Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > Zakątek LI-teracki > Artykuły, opowiadania, felietony > Opowiadania
Zarejestruj się Użytkownicy


komentarz
 
Narzędzia artykułu Wygląd
<!-- google_ad_section_start -->Krwawe Róże Ragady<!-- google_ad_section_end -->
Krwawe Róże Ragady
Autor artykułu: Weree
02-09-2012
Krwawe Róże Ragady

W Ragadzie nastała w końcu niezbyt wyczekiwana przez ludzi jesień. Złote i brązowe liście klonów i dębów wzlatywały w górę szarpane przez bicze chłodnych wiatrów, a lodowaty deszcz padał całymi dniami, tworząc szarą kurtynę dla ponurej rzeczywistości.
Alldare, stolica Ragady, stała cicha, opustoszała, wymarła. Gdyby porównać to miasto do bestii, można by rzec, że ta cisza to jedynie drzemka potwora, cichy lecz czujny sen.
Że aby zbudzić bestię i zniszczyć ten wszechobecny, umartwiający spokój, wystarczy tylko złamać gałązkę obcasem buta albo za głośno wypuścić powietrze z płuc.
W istocie, cisza w Ragadzie nie była powszechnym zjawiskiem.

Catelyn otworzyła oczy.
W mieszkaniu panowała nieprzenikniona i zdecydowanie niepokojąca cisza. Dało się słyszeć zaledwie odległy, nierzeczywisty niemal szum wydawany przez krople deszczu uderzające w szybę.
Przecierając w zamyśleniu twarz, dziewczyna opuściła bose stopy na podłogę, skopawszy uprzednio z siebie kołdrę. Gdy palce dotknęły podłogi, Catelyn wydała cichy syk.
Posadzka była zimna jak diabli. Usiadła na łóżku. Ze zdumieniem ujrzała wydobywający się z jej ust komin perłowobiałej pary. Po jej nagich przedramionach powędrowały mrówki i Catelyn poczuła
gęsią skórkę.
No tak, pomyślała, co się dziwić. Jest po prostu pieruńsko zimno. Jesień w końcu przyszła, choć nie zapowiedziała swojego przybycia odpowiednio wcześniej. Uśmiechnęła się do siebie. Cóż, trudno
oczekiwać, żeby pora roku zachowała się taktownie, nieprawdaż?
Wstała, przeciągając się. Próbując pokonać mrowienie na całym ciele a zwłaszcza na pośladkach, szybko przeszła do niedużego saloniku. Rozsunęła zatęchłe, śmierdzące wielomiesięcznym kurzem
zasłony i wyjrzała na zewnątrz usiłując zebrać myśli.
Znów, po sześciu latach bezustannej, krwawej wojny domowej, nastał chwilowy spokój. Mordercy, szaleńcy i cała reszta tej hałastry, chlastającej się nożami już tylko dla samej idei, pochowała się gdzieś
w najciemniejszych zakamarkach Alldare i lizała rany. Niewątpliwie jednak lizała też zimne ostrza noży, rozmyślając komu następnemu wrażą je pod grdykę.
Catelyn wspominała.
Ostatnio, tak, z kilka tygodni temu, bo cicho jest już od jakiegoś miesiąca, papiescy rozprawili się z piekarzem, mieszkającym w kamienicy naprzeciwko mieszkania Catelyn. Obserwowała całe zajście ze swojego saloniku.
Nie uczyniła nic, i dobrze. Jako rasowa zabójczyni musiała mieć się na baczności przez cały czas i nie wtrącać się w nieswoje sprawy. Całe zdarzenie bardziej ją zdumiało, niż zasmuciło czy obrzydziło. Rozumiała napady
papieskich na handlarzy, czy polityków, ewentualnie była w stanie pojąć zamachy na wędrownych kupców. Wszyscy oni mogli być potencjalnymi sprzymierzeńcami wroga, a co za tym szło, mogli zaopatrywać
go w broń i pożywienie, którego wszystkie strony ragadańskiego konfliktu tak bardzo potrzebowały. Ale piekarz? Czym winien komukolwiek był biedny piekarz? Chyba tylko Jedynemu, za to że przyszło mu żyć w takim miejscu jak Alldare. A oni, papiescy, weszli do jego skromnego mieszkania i mniej skromnie wyciągnęli go z łóżka. Jeden z nich zrzucił linę z niewielkiego balkoniku i przymocował ją do balustrady. Wciągnął drugi koniec
i zrobił z niego pętlę. Pętla wylądowała następnie na szyi szamocącego się, wzywającego litości do wszystkich świętych, Jedynego i honoru oprawców, biedaka. Chwilę potem trzech z nich chwyciło go w ramiona i zrzuciło
z balkoniku. Lot był krótki i skończył się dość gwałtownie. Mężczyzna zadyndał na linie, a cichy chrupot z którym pękł jego kark, dało się słyszeć jedynie w myślach - a był diabelnie głośny. Utonął w pokrzykiwaniach papieskich,
a po chwili w dudnieniu ich kroków po schodach. Catelyn wyciągnąwszy szyję, ujrzała drzwi wyjściowe kamienicy, przez które uciekali mordercy. Każdy z nich naciągał na głowę kaptur i wiązał chustę zakrywając twarz.
Syknęła wtedy cicho. Zdumienie przeszło w obrzydzenie.
Teraz pozostał jedynie gorzki smak bezradności w ustach.
A dzisiaj, w Ragadzie panował spokój.
Cate westchnęła.
Dla ludzi takich jak ona - ragadańskich zabójców, zwanych w dominium "rancorzy" - pokój oznaczał jedno - głodówkę.
