Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > Zakątek LI-teracki > Artykuły, opowiadania, felietony > Opowiadania
Zarejestruj się Użytkownicy


komentarz
 
Narzędzia artykułu Wygląd
<!-- google_ad_section_start -->Biały szeryf<!-- google_ad_section_end -->
Biały szeryf
Autor artykułu: Banita
07-10-2013
Biały szeryf

Odgłos moich kroków to jedyna rzecz, która towarzyszyła mi w wędrówce. Nawet zwierzęta, które prowadzą nocny tryb życia, zamilkły, jakby bały się nadchodzących wydarzeń. Trudno. Przynajmniej ja się nie boję, bo wszystko to było nieuniknione.
Od pierwszego, w pełni samodzielnego oddechu, przedzierałem nowy szlak prowadzący właśnie tutaj. Nie miałem nikomu za złe, że akurat trafiłem w to miejsce. Już dawno pogodziłem się z tym, że nawet na mnie przyjdzie czas. Byłem świadomy, iż w moim zawodzie nie istnieje takie coś jak emerytura. My, łowcy, mieliśmy w zwyczaju umierać w walce, a nie ze starości. Przynajmniej od kiedy istniejemy, nikomu jeszcze nie udało się dożyć naturalnej śmierci. Lecz ten fakt mnie nie przerażał. Widziałem już dużo osób tracących kontakt z naszym światem, ale nie mogę powiedzieć na pewno czy ich niematerialna część trafi akurat do bram niebios. Jeżeli takie w ogóle istnieją.
Byłem lekko zdenerwowany wszechobecną ciemnością, mimo, że kroczyłem w niej praktycznie całe swoje życie. Jak zwykle brodziłem, polowałem w niej na wynaturzone istoty i inne potwory. Dziś nie było nowości, bo przy osłonie nocy, wybrałem się na poszukiwania. W tej sprawie nie mogłem zachować tak bardzo cenionej wśród nas neutralności. Wybierając mniejsze zło wybrałem się tu w pojedynkę, nie chciałem mieszać w tą osobistą sprawę nikogo więcej. Moja zszargana neutralność, nie zagrozi opinii wszystkim moim braciom.
Jako wiedźmini mieliśmy ściśle określone cele naszego długiego istnienia - zabijanie wszelkiego plugastwa zagrażającemu ludziom. Czasami robiliśmy to tylko z resztek tego pieprzonego uczucia, jakim jest współczucie. Zwykle zaś za pieniądze, bo przecież my też musimy z czegoś żyć. Musimy przetrwać na tym, co daje nam zleceniodawca, bo państwo ma nas w dupie i lubi nas tylko wtedy, kiedy przychodzi zapłacić podatek. Ale to normalne, nie czuje agresji. Tacy są ludzie.
Zapaliłem papierosa, ochraniając jedną ręką płomień zapalniczki, by czasami nie zgasł od wiatru. Mimo tych środków zapobiegawczych,​ podmuchowi lodowatego powietrza, udało się kilkakrotnie zgasić jedyne źródło ciepła i zapalania kojących nerwy papierosów. Zaciągnąłem się.
Zdenerwowanie, które narastało przy rozpalaniu truciciela, ustąpiło w jednym momencie. Jakby ktoś gwałtownie odessał je z mojego ciała, pozostawiając mnie w błogim stanie bez uczuć. Aczkolwiek nie mogłem się teraz dekoncentrować. Miejsce, w którym się znajdowałem, nie należało do najbezpieczniejszych i najprzytulniejszych. Miałem ochotę spieprzyć stąd do domu, ale wiedziałem, że jeżeli wrócę, to zło nie ustanie. Nie będzie czekało łaskawie aż przyjdę się go pozbyć. Ono zawsze jest głodne cierpienia, perwersyjnych odczuć.
