Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > Zakątek LI-teracki > Artykuły, opowiadania, felietony > Systemy RPG > Artykuły Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy


komentarz
 
Narzędzia artykułu Wygląd
<!-- google_ad_section_start -->Wyjazd do wód<!-- google_ad_section_end -->
Wyjazd do wód
Autor artykułu: Kelly
05-04-2008
Wyjazd do wód

Jest to kontynuacja poprzedniej przygody „Szczęście wsi” zamieszczonej na LastInn http://lastinn.info/artykuly-warhamm...escie-wsi.html (Szczęście wsi)

WYJAZD DO WÓD [16]

Powrót do Nuln nie był przyjemny. Zmęczeni i przemoczeni dostali się przed surowe oblicze ochmistrza von Stoltenhofa, który serią pytań zaczął nicować ich wyczerpane umysły:
- Aha? A więc mówicie, że problem został rozwiązany? Tak, tak. To bardzo dobrze. A coś więcej?
- No więc to był nekromata? I już nie żyje? Aha. To dobrze, to dobrze
.

Do tej pory wszystko szło elegancko, a Gerhard, Martin i Raendil już mieli nadzieję, że wszystko pójdzie jak z płatka, gdy ochmistrz zaczął żądać szczegółów, jakby podejrzewając, że za bardzo krótkim sprawozdaniem z wyprawy do Bramy kryje się coś niezupełnie dobrego. Wprawdzie człowiek i krasnolud zrobili absolutnie zdziwione miny skrzywdzonej niewinności, ale nieco rozkojarzonemu elfowi wymknęło się coś, że w sumie to było wszystko w porządku, ale nie tak do końca.
- Nie do końca? – Zdziwił się ochmistrz i zaczął drążyć głębiej całą sprawę, kontestując ponure odpowiedzi przyjaciół:
- Aha, i mówicie, że część wioski spłonęła? Tak jakby? Przypadkiem?
- Aaa, i część wieśniaków nie żyje? Jak wielu?
- Aaa wielu. Rozumiem. Może z połowa. Taaak?
- Aaa, może nawet więcej niż połowa? Kobiety i dzieci też?
- A zdarzało się, że też. Rozumiem, rozumiem. Ooo, to i bydło, mówicie, stracili?
- Rozumiem. Ale chyba nie wszystkie krowy przepadły?
- A, rozumiem! Nie wszystkie! O ile uda im się, oczywiście, którąś złapać z tych co uciekły w las i jeżeli będą szybsi od wilków.
- Aaa, moi dzielni bohaterowie, ten zły mag spuścił wam manto i dopiero pojawienie się tenplariuszy Ulryka was uratowało? Teraz rozumiem wszystko.
- Dobra panowie
– ochmistrz spojrzał w końcu na kręcących się niepewnie bohaterów – mogliście mi wszystko od razu powiedzieć. Na drugi raz nie życzę sobie wyciągać od was informacji wyraz po wyrazie. Zwłaszcza złych informacji! Teraz idźcie odpocząć, a jutro chcę mieć na swoim biurku raport. Tylko treściwy i konkretny. Żadnego tam lania wody i półsłówek, jak dzisiaj. I gęby na kłódkę.

- Jakim cudem plotki roznoszą się tak prędko? – zastanawiali się krasnolud, człowiek i elf. – Przecież i nasz raport był poufny i ochmistrz też publicznie nie wspominał o naszych „wyczynach”?
Cóż, może i nie wspominał, ale już następnego dnia po powrocie, inni najemnicy, a nawet część akolitów, wytykała ich palcami:
- Wiecie, to ci, co spalili wiochę wraz z ludźmi. Podobno wpadli w jakąś kabałę i musieli błagać o ratunek Ulrykowców, by uratowali ich od jakiegoś kuglarza. I jeszcze mieli coś wspólnego z jakimiś mniszkami w klasztorze Morra. Podobno, eee wiecie co ...

W plotkach może nie było zbyt wiele prawdy, ale spróbuj wytrzymać obgadywanie, zwłaszcza, gdy nie specjalnie możesz się bronić, bo obowiązuje cię milczenie. Krasnolud wprawdzie uśmiechał się tylko pogardliwie, bo jego plemię lekceważy sobie półsłówka szeptem wypowiadane w kącie, jako coś niegodnego prawdziwego męża, a stąd niewartego zwrócenia uwagi. Również Martin odciął się dość skutecznie od pogardliwych spojrzeń i cierpkich uwag zamykając się w celi, aby, jak stwierdził, pościć i pokutować. Ale elf nie miał ani odporności psychicznej krasnoluda, ani cierpliwości templariusza, toteż po którymś wytknięciu palcem nie wytrzymał i pięścią potraktował pyskacza. Ten, choć zaskoczony, oczywiście oddał i wywiązała się zdrowa bójka, w rezultacie której obaj winowajcy najpierw poszli na odwach, a potem mieli błagać Verenę o przebaczenie czyszcząc małymi szczoteczkami posąg bogini na dziedzińcu klasztornym. Robota na minimum tydzień, albo dwa.

Dla Gerharda i Martina wezwanie przyszło nad ranem. Starszy brat ochmistrz życzy sobie ich natychmiast widzieć i w związku z tym mają bez zwłoki udać się do jego kancelarii.
- Siadajcie – zaczął ochmistrz, wskazując na taborety przy ścianie. Poszarzała twarz Stoltenhofa zdradzała, że ochmistrz pewnie nie położył się w ogóle tej nocy, ale czarne oczy bystro spoglądały spod krzaczastych brwi na dwójkę przyjaciół. – Jest dla was kolejna robota. Tylko dla was, bo zwolnienie Raendila z jego obecnej funkcji byłoby niewychowawcze – dodał uśmiechając się pod sumiastym wąsem.
- Czy wiecie coś o miasteczku Źródło? Widzę, że nie – dodał patrząc na pytające spojrzenie krasnoluda i templariusza. - To niewielka mieścina w Górach Szarych nad Górnym Reikiem. Jakieś 200 mil stąd. Dawniej miejscowość słynęła z wód leczniczych, do których zjeżdżali się panowie z całego południa. W tym czasie pobudowano tam szereg term i akweduktów. Nie mniej jednak, gdy odkryto nowe, znacznie bliższe miejsca, a źródła Parrawonu zrobiły międzynarodową karierę miejscowość przestała być tłumnie odwiedzana i powoli popadła w zapomnienie. Owszem, jeżdżą tam jeszcze czasem kuracjusze, ale to już nie jest nawet mała część tego, co kiedyś. W ogóle miasto ma szczęście, że niedaleko są niezłe kamieniołomy dobrego marmuru, który opłaca się spławiać w dół rzeki. Dzięki temu jeszcze tam ktoś żyje. A dlaczego wam o tym mówię? Otóż dlatego, że w Źródle znajduje się żeński klasztor Vereny. Jakieś dwadzieścia mniszek o dość surowej regule. Nie mogą wychodzić na zewnątrz, poza kilkoma starszymi. Kieruje nim ksieni Elwira, którą wybrały siostry ze trzy lata temu po nieszczęśliwym wypadku matki Edmundy. Klasztor ten, mimo pewnej autonomii, administracyjnie nam podlega i matka Elwira obowiązana jest nam składać cokwartalne raporty. W istocie składa je, a wynika z nich, że wszystko jest w porządku i w ogóle to nic się nie dzieje. Kłopot jednak w tym, że coś w tym wszystkim jest nie tak. Mamy bowiem relację jednego z kupców, który przejeżdżał przez Źródło i jest przekonany, że działa tam jakaś duża przestępcza organizacja. Twierdzi, że wałęsają się tam jakieś bandy krasnoludów i w ogóle, że jest bardzo niebezpiecznie. Normalnie nie zwrócilibyśmy uwagi na takie bajdurzenie, ale tym razem znamy tego kupca. Jest to nie tylko dzielny człowiek i obieżyświat, ale również wnikliwy obserwator, który nieraz już oddał nam usługi. I teraz co macie zrobić: dostać się do Źródła, sprawdzić na miejscu sytuację i, jeżeli faktycznie jest tak niepokojąca, zaradzić problemom. Tu macie po pięćdziesiąt koron na podróż i pobyt, a udać się macie tam incognito. Na wszelki wypadek, jakby coś było nie tak z klasztorem. Są pytania?

Były. Podróżni dowiedzieli się z nich między innymi, że okoliczne ziemie należą do barona Leopolda von Stufa. Baron, dawniej dzielny wojak i bliski przyjaciel dziadka obecnej Wielkiej Hrabiny, był już stetryczałym starcem, który cały czas spędzał w łóżku pod opieką medyków, troskę o baronię zlecając dowództwu straży. Rodziny ów baron nie ma. Krewnych również, przynajmniej bliskich. Ponadto najłatwiej do Źródła dostać się statkiem. W górę rzeki podróż trwa tydzień, gdy konno cztery razy dłużej, a to ze względu na ciężką drogę przez las i góry. A w ogóle to ochmistrz ma nadzieję, że w Źródle zrehabilitują się za wcześniejsze poczynania. Wprawdzie to ostatnie powiedział z uśmiechem (nieco kwaśnym), ale obydwaj mężczyźni domyślili się, że są wysyłani właśnie oni, by mogli uniknąć kpin i plotek. Czyli, że jednak dba się o nich i są cenieni. Przynajmniej tyle dobrze. Tego samego dnia jeszcze po krótkim przygotowaniu udali się do portu. Szorujący szczoteczką do zębów pomnik bogini Raendil kiwnął im na do widzenia lewą ręką (prawą nie przerwał pracy).

Statki były jakieś małe i drogie. Ceny za przewóz do Źródła sięgały 20 koron za głowę, a gdy właściciele kryp słyszeli o koniach, to w ogóle kończyli rozmowę. Okazało się, że marmur jest spławiany głównie na tratwach zbitych z wielkich sosnowych bali. Tratwy razem z marmurem wędrują do miast na północy, i tam są również razem z nim sprzedawane, bo w stoczniach zawsze jest zapotrzebowanie na dobre drewno. A statki, lub raczej duże łodzie, służą marynarzom tylko do tego, by z powrotem mogli wrócić do Źródła. Podróżni już chcieli jechać konno, mimo koszmarnie długiej drogi, gdy udało im się spotkać kapitana Sharka, właściciela „Zielonej jaskółki”, starej, ale dość jeszcze dobrej i pojemnej krypy. Normalnie woził on zboże, ale jakoś ostatnio nie mógł złapać klientów, stąd po krótkim targowaniu się zgodził się na trzydzieści koron za podróżnych i ich konie. Odjazd miał być dzisiaj w południe. I o to chodziło.

Statek kapitana był płaskodenną dwumasztową barką, długą może na dziesięć kroków. Statek dawno już zapomniał, co to farba, czy lakier, ale widać było, że właściciel troszczy się nie o wygląd, lecz o użyteczność. Wszystkie liny były nowiutkie, kadłub cuchnął świeżą smołą i lakiem, a trzyosobowa załoga zdawała się należeć do nielicznej grupy perfekcjonistów. Z pozoru, każdy z nich, łącznie z kapitanem, wyglądał na zwykłego obdartusa, którego lata spędzone na łajbie naznaczyły piętnem zmarszczek i siwizny oraz chwiejnym, kaczkowatym chodem, ale na pokładzie byli wprost znakomici. Każdy robił swoją robotę nie patrząc na drugich, wiedząc, że inni postępują tak samo. Shark nawet nie musiał wydawać rozkazów i wydawało się, że załogę traktuje raczej jak przyjaciół, niż wynajętych pracowników. Dzięki ich staraniom „Jaskółka” może nie posuwała się tak bystro, jakby wskazywała na to jej nazwa, ale radziła sobie na tyle dobrze w falami i wirami Górnego Reiku, by po niecałym tygodniu podróżnicy dotarli do Źródła.

