Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 02-02-2011, 13:35   #1
 
Mortarel's Avatar
 
[warhammer 2ed.] Sztuka wyboru

SZTUKA WYBORU


Akt 1: MIŁOŚĆ

[MEDIA]http://www.uploadmusic.org/MUSIC/3323341296650025.mp3[/MEDIA]


„…W pewnej chwili na zewnątrz karczmy dało się słyszeć stłumione krzyki, rozmowy ucichły i każdy zaczął nasłuchiwać. Niektórzy nie kryli zaniepokojenia, zwłaszcza przyjezdni, którzy słuchali słów Ernsta. Nagle tupot stóp rozległ się tuż za drzwiami, zawiasy skrzypnęły i drzwi otworzyły się gwałtownie…”



Do środka karczmy wtoczył się ociężale przysadzisty mężczyzna. Jego włosy skąpane były siwizną a twarz miał tłustą, lecz srogą. W oczach pałał mu gniew i złość. Kiedy stanął w świetle izby okazało się, że ubranie ma zabrudzone krwią. Potężna czerwona plama posoki barwiła jego kaftan na brzuchu i rękawach. Na rękach i twarzy dało się dostrzec także czerwień krwi. Mężczyzna w groźnym geście uniósł rękę na znak ciszy i krzyknął:

-Jam jest Otto Reichert, podróżowałem do Altdorfu, gdy zostałem napadnięty! –Wykrzyknął.



–Psiamać, zaskoczyli nas w lesie, wybili mych ludzi i porwali moją ukochaną Julliete, śliczną jak księżyc w pogodną noc, moje jedyne szczęście, moje dziecko! – Zaszlochał.

-Ludzie, pomóżcie mi odnaleźć dziecko moje, napadnięto nas tu, niedaleko, przy rozjazdach. Leżą tam ludzie moi, martwi i poranieni, może któryś przeżył, ich też trzeba ratować. A tych, którzy polegli od strzał zdradzieckich pochowajmy jak nakazuje obyczaj, niech im ziemia lekką będzie!... Krew, wszędzie krew, jazgot w ciemnościach, koźle głowy na drodze, siły nieczyste… Trzeba ratować dziecko moje!... Ja? Nie, nic mi nie jest. Pamiętam świst strzał, spłoszone konie zerwały się i przewróciły powóz. Ja straciłem przytomność. Ocknąłem się w kałuży krwi, a dookoła te koźle łby i ciała moich ludzi, krew wszędzie krew!- Bełkotał jak w majakach Otto, a następnie opadł z sił i zwalił ciężkie ciało na krzesło. Chwycił stojący na stole kufel i wypił go do dna.

Ludzie na sali zaczęli z przerażeniem szeptać. Niektóre kobiety z trwogi poczęły szlochać. Cóż to za nieszczęście spadło na okolice. Blady strach udzielił się większości zebranych. Dało się słyszeć szepty : „Znam ja go. Słyszało się o nim nie raz będąc w Bogenhafen. To jeden z najbogatszych kupców w mieście”, „Otto Reichert, to ten możny, nie słyszałeś nigdy o nim?”, „Ponoć śpi na złocie”.

Otto ochłonął nieco, a następnie ją dalej mówić
-Tych, którzy odnajdą moją Julliete i zwrócą mi ją całą i zdrową, nagroda nie minie! Wiem jak okazać wdzięczność, więc może złoto przekona was do podjęcia ryzyka! Ruszajmy, czas nagli, zaprowadzę do miejsca kaźni.- Otto zerwał się na równe nogi i ruszył w stronę drzwi. Niektórzy chłopi i drwale, skuszeni wizją nagrody zapomnieli o strachu i ruszyli za nim.




Wszyscy:


Siedzieliście w karczmie i byliście świadkami całego zajścia. Jakaś część waszych dusz nakazywała wam, aby udać się za tym mężczyzną i pomóc mu odnaleźć jego dziecko, wiedzieliście, że czyn ten będzie dobry, a jeśli by wam się udało to czeka was za to nagroda w złocie. Dla niektórych z was sama idea walki ze złem kryjącym się w głuszy, była celem samym w sobie. Jednak słysząc o krwi, koźlich łbach na drodze i śmierci, wiedzieliście, że być może z tej wyprawy nie będzie powrotu i nie dla każdego wstanie jutro słońce. Nie było czasu na wdawanie się w szczegóły, Otto szybko opuścił karczmę, ale on desperacko walczył o życie swego dziecka. Czy warto podjąć ryzyko i opuścić bezpieczne mury karczmy, wyjść w nieznane i zagłębić się w czarne morze drzew? Spojrzeliście na otwarte drzwi, za nimi widzieliście jedynie noc, czarny i gęsty mrok. Na zewnątrz krzątali się ludzie, ktoś zapalił pochodnię. Przez drzwi do izby wdarł się lodowaty wiatr i tchnął orzeźwienie w wasze nosy. Czas podjąć decyzję.


