronę wąwozu, który prowadzić miał wprost do Karak Azgal. Mozolna wędrówka pod górę, po kamienistym podłożu nie należała do łatwych i wygodnych, jednak dla garstki osób, które przeżyły atak zielonoskórych, była to droga do szczęścia.


W końcu dostrzegli przedwstęp do nowego życia. Przedwstęp przypominający istne slumsy. Osiedle zbudowane z samych drewnianych bud, których nie dało się zliczyć. Po ulicach tułała się masa brudnych i nieprzyjaźnie wyglądających osobników, z pod ciemnej gwiazdy. Trudno było doszukać się tutaj jakiegokolwiek skrawka bogactwa, dostatku czy chociażby dobrego gustu. Mieszkańcy Martwych Wrót byli niezbyt gościnnym komitetem powitalnym, stojącym na drodze do Twierdzy Skalfa, która majaczyła w oddali z majestatem i elegancją godną krasnoludzkiej budowli. Masywna brama, na szczycie wąskiej i stromej ścieżki pod górę przypominała głowę smoka, zaś mury, rozciągające się pomiędzy dwoma wzgórzami, rozciągnięte, gadzie skrzydła.
 
__________________
A na sektorach, śląski koran, spora sfora fanów śląskiej dumy, znów wszyscy na Ruch katować głosowe struny!
Nefarius jest offline  
Stary 22-01-2011, 00:38   #9
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Markus z trudem opanował przekleństwo.
Ze słów krasnoludzkiego strażnika jasno wynikało, że można trafić do lochu za wszystko - od splunięcia na ulicę czy krzywegi spojrzenia na któregoś z Prawodawców.
Miejsce porąbane jak mało które. Ciekawe, czy można zabić kogoś w obronie własnej... Albo jeszcze lepiej - owiedzieć atakującemu 'poczekaj chwilkę, zapytam, czy mogę cię zabić...' Ktoś sobie robil jawne jaja ze wszystkich przybyszów, albo też w kopalniach stale brakowało kogoś do pracy.
Nie mówiąc o tym, że skoro Prawodawcy byli sędziami i katami, nie bardzo było się do kogo odwoływać od wyroku i powoływać na zapisane w księdze prawo.
Oni i tak wiedzieli lepiej.

Starannie ukrywając wszelkie wątpliwości i krytyczne uwagi podziękował strażnikowi - i za glejt, i za udzielone ostrzeżenia. Szczególnie za to drugie. W końcu za glejt zapłacili.
Starannie schował otrzymany dokument i upewnił się, że nie wypadnie, ani tez nie stanie się on łupem jakiegoś złodzieja. Ale nie sądził, by ktoś mógł mu coś wyciągnąć zza kolczego kaftana. Nie sądził, by chodzenie po ulicach bez owego glejtu mogło się dobrze skończyć.
Jeszcze raz skinął głową krasnoludowi i ruszył w drogę.

Ledwo oddalili sie kawałek od krasnoludzkiej wartowni Markus zatrzymał się i opuścił skrzynię na ziemię.
- Ten wartownik miał rację - powiedział. - Stanowimy wprost żywe zaproszenie. Informujemy wszystkich dookoła, że mamy coś cennego. A naczelna zasada wszystkich zbirów brzmi: "Skoro on coś ma, to czemu ja nie miałbym tego mieć?"
- Oczywiście droga morderstwa i rabunku jest najprostsza. Proponowałbym wywalić ten kuferek, rozdzielić zawartość i dopiero wówczas ruszyć w drogę. Jako uciekinierzy zainteresujemy mniej osób, poza tym obecność krasnoluda nieco zwiększy nasze bezpieczeństwo. W końcu to tereny, na których rządzą twoi pobratymcy, Thrunmirze.
- Pozostaje jeszcze mały problem z tobą, Alesso
. - Zafrasowany potarł brodę. - Spróbuj nie rzucać się zbytnio w oczy, dobrze? Kobieta, i to ładna, jest bardziej narażona niż zwykły wojak.
 

Ostatnio edytowane przez Kerm : 22-01-2011 o 14:44.
Kerm jest teraz online  
Stary 22-01-2011, 01:28   #10
Konto usunięte
 
Amanea's Avatar
 
Alessie nie podobało się to, co usłyszała w odpowiedzi. Niemniej starała się zachować dobrą minę do złej gry. Jakoś nie przekonywało jej, by wypytywać potencjalnego Pracodawcę o możliwość korzystania z takich czy innych umiejętności. Była jednocześnie przekonana, że mogłaby zrozumieć znacznie więcej niż krasnoludzki strażnik, ale nie zamierzała się spierać. Nie chciała również ciągnąć całej grupy - a wyglądało na to, że nieprędko się rozdzielą - do jakiejś księgi tylko po to, by rozwiać swe obawy. Zresztą skoro tak ciężkie do zrozumienia były prawa to i, zapewne, przez każdego inaczej mogły być interpretowane.

Dziewczyna zastanawiała się na ile gorsi mogą być mieszkańcy tego miejsca od innych nieprzyjemnych typów, których miała okazję spotkać na swojej drodze. Ostrzeżenie potraktowała bardzo serio, nie w jej stylu było lekceważenie takich informacji. Dobrze wiedziała, do czego zdolni są pozbawieni skrupułów osobnicy. I nie miało tu znaczenia czy ludzie, krasnoludy, niziołki, elfowie. Na podstawie własnych doświadczeń wolała sceptycznie podchodzić do świata, niż potem ulegać rozczarowaniom. Otrzymany glejt schowała starannie, tak aby w każdej chwili mieć go pod ręką. Nie w smak jej było uciekać po raz kolejny, bowiem stąd uciec byłoby naprawdę ciężko...

Na propozycję Markusa zareagowała lekkim uśmiechem.
- Nie uśmiecha mi się bycie obrabowaną czy zabitą dla papierka wartego pięć złotych monet. A chyba żadne z nas nie ucierpi od dodatkowego ładunku w postaci złota. Mniej się będziemy rzucać w oczy. - skwitowała krótko uwagę mężczyzny - Tylko proponuję schować je w różnych miejscach. W końcu skoro tak wiele tu szumowin, nietrudno będzie paść ofiarą kradzieży. A szkoda stracić wszystko na raz...
Kiedy Markus zwrócił się bezpośrednio do niej, uniosła lekko brew i naciągnęła kaptur z powrotem na głowę. Nieznacznie zaskoczyła ją taka uwaga, ale fakt faktem - musiała przyznać Markusowi rację. Któż wie, kogo przyjdzie im tu spotkać. A kobiety zawsze wydawały się łatwiejszym celem.
- Postaram się pozostać w cieniu. - poprawiła srebrzyste kosmyki włosów, wymykające się spod nakrycia głowy - Nie chcę sprawiać Wam dodatkowych problemów.
 
Amanea jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 08:00.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172