Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > Zakątek LI-teracki > Artykuły, opowiadania, felietony > Ogólne RPG
Zarejestruj się Użytkownicy


komentarz
 
Narzędzia artykułu Wygląd
<!-- google_ad_section_start -->nWOD: Śmierć nie nosi rękawiczek (próbka stylu przyszłego MG)<!-- google_ad_section_end -->
nWOD: Śmierć nie nosi rękawiczek (próbka stylu przyszłego MG)
Autor artykułu: Boguniemil
09-04-2017
nWOD: Śmierć nie nosi rękawiczek (próbka stylu przyszłego MG)

Dave siedział na krześle w ostrym i białym świetle jarzeniówek. Zaciskał bezwiednie pięści czując, jak zaczynają go łapać pierwsze objawy ostrego stanu odstawieniowego. Nie brał już od dwunastu godzin i brak narkotyku w organizmie zaczynał boleśnie dawać o sobie znać. Na czole zbierały mu się ciężkie i słone krople potu. W ustach czuł metaliczny posmak krwi z przegryzionej wargi. Miejsca po ukłuciach igły swędziały niemiłosiernie, bąble pokrywające wnętrza dłoni popękały kilka godzin wcześniej. Dave oddałby w tym momencie wszystko za choćby najmniejszą dawkę narkotyku. Niestety na to nie miał co liczyć. Cholerny pech, pomyślał. Cholerny, pieprzony pech.
Usłyszał szybkie kroki. Szczęknął zamek w drzwiach. Do sali przesłuchań wszedł wysoki mężczyzna w eleganckim płaszczu. Jarzeniówka zabrzęczała irytująco, światło przygasło tylko po to, by po chwili rozjaśnić pomieszczenie na nowo, co oślepiło chwilowo Dave'a. Gdy odzyskał wzrok nieznajomy mężczyzna siedział już po przeciwnej stronie stołu z założonymi na piersi rękoma.
- Mogę dać ci coś na drgawki.
- Obejdzie się - odszczeknął Dave.
- Potrzebujesz jasności umysłu. W tym stanie nie udzielisz mi potrzebnych informacji. Pozwól że nakreślę sytuację - nieznajomy pochylił się nad stołem. Miał blado-niebieskie głęboko osadzone oczy i lekko wykrzywione wargi. Dave nie miał pojęcia, dlaczego rzuciło mu się to w oczy. - Opowiadasz prawdę i tylko prawdę, dostajesz kasę i możesz iść ćpać dalej. Nikogo tutaj nie obchodzisz. Mogę cię stąd w każdej chwili wykopać żebyś dalej spał w kartonach po fajkach i żeby cię prędzej czy później załatwił jakiś inny naćpany żul. Ale mogę też cię tutaj przetrzymać, w celi bez okien, za to z miękkimi ścianami. Zafundować ci bezpłatny odwyk. Jak sądzisz, ile wytrzymasz nim zwariujesz? Dwadzieścia godzin? Trzydzieści? Wszystko zależy od tego - Dave wpatrywał się uparcie w swoje stopy - Czy będziesz mówił. Prawdę. Tak, żebym uwierzył.
Dave uśmiechnął się nieoczekiwanie. Był to uśmiech pełen rezygnacji.
- Dobra, szefie.
- Weź to. - biała pigułka wielkości małego kciuka. Posmak goryczy. Minuta ciszy. Dave wciąż czuł na sobie wzrok nieznajomego a lekarstwo powoli zaczynało działać. Poczuł się lepiej, puściły spięte mięśnie karku i brzucha. Podniósł wzrok z kolan, spojrzał na śledczego.
- No więc to było tak. Jak mamę kocham opowiem dokładnie to, co widziałem.
- Mów, Dave. Mamy przed sobą całą noc.

*

- Siedziałem w barze, było jakoś po północy chyba. Do końca nie pamiętam. To było na Gorsy's Street.
- Masz na myśli tę spelunę "Butę Durnhama"?
- Ta. W każdym razie byłem już bez kasy, ale do środka wlazły Cioty. Więc podbiłem, wiesz szefie, jak się koło nich dobrze zakręcić to można czasem zarobić na działkę. Albo chociaż na browara.
- Mieliśmy swego czasu trochę problemów z Ciotami - przerwał śledczy wpatrując się w wiercącego się na krześle Dave'a - Znam ich... techniki.
- Taaa... no więc to było tak...

