Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - ogólnie > Kufer skarbów > Porzucone projekty > Opowiadania-archiwum
Zarejestruj się Użytkownicy

Opowiadania-archiwum Wasza twórczość


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 08-09-2004, 10:52   #1
 
Qbista's Avatar
 
Reputacja: 203 Qbista ma wyłączoną reputację
Miasto Mistrza Gry

Szykuje się kolejny mały pokaz moich prac, tym razem będzie to cała seria, tocząca się w okół jednego tematu. Zresztą, więcej w samych opowiadaniach. Dziś pierwsze z nich, otwierające całą serię, zatytułowane...


Smith


Gdyby ktoś dostąpił łaski wydostania się z miasta, gdyby ktoś jechał Pierwszą, kierując się na drogę stanową, zobaczyłby opartego o uliczną latarnię mężczyznę. Ubranego na czarno, w słonecznych okularach. Z uśmiechem pogardy na twarzy.

* * *

Było ciemno, zimno i tak w ogóle wrednie. A do tego lało. Ulice miasta wydawały się teraz jeszcze bardziej nijakie, szarobure. Olbrzymie, szklane wieżowce, oświetlane blaskiem samochodowych reflektorów, smog w powietrzu, smród w podziemiach. Miasto – zbieranina ludzi, którym wiecznie gdzieś spieszno i dla których liczy się jedynie czubek własnego nosa.
Miasto. Miasto Mistrza Gry.
Jednego dnia straciłem rodzinę, przyjaciół, godność, pracę. Niekoniecznie w tej kolejności. Szczerze mówiąc, gwizdałem na to. Byłem ciemnym i mogłem mieć to w dupie – Mistrz miewał czasami takie odchyły – kiedy był przygnębiony, nasz świat ze słonecznej, małej mieścinki oświetlanej jeszcze lampami naftowymi zmieniał się w ogromne metropolis skąpane w deszczu. Lecz zazwyczaj na tym się kończyło. Był litościwy.
Szedłem więc tak, zziębnięty i przemoczony, kierując swe kroki do stacji metra. Niedawno odbyłem rozmowę z jasnymi, tymi, których ruszać mi nie wolno, bo tak zarządził Mistrz. Z tą nudną, nieciekawą i wciąż zagubioną aktorką-amatorką, gburowatym antykwariuszem, który chyba jako jedyny z drużyny potrafił myśleć, panią psycholog, której wydawało się, że jest facetem, no i oczywiście z farmerem, który znalazł się tu nie wiadomo skąd i dlaczego, i zaczął przewracać wszystko do góry nogami.
Pytali. A On, Mistrz, znaczy się, odpowiadał na ich pytania moimi ustami. Pytali o to, o co mieli – kto zabił, kiedy znalazłem ciało, jakie mam alibi. Zwodziłem ich, bo taka była moja rola. Miałem im nieźle namieszać w głowach. Żeby było ciekawiej, żeby się męczyli.
Dziś byłem ważny. Miałem te cztery godziny na pokazanie ile jestem wart. Co z tego, że nagle z przemiłego epizodu, bogacza, okrążonego życzliwymi ludźmi, piękną żoną, trójką dzieci, przerodziłem się w nędznego sprzątacza, który przypadkowo odkrył w komórce zmasakrowane ciało i zadzwonił po policję? A wszystko toczyło się wokół mnie.
Skręciłem w wąską alejkę, ciągnącą się pomiędzy dwoma ogromnymi biurowcami (Mistrz uwielbiał tworzyć takie miejsca, bo według Niego było to mroczne i tajemnicze, nie obchodziło go to, że w prawdziwych miastach takie alejki nie istniały), którą miałem bliżej na stację. Ziewnąłem. Miałem okazję. Jaśni przeszukiwali w tej chwili dom ofiary, szukając poszlak, opróżniając jego lodówkę, ględząc daremnie. Odszedłem na razie w zapomnienie, ale nie było to złe. Mogłem odetchnąć.
Spytacie pewnie, jak się nazywam, a ja, szczerze mówiąc, nie będę potrafił wam na to pytanie odpowiedzieć. Powód jest prosty – w ciągu ostatnich czterech tygodni byłem kilkunastoma różnymi osobami, w różnych światach, epokach, o różnych imionach, zawodach, wyglądzie. A nazywałem się różnie – Martin, Walter, Robert, nawet Julia. Obecnie na imię mi było Harry. Harry Amstrong.
Powoli zszedłem po schodach w dół, na peron. Kupiłem od posiwiałego kasjera bilet, po czym usiadłem na ławce. Czekałem. Uśmiechnąłem się na myśl o słodkiej brunetce o fiołkowych oczach, czytającej gazetę w wagonie czwartym. Była słodka, piękna, na pewno inteligentna. Zawsze, gdy jechałem metrem, a ona siedziała na tym samym od lat miejscu próbowałem się przemóc, by do niej podejść. Była ciemną, jak i ja, ale cóż z tego? Przecież i my moglibyśmy mieć chwile przyjemności.
Świat Mistrza Gry był olbrzymi, ale niezbyt dokładny, dopracowany. Był leniem, i nie chciało mu się dbać o szczegóły. Miało to też swoje plusy – ślicznotka siedząca w metrze zawsze na tym samym miejscu, możliwość przewidzenia, personaliów osoby, która zaraz wyłoni się zza rogu, wreszcie czekające przy stoliku ciepłe, smaczne hamburgery, które nie trzeba byłoby się martwić, że ktoś je zje. Brak złodziei. I tak dalej.
Metro wjechało na stację, szybko, niepostrzeżenie, cicho. Podniosłem się z ławki, ustawiłem przy drzwiach, wszedłem.
I wtedy zrozumiałem, że coś jest nie tak.
Bo na miejscu 74, zamiast pięknej kobiety, siedział mężczyzna w przeciwsłonecznych okularach i czarnym garniaku. Obok niego następny. I następny. Każdy inny. Za dużo szczegółów, cholera, za dużo szczegółów.
A każdy z nich gapił się na mnie, jakbym był króliczkiem miesiąca.
Wracałem do gry.
Stanąłem w tym samym miejscu, co zwykle, nieopodal drzwi, chwyciłem się przytwierdzonej do sufitu stalowej rurki. Co chwila spoglądałem na trzech facetów, obserwujących mnie dokładnie zza ciemnych okularów. Szykowało się coś niedobrego. Bardzo niedobrego.
Jaśni nie znaleźli niczego w domu ofiary. Obecnie kierowali się na komisariat, zapytać o to, czy o tamto. A ja jechałem metrem, pod bacznym okiem trzech kancików w okularach. Świetnie.
Przemyślałem dostępne rozwiązania. Mogłem jak opętany rzucić się na nich i najprawdopodobniej zarobić kulkę już teraz; czekać na ostatnią stację, wtedy z pewnością wyciągnęliby mnie z metra, zawlekli w ciemny zaułek i sprzątnęli.
Dali Mistrzowi Gry kolejny punkt do zaczepienia opowieści.
Mogłem też czekać, aż wsiądzie ten gruby. Jeśli wsiądzie, rzecz jasna. A potem... Popchnąć go prosto na tajniaków i uciekać, gdzie pieprz rośnie. Ryzykowne, ale dające największe szanse na przeżycie.
Nie zdążyłem przemyśleć dokładnie plusów i minusów owego rozwiązania. Kolejka wjechała na stację, zatrzymała się. Wsiadł gruby. O stację za wcześnie. O stacje za wcześnie, cholera!
Nie było czasu, by myśleć. Gdy wsiadł, pociągnąłem go do siebie, a potem wykorzystując jego własny pęd, przewróciłem prosto na trzech osobników.
Wybiegłem, ile sił w nogach.
Po chwili wybiegli i oni. Wciąż za kamienną twarzą, bez słowa. Jedyne, co się w nich zmieniło to pistolety w rękach. Gonią mnie, a ja uciekam.
Mistrzowi musiały skończyć się pomysły, skoro skazał na śmierć takiego ciemnego jak ja. Zwykle byłem tym, który wcielał się w najważniejsze, główne role. Ale nie ginął. Nigdy. Szczerze mówiąc, nie wiedziałem, co się z nami dzieje po śmierci. I nie chciałem wiedzieć.
Wciąż lało. Wybiegłem ze stacji, skręciłem w lewo, w kierunku olbrzymiego placu, zwanego u nas „Placem Mistrza Gry”. Byle do ludzi, byle do tłumu. Tam się chyba nie odważą, chociaż...
Mistrz gry nie należy do litościwych.
Biegłem. Nie czując zmęczenia, napędzany strachem. Czując oddech trzech profesjonalnych sprzątaczy ciemnych na ramieniu. Biegłem.
A potem zrozumiałem, że to bezcelowe.
Niebo, budynki, podłoże zafalowało, rozmyło się. Zrobiło się czarno. Rozmycie. Mistrz zmieniał świat, dopasowywał niektórych ciemnych do nowych realiów, wysyła; ich w inne miejsce, czas. Wszystko musiało pasować. A ja nawet domyślałem się, kogo tym razem przenosi.
Widać, nie pasowało mu, żebym umarł tutaj, na ulicy.
Obok mnie pustka. Ciemność, nicość. Jedynie trzech tajniaków, zastygłych, zatrzymanych w biegu. Zatrzymał ich.
Zamknąłem oczy. Czekałem. Nic innego zrobić nie mogłem.