Miasto Alldare - zwykle tętniące krzykami mordowanych i odgłosami bitew, pożarów i huku pistoletów, co jakiś czas, mniej więcej co sześć, siedem lat, kompletnie zamierało. Wówczas wydawało się że wszyscy opuścili to miejsce smutku i rozpaczy, że nie ma tu ni żywej duszy. To jednak jedynie pozory. Po roku, najwyżej dwóch, idealiści wracali - i wojna zaczynała się na nowo.
Nie było ciężko zapracować na chleb w trakcie agresji. Ludzie tacy jak Catelyn żyli wtedy o pełnym brzuchu. Zawsze znalazł się człowiek, czasem organizacja, która gotowa była zapłacić dobrze wyszkolonemu zabójcy za zlikwidowanie jakiegoś wysoko postawionego członka wrogiej grupy. Catelyn, jako świetna zabójczyni, była rozchwytywana na prawo i lewo. Siłą jej zawodu było fakt, iż niespecjalnie obchodziła jej strona która ją opłacała. Jednego dnia mogła zamordować dowódcę grupy papieskich, a tydzień później zostać wynajęta przez nich. Dzięki temu Cate zachowywała pozory neutralności, i nie piekło jej sumienie.
A teraz, w okresie przestoju, ciszy absolutnej, kiedy kurz opadający na ziemię wydawał słyszalny dźwięk, dziewczyna głodowała.
Zaburczało jej w brzuchu.
Ziewnęła potężnie. Na szybie osiadła para. Cate odwróciła się od okna i naciągnęła na siebie spodnie, wysokie skórzane buty a na kark zarzuciła cięższą kurtkę, podbijaną futrem. Spięła swoje ciemne włosy w kucyk stwardniałym rzemykiem i opuściła lodowate mieszkanie wychodząc na ciemną, ziejącą pustką klatkę schodową. Mieszkanie Catelyn znajdowało się na pierwszym piętrze - odgłos jej kroków odbijał się płaskim echem w górnych częściach budynku. Temperatura musiała wahać się z plusowej na minusową. Kiedy dziewczyna dotarła do drzwi wyjściowych, kałużę na lewo od drzwi, pokrywała zmrożona warstwa brudnej wody. Cate nie zamknęła drzwi od swojego mieszkania. Była jedynym lokatorem tej kamienicy. Opatulając się połami kurtki, wyszła na zewnątrz.
Szarość i cisza. Pustka. Wyszła na brukowany chodnik, pokryty grubą warstwą zmarzniętego kurzu. Ruszyła szybkim krokiem w lewo. Idąc, mijała wiele pozabijanych deskami kramów, sklepów i gospód. Cate była do tego przyzwyczajona, jednak i tak zawsze przygnębiały ją takie widoki. Po piętnastu minutach drogi dotarła do skrzyżowania. Dochodziła dziesiąta rano i szron schodził już z latarni i drogowskazów. Spojrzała na jeden z nich. Przekrzywiony drogowskaz wskazywał w lewo "Ulica Proroka". Uśmiechnęła się do siebie kącikiem ust.
Alldare, jak większość ragadańskich miast, powstała na ruinach budowli Rodian. Kimże byli Rodianie? Cóż, Catelyn nie miała pojęcia, wiedziała jedynie że żyli oni w Dominium przed powstaniem ludzi, a nad nimi stali popędzając ich batogami Deviria, złe istoty pozbawione duszy. W końcu jednak, jeden z Rodian (którzy byli potomkami ludzi) nazywany, ha ha, Prorokiem, zbuntował się i zapędził Deviria z powrotem do podziemi, z których wylazły. Rodianie wszelakoż upadli; Prorok bowiem był już nędznym potomkiem Rodian; jednak pozostawili po sobie przepiękne, porażające swym gigantyzmem miasta, świątynie, malowidła, rzeźby i pieśni. Cate wiedziała też, że nie ma w dominium człowieka który zdołałby mówić w ich dawno już zapomnianym, starożytnym języku. Piszących w języku Rodian natomiast, można by policzyć na palcach dwóch dłoni doświadczonego drwala.
Alldare zostało zbudowane właśnie na ruinach jednego z rodiańskich miast. Było więc przeogromne. Kamienice sięgały nieba, świątynie królowały nad chmurami, wnętrza domów były olbrzymie, a malowidła - przepiękne. Zawierały całą masę niezwykle misternych wzorów i detali, przedstawiały najczęściej wysokie sylwetki ni to ludzi ni to aniołów o jasnych twarzach i długich palcach. Były też sceny batalistyczne które wręcz zapierały dech w piersi. Ilość szczegółów, dynamizm i same wierne odzwzierciedlenie rzeczywistości robiła niezwykłe wrażenie.
Cate uśmiechała się do siebie ironicznie jednak z nieco innego powodu. Otóż, co teraz się stało z tymi obrazami? Co z rzeźbami? Cóż, spłonęły niemal wszystkie albo leżą gdzieś pod metrową warstwą kurzu. Ragadańczycy za nic sobie mieli tradycję i dawno kulturę. Mordowali się nawzajem bez opamiętania, a ich krew plamiła starożytne malowidła rodian.
Catelyn skręciła w "Ulicę Proroka" mijając stos porozbijanych rzeźb. Zmierzała do gospody "Nowa Pieśń", która była miejscem schadzek zabójców i ich zleceniodawców. Po kolejnych piętnastu minutach dojrzała wilgotny, potężny szyld kołyszący się na zimnych podmuchach jesiennego wiatru. Weszła po trzech stopniach i chwyciła mosiężną klamkę, ledwo mieszczącą jej się w dłoni. Nacisnęła ją i otworzyła drzwi.

