Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > Zakątek LI-teracki > LIczowe konkursy
Zarejestruj się Użytkownicy


Zobacz wyniki ankiety: Najlepszym shortem jest...
...pierwszy 3 9.09%
...drugi 1 3.03%
...trzeci 7 21.21%
...czwarty 4 12.12%
...piąty 6 18.18%
...szósty 6 18.18%
...siódmy 2 6.06%
...ósmy 4 12.12%
Głosujących: 33. Nie możesz głosować w tej sondzie

Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 11-07-2013, 09:32   #1
Banned
 
Reputacja: 0 Aschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znany
Prace konkursowe - (Niby) I konkurs LI na shorta.

Na początku kopia zasad:

Temat: "Gorączka sobotniej nocy w klubie "Niebo i Piekło"." (co by nie było za prosto).
Objętość pracy 2550 - 5500 wszystkich znaków.
Termin składania prac: 10 lipca 2013.
Jury: użytkownicy LI (zarejestrowani przed 09 czerwca 2013) i mający na swoim koncie co najmniej 15 postów.
Nagrody: Rzeczowe, do ustalenia ze zwycięzcami. :-D

Poniżej w kolejnych postach prace, które napłynęły, w kolejności losowej. Prace są prostym Ctrl+c i Ctrl+v. Jeżeli jest w nich jakiekolwiek formatowanie to znaczy, ze autor poświęcił część znaków na tagi forumowe...
Kilka prac zawierało tytuły, które pozwoliłem sobie również "wyciąć" (acz do limitu znaków były liczone) - aby było bardziej anonimowo.

Pozwoliłem sobie zamieścić również pracę pozakonkursową (czytać Drogi Autorze - "znaków" nie "wyrazów") ;)

Prac jak widać napłynęło 9, dodatkowo 4 prace zmieściły się w "zawężonym" limicie znaków - czyli pula nagród w konkursie wynosi 107 PLNów, co daje:
I Miejsce - nagroda rzeczowa 42,80
II Miejsce - nagroda rzeczowa 37,45
III Miejsce - nagroda rzeczowa 26,75


Głosujemy miesiąc (są wakacje, wielu osób nie ma, a i zastanowić się Kapituła musi).
Ankieta jest jawna z prostego powodu - jakoś muszę potem spełnić warunek odsiania użytkowników z nieodpowiednią ilością postów czy datą rejestracji...
 

Ostatnio edytowane przez Aschaar : 11-07-2013 o 10:34. Powód: update
Aschaar jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 11-07-2013, 09:52   #2
Banned
 
Reputacja: 0 Aschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znany
Post Pierwszy Utwór Konkursowy

Najgorsze są sny. Zawsze po przeprawie z LODem mam taki zjazd, że kładę się spać i, zanim zdam sobie w ogóle sprawę ze zmęczenia, jestem już tam. Szybciej niż jakakolwiek VR opada mnie zawsze ta sama wizja: stoję na środku skrzyżowania, a tłum zgaszonych szarych ludzi zalewa mnie nieprzerwaną falą. Jestem jak skała w morzu odrętwienia i depresji - obmywana silnym nurtem garniturów, białych kołnierzyków i krawatów. Żadnego uśmiechu, zero inteligencji, wyrazu - w ich oczach widzę tylko zakończone procesowanie. BAU* stacza się w EOD**. Gdzieś z tyłu słyszę jak piszczą ocierające się o siebie ciała wtłaczane do pociągu–jadą do ich mdłych kubików mieszkalnych, pełnych destylowanej wody, syntetycznych racji żywnościowych, taniego alkoholu i słabych drugów. Wydawało im się, że mogą być kimś. Zostali zmieleni przez system, są tylko trybem; jednym z setek tysięcy, wymienialnym, efemerycznym. Prawie mi ich żal i wted–właśnie wtedy-te upiory, cienie prawdziwego życia zaczynają mnie pchać. Już nie starczy im obmyć mnie swą mdłością ze wszystkich stron. Ciągną mnie w stronę ich bezsensownej egzystencji. Rrwę się do przodu, próbuje kopać, gryźć i wrzeszczeć z całych sił, ale oni zmieniają się w wielką, gęstą, lepką masę szarości. Wlewają mi się do ust, zalepiają uszy, oczy i nos. Umysł w nich tonie, ciało sztywnieje. Zmieniam się w automat - w jednego z nich.
Budzę się zlany potem. Lepki od snu. Zwlekam się z łóżka i pełznę odrętwiały pod prysznic. Ale ani zimna, ani ciepła woda nie zmywa ze mnie tego uczucia bezsilności i beznadziei. Szum wody i kropelki siekące mnie w kark delikatnie uspakajają tylko zszargane nerwy, a mdły posmak pozostaje gdzieś na dnie, pod powiekami.
Musze wyjść; wydostać się. Choć na chwile uciec.

Trzecia nad ranem. Ulice tętnią życiem, szumią silnikami, eksplodują kolorami neonów. Tylko boczne alejki cuchną strachem. Mój wirtualny asystent przesiewa spam atakujący mnie na każdym kroku; wyłączam muzyczny add-on i chłonę miasto nocą. Jest piękne: głośne, rozkapryszone, transparentne do bólu. Takie je kocham. Żadnej szarości. Krew lub mrok. Sex albo Rock. Niebo i Piekło–kwintesencja miasta-nie mogli lepiej nazwać tej knajpy. Gdy wchodzę wykidajło uśmiecha się, a ja zezwalam na scan. Od razu dostaje dzisiejsze menu i spis atrakcji. Niebo serwuje cyber origiami i VR arena free 4all. Na liście gości widzę NuJacka i CrossFighters-będzie zadyma w białych rękawiczkach. Zaraz siądą, wyciągną Decki i zanurkują. Ale to dziś mnie nie kręci.
Szybko wybieram drink z listy i przechodząc przez bar odbieram szklaneczkę Glenfiddicha. Sprawdzam Piekło, a czysta whisky powoli przelewa się przez zęby i spływa do przełyku. Uśmiecham się, bo już widzę na mojej siatkówce imię na którym najbardziej mi zależy-Lilith. Jest wolna. Szybko dopijam drink i schodzę na dół. Nie wolno tak robić z dobrą szkocką, ale nie mogę dziś czekać. Zgrzyt KoRna tłukący się w głośnikach Piekła prowadzi mnie wąskim korytarzem. Mijam drzwi, chłonę zapachy i dźwięki. Każdy jest inny-lepki i brudny, albo miękki i ciepły. Sylas prowadzi klienta na smyczy. Mijają mnie. Ona uśmiecha się pod maską i puszcza do mnie oko. Lateks błyszczy.
Don’t wanna be sly and defile you, Desecrate my mind and rely on you-nucimy pod nosem, dopóki nie zapukam do drzwi.

Pokój jest miękki od czerwieni i zapachu bzu. Lilith leży na łóżku okryta mgiełką tkaniny, której prawie nie widać. Jej asystent otwiera mi drzwi i przygasza światło. Wchodzę i z szacunkiem ściągam buty. Przez chwilę obserwuje jak nasi wirtuale splatają się w jeden rozbłysk kolorów. Drzwi zamykają się i słyszę jej szept.
-Chodź do mnie
Nie ma już nic. Zgasło menu, lista gości, utworów. Lilith wie co lubę. Kładę się obok. Jest ciepło jej oddechu na mojej szyi.
-Seks Nocy Letniej?
-To już było Lil
-Mam coś nowego
-Mmm?
-Gorączka Sobotniej Nocy–spełni Twoje najskrytsze pragnienia. Obiecuję
Kiwam głową i czuję igłę wysuwającą się z jej palca, delikatnie wbijającą się w moją żyłę.

Stoję na środku skrzyżowania a tłum zgaszonych, szarych ludzi zalewa mnie nieustającą falą.
Nie. To nie może być to! Tak nie miało być!
Nagle… zatrzymują się. Nikt nie napiera. Spoglądamy w górę-niebo czerwieni się, zaczyna padać deszcz. Najpierw powoli, słabiutko. Pojedyncze krople uderzają w tłum. Rozlega się jęk. Krople zmieniają się w pył. Ludzie krzyczą i padają na kolana, a ja stoję wśród nich i śmieję się. Skóra mnie piecze, czuje jak igiełki bólu przeszywają oczy wpatrzone w krwawe niebo, ale nie mogę przestać się śmiać. Ich bezsensowne życie zamienia się w bezsensowną śmierć i choć czuję jak moje ciało zaczyna płonąć–jestem wreszcie szczęśliwy. Nogi już mnie nie uniosą-ze zgrzytem pękających kości zwalam się na ziemię wśród drgających konwulsyjnie, parujących ciał. Czuję jak moje wnętrzności gotują się, oczy wypłwaają, mózg eksploduje, a skóra odrywa się od mięśni-ale wiem, że wygrałem. Już nigdy nie zaciągniecie mnie do tej puszki, do swego mdłego życia, marnego losu. Wygrałem. Śmiech urywa się. Umieram.

Zrywam się z łóżka. Prześcieradło jest mokre i lepkie od mojego potu. Zbełtany koc leży na podłodze obok łóżka. To był tylko sen–za dużo Gibsona do poduszki. Spoglądam na zegarek; jest za dziesięć szósta. To i tak pora by wstać. Garnitur wisi na szafie - wczoraj odebrałem go z pralni. Szary krawat przycupnął obok. To mnie uspokaja. Sen był tak rzeczywisty, że pewnie długo bym się po nim nie otrząsnął. Dobrze, że dziś czeka mnie tylko tradycyjny, korporacyjny, nieskomplikowany BAU*.





* Business As Usual
**End Of Day
 
Aschaar jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 11-07-2013, 09:56   #3
Banned
 
Reputacja: 0 Aschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znany
Post Drugi Utwór Konkursowy

