Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > Zakątek LI-teracki > LIczowe konkursy
Zarejestruj się Użytkownicy


Zamknięty Temat
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 21-01-2018, 03:26   #1
Elitarystyczny Nowotwór
 
Zombianna's Avatar
 
Reputacja: 1 Zombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputację
(para)Konkurs "Popromienne Walentynki"

Witajcie,

chciałam Was serdecznie zaprosić do wzięcia udziału w konkursie na walentynkowe opowiadanie. Nie każdy obchodzi to święto, lecz zgarnąć nagrodę można tak czy siak
14 luty niedaleko, tematyka więc będzie właśnie taka. Dokładnie Walentynki w klimacie Postapokalipsy, gdyż nie samym kurzem i atomowym pyłem z Pustkowi postapo żyje, a i dobry horror da się z tego ukręcić. Nie musi być słodko, nie muszą latać papierowe serduszka. Ale o tym za chwilę...



Wymagania:
Aby wziąć udział w konkursie trzeba być zarejestrowanym Użytkownikiem LatInn, z przynajmniej 20 postami na koncie i datą rejestracji do dnia dzisiejszego (21.01.2018r.).
Jedna osoba może wysłać tylko jedno opowiadanie.
Praca dotyczy tematu Walentynki w klimacie Postapokalipsy.
Setting dowolny: Fallout, Neuroshima, Mad Max, własna wizja - pełna dowolność. Byle dało się odczuć, że chodzi o świat po apokalipsie i promieniowanie wiszące w powietrzu.
Objętość minimalnie 6 tysięcy znaków (tak, tak - ze spacjami), a maksymalnie… powiedzmy do 20 tysięcy. Co kto lubi.


Co jak i z czym podajemy:
Pracę proszę przesyłać na moje pw lub maila zombele.mail@gmail.com do północy dnia 14 lutego 2018r. W tytule wiadomości należy wpisać “Popromienne Walentynki”, w treści - wiadomo.
Jeżeli wybierzesz opcję maila nie zapomnij dopisać nicka z forum.
Przesłanie pracy równa się wyrażeniu zgody na jej publikację na LI.


Rozstrzygnięcie:
Opowiadania zostaną opublikowane anonimowo 15 lutego razem z sondą i to właśnie Wy zadecydujecie które wygra. Wyjaśniając: ponumerowane wrzucę jednego dnia razem z sondą. Podobna forma zapobiegnie głosowaniu na lubiane nicki - najważniejsza stanie się treść.
Głosować może każdy Użytkownik LastInn.
Sonda będzie trwała 5 dni, więc zakończy się 20 lutego o północy i tego dnia zostaną podane wyniki razem z listą autorów poszczególnych opowiadań.


Nagroda:

Za zajecie pierwszego miejsca, prócz uśmiechu Prezesa, do wygrania jest książka (z obrazkami )
“Ołowiany Świt” w wersji papierowej. Uniwersum S.T.A.L.K.E.R.A widziane oczami Michała Gołkowskiego. Pełna akcji, czarnego humoru i plastycznych opisów opowieść ze świata Zony, ciekawa nie tylko dla znawców tematu, lecz i tych, którzy do tej pory nie mieli z serią do czynienia.

 
__________________
Jeśli w sesji strony tematu sesji przybywają w postępie arytmetycznym a strony komentarzy w postępie geometrycznym, prawdopodobieństwo że sesja spadnie z rowerka wynosi ponad 99% - I prawo PBFowania Leminkainena
Zombianna jest offline  
Stary 16-02-2018, 12:11   #2
Elitarystyczny Nowotwór
 
Zombianna's Avatar
 
Reputacja: 1 Zombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputację
Jest i rozstrzygnięcie

Wpłynęła jedna praca, wybór więc jest jednogłośny i zwycięstwo należy do Krakova. Książka zostanie wysłana w przeciągu tygodnia od dziś.
Gratulacje