***

Kindle, Cynazja, kilka tygodni wcześniej.
Samuel Delon cisnął zmiętą rolkę pergaminu prosto w płomienie buchające w kominku. Trafił. Pergamin zajął się ogniem, w sekundę poczarniał, a podmuchy gorąca rozrzuciły go jak wiatr rozrzuca pył tkwiący na otwartej dłoni.
- "Księga Urodzaju Rodian"?
- Tak, panie Delon, nie inaczej.
- Ile warta jest taka księga?
- To nieistotne. Polecenie pochodzi od samego Króla. A ja wybrałem cię jako tego, który je wypełni.
Samuel spojrzał na emisariusza, a w jego wściekle zielonych oczach grały płomyki.
- Rozumiem, i oczywiście przyjmuję zadanie. Wyruszę do Ragady jak najszybciej się da, wcześniej jednak muszę skompletować oddział.
- To nie będzie potrzebne - odparł emisariusz królewski, Jerry de Vanger, człowiek którego przybycie oznaczało olbrzymie kłopoty, lub olbrzymie pieniądze, najczęściej jednak - i to i to.
- Osobiście wytypowałem najlepszy ludzi w Cynazyjskim Wywiadzie. Tutaj - de Vanger sięgnął za pazuchę swojej długiej peleryny - są zapisane ich referencję, wygląd, ilość punktów w testach sprawnościowych, i tak dalej i tak dalej. Proszę zerknąć.
Samuel wziął związany srebrną wstążką pokaźny zwój pergaminów, i wyciągnął z trudem pierwszą kartę.
- Arel Lowe - przeczytał - Niski, krępy, ciemnowłosy. Sprawny fizycznie, ale nie czyta i nie mówi w innych językach niż Kordyjski i Cynazyjski. To ma być twój najlepszy typ, hrabio?
- Arel to doświadczony policjant. Jest lojalny, oddany sprawie, ma dobre serce.
- W Cynazyjskim Wywiadzie, a przynajmniej na moim wydziale nie ma ludzi o miękkich sercach.
- Nie powiedziałem miękkie, powidziałem; dobre.
- To jest to samo - mruknął Delon wyciągając kolejny arkusz z rulonu - Łucja de Latvia. Dziwne imię.
- Bardanka.
- Mówicie, hrabio? Cóż, może podawać nam piwo.
- To bardzo zdolna dziewczyna, świetny szermierz i harda bojowniczka. W Cynazyjskim Wywiadzie pracuje niedługo, ale zdążyła już popisać się sprytem i inteligencją.
- Cóż - burknął nieprzekonanie Delon - Jarell von Dupier. Znam go. Chyba jedyny wartościowy z wymienionych.
- Hmm - emisariusz nie zdawał się być przekonany - Jeśli chodzi ci o jego brutalne metody i wątpliwe sukcesy...
- To szczwany lis. Takich mi trzeba, hrabio. Morlier Delon. Świetnie.
- Drwicie, panie Delon?
- Nie śmiałbym, hrabio.
- Pański brat to świetny typ.
- Cóż, to fakt. Nie lubię jednak pracować z rodziną. Wszelakoż...
Reszta nazwisk również nie zrobiła na nim wrażenia. Było ich wszystkich około dziesięciu. Później, gdy emisariusz wyszedł, Samuel zrobił wszystko po swojemu - jak to miał w swoim zwyczaju. W końcu wytypował swoich faworytów, i wśród nich znaleźli się Łucja, Jarell, Arel i Morlier, ale również inni, których kart nie było w rulonie przyniesionym przez emisariusza.
Samuel Delon był szefem Cynazyjskiego Wywiadu. Jego członkowie rozpuszczali swe macki do niemalże wszystkiich krajów Dominium. Celem ich działalności było załatwianie spraw Cynazji, jednak nie zawsze zgodnie z prawem i powszechną moralnością. Wydział Delona dostał właśnie zlecenie. Przywiezienie z targanej wiecznymi wojnami Ragady, pewnej niezwykle wartościowej księgi. Księga owa znajdowała się w Alldare - położonej malowniczo nad samym, skalistym brzegiem morza Proroka stolicy kraju. Konkretniej - w muzeum. Jeszcze konkretniej - w jednym z ostanich i wciąż strzeżonych muzeów, do którego nie zdołali jeszcze wedrzeć się idealiści-mordercy z którejś ze stron konfliktu. Który to konflikt, tak swoją drogą, był absurdalny. Czemu król Cynazji, Jeremy III chciał mieć tą księgę? Cóż, Delon podejrzewał że celem króla jest uratować choć ułamki kultury Rodian. Schować ostatnie pamiątki przed butami rozwścieczonych ragadańczyków. Zdaniem Samuela jednak - były to próżne nadzieje. Ocalą księgę, a w tym czasie spłonie trzydzieści dzieł starożytnych rodiańskich malarzy. Jedynym wyjściem byłoby wysłać do Ragady armię której zadaniem byłoby zabrać ze sobą wszystkie możliwe zabytki. Jednak Cynazja nie miała armii, a jej wypływy nie docierały do wielkiego mocarstwa Kordu (w celu wyproszenia od niego armii).
Delon nie miał w zwyczaju nie wypełniać zleceń króla, więc zebrawszy się w garść, ruszył do łóżka aby przespać tą wietrzną, jesienną noc, w nadziei że uda im się wyruszyć w przeciągu tygodnia. Kładąc się do łóżka i okrywając ciepłą pierzyną, nie wiedział, że gdzieś, pod zatęchłym kocem w lodowatym mieszkaniu w stolicy Ragady, drży z zimna i głodu zabójczyni, która niebawem zwiąże się z nim najwytrzymalszymi więzami z możliwych.