Usiadłem w krzakach na skraju lasu ze względu na to, że zbliżałem się do celu. Dokładnie zapamiętałem co mówili mi ludzie o tej lokacji. Dzięki mojemu wiedźmińskiemu wzrokowi, wzmocnionemu Kotem, ujrzałem dokładnie budynek oświetlony słabym światłem księżyca. Nawet najmniej spostrzegawczy człowiek zobaczyłby, że jedno miejsce rzucało się w oczy. Wyróżniało na tle wszystkich innych: pomimo, że szpital był opuszczony to w jednym z pokoi świeciło się światło.
- Tu się ukrywasz - powiedziałem do siebie pod nosem, nierównym, łamiącym się od zimna głosem. Pomimo mojego dobrze maskującego i ciepłego płaszcza, było mi cholernie zimno. Starałem się opanować trzęsące się dłonie, lecz wychodziło mi to z marnym skutkiem. Mimo tych niedogonień, musiałem działać dalej. Zaszedłem za daleko by zawrócić, ale nawet nie zamierzałem uciec jak tchórz.
Niezauważalnie z krzaka, przemknąłem pod bramy szpitala i upewniłem się, że nikt mnie nie zauważył. Od dziecka powtarzano nam, że zawsze mamy zakładać, iż jesteśmy wykryci lub, że ktoś nas zaraz zaatakuje. Dzięki temu każdy z nas unikał niepożądanych ataków z zaskoczenia. Zawsze byliśmy przygotowani.
Byłem bezpieczny. Nikogo wokół nie było, żadnej czujki, która ubezpieczałaby resztę gdyby ktoś pojawił się w okolicy. Dla nich niedobrze, dla mnie wręcz wspaniale, bo mogłem wejść niezauważony i prawdopodobnie taki pozostać do końca tego zadania. W mojej głowie zaczęła tlić się nadzieja, że jednak wszystko wyjdzie na prostą, że ocalę te kilka istnień przed śmiercią przez ból. Nikomu nie życzę takiego zakończenia swojego losu lub po prostu chwilowego pecha w życiu... Albo życzę! Jest jedna osoba, która zasłużyła sobie na to wszystko. W sam kat.
Prawie wszystkie okna na parterze były zabite deskami. Jednak znalazłem na tyle wielką lukę, bym mógł się przez nią swobodnie przecisnąć. Kilkoma zgrabnymi, kocimi ruchami pokonałem przeszkodę. Znalazłem się na ciemnym korytarzu i wtedy właśnie uderzyła we mnie fala cierpienia nieznajomej mi osoby. Usłyszałem błagalne łkanie, dochodzące z piętra wyżej - miejsca, gdzie było widać światło. Ktoś chciał już po prostu opuścić ten świat, by nie cierpieć i nie przeżywać tego, co sprawił mu ten potwór.
Dokładnie wiedziałem co czuje ofiara. Pamiętam wszystkie krwawe ślady, które zostawiał na mnie swoim ostrzem. Utkwiło mi w pamięci uczucie towarzyszące rozcinanej skórze i jego perwersyjną przyjemność, którą czerpał z tego procederu. Chyba przez to, do mojej duszy wpadła jakaś choroba, uśmiercająca moją duszę.
Gnije od środka przez całą nienawiść oraz chęć zemsty na tym wynaturzonym skurwielu. Ale to dobrze, czuje się z tym dobrze i nawet to polubiłem. Zostając łowcą potworów, po prostu oszukałem czas. Przy okazji w zabijaniu tego całego ścierwa, szukałem ukojenia i leku na zasklepienie wciąż otwartych ran. Niestety nie znalazłem tu tego, co szukałem. Dostałem jedynie pogardę i wytykanie palcami. Jestem przecież mutantem.
- Weź się w garść, Yankel - skarciłem się w myślach. - Nie myśl, poluj. Zdaj się na instynkt.
Moje słabości mimowolnie wypływały na powierzchnie i nie dawały przez długi czas spokoju. Przeszkadzały mi w pracy, co mogło się skończyć dla mnie fatalnie.