* * *

Kula minęła moją skroń o dosłownie kilka centymetrów. Rzuciłem się w bok, szukając schronienia za moją sofą. A więc jednak chciał, bym zginął tutaj. W moim obecnym domu. Małej zabitej dziurami kawalerce, zakurzonej, nawet bez kablówki (komu chciałoby się sprzątać i w pracy, i w domu?). Chciał, żeby grobem stało mi się to miejsce tutaj, za tą starą czerwonawą kanapą, na kwadratowym, szaroburym dywaniku.
Jego niedoczekanie.
Oni stali dwa metry dalej, pod brudnym oknem (ciekawe, dlaczego po prostu nie obeszli kanapy i wpakowali mi to wszystko prosto w twarz) i szyli w moim kierunku z bliżej nieznanego mi modelu pistoletu. Z tego, co zauważyłem, nie musieli przeładowywać broni. Błąd w świecie, ale za to jaki dla Mistrza użyteczny...
Dotychczas milczeli. A kiedy wydawało mi się, że niedługo jakaś zabłąkana ula znajdzie sobie drogę do mojej głowy, jeden z nich przemówił.
-Poddaj się – jego głos był bezbarwny, jakby mechaniczny. Przez głowę przebiegło mi „robot”. Uśmiechnąłem się, mimo woli.
Gorzej już być nie mogło.
-Pieprz się – odparowałem, starając się naśladować jego głos; nie myśląc się ani ruszyć. Zresztą gdybym się wynurzył i tak skończyłbym mój nędzny żywot. Więc trzeba było odejść stąd z gracją, nie?
-Poddaj się – powtórzył. Przestali strzelać. – Okażemy ci łaskę, jeśli się poddasz.
Okażemy ci łaskę – cholera, skąd oni się urwali?
-Dlaczego chcecie mnie zabić? – zapytałem, choć zdawało mi się, że znałem odpowiedź.
-Rozkaz. Od Mistrza Gry. Jego rozkazów się nie kwestionuje.
-Jesteście ciemnymi?
-Tajemnica państwowa – odpowiedzieli jednocześnie, a ich głosy zlały się w jedno.
Kroki. Idą po mnie. Teraz, albo nigdy, pomyślałem. Miałem plan. Prosty, ale genialny. Jak zobaczę ich w całej okazałości wstać, zaśmiać się im w twarz i czekać na reakcję. Strzelą, albo nie strzelą. Wszystko zależało od nich. A właściwie od Mistrza, bo to przecież on ich zaprogramował.
Sofa, rzucona o ścianę, rozleciała się na drobne kawałki. Nieco mnie zamurowało – byli strasznie silni. I przeraziło, bądźmy szczerzy.
Jakżeż musiałem wtedy prześmiesznie w ich oczach wyglądać – zwinięty w kłębek, z kciukiem w ustach. Nici z mojego planu, nici z pięknej, dystyngowanej śmierci, pomyślałem.
Wypalą, czy nie wypalą? Czy mam dziś szczęśliwy dzień?
Nie strzelili.
-Poddaj się. Zdałeś. – jeden z nich schował broń do kabury, wyciągnął do mnie rękę. – Mistrz przewidział dwa zakończenia. Wybór należy do ciebie, Smith.
Smith? A kto to niby jest? Bo na pewno nie...
-Wybieraj Smith – ponaglił.
Dopiero wtedy zacząłem się śmiać.

* * *

Gdyby ktoś dostąpił łaski wydostania się z miasta, gdyby ktoś jechał Pierwszą, kierując się na drogę stanową, zobaczyłby opartego o uliczną latarnię mężczyznę. Ubranego na czarno, w słonecznych okularach.. Uśmiechem pogardy na twarzy. Pistoletem w ręku.
Gdyby wytężył słuch, usłyszałby pewnie jego słowa, zimne, pozbawione barwy. A co mówił? Otóż wiele. Opowiadał swoją historię, opowiadał o tym, jak parszywy jest świat. Świat Mistrza Gry.
Pewnie zapytacie, jak się nazywa. A on nie będzie potrafił wam na to pytanie odpowiedzieć. Nazywał się różnie. Walter, Martin, Robert. Nawet Julia. Obecnie nazywał się Smith.
Był ciemnym, ale nie takim znowu zwyczajnym. Miał zadanie, miał misję. Był zabójcą. Ręką Mistrza Gry.
Ciemni w przygodach sami by się nie zabili, Mistrz nie mógł kazać im ot tak sobie umrzeć..

Ktoś musiał odwalać za Niego mokrą robotę...
 
__________________
MG, P+, G++, SG++, SS, SD++, K, p, Z, S---, H, D+, K, f-, h, w-, cp--, sf+, L+, NS+++, SC -, Kon+, D++, Gaz+, T+, SU?; ZC, WoD, SW, GS
Qbista jest offline  
Stary 08-09-2004, 11:25   #2
 
ant_z's Avatar
 
Reputacja: 41 ant_z ma wyłączoną reputację
hm...ciekawe podejście do sprawy... i to co lubie najbardziej... zakończenia... podobne do początku...taka klamerka...
 