***
Ragada, Alldare
Gospoda "Nowa Pieśń" była niemalże pusta - oczywiście. Cate nie oczekiwała niczego innego. Z beznadziejną nadzieją omiotła spojrzeniem wszystkich, nielicznych gości lokalu. Kilku ragadańczyków, niskich, o ciemnej karnacji i czarnych drapieżnych oczach popijających piwo z wyszczerbionych kufli w najciemniejszym z kątów gospody. Dwóch cudzoziemców, prawdopodobnie cynazyjczyków. No i barman, szczerzący zęby znad lady. Catelyn pewnym krokiem wkroczyła do głównej sali i skierowała się do szykwansu.
- Vince?
- Cate.
- I co, jest coś?
- Napijesz się piwa, Catelyn?
- Nie mam pieniędzy - syknęła przez zaciśnięte zęby. Próbowała z godnością znosić głodówkę, jednak w takich sytuacjach; gdy nie stać jej było nawet na cholerne piwo, gorzki smak goryczy podchodził do gardła niczym zgaga.
- Dobra, masz u mnie mały dług - rzekł nalewając do kufla bursztynowy płyn - Oddasz za jakiś czas.
- Za jakiś czas? - w normalnej sytuacji, lub na początku trwającej już kilka tygodni głodówki, Catelyn odmówiłaby natychmiast. Teraz jednak, wymarznięta, głodna i spragniona, nie miała siły na godność.
- Mam zlecenie - uśmiechnął się Vince. Podsunął jej kufel. - Pij. Podać ci coś do jedzenia?
- Byle lekkostrawnego. Co za zlecenie?
- Jest taki jeden gość który zapłaci za zlikwidowanie starszego faceta. Płaca mała, ale to zawsze coś.
- Jaki gość?
- Nieistotne, jeśli chcesz mogę ci oczywiście podać namiary, ale nie musisz się w to bawić. Likwidujesz gościa, ja ci wypłacam. W kordinach.
- Dobrze.
- Tu masz adres.
- Świetnie. Udam się tam jeszcze dziś.
- Nieprzyjemnie, nie mieć kasy, co?
- Jak cholera - przytaknęła.
- Wiesz, to ciekawe. Ty i ja.
- Hm?
- Spójrz sama. Obydwoje mamy więcej grosza kiedy trwa wojna - Vince błysnął zębami - To śmieszne. Przecież zwykle na wojnie się traci.
- Och mylisz się Vince. Nie znasz świata.
- I nie chcę poznać.
- Temu - uśmiechnęła się Cate dopijając piwo - nie dziwię się wcale.

Poszło wcale łatwo.
Do kamienicy gdzie mieściło się mieszkanie jej ofiary dotarła bez problemów. Ot budynek wciśnięty między pozostałe, osypujący się, stary. Prawdopodobnie dawna budowla warowna rodian.
Do jego okna dostała się wspinając się po starożytnym - prawdopodobnie pamiętającym jeszcze rodian - dębie którego korzenie przedarły się przez bruk ulicy. Potem poszło szybko. Co prawda starzec, bo była to niezwykle leciwa osoba, dostrzegł ją, ale za późno. Nóż świsnął w powietrzu i z ohydnym chlupotem trafił ofiarę w szyję. Cate wyszła niezauważona i znikła w mroźnej, miejskiej szarości.