 

Ostatnio edytowane przez Mortarel : 02-02-2011 o 14:38. Powód: zapomniałem o tytule aktu ;)
Mortarel jest offline  
Stary 02-02-2011, 14:06   #2
 
xeper's Avatar
 
Krasnolud poruszył się niespokojnie, podrapał po brodzie splecionej w dwa warkocze. Nadstawił ucha. Przybyły do karczmy kupiec niemal wykrzykiwał swoje krzywdy. Przecie takie rzeczy na co dzień się zdarzają, co w tym dziwnego? A że dopadło akurat jego - miał szczęście, że uszedł z życiem. Ba, miał podwójne szczęście, bo na swej drodze napotkał Skalfkraga. Krasnolud akuratnie potrzebował gotówki, a z tego co właśnie usłyszał, zakrwawiony mężczyzna był znaczącym kupcem z pobliskiego Bogenhafen. Kocha, więc zapłaci, pomyślał i dopił piwo.

W karczmie zawrzało. Kobiety wzniosły lamenty, jak to w przypadku kobiecin bywa. Załamywały ręce i szlochały nad losem dzieciątka. Usłyszał kilka przekleństw i modlitw w intencji poległych ludzi kupca. Część chłopów zerwała się z miejsc, gotowa pędzić i walczyć z zwierzoludźmi. Skalfkrag uśmiechnął się pod nosem. Słomiany zapał, pomyślał. Gdy ochłoną, wezmą dupska w troki. A jak zobaczą pierwszego zwierzoczłeka to się posrają ze strachu. Tak to już z chłopami bywa.

Wstał i zaczął zbierać się do wyjścia. Co jak co, ale pomóc kupcowi trzeba było. Nie żeby był łasy na złoto, skądże! Przecie robił to z dobroci swego khazadzkiego serca! - ni stąd ni zowąd wybuchnął rubasznym śmiechem. Osoby siedzące w pobliżu popatrzyły na niego ze zdziwieniem. Zapiął szkarłatny płaszcz na zapinkę w kształcie czaszki. Podniósł z ziemi plecak i broń. Kuszę i miecz zarzucił na plecy a nadziak wetknął za pas. W lewą, przyozdobioną pierścieniami rękę, chwycił stalową tarczę, na której wymalowane były insygnia Czerwonych Mieczy - miecz przebijający tarczę.

- No tom gotów - mruknął i skierował się do drzwi. Na zewnątrz trwały przygotowania, grupa chłopów biegała w kółko, niemalże bez ładu i składu. Kupiec ponaglał do wyruszenia. Ktoś przyniósł pochodnie, kto inny leciał po broń. Skalfkrag pewnym krokiem skierował się do kupca. Stanął przed nim i dumnie wypiął pierś.
- Macie szczęście, panie kupiec - powiedział donośnie i zasalutował zaciśniętą pięścią. Światło pochodni odbiło się w kolczykach przebijających ucho krasnoluda i sygnecie na palcu. - Jam jest Skalfkrag Hurdurson, najemnik. Skoroście gotowi sypnąć groszem, to macie mnie na Wasze usługi. Powiedzcie tylko ilu tych kozich synów było, cobyśmy jaki plan obmyślili.
 
xeper jest offline  
Stary 02-02-2011, 14:45   #3
 
Revan Jorgem's Avatar
 
Barczysty, łysy człowiek siedział przy stole w karczmie, otoczony przez grupkę ludzi, których instruował jak mają żyć. Gdy któryś z łowców, czy drwali narzekał na podatki, czy to na to że jego jedynego syna, dziedzica i tak marnego majątku, zaciągnęli w szeregi ''ochotniczej'' armi Imperratora, podsycał ich nienawiść do panów i systemu w jakim żyją. Niektórzy przestraszeni mówili że to przestępstwo tak mówić, wręcz herezja i dziwili się że te słowa wypowiada ktoś kto ma na sobie kapłańskie szaty, a przy jego boku znajduje się młot, wyglądający na broń sigmaryckich akolitów. Ci jednak byli wyśmiewani i zarzucano im, że mają klapki na oczach, ślepo służąc wyzyskiwaczom i takim, którzy prawo interpretują na swoją korzyść.
W momencie, gdy jeden ze słuchaczy akurat postawił piwo przed Heirichem, bo tak miał na imię ów człowiek, drzwi karczmy gwałtownie się otworzyły i do środka wpadł człowiek, którego wygląd dla Heinricha kojarzył się z jedną tych bogatych, opasłych świń, wykorzystujących ludzi dla swoich potrzeb. Przedstawił się jako znany kupiec, Otto Reichert. Tak, bogacz. Pewnie pomagał w finansowaniu jednej z krucjat, a teraz to mu się wszystko odpłaciło. Uśmiechnął się myśląc. Jednak z tego co mówi, to napadły go bestie, odwieczny wróg dzieci Sigmara. Nieważne jakie były jefo poglądy, sumienie nie pozwałoby żeby stał bezczynnie, gdy tak blisko osiedli ludzkich szaleli zwierzoludzie. Kilku mężczyzn podeszło do niego prosząc o błogosławieństwo, które miało ich ochronić przed strasznym wrogiem, on zrobił to mrucząc krótką modlitwę pod nosem, po czym uczynił znak młota i podszedł do kupca ze swoją bronią na ramieniu.
-Jestem wędrownym akolitą, głoszącym dobrą nowinę, chcę żeby mi pokazano miejsce rzezi, abym mógł zmówić modlitwę nad poległymi, oby ich dusze znalazły prawdziwą drogę!
 