**


Stąpałem powoli i delikatnie po zniszczonym korytarzu szpitalnym. Szukałem cichego wejścia na górę, bo schody były zbyt oczywiste i przy okazji mogli być przygotowani na niechcianych gości. Z twarzy nie wyglądali na inteligentnych, lecz stanowiska mówiły same za siebie. Trzeba było sobie zasłużyć na rangę inspektora, czy też komisarza.
Wolałem nie ryzykować zasadzki i na piętro pierwsze wszedłem zewnętrzną rynną do odprowadzania deszczówki. Nie było łatwo ze względu na wszechobecną rdzę, ale poruszałem się na tyle zgrabnie, że rynna wytrzymała i nie wydała z siebie żadnego niepokojącego dźwięku.
Eliksir zwany potocznie kotem, na tym piętrze nie był mi potrzebny. Z jednego pokoju wypadało tyle światła, że starczyło by każdy, nawet zwykły człowiek, mógł się tutaj swobodnie poruszać.
Mój puls momentalnie przyśpieszył, poczułem lekki ścisk w brzuchu i gorąc w całym ciele. Zdjąłem z siebie płaszcz i ostrożnie położyłem go na ziemi. Nie chciałem zdradzać swojej obecności. Przy okazji bez niego lepiej było mi się poruszać, mogłem sobie pozwolić na nieco śmielsze manewry, więc pozbycie się go było bardzo dobrym pomysłem. Teraz mogłem sięgnąć mojego wiedźmińskiego miecza, spoczywającego na plecach. Był to jednoręczny miecz stworzony specjalnie do walki z każdym rodzajem potworów. Przynajmniej jeszcze nikt nie znalazł stworzenia odpornego na jego moc. A tu miałem pewność, że nie moi przeciwnicy nie są odporni na tego typu oręż.
Po głębszym namyśle stwierdziłem, że miecz nie będzie tu jednak potrzebny. Nie jesteśmy już zacofaną formacją mutantów, mamy do dyspozycji broń palną. Robi tyle samo hałasu co zwykła, lecz nasze pociski zabiją wszystko, co wlezie im pod lufę. Kaburę miałem przyczepioną do pasa, po lewej stronie. Szybko więc chwyciłem go za rękojeść pistoletu i powoli lecz pewnie stąpałem do przodu. Z każdym krokiem zbliżałem się do rozświetlonego pokoju, z którego dobiegały łkania i od czasu do czasu krzyki pomieszane z przeraźliwym śmiechem.
Od początku wiedziałem co mam zrobić i byłem jak najbardziej zmotywowany do działania. Starałem się by traktować to jako normalną robotę, zleconą przez jakiegoś przestraszonego człowieka. Niestety byłem zamieszany w nią osobiście, więc skupienie się na mordowaniu szło mi słabo. Mimowolnie ciągle przed oczami miałem obrazy tych wszystkich przykrych zdarzeń, lecz nie przerywałem powolnego marszu do celu.
Myśli nie ustępowały i właśnie to przyczyniło się do tego, że spieprzyłem względnie cichą robotę. Zamiast skupić się na jak najcichszym przemieszczaniu się, zająłem swoją osobę moimi myślami. Dlatego też postawiłem stopę źle, łamiąc coś pod moimi nogami. Policjanci mieli na tyle dobry słuch, że wyłapali ten dźwięk spomiędzy błagalnych próśb i łkań.
- Słyszałeś to? - powiedział któryś z nich, swoim ochrypłym głosem.
- Mhm - odpowiedział obojętnie jego partner. - Jakieś szczury czy inne gówno panoszące się po budynku.
- Jesteś pewien? - najwidoczniej jeden z nich przestraszył się wykrycia i nie dawał za wygraną. - Sprawdźmy to, może to jakiś bezdomny. Jeszcze jeden do zabawy!
- Bezdomni z reguły śmierdzą, John.
- I co? Zawsze to coś. Chodź, chodź - odpowiedział ochoczo John. Czyli oznaczało to konfrontacje na otwartej przestrzeni. Moje pociski przeciwko ich pociskom.
Nie czekając długo, wyjąłem broń i wycelowałem w wyjście z oświetlonego pokoju. Przez chwilę panowała grobowa cisza. Musieli zakończyć męki swojej ofiary, bo przecież zaraz miała znaleźć się nowa, świeża. Po długiej chwili, wychylił się gwałtownie jeden z nich. Trzymał przygotowany pistolet w ręku i ujrzawszy moją osobę, wystrzelił. Trzeba przyznać, że był szybki, bo mało kto dorównywał w tym wiedźminom.