A oto treść

-----



Motywacja

Zatrzymał jeepa na środku skrzyżowania i otaksował wzrokiem okolicę. Przecinające się pod kątem prostym asfaltowe jezdnie pokrywała gruba warstwa pyłu. Ciszę mącił jedynie pomruk silnika i jego własny oddech ze świstem przenikający przez filtry maski przeciwgazowej. Wokół nie widział żywej duszy. Sam by się tu również nie zapuszczał, gdyby istniało inne wyjście. Spojrzał na noszony na nadgarstku dozymetr - żółta dioda pulsowała powoli. Nawet ze swoją ponadprzeciętną odpornością nie miał zbyt wiele czasu. Wyjął z kieszeni notatnik i zerknął na naszkicowaną ołówkiem mapę.
- Ratusz, stacja benzynowa, fontanna - mruknął pod nosem odnajdując wzrokiem punkty orientacyjne. - Bingo!

Zaparkował przy krawężniku. Wysiadając z auta zabrał plecak i latarkę, a odchodząc wcisnął przycisk na przyczepionym do kluczyków pilocie. Usłyszał charakterystyczny dźwięk uruchamianego “alarmu”. Może to przesadą w tej wyludnionej okolicy, ale zawsze wolał dmuchać na zimne. Poza tym nie był to zwykły przedwojenne system ostrzegawczy. Gdy ktoś zacznie majstrować przy terenówce nie rozlegnie się żaden sygnał. Potencjalnego złodzieja porazi za to nagromadzony w wielkiej cewce ładunek elektryczny. Kilkunastu frajerów zdążyło się dzięki niemu boleśnie przekonać, że siódme przykazanie nadal obowiązuje.

W miejscu, gdzie powinny się znajdować drzwi do apteki nie zobaczył nic poza wielkim gruzowiskiem poprzetykanym masą wystających prętów zbrojeniowych. Obszedł budynek dookoła, ale nie znalazł innego wejścia - wszystkie okna zasłaniały solidne kraty. Nie widząc innej opcji zaczął się ostrożnie wspinać w nadziei, że uda się przedostać do środka. Szło mu nadspodziewanie dobrze. Betonowe bloki miały dość czasu żeby się ułożyć i stanowiły całkiem stabilną konstrukcję. Na wysokości pierwszego piętra wypatrzył wystarczająco dużą szczelinę. Stos cegieł po drugiej stronie pozwalał sądzić, że zdoła względnie bezpiecznie zejść na dół i wrócić bez użycia liny. Niepokojem napawało go jedynie sterczące, pokryte rdzą żelastwo, którego było tutaj więcej niż w innych miejscach. Powyginane druty i rury wynurzały się z półmroku niczym kły skamieniałego potwora. Zwykle kierował się rozsądkiem i unikał takich miejsc, ale tym razem nie mógł sobie pozwolić na taki luksus. Skoro istniała szansa dostania się do apteki, musiał ją wykorzystać. Dla Anny. Wrzucił do środka plecak i zabrał się do schodzenia, starając się trzymać jak najdalej od żebrowanych prętów, wyglądających na najbardziej ostre i niebezpieczne. Po tej stronie leżało więcej luźnych cegieł, które nie stanowiły dobrego oparcia. Parę razy zdarzyło się, że jakaś osunęła mu się spod stóp, ale ostatecznie dotarł na sam dół bez szwanku.

Zarzucił torbę na ramię i przystąpił do przeszukiwania pomieszczeń. Przez dziury w dachu i zakratowane okna dostawało się dość światła, by mógł się bez trudu poruszać. Budynek został wcześniej splądrowany, zapewne długo przed wybuchem. Pomarańczowa farba odchodziła ze ścian wielkimi płatami. Półki i szuflady opróżniono z rzeczy, jakie mogłyby mieć jakąś wartość. Obejrzał każdy pokój i nie znalazł tego, czego szukał. W ostatniej salce zwrócił uwagę na czerwony przedmiot. Spod sterty starych szmat wystawało metalowe pudełko. Gdy je wyciągnął okazało się mieć kształt serca. “Will you be my Valentine?” głosił napis na pudełku. Podniósł pokrywkę i przyjrzał się zawartości. Kilka wypłowiałych zdjęć, kawałek fioletowej wstążki i porcelanowa figurka, która kiedyś pewnie przypominała słonika. Bezużyteczne pamiątki po bezpowrotnie minionych czasach. Rzucił wszystko na podłogę i wrócił do swoich zadań.