__________________
Gdy cię mają wieszać w ostatnim życzeniu poproś o szklankę wody, nigdy nie wiadomo co się stanie zanim ją przyniosą.
Revan Jorgem jest offline  
Stary 02-02-2011, 14:49   #4
 
seto's Avatar
 
Ciemnowłosy mężczyzna siedzący samotnie przy stoliku poderwał się na równe nogi o mało nie zrzucając talerza z jajecznicą. Zaciśnięte w pięści dłonie drżały. Ktoś mógłby wziąć to za objaw strachu, ale ktoś taki nie znał Hermana. Do teorii o tchórzostwie mężczyzny nie pasowały także jego oczy. Płoną w nich ogień jakiego nie powstydził by się stos ułożony przez łowców czarownic stos. Prawa ręka mężczyzny wręcz bezwiednie rozchyliła płaszcz. Poły szaty odsłoniły czarny sweter, skórzaną kurtkę oraz wetkniętą za pas broń: jednoręczny, niepozorny topór oraz błyszczący sztylet. Ręką zacisnęła się na dużym medalionie w kształcie młota. Usta Grundsteina zaczęły się poruszać. Nikt nie wątpił, że mężczyzna wznosi modły do Sigmara.

Kiedy Otto skończył mówić Herman spojrzał na zgromadzonych w izbie ludzi. Część chłopów od razu rzuciła się do pomocy. Głupcy nie wiedzieli co ich czeka. Najpewniej śmierć. Jakiś krasnolud ruszył w kierunku Otta. Więc jednak był ktoś kto znał się na robocie. Zapewne ciągnęło go do złota, ale to nie było ważne. Ważne były efekty pracy. Herman miał już minimum dwa powody aby pomóc kupcowi. Sigmar kazał walczyć ze złem, a także wspierać krasnoludy. Grundstein mógł wypełnić oba polecenia Boga jednocześnie. Mężczyzna schylił się i wyciągnął spod stołu torbę, którą od razu przerzucił przez ramię oraz ciężki i porządnie wykonany korbacz który pewnie uchwycił w dłoń.

- Idę z nim! - Poważny i doniosły głos przebił się przez przyciszone rozmowy i komentarze. Tak jak się spodziewał - cisza. Przebił się do drzwi. Stanął w progu, obrócił się i zlustrował gawiedź spojrzeniem. Potrzebowali jeszcze kogoś do pomocy.

- Kto z was jest gotowy stanąć w obronie swoich rodzin? Który z was nie reagowałby gdyby jakiś bandyta wyciągnął rękę po waszą córę albo siostrę? Kto wam zagwarantuje że pomioty chaosu nie zapukają jutro do waszej izby? Konflikt należy stłumić w zarodku! Kto posłuszny jest woli Sigmara ten niech idzie z nami i staje do walki ze złem. - Podczas przemowy oczy Hermana świeciły dziwnym wewnętrznym blaskiem. Cały czas żywo gestykulował wolną ręką, druga była mocno zaciśnięta na drewnianym uchwycie korbacza. Kiedy mężczyzna skończył i nie patrząc na reakcję gawiedzi ruszył w kierunku Otta i krasnoluda.

- Możesz liczyć na moją pomoc panie. Niech Sigmar ma nas w swojej opiece. - Zwrócił się do kupca poważnym i mocnym głosem.
 
seto jest offline  
Stary 02-02-2011, 15:00   #5
Banned
 
„Co za cholerne zbiegowisko.”

Siedział w rogu karczmy, w najdalszym kącie, niepokojony przez nikogo. Miał stamtąd najlepsze miejsce, by się wszystkim dokładnie przyjrzeć, a szeroki kaptur jego płaszcza skutecznie mu to umożliwiał. Sączył piwo, drugie już, może trzecie. Tutejsi unikali jego spojrzenia. Zawsze tak było. Tylko włóczędzy, najemnicy, czy inne obwiesie spokojnie go obserwowały. Tak samo jak on ich. Do karczmy wparował jakiś mężczyzna, ubrudzony krwią, nawołujący o sprawiedliwość. Za pieniądze.

Gdyby ktoś się mu przyjrzał z bliska, zauważyłby nikły blask w jego oczach o brawie żelaza, ale nikt nie zwracał na niego uwagi.

Dopił w spokoju piwo. Krasnolud, który zdawał się obserwować go przez niemal cały jego pobyt w karczmie, wstał, sposobił się do wyjścia.

„Nunc aut nunquam” – pomyślał. Teraz albo nigdy. Pieniądze powoli kończyły mu się, a w Altdorfie bez pieniędzy nie warto się pokazywać. Wstał, odstawiając kufel. Wziął swój dobytek. Przewiesił jeden miecz przez plecy, drugi przypiął do pasa, sztylet, uprzednio wytarłszy w połę płaszcza, włożył do cholewy. Naciągnął mocniej kaptur na głowę, i ruszył do wyjścia. Z pewnością wyglądał jak typowy zakapior, jakich pełno na gościńcach.