- Trzydzieści kordinów, nieźle. - uśmiechnął się znów Vince - Odlicze ci srebrnego sykla za piwo i ziemniaki. Dobra, jesteśmy kwita.
- Cudnie - odparła Catelyn.
- Jak poszło?
Zastanowiła się.
- Łatwo. - powiedziała krótko.
- Cieszę się - odparł Vince.
- Pozwolisz, odpocznę trochę u siebie w mieszkaniu.
- Oczywiście. Ach, chwilczkę, Cate!
- Tak? - odwróciła się
- Jest coś jeszcze.
- Tak?
- Jakiś mężczyzna... wyglądał na uczonego. Powiedział że potrzebuje ludzi sprawnych fizycznie. Wskazałem mu ciebie i zapisałem cię na liście którą mi dał. Odwiedził gospodę, kiedy ty zabijałaś tego biedaka.
- Och. Dziękuję, Vince. Każda praca się nada. Absolutnie każda.
- Oświadczył, że wszyscy zainteresowani mają stawić się tutaj, jutro rankiem.
- Będę. Vince?
- Tak?
- Dziękuję - przełknęła ślinę - Za ratunek.
- Ratunek?
- Nieważne.
Wracając do domu czuła jak wszystkie jej mięśnie, spięte do granic możliwości przez cały dzień od samego rana, rozluźniały się, czemu towarzyszyła cudowna niemoc w członkach.
Dlaczego tak się działo? Cate nie bała się nędzy czy głodu. Potrafiłaby przecież w sekundę ukraść coś do jedzenia. Nie, Catelyn nie bała się biedy. Za to panicznie bała się duchów. Duchów przeszłości.
Pamiętała to, jakby stało się to wczoraj. Piętnastoletnia Catelyn de la Ves, teraz już tylko z nazwiska, wychudzona, wygłodniała. Pamiętała twarde, męskie dłonie chwytające jej biodra, przysuwające się do niej śmierdzące, stwardniałe ciała, niemalże czuła tłuste, gorące wargi na swojej szyi i ramionach i ten straszny ból towarzyszący gwałtownej penetracji...
Potem czekanie, gdy mężczyzna kończył, to okropne czekanie, co nastąpi. I wreszcie błogosławiony odgłos pieniądza rzuconego na podłogę. Bierz, dziwko. Poczuj się jak człowiek, poczuj się jak ktoś. Potem się umyj, i wracaj do pracy, wracaj do pracy, bo musisz zarobić na chleb, na wodę, na czynsz. Twój brat jest daleko, nie pomoże ci...
Catelyn otrząsnęła się z obrzydzenia. Utonęła w myślach idąc do domu. Wieczór już nadszedł, cienie wydawały się być dłuższe i straszniejsze niż w istocie były. Na chwilę wróciła do rozmyślań. Dlatego podziękowała Vince'owi za ratunek. Za to, że uratował ją przed rozpamiętywaniem tamtych dni, tamtych długich bolesnych godzin. A myślała o nich często. Ale teraz był ostatni raz. Absolutnie ostatni raz.
Nim dotarła do swojej kamienicy, zapadła już noc.
Znów zrobiło się zimno. Kiedy otworzyła drzwi wyjściowe, z otwartymi ramionami powitała ją ciemność. Powoli weszła do środka. Robiło się lodowato. Wskaźnik temperatury leciał w dół niczym kometa. Ku jej zdumieniu, gdy weszła na pogrążoną w nieziemskich ciemnościach klatkę schodową i chwyciła poręcz schodów, wyczuła pod palcami szron a ręka niemalże przymarzła jej do zimnego metalu.
Panowała cisza przerywana wyciem wiatru uderzającego swymi długimi, szerokimi połami płaszcza o mury kamienicy.
Wtem usłyszała dziwny, jak na okoliczności, odgłos.
Ktoś był na schodach.