__________________
jeśli masz swój świat to jesteś marzycielem
jeśli tworzysz do niego zasady to jesteś Bogiem
jeśli zapraszasz tam innych ludzi to jesteś Mistrzem Gry
ant_z jest offline  
Stary 30-10-2004, 13:55   #3
 
Qbista's Avatar
 
Reputacja: 203 Qbista ma wyłączoną reputację
Dawno nic się w dziale nie działo, więc dorzxucam kolejną częśc sagi. Trzecia też jest już gotowa, lecz dorzucę ją później

Egzekucje

To było najgorzej urządzone mieszkanie, jakie w życiu widziałem. Pełne nadmiernego, niepotrzebnego przepychu, zagracone kiczowatymi rzeźbami, obrazami. Wszędzie walały się teatralne kostiumy i scenopisy, a podłogę ścielił obrzydliwy, czerwonawy dywan.
Ja stałem, z szyderczym uśmiechem na ustach, bronią w ręku i papierosem w ustach. A ona klęczała, wpatrzona w czarną pustkę lufy, błagając o litość, o życie. Ale wciąż grała. Było to zauważalne. Prawdziwy ciemny wykreowany przez mistrza gry trząsłby się w tej chwili, błądził oczami po pokoju szukając jakiegoś ratunku, jego głos drżałby, a po podłożu ciekłaby żółtawa, mętna strużka.
Takie było życie. Ale ona jedynie grała. Klęczała, błagała, ale... Nie było tego przerażenia w głosie, w jej oczach nic się nie zmieniło. Zresztą – co miało się zmienić? Dla jasnej była tylko kartką papieru z zapełnioną danymi i fikcyjnymi personaliami. Najwyżej pójdzie do kosza. Zrobi sobie nową, ale...
Ona odejdzie.
-Błagam – niby wyjąkała, ale było to tak sztuczne, że zachciało mi się śmiać. – Proszę, oszczędź...
Pociągnąłem za spust.
A potem wyszedłem, jakby nigdy nic, z tego ohydnego mieszkania, zszedłem schodami na dół, opuściłem kamienicę. Wsiadłem do taksówki, pojechałem przed siebie. Pierwsza postać jasnych nie żyła.
Czas dopaść następne.

* * *

Pokój. Za oknem mrok, wieczór, nadchodząca noc. W środku rozjaśniająca ciemność świeca osadzona w finezyjnym, tulipanopodobnym świeczniku. Pada. Krople znaczą szyby, łączą się, tworząc fantastyczne wzory.
On stoi przy oknie i wpatruję się w ciemność majacząca za szybą. Stracił powołanie, pasję. Poczuł, że nic z tego nie będzie, że nie warto się wysilać, że to nie jego mocna strona.
Zaczął zabijać. I co gorsza zauważył, że sprawia mu to przyjemność. Pierwsza pod ogień poszła aktoreczka. Kula w łeb, i już. Karta spłonęła, popiół zniknął w czeluściach kosza na śmieci.
Uśmiecha się, szyderczo. Przyszedł czas na szpiega, nowego w drużynie, potem antykwariusza. Farmer, już i tak z nadszarpniętymi nerwami siedzi w psychiatryku. Towarzyszy mu przemiła była pani psycholog, które wydarzenia z ostatniej przygody przemieniły z lekarki w pacjenta.
Jasna siedzi przygnębiona na zielonym tapczanie, nogi podciągnęła pod siebie. Myśli, żałuje. Jeden z jasnych nie szczędzi jej kąśliwych uwag, drugi, ten od szpiega robi z siebie idiotę.
Mistrz milczy. Obmyśla strategię, intrygę, rysuje sobie w myślach miejsce zbrodni, wygląd ofiary. Może nie jest idealnym narratorem. Ale byłby z niego świetny zabójca. Zabójca artysta.
Światło miga i faluje. Świeca płonie.
Mistrz wznawia opowiadanie.

* * *

Takiej pogody w Mieście nie było chyba nigdy. Piękne, bezchmurne niebo, nie za ciepło, ale także nie za zimno, przyjemny, ciepły wiatr.
Zapadłe rudery przerodziły się w odrestaurowane, świeżo pomalowane kamienice dodające szklanemu Miastu smaku, powybijane szyby zostały cudownie, wszystkie na raz wymienione.
Jaśni zastanawiają się teraz, dlaczego aktoreczka milczy. Dzwonią, pukają do drzwi, pytają sąsiadów. Mistrz zamknął za mną drzwi. Usunął ślady. Jest profesjonalistą. Jak i ja.
Praca w Biurze Likwidacji Ciemnych, jak to sobie ową organizację nazwałem, przynosi same profity. Przede wszystkim – nie muszę obawiać się zmiany stanu życia w ciągu ułamków sekundy, nie muszę spamiętywać setek nazwisk, którymi się do mnie zwrócą; nie muszę opowiadać jasnym jakichś bzdur, które i tak im się na nic nie zdają.. Wreszcie, radość, ekstaza, jaką wywołuje u mnie widok czekającej na śmierć istoty.
Jak dotąd jedynie Ciemnych. Jak dotąd.
A teraz, kiedy Mistrz nareszcie zaczął zabijać jasnych... Warto było. Poświęcić główną rolę, pracę sprzątacza, być może perspektywę zostania w kolejnej przygodzie i bogaczem, i głównym bohaterem. Warto było. Naprawdę.
Spaceruję powoli tłocznymi ulicami miasta, w czarnym garniturze, przeciwsłonecznych okularach, ręką w kieszeni. Mam kilka chwil wolnego. Mistrz wreszcie przyśle tam policję, wyważy drzwi, zwróci ich na fałszywy trop. Jasna milczy, dostała polecenie. Potem ich rozdzieli. I do akcji wkroczę ja.
Jestem Smith. I jestem wolą samego Mistrza Gry.

* * *

Szpiega dopadłem tegoż samego dnia, wieczorem.
Rozstał się z archeologiem pod wieczór, zmęczony i nieco przygnębiony przebiegiem dzisiejszego dnia – a zaczęło się przecież niewinnie. Od głupiego przyjęcia na cześć właściciela teatru, w którym aktoreczka grywała. A potem się zaczęło.
Śledztwo, obawy, podejrzenia... Lecz nie mogli przecież biegać po Mieście w nieskończoność. Wystarczyło czekać. Opłacało się.
Gdy przekręcił klucz w zamku, byłem już w środku (ach, jak ja uwielbiam Przejścia...), i czekałem na niego. Na pistolet wkręciłem tłumik. Cicho i szybko. Profesjonalnie.
Mieszkał w wieżowcu, na ostatnim, dziesiątym piętrze. W apartamencie numer 303. Obszerne M4. Do tego całkiem pokaźnym rozmiarów wykafelkowana łazienka, kuchnio-jadalnia większa od całego mojego małego mieszkanka.
Salon w stylu francuskim - kremowe ściany, drewniana podłoga, fikuśna lampa, kominek atrapa, na nim złote, nigdy nieużywane świeczniki. Szklany stół, ogromny telewizor Philipsa przytwierdzony bezpośrednio do ściany, ustawiona gdzieś na wysokim regale, w towarzystwie francuskich książek, mini-wieża z Aiwy. Rząd francuski musiał mu nieźle płacić za sprzedawanie tajnych informacji.
W sypialni wielkie, małżeńskie łóżko, choć mieszkał sam. Ściany w kolorze łososiowym, na podłodze kolorowe dywan. Małe pomieszczenie pełniące funkcję garderoby.
Tam się zaczaiłem.
Nieświadomy niczego, po wcześniejszym skorzystaniu z toalety, padnięty, rzucił się na tapczan, z błogim westchnieniem faceta po ciężkim dniu w pracy.
Otworzyłem drzwi garderoby.