Wyszedł z karczmy, stanął obok krasnoluda, przemawiającego do kupca. Ściągnął kaptur, ukazując swoje oblicze. Twarz miał poharataną od czoła do żuchwy, blizna przebiegała przez oczodół, nawet powiekę, ale oko było nietknięte. Byłby przystojny, gdyby nie ta szrama. I o dziwo, młody, koło 25 lat, jednak nie miał urody młodzieńca. Widać, że ważył ponad 200 funtów. Długie, kruczo czarne włosy opadały mu swobodnie na ramiona, solidnie zarysowane pod kurtą. Znad lewego ramienia widać było rękojeść brzeszczota, którego to miał przewieszonego przez plecy. Srebrna trupia czaszka na głowicy mieniła się zimnym blaskiem pochodni. U pasa przewieszony inny miecz, o wiele mniejszy od tego na plecach, półtorak, z głowicą w kształcie głowy lwa i ułamanym jelcem.

Miał na sobie ciężką, skórzaną kurtę, gęsto nabijaną ćwiekami i guzami, podobnie jak jego buty krasnoludzkiej roboty. Buty te zresztą cholewami sięgały do kolan, które miał osłonięte metalowymi nakolannikami. Na lewej ręce miał także metalowy naramiennik i przedłokietnik. Wypisz, wymaluj, fechtmistrz z dalekiego kraju.

Ale coś w nim było, że nie chciało się patrzeć mu prosto w oczy, o barwie zimnej stali. Nie wydało się to być bezpieczne.

- Powiedzcie też, ile płacicie, panie Reichert, a macie i mnie. – odezwał się swoim zimnym, ochrypłym głosem, jakby zupełnie nie przywykłym do mówienia.
 
Revan jest offline  
Stary 02-02-2011, 15:04   #6
 
Felidae's Avatar
 
Trzaskające w płomieniach polana przyciągnęły uwagę młodej kobiety, która opatulona w płaszcz siedziała na ławie przy stole, nieopodal dużego, kamiennego kominka. Ostatnio ciągle marzła i dlatego teraz z przyjemnością skierowała zgrabiałe dłonie w kierunku ognia. Całe szczęście, że wędrowny handlarz powiedział jej o karczmie we wsi inaczej musiałaby szukać noclegu w jakichś krzakach. Aż wzdrygnęła się na tę myśl.
Kayah von Reichenbach nie była byle chucherkiem. Wysoka, postawna, o wąskiej, ale mocnej kibici sprawiała wrażenie osoby, która nie dawała sobie w kaszę dmuchać.
Gdyby tylko nie ten cholerny katar. Sama była sobie winna. Polazła w deszcz, mimo przestróg Antona, na spotkanie ze zleceniodawcą i teraz pociąga nosem jak zasmarkany bachor.
Aaaaapsik!
Głośne kichnięcie utonęło na szczęście w gwarze karczemnym.
Kaya cofnęła od ognia ręce i wyjęła z sakwy wielką kraciastą chustkę, a następnie wytarła zaczerwieniony nos. Niech to szlag! Te zioła lecznicze, które sprzedała jej znachorka były do niczego. Dobrze, że nie dostała od nich kurzajek albo licho wie czego jeszcze.
Kobieta nie była w najlepszym humorze. Z jednej strony męczyło ją przeziębienie, a z drugiej nie otrzymała informacji, jakich spodziewała się właśnie w tym zajeździe.
Kaya chwyciła za kubek i łyknęła ostrożnie grzanego wina. Napój przyjemnie rozlewał się gorącą falą w żołądku.
„Przynajmniej jeden pożytek z całej wyprawy” – pomyślała i zapatrzyła się w tańczące płomienie.

Nagłe zamieszanie wywołane przez starszego, przysadzistego mężczyznę wyrwało ją z zamyślenia.

– Psiamać, zaskoczyli nas w lesie, wybili mych ludzi i porwali moją ukochaną Julliete, śliczną jak księżyc w pogodną noc, moje jedyne szczęście, moje dziecko! - przybyły wykrzykiwał od wejścia

Porwanie? Może jednak los uśmiechnął się do niej i dał wskazówkę, której tak rozpaczliwie potrzebowała?
Kaya wstała gwałtownie od stołu i zbliżyła się aby lepiej słyszeć jego opowieści.
Krew…śmierć…kozie głowy... strzały…
Tłusty kupiec nie szczędził słownictwa aby namalować to co przydarzyło mu się na trakcie leśnym. Zanim jeszcze zdążył wypowiedzieć swoje wołanie o pomoc wiedziała, że ruszy razem z nim.
Może tam, w lesie znajdzie odpowiedzi na dręczące ją pytania, a jeśli nie… to przynajmniej zarobi trochę grosza.

Zauważyła, że za kupcem podążyło już kilku śmiałków. Nie czekając więc dłużej chwyciła za swe rzeczy, rzuciła na stół kilka miedziaków i ruszyła do wyjścia. Przed karczmą szykowano już orszak. Kaya gwizdnęła na pachołka, każąc przyprowadzić jej sokoła, a potem zbliżyła się pewnym krokiem do Ottona Reicherta i powiedziała:

- Moje ostrze macie także panie. Prowadźcie!
 