Zadrżała. Chwyciła swój krótki rapier prawą dłonią i wyjęła go bezszelestnie z pochwy. Ruszyła powoli do góry macając stopami kolejne stopnie. Nasłuchiwała. Odgłos brzmiał jak otarcie się jakiejś tkaniny o ścianę. Teraz nie słyszała już nic, co oznaczało że: albo się przesłyszała... albo że ktoś opiera się teraz o ścianę w połowie drogi do góry, i czeka na nią w ciemnościach, niczym przyczajony gargulec.
Musiała zaryzykować. Wspinała się po stopniach, licząc je w myślach. Piętnasty, szesnasty, siedemnasty...
Wtem znów coś usłyszała. Tym razem za sobą.
Odwróciła się gwałtownie, potknęła i upadła, boleśnie obijając sobie pośladki. Oszalała ze strachu zaczęła się wspinać po schodach, pewna że za chwilę jakaś zimna ręka chwyci ją za kostkę...
Wpadła na swoje drzwi, uderzyła w nie, w skrajnym przerażeniu zapominając o naciśnięciu klamki. Gdy w końcu jej się to udało, padła w swoim mieszkaniu na kolana i plecami podparła drzwi. Jej pierś podnosiła się i opadała w bardzo szybkim rytmie.
Siedziała tak około godziny.
Nic nie usłyszała.
Wstała i ruszyła do kuchni. Po przyrządzeniu sobie skromnego posiłku, położyła się do łóżka w ubraniu. I ze sztyletem schowanym pod poduszką.
Przyśnił jej się malowniczy, ragdański klif i wburzone morze. Stała na skałach, w uszach świszczał jej lodowaty, morski wicher, w nozdrza uderzał słony zapach morza, zapach soli i...
krwi
Mdły odór krwi.
Uniosła wzrok i spojrzała w morze, daleko w dole. W białe bałwany i szaleńczo wirującą słoną wodę walił miarowo deszcz. Była to tak intensywna ulewa, że wokół panowała szarość. Klif miał kilkadziesiąt metrów wysokości, Catelyn drżała ze strachu, szukając jakiegoś głazu, którego możnaby się uchwycić, przeczekać deszcz, ale przede wszystkim wicher, który targał jej włosami, płaszczem, nią całą, groził niekontrolowanym lotem który skończyłby się uderzeniem w czarną, bezlitosną taflę oceanu. I w konsekwencji śmiercią.
Odwróciła się.
Ukazał jej się bezmiar oceanu. Stała na skalnym cyplu, wbitym w morze jak maczuga wsadzona w ziemię. Cypel odsunięty był od prawdziwego klifu kilkanaście metrów. Za dużo na skok... Zdecydowanie za dużo.
Wtedy Cate dojrzała coś innego. Gdzieś na morzu, daleko, daleko, jak marionetka w rękach lalkarza, usiłował utrzymać się na powierzchni czarny okręt o żaglach w takiej samej barwie. Gdzieś tam sternik robił właśnie wszystko co było można, aby utrzymać kurs.
Jaki kurs?
Kurs "na tutaj". Na cypel.
Jedyny, rozbiją się, pomyślała Cate. Nie wyrobią, uderzą, albo w ten cypel albo w ścianę klifu. Muszę, muszę, muszę im pomóc...
Wtedy dojrzała jakąś jasną sylwetkę człowieka, stojącego na dziobie okrętu. Fale uderzały w niego co sekundę, ale on jednak stał i patrzył się... na nią. To był jej brat.
- Antonio! - krzyknęła, świadoma że szanse na to, że ją usłyszy są mniejsze od zera. Jej krzyk tonął w huku wiatru, szumie morza. - Skały!
- Uratuj mnie - powiedział cicho. Usłyszała go wyraźnie, jakby stał tuż przy niej i szeptał jej do ucha. - Za wszelką cenę nie idź ścieżką w dół. Wpadniesz do jamy węży, i umrzesz. Nie idź za świetlikami. One straszą, ale nie są groźne. Ale ich krok wiedzie do jamy węży, a jeśli za nimi pójdziesz, wpadniesz i zginiesz...
- N-nie pójdę - wyjąkała.
Obudziła się.
Nadszedł ranek, dnia jesiennego w Alldare.