Tak jak mówił ochmistrz było to w przeszłości bardzo ładne miasto. Świadczyły o tym piękne domy zbudowane dla przybywającej szlachty, a zwłaszcza duża ilość term, przeważnie marmurowych i ładnie zdobionych. Szczególnie ładne były wejścia zdobione rzeźbionymi portalami, na których dominował symbol wzlatującego gryfa – herb tutejszej baronii. Obecnie część term już się rozsypywała, część przerobiono na domy mieszkalne, a tylko nieliczne świadczyły jeszcze usługi. Wszystkie te termy i domy wraz z lepszymi karczmami były położone w jednym kwartale miasta. Na drugi kwartał, a właściwie całą pozostałą część miejscowości, składała się dzielnica portowa, która nie tylko służyła jako przystań i miejsce na magazyny, ale również była siedliskiem ubogich. Mieszkali tu drobni rzemieślnicy, służba, marynarze, najemni pracownicy w pobliskich kopalniach marmuru i granitu, wreszcie żebracy i zupełna hołota. Tak, miasteczko upadało, ale dzięki pobliskim, prowadzonym przez krasnoludy, kopalniom wielu ludzi mogło znaleźć pracę. Zmieniła się tylko w porównaniu z przeszłością struktura ludności w Źródle. Dawniej przeważała przyjezdna szlachta i jej służba, obecnie – miejscowa biedota. Niewątpliwą atrakcją miasta był aż cztery akwedukty doprowadzające wodę z pobliskich wzgórz. Nie były one wprawdzie długie, a swoją wysokością ani porównywały się do tych w wielkich miastach północy, ale aż cztery! To był niewątpliwy zbytek świadczący o dawnej zamożności mieszkańców. Teraz zresztą funkcjonował już tylko jeden, bo pozostałe niekonserwowane przepuszczały bardzo wodę, a nawet w części zostały zniszczone przez czas i żywioły. Nie było funduszy by je naprawić, a zresztą mieszkańcom tak naprawdę wystarczał i ten jeden. Opodal miasta straszyło swoim wyglądem ponure zamczysko z dwoma wieżycami, dawniej prężna baronia zarządzana silną ręką, obecnie siedziba umierającego starca, który nie był w stanie troszczyć się nawet o siebie. A nieco w głębi lasu stał klasztor. Do dużego szarego budynku prowadziła tylko jedna ścieżka, którą z rzadka przemierzali dostawcy żywności.

Gerhard i Martin po krótkim namyśle udali się do nieco lepszej dzielnicy. Weszli do pierwszej gospody, która rzuciła im się w oczy. Był to spory, dwupiętrowy budynek z drewna i kamienia. Nad w pół uchylonymi drzwiami wisiał błyszczący symbol tryskającej wody z kutego żelaza, a przy nim szyld z nazwą zajazdu. Z tonącego w półmroku wnętrza dobiegały smętne tony cichej muzyki z fletu czy piszczałki.
- Jestem Brad Pitt, [17] - przedstawił się Martin właścicielowi „Posrebrzanej fontanny” – a to mój przyjaciel Gerhard. Słyszeliśmy o wodach leczniczych Źródła i chcieliśmy tu zostać jakiś tydzień, czy dwa podreperować zdrowie. Trzeba nam jakiegoś pokoju i coś na ząb.
- Nie ma problemu
– odezwał się basem karczmarz o wyglądzie gladiatora. Wysoki i nieco przygarbiony. Wydawało się, że garbi się specjalnie dlatego, by łbem nie przebić powały. Bary też miał tak potężne, że obydwaj przyjezdni pomyśleli, że w tej karczmie nie odbywają się chyba żadne bójki. A karczmarz tymczasem kontynuował. – Mam wolny dwuosobowy pokój na piętrze. Trzy korony za tydzień z żarciem.
- A konie
? – spytał Martin.
- Konie osobno. Dwie korony na tydzień.
- Dobra, bierzemy.
- Aha, panowie. Jakbyście mnie szukali to nazywam się Kowal
– i widząc zdezorientowane miny przyjezdnych dodał – To po dziadku, który miał kuźnię.

Wskazany przez Kowala pokój na pięterku wyglądał całkiem nieźle. A raczej wyglądałby, gdyby nie czyjaś wyjątkowa miłość do różowego koloru. Nawet nieco przybrudzona pościel miała namalowane różowe serduszka, a zastępujące szyby rybie pęcherze w niewielkim okienku zostały oklejone prześwitującą różową kalką. Poza tym wystrojem rodem z kiepskiego burdelu było w porządku i podróżni z przyjemnością wyciągnęli się na wygodnych łóżkach zrzucając z siebie podróżne zmęczenie. Jako, że było już dość późno obydwaj zdecydowali się dziś odpocząć, a jutro ruszyć do miasta.

Gdy wieczorem zeszli na kolację w karczmie bawiło się już kilkanaście osób. Byli to zazwyczaj bogatsi rzemieślnicy, kupcy i drobna szlachta. Ci trzymali się osobno podkreślając swoją postawą, że należą do innej, wyższej warstwy społeczeństwa. Pozostali nie robili sobie wiele z min szlachciców wiedząc, że jak przyjdzie co do czego to i tak nadęte panki przyjdą do nich z prośbą o pożyczkę. W oświetlonym kilkoma oliwnymi lampami pomieszczeniu goście głośno rozmawiali o swoich sprawach zamawiając coraz to kolejne trunki. W gwar dyskusji wplatała się pieśń cudacznie przystrojonego w zielono – czerwoną szatę minstrela, który zmienił flet na kitarę i podśpiewywał radośnie do wtóru wesołym nutkom. A goście przysłuchiwali się mu. Rzucali miedziane grosze do wytartego kołpaka śpiewaka domagając się coraz to nowych piosenek. I on śpiewał, o miłości, o wojnie, o smutku, a lekko podpici mężczyźni wtórowali mu czasem zachrypniętymi głosami.

Przyjezdni, na których nikt na razie nie zwracał uwagi siedli w kącie. Z cynowych misek w milczeniu spożywali gulasz z piwem obserwując rozbawionych gości. Przez dłuższy czas nic się nie działo, gdy do stolika ze szlachtą zbliżył się Szczurek. Tak przynajmniej w myśli nazwali go Gerhard i Martin, bo ziemista cera, wydłużona broda i nos oraz stojące wąsy nieodwołalnie kojarzyły się z gryzoniami. Szczurek tymczasem poszeptał coś do szlachty, a po chwili wydobył z zanadrza kilka zakorkowanych małych dzbanuszków i podał wieczerzającym. Jeden ze szlachty, ubrany w mocno zniszczoną, modną może przed półwiekiem delię, odkorkował i łyknął nieco. Błogość rozlała się na jego czerwonej, rozlazłej twarzy. Głośno czknął i już wyjmował pieniądze z sakiewki podając Szczurkowi należność. Za jego przykładem poszli też inni. Nikt jednak więcej nie pił. Wszyscy schowali dzbanuszki i opłaciwszy na pół ukończoną kolację wyszli z karczmy odprowadzani złym wzrokiem Kowala i kilku mieszczan. W ślad za nimi poszedł Szczurek.

Ranek był bardzo ładny, słoneczny i, jak na listopad, bardzo ciepły. Gerhard i Martin rozpoczęli rundę po mieście. Nie było ono specjalnie duże. Ocenili je na może z półtora tysiąca mieszkańców, z tego zdecydowana część to biedota. Biedacy gnieździli się zazwyczaj pod ścianami. Przynajmniej te były grube. Rezultat bliskości kamieniołomów. Czekali na jakąkolwiek ofertę pracy bądź żebrali. Środkiem drogi przechadzali się tylko zamożniejsi dumnie unosząc głowy i, uzbrojona w halabardy, straż miejska. W jednym z patroli podróżni zobaczyli wystrojonego w jedwabie mężczyznę w hełmie z barwnym pióropuszem. Mężczyzna wyglądał na jeszcze dumniejszego niż wędrujący środkami ulic i wydawał rozkazy żołnierzom. Jeden z przechodniów wyjaśnił przyjezdnym:
- To Elfas. Dowódca straży miejskiej. Podobno jemu jego miłość nasz baron zlecił opiekę nad miastem. Twardy gość, ale tu trza nam takich. Zwłaszcza, że ...
Przechodzeń nie dokończył. Przerwał zobaczywszy, że mówi za dużo lub po prostu mu się śpieszyło, bo odszedł, a raczej odbiegł w jakiś zaułek.

Pod wieczór po całodziennym wałęsaniu krasnolud i templariusz mieli już dosyć. Spacerując jeszcze po dosyć ruchliwym nabrzeżu, na którym co raz to ktoś przeganiał ich, by dali drogę marynarzom niosącym skrzynie, bądź wozom z jakimiś pakami. Na razie nic nie zbliżało ich do rozwiązanie zagadki, choć mieli już głębokie przekonanie, że coś tutaj jest nie tak. No bo choćby to co widzieli wczoraj. Szczurek z pewnością sprzedawał jakiś narkotyk. A dzisiaj widzieli to samo w jednej z karczm. I co więcej w karczmie byli też strażnicy z halabardami. Patrzyli oni na całą rzecz nie przejmując się, ani nie przeszkadzając w transakcji. Czyżby straż miejska był aż tak skorumpowana?

Wreszcie trafili do knajpy na przystani o dźwięcznej nazwie "Pod pijaną świnią". Oberża była drewniana, parterowa, może nawet kiedyś malowana, ale przez lata wyblakła tak, że w skąpym świetle wieczoru nie można rozpoznać kolorów. Widać, że nastawiła się nie na nocowanie gości, ale na serwowanie trunków, zresztą nie ma się co dziwić - knajpa dla marynarzy i flisaków. Martin i Gerhard stanęli przed wejściem do tawerny, nad którym na dwóch łańcuchach zwisała deska z nieudolnie wykonanym wizerunkiem świni. Dolna część szyldu była mocno porąbana, co świadczyło o tym, że przed wejściem często w ruch wchodziły miecze i marynarskie toporki. Mieli właśnie zamiar wejść, gdy otwarły się drzwi. Trzech strażników wywaliło jakiegoś gościa, pijanego w sztok, zarzyganego, bełkoczącego coś niewyraźnie, prawdopodobnie majtka na którejś z barek, o czym świadczył marynarski, choć bardzo już zużyty, ubiór. Pijak runął do dołu z błotem i zasnął głośno chrapiąc.

Po chwili wahania przyjezdni weszli do środka. Wewnątrz przewalał się tłum marynarzy, pomiędzy którymi uwijały się barmanki. Głośne rozmowy, zachrypnięte okrzyki, głośne śpiewy, a raczej ryki marynarskich szant, a nade wszystko przenikający całe wnętrze zapach gorzałki splatały się w tym miejscu w jedność. Podróżni jednak nie przejęli się tym wszystkim. Niejedno w życiu widzieli i pewnie „Pijana świnia” nie była akurat tą najgorszą z knajp. Przez moment nikt na nich nie zwrócił uwagi, ale po chwili podszedł do nich lekko się kiwając starszy człowiek o ogorzałej twarzy; pewnie marynarz lub były marynarz, bo ubrany w charakterystyczną pasiastą koszulę, tak ulubioną przez załogantów, i luźne szarawary. Głowę miał owiniętą czerwoną chustką, a na lewym oku przepaskę. Zza paska wystawała mu szeroka szabla, a na ramieniu siedziała kolorowa papuga drąca się głośno co chwila: "Cuuukhruuu! Cuuukhruuu!". Osobnik ten zatrzymał się przed nimi, objawiając na ponurej twarzy, na której swe ślady zostawiły słońce, wiatr, fale, a pewnie i szable przeciwników, uśmieszek rozbawienia:
- Aaa, panowie przyjezdni! Witajcie, witajcie w "Pijanej świni". Jestem Gorst, zwany Jednookim. Właściciel tego szynku. Czego życzycie sobie w moich skromnych progach? W czym mogę wam pomóc? Proszę siadajcie. Pierwsza kolejka na koszt lokalu – i sam nalał im po kubeczku.
Po pierwszym poszedł drugi, a potem jeszcze jeden i jeszcze jeden. Krasnolud, krasnoludem. Wszyscy wszak wiedzą, że one się nie upijają. Ale po kolejnym spełnionym kubku Gorst z coraz większym szacunkiem spoglądał na Martina, który łykał równo gorzałkę nie wykazując, poza rumieńcem na twarzy, specjalnych oznak przepicia. Nie wiedział wszak, że gdy jeszcze templariusz służył w altdorfskiej straży, słynął wśród sierżantów z mocnej głowy, a że miał problemy rodzinne pił dużo i wyrobił się niezwykle w tej dziedzinie. Na służbie Vereny wprawdzie odzyskał spokój ducha i nie wracał do dawnego pijaństwa, teraz jednak przypomniał sobie dawne wyczyny, a organizm miał jeszcze możliwości spalania trunku, zwłaszcza, że część wódki lał nie do gardła, lecz przezornie rozchlapywał. [18]