__________________
Podpis zwiał z miejsca zdarzenia - poszukiwania trwają!

Ostatnio edytowane przez Felidae : 03-02-2011 o 07:35.
Felidae jest offline  
Stary 02-02-2011, 19:07   #7
 
Yzurmir's Avatar
 
Hugo Wesser zamierzał miło spędzić wieczór w towarzystwie miejscowych gości, jednak, zapewne z powodu swojej wyprawy, był nieco spięty. Pierwszy raz opuszczał w końcu mury Altdorfu, co wprawiło go w swoistą melancholię utrzymującą się już przez jakiś czas. Zastanawiał się nad tym, co teraz pocznie, i nie był w nastroju na zabawę. Zamiast tego usiadł nieco z boku i wyciągnąwszy z torby grubą księgę, zaczął ją czytać. To z początku nieco go zajęło i odciągnęło od smętnych myśli, lecz wkrótce zaczął odczuwać chęć skomentowania tego, co w niej było, i chociaż nie chciał korzystać z narzędzi pisarskich w tym chaosie, zaczął już układać w myślach całe zdania.

Od księgi oderwała go dopiero opowieść miejscowego mężczyzny, zwanego, jak się wydaje, Ernst. Hugonowi ścierpła skóra, gdy słuchał o „demonach”, „diabłach rogatych”, a nade wszystko o „krwi na drodze i krzykach w ciemnościach”. Stare obrazy pojawiły się w jego głowie i zaczął zastanawiać się, cóż to może czaić się na trakcie. Reszta gości traktowała Ernsta raczej pobłażliwie i Wesser zdawał sobie sprawę z tego, że skoro jest to znany tu pijak, to prawdopodobnie mają rację – a jednak coś, być może szczera groza w głosie mężczyzny, mówiło mu, że trzeba się strzec. Zatem odłożywszy książkę na bok, przysłuchiwał się słowom wieśniaka.

Mimo opowieści o demonach, zaskoczył go widok zakrwawionego mężczyzny, gdy ten wparował do karczmy. Nazwisko Otto Reichert nic mu nie mówiło, ale z uwagą wysłuchał jego historii.
„Na Sigmara!”, pomyślał. „Krew na drodze…”
I ta Julliete… Biedne dziecko. Zacisnął pięści we wzburzeniu. Kimkolwiek są ci ludzie, którzy to zrobili, osobiście dopilnuje, aby zginęli.

W pośpiechu włożył księgę do torby, wyjął z kolei bukłak z wodą i wstał.
– Dobry panie – powiedział, podchodząc do karczmarza – moglibyście przypilnować tej torby? Nazywam się Hugo Wesser. Zamierzam pomóc temu Ottonowi Reichertowi.

Nie zdążył wcześniej wynająć pokoju, więc wciąż miał na sobie pancerz, grubą przeszywanicę, którą nosił dla bezpieczeństwa na trakcie, ukrytą co prawda pod długą, prostą szatą, sięgającą prawie do kostek. Gdy się podniósł, można było zauważyć, że choć przeciętnego wzrostu, jest bardzo dobrze zbudowany. Twarz, choć wcale nie stara, była zniszczona, nos złamany i krzywy, oczy niebieskie, a włosy blond, lecz przetykane pojedynczymi siwymi pasmami.

Oddawszy torbę na przechowanie, chwycił swój młot, założył płaszcz, poprawił sztylet w pochwie przy pasie i wyszedł na zewnątrz, spoglądając na pozostałych ochotników. Był tam jeden kapłan Sigmara, którego wypowiedzi słyszał i niezbyt mu się one podobały. Było też jakieś dziewczę, które nie powinno się chyba angażować, oraz krasnolud z tarczą… I grupa miejscowych chłopów i drwali.

– Oczywiście wam pomogę – zwrócił się do Ottona. – Hugo Wesser.

– Te sukinsyny zapłacą za to, co zrobiły – dodał z gniewnym błyskiem w oczach.
 

Ostatnio edytowane przez Yzurmir : 02-02-2011 o 21:16. Powód: dodałem wzmiankę o płaszczu
Yzurmir jest offline  
Stary 02-02-2011, 20:45   #8
 
valtharys's Avatar
 
Mężczyzna w szarym poniszczonym płaszczu siedział sam przy stoliku i popijał piwo. Na głowie miał poniszczony, szary kapelusz, który zasłaniał po części jego twarz. Gdy tylko w karczmie pojawił się nieznajomy Jonas Villmar, bo tak zwał się mężczyzna, podniósł do góry rondo kapelusza i przyjrzał się uważnie „gościowi”. Niebieskie oczy nie zdradzały szczególnego zainteresowania, lecz Jonas słuchał z uwagą każdego słowa. Gdy tamten skończył, napełnił fajkę i podpalił ją pykając ją spokojnie i delektując się aromatem tytoniu. Gdy Otto opowiadał swoją historię, Jonas począł się bawić monetą, która miała dziurę w środku, przerzucając ją między palcami. Dla postronnego obserwatora mogło by się zdawać, iż ów mężczyzna nie jest sprawą szczególnie zainteresowany.

Ludzie zaczęli wychodzić za „kupcem”, lecz Jonas spokojnie dopił piwo i dopiero wstał od stolika i ruszył w stronę wyjścia. Uprzednio zabrał ze sobą kuszę, którą przewiesił przez ramię i poprawił poły płaszcza. Kapelusz również zsunął delikatnie na twarz, tak by jak największa jej część pozostała niewidoczna. Sam widok jego buzi i tak sprawiał że wiele osób odwracało wzrok. Ci, którzy się dokładnie przyjrzeli mogli zobaczyć jak lewa część twarzy nosi ślady po oparzeniach. Jednak najgorsze było to, że tuż przy żuchwie część jego twarzy nie miała prawie skóry, jakby ktoś obdarł go żywcem z niej. Krucze włosy opadały luźno z tyłu głowy sięgając prawie barków.