***
Nie są źli, pomyślał Samuel. Wyglądają jakby się urwali z alei osobliwości w Grande, ale nie są źli w swoim zawodzie.
Piętnastka. Tyle ich było, a Delon podobała się ta liczba. Piętnastka jest idealna, zwykł mawiać. Tak, właśnie.
- Baczność - powiedział donośnie rozkazującym tonem.
Wszyscy w szeregu skamienieli, z głowami dumnie uniesionymi. stopy nie wystawały za wyobrażoną linię ani o piędź.
- Nazywam się Samuel Delon i jestem szefem cynazyjskiego wywiadu. Jako dowódca grupy tu obecnych, przejmę dowództwo w misji do której zostaliście wybrani.
Nasz cel znajduje się w Alldare, stolicy Ragady. W jednym z największych tamtejszych muzeach znajduje się niezwykle wartościowa księga, spisana przez starożytnych rodian. - umilkł, pewien że potrzebne będą jakieś dodatkowe wyjaśnienia, pomylił się jednak. Wiedział co robi, wybierając tych właśnie ludzi.
- Jakieś pytania? - zapytał dla pewności, uważnie spoglądając na każdego z wywiadu osobno.
- Jedno - Jarel. Wysoki szatyn od początku wydał się Samuelowi dobrym wyborem na kompana w tak niebezpieczną podróż. Pracował z nim już dawniej i zdążył zaobserwować sposób działania Jarela. - Jaki jest tytuł księgi? I dlaczego Cynazja jej potrzebuje?
- Chce jej - poprawił Samuel - To "Księga Urodzaju Rodian". Cynazji zależy na ocaleniu kultury Dominium. Jeśli księga nie zostanie zabrana z Ragady, spłonie w jakimś pożarze, albo przysłuży się jako opał na zimę.
- Nie mają tam drewna? - uniósł brwi Arel. Mało bystre spostrzeżenie, a jeśli żart, to niezwykle kiepski. Cóż, i tym razem Delon nie pomylił się, Arel może i był dobrym żołnierzem, ale zapowiadał się na raczej kiepskiego wywiadowcę
- Mają - powiedział wolno. - Ale to kraj nędzy i biedy, a bandyci rzadko mają co do ust wsadzić, nie mówiąc już o zakupie drewna na opał.
- Kiedy wyruszamy? - Łucja. Ależ przedziwna mieszanka Bardańskiej piękności z postawnością Doryjczyka! Ta wysoka, długonoga lecz i potężna w barkach dziewczyna, o złotym warkoczu opadającym na plecy do samych niemalże pośladków, od początku zrobiła wrażenie na Delon, i to wcale nie z powodu dwóch jędrnych i pełnych miseczek z przodu. Ciemne brwi podkreślały szerokość czoła, które świadczyło o inteligencji, a każda wypowiedź bardanki - wypowiedziana silnym, donośnym acz kobiecym w specyficzny sposób głosie, wnosiła do dyskusji coś nowego. Lub ukracała niepotrzebne ględzenie. Cóż, konkretna dziewczyna.
- Niebawem. Jeszcze dziś - odpowiedział. - Nie bez powodu zostaliście tu zebrani w pełnym składzie. Macie chwilę na zapoznanie się ze sobą, gdyż niewypada jechać na groźną ziemię niczyją, nie znając współpracowników.
- Samuel?
- Tak, bracie?
- Ile wynosi zapłata?
- To teraz nieistotne, Molier - odparł Delon - Poza tym, będę to jeszcze negocjował interweniując u samego króla, więc nie zostało to jeszcze uzgodnione.
- Rozumiem - jednakże wyraz twarzy młodszego Delon zdradzał jego irytację - Oczywiście.
Samuel wyszedł.