Nigdzie nie widział pancernych drzwi. Czyżby to jednak nie było tutaj? Mężczyzna stanął w miejscu, które powinno być środkiem budynku tak, by widzieć wszystkie cztery zewnętrzne ściany. Szybko oszacował odległości między nimi. - Dziwne… - rzekł sam do siebie. Od środka powierzchnia apteki wydawała się kwadratowa, ale patrząc z zewnątrz zbudowano ją na planie prostokąta. Pomieszczenie, w którym się znajdował powinno być zdecydowanie większe. Przyjrzał się przeciwległej ścianie. Całe stojące przy niej umeblowanie stanowiła stara drewniana szafa. Podszedł i spróbował ją przesunąć. Mebel wyglądał na dosyć ciężki, lecz nie stawiał dużego oporu. Po minucie oczom poszukiwacza ukazały się wielkie solidne drzwi ze stali. Sięgnął do kieszeni po klucz i zauważył kolejny problem - były dwa zamki. Klucz pasował do górnego z nich ale dwukrotne obrócenie go niewiele pomogło. Drzwi ani drgnęły, a otwierały się na zewnątrz, więc nie mógł ich wyważyć. Kucnął i wyciągnął latarkę by przyjrzeć się dolnemu zabezpieczeniu. Ten zamek miał na szczęście jeden z najprostszych mechanizmów, więc powinien sobie z nim bez trudu poradzić. Wydobył z wewnętrznej kieszeni parę wytrychów i wziął się do pracy. W ostatnich tygodniach nieczęsto miał przyjemność posiadać klucz do pomieszczeń, do których akurat potrzebował się dostać, więc zdążył nabrać pewnej wprawy. Przy najprostszych zamkach nie stanowiło to zresztą wielkiej filozofii, wystarczyły zręczne palce i trochę cierpliwości. Z drugiej strony włamywanie się było znacznie łatwiejsze gdy nie miał na twarzy “buldoga” a na dłoniach grubych rękawic. Po kilku minutach bezowocnych zmagań zrezygnował z tych ostatnich. Nadal odnosił wrażenie, że idzie zdecydowanie zbyt wolno, ale przynajmniej robił postępy. Kolejne bolce zamka wskakiwały na swoje miejsce, tylko z ostatnim męczył się nieco dłużej. Na zmarszczonym mężczyzny czole pojawiła się kropelka potu. Obawiał się, że wpadnie mu do oka, lecz ostatecznie spłynęła prosto po nosie. Zamknięcie tymczasem ustąpiło, a metalowe drzwi w końcu stanęły otworem.

Pomieszczenie pozbawione było okien, więc znów musiał posiłkować się latarką. Po prawej stało metalowe krzesło i biurko zawalone jakimiś papierami. Na wprost zobaczył wielką przeszkloną szafkę z lekami, która stanowiła cel tej wyprawy. Gdy zaś oświetlił lewą część pokoju jego oczom ukazały się zwinięte w pozycji embrionalnej zwłoki kobiety. Podszedł bliżej by się przyjrzeć. Twarz martwej zasłaniała plątanina brudnych włosów, co oszczędzało mu widoku nieprzyjemnych szczegółów. Widział wielu umrzyków i zdążył trochę do tego przywyknąć, ale wciąż napawało go to niepokojem. Poczuł nadchodzącą falę mdłości. Może to ten widok, a może tylko głód. Znów zerknął na dozymetr. Trzy żółte kropki świeciły stale, pierwsza czerwona zaczynała mrugać do niego ostrzegawczo. Zmarnował tu wystarczająco dużo czasu.