* * *

Mistrz tłumaczy, mówi dużo i szybko, a on mało rozumie. Siedzi na dziwnym, metalowym krześle w kuchni Mistrza, przy brązowym stole/blacie. Słucha z kamiennym wyrazem twarzy. Choć sam dobrze wie, co się święci. Wie, dlaczego Mistrz wyprosił go na chwilę z pokoju i ich rozmowa przeniosła się tutaj.
-Nasłuchiwanie – wypala Mistrz Gry, a on, zniechęcony, zagląda do karty.
-Sześćdziesiąt pięć – odpowiada. Mało, jak na szpiega. Mistrz wykrzywia w twarz w obrzydliwym grymasie, jakby znał już wynik rzutu. Podaje mu dwie przeźroczyste, dziesięciościenne kostki.
Rzuca. A potem wstaje, zrezygnowany, pewny tego, co za chwile nastąpi. Zdający sobie sprawę z tego, jak blisko, i jak daleko był od sukcesu. Mógł go usłyszeć, mógł spróbować się bronić. Wyciąga z szafki szklankę, podchodzi lodówki, raczy się zimnym sokiem pomarańczowym. Mistrz pozwolił, udostępnił im wszystko, co znajduje się w jego domu na czas przygody. Więc korzysta. Zresztą, musi odreagować.
Nie ma już po co rzucać na uniki, nie ma co próbować dosięgnąć broni, którą porzucił gdzieś w salonie, w kieszeni marynarki.
Stracił szpiega.
Mistrz opowiada wszystko ze szczegółami, scena śmierci wydaje się niebywale dokładna, przemyślana. Zrzuca całą winę na obcy wywiad, który zidentyfikował go, odnalazł, zlikwidował. Żaden z jego opisów nie był tak dokładny jak ten. Opis tragedii. Śmierci jego najlepszego przyjaciela. Cząstki siebie.
Dopija sok do końca, przekazuje Mistrzowi Gry kartę.
Wracają do ciemnego pokoju, oświetlanego jedynie przez drobną, białą świecę. Wracają do świata fantazji, świata wykreowanego przez szaleńca, żądnego śmierci ich samych, tyle, że w innej postaci.
W oświetlonej blaskiem żarówki kuchni, zdającej się być już jakby częścią innej rzeczywistości, na brązowym stole leżą dwie przeźroczyste kostki. Przygotowane specjalnie na taką okazję. Wskazują liczbę wyrzuconą przez ostatniego z jasnych.
Sześćdziesiąt siedem...

* * *

Rozpadało się. Lecz był to deszcze ciepły, wiosenny, mżawka. W oknach szklanych budynków zapłonęły światła, tworząc na mokrej powierzchni asfaltowej drogi naprawdę piękny efekt.
Został antykwariusz. Ale miałem jeszcze chwilę czasu, by powspominać, pomyśleć, może nawet pomodlić się? Nie znam żadnych Bogów. Ale co z tego?
Niech Mistrz nieco zagmatwa fabułę, pozwoli mu się jeszcze pocieszyć życiem jego postaci, już prawie rozwiązaną zagadką, skończoną przygodą.
Nie zdąży. Mistrz Gry byłby doskonałym zabójcą.

* * *

Cmentarz. Chyba jedyne miejsce w mieście, od którego nie bije nowoczesność. Stare, kamienne nagrobki, zatarte napisy, poniszczone tablice. I jedna, majacząca gdzieś na samym skraju cmentarzyska krypta. Obok tablica. Nowa, świeża, nienaruszona. Na niej wyryte trzy nazwiska. Williams, Baker, Jones.
Odziany w czarny garnitur jegomość podchodzi, kładzie na ziemi czerwoną różę, przystaje na chwilę, widocznie modli się. Potem odchodzi, zamyślony, z wzrokiem wbitym w ziemię.
Pada. Jest to jednak ciepły, wiosenny deszcz. Mżawka, można powiedzieć.
-Dziękuje, że mnie zwerbowaliście – szepce przechodząc przez pordzewiałą bramę cmentarza, skręcając w kierunku zabudowań – nie wiecie, ile mi daliście.

* * *

-Czterdzieści pięć – rzuca z niedowierzaniem Mistrz Gry, przypatrując się przeźroczystym kostkom. – zdałeś.
Na twarzy Jasnego wredny uśmiech.
-Zdałem – oznajmia jeszcze raz – zobaczyłem, i usłyszałem.

* * *

Małe, ciemne pomieszczenie, pełno antyków, jedna ściana całkowicie przeznaczona na regał z książkami. Większość mebli przykryta białą płachtą. Prawie zacząłem się bać. Prawie.
Drewniany stół, jak dla mnie XVI – XVIII wieczny. Za nim ja, z pistoletem w ręku. Naprzeciwko mnie, niezdarnie trzymający drobny pistolet, antykwariusz. Nie spodziewałem się, że będzie taki młody. Wyobrażałem sobie raczej łysawego dziadka z okularami grubymi jak dna butelek na nosie, lekko przygarbionego, wpartego na lasce. A tu stoi całkiem młody facet, ma może trzydziestkę na karku, obcięty krótko, w okularach, to fakt, ale całkowicie zwyczajnych. Nieogolony, z kozią bródką.
-Czego chcesz – wyparował. Nie bał się. Nawet się uśmiechał. Od razu mi się spodobał. Byłby ciekawym nabytkiem dla BLC. Szkoda, że jest jasnym. Takich nie da się zaangażować.
-Cóż, po tym, co stało się z Twoimi przyjaciółmi, powinieneś wiedzieć – odwzajemniłem uśmiech. Przesunąłem się dwa kroki w bok, pod fotel, nie spuszczając go z muszki.
-Dla kogo pracujesz?
-A czy to przesłuchanie, przyjacielu?
-Jak dla mnie to egzekucja, bracie? - wysilił się na sarkazm. Świetny chłop, jak nic... – Dla kogo pracujesz?
-Dla wpływowego człowieka – po części mówiłem prawdę, ale i tak nie uwierzy, to pewne.
-Kłamiesz. Wszyscy zabójcy kłamią.
Dopiero teraz usiadłem. Chciał rozmawiać, nie strzelać. Niech mu będzie. Pogadajmy.

* * *

Świeczka gaśnie. Dwoje Jasnych, pozbawionych swych postaci, siedzi na zielonej rogówce. Myślą. Czekają. Mistrza, jak i ostatniego „pozostałego przy życiu” Jasnego, nie ma.
Wyczekują.
Za ścianą, w kuchni, przy brązowym blacie trwa pogawędka. Przyjazna, ciepła. Nie jest to jednak rozmowa Jasnego i Mistrza.
To rozmowa antykwariusza i zabójcy.

* * *

Ten dom opuściłem z antycznym świecznikiem w ręku, zadowolony z przebiegu wydarzeń.
W tej grze nie ma zwycięzców czy przegranych. Są tylko żywi lub martwi. Antykwariusz przeżył, bo był wart życia. Zdał test.
Odchodzę z jego mieszkania z uśmiechem na twarzy, choć jednego żałuję. On jest jasnym. A byłbym świetnym nabytkiem dla BLC.
 