„Pieniądze zawsze się przydadzą, a i nie zawadzi rozerwać się trochę. Biedaczysko pewnie przesadza. Zapewne jakieś wieśniaki, przebrane w koźle skóry go zaatakowały a tak jego ochrona to pewnie nie warta miedziaka”

Jonas uśmiechnął się, odsłaniając zęby w szerokim uśmiechu i wyszedł w mrok, podążając za resztą. Gdy tylko zimne powietrze i wiatr ogarnęły mężczyzną, ten znów zaczął pykać fajkę, a kołnierz płaszcza postawił w „sztorc” tak by go bardziej ochraniał. Pogoda nie była mu straszna, chociaż zdecydowanie wolał cieplejsze miejsca i z lepszą kompaniją.

- Jonas Vilmar, na mnie też można liczyć. Oczywiście nagrodą nie pogardzę - rzekł mężczyzna chociaż w jego tonie nie było nic miłego, a raczej oschłe stwierdzenie faktu
 
__________________
Dzięki za 7 lat wspólnej zabawy:-)
valtharys jest offline  
Stary 06-02-2011, 17:20   #9
 
Balzamoon's Avatar
 
Młody człowiek przyglądał się uważnie wychodzącym za kupcem postaciom. Ubrany w szarą koszulę, brązowe spodnie przepasane skórzanym pasem nie wyróżniał się zbytnio. Siedząc zaś z dala od ognia, pod ścianą nie zwracał na siebie uwagi. Powoli, można by rzec z niechęcią, przeżuwał posiłek złożony z kaszy z omastą i kawałka mięsa. Popijał piwem, często się krzywiąc jakby mu niezbyt smakowało. Gdy do karczmy wpadł pokrwawiony kupiec, wysłuchał jego rewelacji z zainteresowaniem, ale nawet nie drgnął, gdy ten począł wołać o pomoc w uwolnieniu córki. Ze znacznie większym zaangażowaniem natomiast rozpoczął obserwację tych, którzy na wezwanie odpowiedzieli. Chłopów i drwali zignorował, przebywał tu już trzeci dzień i zdążył wyrobić sobie zdanie o wszystkich stałych bywalcach karczmy. Znacznie ciekawsi byli przyjezdni.
Odprowadził spojrzeniem krasnoluda. "Chciwość czy głupota i chęć bitki?" Zadał sobie pytanie. "Raczej wszystkie te cechy." Zdecydował, tracąc nim zainteresowanie. Gdy poderwało się dwóch kolejnych mężczyzn ocenił ich po kolei. Pierwszy śmierdział sigmarytą na odległość. Młot, szaty i symbol jednoznacznie określały jego rolę, choć tego, co mówił chłopom nie poparłby chyba nikt z jego przełożonych. "Fanatyk, buntownik i kandydat na heretyka." Drugiego obserwował nie dłużej. Wszystko wyjaśnił mu przesadnie wielki symbol Sigmara i korbacz."Fanatyk, fanatyk, fanatyk, czyli głupiec, na jedno wychodzi." Gdy kolejny mężczyzna zaczął szykować się do wyjścia pomyślał. "Wielki, silny, ciężka broń, ciekawe czy potrafi myśleć?" Kolejna osoba była dla niego zaskoczeniem. Kobieta. Na ile to było możliwe oszacował jej sylwetkę. Spodobało mu się to, co zobaczył. "Zgrabna, na przyrodzenie Ulryka, naprawdę zgrabna. Na dodatek uzbrojona i pewna siebie. Takie często lubią przygody. Nie tylko na szlaku, ale i w łożu. Może jednak warto się tą wyprawą zainteresować?" Odstawił opróżniony, nie wiadomo kiedy, kufel. Wstał i ruszył na poddasze po swoje rzeczy. Narzucił płaszcz, do plecaka wrzucił rzeczy, wyciągnął spod łóżka czarną skórzaną torbę, owinął szyję chustą i założył kapelusz. Chwycił kij podróżny i był gotów do drogi. Szybko jeszcze raz sprawdził czy niczego nie zapomniał i zbiegł do mocno opustoszałej karczemnej izby. Podszedł do Olafa. Ten z ciężkim westchnieniem postawił przed nim butelkę miętówki. Młodzieniec uśmiechnął się do niego.
- Widzę Olafie żeście człowiek słowny. Nocleg i darmowe jedzenie za leczenie we wsi i butelka przedniej miętówki za wyrywanie zębów u drwali. Dziękuję za gościnę. – Butelka znikła w torbie. "Dobrze nie wiesz jak ta gościna była przyjemna, gospodarzu." Uśmiechnął się do jasnowłosej dziewczyny obsługującej pozostałych w karczmie gości i upewniwszy się, że Olaf tego nie widzi, posłał jej całusa. Następnie nie zwracając już na nic uwagi wyszedł przed karczmę. Zobaczył, że do wyprawy dołączył jakiś brzydal z poparzoną twarzą i dobrze zbudowany człowiek w szacie. "Rębajło i cholera wie kto." Nie zaprzątał nimi uwagi tylko jeszcze raz obejrzał nieznajomą. Widząc, że kilka osób spojrzało na niego powiedział.
- Sądzę, że i ja się przyłączę do tej wyprawy. Widzę tutaj dużo stali, wiele mięśni i rozumu ledwie tyle żeby tym wszystkim poruszać. Choć muszę przyznać, że niektóre osoby mają całkiem ładnie rozmieszczone… umięśnienie. – Obmacał wzrokiem kobietę.
- Me imię Gregor. Walka nie jest mym powołaniem, lecz ranni docenią mą pomoc gdyż na opatrywaniu ran znam się dobrze. – Poklepał torbę przytroczoną do pasa, z której dobiegł brzęk metalu.
- Nim zdążysz napuszonym tonem rzec, iż uczono cię opatrywać rany, to wiedz, że robię to lepiej. – Zwrócił się do kapłana Sigmara, nim ten nawet otworzył usta.
- Jeszcze jedno, jesteś może kurtyzaną? – Z bezczelnym uśmiechem zadał to pytanie jedynej w grupie kobiecie.
 