***

Cate otworzyła oczy. Obudziła się już jakiś czas temu, jednak bała się rozsunąć powieki. Sen wciąż grał na ich wewnętrznych stronach, był jak jakiś dziwny spektakl teatralny. Słyszała w uszach wycie wiatru, a nozdrza drażnił ledwo wyczuwalny - lecz jakże realny - zapach morskiej wody. Po jakimś czasie jednak uznała, że nie można przeciągać czekania w nieskończoność. A gdy jej oczom ukazało się tylko to samo, zaniedbane mieszkanie, odetchnęła z ulgą. Zerknąwszy za okno, upewniła się, że panuje jeszcze szara cisza, co oznaczało, że godzina jest wczesna. To dobrze, oznaczało to, że ma dużo czasu.
Umyła się. Drżąc z zimna, założyła na siebie ubranie, a potem udała się w dół po schodach, trzymając w dłoni pajdę chleba cienko posmarowaną smalcem. Wychodząc z kamienicy, odwiedziła swojego konia. Gniadosz był przykładem absolutnie przeciętnego zwierzęcia, o absolutnie przeciętnej inteligencji. Lubiła się jednak nim zajmować. Tutaj, w Alldare, oprócz brata, który pracował gdzieś na drugim końcu miasta, nie miała przyjaciół. Od kiedy mogła zamienić długie przechadzki w konne przejażdżki, zdarzało jej się prowadzić długie monologi, których koń zdawał się słuchać. Przeczesała jego rzadką grzywę, i poklepała go po kościstym zadzie.
- Ależ ty chudy, koniu. - powiedziała, gładząc go po chrapach - Chyba czas kupić ci trochę paszy, a? A może mi potowarzyszysz?
Koń nie odpowiedział, a Cate uznała to za zgodę. Założywszy na niego siodło i własnoręcznie wykonaną tranzelkę (z zużytych rzemieni, które znalazła na straganie, wiele miesięcy temu), Catelyn, już wierzchem, opuściła stajenkę.
Alldare stało, ciche i opustoszałe, niczym wzgórze kurhanów, o którego istnieniu zapomniano wieki temu. Cate jechała lewą stroną brukowanej ulicy, a stukot kopyt odbijał się echem od ścian monumentalnych, zdających się sięgać nieba kamienic. Catelyn kupiła worek paszy na straganie a potem ruszyła przez Wielki Plac, popędzając gniadosza do kłusa. Zamierzała spędzić kilka godzin w Swoim Miejscu, a nie było to blisko. Po drodze kupiła jeszcze trochę chleba i sera, a po godzinie skręciła w wąską uliczkę rozdzielającą dwie kamienice, jak jakiś przedziwny, niematerialny klin. Przekrzywiony drogowskaz twierdził, że jest to ulica "Bezbożników", ale Cate miała swoją nazwę: Ulica Magiczna. Uliczka zdawała się ciągnąć w nieskończoność, a po lewej i prawej, ziały powybijanymi szybami stare restauracje i hotele. Szyldy kołysały się z upiornym skrzypieniem, a zza niektórych drzwi można było, wytężając słuch, usłyszeć nawoływania do zabawy, radosne pokrzykiwania i delikatne pobrzdąkiwania kielichów. Czasem, niezmiernie rzadko, w którejś z dawno zamkniętych restauracji, rozlegał się chrapliwy, niesamowity okrzyk: Wypijmy, panowie hrabiowie, oficerowie, baronowie, kawalerzy i wielmożne damy, hem, hem. Za koniec wojny, która trawiła nas przez wiele lat, niczym jakaś straszliwa, zaraźliwa choroba! Za wolność i pokój w Ragadzie i w Dominium!
Dziś, na Ulicy Magicznej, było cicho, jak makiem zasiał.
Catelyn jechała. Wokół panowała cisza.
Autor artykułu
Weree's Avatar
Zarejestrowany: Apr 2012
Miasto: Szczecin
Posty: 11
Reputacja: 0
Weree nie jest za bardzo znanyWeree nie jest za bardzo znanyWeree nie jest za bardzo znany

Oceny użytkowników
 
Brak ocen. Dodaj komentarz aby ocenić.
 

Narzędzia artykułu

komentarz



Zasady Pisania Postów
You may Nie post new articles
You may Nie post comments
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 18:05.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site
artykuły rpg

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166