Gablota pełna była przeróżnych medykamentów. Nie spodziewał się, że będzie ich aż tyle. Nie mogąc zabrać wszystkich zaczął wybierać te najcenniejsze. Wspomagał się swoim notesem, w którym sporządził uprzednio listę tego, co najbardziej potrzebne i układał w rządkach kolejne pudełka. Kiedy wrzucał je do torby zauważył jeszcze jeden kłopot - małe rozdarcie na dnie plecaka. Większość środków, jakie zamierzał zabrać była opakowana w duże blistry i nie powinien ich po drodze pogubić. Wyjątek stanowiły leki dla Anny - drobne pigułki zamykane w małych fiolkach. Zacisnął usta powstrzymując przekleństwo. Mógł oczywiście upchnąć kilka po kieszeniach, ale w ten sposób zgarnąłby zaledwie małą część zgromadzonych tu bogactw. A nie chciał wracać do tej strefy śmierci. Najlepiej byłoby przełożyć ampułki do jakiegoś większego pojemnika, gdyby taki wpadł mu w ręce. Rozejrzał się nerwowo po aptecznym magazynie oświetlając każdy kąt, ale poza śmieciami nie znalazł nic użytecznego, choćby zwykłej reklamówki. I wtedy przypomniał sobie o czerwonej puszce. Szybko wypadł z pomieszczenia i przyniósł pudełko w kształcie serca. Wyglądało na wystarczająco duże by pomieścić wszystkie leki dla Anny. Gdy było już pełne, umieścił je na spodzie torby, resztę przestrzeni wypełniając pozostałymi zdobyczami. Z trudem zawiązał pełny pakunek i ruszył w drogę powrotną.

Gruzowisko z tej strony wyglądało mniej przyjaźnie. Co gorsza musiał nieść przed sobą plecak i uważać, by nim o nic nie zahaczyć. Poruszał się więc powoli przekładając pakunek coraz wyżej i wyżej. Zanim dotarł na górę zaczęła go boleć głowa. Starał się myśleć, że to wyłącznie zmęczenie, a nie coś poważniejszego. Postanowił też nie patrzeć więcej na wskazania urządzenia - i bez niego wiedział, że musi się stąd jak najszybciej wydostać. Próby przyspieszenia ruchów prowadziły do tego, że więcej cegieł wysuwało się spod jego nóg i było jeszcze gorzej. Gdy poruszał się spokojnie, poświęcając nieco czasu na zbadanie każdego kolejnego punktu podparcia, czło dużo lepiej. W kilka męczących chwil zdołał dotrzeć na górę. Powoli, uważając na wystające elementy, wypchnął na zewnątrz swój bagaż, po czym sam skierował się ku Słońcu. Gdy wystawił głowę na światło dzienne w jego serce wlała się nowa nadzieja. Z większą werwą zaczął się wygrzebywać z gruzowiska i wtedy poczuł, że coś trzyma go za lewą nogę. Natychmiast oblał się zimnym potem. Czy to możliwe, że tamta kobieta jednak żyła? A może nie sprawdził wnętrza dokładnie i był tam ktoś inny? Odruchowo szarpnął mocniej by się uwolnić. Materiał nogawki został rozerwany, a ostra metalowa krawędź rozcięła łydkę. A więc to tylko żelastwo, o które zaczepił, a nie niedoszły nieboszczyk, próbujący ściągnąć go na dół. Odetchnął z ulgą, choć nadal był uwięziony. Dalsze szamotanie się nie miało sensu, zamiast tego wycofał się trochę i wolno ruszył do przodu unosząc zranioną kończynę i starając się nie wpaść drugi raz w tę samą pułapkę. Udało się! Oddychał coraz ciężej, po nodze spływała mu krew, a skronie pulsowały nieznośnym bólem, lecz zdołał się uwolnić. Chwycił mocno swój plecak i podniósł się na równe nogi. Zakręciło mu się w głowie. Dopiero wtedy zdał sobie sprawę ze swojego osłabienia. Był już jednak tak blisko! Musiał wytrzymać. Dla Anny. Zaciskając zęby schodził z usypiska. Całą swoją uwagę skupiał na utrzymaniu równowagi. Gdyby ktoś lub coś czekało na niego na dole, nawet by tego nie zauważył. Drepcząc powoli na dół myślał wyłącznie o niej i o powrocie do kryjówki. I jeszcze zastanawiał się, czy te czerwone kropki były na gruzowisku wcześniej, czy pojawiły się teraz, gdy wychodził. To niemożliwe, że jego noga tak obficie krwawiła. Przecież to ledwie zadrapanie…