Słońce chowało się za horyzont, uciekało przed wydarzeniami nadchodzącej nocy, przeczuwało mroczne wydarzenia zbliżających się godzin. Postać wyłoniła się jakby z nikąd, pojawiła się nagle jako substytut światła, otaczając się aurą ciemności. Czekał już kilka godzin, krył się w cieniu i planował, marzył, ekscytował się. Nadeszła jego chwila.
Zbliżał się powolnym krokiem do niewielkiego budynku. Świetlny neon nad drzwiami głosił “Niebo i Piekło”, lecz tylko druga część nazwy świeciła poprawnie, a napis Niebo migotał nerwowo. Im bliżej drzwi znajdował się przybysz, tym wyraźniej słyszał głosy dochodzące ze środka. Nikt jednak nie usłyszał jak on przekroczył próg.
Arcturus rozejrzał się uważnie, w ciągu kilku zaledwie sekund wiedział wszystko, co musiał wiedzieć w tej sytuacji. Mała mieścina jak ta nie ma dużych barów, nie ma też rozgarniętych mieszkańców czy stróżów prawa z prawdziwego zdarzenia. I zawsze w sobotę wszystkie miejsca siedzące są zajęte, do stołu billardowego czeka kolejka, a dźwięk lotki wbijanej w tarczę to normalka. Przybysz uśmiechnął się.
Przy barze siedziała piękna kobieta, miała może 25 lat i ciało jakby wyszło spod dłuta słynnego rzeźbiarza. Czerwona sukienka kusząco opinała jej ciało wabiąc wzrok okolicznych mężczyzn. Nawet zapach jej perfum przyciągał i zniewalał. Arcturus natychmiast pojawił się obok niej. Spojrzał jej głęboko w oczy a na jego twarzy ponownie zawitał uśmiech. Postanowił w tej chwili ją oszczędzić, bił od niej jakiś blask i dobro, którego nie chciał niszczyć. Zaczął wodzić ręką po jej ciele, badając opuszkami jej miękką skórę, a ona nie protestowała. Zaprzestał po chwili, w końcu nie po to tutaj przyszedł, chciał wreszcie zaspokpoić swój głód.
- Zamknij oczy - szepnął jej do ucha, całując przy tym jej szyję. Dziewczyna usłuchała.
Biedaczka nie potafiła jednak zamknąć też uszu na toczące się w okół niej wydarzenia. Nie mogła się ruszyć ani otworzyć oczu, lecz pamiętając uśmiech tego mężczyzny, nie bała się.
Salę nagle wypełniłi krzyki, jęki strachu, tupot stóp próbujących uciekać ludzi. Te próżne działania tylko rozbawiły Arcturusa, zadbał wcześniej o to by nikt nie otworzył drzwi. Wykonywał swój mroczny taniec, przesuwając się od jednej postaci do drugiej, wpadając w trans i pozwalając, by kierowała nim rządza krwi. Zbyt długo czekał w ukryciu, teraz nie mogąc zaspokoić swoich rządzy. Dla tych biednych ludzi wydarzenia te trwały pewnie wieczność, dla niego była to ledwie krótka sekunda jego życia. Czymże jest pięć minut wobec jego nieskończonej egzystencji na tym świecie? Czym jest życie ludzkie wobec jego wampirzego, nadnaturalnego bytowania?
Po tych kilku minutach oddychała jeszcze tylko ta piękność w czerwonej sukni, siedząca dalej spokojnie przy barze z wciąż zamkniętymi oczami. Arcturus przyglądał jej się uważnie, jego zmysły były wyostrzone po tak obfitej kolacji. Słyszał krople spadającej krwi, rozbijające się z głuchym echem o drewnianą podłogę baru. Nie było słychać żadnego bicia serca, poza tym jednym, które teraz wydawało się bić wyjąktowo mocno i głośno.
Wampir chwycił dziewczynę za rękę i zaczął prowadzić ją do wyjścia. Powiedział by poczekała na niego na zewnątrz, sam zaś wylał w całym barze alkohol i rzucił zapałkę. Leciała wesoło przez gęste od smrodu krwi powietrze, by po zetknięciu z łatwopalną cieczą oddać się swoim własnym pragnieniom. Ogień szybko zajął większość pomieszczenia. Mężczyzna wyszedł, wziął na ręce kobietę i zapytał jak jej na imię.
- Mary - odpowiedziała.
- Po co tu dziś przyszłaś, Mary?
- Poznać jakiegoś mężczyznę - odparła, nie będąc w stanie go okłamać.
- Czy ja się nadam do tego celu?
Dziewczyna zawahała się przez chwilę. Była pod jego urokiem, kochała go od pierwszego spojrzenia tych czarnych niczym sadza oczu, lecz jej umysł próbował krzyczeć, by uciekała jak najszybciej i jak najdalej.
- Tak - potwierdziła w końcu.
- Cudownie - ucieszył się Arcturus. Teraz jego twarz wręcz promieniała z radości.
Mężczyzna z dodatkowym ładunkiem na rękach zniknął w cieniu tak nagle, jak się pojawił. W tym miasteczku nie będzie go już czekać nic dobrego.
 
Aschaar jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 11-07-2013, 09:57   #4
Banned
 
Reputacja: 0 Aschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znany
Trzecia Praca Konkursowa

Dla młodego chłopaka imieniem Al Sullivan, życie zmieniło się diametralnie. Jeszcze dwa lata temu posiadał świetlane widoki na przyszłość. Kończył trzeci rok studiów, miał stypendium naukowe, pracę na pół etatu, nawet plany wzięcia ślubu z Jenny. Wszystko układało się idealnie. A potem Martin podsunął mu na imprezie saszetkę chromu i cały świat przesypał się między jego palcami. Każdy kolejny dzień był pozbawiającym go oddechu koszmarem, a jedyny promień nadziei stanowił błysk strzykawki znikającej w przedramieniu. Tylko, że ta nadzieja zawsze okazywała się podłym kłamstwem. Następnego ranka cały szajs zaczynał się od nowa. Teraz Al stał w deszczu, pod ołowianym niebem. Uniósł lewą podeszwę i przyjrzał się mętnie zabłoconej holo. Reklamowała Gorączkę Sobotniej Nocy, jakiś happening w miejscu do którego się udawał. On też miał gorączkę. Pewnie blisko czterdzieści stopni, co potwierdzały drgawki oraz zawroty głowy. Ściskał w garści kilka pomiętych banknotów, które ledwie starczyłyby na jednego drinka i paczkę orzeszków. Albo na kolejną działkę... Nie! Odskoczył od tej myśli jak poparzony. Przyszedł tu dzisiaj szukając pomocy, ratunku. Ratunku? W miejscu takim jak to? W retro klubie, oazie kiczu i tandety, będącej zlepkiem najgorszych cech dekady wypełnionej po brzegi takimi ćpunami jak on? Równie dobrze mógł szukać rozgrzeszenia w piekle. Spojrzał na podświetlany neon z nazwą lokalu. Mimo podłego nastroju, wydął spękane wargi w uśmiechu. Może to faktycznie była jego szansa? Chciał uwierzyć. Dać wiarę miejskim legendom o cudownych ucieczkach ze szponów nałogu. Trzymając się tej płochliwej myśli jak tonący brzytwy, Al chwycił za klamkę.

Nie zachwiał się widząc linie białego proszku znikające ze stolików. Nie poddał się kiedy losowa dłoń zaoferowała mu garść świecących tabletek. Parł naprzód, torując sobie drogę przez gąszcz na wpół nagich ciał, kołyszących się zgodnie z rytmem narzucanym przez Bee Gees. Jego przejście znaczyły podświetlane płyty parkietu oraz halogenowe wiązki. Zatrzymał się dopiero na przedsionku prywatnej sali. To jej zawartość obdarła go z resztek złudzeń. Gdzie okiem sięgnąć, powykręcane sylwetki zaśmiecały sobą sterty poduszek. Wypalone oczy obserwowały purpurowy air dance, rozgrywający się pośród narkotycznej mgły. Jęki i postękiwania nie kojarzyły się z upojeniem. Przypominały bardziej zrozpaczone prośby o dobicie. Al poczuł nagle zapach chromu wymieszanego z opium. Zrozumiał, że zaraz przegra swoją walkę, że będzie to ostatnia porażka w jego życiu. Ręce zaczęły dygotać jeszcze bardziej, przetrzepując ubranie w poszukiwaniu lufy i zapalniczki. Nie mógł się już dłużej powstrzymać. Szczęśliwie, ktoś inny zrobił to za niego. Smukła porcelanowa dłoń przebiła się przez szarówkę, opadając na prawy bark Sullivana.

Siedział teraz w maleńkim pomieszczeniu, z dala od zgiełku, tłoku i używek. Moment słabości minął, pozostał tylko wstyd. Z naprzeciwka wpatrywała się w niego para spokojnych bursztynowych oczu. Były niezwykłe, bo nie dostrzegł w nich pogardy ani prześmiewstwa. Czuł, że gdyby zaszła taka potrzeba, powierzyłby ich właścicielce wszystkie swoje sekrety. Ale wiedział, że nie musi. Ona słyszała tę historię już dziesiątki razy. Pewnie potrafiłaby wyrecytować ją z pamięci. A mimo to, nie sprawiała wrażenia cynicznej, czy zdystansowanej. To chyba właśnie dlatego Al jej zaufał. Niepewnie zaczął wykładać pomięte banknoty na stół, przepraszając za to, że nie ma ich więcej. Dopiero teraz zauważył coś niepokojącego w tym złocistym spojrzeniu, jakby urażoną dumę. Jej dłoń wzgardliwie wytrąciła oferowaną zapłatę, posyłając pieniądze ku podłodze. A nim zawładnął strach. Lęk, że za chwilę przegonią go stąd w diabli i straci swoją jedyną szansę na powrót do normalnego życia. Spanikował. Rzucił się na kolana, skamląc u jej stóp. Miało to jednak efekt odwrotny od oczekiwanego.

Pojedyncza żarówka zaczęła powoli gasnąć, natomiast Al Sullivan nie mógł oprzeć się wrażeniu, że na jego przedramionach zacisnęła się para imadeł. Nozdrza wypełnił mu elektryzujący zapach, a jedyne źródło światła stanowiły dwa czerwone punkty, oddalone o kilka centymetrów od jego twarzy. Czuł się tak, jakby właśnie lądował na powierzchni słońca. Pot lał mu się po całym ciele, ktoś zamienił jego kręgosłup na rozpalony do czerwoności pręt. Gorączka była teraz najmniejszym z jego zmartwień. Chciał wrzasnąć, jednak stać go było tylko na niewyraźny jęk. Próbował się wyrwać, ale to też okazało się mrzonką. Głód narkotyczny odezwał się znikąd, silniejszy niż kiedykolwiek. W tym momencie nie liczyła się godność. Zrobiłby wszystko, nawet za parę granulek. Falujące od temperatury powietrze przecinały prośby, błagania, nawet groźby. Pozostały bez odzewu, jeśli nie liczyć kolejnej wiązki ciepła, przy której czaszka prawie pękła mu na pół. A kiedy nie mógł wytrzymać już ani sekundy więcej, cierpienie ustało. Kobiecy palec dotknął udręczonej skroni. Jego opuszek był zimny, niósł ukojenie. Płomienie przygasły. Kakofonia przekleństw stała się odległa, niemal niemożliwa do odnotowania. Potem zniknęła zupełnie. Dźwignięto go na równe nogi, ale nie miał siły żeby na nich ustać. Upadł ponownie i zwrócił pod siebie czarną breją. Nim stracił przytomność, wyszeptał jeszcze pojedyncze „dziękuję”. Nie czuł już głodu. Teraz wypełniał go tylko spokój i świadomość, że wszystko skończy się dobrze. W odpowiedzi, pod bursztynowymi oczyma wykwitł delikatny uśmiech.
 
Aschaar jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 11-07-2013, 10:00   #5
Banned
 
Reputacja: 0 Aschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znany
Post Czwarta Praca Konkursowa

A'Bishaai daremnie próbowała się wyrwać. Moc stali połączona z żądzami człowieczych bestii uniemożliwiała jakikolwiek ruch. Dziewczyna nie była w stanie się szamotać - sygnał niezgody na to, co się dzieje mogła wysyłać wyłącznie powiekami i krzykiem... wchłanianym jednak przez pulsujące bity obłędnego technoparty. Biomechaniczne dłonie obłapiały każdą piędź doskonale boskiego ciała, palce poszukiwały głębiej. Żuchwa rozwarta do granic wytrzymałości trzeszczała jak naelektryzowany sweter. Odruch wymiotny nieporadnie protestował. Jest... prawie... tak blisko...

- Wrzuć żeton, aby kontynuować! - miękki głos przygasił neurony, jak świeczkę.
Generowane przez maszynę doznania odsunęły się na dalszy plan, uwalniając nieco świadomość. A'Bishaai szaleńczo wierciła ręką w kieszeni, wiedząc że niczego tam już nie znajdzie.
- Kurwa - zaklęła wściekle.
Tak niewiele zabrakło. Zrezygnowana nie miała dość siły, by wywołać "Anuluj". Neurowizja wytwarzała w myślach obraz licznika. 8..., 7..., 6...

Ktoś trącił A'Bishaai.
- Kończysz, czy nie? - zniecierpliwiony wysoki głos.
4..., 3..., 2..., 1..., biiip, "Proszę czekać. Trwa procedura odłączania..." Urządzenie najpierw odpięło elektrody z czoła, obu skroni i ciemienia, następnie wysunęło bolec z potylicy. Wreszcie hydrauliczne podnośniki z towarzyszeniem charakterystycznych syków uniosły stelaż, który zapobiegał ruchom głowy i uniemożliwiał dosięgnięcie jej którąkolwiek z kończyn.

Nadal jednak A'Bishaai nie wstawała. Zamiast opuścić maszynę, zaczęła się łapać za kieszenie, wiercić, w końcu rozglądać po podłodze wokół automatu.
- Zabieraj dupę! Mam ci pomóc?! - piskliwy wrzask gdzieś z boku.
Małolata była najwyraźniej na neurodlotowym głodzie. Mocno szarpnęła A'Bishaai, która jak ragodll, na poły bezwładnie, poleciała na podłogę.