__________________
MG, P+, G++, SG++, SS, SD++, K, p, Z, S---, H, D+, K, f-, h, w-, cp--, sf+, L+, NS+++, SC -, Kon+, D++, Gaz+, T+, SU?; ZC, WoD, SW, GS
Qbista jest offline  
Stary 27-11-2004, 21:59   #4
 
Milly's Avatar
 
Reputacja: 626 Milly to imię znane każdemuMilly to imię znane każdemuMilly to imię znane każdemuMilly to imię znane każdemuMilly to imię znane każdemuMilly to imię znane każdemuMilly to imię znane każdemuMilly to imię znane każdemuMilly to imię znane każdemuMilly to imię znane każdemuMilly to imię znane każdemu
Noo, powiem Ci, że się rozpłynęłam przy czytaniu tego opowiadania (właściwie to dwóch ). Jestem zdruzgotana (pozytywnie) nowatorskim podejściem do tematu. Pierwsze opowiadanie niemiłosiernie kojarzyło mi się z Matrixem. Natomiast drugie, to już czysta poezja. Bardzo dobre przejścia z płaszczyzny gry do płaszczyzny świata rzeczywistego. Historia opowiadana oczami BNa, oczami niezależnej istoty mieszkającej w umyśle Mistrza Gry, świadomej wszystkiego, co zachodzi w świecie przez niego wymyślonym. Powiem Ci, że nigdy nie podeszłam do tego w ten sposób. Moich BNów traktowałam zawsze całkowicie inaczej. Twoje opowiadanie pokazało mi, że można podejść do tego w całkowicie odmienny sposób. Przekazujesz jakąś niemiłą prawdę, która tkwi gdzieś w każdym MG, ale której niechętnie się dotyka. Świetny klimat, bardzo dobra narracja, literówek się czepiać nie będę wszystko trzyma się kupy, a do tego treść z przekazem. Gratuluję - zyskałeś właśnie fankę Czekam na kolejne Twe dzieła.
 
Milly jest offline  
Stary 28-11-2004, 12:07   #5
 
Qbista's Avatar
 
Reputacja: 203 Qbista ma wyłączoną reputację
Dziękuje za dobre słowa... A oto trzecia część MMG, którą obiecałem, a jakoś zapomniałem zamieścić:

Przewrót

Wbiegł na pierwsze piętro nie oglądając się siebie. Wiedział, że były za nim. Wiedział, że go dopadną. Ale uciekał. Zawsze warto pożyć choć kilka chwil dłużej. Zakręcając w korytarz oddał kilka strzałów w stronę schodów. Nie widział żadnego, ale wiedział, że one tam są. Szły po niego. Szły…

* * *

Dzień rozpoczął się dla niego około godziny szóstej czterdzieści, kiedy to z otchłani snu wyrwał go straszliwy jazgot budzika. Zwinnym machnięciem strącił elektroniczny zegar z półki, uciszając go ostatecznie. Zastanawiał się przez chwilę, czy nie zdrzemnąć się jeszcze, ale ostatecznie zgramolił się z czarnego tapczanu w okolicach godziny siódmej.
Za oknem lało. Deszcz miarowo zacinał w szyby, co nie poprawiło jego i tak fatalnego nastroju. Nienawidził deszczu, wilgoci, a już najbardziej tej pluchy, której wszędzie było pełno.
Z szafy wyciągnął czarny garnitur, parę lakierek, zapiął zegarek, założył na nos przyciemniane okulary. Z wieszaka ściągnął parasol. O siódmej dwadzieścia opuścił mieszkanie.
Szykowało się najgorsze sześć godzin jego życia, ale, rzecz jasna, nie mógł jeszcze o tym wiedzieć.

* * *

Za oknem prawie tak wrednie, jak w jego świecie. Zimny, listopadowy wieczór, lekka mżawka, silny wiatr.
Tym razem nie zapalił świecy. Każdemu z Jasnych wręczył po kiepskiej latarce. Dziś błąkają się po kanałach. A nastrój jest nastrój. Aktoreczkę zastąpił policjant, miast szpiega w szambie błądzi mafioso. Tylko alchemik się nie zmienił. Ani trochę – dogląda wszystkiego z góry.
Mistrz opowiada, starając się wyrazić słowami smród, jaki tam panuje; opisać potworną atmosferę, a przede wszystkim nie pozostawić po sobie żadnych niedopowiedzeń. Nowi Jaśni zdają się być inteligentni, dużo pytają. Może ogromna bestia czająca się za rogiem ich nie dopadnie?

* * *

Nie było problemu ze złapaniem taksówki. Ledwie sobie wyobraził, że chce z owej usługi skorzystać, a ta pojawiła się znikąd, prosto przed jego oczyma. Mistrz wkładał coraz mniej uwagi w świat.
Jadąc na miejsce zastanawiał się, czy jest to rzecz dobra, czy wręcz przeciwnie…

* * *

Policjant klnąc brnie przez kanały, rozglądając się uważnie. Światło latarki dokładnie sprawdza każdy kąt, wypatrując rzekomego potwora, widzianego przez kilka osób. Krok w krok za nim mafioso, udający prywatnego detektywa, z pistoletem gotowym do strzału. Idą.
A antykwariusz, z ironicznym uśmiechem na twarzy, oparty o latarnię, pali papierosa. Czeka. Umówił się tutaj na spotkanie.

* * *

Do końca nie wiedział, dlaczego powstrzymał się, by oświetlić tamto miejsce, dlaczego stwierdził, że nie, że tam owego monstrum nie może być.
Ale było już za późno.
Monstrum wyskoczyło z rury z ogromnym skowytem, wymachując dookoła czterema rękopodobnymi kończynami. Miał chwilę, by przyjrzeć się mu dokładnie. Zielonkawa, chropowata skóra, sześć kończyn, ogromny, krzywy pysk, dwie pary niebieskawych oczu. Długi, wijący na wszystkie strony, zakończony ostrym szpikulcem, ogon.
Nie myślał wiele, wpakował w cholerstwo cały magazynek, krzycząc przy okazji w niebo głosy. Gdy zauważył, że nie wywiera to na maszkarze żadnego wrażenia, próbował uciekać. Lecz był za wolny…
Gangster tymczasem rzucić się do ucieczki. Wiedział, że gdy bestia skończy z gliniarzem dopadnie i jego. Pozostało mu już tylko uciekać.
W połowie drogi, gdy wydawało mu się, że jest już bezpieczny, spada przed nim z sufitu druga bestia.
Jasny nie chciał słuchać opisu. Po prostu wyłączył latarkę.

* * *

-Co się tu dzieje? – antykwariusz kończy jednego papierosa, po czym od razu zapala następnego. A pomyśleć, jeszcze kilka tygodni temu zawsze zwracał mu uwagę, że palenie szkodzi zdrowiu. – Co się tu, kurwa, dzieje?!
-Nie wiem, o co ci chodzi.
-Nie pieprz, Smith. Chociaż ty tu nie pieprz. Chociaż ty powiedz mi prawdę. Tamci dwaj już pewnie nie żyją, jeśli nie pokonałaby ich jedna bestia, zrobiłoby to osiem, albo i więcej.
-Jestem tylko Ciemnym. – zabójca sprawdza, czy pistolet jest na swoim miejscu, poprawia go nieco, po czym sam wyciąga papierosa, zatrzymuje go w połowie drogi do ust, po czym wyrzuca. – Palenie szkodzi zdrowiu.
Antykwariusz parska, obiegając wzrokiem okolicę. Leje coraz mocniej. Wszystko wokół faluje, migocze. Żadnych świateł w oknach, niczego. Kompletna pustka.
-Pieprzenie w bambus – wskazuje Smithowi okolicę. – Tak się jeszcze nie działo nigdy, musisz przyznać. – Nigdy, nie?!
Agent nieśmiało kiwa głową.
-On opuścił ten świat, nie? To dlatego udało mi się wyrwać spod kontroli Jasnego i jemu się teraz wydaje, że ja wciąż tam stoję, i doglądam sytuacji.
-Mylisz się – Smith poprawia na nosie okulary, kaszle. – Ty wciąż tam jesteś. Jeśli można ta to nazwać. A rozmawiasz ze mną, bo…
-Bo?
-Bo już od dwudziestu minut nie żyjesz.
W oddali piorun uderza w kamienicę. Gdyby jej mieszkańcy pofatygowali się o piorunochron, nie stałoby się nic złego. A tak… Kamienica plonie.
Zaczyna się piekło.
Antykwariusz nie może uwierzyć w to, co słyszy. Ale wie, że Smith nie kłamie. Nie ma w zwyczaju kłamać. Jest zawodowcem.