Po czwartym kubku przyszedł następny i ostrożna początkowo rozmowa o nic nie znaczących drobiazgach przemieniła się w przyjacielską gadaninę.
- Lubię was – zaczął Gorst niepewnie. Znać było, że kurzyło mu się trochę spod czupryny, a jego język nie za bardzo chciał słuchać właściciela. Widać nieco przeholował próbując spić Martina, który choć miał również w czubie, w miarę panował nad swoimi reakcjami – Cóż tu porabiacie chłopaki, w takiej dziurze?
- A no
, - zaczął krasnolud – przyjechaliśmy zdrowie trochę podreperować w tutejszych źródłach.
- Rozumiem
, – szynkarz skrzywił się lekko z niedowierzaniem, - ale źleście trafili. Spóźniliście się ... o jakieś pięćdziesiąt lat, haha. Kiedyś to i owszem, owszem. Przybywali tutaj ludziska hurmem. Ojciec mi opowiadał, a i ja jeszcze z młodości pamiętam. Ale teraz? Odkąd odkryto źródła na północy mało tu takich, jak wy. A teraz w dodatku – czknął głośno – jeszcze te cholerstwa. E szkoda gadać.
- Jakież to cholerstwa. Obcy tu jesteśmy i radzibyśmy wiedzieć, co dzieje się w miejscu naszego pobytu
– Gerhard wziął na siebie ciężar rozmowy.
- At bandziorstwo i tałatajstwo się rozpleniło. Szkoda gadać. W każdym razie niezbyt bezpiecznie. Ot co – widać, że Gorst niechętnie mówi mimo wyraźnego przepicia. Może się czegoś obawiał, bo rozglądał się niepewnie, jakby w głośnej gromadzie żłopiących trunki marynarzy mógł go ktoś usłyszeć.
Jednak jeszcze jeden kubek i mocne nalegania podróżników przemogły. Karczmarz zaczął mówić ściszonym i jeszcze bardziej bełkotliwym niż przedtem głosem:
- Ano wiecie hep, tu są te, jak im tam, narkomatyki. Tutejsi się bimbrują nimi, że ho ho.
- A jak to
? – spytał nieco czkającym głosem Martin, - strażnicy miejscy nie reagują?
- He he
– zaśmiał się gardłowo Gorst. – oni sami są kupieni przez tego niby, jak mu tam, Rudego Johanna.
- A co za ów?
- Ciii
– szepnął karczmarz. – Mówią, że to szef tych zbirów i to on kieruje całym interesem. Kto mu się narazi ... no, rozumiecie. Kamień do szyi i w wodę. I to on kupił straż i Elfasa. To jej dowódca. Kawał sukinsyna. Lepiej byście go nie spotkali, bo to łotr jakich mało. I jeszcze te krasnoludy ...
- A właśnie słyszelim coś o krasnoludach tutejszych, ale żadnych konkretów.
- Bo i nic pewnego nie wiadomo. Siedzą one w kopalniach, ale bogowie wiedzą, co wydobywają, bo gdzieniegdzie nikogo nie chcą dopuścić. Niektórzy gadają, że są w zmowie z Rudym. Ale hi hi
– znów czknął głośno. – Johann, kimkolwiek jest, sam ma teraz nieliche kłopoty.
- A jakież to?
- Co
? – w głosie Gorsta było widać autentyczne zdziwienie. – Nie słyszeliście o Latającym Nikcie?
- Latającym Nikcie
? – powtórzył nie mniej zdziwiony Martin śmiejąc się w duchu z tak infantylnego przezwiska.
- Ano tak. Wyście przyjezdni, to nie wiecie, ale i tak dziwne, że nie wpadło wam w uszy, bo całe miasto plotkuje, że hej. Od jakieś pół roku ktoś morduje ludzi związanych z tutejszym półświatkiem. Rozumiecie, jakiś gość mści się i hops sztyletem w serce, a potem zostawia gościa na widok publiczny?
- A może to po prostu rabuś?
- He he. Zwłoki były nieograbione wcześniej. He he. Wiem coś o tym. Znalazłem kiedyś takie.
- I wszystkie sztyletem?
- No zazwyczaj. Ale czasem dusi, alboli coś innego. Ale co tam
– zmienił nagle temat. – Nam tu dobrze i nikt się do nas nie wtrąca.
- Nawet Johann
? – przerwał Gerhard.
- Nawet on. Tu nie ma czego szukać. Nikt mu przecież stąd nie da złota za jego specyfiki. Marynarze wolą rejsowe stracić na dobrą zdrową okowitkę, a nie jakieś specyfiki. Biedoty na nic z kolei nie stać, więc nie ma tutaj interesu.
- A ty jak sobie radzisz?
- A jakoś powolutku. Widzicie, moja karczma jest jedyna na tym nabrzeżu, to i radzę se jakoś powolutku.
- Jedyna
? – faktycznie krasnolud i templariusz uświadomili sobie, że w okolicach nie było żadnego innego szynku, za to w tym panował straszny tłok.
- Ano tak. Były kiedyś jeszcze trzy, ale jakiemsić sposobem kiedyś popaliły się. Jeszcze za mojego starego. Ech, tęgi był z niego chwat, że hej ...
- Wszystkie
? – przerwał wspomnienia rodzinne krasnolud.
- Ano wszystkie – łypnął na nich zdrowym okiem Gorst. – A teraz – dodał nagle wstając, jakby wytrzeźwiał w jednej chwili – dość już tej rozmowy przyjaciele, bo do roboty mi czas i innych gości. Jak będziecie potrzebować to wpadnijcie kiedy do starego Gorsta, a jeszcze popijamy tak tęgo jak dziś. I tego. To całe gadanie, to wiecie. To takie przyjacielskie ględzenie. Rozumiecie?

Podróżni szybko przytaknęli i wyszli. Uff, dopiero na świeżym powietrzu było widać, jak potwornie śmierdział szynk Gorsta. Zaiste w stu procentach był godny swej nazwy.

Choć wypity alkohol nie zmógł podróżników, to jednak obydwaj czuli się lekko niepewnie. Zamiast więc pójść do „Posrebrzanej fontanny” postanowili przespacerować się co nieco, by trunki mogły wywietrzeć. Szli powoli nabrzeżem wpatrując się w promienie błyszczącego jak srebrny sierp księżyca. Obaj byli uzbrojeni po zęby, toteż nie obawiali się rabusiów miejskich, czy nawet ludzi Johanna. A ponadto, czyż ciche nabrzeże nie jest wspaniałym miejscem do rozmyślań? A przecież niewiadomych było sporo. Poznali wprawdzie imię przestępczego herszta, ale co dalej? Przekupiona straż to normalka, ale ten Latający Nikt? I co mają do tego krasnoludy, a zwłaszcza, co ma do tego klasztor?
- Trudno, dziś i tak już nic nie wymyślimy, a jutro ... Jutro zaczaimy się pod klasztorem i poobserwujemy sobie, jak bawią się siostrzyczki. A dziś kimnąć się trzeba, bo i tak już nic się nie stanie.

Chyba złą godzinę powiedział to templariusz. A może w dobrą? W każdym razie w szczególną, bo gdy tylko wypowiedział owe słowa podróżników uderzył po oczach blask kilku zapalonych pochodni umieszczonych przy wejściu do jednego z dużych towarowych magazynów. Martin, który znakomicie widział w ciemności, szybko uskoczył za pobliski węgieł pchnąwszy przed sobą krasnoluda. Schowali się w porę. Straż stojąca przed wejściem do baraku nie zauważyła ich.
- Na bogów. Straż. I to do baraku, w którym przechowuje się zazwyczaj drewno lub kamień – myśli podróżnych pulsowały, gdy szeptem wymieniali między sobą uwagi. – I to jaka straż. Na pewno nie miejska, ani kilku wynajętych apaszy by pilnowali magazynu. Mają zbyt piękne ubrania, kolorowe, wyszywane elegancko i zdobione. Gdzieżeśmy u licha trafili?

Rozmyślania przerwał im zgrzyt otwieranych drzwi. Z baraku wyszedł bogato ubrany mężczyzna, pewnie szlachcic.. Zataczając się lekko pożegnał się ze strażnikami i chwiejnym krokiem odszedł w ciemność. Idąc śpiewał jakąś pijacką piosenkę, przerywając mruczeniem fragmenty, których nie mógł sobie przypomnieć. W jego ustach znana sprośna piosenka o wesołym baronie i rozpustnych córkach hrabiego zamieniła się w niezrozumiały prawie bełkot.
Krasnolud i templariusz spojrzeli na siebie. Plan narodził się w mgnieniu oka. Idąc sąsiednią uliczką szybkim krokiem wyprzedzili pijanego. Krasnolud został ukryty w mroku zaułka, a Martin, jakby przypadkiem idąc z naprzeciwka wpadł na pijaka:
- Cześć stary! - ryknął naśladując bełkot. [19] Niezbyt mu to wyszło, ale jego rozmówca zbyt miał w czubie, by cokolwiek zauważyć. Zmrużył tylko oczy i wpatrując się z wysiłkiem w twarz tamplariusza spytał:
- Mama?
- Co ty? Albrecht jestem. Przyjaciel – i jakby na potwierdzenie tego dmuchnął szlachcicowi w twarz oparem alkoholu wyniesionym jeszcze z tawerny Gorsta.
- Przyjaciel mamy? – myślenie sprawiało pijanemu wyraźny wysiłek.
- Twój przyjaciel. Sąsiad!
- Aaaa ... Albrecht, hep. Witaaaj. Czóż ty tu robisz, hep, hep
? – zaczkał pijak.
- At wiesz. Zabawić się troszkę chciałem i nie mogę nic znaleźć. A wóda to nie wszystko, co trzeba szlachetnie urodzonemu – Martin uznawszy, że wymyślne kłamstwo może być zbyt skomplikowane dla odurzonego trunkiem, poszedł po najprostszej linii oporu. I nie zawiódł się.
- A to wiesz co druhu mój naajsszerdeczniejszy, ukochany – szlachcic prawie popłakał się na ramieniu templariusza, - któren jak ojciec rodzonyś mi był, hep, hep, ja ci pokaże, hep hep wszpaniale mieszcze. To jest tego, co chciałem powiedzieć – seplenił i czkał na przemian szlachcic przez bezładną gadaninę. – Choć ze mną. – po czym wziąwszy Martina pod ramię znów skierował się do dziwnego magazynu. Idąc dalej intonował swoją kretyńską piosenkę.
- To mój druh najszczerdeczyniejszy, sząsiad i brat mojej matki – rzucił dwóm rosłym strażnikom, którzy wpatrywali się niepewnie w Martina.
- Tak jest, wasza ekscelecjo. Natychmiast wpuścimy pańskiego przyjaciela.
- Proszę to założyć
– drugi strażnik zwrócił się do Martina podając mu prostą mosiężną branzoletę. – To przepustka na teren tego rajskiego zakątka.