Coś zgrzytnęło. A'Bishaai uniosła się ciężko na jednej ręce, drugą wsadziła pod siebie, by po krótkiej chwili gmerania wyjąć mały, prostokątny brelok. W czasie kiedy małolata gramoliła się do maszyny, przekręcona na wznak A'Bishaai manipulowała przy breloku, który odmawiał posłuszeństwa.

Wreszcie w obudowie błysnęła jakaś diodka a jednocześnie pojaśniał jeden z kątów pomieszczenia. W nim rozświetlony bladoniebieskim światłem ledów stał chariot. Bezszelestnie podjechał do leżącej dziewczyny, która z wysiłkiem wciągnęła na siedzisko wózka swoje sparaliżowane od pasa w dół ciało.
- Przepraszam..., nie wiedziałam... - bąknęła małolata, która przerwała wybieranie programu i przyglądała się A’Bishaai. Ta jednak nie mogła jej usłyszeć, bo była już blisko wyjścia. „Niebo i Piekło“ drżały od basów, sobotnia impreza dopiero się rozkręcała.
 
Aschaar jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 11-07-2013, 10:05   #6
Banned
 
Reputacja: 0 Aschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znany
Post Piąty Utwór Konkursowy

- Witaj, Jonaszu. Proszę, usiądź. Jak się dziś czujesz? Spięty?
- Trochę. Nigdy tego nie robiłem.
- Nie ma się czego obawiać, zapewniam Cię. Poinformowano Cię, jak to będzie wyglądało, prawda?
- No, tak mniej więcej...
- Właściwie Twoim zadaniem będzie tylko rozmawiać ze mną. Reszta przyjdzie sama. Sprawdzę jeszcze aparaturę... Dobrze, możemy zaczynać.
- To nie boli, prawda?
- Nie, oczywiście, że nie. A teraz zamknij oczy i odpręż się. A więc... 23 września 2023 roku, sobotni wieczór. Byłeś wtedy w klubie i nie wiesz, co tam zaszło. Cofnijmy się więc do momentu Twojego wyjścia z domu. Chcę, żebyś przeniósł się tam i opowiadał mi na bieżąco, co robisz. Możesz pomijać najbanalniejsze sprawy.
- A więc tak... Wychodzę spod prysznica i ubieram się, gdy nagle dzwoni telefon. Odbieram nie patrząc na numer, myślę, że to kumpel, z którym mam się spotkać na miejscu. Ale nie, cisza. Odzywam się, ale ledwo słyszę własny głos, jakby... jakby powietrze było zbyt gęste i dźwięki ledwie się przez nie przedostają. Ze słuchawki słychać szum, oczy zaczynają mnie swędzieć, tak od środka. Krzyczę do słuchawki... Boże, nie przypominam sobie tego. To takie... dziwne.
- Spokojnie, głęboki wdech. Opowiadaj dalej.
- Zaczynam słyszeć dźwięk syreny alarmowej. Rozłączam się, ten dźwięk znika, a wracają wszystkie inne. A ja po prostu chowam komórkę i wychodzę. Wracam się po klucze, idę do windy. Jest tam kobieta w bieli. Cały czas na nią patrzę... Nie pamiętam jej, w ogóle jej nie pamiętałem!
- Jonaszu, musisz się skupić. Musimy dotrzeć do klubu, pamiętasz?
- Ale wcześniej winda była pusta, pamiętałem wszystko do momentu aż znalazłem się w klubie!
- Możesz mi opisać tę kobietę?
- Zgrabna, włosy... Nie mogę... Mam wrażenie, że jest bardzo piękna, ale jakby nie widzę jej twarzy. Tylko ta biała krótka sukienka jest wyraźna, resztę bardziej wyczuwam, niż widzę.
- Musisz się uspokoić, nie patrz na nią, idź dalej. Oddychaj.
- Tak. Przepraszam. Wychodzę z windy na parterze, ale kobieta zostaje. Łapię taksówkę. Jakiś starszy murzyn prowadzi, płynnie i szybko. Nie odzywa się do mnie, nawet nie zerka, gdy staram się zagadać o pogodę. Mija nas kobieta w bieli, w białym kabriolecie. Mimo chłodu nie ma nawet kurtki, tylko tę białą obcisłą suknię.
- Patrzy na Ciebie?
- Kto?
- Zostań ze mną! Kobieta w bieli. Czy patrzyła na Ciebie?
- Ja... Nie wiem. Czułem, jakbym ją znał, ale...
- Tak?
- Nie wiem, to jakby uciekło.
- Widzisz teraz jak wygląda?
- No, szczupła, ma krótkie czarne włosy... Nie widzę twarzy. Patrzy na mnie, ale oczy... Nie wiem. Ale przecież...
- Nie przejmuj się, to normalne. Szczegóły przyjdą z czasem, póki co idzie Ci świetnie. Jeśli zobaczysz ją jeszcze raz, będziesz widział więcej. Przejdźmy dalej. Dojeżdżasz taksówką do klubu?
- Tak. Szukam wzrokiem białego kabrio. Mam dziwne wrażenie, że powinienem je tu zobaczyć.
- Ale nie widzisz?
- Nie. Podchodzę do wejścia. Kolejka jest krótka. Bramkarz kiwa na mnie? Tak. Podchodzę, przepuszcza mnie, jakby mnie znał. To tak nie było...
- Możesz go opisać?
- Barczysty, jasna cera i włosy, kozia bródka.
- Wiek?
- Nie wiem, młody. 25-30. I ma orli nos, czubek ma prawie pionowy.
- Świetnie. A więc, wchodzisz do klubu.
- Tak. Mimo tłoku czuję się świetnie, chociaż nie bywam w tego typu miejscach. Przeciskam się do baru, miał tam na mnie czekać znajomy.
- Jak się nazywa?
- Divine Sinner.
- Jesteś pewien?
- Tak, dlaczego pani pyta?
- Nic takiego, nie rozpraszaj się. Jest przy barze?
- Nie widzę go. Przechodzę do końca, sprawdzam najbliższe stoliki na podeście, nic. Zamawiam martini, czekam na niego. To ona. Wyjmuje mi oliwkę z kieliszka.
- Kobieta w bieli? Widzisz ją? Mów!
- Ma takie lodowate oczy, skośne. Ten zapach... Wszystko jakby zwalnia, otwiera usta...
- Dalej, jakieś znaki szczególne?
- Ja... Na karku ma tatuaż.
- Jaki?!
- Litera V. Mówi... Nie, to nieprawda... Moja ręka! Co się dzieje!?

***
Agentka Cudi zerwała z siebie czujniki i wstała pospiesznie, ignorując nadchodzące zawroty głowy.
Derek pomógł jej utrzymać równowagę i zaprowadził do sali obok.
- Wszystko w porządku?
- Tak. Po prostu takie wycieczki są męczące.
Owen wleciał do biura niemalże z drzwiami.
- Już jestem, co jest grane?
- Mamy ochroniarza, musiał być przekupiony, bo ucieka. Tydzień temu kupił bilet do Kanady, odlot za dwadzieścia minut. Czas się zgadza: wpuszcza Jonasza i jedzie z klubu prosto na lotnisko, będzie tam za kilku minut. Daliśmy znać tamtejszej ochronie, mamy też dwóch naszych na miejscu.
- Co z...
- Zaraz- przerwał jej Owen.- Podłączyłaś się do niego?
- A co niby miałam zrobić? Był w ciężkim stanie, mógł zejść w każdej chwili.
- A ty razem z nim! Przy stabilnych pacjentach bezpośrednie połączenie jest niebezpieczne, a ty pchasz się do zawirusowanego mózgu, który właśnie zabił 19 osób, i... Zaraz, jak to zrobiłaś? Był świadomy w czasie szału?
- Nie, przeprowadziłam zabieg przywracania pamięci, jak przy poprzednim, tyle że w wirtualnej, przez łącze.
- Mamy zapis audio i pełen obraz od Cudi, szczątki od niego- dodał Derek.
- Oraz częściowy opis hakerki. Szczupła Azjatka, błękitne oczy, i jak poprzednio w bieli. A ten tatuaż, obstawiam że to rzymskie 5, numer wersji manifestacji. Z każdym zamachem usprawnia wirusa, chociaż niekoniecznie musi mieć to jakiś związek z rosnącą liczbą ofiar.
- Ale czemu sądzisz, że robi manify na swój wzór?
- Bo pierwszego Objawienia musi dokonać osobiście, a wszystkie trzy muszą być identyczne.
- A może telefon był zapalnikiem?
-To zwykły szum transmisji. Objawienia muszą mieć tę samą formę, tutaj wizualną. To ONA była w windzie.
 
Aschaar jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 11-07-2013, 10:08   #7
Banned
 
Reputacja: 0 Aschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znany
Post Szósty Utwór Konkursowy

Boom-boom-pow - w głośnikach leciała jakaś bezmyślna sieczka, światła sprawiały, że taniec stawał się pokazem slajdów, a barmani polewali piszczącym dwudziestkom i ryczącym czterdziestkom rozwodnioną wódę z baileysem znaną pod, jakże romantyczną nazwą, “śliski sutek”. To był niestety jeden z tych właśnie lokali.

Smith wolał stare, dobre puby. Dało się w nich pogadać, a seks odbywał się tam kulturalnie w kiblu, a nie na parkiecie. Niestety, klient nie podzielał upodobania Smitha do kultury wysokiej. Zakładał tego typu budy wszędzie, gdzie tylko miał okazję. W bardzo podobnym miejscu spotkali się po raz pierwszy. Tamten klub nazywał się chyba “Niebo i Piekło”, a doświadczenie tak zniesmaczyło Smitha, że obiecał sobie do końca swoich dni unikać interesów w poświacie dyskotekowej kuli.

Dziś jednak był dzień święty, ostatni kiedy będzie musiał oglądać gębę tego nadętego bubka. Znalazł go w towarzystwie kobiety. A jakże? Stroboskop podsuwał urywki z ich wzajemnej konsumpcji. Dużo było lizania po szyi i podgryzania uszu. Jak na rasowego biznesmana przystało, Smith postarał się przywołać na twarz uśmiech w miejsce grymasu obrzydzenia. Nie wyszło, poddał się, odwrócił na pięcie i podszedł do baru. Zamówił whiskey, dostał lód, który być może zostałby whiskey, gdyby dawno temu popłynął inną drogą. Z niechęcią odsunął od siebie szklankę i westchnąwszy rozdzierająco zwlókł sie z barowego stołka. Nie było co przeciągać.

Energicznym i zdradzającym wysoki stopień irytacji krokiem pokonał dystans dzielący go od obściskującej się namiętnie pary. Złapał mężczyznę za kołnierz i jednym szarpnięciem wyrwał z objęć dziewczyny. Chuda brunetka coś tam protestowała, ale Smith nie słuchał, ciągnął już jej kochanka do klubowego kibla, który o dziwo okazał się niemal sterylnym, wykafelkowanym pomieszczeniem.

- Świetnie - skomentowałi zatrzasnął drzwi za dwoma ulatniającymi się w pośpiechu mężczyznami, którzy, sądząc po niedopiętych paskach i dużej ilości brokatu na rozmaitych powierzchniach ciała nie przyszli tu wciągać koki.

- Ty - klient pobladł, choć zdawało się, żę jego ziemista cera nie jest w stanie wyglądać na jeszcze bardziej pozbawioną życia - Co ty tutaj robisz?

Smith stęknął z niechęcią. A więc jesteśmy w fazie zaprzeczenia.

- Jesteś mi coś winien, Billy - podpowiedział - Coś ulotnego i bardzo cennego.

- Ale ja ją oddałem! - zaprotestował klient - Nie mogłem żyć jako śmiertelnik. Przecież wiesz. Oddałem ją!

Smith westchnął rozdzierająco.