*
Buta Durnhama była tej nocy pełna gości. W zadymionym wnętrzu śmierdziało alkoholem, ziołem i tytoniem. Przez opary przebijał się widok trzech podwyższonych, owalnych platform, na których tańczyły striptizerki. A dokładniej rzecz ujmując kobiety gnące się niezgrabnie w rytm szybkiej i płasko brzmiącej elektronicznej muzyki. Ich sylwetki jawiły się w szarych kłębach dymu niczym zjawy.
Curtis, zwany Dowodzącą Ciotą, wybrał stolik w kącie, skąd on i reszta ekipy mieli dobry widok na resztę lokalu. Cioty przybyły ubrane jak gwiazdy rocka z dawno zapomnianych lat siedemdziesiątych. Niektórzy nosili włosy w kolorze różu i ubierali srebrne, nabijane ćwiekami skórzane kurtki. Inni zadawalali się rozpiętymi koszulami i luźnymi, srebrnymi albo różowymi workowatymi dżinsami. To był ich znak rozpoznawczy i - oj mamuniu - można było ich dzięki niemu rozpoznać z odległości kilometra.
Barwna ekipa natychmiast skorzystała z usług kilku panów, którzy na polecenie barmana natychmiast wychynęli z niższego piętra "Buty". Durnham znał zwyczaje i preferencje Ciot i wiedział doskonale, że trzeba zadośćuczynić ich żądaniom jak najprędzej się da. To zmniejszało ryzyko potencjalnych burd z których ta grupa popaprańców słynęła w tej części miasta.
Cioty zajęły się zagadywaniem specjalnie wyselekcjonowanych w tym celu pracowników baru, Curtis zamówił piwo - to dobrze rokowało, kiedy zaczynali od piwa - i wszystko wydawało się zmierzać w dobrym kierunku. Przynajmniej dopóki Durnham nie spostrzegł, że przez kłęby dymu przebija się w stronę stolika Ciot bezzębny Dave.
- Patrzcie!
- Siemasz Dave!
- Wyglądasz, jakby cię twoja własna matka bejsbolem w dupę wyruchała
Barwna ekipa wybuchnęła śmiechem. Curtis klepnął siedzącą najbliżej niego Ciotę w plecy.
- Zrób miejsce dla Dave'a.
Klepnięty parsknęł śmiechem, ale targnął posłusznie swoim krzesłem tworząc przestrzeń między sobą a Dowodzącą Ciotą. Któryś z chłopców do towarzystwa podsunął dodatkowe krzesło, Dave doszedł chwiejnym krokiem do stolika.
- Siadaj, siadaj - powiedział przymilnie Curtis, wskazując dodatkowe krzesło - Siadaj i opowiadaj chłopcze.
- Poebuę dauki - wybełkotał bezzębny Dave. Cioty znów ryknęły śmiechem. Nie śmiał się tylko Curtis. Dowodząca Ciota spojrzała uważnie w błądzące, niewidzące oczy półprzytomnego narkomana.
- Nie ma działki, Dave. Nie ma dzisiaj, rozumiesz?
- Buaguam...
- Jak obciągniesz wszystkim, to stawiam ci działeczkę!
- Co tam, Dave? - Curtis nie odrywał wzroku od twarzy narkomana - Rick przedstawił propozycję. Co ty na to? Dave?
Ktoś przebiegł koło stolika ciot, przecisnął się przez mały tłumek ludzi stojący pod platformą z tańczącą prostytutką i dotarł do kilku siedzących przy samym wejściu osób. Pochylił się nad jedną z nich. Cioty nie zauważyły jak szepce coś do ucha nieznajomym, nie dostrzegły też kiedy ciemne postaci podniosły się ze swoich miejsc.
- Nauperw dziauka - bełkotał Dave.
- Powiem ci coś, kochanie - Rick pochylił się nad stołem - Właź tu na blat, otwieraj tą twoją śmierdzącą gębę i rób dokładnie to co ci powiem, rozumiemy się? Dave! Dave, patrz tutaj!
Szelest plastikowej torebki zwrócił uwagę narkomana. Dave z trudem odszukał wzrokiem twarz Ricka. Następnie jego spojrzenie spoczęło na trzymanym w dłoni cioty woreczku z ładnie wyglądającym białym proszkiem. Flaki Dave wykręciły się w niemalże bolesnym pragnieniu. Niemrawo podniósł się z krzesła i wlazł na stół. Z blatu poleciały butelki niedopitego piwa i popielniczki. Cioty zaczęły donośnie dopingować Dave'a głośnymi okrzykami i oklaskami. Rick z tryumfalnym uśmiechem wstał i rozpiął spodnie. W głośnikach huczało głośne techno, ktoś odpalił różnokolorowe lasery które cięły teraz zadymione wnętrze lokalu smugami czerwonego, białego i niebieskiego światła.
I wtedy do Ciot dotarli nieznajomi z przeciwnego końca lokalu. Ryczący ze śmiechu Curtis zobaczył dziwną gwardię pierwszy. Najpierw dojrzał trzy rosłe sylwetki a następnie jego wzrok powędrował w dół. I śmiech zamarł mu w gardle.
Zobaczył małego potwora o nieproporcjonalnie wielkiej głowie i chudym ciele z guzami wielkości dojrzałych pomarańczy w okolicach stawów łokciowych i nadgarstków. Z twarzy prawie zupełnie pozbawionej nosa patrzyły na niego przekrwione oczy. Jedno duże, załazawione i lekko zezujące do środka, drugie małe, paciorkowate z czerwoną i opuchniętą powieką.
- Czego? - warknął Rick, Dave chciał odwrócić głowę, kilka innych ciot wiedzionych instynktem sięgnęło za pazuchy po swoje kastety, noże albo tanie, zawodne pukawki, ale żadna nie zdążyła.
Skoczyło tych trzech którzy stali z tyłu, za małym zdeformowanym potworem.
Curtis zaczął krzyczeć, a ciemne kształty wpadły na cioty i przez chwilę zapanował niemożliwy do opisania chaos. Coś mlasnęło obrzydliwie, rozległ się okropny wrzask, Dave spadł ze stołu prosto pod nogi tłumu gości, który rzucił się do ucieczki.
I nagle z tego kłębu kotłujących się ciał Ciot i nieznajomych istot trysnęła fala gorącej krwi, jakby ktoś chlusnął nią z wiadra.
Dave czuł jak miażdżą go stopy uciekających gości. Koncentrując się na przetrwaniu i zapominając o głodzie na kilka chwil, odczuwając uderzającą mu do głowy andrenalinę, jakimś cudem podniósł się na nogi. Rzucił się w stronę wyjścia, minął platformy, prawie znów się wywrócił gdy wpadł na niego jakiś przerażony chłopak a potem... uderzył go chłód panujący na zewnątrz. W pobliżu wyły już policyjne syreny. Kuśtykając Dave dotarł do dużego, blaszanego pojemnika na śmieci stojacego po drugiej stronie ulicy. Otworzył wieko i z jękiem wgramolił się do środka. Zamarł bez ruchu starając się uspokoić oddech. Czuł pod ciałem miękkie odpady zgromadzone w foliowych workach. Śmierdziało strasznie i na dodatek słyszał ciche, szybkie stukanie w rytmie staccato. Karaluchy. Ale wszystko lepsze od tego co tam się wydarzyło... Chryste co to było...
Leżał zwinięty w kłębek do czasu, aż znalazła go policja.