Rozejrzał się dopiero, gdy dotarł na dół. Szczęśliwie miasto było równie opustoszałe co do tej pory. Tylko tumany kurzu przesuwały się po asfalcie niesione wzmagającym się wiatrem. Mężczyzna nie zwlekając ruszył w kierunku auta. Kulał i czuł się coraz gorzej, ale każdy przebyty metr napełniał go otuchą i przybliżał do pomyślnego zakończenia tej przygody. Wystarczyło jedynie wsiąść do samochodu i oddalić się czym prędzej. Przez ten pośpiech niemal popełnił największy tego dnia błąd. Już chciał złapać za klamkę, gdy przypomniał sobie o własnym zabezpieczeniu. Sięgnął do kieszeni spodni w poszukiwaniu kluczyków. Nie było ich tam. W drugiej znalazł wyłącznie latarkę i wytrychy. - Szlag! - Czyżby je zgubił wyczołgując się z apteki? Bez auta był już martwy. Nie dojdzie nawet do granicy tej wymarłej dziury. Wyciągnął wszystko z kieszeni i coś brzęknęło o chodnik. Spojrzał pod nogi próbując skupić wzrok. Najwyraźniej zaczynał mieć problemy z widzeniem, bo zlokalizowanie przedmiotu zajęło mu kilka długich oddechów. Klucz, ten od drzwi. Czując rosnącą panikę mężczyzna obmacywał swoją kamizelkę. Bez większych nadziei, bo rzadko wkładał do niej cokolwiek. A jednak! Odnalazł na piersi charakterystyczny kształt. “Co też mnie podkusiło?” myślał wydobywając kluczyki drobną dłonią. Jeszcze tylko przycisk i już siedział za kierownicą odpalając silnik.

Zbierało mu się na wymioty, jakby poprzedniego dnia wypił o wiele za dużo, by móc dziś prowadzić auto. Póki co, za najważniejsze uznał wydostanie się z terenu zabudowanego. Mieścina nie należała do największych, więc udało się tego w miarę szybko dokonać. Później zostało przed nim zaledwie nieco ponad trzydzieści kilometrów prostej trasy przez pustynię. Nie wiedział, czy zdoła tyle znieść, ale przynajmniej nie ryzykował, że w coś uderzy nawet, gdyby na moment stracił przytomność i zjechał z trasy. Widok drogi i otwartej przestrzeni wlał w niego zresztą odrobinę nowych sił. Sięgnął po mikrofon CB-radia.
- Jesteś tam Wiewiór? - maska i suchość w gardle sprawiały, że jego własny głos brzmiał dziwnie i obco.
Minęła prawie minuta nim z radia rozległ się nieprzyjemny szum, z którego dało się wyłowić znajomy głos.
- Jestem twardzielu. Co z tobą?
- Słabo, ale mam towar - odkaszlnął i przełknął ślinę - Jak się czuje Anna?
- Lepiej - kolejne trzaski - Pytała o ciebie.
Poczuł ulgę, a jednocześnie do oczu napłynęły mu łzy. Wciąż była szansa, że zdąży jej pomóc, ale czy wystarczy mu sił by ją chociaż zobaczyć?
- Jestem na osiemdziesiątce ósemce. Jeśli nie dotrę za kwadrans to będziecie musieli się do mnie pofatygować.
- Jasne, przyjąłem. Trzymamy kciuki.
Nie spodziewał się, by to cokolwiek pomogło, ale na tym etapie nie pogardziłby żadnym wsparciem, choćby symbolicznym. Przede wszystkim jednak liczył na siebie i na to, że da radę to jakoś przetrwać. Zacisnął zęby i wcisnął gaz w podłogę.