- Tak wiem. Sprzedałeś duszę by stać się śmiertelnikiem i móc być z jakąś niewinną dziecinką, a zaraz potem stwierdziłeś, że dom z białym płotkiem to nie dla ciebie i znalazłeś wampira, który ponownie cię przemienił. Bla-bla-bla - taki idiotyzm powinien być karalny. Smith uśmiechnął się szerzej. Taki idiotyzm był karalny i właśnie Smith miał zaszczyt tę karę wymierzyć - A co się stało z dziewczyną? To była dobra duszyczka, niewinna owieczka, nic dziwnego że nie uśmiechało jej się życie drapieżnika. Kiedy odmówiła zostania twoją Narzeczoną musiałeś ją oczywiście zabić. Niby nie twoja wina, ale jednak tak. Niby nie muszę egzekwować od ciebie zapłaty, twoja dusza musi być strasznie ciężka od grzechu, pewnie i tak opadłaby jak kamień, na samo dno mojego akwarium Ale są pewne zasady, Billy - Smith rozłożył szeroko ręce w geście bezsilności - I nie ukrywam, że przestrzeganie ich czasami sprawia mi ogromną satysfakcję.

Ciszę przeszywało przez chwilę jedynie przytłumione dudnienie klubowej muzyki. Smith delektował się tymi chwilami. Wiedział doskonale o czym Billy teraz myśli i delektował się tym strachem.

- Ale ja zrezygnowałem - przerażenie w oczach krwiopijcy bawiło Smitha, póki nie zmieniło się w gniew. Z dziąseł Billego wysunęły się kły, a z palców wystrzeliły parszywie zakrzywione pazury - Zrezygnowałem!

Smith skrzywił się z niechęcią.

- Wiesz, że to tak nie działa - jęknął i zaczął podwijać rękawy koszuli.

- Nie dam się tam zaciągnąć - warknął - Czy ty wiesz kim jestem? Pierdolonym księciem!

Smith podniósł wzrok na bladego chudzielca w wymiętym białym garniturze. Przyjrzał się jego wypomadowanej grzywie, wyiskanym brwiom i gładkiej jak porcelana cerze. Pokręcił głową.

- Nie, Billy. Jesteś tylko przerośniętą pijawką, która marzyła o słonecznych wakacjach

- A ty niby co? - wampir prychnął zuchwale - Odpowiadasz za dezynsekcję?

- Billy, Billy, Billy - uśmiechnięty Smith zaprosił gestem do tańca - Ja jestem sprzedawcą marzeń.
 
Aschaar jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 11-07-2013, 10:12   #8
Banned
 
Reputacja: 0 Aschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znany
Post Siódma Praca Konkursowa

Siedzimy sobie przy butelce whisky, jednego z moich ulubionych trunków, w jednym z lepszych klubów w Vegas, a Tobie się zbiera na wspominki? Dzisiaj ma startować jakiś nowy rodzaj imprez. Nazywają to "Gorączką sobotniej nocy" i uwierz, że nikt się nie przejął tym, że według mojego kalendarza mamy środę. Szef "Nieba i Piekła" nie chciał mnie słuchać. Ciekawe skąd ta nazwa... W sumie ochroniarze mają zakazane mordy, a panienkom chyba zakazano noszenia majtek. Mamy więc reprezentantów obu tych miejsc. Słyszałem, że poza ruletką, pokerem i wyścigami na dziś wieczór przewidziano walki gladiatorów. Co się tak krzywisz? Ja uwielbiam jak jeden gość leje drugiego po ryju żelazkiem owiniętym lampkami choinkowymi... Czego to oni nie zrobią dla odrobiny rozgłosu? Ale zanim się to zacznie, niech Ci będzie, opowiem Ci co się dzieje w wielkim świecie i co u mnie słychać. Dawno się nie widzieliśmy, ale jedno we mnie się nie zmieniło: Nienawidzę jak się mi przerywa więc morda cicho. Zaczynam…

Mamy rok 2055. Luty. Dokładnie dwunasty dzień miesiąca. Stany pogrążone w chaosie. Chciałbym powiedzieć świat, ale nikt nie wie co dzieje się poza granicami kraju. Słyszałem, że w Europie jest lepiej, ale nie ma to dla mnie znaczenia. W Detroit nie widzą dalej niż do końca maski swojej odpicowanej bryki. Strzelaniny, wyścigi, rozwijające się gangi. Żyją chwilą. Apallachy? Nic ciekawego. Bród, smród i nijakość. Garstka umorusanych chłopów pod rządami magnatów. Ponoć Ci ostatni nieźle wywijają rapierami - przynajmniej do czasu aż któryś nie połamie sobie paznokci. Miami? Dużo bagna, zieleni i zakichanych owadów włażących do uszu, nosa, a nawet oczu. A wśród tego zardzewiałe wieżowce, błotne lepianki i ruiny. Nie polecam. Missisipi zmieniło się w wielki, radioaktywny ściek. Po obu stronach rzeki, jakieś sto mil od brzegów to teren skażony. Nazywają to Pasem Śmierci. Śmiej się, śmiej. Zobaczymy jak od noclegu w okolicy rzeki rozpuszczą Ci się kulasy... NY, niestety, już też nie jest tak malowniczy jak kiedyś. W sumie to miasto wygląda jakby ten na górze paletę kolorów zamienił na odcienie szarości. Poza tym już jest lepiej. Kikuty wieżowców, z których można się rzucić w dół. Gruzowiska, gdzie łatwo znaleźć dość ostry kawał pręta aby się na niego nabić. Poza tym smog łączący się ze spalinami z tamtejszych hut. Nic tylko żyć i cieszyć się z wszędobylskiego szczęścia. Hegemonia? Susza, skwar, pobielane domy i cisza. Monotonia, którą przełamuje zieleń panująca na południe od Eloy. Neodżungla. Rośliny zżerają mutków, a mutki zżerają rośliny. Prawie jak handel wymienny tylko bez nadmiaru targowania. Salt Lake City... Miasto sekt i fanatyków rządzone przez Mormonów. Jak spotkasz tam szaleńca, który nie zaproponuje Ci wstąpienia w szeregi jego kościoła lub chcącego oddać Cię w ofierze swoim Bogom to masz u mnie butelkę wódki. W Taksasie to się można zakochać. Zdrowe, krągłe dziewczęta, soczyste mięso i piękne widoki. Jedyne co mi psuje ten cudowny obrazek to smród krowiego gówna. Poza tym jest w porządku. No i mamy jeszcze moje ulubione miasto. Tutaj bywam najczęściej. Vegas. Mekka wygolonych cipek, rafinowanego Tornado, drogiego alkoholu i hazardu. Nie znajdziesz na kontynencie drugiego miejsca, gdzie możesz równie szybko i szczęśliwie przejebać cały majątek. O czymś zapomniałem? No tak. Mamy jeszcze to co scala to całe piękno. Twór tak przejrzysty i sam w sobie doskonały, że jego baśniową estetykę musisz oglądać w goglach. Najlepiej szczelnych - przez, które nie przedostanie się nawet ziarenko piasku. Pustynia. Wiesz za co ją kocham? Możesz iść i tydzień, a słońce nigdy Cię nie zawiedzie. Będzie tak napierdalać, że z własnego potu będziesz mógł sobie zrobić lewatywę…

Skoro już wiesz na co stać teraźniejsze Stany to może przejdźmy do tego czemu wyglądam jak rasowy zabójca, a M4 zdążyło już odbić swój kształt na moich plecach. Pamiętasz jak byliśmy dzieciakami i mówiłem Ci, że zostanę kimś dla kogo pomoc bliźnim nie będzie problemem? Spełniłem to marzenie! Co prawda wielu nazwie mnie przekupnym kutasem czy lufą do wynajęcia, ale prawda jest taka, że ja zwyczajnie jestem dobrym człowiekiem. Co prawda te obszerne bojówki, wytrzymałe desanty i bluza taktyczna mogą mylić, ale spójrz na tą lekką kamizelkę. I co? Jakieś wnioski? Dokładnie. Ładownice na dodatkowe magi i granaty ustępują obszernością miejsca rzeczom praktycznym jak latarka, multitool, nóż, apteczka... Tak stary. Apteczka, z której korzystam, gdy ktoś potrzebuje pomocy. To co, że biorę za to kasę. W końcu z czegoś muszę żyć. Nie wiem czy pamiętasz jak Ronnie za dzieciaka nabił się kulasem na pręt zbrojeniowy. Wiesz. Tam w tych ruinach niedaleko naszego osiedla. Biedny kumpel stracił nogę, a gdyby ktoś z dorosłych miał wtedy apteczkę to raz, dwa i chłopak by miał jedynie głębszą bliznę. Powaga. Słyszałem, że Ronnie teraz robi dla jednego z wyżej postawionych w Yorku. Skończył studia techniczne, odbył jakąś praktykę i teraz siedzi przed wyświetlaczem i za głupie klikanie zarabia całkiem niezłe gamble. Zero żarcia z puszek czy narażania dupska, a zamiast tego szacunek i respekt dla jego umiejętności...

Słyszałeś to? Zaraz zaczynają się wyścigi! Cudnie. Potem już tylko ruletka, poker i z górki dojedziemy do walk. Tylko nie spij się za mocno. Dzisiejsza noc będzie należeć do nas. Jeszcze nie raz mnie wspomnisz. Mnie i "Gorączkę Sobotniej Nocy" w klubie "Niebo i Piekło". Czuję, że to miejsce niedługo stanie się znaczące w Mieście Neonów…
 
Aschaar jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 11-07-2013, 10:15   #9
Banned
 
Reputacja: 0 Aschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znany
Post Ósma Praca Konkursowa

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=4rWe3hp1px0[/MEDIA]