No, tego co jest w środku Martin się nie spodziewał. Ten niby barak od wewnątrz był luksusowym burdelem najwyższej kategorii. Po wejściu elegancki, wykładany hebanowym drewnem korytarz prowadził do niewielkiego saloniku. Jakaś bardzo zręczna ręka poparta doskonałym gustem wykonała całość zdobień. Cały zrobiony w dębie korkowym, począwszy od podłogi, która leciutko uginała się pod stopami, a skończywszy na komplecie lekkich mebelków, foteli, i lampionów, na które widocznie ktoś rzucił czar „Stałe światło”, bo lśniły miłym i łagodnym blaskiem. W wielkich donicach wabiły swoim wyglądem różnorodne kwiaty, a w powietrzu unosił się dziwny zapach, nieznany i pociągający. Wszystko to razem tworzyło niezwykłą, a zarazem bardzo intymną atmosferę, którą znakomicie dopełniała siedząca na fotelu, na środku pokoju kobieta. I żadna tam stara burdel mama, ale młoda, elegancka dziewczyna, ubrana w powiewną muślinową suknię, która niewiele ukrywa, właśnie tyle, by jeszcze mocniej rozpalić męską wyobraźnię. Na widok gości powstała, ukłoniła się i poprosiła by usiedli.
- Mi już na dziś wystarczy – zdołał wydukać pijany szlachcic, - ale to mój druh i przyjaciel matki. Płoszczę się nim zaopiekować, a ja idę szpać.
- Oczywiście wasza ekscelencjo. Proszę w bramie powiedzieć, by jeden ze strażników pana odprowadził
.

Pijany wyszedł, a Martin usadowił się na wygodnym foteliku. Dziewczyna zaproponowała leciutkie winko na początek znajomości. Nalała dwa kielichy: sobie i Martinowi. A kiedy wychylili niezłą porcję słodkiego trunku ona zaczęła mówić:
- Jestem Księżniczka. Witaj dostojny panie w tym przybytku rozkoszy. Witaj po raz pierwszy. Zapomnij o świecie o swoich problemach i troskach tu jesteś gościem błogosławionym przez bogów rozkoszy. Świat ma dosyć trosk, by je przynosić jeszcze tu. Witaj i zostań z nami. Piękno stanie do twej dyspozycji, do twej dyspozycji stanie żądza, rozkosz, uległość i co tylko zechcesz. A ponieważ jesteś dostojny panie w tym miejscu po raz pierwszy zwabiony sławą naszego przybytku, a może namówiony przez przyjaciół witaj nam podwójnie. I zapomnij panie dziś o złocie. Jesteś po raz pierwszy, ale i nie ostatni, nikt bowiem, kto raz przekroczył te progi nie zrezygnował z naszych usług. Dziś jesteś po raz pierwszy i nie zapomnisz tej nocy. Witaj dostojny panie, tu obowiązuje jedno hasło: Kochaj i bądź kochany. Jesteś pierwszy raz, powiedz, czego chcesz, a zostaną twe życzenia spełnione w jak najlepszy sposób. I mały drobiazg, nasi goście świat pozostawiają za sobą, za sobą pozostawiają także nazwiska, stopnie i rangi. Tu nadajemy im inne imiona, imiona odpowiadające temu miejscu. Jeszcze raz witaj panie, panie który tu będziesz zwał się Pięknym Nieznajomym, bo jak kwiat szlachetne twe oblicze i błysk w twoich oczach.
- Niewątpliwie nieźle czaruje wiedźma
, - aż uśmiechnął się w duchu templariusz, ale powoli dał się porwać jej głosowi, raz szepczącemu niby leśny strumień, a raz dźwięcznemu, jak górska kaskada. Słuchając jej i patrząc na nią podniosła mu się lekko, no może trochę bardziej niż lekko, adrenalina. I nie tylko adrenalina. A dziewczyna mówiła dalej:
- Witaj po raz kolejny panie i wybierz tą, która zapewni ci niezapomnianą noc. Oto Kwiat Lotosu – wskazała na pierwszą z dziewczyn, które nagle pojawiły się w saloniku. Kwiat była naga. W rękach trzymała lotos o białoróżowych, delikatnych płatkach. Niewysoka, kształtna brunetką o śniadej karnacji, ciemnych, jak węgiel, długich, kręconych włosach i wielkich oczach podobnych do nocy, ciemnych, kuszących, niebezpiecznych, błyszczących gwiazdami. Miała dość spory biust i szerokie biodra, ale to jej akurat pasowało. Dziewczyna uśmiechnęła się do Martina kusząco, ale Księżniczka przedstawiała już drugą, wysoką i dobrze zbudowaną. To długowłosa blondynka o niebieskich oczach z nogami do samej ziemi. Wyglądała jak posąg, rzeźba z najszlachetniejszego marmuru. Jej piersi sterczały dumnie i wyglądały jak odlane. W ręku karminowa róża. Patrzyła na Martina uśmiechając się z odrobina dumy, powagi i rozbawienia.
- To Złoty Deszcz – templariusz usłyszał daleki głos Księżniczki.

Trzecia dziewczyna o jasnej karnacji to krótkowłosa brunetka średniego wzrostu, podobnie jak poprzedniczki, bardzo zgrabna i ładna. Z lekką kokieteria osłoniła łono kwiatem tulipana. Patrzyła na Martina zachęcająco, ale jej oczy były jakby nieobecne, zapatrzone gdzie indziej.
- To Błękitna Fala.
Dziewcząt było więcej, ale templariusz już nie słuchał, kiedy Księżniczka je przedstawiała. Wpatrzony w Falę zwrócił się do Księżniczki:
- Chcę tą.
A potem były już tylko urwane myśli, narastające podniecenie i migające przed oczami barwy. Jakieś ręce dotykały go. Coraz więcej rąk, które dostawały się wszędzie. Ręce go dotykały, obejmowały i podnosiły. Niosły przez wieczność do małego pokoiku i ułożyły na puchowym kobiercu. Twarz Fali była blisko, ale obok i inne twarze, każda młoda, piękna dziewczęca, ziejąca pożądaniem, byle go tylko dotknąć, musnąć, ucałować. I dalej pogrążał się w rozkosznym półśnie poddając w końcu zupełnie swą jaźń wszechogarniającej żądzy.

Przebudzenie było nagłe. Otwarcie oczu i ... tak hm ... to ten pokój, ten kobierzec i ... nic więcej. Skoczył gwałtownie do obitych różowym jedwabiem drzwi. Nacisnął klamkę. Nie zareagowały.
- Co jest? – zapulsowały myśli Martina. – Gdzie moje ubranie i dlaczego jestem zamknięty? Gdzie są dziewczyny? Co się ze mną działo wczoraj? Czy w tym cholernym winie był jakiś narkotyk? – pytał sam siebie.
Z rozmyślań wyrwał go zgrzyt klucza. Przez otwarte drzwi weszła Błękitna Fala.
- Witaj Piękny Nieznajomy. Niezwykły popis dałeś dziś w nocy. Byłyśmy wszystkie pod wrażeniem.
- Dziękuję
– zabrzmiał niepewny głos templariusza. – A gdzie moje ubranie? – Martinowi zaczęło się śpieszyć.
- Oh, Piękny Nieznajomy – uśmiechnęła się Fala, - już nas chcesz opuścić? Ale to nic. Wrócisz bowiem, prawda? – jej głos tchnął pewnością. – A twe ubranie jest tutaj. – wskazała na niewielki tobołek, który przyniosła w rękach.
- Jest tu wszystko – kontynuowała, - tylko spodni nie udało się uratować. Rozumiesz. Byłeś w nocy zbyt niecierpliwy i sam zniszczyłeś tę część garderoby. Ale – widząc nietęgą minę Martina, - mamy coś dla ciebie. – To mówiąc podała mu białe spodnie w czerwone poprzeczne paski. – Mam nadzieję, że będą pasować.
- Większego bezguścia już nie można wymyśleć
– przeleciało templariuszowi przez umysł. – A zbroja? – powiedział głośno.
- A jakże Piękny Nieznajomy – szepnęła Fala, a w głosie jej pojawiła się nutka zniecierpliwienia. – Mamy i twoją zbroję. Tylko wiesz, wczoraj bardzo ci się śpieszyło. Na tyle chciałeś szybko się uwinąć, że twoja zbroja nieco się sfatygowała. To znaczy – dodała szybko widząc na twarzy mężczyzny obawę – teraz już naprawiłyśmy wszystko. Po prosty rzemyki wiążące poszczególne części zbroi były poprzecinane. Sam to robiłeś. Pamiętasz? – dodała uśmiechając się szeroko. – Ale już je pozszywałyśmy. – podała mu zbroję.

Rzeczywiście pozszywały. Templariusz aż zgrzytnął zębami, nie wiadomo czy bardziej wściekły na dziewczyny, czy na siebie. Bowiem zbroje połączył chyba idiota, albo ktoś, kto nie ma o tym zupełnego pojęcia. Ochraniacze barków były przyszyte z odwrotnych stron, tak samo jak i dolna część kolczugi do napierśnika. I to czym? Zwykłymi nićmi! A może nabijają się z niego?
- Dzięki – powiedział z kwaśnym uśmiechem, gdy skończył się ubierać. Zbroję wrzucił do tobołka, wiedząc, że tak czy siak musi obejrzeć ją jakiś płatnerz. – Wyprowadzisz mnie stąd?
- Jasne
– Fala znów uśmiechnęła się. – A na do widzenia masz jeszcze ten drobiazg – dodała podając butelkę wina. - To coś od szefowej. Wielki specjał, który rzadko kto dostaje w prezencie, ale po twoich wyczynach wszystkie dziewczęta ją o to prosiły ... a ja najbardziej – dodała po chwili. – Będę czekała na ciebie. Może najbliższej nocy? Co ty na to? A opłata naprawdę nie jest duża. Szczególnie dla tak znakomitego szlachcica, jak ty.
Dziewczyna paplała dłużej, ale Martin nie słuchał. Musnął ustami jej wargi i nie zważając na zdziwione spojrzenie wyszedł rozmyślając, co tak naprawdę zdarzyło się poprzedniej
nocy.
- Wóda od Gorsta by mi tak nie dołożyła. Mus, że dołożyły mi narkotyku z jakimś afrodyzjakiem. To pewne – rozmyślał. – Pewnie w tym winie, które wypiłem na początku. No tak, to jeszcze pamiętam, ale potem? He, czy naprawdę byłem taki dobry, jak mówiła Fala? – Ta myśl wcale nie była mu niemiła. – Ale gdzież tam – powiedział po chwili sam do siebie, – z pewnością mówią to każdemu i każdy dostaje taki prezencik. A w nim pewnie też jest jakiś narkotyk. Typowy schemat: najpierw dają ci za darmo, żebyś szybciej się uzależnił, a potem ciągną ile wlezie. Normalka, ale skąd ona wymyśliła, że jestem bogatym szlachcicem? Aha, to pewnie przez to, że wprowadził mnie ten nieznajomy pijaczyna i nazwał swoim przyjacielem. Musi to być pewnie jakiś zamożny gość ... – tak rozmyślając doszedł do pobliskiego zaułku, w którym siedział na małej skrzynce Gerhard. Krasnolud nudząc się potwornie i marznąc przez całą noc czekał na swojego towarzysza, pełen obaw, czy aby nic mu się nie stało.
- Chodź do „Fontanny”. Opowiem ci w drodze – rzekł kwaśno Martin, widząc, że Gerhard ledwo powstrzymuje się by nie parsknąć śmiechem na widok biało - czerwonych klaunowskich spodni.

- Ano i tak było – już w gospodzie skończył Martin dość ogólnikowe opowiadanie. - A tu masz to winko. Dasz radę je zbadać? Prawdopodobnie jakiś narkotyk.
- Czemu by nie, choć nie ręczę za wynik
–odparł krasnolud. – Zostaw mi trochę czasu. Przynajmniej kilka godzin?