Całe starcie trwało zaledwie uderzenie serca, bo policjant padł martwy na ziemię. Jego wielkie cielsko runęło na ziemię. Był jeszcze w mundurze policjanta, lecz miał na sobie biały fartuch i gumowe rękawiczki, chroniące przed ubrudzeniem się krwią. Mój strzał trafił tam, gdzie powinien, bo teraz jego łysiejąca czupryna, przyozdobiona była wielkim, krwawym płatem skóry. Niestety John również nie chybił i trafił mnie w lewe przedramię. Ręka odmówiła mi posłuszeństwa i momentalnie wypuściła pistolet z ręki. Towarzysz martwego gliny słysząc to, wyszedł z odsieczą, oddając kilka strzałów na oślep. Instynktownie odwróciłem się i wpadłem do najbliższego pokoju, gdzie uzyskałem chwilowe schronienie przed kulami.
- Cholera - powiedziałem, kiedy zauważyłem, że moja lewa ręka zwisa sobie bezwładnie. Strzał mordercy był bardzo krytyczny. Została mi tylko prawa ręka, która była gorsza od drugiej. To wszystko przez moją pieprzoną leworęczność.
Mimo wszystko, chwyciłem mój wiedźmiński miecz, ukryłem się w szafie przy wejściu. Pozostało mi czekać aż ten ktoś przyjdzie po mnie. Teraz szanse były wyrównane i tylko los mógł wybrać zwycięzcę dzisiejszego pojedynku. Mój planowany atak z zaskoczenia może zaimponuje temu wrednemu sędzinie i to właśnie mi przypisze zwycięstwo. Przed nim trzeba było wypaść jak najlepiej, bo mam tylko jedną szansę. Żadnych przygotować i powtórek.
- Chodź tu! Zapłacisz za Johna! Będziesz żałował, że się urodziłeś! - krzyczał gniewnie drugi policjant, żądny zemsty za kolegę.
Wszedł do sali, wywarzając przedtem drzwi. Gniew go opanował i nawet nie myślał o tym, że mogę czekać na niego za rogiem. Znowu plus dla mnie. Przeszukiwał wszystko bardzo skrupulatnie i zaznaczał miejsca, które już odwiedził - rozpieprzał wszystko.
- Wyłaź! Wiem, że tu jesteś!
Poczekałem aż przyjdzie kolej na szafę, w której się ukryłem. Kiedy już podszedł do niej, otworzyłem z buta drzwi, zyskując chwilową przewagę. Zaskoczony i odrzucony przyjaciel Johna, dał mi chwilę na ocenienie mojej sytuacji: w prawej ręce trzymał jakiś pręt z małym, dwusiecznym ostrzem na końcu, a w lewej pistolet. Wiedziałem, że nie będzie miał ze mną szans w zwarciu, więc uderzyłem lewą rękę. Cięcie padło z boku w okolicach łokcia. I od razu wiedziałem, iż żadna kula już nie zostanie wystrzelona - mężczyzna wydał z siebie przeraźliwy krzyk, bo teraz i jego ręką wisiała bezwładnie wzdłuż ciała. Trzymała się na kilku mięśniach oraz skórze. Wystarczyło jeszcze trochę siły, a straciłby rękę.
Zbyt długo się szczyciłem i wściekły policjant odpłacił się mi. Uderzenie padło na lewy bark. Szczęśliwie uniknąłem trafienia w tętnicę. Ostrze osiadło na chwile w moim obojczyku, co dało im chwilę na wyprowadzenie ostatniego ciosu w tej walce. Wyjąłem swój zakrwawiony miecz i wbiłem go czubkiem w grdykę przeciwnika, serwując mu tym samym okropną śmierć.
Policjant zrobił wielkie oczy, a z jego twarzy zniknął gniew. Teraz na jego obliczu malowało się zdziwienie i niedowierzanie. Nie chciał uwierzyć w to, że ten pojedynek tak szybko się skończył.
- Los wybrał. Wygrałem. - powiedziałem spokojnym głosem patrząc mu w oczy.
Furiat chciał coś odpowiedzieć, lecz dusząca krew na to nie pozwoliła. Poczułem, że jestem zwycięzcą. Niestety było to największym błędem, jaki mogłem popełnić. Nie doceniłem dogorywającego przeciwnika, który niespodziewanie resztkami sił poprawił swoje uderzenie. Tym razem trafił w cel.
Oboje padliśmy na ziemię, patrząc na siebie w chwili gdy odchodzimy z tego świata na zawsze. Mimo wszystko byłem szczęśliwy, że wykonałem swoje zadanie i dokonałem palącej w gardło zemsty. Już dawno pogodziłem się z tym, że ludzie z mojego fachu, nie umierają ze starości. Tak jest dobrze, zaraz przekonam się co jest po drugiej stronie. Dobranoc. Do zobaczenia.
Autor artykułu
Banita's Avatar
Zarejestrowany: Oct 2013
Miasto: Polsce
Posty: 1
Reputacja: 0
Banita nie jest za bardzo znany

Oceny użytkowników
 
Brak ocen. Dodaj komentarz aby ocenić.
 

Narzędzia artykułu

komentarz



Zasady Pisania Postów
You may Nie post new articles
You may Nie post comments
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 00:37.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site
artykuły rpg

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167