Znalazł się w pokoju bez okien z gołą żarówką. Zimna stal lufy nieprzyjemnie gniotła mu język. Łysa dziewczyna w białym podkoszulku na ramiączkach, stała przed nim z wyciągniętym gnatem wpakowanym głęboko w jego usta. Prasowanka odręcznie rysowanego globu podpartego matematycznymi wzorami na koszulce głosiła: "It's scientifically proven that the world revolves around me!". Zdziwienie krzyczało z jej oczu tak samo jak mu.
Z oddali dobiegała stłumiona muzyka. Na ścianie pod sufitem wisiał ekran. Zielony cyfrowy zegar na czarnym tle monitora odmierzał do tyłu. Jakby miał pięć minut nim skończy się czas.
- Who the fuck are you? – wycedziła przekrzywiając głowę.
Strach zatykał go bardziej niż pobudzający do wymiotów knebel z broni. Wiedział kim był i tyle. Gdzie był, jak się tu znalazł i co robił jeszcze tych kilka sekund wcześniej nie miał najmniejszego pojęcia. Była przecież letnia sobota a on był na nocnym spacerze z psem w parku... Właśnie. Gdzie jest Lou?
- The past was their time. The future is our time. – rozległ się donośny męski głos z głośnika.
Dziewczyna zdawała się słyszeć go po raz pierwszy, tak samo jak on, czego nie kryła i wzrokiem żądała wyjaśnień od niego.
W beznadziejnej bezradności wzruszył powoli ramionami.
- Yoo... – wydusił zniekształconym głosem.
Młoda kobieta, nie zdejmując palca ze spustu, wysunęła broń z ust mężczyzny i zatrzymała jej wylot kilka centymetrów od jego twarzy.
- Joe. – powtórzył mieląc w ustach metaliczny smak zostawiony po lufie. - What's going on?
Równie wystraszona jak on, z drgającą, uniesioną ręką, cofała się zerkając po pomieszczeniu. Za nią były drzwi. Przestała mierzyć w Joe dopiero gdy wyszła tyłem a metalowe drzwi przymknęły z powrotem, uchylony na chwilę, stojący za nimi mrok.
- What the fuck? – facet wykrztusił do siebie z niedowierzaniem.
To było dobre pytanie. Pomieszczenie miało kremowy kolor ścian i cementową podłogę. Prócz żarówki u białego sufitu nie było w nim nic więcej. Tylko on. W ubraniu, które należało do niego. Nic go nie bolało. Wręcz przeciwnie. Fizycznie, mimo czterdziestki na karku, czuł sie jak młody bóg.
Wybiegł za nią. Rytmiczne dźwięki dobiegały z góry. W ciemności łatwo odnalazł drzwi, których trzask zarejestrował wcześniej. Blask prześwitał spod nich kładąc sie po kilku pierwszych schodach.
Widział jak biegła przeciskając się przez tłum tańczących ciał. Elektroniczna muzyka wypełniała klub drgających, kolorowych świateł w półmroku. Na kilku ekranach nad barem i na ścianach zsynchronizowane ekrany pokazywały to samo cyfrowe odmierzanie. Zostało nieco ponad dwie minuty.
Nad barem górowały w tle złote organy. Z nich, półnagie lub całkiem gołe barmanki udekorowane małymi rogami na czołach, nalewały trunki. Nad każdym wysokim barowym krzesłem wisiała biała aureola umocowana u szczytu oparcia, którym był pusty, żelazny krzyż. Dym wymieszanych aromatów kadzideł, tytoniu i narkotyków unosił się leniwie niczym mgła. Naga tancerki otwierała uda masując srom o rurę na której wisiała obejmując ją ramionami, wsparta o nią podbródkiem.
Na środku sali, w siwych oparach, stało drzewo bez liści oplecione wężem. U jego stóp kilku mężczyzn w wojskowych mundurach przez otwarty brzuch dziewczynki wyciągnęło jelita pokazując wciąż przytomnemu dziecku małego, żywego kotka. Śmiejąc się zabierali sie do zaszywania kocięcia z brzuchu tracącej przytomność dziewczynki.
Joe poślizgnął się z trudem utrzymując równowagę. Podłoga była mokra i lepka. Stał w rozmazanej kałuży krwi. Dostrzegł, że wielu tańczących miało otwarte żyły lub właśnie podcinało sobie przeguby rąk. Przy stolikach i w lożach pod ścianami wiły się ciała w orgii splecionych damskich i męskich ciał w wieku różnym. Ktoś płakał. Ktoś się śmiał. Ktoś krzyczał z rozkoszy a ktoś inny z bólu. W wielu takich zawodzeniach cierpienia dało się słyszeć nuty podniecenie i satysfakcji.
W klubie było gorąco. Pot spływał po czole i plecach Joe. Stracił z oczu nieznajomą łysą dziewczynę z pistoletem. Kelnerka z rozłożystymi, białymi jak śnieg pierzastymi skrzydłami, kołysząc biodrami i dojrzałymi obnażonymi piersiami, szła w jego stronę ze złotą tacą. Niosła na niej jedno czerwone jabłko.
Zegar zbliżał się miarowo do cyfrowego zera z każdą mijającą sekundą kurcząc uciekający czas.
- Where the hell am I? – wyszeptał przestraszony spierzchłymi wargami do pięknej hostessy z nogami do nieba. – Is this a fucking dream?
 
Aschaar jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 11-07-2013, 10:20   #10
Banned
 
Reputacja: 0 Aschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znany
Exclamation Praca Dziewiąta - Pozakonkursowa

Nori Yamada czuł się zagubiony, jak również nie pozbawiony przy tym pewnej żywej ekscytacji poznawczej. Kolejna przerwa w niekończącej się trasie po US of A. Wielka tętniąca życiem metropolia Chicago. Znajdował się pod jedną z nadziemnych pasów autostrady. Wielki cień chronił go przed słońcem karzącym ludzi upałem za grzechy globalnego ocieplenia; słyszał wielki gwar setek kotłujących się w korkach samochodów hybrydowych, które wyrażały swoje niemogące się rozruszać obroty pełnym zniecierpliwienia przeciąganym trąbieniem. Skrawek nieba, które nomad widział zza betonowej konstrukcji wypełniały za to czarne kropeczki, nieograniczone płaszczyzną (często osobowe) pojazdy latających manewrujące między drapaczami chmur Pętli, głównego centrum Wietrznego Miasta.

Stał oparty o wspaniały ciężki motor będący idealnym krążownikiem szos. Szara metaliczna bestia ukradziona prosto z strzeżonego pociągu towarowego, jego ukochany BMV V800 nazwany przez niego Spirit`em. Zaciągał się szybko papierosem, ognisty pierścień zmieniał papierową biel w szary skurczony popiół, którego Yamada pozbywał się prostym pstryknięciem palca. Nikotyna zawsze mimowolnie z początkowymi wdechami szluga dawała mu natychmiastową jasność umysłu. Otoczenie stawało się wyraźniejsze , ostrzejsze można by rzecz a przedmioty nabierały głębszych barw. Wiele osób mówiło, że papieros nic im nie daje , tłumaczyło bezzasadność tego drogiego przecież nałogu. On jednak miał tą zadowalającą prostacką satysfakcję. Lucky Strike`s Zielone , mentolowe, klikane, ostatnich pięć w paczce... To chyba go określało, skrajnie hedonistycznie skierowana motywacja. To uczucie drażnienia ośrodków przyjemności, dni królowania i dni umierania, metamfetamina przyjmowana pod różnymi postaciami napierdalająca z siłą młota pneumatycznego o dymiącą z wewnątrz czaszkę, seksualna dzikość gnijącego w miarę nałogu ośrodkowego układu nerwowego. Dopalił papierosa, chyba z szóstego w przeciągu dwóch godzin, aż już go mdliło. Pet został zgładzony motocyklowym butem na nierówno ułożonej kostce brukowej w kształcie heksagonów.

Z swojej, a jakże motocyklowej wyłożonej w krytycznych punktach blachą skórzanej kurtce wyjął zużyty portfel. Trochę z czterysta eurobaksów z znakiem wodnym brukselskiego banku światowego, pozaginanych na wzór koła, narzędzia typowego ćpuna z syndromem głodnego nosa. Teraz jednak nie zamierzał wciągać , bo nie miał nawet jak. Kiedy siedział w squacie wśród których mieszkańców przybrał raczej postawę izolacji (w końcu był w Chicago zaledwie od dwóch tygodni) , przesypał stymulujący narkotyk prosto w kapsułki po kreatynie jednego z ćwiczących lokatorów. Swoją drogą ta opuszczona kamienica miała naprawdę dobrą amatorską siłownię; czasem pakował jeśli trzymał się sił. Lubił ostatnio oralne przyjmowanie ćpania. Zamiast dezorientującego wręcz kopa otrzymywał jak to lubił powtarzać ''złote schody po których wchodziło się stopniowo do ciepłego zaskakującego haju, który w swoim umiarkowaniu utrzymywał człowieka przez cały dzień w rześkim pobudzeniu''- kiedy oryginalnie wypowiedział tą kwestię Rose poradziła zostać mu poetą lub ''chuj wie kim tam jeszcze'' . Takie wejście swoją subtelnością ni jak miało się do pierdolnięcia intensywniejszych dróg podania godnych porównawczo siłą strzału z jego Colta Seburo DP20 10mm(prosto w głowę dziecinko!). Nie był jednak jak Żyła, który uzyskał przydomek nie bez powodu. Trzymał się z dala od pompek, od zapadniętych żył, podwiązanych ramion oraz skrzepów osiadłych w wnętrzu strzykawki dziwnym trafem skażonej wirusem HIV-77. Nowa fala choroby zabijała setki ludzi, od homoseksualistów po ćpunów i szarych ludzi , którzy byli nieostrożni o ten jeden pierwszy raz za dużo.

Wyjął bidon z izotonicznym napojem z podajnika przy kierownicy Spirit`a. Połknął dwie kapsułki i popij je porządnie. Teraz wkraczał w moment irytacji w której nie odczuwał żadnych efektów. Wiedział jednak, że nie ma to znaczenia. Złapie go akurat wtedy, kiedy podłączony do motocyklu , mknąc po alejach będzie jednoczył się z maszyną w tym prawie fizycznym, wręcz intymnym sensie, jaki znali użytkownicy nerwowego zintegrowania z pojazdem. Yamada podrapał się po wyłożonym skórnym polimerem wejściu smart złącza na karku, popatrzył się na siedzisko dwuśladowego krążownika szos w którym mógł przybrać pozycję siedzącą niczym korporacyjny lewus w trakcie papierkowej roboty. Tyle tylko on rozsadzał się pędem , adrenaliną pulsującą z szybkością działania turbosprężarki motocyklu tak zachłannie przyspieszającą taniec tłoków pięćset konnego silnika . Popatrzył w skrawek zakrytego znacznie smogiem nieba, uśmiechnął się po czym wsiadł na Spirit`a.


***

Mały wbudowany w zestaw smart-złącza pojazdu procesor wizualny swoją zmyślnością pozwalał Yamadzie nie kłopotać się patrzeniem na stylową deskę rozdzielczą. Zamiast tego wszystko wyświetlało się w polu jego widzenia. Co też do diabła musieli czuć netrunnerzy przenoszący całą świadomość do odmętów wirtualnej symulacji? Nie chciał tak naprawdę wiedzieć. Porządny deck i modyfikacja mózgu była dostatecznie droga, by się nią kłopotać. Słabszy hardware pozwalał najwyżej i maksymalnie gówno zdziałać, taka ot tkwiła taktyka producentów sprzętu. Zresztą Nori widział paru wypalonych gości, których rozpierdoliły zawansowane ofensywne firewalle , kiedy chcieli poznać o jeden zaszyfrowany plik za dużo.

Oj tak Traszka Tim! Ten czarny (zaledwie czternastolatek kiedy poznał go Yamada) , hacker z tym digitalnie psychodelicznym pokojem w Detroit , który sam za siebie mówił o fanatycznym przywiązaniu do technologii informatycznej. Dzieciak posiadał prawdziwą obsesję na punkcie tworzenia coraz lepszych struktur kodu dla jego oprogramowania. Właśnie prawie, że w ten sam dzień dwa lata temu, dzieciak pokazywał mu wręcz rozżarzony , wypukłą przypominającą kształtem ludzki mózg (tyle, że mniejszą, o płaskiej frakturze i nudnym odcieniu szarości) puszkę z Tajwanu. Fotonowa jednostka przetwarzająca z wbudowanymi obwodami sztucznej inteligencji, rzekł wtedy podniecony biedny Timmy. Algorytmy- ciągnął dalej rozgorączkowany- gotowe do dowolnej plastycznej obróbki w czasie rzeczywistym ... pozwalające tworzyć dłuższe ciągi zawansowanych poleceń!

Połączył wtedy swoimi chudymi rączkami z niewinnymi lalczynymi nadgarstkami elementy osobnych jednostek komputerowych. Skoncentrowane światłowody. Wpiął się razem z gniazdem na swoim czole a potem Nori dziękując za wywalenie korków robił mu masaż serca. Traszka TIm następnie nigdy nie udał się do specjalisty neurologa, ani żadnego innego lekarza. Dokładnie od momentu kiedy dzięki ratunkowi Yamady odzyskał przytomność natychmiast siadł milczący przed galerią cienkich monitorów o anielskim blasku na zawsze chyba już tracąc silną więź z światem skoncentrowanej dostępnej niepodłączonym ludziom materii. Teraz nie kto inny jak Żyła, który dla swojego haju i dreszczyku dilerki zostawił ich nomadzki klan, wieczną odyseję przez US of , zagrzewając w Chicago mieszkał z na pół z skrajnie autystycznym zamkniętym w virtualu Traszką Timem.