Ale krasnolud miał farta. Nalał kropelkę wina do kieliszka i spróbował na języku. Skądś znał ten smak. Ale nie tylko smak. Skojarzył właśnie, że przyjaciel pachniał rano w wyjątkowo intensywny i charakterystyczny sposób. Woń ta przypominała nieco swą barwą smak wina, które badał. Czyżby więc w burdelu templariusz ostro nałykał się narkotyku? Ale nie, bo przecież jego organizm funkcjonuje całkiem zwyczajnie.
- Jakiż to jest narkotyk o tak intensywnym zapachu? - pomyślał. - Zaraz, zaraz. Chyba gdzieś czytałem. Mam. Czy to przypadkiem nie jest róża lasu. Chyba to. Co prawda dawno tego nie widziałem, ale kiedyś miałem w rękach to zielsko. Może u starego Bernona w Nuln? I wydaje się, że pachniało całkiem podobnie. Na młot Grungniego, to chyba naprawdę to.

Po krótkim zastanowieniu Gerhard postanowił przelać wino do jakiegoś metalowego pojemniczka i odparować płyn, by uzyskać czysty narkotyk. Dawno nie miał okazji popisywać się swoimi umiejętnościami sztuki alchemicznej i teraz wyraźnie cieszył się pracą. Pomrukując radośnie pod nosem mówił sam do siebie:
- Wprawdzie to parę godzin roboty, ale przecież nigdzie się nie śpieszymy. Martin poszedł do kowala naprawiać zbroję i któż wie kiedy wróci. To i parę godzin mamy przed sobą. Tak, najpierw przelejmy wino do naczyńka, a potem trzeba zrobić pod nim ogieniek. Uff, jak to dobrze, że mam nasz spirytusik. On się nada rewelacyjnie, choć trochę żal, ale trudno. Życie jest brutalne i pełne poświęceń, jak zawsze powtarzają kapłani Grungniego. Tak, spirytus na miseczkę, podpalić i już – mówił krasnolud sam do siebie bawiąc się w małe laboratorium.
Kiedy po paru godzinach płyn odparował i faktycznie na dnie ukazał się proszek, w którym krasnolud rozpoznał różę lasu wpadł do pokoju niezadowolony templariusz:
- Wiesz – zaczął od progu, - zbroja będzie dopiero za dwa dni. Część pasków trzeba od nowa przynitować do zbroi a kowal ma sporo roboty. A jak tobie poszło?
- Róża lasu
– odparł krasnal. – Narkotyk. Niezbyt silny, ale ostro uzależniający. Dobrze, żeś nie pił tego wina, bo czasem uzależnienie może wystąpić już po zażyciu drugiej dawki. Udało mi się wyciągnąć z wińska sam proch. Może się jeszcze kiedyś przyda. A co z naszymi planami obserwacji klasztoru?
- Idziemy
– stwierdził Martin.
I poszli. Wieczorem. Po drodze jeszcze Kowal im wspomniał, że Latający Nikt zabił kolejnego gościa wieszając go na latarni, ale podróżnicy nie mieli dziś ochoty na rozmowę. Zbyli karczmarza paroma miłymi nic nie znaczącymi słówkami i skierowali się w knieję.

Klasztor znajdował się jakąś milę na południowy wschód od miasta. Wiodła do niego tylko jedna ścieżka, dość zresztą wydeptana – zdziwili się podróżni. Czyżby chodził tu ktoś częściej niż tylko dostawcy żywności i czasami któraś ze starszych sióstr. Ciekawe. Ponieważ klasztor był położony w gęstwinie leśnej, a ścieżka do niego również biegła między drzewami z ukryciem nie był problemu. Martin i Gerhard przycupnęli w gęstej kępie paproci i milcząc obserwowali ścieżkę.

Zmierzchało. Nie było nikogo, kiedy sierp księżyca wstąpił na granat nieboskłonu, a nocny wietrzyk rozkołysał gałęzie sosen i świerków. Robiło się coraz zimniej, jakby dopiero o zmroku listopad przypomniał sobie, że późną jesienią w górach powinny wyć wichry a ciężkie, sine chmurzyska straszyć słotami. Szczęśliwie jeszcze nic takiego nie nastąpiło. Piękna pogoda nie chciał opuścić tej ziemi tak szybko. I wszyscy byli temu radzi. Choć z dnia na dzień spodziewali się pogorszenia aury, każdego ranka witało ich jasne światło słońca.

Podróżni rozmyślając o pogodzie i jej kaprysach czekali. Cierpliwie. I cierpliwość została wynagrodzona, kiedy jeszcze przed północą usłyszeli szybkie, lekkie kroki. Ktoś od klasztoru zmierzał w kierunku miasta. To była siostrzyczka. Miała brązowy habit z kapturem, który całkowicie zasłaniał jej twarz, ale z postawy, ruchów i tego, co przebijało się przez strój można było sądzić, że jest silna i zgrabna..
- Co robić? – szybka decyzja. – Przepuszczamy ją, a jak będzie wracać, to dopiero spróbujemy coś zagadać.

No więc czekali dalej, nie zważając na powoli kostniejące ręce i coraz większe znużenie. Obaj wprawdzie zdrzemnęli się z godzinkę po południu, ale teraz co chwila to jeden to drugi musiał tłumić ziewanie. Wreszcie nad ranem znów nie rozległ się tupot stóp i ciche okrzyki. Ktoś biegł ścieżką. Zerknięcie zza drzewa. To biegła kobieta. Mniszka. Pewnie ta sama, bo zakonna szata nie mogła ukryć zgrabnej sylwetki. Kobieta gnała przerażona wydając ciche okrzyki a kilkadziesiąt metrów za nią biegł ubrany na czarno mężczyzna.
- Bierzemy gościa – szybko zdecydowali podróżnicy. – Może to ów Latający Zabójca, czy jak mu tam?

Kiedy kobieta przebiegła podciągnęli przygotowany wcześniej sznurek, który tworzył stopę nad ścieżką niewidzialną przeszkodę. Goniący zahaczył nogą i z głośnym łomotem przewrócił się na ścieżkę. Pierwszy wybiegł krasnolud. Silny, jak większość swej rasy, zignorował spowodowane całonocnym czuwaniem skostnienie ciała i skoczył na kark wstającego właśnie człowieka. Szerokimi, żylastymi rękami łapał go za szyję próbując zadławić oddech. Nie docenił jednak siły przeciwnika. Mężczyzna stanął na nogi razem z krasnoludem. Widać było, że jest olbrzymem: ponad dwa metry wzrostu i bary gladiatora.
- Gdzieś to widziałem – przemknęło Gerhardowi. [20] – Gdzież ten templariusz? – krzyczał w myślach usiłując utrzymać się na karku przeciwnika, który machał pięściami w tył próbując zrzucić krasnoluda.
A templariusz właśnie biegł na pomoc. Na początku zesztywniałe mięśnie nie chciały go zbytnio słuchać i w rezultacie o mało co nie potknął się o własne nogi, dlatego krasnolud sam musiał walczyć z czarnym przeciwnikiem, ale teraz odzyskał już równowagę i był gotowy do walki.
- Ogłuszę gościa – stwierdził widząc, że jeszcze chwila a krasnolud zostanie zrzucony i tajemniczy mężczyzna ucieknie w las. Wyciągnął miecz, zamachnął się celując płazem klingi w głowę nieznajomego i uderzył. Łup! Trafił w Gerharda. [21] Walnięty krasnolud błyskawicznie odpadł od trzymanego, przekoziołkował w powietrzu i bezładnie legł pod pobliską sosną. Spod hełmu wypłynęła mu stróżka karminowej krwi.

Zdziwieni tym nieplanowanym wydarzeniem zarówno Martin jak i nieznajomy zamarli na moment w bezruchu. Pierwszy wszakże oprzytomniał przeciwnik. Rzucił się w las i nim templariusz zdołał zareagować zniknął w pobliskim gąszczu.
- Szukać? – zapytał sam siebie Martin z goryczą. – Facet zna na pewno tu każdy kąt i prędzej wiatr w polu znajdę niż jego.
Podszedł do nieprzytomnego krasnala, zdjął mu hełm i spryskał wodą czoło, na którym w jednym miejscu znajdował się potężny siniak i lekkie rozcięcie, które już zdążyło przyschnąć.
- On mi za to nie podziękuje – przemknęło mu przez myśl. – To wszystko przez to zimno. Siedzi człowiek niczym ćwok całą noc, to i nic dziwnego, że mięśnie ma jak z waty. Cóż, chciałem dobrze – zakończył filozoficznie swoje wywody.

Krasnolud po chwili jęknął i otworzył oczy wpatrując się w przyjaciela z nieukrywaną pretensją. Wiedział, że za to, co się zdarzyło, może obwiniać jedynie czysty przypadek, więc nie sarkał zbyt dużo. Trudno jednak było mu się powstrzymać od krótkich uszczypliwych uwag i kosych spojrzeń na nieco zawstydzonego templariusza. Wszakże poza potężną śliwką i lekkim rozcięciem na prawej skroni nic mu się w sumie nie stało. Toteż bardziej wkurzała go ucieczka nieznajomego, niż śmieszne, jak na krasnoluda, skaleczenie. Martin krótko streścił mu sytuację.
- Idziemy – postanowili obaj, - a jutro zrobimy powtórkę z zasadzką.
Po godzinie dotarli do „Fontanny”.
- Jeść, kompres na łeb i spać
– zaplanował wszystko dokładnie Gerhard. Tak też zrobili, cały dzień chrapiąc w pościeli, przerywając tylko rozkoszny sen na posiłki.

Kolejny wieczór był cieplejszy niż poprzedni, tylko porywisty wiatr targał czubami starych sosen, ale skrytym w cieniu gęstych paproci podróżnikom w ogóle to nie przeszkadzało. Znów obserwowali ścieżkę. I choć nie było tak zimno, jak wczoraj, usiłowali tym razem rozcierać swoje mięśnie, by nie dopuścić do powtórki z rana. Krasnolud nalegał na to mówiąc, że nie ma zamiaru, żeby przez czyjąś niezgrabotę, czy skostniałe łapska znów zaczęła go boleć głowa. Słowo „niezgrabota” użyte przez krasnoluda było czystą złośliwością. Obydwaj wiedzieli bowiem, że Martin jest bardzo dobrym wojakiem i zręcznym szermierzem, o wiele lepszym, niż mający zamiłowanie do ksiąg i mocy tajemnych, krasnolud. Szeptem wypowiadane przytyki krasnoluda i odpowiedzi Martina, który próbował dorównać przyjacielowi w złośliwościach pozwalały jednak zmniejszyć nieco nudę oczekiwania. Przerwali je natychmiast, gdy w oddali usłyszeli coś więcej niż szelest wiatru.
To, tuż po zmroku, szła ścieżką jedna z mniszek.
- Coś wcześnie – zdziwili się obaj.
- Zostawmy ją - zaproponował Martin. - Może to po prostu zwykła osoba, która z jakimś poleceniem wyszła z klasztoru do miasta? A ponadto jakoś wygląda inaczej niż nasza znajoma. Choć w tych habitach nie da się zupełnie rozpoznać, ale ta chyba jest nieco wyższa i grubsza. Nie sądzisz?
Krasnolud, który już wcześniej poczynił te same obserwacje kiwnął tylko głową. Mniszka przeszła.

Później czekanie, czekanie i powtórnie przed północą szybkie kroki. Znów mniszka. Pewnie ta co wczoraj, jeżeli można coś wnioskować po sylwetce pod habitem.
- Spróbujemy ją zaskoczyć i wypytać?
- Chyba tak
– odpowiedzieli sami sobie.

Nie zrealizowali jednak zamiaru, gdyż ze strony miasta usłyszeli kolejne odgłosy. To szła grupa ludzi. Przynajmniej kilku. Widać było, że nie obawiają się niczego, gdyż hałasowali tupiąc i głośno rozmawiając. Martin i Gerhard głębiej wsunęli się za paprocie. Może i udałoby się zgarnąć zakonnicę i wpaść z nią w las, zanim tamci nie dojdą, ale wiadomo, że w taką pogodą i w gęstwinie dźwięk płata różne figle. I odpowiedz tu człowieku, czy ci goście są pięćdziesiąt, czy pięćset pięćdziesiąt kroków stąd.
- Lepiej chyba zaczekać. Któż wie, co zrobi kobieta? Zacznie uciekać, drzeć się ... tylko kłopoty, a zanim tym gościom, co idą w tą stronę, da się wszystko wytłumaczyć, to może być różnie. Tak, tak, lepiej poczekać i kiedy będzie sama spokojnie wyjść do niej i pogadać. Oczywiście trzeba będzie nieco ją uciszyć, no ale widać od razu, że jest w coś zaplątana, albo przynajmniej wie coś o tutejszych sprawkach. Wybacz Vereno, ale nie da się inaczej, bo jak przypadkiem ściągnie nam na kark bandytów, to w ogóle nie dojdziemy prawdy. Przecież nie wiemy, kim jest. Dlatego trzeba przede wszystkim bez hałasu, a potem się zobaczy – rozmyślali.