* * *

-Jak to?! – Jasny uderza pięścią w stół, szklanki ustawione na blacie aż podskakują. – Tak po prostu?
-Dokładnie – głos Mistrza jest spokojny, nijaki, jakby nie działo się nic nienormalnego. A w ciągu ostatnich czterech minut uśmiercił wszystkie postacie… - Jakiś sprzeciw?
-Żadnego – twarz jasnego czerwienieje, zaciska pięści. – Tylko rozpierdoliłeś nam całą sesję. Nic poza tym.
Mistrz posyła mu tylko uśmiech. -Przecież chciałeś, by było hard, nieprawdaż?
Jasny nie mówi już nic. Zapada milczenie. Mistrz zaciera ręce. Smith zawiódł. Ale potwory są z reguły niezawodne.

* * *

Wbiegł na pierwsze piętro nie oglądając się siebie. Wiedział, że były za nim. Wiedział, że go dopadną. Ale uciekał. Zawsze warto pożyć choć kilka chwil dłużej. Zakręcając w korytarz oddał kilka strzałów w stronę schodów. Nie widział żadnego, ale wiedział, że one tam są. Szły po niego. Człapały, by go dopaść.
Puścił się biegiem przed siebie, naciskając kolejno klamkę w każdych drzwiach. Wszystkie były zamknięte. Zresztą, sam zastanawiał się, co by mu to dało. Taka bestia zmiotłaby tego typu drzwi z powierzchni ziemi jednym, słabym uderzeniem. Dostałyby do i tak.
Na końcu korytarza duże okno. Podbiega do niego, decydując się na skok na ulicę. Przystaje, przerażony.
Za szybą piekło. Miasto Mistrza Gry, po ulicach biegają olbrzymie monstra, pozostali przy życiu Ciemni krzyczą, błagają o litość, biegają przerażeni. Bestie dopadają ich bez trudu, zabijają, pożerają.
Zawalają się dwie kamienice, ogień rozprzestrzenia się strasznie prędko, a przecież pada. Widać, Mistrz nagiął prawa fizyki, by wprowadzić klimat i jednocześnie wszystko efektownie zniszczyć.
Pieprzony efekciarz.
Tymczasem potwory docierają już na piętro, zbliżają się powoli. Już prawie czuje ich oddech na ramieniu, wie, że już za chwilę cios ogromnej łapy pozbawi go życia. Jeśli nie skoczy.
Nie chce skakać.
Przeciwsłoneczne okulary chowa do kieszeni garnitury, przeczesuje włosy ręką. Sięgnąłby po papierosa. Ale palenie zabija.
-Zabawimy się.
Odwraca się szybko, zwinnie. W jednej ręce już dzierży pistolet, drugą dobywa kolejnego, ukrytego za plecami. Zaczyna strzelać. Nie musi martwić się o amunicję, nie musi przeładowywać. Strzela, pogrążony we wściekłości. Wie, że kule nie zabiją tych potworów. Co z tego?
Strzela.
Miasto płonie.

* * *

Mistrz zaciera dłonie. Jednego dnia zniszczył cały swój piękny świat, stracił przyjaciół, unicestwił swój najdoskonalszy twór, zabójcę Smitha. Ale czuje się z tym dobrze. Wie, do czego jest zdolny.
Poznał siebie, swoją naturę. Byłby doskonałym mordercą. Może o tym nawet pomyśli, w przyszłości?
Wygląda przez okno. Już nie pada. Po ulicy kroczy Jasna. Jego ukochana Jasna. Spogląda na nią uważnie, obserwując z trzeciego piętra żółtego bloku każdy jej uśmiech, każde machnięcie ręką.
Wie, że jej tam nie ma, ze stworzyła ją tam teraz tylko jego wyobraźnia. Nie obchodzi go to zbytnio.
-Wybacz mi aktorkę. Musiałem. – szepce do siebie.
Opuszcza żaluzję.
 
__________________
MG, P+, G++, SG++, SS, SD++, K, p, Z, S---, H, D+, K, f-, h, w-, cp--, sf+, L+, NS+++, SC -, Kon+, D++, Gaz+, T+, SU?; ZC, WoD, SW, GS
Qbista jest offline  
Stary 08-12-2004, 21:44   #6
 
Milly's Avatar
 
Reputacja: 626 Milly to imię znane każdemuMilly to imię znane każdemuMilly to imię znane każdemuMilly to imię znane każdemuMilly to imię znane każdemuMilly to imię znane każdemuMilly to imię znane każdemuMilly to imię znane każdemuMilly to imię znane każdemuMilly to imię znane każdemuMilly to imię znane każdemu
Ta część jakby mniej już zaskakuje. I jeszcze bardziej kojarzy mi się z Matrixem (nie wiem czy to tak specjalnie? Nazwisko, garnitur, miano "agent"...). Myślę, że powinieneś troszkę bardziej popracować nad tą częścią. Brakuje jej tego, co miała poprzednia. Może trochę bardziej należałoby wniknąć w postać Mistrza Gry? Może też bardziej skupić się na wnętrzu agenta? Sam pomysł jest bardzo fajny, ale ta część jest pisana tak troszkę "na odwal się", przynajmniej miałam takie nieodparte wrażenie podczas czytania Tchnij w to więcej treści, bo to opowiadanie zasługuje na to, co najlepsze. No i te przeklęte literówki :P
 
Milly jest offline  
Stary 22-12-2004, 18:52   #7
 
Qbista's Avatar
 
Reputacja: 203 Qbista ma wyłączoną reputację
Specjalnie dla Milly, część czwarta. Zagłębiająca się aż zanadto w świadomość mMistza Gry. Przperaszam za literówki, ale posyłamwam prace od razu, bez sprawdzenia literówek. Niedługo to wsyzstko poprawię...

Upadek, via Anioł


Uciekaj, Mistrzu Gry. Zawsze uciekałeś. Uciekasz i teraz, nie rozumiejąc, że przed dwoma rzeczami nie ma ucieczki. Przed miłością i przede mną.
Uciekaj, Mistrzu Gry. W końcu Cię dogonię…