Mniej więcej w połowie podróży obudziło go szarpnięcie kierownicy. Widocznie na mgnienie oka odpłynął i zjechał na pobocze. Skierował znów samochód na środek jezdni i spróbował skupić wzrok na trasie. Nie przychodziło mu to łatwo. Z każdą minutą świat stawał się coraz bardziej nieostry. Na liczniku kilometrów nie rozpoznawał zmieniających się cyfr. Na szczęście ciemna linia drogi wyraźnie odcinała się od otaczającego ją piasku pustyni. Mężczyzna zdawał sobie sprawę, że ledwo udaje mu się jednocześnie trzymać wciśnięty pedał gazu i prowadzić auto we w miarę pożądanym kierunku. Chciał poinformować o tym chłopaków, ale sięgnięcie po radio byłoby zbyt wielkim wysiłkiem. Musiał dać radę. To tylko gaz i kierownica. Dla Anny.


***

- Jezu Chryste, zobacz jak on wygląda!
Męski głos, tuż obok.
- Pomóż mi.
To chyba Joe. Próbował go wyciągnąć z auta. Chwilę później wlekli go już między sobą. Nie mógł im pomóc choć próbował z całych przebierać nogami.
- Widziałeś jego twarz? Jego zegar? Przyjął taką dawkę, że powinien świecić jak żarówka.
- Zamknij się.
- Powinien już dawno nie żyć, a dojechał aż tutaj. Sukinsyn…
- Zamknij mordę, Joe!
Kiedy prowadzili go po schodach do schronu, nieoczekiwanie podniósł głowę.
- Metalowe pudełko - wyartukułował z wysiłkiem. - Leki dla Anny.
- Dobrze, stary - Wiewiór mocniej ścisnął jego ramię. - Już dobrze.

Gdy odzyskał przytomność leżał na łóżku w ambulatorium. Chyba wymiotował, w każdym razie czuł smród wymiocin. A może to pomarańcze tak pachną? Nie miał pewności. Przed oczami widział teraz tylko szare plamy, do uszu docierały strzępki rozmów gdzieś obok. Nie umiał określić czy słyszy je naprawdę, czy są wyłącznie wytworem uszkodzonego mózgu. Jak mógł być czegokolwiek pewien, kiedy nawet ból przeszywający jego ciało wydawał się nierealny. Umierał, nie było co do tego wątpliwości. Grunt, że zdobył lekarstwo dla Anny. Ocalił ją. Tak jak obiecał.

***

Wiewiór stał oparty o ścianę i bezskutecznie próbował zapalić papierosa drżącymi dłońmi.
- Powinniśmy mu powiedzieć - powiedział cicho.
- A ty znowu swoje. Weź już skończ.
- Koleś się poświęcił. Nie sądzisz, że zasługuje na to, by wiedzieć za co? - nie dawał za wygraną rudy.
- Zrobił to, czego chcieliśmy- w głosie mężczyzny nie było żadnych emocji poza zniecierpliwieniem. - Dzięki temu pożyjemy trochę dłużej. Ja, ty i reszta.
- Ale myślał, że robi to dla niej. A ona nie żyła na długo przed tym nim wyszedł na górę. Powinniśmy mu wtedy powiedzieć…
- I co, myślisz, że wtedy by pojechał?
- Nie wiem. Może…
Joe pokręcił głową.
- Widziałeś jaki był przy niej. Prędzej by się zwyczajnie załamał, a my bylibyśmy w dupie, bo żaden z nas nie przetrwałby takiej wycieczki. A tak to chociaż był z niego pożytek.
Wiewiór w końcu odpalił fajkę i mocno się zaciągnął.
- Bydle z ciebie, Joe.
- A myślisz, że jak przeżyłem tu tak długo?
 
__________________
Jeśli w sesji strony tematu sesji przybywają w postępie arytmetycznym a strony komentarzy w postępie geometrycznym, prawdopodobieństwo że sesja spadnie z rowerka wynosi ponad 99% - I prawo PBFowania Leminkainena
Zombianna jest offline  
Zamknięty Temat



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 17:00.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2024, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172