A mniszka, nieświadoma, jak była blisko zasadzki przeszła obok ukrytych przyjaciół kierując się w stronę męskich głosów. Przyjaciele wyjrzeli zza drzewa. Wprawdzie w ciemności nie było jej widać, ale po dochodzących odgłosach można było się domyśleć, że spotkała się z mężczyznami i wdała w krótką dyskusję. Jeszcze chwila czekania i jeszcze. Z ciemności zaczął znów wyłaniać się habit siostry, a głosy męskie odeszły w stronę miasta. Przyjaciele przygotowali się do skoku. Kiedy zakonnica podeszła pierwszy wyrwał się krasnolud. Niestety zahaczył nogą o korzeń i ja długi zwalił się na ścieżkę wprost pod nogi mniszki, jakby chciał ucałować jej stopy. Ta widocznie tak zrozumiał jego postępowanie, bo pochyliła się nad nim błogosławiąc go:
- Verena z tobą synu. I nie trzeba tak od razu padać do stóp. Cieszę się, że również krasnolud jest wyznawcą Wielkiej Matki Sprawiedli ...
Niedokończyła błogosławieństwa. Martin, który ostatnio miał tendencję do spóźniania się, tym razem zadziałał nadzwyczaj skutecznie. Jednym skokiem dopadł mniszki i nim zdążyła się zorientować chwycił ją za szyję i naciskając tętnicę pozbawił przytomności. Ściągnął zakonnicy kaptur i aż zachłysnął się ze zdumienia:
- Księżniczka z burdelu. To takie mniszki mieszkają w klasztorze?!

Tymczasem Gerhard podniósł się z ziemi. Z pobrudzoną błotem twarzą i brodą, w której zaplątały się jakieś liście wyglądał bardziej na straszydło, niż na uczciwego krasnoluda. Wytarł się z grubsza połciem sukmany, a potem razem chwycili panienkę i zanieśli nieco w las, gdzie przy strumieniu krasnolud mógł trochę oczyścić twarz i brodę. Zastanawiali się gorączkowo: co robić? Tymczasem ze ścieżki znów odezwały się jakieś odgłosy, a do uszu podróżników dotarło ciche trzeszczenie ciężkiego obuwia. A więc dalej w las. Byle cicho.
- Kurr ... - Martin stłumił przekleństwo. Idąc o mało nie wpadł w jakąś dziurę, która zarośnięta powojem była nie do odróżnienia od ciemnego poszycia lasu. Lekko rozgarnął rośliny. Dziura okazała się potężną jamą, a raczej tunelem prowadzącym w głąb ziemi.
- Gdybym tam wpadł, to ... – pomyślał templariusz.
Położyli dziewczynę pod drzewem.
- Związać jej ręce.
- Nie.
- Tak.
- To znaczy tak, ale przywiązać ją w ogóle do drzewa.
- A gdzie ci ucieknie tutaj.
- Na wszelki wypadek. I zakneblować.
- O, na to zgoda
.
Zdążyli związać jej ręce, gdy mniszka się obudziła i zaczęła pytać, najpierw cicho a potem coraz głośniej i głośniej, aż w końcu zaczęła się drzeć próbując jednocześnie wstać i uciec w gęstwinę:
- Kim jesteście, co ja tu robię, jak śmiecie? Pomoo ... – okrzyk związanej przerwało uderzenie Martina w skroń. Uwięziona znów straciła przytomność. Tym razem przywiązali ją do drzewa i zakneblowali. Knebel pozwalał na cichą mowę, ale uniemożliwiał wrzeszczenie. Skropili jej twarz. Znów oprzytomniała. Na pierwszy plan wysunął się Gerhard:
- Jestem od chłopaków z kopalni. Nie podoba nam się, co robicie.
- O co chodzi
– trochę nieprzytomnie spytała panienka. – Swoje zarabiacie? Zarabiacie. Dostarczacie tylko narkotyk do klasztoru, którym kieruję, i nic więcej was nie obchodzi. Resztą zajmuje się Johann. No więc o co jeszcze chodzi? Zaraz – dodała bardziej świadomie, - tamte krasnoludy nie chodzą z dużymi, a twój towarzysz jest człowiekiem. Nie wiem kim jesteście. Jesteście bandziorami. Ratuu ... – próbowała wykrzyczeć przez knebel, póki kolejny cios Martina nie pozbawił jej przytomności.
- Co robić? - zastanawiali.
- Podaj się za kogoś z konkurencyjnej frakcji – zaproponował Martin.
- Co to znaczy? Od nich, czy w ogóle z konkurencji?
- Od nich. Powiedz jej, że mają w swoich szeregach zdrajcę.
- Czy uwierzy
? – krasnolud był sceptyczny. - Pierwszej gadki nie chwyciła. I popatrz. Toż to chyba ksieni, skoro kieruje klasztorem.
- Spróbujemy
.

Gdy dziewczyna skropiona wodą powtórnie oprzytomniała, Gerhard zaczął wyjaśniać, że część krasnoludów jest niezadowolona z układu i pragnie go zmienić. Oni uważają, że mają zbyt mały wpływ na dystrybucję i stanowczo zbyt mały udział w zyskach. A najgorsze jest to, że zaczął ich ktoś mordować, jeden z ich towarzyszy już stracił życie zabity z zaskoczenia. A na to oni nie przystaną. Także ma polecenie od starszyzny konkretnie pogadać i od nowa ustalić układy, bo tego, co jest teraz, to oni sobie nie życzą. A jak będzie trzeba, to toporami zmienią partnerów w handlu. O zdrajcy w szeregach Johanna nie powiedział jednak nic i Martin dostawał spazmów wściekłości słuchając trochę poplątanej wypowiedzi krasnoluda. Templariusz stał tak, że związana dziewczyna nie mogła go dostrzec i znakami próbował przypomnieć koledze, co ma mówić. Widocznie, jednak krasnolud nie dostrzegł jego wysiłków, albo nie zrozumiał ich znaczenia, bo dalej kontynuował swoją gadkę o dwóch frakcjach i niezadowoleniu z zabicia jednego z towarzyszy. Przestraszona nieco i może trochę nawet przekonana dziewczyna zaczęła wprawdzie wyjaśniać, że to z całą pewnością nie Johann morduje, że ona go zna i na szczęście nosi kosmyk jego włosów, tak samo, jak on jej i w ogóle, że ... Templariusz miał już dosyć nic nie wnoszącego gadania. Kolejne uderzenie w skroń po raz kolejny zakończyło rozmowę.
- Przecież miałeś powiedzieć o zdrajcy.
- No a po co. Powiedziałem, co trzeba.
- Ale zdrajca by wszystko uwiarygodnił.
- A wała. Cokolwiek by było, to ona na pewno nam już w nic nie uwierzy po tym jak ją znowu walnąłeś.
- Uwierzy, uwierzy. Tylko trzeba zmyśleć zupełnie inną gadkę. Czekaj no, a gdyby tak wystąpić jako Nikt. I w ogóle zagroź klasztorowi, że rozprawisz się z nimi wszystkimi.
- Nooo, spróbuję
.

Znów chlusnęli panience na głowę trochę wody przywracając jej świadomość. Widocznie Martin miał z czasów służby w straży miejskiej wprawę w ogłuszaniu, gdyż panienka oprócz kilkakrotnej utraty przytomności nie odniosła jeszcze poważniejszych ran. A krasnolud tymczasem zaczął mówić tonem, który wydał mu się pełen dostojeństwa i pewnego siebie profesjonalizmu:
- Masz rację nie jestem z frakcji w waszej grupie krasnoludów. Czy słyszałaś o Nikcie? Widzę, że tak – rzekł dostrzegając grymas strachu na jej twarzy. – To my. To nie jeden człowiek, ale cała organizacja. Chcemy przejąć robotę od waszych krasnali. Rozumiesz?!
- Kurde. Co on bredzi
? – myślał Martin. – Przecież sam miał się przedstawić jako Latający Nikt.
- No, ale w końcu czego chcecie ode mnie?
- Byś pośredniczyła między nami a Rudym Johannem. Z tamtymi krasnalami sami sobie poradzimy, ale chcemy dogadać się co do dystrybucji i udziałów.
- Jeżeli wam się uda z tamtymi
– opanowała się mniszka, choć w oczach dalej miała strach i ... czyżby okrucieństwo? - to nie ma problemu. Nas obchodzą tylko pieniądze i spokój.
- A udział?
- Taki jak u tamtych. Dziesięć procent.
- Piętnaście.
- Dwanaście.
- Przez pierwsze trzy miesiące. Potem piętnaście.
- Sześć miesięcy.
- Cztery.
- Zgoda. Rozwiąż ją
. – Gerhard zwrócił się do Martina.
Ten stał nieporuszony.
- Twój sługa coś nie chce cię słuchać – uśmiechnęła się szyderczo panienka. – W ogóle nie będę z wami rozmawiała. Między sobą nie możecie się dogadać, a chcecie z nami. Jesteście żałosną bandą głupich kanciarzy. Zwykłymi śmieciami. Myślisz, że uwierzyłam w te durne gadki?! – Prawie już krzyczała. - Johann mnie uwolni i się z wami ...
Tradycyjne uderzenie w skroń położyło kres jej wypowiedzi.
- Coś ty cholera narobił. Miałeś się przedstawić jako Nikt.
- A co za różnica
? – zauważył krasnolud. – Ludzie nie wiedzą, kim jest Nikt. Może więc to organizacja. Mogła w to łatwiej uwierzyć.
- Akurat
– zaperzył się templariusz. – i nie zagroziłeś jej klasztorowi i w ogóle zacząłeś się cholernie przy tym wszystkim plątać [22]
- No, może troszkę tak – przyznał krasnolud. – Ale, jak słyszałeś, i tak w to nie wierzyła, więc gadka nie ma tu nic do rzeczy. Zresztą nikt by nie uwierzył po tylu walnięciach w głowę. Gdybyśmy naprawdę chcieli jej pośrednictwa nie traktowalibyśmy jej jak na przesłuchaniu. A ona się tego domyśliła. Nie wygląda na głupią. No i co robimy teraz?
- Nooo, niby zawarliśmy pakt między organizacją Rudego a Niktem. Czyli powinniśmy ją rozwiązać i puścić
– uśmiechnął się szyderczo Martin.
- Aha, chyba kpisz! Przecież ona zaraz poleci do niego z pyskiem.
- Zgadza się. Tego nie możemy. Gdyby udało się od niej uzyskać jakieś informacje nie budząc specjalnych podejrzeń, albo gdyby okazało się, że ona nie jest w to zamieszana, to jeszcze. Ale teraz, to w żadnym wypadku. Przecież nie wiedzieliśmy wcześniej, że to ksieni, która handluje prochami i dorabia sobie, jako burdelmama. Czekaj, jak jej tam było?
- Chyba Elwira, bo tak mówił ochmistrz.
- O właśnie. A jeżeli teraz ją puścimy, to ty jesteś spalony w mieście. Mnie nie specjalnie widziała, ale ty masz przerąbane.
- A ciebie widziano ze mną
– dodał przytomnie krasnolud. – Puścić jej nie możemy. Czyli zostają ...
- Dwie opcje: związać ją gdzieś i ukrytą zostawić, albo zabić.
- Zabić?
- Tego wolałbym uniknąć. W końcu jesteśmy sługami Vereny i jakkolwiek ona zapłaci kiedyś za zbrodnie, to przydałby się jakiś sąd, czy proces.
- Czyli związać. Zaraz, a może by w kopalni, do której o mało co nie wlazłeś?
- Niezłe, tylko szczury ją zjedzą. Inny rodzaj egzekucji. A na drzewie, czy w lesie?
- To samo, tylko robotę zrobią wilki, czy ptaki.
- Zaraz
! – templariusz aż krzyknął. – Pomyśl, po co nas tu wysłano? Oto, rozpatrzeć się w sytuacji i zaradzić jej. Prawda? Sytuację znamy: krasnoludy produkują narkotyk, dostarczają do klasztoru, a stamtąd jest przekazywany w ręce Johanna i na miejscowy rynek, a może i gdzieś dalej. Pierwszą część zadania więc wykonaliśmy. A teraz trzeba temu zaradzić. Ale jak? Nas jest dwóch, a ludzi Rudego kilkudziesięciu. I jeszcze krasnoludy.
- Zgadza się. A gdybyśmy napadli na klasztor, to nawet ci z miejscowych władz, którzy nie są skorumpowani, nie znając prawdy potraktowaliby nas jak zbrodniarzy.
- Dokładnie tak. Czyli wyjście jest jedno. Musimy ją zabrać ze sobą do Nuln, a tam już ją odpowiednio przesłuchają i podejmą środki zaradcze
. [23]
- Jasne. Czyli czekaj: najpierw ty musisz do miasta po graty do gospody, a ja tu zaczekam z panienką.
- O kurde
! – przypomniał sobie templariusz. – Moja zbroja. Za nic jej nie zostawię.
- Et po prostu zbudzisz kowala i rzucisz mu uwagę, że coś ci wypadło. Pomyśli pewnie, że masz pojedynek jakiś i da ci zbroję. Przecież jutro rano miałeś ją odebrać, więc musi być już zrobiona, a za fatygę dasz mu z dziesięć koroon. To i tak dużo.
- A karczmarz, jak zauważy, że wychodzę?
- To co? Jesteś gościem.
- A może by poczekać do rana. Odebrać wszystko i załatwić normalny statek do Nuln.
- Tak, ale rano, jak stwierdzą brak ksieni, i bodajże kochanki Rudego w jednej osobie, to może zrobić się gorąco. Lepiej pryskać teraz. Słuchaj! A może konno?
- Eee, daleko i jeszcze spróbuj utrzymać tyle więźnia. A jak się zrobi prawdziwa zima, to w ogóle trakty mogą zrobić się nieprzejezdne. Z parę dni to pogoda może jeszcze się utrzyma, ale parę tygodni? Na pewno nie.
- Racja, a więc po prostu zostaje tylko rzeka. Trzeba wymyśleć tylko jak. Zaraz, a weź po prostu konie i nasze rzeczy z karczmy, załatw kowala, pojedź do portu po łódkę, a ja na brzegu rzeki będę czekał z panienką.
- Na tak urwistym brzegu nie ma plaży, chyba, żebyście się nieco spuścili na linie wprost na łódkę.
- No właśnie. Czyli ty załatwiłbyś to wszystko, a ja z nią poczekam na brzegu.
- Ale zaraz. Przecież o tej porze w mieście nikogo nie ma, poza oczywiście strażnikami i marynarzami przy „Pijanej świni”. Zróbmy tak. Zostań tutaj, a ja wrócę do miasta. Odbiorę nasze rzeczy i zbroję, załatwię statek i przyjadę do ciebie. Może się po prostu wszystko uda
?