Śmierć


* * *

Pogoda była wredna, i już wszystkie znaki na niebie wskazywały, że dużymi krokami zbliża się zima. Wiało, jakby miało głowę urwać. A tramwaju, jak nie było, tak nie ma.
Mistrz stoi na przystanku, okryty czarnym płaszczem z postawionym kołnierzem, błądzi myślami w chmurach, próbując doszukać się w nich choćby skrawka weny twórczej. Tej też, jak nie było, tak nie ma.
Mijają kolejne minuty, kilkoro ludzi rezygnuje, postanawia iść piechotą. On stoi, zamyślony, nawet nie zdając sobie sprawy, że jest już spóźniony.
Szczerze mówiąc, nawet gdyby wiedział, miałby to gdzieś. Tym razem to nie nauczyciel czeka na spóźnionego ucznia, ale punktualni studenci na wykładowcę. Prawidłowo. Pewnie skaczą teraz z radości. I dobrze, niech się cieszą, po studiach to życie daje już tylko w dupę, i człowiek stacza się w dół. Życie.
Kaszle w zaciśniętą pięść, bardziej z przyzwyczajenia, niż z przymusu. Wykorzystywanie takich gestów podczas wykładu jest, można by rzec, niezbędne dla utrzymania na Sali spokoju i złudnego wrażenia skupienia.
Minęło już tyle lat. Niczym piasek przesypały się z zaciśniętych dłoni, pozostawiając na rękach jedynie kilka przylepionych ziarenek. Było, minęło.
Nie wróci. A szkoda, to były dobre czasy. Kiepskie horrory, które pisał na boku, jego własny, magiczny świat, filmy na DVD, Ona…
Przerwał rozmyślanie. Nie warto wracać do tyłu. Było, minęło. Nie wróci. Już nigdy.
Splunął przez ramię, ordynarnie, głośno, chamsko. Jakaś staruszka podsumowała go słowem „cham”, dwóch stojących na przystanku dresiarzy tylko uśmiechnęło się krzywo. Zignorował wszystkich. Spojrzał na zegarek.
Ósma piętnaście. Już za piętnaście minut setka spragnionych wiedzy teologicznej debili, którzy nie dostali się na żaden inny kierunek, oszaleje z radości. Mistrzu się spóźnił. No super, jak to zwykł sobie powtarzać.
Ostentacyjnie wypuścił powietrze ustami do góry, jak gdyby był to dym z papierosa. Nigdy nie palił. I dobrze. Palenie zabija. Podobnie jak kiepskie opowiastki przy kostkach i wodzie mineralnej.
To se ne wrati.
W okolicach wpół do dziewiątej stary, obskurny tramwaj wtłacza się nareszcie na przystanek. Wsiada, zajmując miejsce przy drzwiach. Ma do przejechania jeszcze siedem przystanków na uczelnię, ale co z tego? Lepiej koczować przy drzwiach, napawając się zimnym, ale świeżym powietrzem, niż potem przepychać się, jak ostatni debil.
W życiu trzeba być cwanym, albo być psychopatą. Można pełnić też funkcję jednego i drugiego, ale…
Gruchot ruszył, zatrzęsło, wpadła na niego jakaś nastolatka, która mimo pogody ubrała się jedynie w miniówkę i fikuśną, uwodzicielską koszulkę, umalowaną tak grubo, że trudno było dostrzec, czy ładna, czy szkarada. Uśmiechnęła się zalotnie, zamrugała rzęsami. On też się uśmiechnął, ale tak raczej z grzeczności, od niechcenia.
Już nie te czasy, mała, pomyślał. Spóźniłaś się o jakieś piętnaście lat. Teraz już mi nie wypada, sama rozumiesz…
Ugryzł się w język.

* * *

W telewizji, jak zawsze, same powtórki. Zmęczony pytaniami dwudziestoletnich gówniarzy, którym wydaje się, że znają Boga jak sąsiadkę z naprzeciwka, już nie tyle ogląda, co skacze po kanałach, zadawalając się samym naciskaniem guzika.
Odpływa. Codziennie odpływa. Od dwudziestu lat…

* * *

-Podejdź, Mistrzu Gry.
Tak, do Ciebie mówię, Ciebie wzywam. Podejdź do mnie. I spójrz na swój świat…
Niepewnie podchodzi do krawędzi balkonu, kurczowo chwyta się barierki.
Miasto płonie, ludzi krzyczą, po ulicach biegają pokaleczeni ludzie, w ślad za nimi podążają ohydne potwory rodem z Lovecraftowskiej mitologii. Chciałoby się powiedzieć, znowu w domu…
-To Twoje dzieło, Mistrzu Gry. Twoje! I tylko Twoje!Błyskawicznie odskakuje do tyłu, uchylając się przed ciosem, upada na ziemię. Postać, która jeszcze przed chwilą była piękną kobietą w bieli, a obecnie mężczyzną w garniturze, z petem w gębie, spogląda na niego, uśmiechając się cynicznie.
-Cholera, zawsze zastanawiałem się, co bym Ci powiedział, gdybym Cię zobaczył.
-Słucham? Nie rozumiem…
-I ja się nie dziwię, stary…
Postać opiera się o barierkę balkonu, wyrzuca papierosa na podwórko.
-Palenie szkodzi. Podobnie jak ćpanie, Mistrzu Gry. A coś mi się wydaje, że jesteś teraz tak naćpany, że nie odróżniasz dnia od nocy, co?
Kręci głową. Sam nie wie, co się działo przez ostatnie dwadzieścia minut. Ale rzeczy sprzed dwudziestu lat wydają się być tak dokładne, jakby zdarzyły się wczoraj.
-Smith? – przypomina sobie imię swojego ulubieńca. Tamten klaska w dłonie. – Smith, to ty?
-Brawo, Mistrzu Gry, myślałem, że nigdy nie skojarzysz. Skopaliśmy razem kilka tyłków, pamiętasz?
-Co ty tu…
Mężczyzna sięga za połę garnituru, przez chwilę grzebie ręką, najwidoczniej w wewnętrznej kieszeni. Wyciąga z niej paczkę papierosów. Splamioną krwią. Podrzuca mu ją, upada na kilka centymetrów przed jego twarzą.
-Obejrzyj sobie, Mistrzu Gry, zapaliłem jednego, zanim dopadły mnie te cholerstwa. A potem, sam widzisz. Poplamiło się…
Podnosi, oglądając uważnie pudełko. Brakuje tylko dwóch papierosów. No tak, ostatnia scena i rozmowa z antykwariuszem. Skąd on to pamięta?
-Nie wiedział…
-Ta, jasne – przerywa mu, a każde słowa wymawia z przesadnym naciskiem. – Teraz to nie wiedziałem, a tak to kazałeś wszystkich mordować. Myślałeś, że my tu nie mamy uczuć, że tylko jesteśmy, i już? Myślałeś, że taki świat możesz podtrzymywać od tak sobie, wprowadzając nam do głowy kolejne fragmenty algorytmu? A co z osobowością, Mistrzu Gry? Dlaczego jedni byli tacy, inni tacy…
-Bo tak chciałem…
-Pieprzysz fleki, Mistrzu Gry. Ty tylko tworzyłeś zarys, opowiadałeś o wyglądzie, Twej głowie rodził się pomysł na, jak wy to nazywacie? NPC’a? Zresztą, nieważne. No, więc Ty wymyślałeś, a wraz z Twoją myślą oni rodzili się, błyskawicznie dorastali, formował się ich charakter. To ich słowa płynęły przez Ciebie, Mistrzu Gry, nie na odwrót.
Mistrz milczy, sam nie wiedząc, co odpowiedzieć. Mężczyzna mierzy go spojrzeniem ni to nienawistnym, ni to ciepłym.
-Od Ciebie załapałem nieco cynizmu, wiesz? Wiem, że nie jesteś cynikiem, ale każdy musi grać swoją rolę. Robisz coś dobrze, póki sprawiasz wrażenie, że robisz to dobrze. Jedno z praw Murphy’ego, wiedziałeś?
Kiwa głową. Wiedział.
No to płoń, nim zgaśniesz.
Smith uśmiecha się, macha mu ręką. Potem znika.
Mistrz budzi się na kanapie, zlany potem.
Nie brał niczego.