*

- I tyle? - śledczy odchylił się w krześle - Mało to szczegółowe. Mało pomocne.
- Tylko tyle widziałem. Przysięgam. Ta ciota Curtis przyjrzał się im lepiej, musicie go znaleźć jeśli chcecie więcej detali...
- Curtis leży w kostnicy razem z resztkami jego kumpli, Dave. Ktokolwiek ich załatwił zrobił to w stylu wściekłego tygrysa. Moi chłopcy praktycznie ślizgali się na krwi kiedy zbierali porąbane na kawałki ręce, nogi i to co zostało z głów.
Dave zadrżał.
- Sprawcy rozpłynęli się w powietrzu. Przesłuchujemy jeszcze pedałów Durnhama i tych gości "Burty" których udało się zlokalizować. Ale ty byłeś naocznym świadkiem. I nie powiedziałeś mi nic nowego.
- Szefie, ja...
- No nic - przerwał mu głośno śledczy - w każdym razie skłamałem, Dave. Posiedzisz sobie u nas kilka dni. Albo tygodni. Do wyjaśnienia sprawy. Chyba, że masz coś do dodania. Nie, nie odpowiadaj mi teraz. Zastanów się. Masz. - błysk foliowej torebeczki - Zażyj to. Lepiej po tym myślisz.
Dave rozerwał podaną mu folię. Zrobił to, czego tak bardzo potrzebował i odetchnął głęboko. Ulga rozlała się po jego ciele.
Śledczy podniósł się, zapiął płaszcz i uśmiechnął.
- A teraz pomyśl. I jeśli coś przyjdzie ci do głowy, zawołaj mnie. Masz na to tą noc. I następną.
Ruszył do drzwi.
Autor artykułu
Boguniemil's Avatar
Zarejestrowany: Mar 2017
Miasto: Szczecin
Posty: 1
Reputacja: 0
Boguniemil jest na bardzo dobrej drodzeBoguniemil jest na bardzo dobrej drodzeBoguniemil jest na bardzo dobrej drodzeBoguniemil jest na bardzo dobrej drodzeBoguniemil jest na bardzo dobrej drodzeBoguniemil jest na bardzo dobrej drodzeBoguniemil jest na bardzo dobrej drodzeBoguniemil jest na bardzo dobrej drodzeBoguniemil jest na bardzo dobrej drodzeBoguniemil jest na bardzo dobrej drodzeBoguniemil jest na bardzo dobrej drodze

Komentarz Autora
Język
0%0%0%
0
Spójność
0%0%0%
0
Kreatywność
0%0%0%
0
Przekaz
0%0%0%
0
Wrażenie Ogólne
0%0%0%
0
Średnia:0%

Oceny użytkowników
Język
0%0%0%
0
Spójność
0%0%0%
0
Kreatywność
0%0%0%
0
Przekaz
0%0%0%
0
Wrażenie Ogólne
0%0%0%
0
Głosów: 1, średnia: 0%

Narzędzia artykułu

komentarz



Zasady Pisania Postów
You may Nie post new articles
You may Nie post comments
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 17:26.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site
artykuły rpg

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167