Tak też zrobili. Krasnolud przycupnął przy ścieżce uważając na urodziwego więźnia, a Martin pobiegł do kowala. Ten wprawdzie mruczał, że co to za budzenie po nocach i w ogóle zbroja miała być na jutro, ale dwadzieścia koron szybko uciszyło jego protesty. Wyjaśnił grzecznie, że wszystko jest już gotowe i jeżeli tylko szanowny klient sobie życzy nie ma najmniejszego problemu, by odebrał swoją własność teraz. Szanowny klient sobie życzył i obydwaj rozstali się w całkowitej zgodzie. Później „Posrebrzana fontanna”. Tu poszło całkiem łatwo. Po prostu templariusz wziął rzeczy swoje i przyjaciela, a potem konie. Nie odpowiadał na uwagi w pół dobudzonego gospodarza i podążył do portu.

Port to jedyna dzielnica żyjąca w nocy, a ośrodkiem owego życia był oczywiście karczma Gorsta. Martin wypatrzył gospodarza i po chwili już rozmawiali, jak starzy przyjaciele:
- Hej. Witaj chłopcze. Cóż cię sprowadza? Może kusztyczka?
- To po jednym. Potrzebuję statku. Do Nuln
– popatrzył przenikliwie na Gorsta.
- No, to rano odjeżdża jeden taki. Pewnie was zabierze i to tanio.
- Potrzebuję statku teraz.
- Teraz? Chłopcze, nikt teraz nie płynie, któżby chciał ...
- Dobrze zapłacę
– przerwał mu templariusz.
- Sto koron koron?
- Zgoda.
- A, jak zgoda to dwieście.
- Dwieście?
- Za szybko się zgodziłeś. To jak, bierzesz?
- Niech będzie
– z ponurą miną stwierdził Martin.
- No to i dobrze. Będziesz miał statek do Nuln. Jaki towar?
- Ja, mój przyjaciel, nasze konie, jedna skrzynia i ... żadnych pytań.
- A, niebezpieczny towar? Szkoda, że dogadaliśmy się wcześniej, co do ceny, bo byłoby coś ekstra. Ale dobra, niech będzie moja strata. Bo to mój statek
– Gorst mimo biadoleń wcale nie wyglądał na zmartwionego transakcją, na której zarobił co najmniej pięciokrotną wartość rzeczywistej usługi. – Kiedy chcesz odpłynąć?
- Za dwie godziny. Bądź gotów.
- Będę chłopcze. Miło się z tobą prowadzi interesy
.
Ale Martin już nie słuchał. Wybiegł z „Pijanej świni” i co koń wyskoczy pognał w las prowadząc luzaka dla krasnoluda. Krasnolud był tam, gdzie się rozstali, wsiadł szybko na konia o specjalnych skróconych strzemionach, a panienka obwiązana kawałkiem płótna znalazła się za nim. Leżała przewieszona na końskim zadzie i póki nie wrzeszczała mogła od biedy uchodzić za pakunek. Ruszyli do portu.
- Może nic się nie stanie? – rozmyślali, gdy na skraju miasta zaczepił ich patrol miejski:
- Stój! Kto idzie?!
- Pospolitakom nie odpowiadam
– odparł Martin, mając nadzieję, że wezmą go za szlachcica wracającego nocną porą z jakiejś libacji. Faktycznie. Strażnicy stali się grzeczniejsi:
- Racz wybaczyć wasza miłość, ale takie mamy rozkazy – sumitowali się. – Latający Nikt działa i wszystkich nieznajomych mamy prowadzić na posterunek w celu przesłuchania.
- To mnie nie dotyczy. Jestem specjalnym wysłannikiem księcia z Nuln i w sprawach najwyższej wagi podążam do ... Nie mogę powiedzieć, ale rozumiecie, że moja misja jest pilna i nie należy mi przeszkadzać
.
Strażnicy chyba nie słyszeli, że w Nuln nie rządzi jakikolwiek książę, lecz Wielka Hrabina, która jest jednym z Elektorów. Odrzekli wszakże bez zwłoki:
- Szanujemy panie twego władcę, ale on tu nie rządzi, a my odbieramy rozkazy od Elfasa, naszego kapitana, który jest przedstawicielem barona von Stuf. Zechciej przeto udać się z nami na posterunek, bo zmusimy cię do tego.
- Tak
? – uśmiechnął się drwiąco Martin. – Spróbujcie – dodał wyciągając miecz.
I spróbowali, ale nie tak jak myślał templariusz. Jeden z nich zaatakował go halabardą, a drugi zadął w róg wzywając posiłki.
- Cholera, tylko nie to – myślał Marin chwytając za broń. Jego dłoń minęła jednak głownię miecza i spoczęła na ozdobionym wspaniałym rubinem sztylecie. Wyciągnął go i rzucił w wzywającego pomocy halabardiera. Ledwo przy tym uniknął ciosu, który usiłował mu zadać drugi strażnik. Kłopoty miał też Gerhard, którego koń nie był ćwiczony w walce, a mając dodatkowy ciężar na grzbiecie, kręcił się niespokojnie gryząc wędzidło. Dlatego też krasnolud większość uwagi musiał poświęcić utrzymaniu na grzbiecie siebie i cennego pakunku. Udało mu się wprawdzie wyjąć topór, ale cios zadany z wiercącego się wierzchowca minął daleko przeciwnika. Tymczasem wzywający pomocy przestał dmić w róg uchyliwszy się od lecącego sztyletu. Sztylet wprawdzie nie trafił go, ale zaraz potem zimna stal magicznego ostrza templariusza na zawsze przecięła nić jego żywota. Drugi próbował zastawić się halabardą. Na próżno. Wprawdzie odparł pierwszy atak Martina i krasnoluda, ale w drugim templariusz wyprowadził potężne cięcie, które przełamało obronę strażnika i przecięło go niemal na pół. Miecz zagłębił się w klatce piersiowej tnąc serce, płuca i zgrzytając przeraźliwie o kości żeber.
- Tego rozciętego do wody – zdecydowali zdenerwowani, - a temu drugiemu nakłujmy serce sztyletem i powieśmy na latarni. Niech myślą, że to kolejna sprawka Latającego Nikta.
Tak też zrobili, śpiesząc się by uniknąć innych, wezwanych graniem rogu, patroli. Potem na koń, trochę odjechać.
- Nie uda nam się tak prosto przejechać– stwierdził krasnolud. – Wkrótce będzie tam gęsto od patroli.
- Wiesz co, podjedziemy na skraj lasu. A tam według starego planu: poczekasz z mniszką na łódkę nad brzegiem rzeki. Dam sygnał gwizdaniem
.

Plan został przyjęty. Gerhard z dalej nieprzytomną dziewczyną zaczaił się nad rzeką, a Martin znów pognał do portu zataczając przy tym wielki łuk, by nie spotkać ewentualnych patroli, zdążających na miejsce walki.
W porcie „Łowca” już się szykował. Karczmarz Gorst zmienił się w kapitana Gorsta i stał na statku energicznie wydając rozkazy kilkuosobowej załodze. Martin podszedł do niego:
- Witaj powtórnie, kapitanie. Przyprowadziłem konie.
- A nie ma problemów. Wprowadź je chłopcze po trapie na tył kadłuba i przywiąż do drągów. Tam jest sporo siana, to i bestie się wyżywią po drodze. Będziesz tylko sam usuwał odchody. Tylko uważaj wchodząc. „Łowca” ma pokład tylko w tylnej części.
- Nie ma problemu
– odparł Martin, - ale mam do ciebie jeszcze jedną sprawę – dodał przywiązując konie do belek na statku. – Potrzebuję łodzi, niedużej, wiosłowej.
- Chcesz kupić
? – spytał Gorst błyskając złotymi zębami.
- Nie. Pożyczyć. Na jakieś dwie godziny.
- OK. Dwadzieścia koron
– Gorst wymienił bezczelną sumę.
- Dziesięć – Martin nie miał czasu się kłócić.
- To piętnaście. I zgoda.
- Zgoda. Ale załatwisz mi jeszcze jedną rzecz: dużą drewnianą skrzynię.
- Niema sprawy. Załatwię. Za kolejne piętnaście. No niech stracę: dziesięć.
- Pięć i zlituj się pan. Przecież zarabiasz na nas bardzo dużo.
- Dobra: pięć. I pamiętaj. Skoro płacisz, trzeba brać. Widać, że pali ci się grunt pod nogami, a ja z tego korzystam. Rozumiesz! To nic osobistego. Masz łeb do gorzały i lubię cię nawet, ale takie jest życie. Każdy wykorzystuje każdego. A skrzynie dowolnej wielkości są tam obok magazynu, wskazał jedną z bud nieopodal, a tam zaraz stoi łódka. Jeśli chcesz, to któryś z marynarzy pomoże ci wtachać tą pakę na łajbę
.