__________________
"Prawdziwy mężczyzna lubi dwie rzeczy – niebezpieczeństwo i zabawę, dlatego lubi kobiety, gdyż są najniebezpieczniejszą zabawą."
Fryderyk Nietzsche
Balzamoon jest offline  
Stary 06-02-2011, 18:09   #10
 
Mortarel's Avatar
 
Zebraliście się przed karczmą. Kupiec stał na drodze ponaglając do wymarszu. Ktoś przyniósł pochodnie, ktoś widły. Pojawiło się także kilku drwali z siekierami. Noc była czarna a ciemność nieprzenikniona. Niebo zaszło chmurami i tylko czasem dało się ujrzeć tarczę księżyca. Rozpalono pochodnie i blask ognia rozświetlił drogę. W oddali czerniała ściana lasu. Dotarcie do niej zajmie wam co najmniej kwadrans. A później kolejne dwa do rozjazdów.

Pierwszy do kupca zwrócił się krasnolud, który przedstawił się, jako Skalfkrag Hurdurson, najemnik. Wypytywał on o liczbę zwierzoludzi, ale nie uzyskał jasnej odpowiedzi. Kupiec wyraźnie zmieszał się, zaczął bełkotać o ciemności, o zasadzce, w którą wpadli, o koźlich łbach na drodze i porwaniu swojej córki. Na koniec dodał czerwieniąc się –Jam ich nie widział, spłoszone konie wywróciły wóz, którym jechał. Ja, ja.. Pociemniało mi przed oczami, jak się zbudziłem było po wszystkim.- dodał wyraźnie zażenowany.




Następnie zwrócił się w stronę mężczyzny w płaszczu, którego twarz skrywał szeroki kaptur. –Panie, jeśli odnajdziecie moją córkę, to każdy, kto pomógł w jej ratowaniu otrzyma dwadzieścia karli!- Wykrzyknął tak, żeby każdy mógł to wyraźnie usłyszeć. Niektórzy chłopi złapali się za głowy „Toż to musieliby my robić na to w polu dwa lata! A i wtedy nie wiadomo czy oby się tyle nazbierało!” wykrzyknęli niektórzy. –Jestem hojny i obiecuję nagrodzić każdego, kto przyczyni się do odbicia mego dziecka z rąk tych szatanów!- Dodał Otto.


Wyruszyliście. Za kupcem podążało także ośmiu chłopów uzbrojonych w widły, a także sześciu drwali zbrojnych w siekiery. Powoli oddalaliście się od wioski, pochłaniała was ciemność. Tworzyła ona ścianę, która najpewniej zacisnęłaby się na was w duszącym uścisku, gdyby nie światło pochodni rozpraszające mrok.

Stąpaliście ostrożnie, noga za nogą, stopa za stopą. Minął kwadrans odkąd wyruszyliście spod karczmy. Chłodny wiatr przeszywał wasze ciała. W powietrzu dało się wyczuć niepokój. Dotarliście w końcu na skraj lasu. Zatrzymaliście się na chwilę, rozglądając się ostrożnie. Jeden z chłopów rozmyślił się i zawrócił. Pochodnie oświetliły drzewa, które rzucały złowieszcze cienie. Kilka razy zdawało wam się, że coś poruszyło się w głębi, między drzewami. Ale jak tylko oświetliliście to miejsce pochodniami, niczego tam nie było.

Ruszyliście dalej. W lesie panowała niepokojąca cisza. Nie było słychać ani owadów, ani stworzeń, które to mają w zwyczaju pojawiać się nocną porą. Szliście tak dwa kwadranse, cały czas czując na sobie czyjś wzrok. Coś czaiło się w głębi lasu, w ciemnościach i tylko czekało, aż wasze pochodnie zgasną, żeby dopaść was w kilku susach i zabić. Wiedzieliście to, czuliście tą atmosferę. Odkąd weszliście do lasu, żaden z chłopów ani drwali nie odezwał się słowem. Niektórzy rozglądali się nerwowo.