* * *

Miał dziwne mieszkanie. Dwupokojowe, z kuchnią, osobną łazienką i ubikacją. Oba pokoje w zielonym, kuchnia na żółto-brązowa, łazienka niebieska, ubikacja czerwona. Fatalny wystrój. Brakowało kobiecej ręki, ale żadnej obok nie miał. W rzeczywistości, rzecz jasna. Było kilka na zdjęciu klasowym sprzed dwudziestu lat, ostatnim zdjęciu, w tym chwalebnym składzie.
Obok niego, jak zawsze głupawo uśmiechnięty, Elektryk, jeden z Jasnych. Nieopodal, w garniturze, Ogr, także Jasny, najlepszy z najlepszych, odgrywał antykwariusza. Potem niski, też wystrojony, uśmiechnięty jak idiota Fyr, Jasny, szpieg. W rzędzie niżej Ona, niczym słodka idiotka, którą nie była ani w calu, z przekrzywioną głową, uśmiechnięta w obiektyw. Paczka w komplecie.
Potem rozeszli się, by spotkać się jeszcze trzy razy, i zapomnieć o sobie. Jeszcze przez chwilę kontemplował zdjęcie, po czym z rozmachem zmiótł je z półki na ziemię.
Dzień, jak co dzień…

* * *

-Och, Mistrzu, Mistrzu…
-Tak? – opiera się o barierkę już pewniej, spogląda na świat bardziej obojętnie, zaakceptował nawet wyrzut w głosie Smith’a. Nawet nie obchodziło go to, że rozmawia z wytworem własnej wyobraźni.
-Po cholerę ich zabiłeś? Po co uciekałeś?
-Zawsze uciekałem. Zawsze. Odkąd pamiętam.
-Przed czym?
-Przed wszystkim, porażką, błędami, wadami…
-…miłością?
Szturchnął go łokciem w bok.
-Dobrze wiesz, że świry takie jak ja nie umieją kochać. Jestem…
-Inny? Pierdolisz, Mistrzu. Tobie się tylko tak wydaje, bo na oglądałeś się za dużo seriali i filmów o seryjnych zabójcach, a potem dopasowałeś sylwetki tych złych do Ciebie, i wyszło Ci, że potrafisz kochać tylko cudzą śmierć.
-Odezwał się znawca. Wiesz, gdybym odbudował mój świat, dostałbyś w nim rolę psychologa.
Smith obciąga na sobie garnitur, lustruję płonące miasto wzrokiem. Klnie obleśnie, gdy jeden z potworów dopada biegnącego po ulicy mężczyznę, którego zaczyna potem konsumować.
-Ginie tak codziennie. Dzień w dzień, noc w noc, to cholerstwo dopada go w tym samym miejscu, rozszarpuje, pożera. Z miastem jest inaczej. Ono po prostu nieprzerwanie plonie…
Urywa, jego wzrok wędruje wysoko, w kierunku zakrytego ciemnymi chmurami nieba. Milczy. Chwilę nerwowej ciszy przerywa wreszcie Mistrz Gry, zorientowawszy się, że to milczenie, nie efektowna pauza.
-I po co mi to mówisz, Smith? Żeby zrobiło mi się przykro? Nie licz na to, ja… - gryzie się w język. A już chciał powiedzieć, że on nie ma uczuć. Gówno prawda. Wszyscy mają uczucia… Nawet Ciemni.
-Po co Ci to mówię, pytasz… Myślałem, że sam znajdziesz odpowiedź na to pytanie. Nie pozwól temu cholernemu skurwysyństwu dopaść go po raz kolejny.
-Jest sposób – głoś Mistrza momentalnie zaczyna drżeć, pytanie aż ocieka nadzieją na pozytywną odpowiedź.
-Jest. I Ty go doskonale znasz, Mistrzu. Nie bój się go użyć… Zrób to, jeśli nie dla Ciebie, dla tego biedaka, czy wreszcie całego świata, to dla Niej. Zadzwoń do Niej, idioto.
-Przecież wiesz, że boję się telefonów – Mistrz uśmiechnął się głupio, po czym odwrócił od barierki. Począł kierować się w stronę drzwi wyjściowych. Dopiero teraz zwrócił uwagę na pomieszczenie, w którym się znajdował. Nie za duże, może dwa metry na dwa, podłoga nie pokryta praktycznie niczym, rażąca szarością betonu. Na ścianach wycinki z jakiejś gazety, w nagłówkach motyw nieznanego zabójcy eliminującego coraz to kolejnych mieszkańców Miasta. Uśmiechnął się do swoich myśli. Drzwi do pokoju były stare, obłaziły z farby, gdy naciskał klamkę, ta zaskrzypiała, nienaoliwiona.
Obudził się.
Ni stąd, ni zowąd płomienie momentalnie zgasły, bestia rozpadła się w połowie posiłku, chmury rozstąpiły się, miasto okrył złocisty blask słońca. Otoczenie zmienia się, przybierając wcześniejszy wygląd, pojawiają się samochody, Ciemni. Uszu Smitha dobiegają odgłosy ulicy, dudnienie kół samochodowych, klaksony, nawoływania.
Zapomnieli Mistrzu Gry, bo im kazałeś. Zapomnieli o tym, że mają powód, by Cię nienawidzić. Ech, postąpiłeś jak każdy przywódca…
Spogląda za siebie. Pokój nie zmienił się ani trochę, wciąż jest taki, jaki był. Tutaj zginął. Ech, te wspomnienia…
Wychodzi z pokoju, maszeruje schodami w dół, wreszcie opuszcza kamienicę.
Ulica. Żywa, piękna, jak dawna. Lecz tym razem miasto należy już tylko do nich. Mistrz nigdy nie zadzwoni… Jaśni nie powrócą. On też nie. Już nigdy.
Zapala papierosa, zapominając o tym, że pragnął rzucić. Zresztą, co z tego, że palenie zabija? Wszyscy kiedyś umrzemy. Wcześniej,. czy też później…
Dziękuje, Mistrzu Gry.
Miło znów poczuć zapach papierosowego dymu…
 
__________________
MG, P+, G++, SG++, SS, SD++, K, p, Z, S---, H, D+, K, f-, h, w-, cp--, sf+, L+, NS+++, SC -, Kon+, D++, Gaz+, T+, SU?; ZC, WoD, SW, GS
Qbista jest offline  
Stary 22-12-2004, 23:54   #8
 
Milly's Avatar
 
Reputacja: 626 Milly to imię znane każdemuMilly to imię znane każdemuMilly to imię znane każdemuMilly to imię znane każdemuMilly to imię znane każdemuMilly to imię znane każdemuMilly to imię znane każdemuMilly to imię znane każdemuMilly to imię znane każdemuMilly to imię znane każdemuMilly to imię znane każdemu
Bardzo dziękuję. Opowiadanie spełniło moje nienasycenie psychiką Mistrza.
Pierwsza rzecz, jaka mi się nasunęła podczas czytania, to niezmiernie miły fakt, że pokrywa się ono z moimi założeniami. Śniąc tworzymy światy, w któych mieszkają ludzie, którzy odczuwają i myślą tak samo jak my. Dlaczego więc inaczej miałoby być w przypadku tworzenia przez nas światów gry? Bardzo podoba mi się ten wątek, szczególnie motyw cierpienia Ciemnych. Który MG zastanawia się nad tym, co się dzieje z jego NPCami, gdy jemu znudzi się jego własny świat?
Wiesz, Twój Mistrz to osoba niezmiernie nieszczęśliwa. Znam uczucia targające jego duszę I bardzo mi się podobało jak Smith wytargował u niego "naprawienie" swego świata. Choć jak na moje oko mógł go bardziej brutalnie potraktować i uświadomić mu, że powrót do roli Mistrza jest wręcz konieczny. Ale niestety taka jest smutna prawda świata - wszystko się kiedyś kończy, a już najszybciej szczęśliwe okresy życia człowieka.
Moja ocena - bardzo ładne opowiadanko podsumowywujące dokonania Ciemnego, ale dopracować nie zaszkodzi
 
Milly jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 00:36.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166