Templariusz przyjął pomoc. Razem z jednym z majtków władowali pakę na łódkę i templariusz zabrał się za wiosłowanie. Nurt był dość bystry i miejscami zdradliwy, ale potężne mięśnie wojownika dały sobie radę i z przeciwnym prądem i z wirami. Dopłynął do skraju lasu i gwizdnął cicho. Odpowiedziało milczenie. Martin rozejrzał się nerwowo próbując przebić wzrokiem ciemność.
- Czy ten krasnolud zaspał? Gdzie jest? – myślał, gdy wtem zobaczył przysadzistą sylwetkę na wysokim brzegu machającą dłonią.
- Tutaj. Tutaj.
Martin spróbował podpłynąć łódką. Nie szło mu dobrze. Nie był specem od żeglugi i ciężko kierowało mu się miotaną prądem łódką. Co innego płynąć pod prąd, a co innego w poprzek bystrej rzeki. To pierwsze wymaga tylko siły, a to drugie już wprawy i umiejętności.

Na brzegu krasnolud stał i niecierpliwe wpatrywał się w dość nieudolne usiłowania templariusza, którego raz po raz mocniejsza fala odrzucała od brzegu. Wreszcie udało się. Krasnolud złapał rzuconą z łodzi linę i przywiązał ją do pnia grubej sosny. Elwira była dalej nieprzytomna, toteż nie było problemów ze spuszczeniem jej na łódkę. Krasnolud związał ksienię w pasie, a na łódce przejął ją templariusz. Potem Gerhard przy pomocy liny zszedł gracko i prędko. Martin już chciał odbijać od brzegu, a Gerhard wspomniał:
- Słuchaj. Jest pewien problem. Jeżeli ta babka zacznie nagle krzyczeć, to może być kiepsko. Wprawdzie Gorst zgodził się nas przewieść, ale myśli raczej, że kogoś zabiliśmy, albo coś ukradliśmy, czyli zwykła rzecz. A my porwaliśmy przełożoną klasztoru, która jednocześnie jest dziewczyną herszta bandytów.
- Gerhard zauważył sensowną rzecz
– pomyślał templariusz, a krasnolud kontynuował:
- W związku z tym mam pomysł: dam jej trochę narkotyku i parę łyków krasnoludzkiego spirytusu. Zwali ją to co najmniej na dobę. A potem najwyżej będziemy kontynuować.
Pomysł był znakomity, toteż gdy Martin kierował pchaną prądem łodzią, Gerhard szybko go zrealizował. Upita i znarkotyzowana kobieta nie otworzyła oczu ani na chwilę, a Gerhard tymczasem wrzucił ją do skrzyni i przybił małymi gwoździami wieko.
- Ejże – zatroskał się, - czy aby się nie udusi? - ale szybko się uspokoił. Między deskami kiepsko zbitej skrzyni było szereg otworów. - Widocznie nie służyła do przewożenia czegoś sypkiego – pomyślał zadowolony.
Tymczasem Martin już przybijał do statku. Razem wnieśli skrzynię na pokład i położyli we wskazanym przez Gorsta miejscu nieopodal koni. W sumie OK. Mogli mieć oko i na rumaki i na skrzynię, a w dodatku ta część stateczku była osłonięta kilkoma deskami. A więc i dyskrecja też zapewniona.

Statek już szykował się do odpłynięcia, gdy na brzegu pojawiła się grupa mężczyzn. Wyszli zza jednego z magazynów. Prowadził ich dość młody, bogato ubrany brodacz, który kiwnął w stronę Gorsta. Ten zszedł posłusznie na brzeg, a idąc obok podróżników szepnął:
- Zachowajcie spokój. To Rudy Johann. Szef miejscowych zbirów. Spróbuję się z nim dogadać.
- A więc to jest herszt
? – pomyśleli, patrząc na gustownie ubranego mężczyznę.
- Rzeczywiście, chyba przystojny – dumał Martin patrząc na elegancko przyciętą w szpic bródkę, bladą, władczo spoglądającą twarz, i długą, rozwianą na wietrze, rudą czuprynę herszta bandytów.

Po chwili już Gorst wymieniał z nim uwagi. Słowa wypowiadane szeptem nie dochodziły do uszu krasnoluda i templariusza, toteż pełni obawy czekali na wynik przedłużających się negocjacji. Wreszcie Gorst stanął przed nimi i stwierdził z grymasem na twarzy:
- No cóż, pan Johann był zainteresowany moim nagłym wypłynięciem. Oznajmiłem mu, że mam podróżnych, którzy mieli taki kaprys. Wtedy on oznajmił, że doskonale rozumie perwersyjne nagłe chętki bogaczy, ale z kolei wyraził przypuszczenie, że pomoc w spełnianiu tych chętek może narazić mnie na szwank. Powiedział, że nagły wyjazd sprawia, że zostawiam swój dobytek i nie ma komu troskać się o moje interesy, a żona na pewno nie jest sprawnym zarządcą takiej tawerny, jak „Pijana świnia”, gdzie włóczy się wielu nieokiełznanych mężczyzn. Stąd, troszcząc się o mnie postanowił mi pomóc w opiece nad majątkiem. Ale niestety, opieka kosztuje, a dokładnie kosztuje dwieście koron, które życzy sobie, żeby mu z góry zapłacić. On wprawdzie nie ma nic do mnie, ale jeżeli on nie ochroni tawerny, to może się stać coś złego.
- A tak w ogóle
– to dodał po cichu, - ten drań po prostu wypatruje bogatszych podróżnych i wyciska z nich trochę grosza. Nic do was nie ma. Do mnie zresztą też, ale po prostu chce trochę zarobić. Miałem nadzieję, że dziś się nie dowie o wyjeździe, ale nie wyszło. Widocznie ma kapusiów i u mnie. Trza mu zapłacić i sobie pójdzie, inaczej, przykro mi, ale ja was nie zawiozę. Nie chcę stracić tawerny.
Z ciężkim sercem Martin wręczył Gorstowi sakiewkę:
- Daj mu, ale płyńmy czy prędzej. Mam dość tej miejscowości. – mówiąc to myślał - Dzięki ci Vereno, że nie sprawdzili statku, a te dwieście to, cóż, dużo, ale gdyby zobaczyli, co, a raczej kto jest w skrzyni, na dwustu by się nie skończyło. Dobrze, że ten wypacykowany bandzior jeszcze nie wie o niczym. Uff, i jak to dobrze, że ruszamy teraz. Jutro sprawdzaliby wszystko, i to dokładnie. A jeszcze pewnie ten Johann byłby wściekły jak rozjuszony niedźwiedź. I trza by jechać konno, a to już w ogóle syf. Teraz, jak ruszymy, to już nas nie złapie, choćby do swojej łódki przypiął skrzydełka.
Podobne myśli przychodziły do głowy i krasnoludowi. Obaj czekali niecierpliwie aż Gorst wręczy sakiewkę Rudemu i wyda rozkaz: „Odbijamy!” Dopiero gdy się to stało odetchnęli z ulgą.

Dalsza podróż przebiegła bez zakłóceń, a gdy zdali relację ochmistrzowi i przekazali skrzynię z przytomniejącą już ksienią ten stwierdził krótko:
- Dobra robota, panowie.


Przypisy (numeracja kontynuowana z poprzedniej części)
16) W tym scenariuszu zagrali jedynie: Freejack i Kraken (już jako alchemik 1-ego poziomu), dlatego też Elfickiego trzeba było odesłać do wielce zajmującego zajęcia, jakim było czyszczenie posągu bogini sprawiedliwości szczoteczką do zębów. Obydwaj gracze zresztą bardzo się przysłużyli także przy pisaniu tego tekstu redagując go oraz przypominając o rozmaitych, ważnych ich zdaniem, wydarzeniach, które powinny znaleźć się w niniejszym tekście, a także poprzedniej części warhammerowych przygód.
17) Po prosto miał ochotę na takie nazwisko.
18) Martin ma „mocną głowę” i całkiem nieźle rzucał.
19) Czasem proste metody są najskuteczniejsze, a chłopaki stanowczo nie mieli wtedy (jak się później okazało) swojego dnia do układania skomplikowanych planów.
20) Zgadza się. Gerhard widział taką posturę u karczmarza Kowala, bo też i on był Latającym Niktem. Z założenia miała być to postać efemeryczna, której głównym zadaniem było wprowadzenie pewnego zamieszania i niepewności do poczynań graczy. Rzecz jasna, nie wykluczałem znacznej rozbudowy tego wątku, jeżeli gracze próbowaliby bardziej dociekać, kim jest ów tajemniczy morderca.
21) Niestety, tak mu się rzucało. I tu jedna uwaga, o ile jestem przeciwny, by kostka decydowała o najważniejszych sprawach w grze (np. o życiu postaci, o wyłączeniach z gry na dłuższy czas, o zasadniczym nurcie akcji), to dopuszczam rzut kostką w momentach mało istotnych (oczywiście gracze nie wiedzą, że te momenty są takowymi). Głównie dlatego, że gracze, zwłaszcza starszego pokolenia, wychowani na angielskich wersjach AD&D, CoC, czy WFRP (że nie wspomnę o Shadowrunie 1Edition, czy RuneQueście) po prostu lubią rzucać..
22) Ta rozmowa najlepiej wykazała, że tamtego dnia obydwaj bohaterowie sprawdzali się w ręcznej robocie, a nie w przeciążaniu mózgów myśleniem. Na początku zakładałem, że jakoś zbajerują ksienię, ale po tym, jak w trakcie rozmowy Martin pacnął ją z pół tuzina razy w głowę, rezultat mógł być tylko jeden. Nie uwierzyła im zresztą tym bardziej, że zmieniali ciągle wersje tego, kim są i nie przedstawiali żadnych dowodów. Elwira do pewnego momentu udawała, że im wierzy, tylko po to, by ją uwolnili, a potem oczywiście pogoniłaby do Johanna na skargę. Toteż Martin wykonał dobry ruch, że nie rozwiązał ksieni wbrew życzeniom krasnoluda. Ale jaką to wywołało kłótnię między graczami ... Zresztą podczas rozmowy z ksienią i tak cały czas spierali się o każde słowo, a templariusz niemal spazmów dostawał słysząc, jak krasnolud zwraca się do Elwiry zupełnie innymi słowami, niż to było uzgodnione. Kiedy Elwira zrozumiała, że nie są aż takimi dudkami, by ją wypuścić, spróbowała ich potraktować z góry i postraszyć Johannem. Oczywiście na naszych wspaniałych bohaterach groźby dziewczyny nie wywarły jakiegokolwiek wrażenia i dyskusję zakończył kolejny raz w głowę. Silniejszy niż poprzednie.
23) Bardzo sensownie gracze to rozwiązali. Przeważnie drużyny rzucają się na niemożliwe, a potem psioczą na GM-ów, że nie ułatwiali im wystarczająco zadania. Słowo „wystarczająco” to zazwyczaj oznacza „dlaczegoś nas mistrzu nie uczynił od razu potężnymi i bogatymi i w ogóle, jak ci wredni przeciwnicy śmieją choć trochę myśleć i bronić się”. Czasem trzeba zadowolić się częściowym sukcesem, bądź choćby tym, że wyszło się cało z matni. Obydwie przygody w Bramie i w Źródle miały utemperować trochę moich graczy, którym po wcześniejszych sukcesach do głów uderzyła woda sodowa.
Autor artykułu
Kelly's Avatar
Zarejestrowany: Aug 2007
Posty: 2 671
Reputacja: 6567
Kelly ma wyłączoną reputację

Oceny użytkowników
 
Brak ocen. Dodaj komentarz aby ocenić.
 

Narzędzia artykułu

komentarz



Zasady Pisania Postów
You may Nie post new articles
You may Nie post comments
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 12:29.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site
artykuły rpg

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166