Yamada przebijał się przez korki drogowe chcąc powtórnie w imię więzi między ludzkich spotkać dwójkę odrealnionych przyjaciół. Żyła zawijał towar w sreberka a kochany Timmy ćpał wirtualną symulację. Ciekawe czy ktoś, powiedzmy nie zorientowany w tym dziwnym świecie umiał by powiedzieć , kto właśnie przygrzał heroinę, a kto bawi się w sztucznym świecie zapewniany przez osobiste superkomputery? Oboje lokatorów świadczyło często wyglądem o całkowitym oderwaniu od otoczenia... Niemogące się otworzyć oczy tak bliskie w subiektywnym oglądaniu pełnej definicji raju utraconego -za sprawą magii chemii to znowu cyfryzacji- powtórnie odkrytego; mimowolne choć różne charakterem dla każdego z nich, a niezrozumiałe dla postronnych obserwatorów krótkotrwałe uśmiechy...czegoś...
Tony sprzętu- zakręconych poplątanych światłowodów oraz prostych cienkich ubrudzonych strzykawek; schizofreniczne jęki Traszki Tima przełamującego skomplikowane zapory ogniowe łączące się jednocześnie z orgiastycznymi uniesieniami Żyły podczas wejściowego kopa na H. To właśnie spodziewał się zobaczyć Yamada, kiedy tylko dojedzie na miejsce; szaleńczą groteskę dwójki ludzi z ostateczną do deski grobowej tak kreatywnie zabijającą ich pasją. Spodziewał się też kilku (najlepiej w formie kryształków do palenia) działek mety, którą Żyła mógł posiadać na sprzedaż o ile nie zajmuje się teraz tylko makowymi siostrami.

***

Zatrzymał się przed typowym amerykańskim drewnianym domem z podjazdem, taki raj dla zgranej rodziny. Docelowa willa rozsypywała się w szwach, a pocieszeniem dla Yamady było neutralne położenie względem terytoriów gangów. W zasadzie inne mieszkania na tej przemiłej obsadzonej wierzbami alei trzymały przyzwoity poziom. Nori widział nawet parę góra dwuletnich bliźniaczek biegających wkoło próbującej opanować sytuację autobota niańki. Przypominająca człowieka maszyna prosto z Japońskich zautomatyzowanych w pełni fabryk zachowywała się nad wyraz ludzko, ciepło, z podejściem.

Co bardziej tradycyjni sąsiedzi musieli mieć melinę Żyły za wrzód na dupie całej mikrospołeczności. Ta aspołeczność wyrażająca się w tym budynku całkiem poważnie śmieszyła Yamadę. Otworzył niezamknięty garaż i wprowadził na luźnym biegu potężny motocykl, spodziewając się zobaczyć jakieś laboratorium do produkcji narkotyków. Realnie zastał ostatecznie tylko opary ciemności oraz duszącej wilgoci. Zaciekawił go też zrujnowany sprzęt , który mógł należeć do warsztatu stolarza.

Zamknął drzwi garażu, czerń spotęgowała się w chwilę przerywana tylko promieniami słońca z zabrudzonej szyby. Podszedł prawie na czystym wyczuciu do drzwi prowadzących do właściwej części mieszkania. Przekręcił okrągłą klamkę z cichym szelestem, by zaraz zmarnować dyskrecję (w którą Yamada głęboko wierzył nakręcony chwilą; pomimo mruczenia silnika motocykla dającego pogłos nawet z półtora kilometra) z powodu braku smaru w zawiasach. Pokoik gospodarczy do którego się przemieścił posiadał zakurzony o ironio sprzęt do sprzątania. Przeszedł przez kolejne drzwi, niejako bawiąc się tym całym skradaniem, igrając z myślą o możliwości rozszarpania przez kule z strzelby przyjaciela. Nie włączał mimo to posiadanego dopalacza refleksu, bo nie brał sprawy na poważnie. Dodatkowo kapsułki z narkotykiem naprawdę fajnie mieszały mu w głowie, wyobrażał to sobie na przykładzie garczka z roztopioną czekoladą doprawioną papryczką chilli. Bez wątpienia była to słodko-ostra sensacja odurzonych zmysłów. Wyszedł niczym agent korporacyjnego oddziału specjalnego (w swoim przekonaniu) do głównego ciągnącego się wzdłuż korytarza. Oświetlał go rząd zmęczonych czynną służbą lampek halogenowych; w świetle widział taniec olbrzymich ilości zmieszanego dymu, nos wskazywał na tani tytoń oraz droższy haszysz.

Chciał już wykrzyknąć w swoim kumpelskim zwyczaju ''Yo, ty ćpunie!'' kiedy coś niesamowicie masywnego, ciężkiego oraz prędkiego zwaliło go na brudną posadzkę. Yamada próbował automatycznie dobrać się do noża sprężynowego lub spluwy, czegokolwiek pozwalającego mu pozbyć się obiektu ludzkiego zdecydowanie nie będącego Żyłą , ani tym bardziej szesnastoletnim autystycznym sieciarzem. Będąc przecież naćpanym jednym z najsilniejszych środków stymulujących mógł skorzystać z większych zasobów sił; oczywiście wszystko miało później swoją cenę, ale nomad dawno przestał dbać o skutki swojego nałogu. Na nadgarstku oraz przegubie czuł materiał podobny do wykończenia kierownicy Spirit`a czy każdego innego pojazdu. Bioniczne ręce , chyba w kolorze czerni obezwładniły go momentalnie. Nie widział nawet twarzy agresora, chociaż ta właśnie zaczęła wydobywać z siebie nietypowy dziwny, ale pełen dziecinnego triumfu chichot. Dominujący właśnie gość pachniał słodką agresją klasycznego egzotycznego owocowego Old Spice. Co do tego Yamada nie miał wątpliwości , bo sam używał tych perfum w pewnym pro-seksualnym okresie swojego życia, potem uznał ten zapach za zbyt gejowski.

-Ktoś chciał zrobić tu złe rzeczy, co skurwielu?- mówił nieznajomy czujny facet, kompletnie skurwysyńskim tonem głosu.

-O widzę, że musisz być nowym chłopakiem Żyły. Miałem nadzieję zastać cię pod prysznicem walącego sobie konia z całą pięścią w dupie- odpowiedział sarkastycznie nomad. Zasadniczo Żyła mógł właśnie stygnąć całkiem martwy, ale wchodząc Nori zdawał się słyszeć jego naturalny śmiech.

-Proszę jaki doinformowany skurwiel...- rzekł miażdżąc prawie kostki nadgarstka Azjaty.

Siła idąca z cybernetyczne ręki zaczęła stopniowo , ale zdecydowanie rosnąć wpasowując się w sadystyczne zmuszające do uległości warczenie niespodziewanego bywalca meliny. Yamada jęknął a potem ryknął z pewną furią obiecując szybką śmierć drania, jeśli tylko choć trochę oswobodzi się z jego uścisku. Po momencie, kątem oka nomad zobaczył jak totalnie upalony Żyła pojawił się w holu. Śmiał się, to podnosił swoje sine dłonie w geście próbującym wytłumaczyć to nieporozumienie, usprawiedliwić opuchły już nadgarstek Noriego.

-To on. To Yamada. Buczał przecież na podjeździe jak stara kurwa bez tłumika. Bell do chuja!- uniósł się osiągając komizm swojej postaci, wysoki bardziej odtłuszczony od Yamady nie ogolony na brodzie marazm- Puść go już. To mój dobry kumpel. Przyleciał po kryształki- wyszczerzył się błogo i szeroko , a mięśniak zwany Bellem puścił chwyt , pomagając wstać motocykliście.

Gość mierzył chyba dokładnie tyle co Yamada, średni wzrost. Całkowicie łysy z obtoczoną tłuszczem okrągłą twarzą, bezwzględnymi niepokojącymi oczami. Ubrany w zestaw szarej marynarki oraz staromodny niebieski golf, stał pewnie ściskając bioniczne, pozwalające fabrycznie na niesamowitą precyzję, dłonie w pięść. Ciężka kamizelka kuloodporna oraz zestaw skórzanych pasków z kilkoma ukrytymi pod klapą marynarki zapełnionymi kaburami mówiły za siebie. Quentin Bell zdecydowanie wyglądał na solo, nosząc z sobą słuszną reputację bezwzględnego nadto brutalnego zawodowca.

-Nie lepiej przywalić sobie elegancko kokę? Lub zrelaksować się na opio?- Bell zwracał się do Yamady mówiąc całkiem szczerze, jakby z troską do dziecka , która wydawała się pozostałym dwóm zaskakująco nie na miejscu.

-Nie. To znaczy próbowałem słabego grzania, ale mam już swój nałóg- powiedział prozaicznie Yamada.

Mimowolnie myślami wrócił do doświadczenia pewnego miłego ogniska przy krajówce, gdzie młoda dziewczyna łącząca z nim romantyczne ukradkowe spojrzenia zwymiotowała a potem całkowicie odpłynęła po dziewiczym zastrzyku heroiny. To naprawdę bolało Noriego, zarzygała mu nowe jeździeckie buty, ale do diabła chodziło o coś poważniejszego... taka głupia nastolatka niszcząca swój żywot bzdurnym wyborem, ulegająca diabolicznej perswazji Żyły za nic mającego największe zło doświadczane z nałogów. Wszystko dzięki usprawnionym modyfikowanym organom pozwalającym zapomnieć o choćby uzależnieniu fizycznym od opioidów, czy koszmarnych zjazdach po ponadludzkich amfetaminowych ciągach; nie mówiąc już o zwykłym kacu, którego zdawał się nie odczuwać; skrajnie irytował wtedy wszystkich przepitych kamratów porannym wesołym nuceniem do wschodzącego słońca, które zdawało się pokonywać demony etanolu w zasadzie tylko dla niego samego.

-Cóż twój wybór, twoje życie, mój szkielecie- uśmiechnął się solo, wyciągając sztuczną dłoń przed siebie; Yamada przyjął gest, podali sobie ręce- Quentin Bell, uliczna chodząca siła.

-Nori Yamada, wieczny podróżnik po US of A, buntownik z statystki.

Zaśmiali się, szczególnie rozweselony już Żyła. Skierowali się do całkowicie zagraconego pokoju dziennego. Wszystko wypełniał trudny do zniesienia drobiazgowy złośliwy bajzel. Powietrze dawno zapomniało o zdrowej cyrkulacji dławiąc się samym sobą a realny brak dziennego światła mrużącego się co najwyżej skąpo przed powyginane od paranoicznego podglądania żaluzje sprzyjał izolacji i ciemnym przygnębiającym myślom. Wszyscy zajęli miejsca rozsiadając się po swojej manierze. Zrelaksowany THC diler siadł po turecku na plastycznej pufie a Quentin w bardzo nie pasujący do pierwszego twardego wrażenia, sposób założył z gracją nogę na nogę.

-To jak Nori, ile chcesz?

- Około trójki. Na zapas, wiesz...

Żyła pokiwał głową i wychylił się do przodu grzebiąc w rozłożonych pod stołem działkach.
-Oprócz tego , że ćpasz metę w nieskończonych ciągach jesteś dobry?- powiedział nagle poważnie Bell , uważnie przyglądając się Yamadzie.

Jego oczy dopiero teraz ukazały Japończykowi swoją cybernetyczną naturę, Sony UltraHD Sharp Edition, mówił litograficzny napis na granicy źrenic. Drogi sprzęt dostępny dopiero od niedawna w Ameryce Północnej. Elektryczny chłód bez mrugnięcia kipiał przezroczystą arogancją.

-Dobry? Masz na myśli jakaś fuchę?

-Nie, chce Cię przelecieć. Wiesz, kurwa chodziło mi przecież o łóżkowe sprawy, pojemność, jękliwość i tak dalej. Miałem już próbką twojego pojękiwania i zachciało mi się więcej- powiedział szkaradnie się uśmiechając, odsłaniając swoje żółte nierówne zęby- Rozmawiałem właśnie z Żyłą o pewnym interesie.

-Gruba forsa Nori, ale Quentin nie chce mnie zabrać. Nie chce bym zrobił się multi-zadaniowy.

-Bo o to właśnie chodzi- powiedział Bell z pseudofilozoficznym prawie inteligentnym zacięciem- Twój kumpel mówił właśnie o tobie. Jakimś wiecznie naspidowanym kumplu, który podobno załatwił już paru ludzi, a nie tylko oszukiwał ich na wadze z kiepskim i tak produktem.

-Zdarzyło się to prawda- rzekł Yamada - To będzie transakcja? Bo bez wątpienia zadanie jest związane z tym miejscem i zajęciem Żyły. Masz kilku znajomych dilerów i odsprzedasz im okazyjnie zdobyty towar.