Mrok gęstniał, czuliście na swoich ciałach ucisk, jakby jakaś niewidzialna siła przygniatała was. Nikt nie wiedział jak długo szliście, ale w pewnym momencie wasze nozdrza wyczuły słodki zapach krwi. Chłop idący z przodu spojrzał na ziemię oświetlając skrawek drogi pochodnią na ziemię. Krzyknął. Stał w kałuży krwi po kostki. Nogi zaczęły mu drżeć, wypuścił z ręki pochodnię, cofnął się o kilka kroków, żeby stać bardziej w grupie. Byliście na miejscu.

Na drodze przed wami leżała koźla głowa ze zwieszonym jęzorem, dalej kolejne dwie. Łypały na was martwymi oczami. Dostrzegliście wywrócony wóz. Konie zerwały się i uciekły. Przy wozie leżały trzy ciała, przeszyte strzałami. Przy drzewie po prawej stronie drogi leżał mężczyzna ze strzałą w głowie. Zaczęliście przyglądać się miejscu kaźni. Kupiec zamarł w bezruchu.

Kaya von Reichenbach

Znalazłszy się na miejscu było Ci nieswojo. Całą drogę czułaś na sobie czyjś wzrok, a twoja kobieca intuicja nigdy Cię nie zawiodła. Miałaś złe przeczucia. Tyle tu krwi, jak w rzeźni. Ta porwana dziewczyna to też córka kupca, może ma to coś wspólnego z twoja sprawą. Rozglądałaś się dookoła, w świetle pochodni dostrzegałaś ciała zabitych, poczułaś lekkie mdłości na ich widok.

Revan Magret

Brodząc w kałuży krwi starałeś się zachować zimną krew. Mimo, że zapach osocza drażnił twoje zmysły musiałeś zachować trzeźwość umysłu. Opanowałeś emocje i zacząłeś rozglądać się wokół. Trzeba zbadać to miejsce.

Heinrich Glumbgner

Ostrożnie zbliżyłeś się do przewróconego wozu. Zasłoniłeś rękawem nos, nie mogąc znieść tak intensywnego zapachu krwi. Zrobiło Ci się niedobrze. Na widok przeszytego strzałami mężczyzny, którego puste spojrzenie nie wyrażało żadnych emocji nie wytrzymałeś. Zwymiotowałeś za wozem. Kiedy podnosiłeś głowę, twoją uwagę przykuł jakiś błysk między drzewami, kilka metrów od drogi. Światło pochodni odbijało się od czegoś.

Herman Grundstein

Zachowując zimną krew przyglądałeś się raz drodze, raz wozowi, raz kozim głowom. Z wyglądu nie różniły się od głów zwykłych kóz. Coś tu nie grało. Nagle ogarnęło Cię dziwne uczucie. Jakby poza wami był tu ktoś jeszcze. Cienie drzew wyglądały bardziej złowieszczo niż zwykle.

Jonas Villmar

Całe to miejsce napawało Cie niepokojem. Widok śmierci nie zrobił na Tobie większego wrażenia. Z pogardą spojrzałeś na wystraszonych chłopów. Jeden narobił w porty. Z doświadczenia wiedziałeś, że miejsce walki zawsze pełne jest śladów, z których można wiele wyczytać. Przez nieuwagę poślizgnąłeś się na zakrwawionym kamieniu. Upadłeś jak długi a torba z ekwipunkiem wyleciała Ci z rąk. Wpadła prosto w kałużę krwi. Szybko ją wydobyłeś, jednak dwie racje żywności nasiąknęły krwią znacząco. Możesz je zachować do zjedzenia, ale na swoje ryzyko.

Skalfkrag Hurdorson

Miałeś dziwne przeczucia, co do tego miejsca. Coś w nim nie pasowało do reszty. Kiedy pierwsze wrażenie opadło zacząłeś przyglądać się pobojowisku. Ludzie przeszyci strzałami. Zwróciłeś uwagę, że z niektórych drzew i z wozu także sterczą takie same strzały, jakimi zabili ludzi. Nie wiesz, czemu akurat to zwróciło twoją uwagę. Może zboczenie rzemieślnicze.

Hugo Wesser

Przez całą drogę nie odczułeś niczego niezwykłego. Najwidoczniej cały strach udzielał się większości wyprawy, poza tobą. Poczułeś, że musisz być teraz oparciem dla Tych ludzi, żeby nie stracili wiary i nie popadli w zwątpienie. Na miejscu kaźni zaskoczyła cię ilość krwi oraz brak ciał zwierzoludzi. Były tylko same kozie głowy.

Gregor von Haus

Dziwnie czułeś się idąc przez las, ale nie było w tym uczuciu strachu. Zaledwie trochę zaniepokojenia, za to więcej kpiny z zabobonności chłopów. Zastanawiałeś się, czy któryś z ludzi Otta przeżył. Gdy dotarliście na miejsce ilość krwi bardzo cię zdziwiła. Była niemal wszędzie w promieniu kilku dobrych metrów od wozu.

PS. Proszę zapoznać się z pierwszym postem komentarzy, bowiem edytowałem w nim sporo informacji
 

Ostatnio edytowane przez Mortarel : 06-02-2011 o 20:23. Powód: literówka ;)
Mortarel jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 17:53.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172