-Dokładnie. Nie jesteś taki głupi- po raz pierwszy Bell zdał się wyjść poza zapatrzenie w siebie, ukazać drobny szacunek z stosunku do nomadów; wstał delikatnie i gestykulując rozpoczął opowiadać szczegóły- Pewna para tajemniczych szwabów, typowych poważnych Niemców ma do opchnięcia kodrokodon. To też grzanie. Mocne. Najlepszym atutem jest, że ten nowy lek działa całą dobę. Podobno odpływasz na naprawdę długo. Spotkanie ma odbyć się dzisiaj o dziewiątej wieczorem w dość luksusowym klubie Niebo I Piekło. Mają tam naprawdę seksowne kelnerki i zajebisty parkiet z rybkami pod spodem. Posłużysz za zabezpieczenie.

-Rozumiem. I tak po prostu?

-Po prostu. Pięćset eurodolarów prosto do twoich łap, obstawiasz mi plecy-chłodno poinformował Bell po czym spojrzeli sobie prosto w oczy-Wiesz dlaczego ot tak ci ufam? Bo jak coś zabije jak psa.
Kiedy Bell poszedł z meliny zabierając uprzednio porządnie upchany białym proszkiem woreczek, Nori zastanowił się nad sytuacją. Myślał szybko, w swoim przekonaniu bezbłędnie oraz elokwentnie. Przytrafiła się prosta sytuacja do zarobienia łatwej forsy a wszystko jak najbardziej musiało pójść jak po maśle. W klubie raczej nie dojdzie do wymiany ognia, czysta transakcja handlowa przez jakiś tajemniczych Niemców, pewnie z firmy farmaceutycznej. Stanie z boku, może nie dając się skojarzyć z solosem, z przygotowaną bronią obejrzy krótką scenkę obustronnych powstających zysków. Potem Żyła i inni znani Quentinowi dilerzy szybko zgolą kuszący narkotyk, a łysielec Bell obłowi się w zyskach od każdego po trochu. Wrócił z rozmyślań widząc lekko zatroskaną twarz kumpla.

-Jesteś pewien Nori?

-Tak.

Żyła podał mu szklaną fajkę wypełnioną krystalicznym stymulantem. Podpalił ją od spodu pod bańką.

Wdech. Wygrana. Grzech. Puk, puk...to ja wyybuuch!
Gorzki smród palącego się narkotyku nie przeszkadzał wcale Azjacie. Yamada delektował się w nim czując rosnącą szczytową euforię. Wielkie tępe , obezwładniające lodowato-parzące uczucie tańca odłamków słodkich igiełek pośród zwojów w jego własnym mózgu. Następnie wessał w siebie opary z pozostałej bryłki haszyszu prosto z całkiem sporego bonga. Płuca bolały tak niesamowicie...rozszarpywane trującymi oparami błogości rwały się z każdym kaszlnięciem na dziesiątki poszatkowanych pęcherzyków a nadmiar silna przyjemność zmusiła ćpuna do całkowitej uległości. Rozłożenia się na sofie w poddańczym geście, patrzenia obłąkanymi oczami w sufit pośród dziwnych zakłóceń percepcji, malutkich mrówek w zasięgu wzroku podskakujących na rozkaz niebezpiecznie rozpędzonego tętna samobójczej decyzji.

Czuł się obezwładniony, nie mógł nazwać tych doznań w zdecydowany sposób przyjemnymi, ich siła wykraczała poza standardowe rozumienie przyjemności jako czegoś idącego równym krokiem razem z resztą doświadczeń poznawczych. Strumyk dobrego uczucia przetransformował się w rwący potok swoim nurtem nadginający resztę świadomości.

-Przesadzasz chłopie, możesz spierdolić robotę dla Bella. Wiesz chyba kurwa, że jeśli się nie zjawisz dopadnie nas obojga. Nie wiem kiedy to ci się stało...- zamyślił się mając na myśli wpierdolenie się w nałóg Yamady. Zaraz ziewnął marzycielsko spowolniony- Opuszczenie klanu, też się do tego przekonałeś?

-Ten twój pojebany modyfikowany metabolizm. Ile cię kosztował?- powiedział Yamada jakby nie słysząc pytania.

-Łącznie 12.000, ale nie spartaczyli roboty. Nie chciał bym być na twoim miejscu kiedy to wszystko przestanie działać. Już lepiej jak byś przerzucił się na mój hel. W zasadzie hera stanowi moich głównych klientów.

-Skończ pierdolić, widziałem wiele razy twoją magię. Pamiętasz tą dziewczynę, która obrzygała mi buty?- Nori oburzył się zniesmaczony osobą dilera.

-Może. W każdym razie robiłeś mi o to wyrzuty, jak jakiś pojeb.

-Co u Traszki? To jego chata?- odurzony Nori zmienił temat jak skacząca pchła.

-Tak... Jezu, ale jesteś naćpany!- Żyła roześmiał się lekko mimo wszystko zaniepokojony- Tim w ogóle mnie zachęcił do tego miasta. Miał mój numer, zadzwonił tym swoim głosem z mutacją. Na zewnątrz poza ścianami wyglądał jak wystraszona przepiórka, nie mówił oczywiście za wiele. Ten adres rzekomo jest bezpieczny, pokrywa rachunki. Daje mu żarcie, zwykłe z mikrofalówki , czasem naleśniki, bo bardzo je lubi a ja umiem to upichcić. W pewne dni czasem schodzi , wymieni parę słów. Potem są okresy kiedy całkiem się zamula. Jak teraz. Zamyka drzwi, kładę żarcie przed nimi. Czasem słyszę z piętra spuszczanie wody. To tyle. W zasadzie tylko parter jest tak jakby mój, prywatny.

-Odjebało mu się tak nagle, całkiem przy mnie. Przez jakiś głupi super-procesor wpięty w łeb. Dzieciak oszalał.

-Jest mnóstwo sieciarzy z takim stylem życia. Może coś tam zobaczył, kto wie? Cyber-autyzm to coraz powszechniejsza choroba, mówili o tym w TV.

-Nie włączaj tylko telewizji. Słyszę wszystko tak wyraźnie.

-Puścił bym chociaż muzykę, ale wieża poszła się jebać- zasmucił się realnie Żyła.

-Cóż... wszystko poszło się jebać- powiedział z jeszcze głębszym realniejszym smutkiem Yamada.

***

Nori Yamada pożegnał się z kumplem w stanie totalnego podzielenia uwagi. Ciekawiło go ułożenie zeszytów na stole (używanych oczywiście do przygotowywania narkotyków oraz zapisywania dłużników) a zaraz energicznie spoglądał na elektroniczny zegar naścienny wskazujący 17:34. Do 21:00 miał jeszcze czas. Wszystkie komputery w melinie znajdowały się na piętrze w domenie hackerskiej Traszki Tim`a stąd nie miał jak sprawdzić lokacji wspomnianego lokalu. Przypomniał jednak sobie niedawno wgraną mapę Chicago na pamięć motocykla. Zmotywowało go to do ostatecznego podania sobie rąk i wyjścia przez ciemny garaż.

Yamada miał wrażenie, że wyjeżdżając z podjazdu zbiera na sobie pełne wrogości i wścibskości spojrzenia spokojnych obywateli, pragnących jego zguby. Spodziewał się spotkania patrolu policyjnego, bo zapewne tutaj jeździli zwyczajni stróże prawa, a nie finansowane w pełni wyszkolone ogary wynajętej korporacji porządkowej. Kiedy wyjechał już z otoczenia ułożonych domków , wjeżdżając na ważniejszą miejska tętnicę powtórnie wpiął się, integrując się z CPU Spirit`a. Zbyt pobudzony nie zatrzymał się nawet, podczas wpięcia. Poczuł łagodny przejściowy szok bezpośredniego napływu danych.

Gołąbki na akcję potrzebuje uspokajających Gołąbków od głąba koło apteki, myślał nadpobudliwie Yamada pragnąć odwrotnego hamującego działania różowych kapsułek.

W jego polu widzenia pojawiła się nachylona pod kątem mapa z jego wyśrodkowaną lokacją. Nori`ego drażniły wprawdzie co chwila wyświetlane reklamy, mające reprezentować przeróżne usługi i sklepy, ale posiadanie orientacji w terenie stawało się nie do przecenienia. Skupił myśli a mapa oddaliła się, ukazując mu jakąś większą aptekę w bardziej dzikiej dzielnicy. Dodał gazu a obroty zawirowały gładko dając mu prawdziwą przyjemność. Na ciele w miejscu podbrzusza oprogramowanie informowało go o przyczepności, somatyczna reprezentacja jednego z wielu wskaźników motocyklu. Yamada trzymał się drogi z wprawą polegając tylko częściowo na dobrym sprzęcie, resztę nadrabiał prawdziwy talent i lata doświadczenia ''na siodle''.

Znajdując się pod apteką udało mu się wyminąć parę korporacyjnych radiowozów na sygnale. Arasaka zdawała się mieć coś pilnego do załatwienia. Cholerne rodzime Japońskie diabły, bezkompromisowe zaibatsu , które prawdopodobnie zmusiło jego starszych do ucieczki z wyspy. Tajemnicza przeszłość jego ojca, który tak bardzo wyraził Yamadzie swój zawód , wykluczył go zasadniczo z ich małej zagubionej rodziny. Matka nie mogła pohamować rozpaczy, a on po prostu wkradł się do klanu koczujących w Seatle nomadów. Max`a znał od początku, kiedy sprzedał mu trochę zioła. Tak zaczęła się wielka Amerykańska Odyseja, bez celu i większych środków. Poznał swoją drugą rodzinę , a teraz jego najbliżsi krewni rozeszli się po wielkim kraju. Tylko Max pozostał w drodze. Rose robiła swoją nietypową karierę modelki, nie kłamiąc miała twarz i ciałko, które już dawno skusiło Yamadę. Żyła, zdawał się chcieć już na zawsze pozostać w Chicago.

Znalazł przyczajonego w zaułku dilera recept. Drobny uspokojony skrajnie facet po trzydziestce zdający się wykluczonym z jakiejś korporacji. Sporo ich egzystowało w dzisiejszych czasach, wykluczonych z swojej ziemi obiecanej, zatraconych karierowiczów. Kupił receptę na małe opakowanie Gołąbków , po czym wszedł do apteki. Kolejka, całkiem spora nie zmieniła jego zamiarów. Pobudzenie musiało wejść znów w jakieś jasne dopuszczalne normy. Zjadł dwie kapsułki.

***

Yamada zaparkował Spirit`a na strzeżonym parkingu płacąc banknotem dziesięciu eurodolarów. Zdecydował się rozstać z motorem nieco dalej od klubu , mimo możliwej przydatności w razie ucieczki. Wolał, by jakieś punki nie skradły mu cennego ukochanego nabytku. Dobre szajki posiadały zawsze speca od elektroniki , a tacy nawet prostymi e-kluczami łamali zabezpieczenia pojazdów. Ten młody cieć po mocnej kawie i sieć kamer powinna zadziałać przeciw kradzieży.


Zbliżało się dziewiąta wieczorem, stąd letnie powietrze zrobiło się chłodne, miło oczyszczające ubrane ciało. Tak blisko centrum na niebie latało jeszcze więcej AV`ek, migotliwie ukazujących swoją obecność. Środki uspokajające działały. Nomad wyśrodkował swoją narkotyczną jazdę, dobrze odbierając i kierując się w miejskiej rzeczywistości. Mnóstwo reklam, przestrojonych wystaw sklepowych dobrze świadczyły o tym zadbanym dystrykcie. Jasne chude podłużne lampy uliczne oblewały równe chodniki idealną krystalicznie przejrzystą bielą , zupełnie inna jakość od nieraz półciemnych dzielnic biedoty. Nie spięty z CPU motoru , pozbawiony więc mapy doszedł jakoś do Nieba I Piekła. Hologram przed klubem przedstawiał dwie seksowne figlujące z sobą postacie Anielicy i Diablicy. Ich widmowe języki splatały się w śliski węzeł przemycający okrągłą tabletkę MDMA z klasyczną uśmiechniętą żółtą buźką. Właśnie w Chicago narodziła się wspaniała muzyka house i powyższy klub zdawał sobie świadomość z dorobku tradycyjnych producentów oraz DJ`ów.

Nie wiedział czy wchodzić w dość długą kolejkę dobrze ubranych klubowiczów , czy też czekać w wspomnianym pokrótce zaułku. Bell powinien się nie spóźnić , taką opinię wyraził o nim Żyła, co w gruncie rzeczy gówno znaczyło. W końcu Yamada skierował się na zaplecze klubu, gdzie przy kontenerach rozmawiały dwie wystylizowane kelnerki. Ich seksowne piersi zakrywały tylko iksy niedrażniących ciała skrawków taśmy. Japończykowi od razu zachciało się wkręcić w wir zabawy , obserwować te nieskazitelne chirurgiczne cycki podające mu fosforyzujące drinki. Quentin Bell po chwili podjechał dość starym sedanem, czarnym Lincolnem. Głębia niskiego ryku silnika świadczyła o mocnych modyfikacjach trzewi pojazdu. To pasowało jak ulał to gościa takiego jak Bell, nierzucający się w oczy uliczny zawodnik. Mimo to Yamada nie zobaczył początkowo współpracownika, jednak solo momentalnie zobaczył Azjatę bionicznym wzrokiem. System namierzania automatycznie rozpoznawał i zaznaczał twarze, wykrywając przy tym nadmiernie odchylone reakcję emocjonalne. Bell rozpoznał Yamade, jako nieokreślonego ćpuna. Podszedł do niego podając mu po raz kolejny tego dnia silną cybernetyczną dłoń.

-Szykuj się do akcji, młody.

Weszli oczywiście wejściem dla personelu, po znajomości. Przechodząc przez dość mocno zatłoczone korytarze dla obsługi w pewnym ułamku czasu wkroczyli w barwną furię tanecznej ekstazy. Przecinające wnętrze lasery wpasowywały się w wprawiające w trans uderzenie deep house`u. Kolorystycznie, cała impresja polegała na mieszaniu się ostrej pobudzającej czerwieni z sedacją niebieskiego elementu, jak na dachu radiowozu. Dym osadzał się na powierzchni szklanego parkietu pod którym istniało prawdziwe żywe, lazurowe, oświetlane akwarium. Na dole wszyscy tańczyli totalnie nakręceni pigułkami szczęścia. Ich rozgrzane czerwone twarze z czarnymi wręcz gałkami oczu , całkowicie rozpływały się w tak klasycznie zaprojektowanym bicie, dobrego wkręcającego się brzmienia. Yamada widział jak DJ z swojego podium wprawia tych ludzi w inny wymiar świadomości zjednoczonej z wszechświatem. Hologramy erotycznym aniołków i diabełków zachęcało do szybkiego numerku w kiblu. Yamadzie potężnie zachciało się ponieść zabawie, jednak teraz przecież pracował. Bell pokazał wejściówki wielkiemu czarnemu zwałowi masy , wprowadzając ich na górny poziom.

W górnej strefie VIP wszyscy zdawali się bardziej uspokojeni, pogrążeni w błogiej euforii. Mniejszy parkiet pozwalał na bardziej osobisty kontakt w trakcie tańca, a barmanki znów skusiły Nori`ego do krótkich ocierających ruchów pod spodniami. Powietrze mocniej miliło się egzotycznymi owocowymi odświeżaczami powietrza. Bell wskazał lożę , gdzie usiedli rozpoczynając czekanie. Czas mijał , rozmawiali urywkowo nie nawiązując większego kontaktu. Bell przeglądał swój thinfon bawiąc się nim i chyba raz śląc wiadomości do niemieckich gości.

-Ci faceci się spóźniają- rzekł zirytowany Nori.
-Wszystko w porządku. Tak się czasem zdarza. Mam to pod kontrolą- stwierdził beztrosko Bell.

Minęło z czterdzieści minut kiedy Quentin szarpnął Yamade. Oboje wtem zobaczyli dwójkę ułożonych , podobnych w chodzie mężczyzn. Podeszli rozglądając się niepewnie. Ich loża wyjątkowo miała zapewnioną prywatność , dzięki głębi położenia. Pierwszy przedstawił się jako Schauler, wysoki starszy facet ubrany w zapinany rzepami garnitur. Drugi Hertz wyglądał na bardziej przestraszonego , zdecydowanie młodszy w wieku bliskim Yamadzie. Włożył bardziej klubową fioletową koszulę z widowiskowym kołnierzem. Dwójka emanowała niepewnością.

-Drodzy przyjaciele jest nam wyjątkowo śpieszno, więc możemy od razu przejść do konkretów?- powiedział twardo mieląc angielskie głoski, Schauler.

-Natychmiastowo co? Boisz się , że tak szybciej uda ci się zwiać kocie?- wyraził się zdecydowanie nietaktownie Bell , psując całkowicie etykietę.

-Proszę pana!...

-Rozumiem, zgadzam się, pokaż towar- dodał pewnie Quentin.

-Hertz, pokaż panu Bellowi nasz specyfik, a Pan pokaże nam pieniądze.

Quentin Bell wyjął kilka pakietów banknotów, a Hertz z zamkniętej kieszeni wąskich spodni wyłowił małe twarde opakowanie. Otworzył je szybko wpisując czterocyfrowy kod. Oczą zebranych, dzięki mglistej niebieskiej poświacie przy sofach ukazało się mnóstwo kapsułek w kolorze zdawało się ciemnej zieleni. Każda miała na sobie wydrukowany jakiś kod, Yamada czasem widział takie rzeczy na prochach z apteki. Bell otworzył hermetyczne opakowanie biorąc jedną kapsułkę, kiedy Schauler skanował forsę sprawdzając jej oryginalność. Niemiec przeliczył szybko pliki eurodolarów kiwając głową potwierdzająco. Za to Bell zaraz złapał schowane uprzednio w kieszeni małe skomplikowane urządzenie z fiolką gotową na przejęcie próbki substancji. Drogi analizator chemiczny rozpoczął procedury badawcze, a wszyscy zebrani wymienili się spojrzeniami. Hertz z Yamada nawet dostrzegli w swoich oczach coś co można było nazwać porozumieniem, bo oboje w końcu byli tylko asystentami ważniejszych figur. Schauler przetrzymał łamiący mechaniczny wzrok Bella pewien swojej jakości. Ciche piknięcie wyjawiło prawdę.
-Faktycznie , cholerny kodrokodon. Pieprzona kobra mordujący tyle Europejczyków. Teraz zważymy- drugi przyrząd solo wskazał idealne pół kilo produktu- A więc kawałki się zgadzają?

-Dokładnie pełna su…

Yamada widział tylko dziwny triumfujący paskudny uśmiech Bella. Potem głowa starszego Niemca eksplodowała celnym strzałem. Krew zalała Hertza , ale ominęła dwójkę kupujących. Młody przybysz zaczął rozglądać się panicznie po bokach , trząsać się cały.

-Spierdalamy, skacz!- rzucił Bell.

Yamada w tym czasie aktywował już dopalacz refleksu. Przez jego kręgosłup przeszła elektryczna fala pobudzenia, a świat spowolnił nabierając wyraźniejszych kształtów, zdał się prostszy do interpretacji. Japończyk z wyjętą bronią, schowany jeszcze za osłoną ściany oddzielającej loże spostrzegł sprawcę morderstwa. Wysoki odziany w skórzany płaszcz blondyn w kwadratowych pociągłych czarnych lustrzankach z długim wyposażonym w tłumik pistoletem. Nikt po prawdzie z bawiących się , nie zdawał sobie sprawy z przebiegającej akcji. Bell złapał torebkę z prochami pakując ją do klapy swojego szarej marynarki. Czekając na okazję do wyskoku nomad wystrzelił zaporowo powodując hałas z natychmiastową paniką , pełnymi przestrachu wrzaskami. Kule wleciały w pierś najemnika nie robiąc mu krzywdy, stał pewnie nawet nie zmieniając wyrazu szorstkiej kwadratowej twarzy. Niewzruszony cyborg zdecydował się wyjąć pistolet maszynowy.

Yamada skorzystał z okazji , rozpędzając się i skacząc. W locie poczuł niesamowity zastój całego świata, razem z jego organami. Widział jak Bell zlatuje zaraz za nim , lądując z o wiele większą gracją, może posiadał również cybernetyczne nogi... Nori wpadł prosto na uciekającą dziewczynę , chyba łamiąc jej kark. Ochrona usilnie próbowała zapanować nad sytuacją, a światła dzienne zostały włączone. Zabójca miał nad nimi przewagę wysokości. Z balkonu mógł celować w nich z prawdziwym zamiłowaniem. Bell również posiadający dopalacz pruł ile sił z swojego PM , naprawdę pojemnego szybkiego cacka. Solo skoczył za ladę baru niższego poziomu , rzucając granat dymny. Dym rozszedł się w jednej chwili, ułatwiając mu ucieczkę przez zaplecze. Wiele cennych wódek roztrzaskało sie pod serią wynajętego zabójcy, ale Quentin umykał już bezkompromisowo taranując ludzi na swojej drodze. Sto pięć kilo zadowolonego drania zwalało z nóg innych zastraszonych cywilów.

Yamada tymczasem ciągle próbował dość do siebie , widząc młodą kobietę , której złamał szyję. Coś jednak zmusiło go do lotu za siebie. Nogi z wielką lekkością poruszały się automatycznie, ale biedny Azjata będąc w przeciwieństwie do Bella po raz pierwszy w tym klubie, nie znał tak dobrze wyjścia ewakuacyjnego. Nie wiedząc czemu galopował w stronę toalet.

Olbrzymie tępe uczucie wbiło się w jego obojczyk z siłą tysiąca os, ale uciekł już z zasięgu loży. Spanikowany pomimo Gołąbków wpadł do damskiej. Tamtejsze kobiety jeszcze nie do końca wiedziały o co chodzi, ale wpadły w przerażenie widząc rannego mężczyznę z prawdziwie bladą twarzą kipiącą potężnymi emocjami. Zobaczył szybę prowadzącą na zewnątrz, efekt starego planu budynku, przejęciaNieba I Piekła po dawnym magazynie firmy przesyłkowej. Strzelił w szkło a potem nie przejmując się odłamkami wyleciał z pięciu metrów w dół.

Teraz nie mając niewinnej kobiety do amortyzacji, poważnie poczuł uderzenie. Wnętrzności zgięły się w harmonijkę , a piszczele zdały się wypaść z skóry. Powstrzymał oszołomienie i szybko zbadał swój stan, kula zatrzymała się na płytce jego kombinezonu rajdowego. Zadzwonił do Bella, biegnąc przed siebie, prosto na parking. Pierdoląc wszystko do cna!

-Bell kurwa , Bell , co to kurwa miało być?- krzyczał słysząc swoją niepewność.

-Przydałeś się młody. Jak sam wcześniej odkryłeś , miała to być zyskowna transakcja. Nie spodziewałem się, że wszystko pójdzie tak łatwo- zrelaksowany głos Bella dochodził w rytm dźwięków prowadzonego już auta.

-Chcesz powiedzieć , że przewidziałeś to wszystko?!

-Zabójca z korporacji śledził ich od Monachium. Widziałem go przed klubem jeszcze przed przyjazdem szwabów. Po prostu czekał na dowody. Trzymaj się mały.- powiedział sielsko , z rozbawieniem.

-Ty pierdoleńcu…- połączenie zostało zakończone.

Yamada błyskawicznie wrócił na parking , połknął dwa Gołąbki i odjechał z przeciągłym piskiem opon. Miał nadzieję, że nie wpadnie pod oko organów ścigania, ale szanse na były małe a on i tak większość czasu podróżował. Wrócił do swojego tymczasowego mieszkania i zapadł w płytki sen. Co za popierdolona gorączka sobotniej nocy, myślał Yamada.
 
Aschaar jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Odpowiedz



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 04:35.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169