Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > Zakątek LI-teracki > Artykuły, opowiadania, felietony > Opowiadania
Zarejestruj się Użytkownicy


komentarz
 
Narzędzia artykułu Wygląd
<!-- google_ad_section_start -->Great balls of fire<!-- google_ad_section_end -->
Great balls of fire
Autor artykułu: Revan
13-12-2013
Great balls of fire

Niebo niebiesko-białe. Ale nie sielankowe, nie było przyjemne.

Niebieskie, ale nie jak lustrzane odbicie kosmosu, albo morza wzburzonego nagłym sztormem. Niebieskie jak ciemne łzy z blado granatowych chmur. Jakby te łzy, wypełnione żalem i grzechem miały rozbić w pył ten ziemski padół. Jakby miały spaść w globalnym deszczu oczyszczenia, w przededniu sądu ostatecznego, by na fali wszechprzypływu wyrzucić na brzeg ostatniego skrawka lądu, spalonego gorejącym miłosierdziem Jedynego, czekających na rozgrzeszenie niedawnych śmiertelników.

Niebo niebiesko-białe.

Pełne szklanych łez, ciężkich niczym bomby spadające na domy niewinnych mieszkańców miast, gotowe spikować w każdy wraży cel niczym sokół wypatrujący ofiary. Pełne kropel gotowych do skoku w dół z pewnością większą nawet od najbardziej doświadczonych spadochroniarzy.

Niebo. Białe, jak światło na końcu tunelu. Niepokojąco białe, jak mleczna mgła na starczym oku. Droga była prosta, żwir nieprzyjemnie chrzęścił pod podeszwą. A wokół, jakby w równych odstępach posadzonych wprawną ręką leśnika rosły drzewa, prawie całkowicie ogołocone z gałęzi, przypominały słupy telegraficzne. Zbite niewidzialną pajęczą nicią pojedyncze gałęzie odchylały się od drogi, jakby chciały od niej uciec. Nawet ostry, porywisty wiatr nie dawał rady przechylić ich w przeciwną stronę.

Zanosiło się na deszcz.

Ale nie padało.

Uciekał. Ale nie w tym kierunku, w którym chciał. Gnany nienawiścią i strachem, pędził na motorze niczym ostatni jeździec apokalipsy. Przy wtórze gromów, tych dobywających się z rury wydechowej i tych z chmur, pędził, wyciskając ze swojej maszyny ostatnie krople oleju.

A za nim Ciemność. Nie ta nocna, nawet nie węglowa, tylko Ciemność w samej swojej postaci. Wbrew pozorom nie była ona w cale czarniejsza od smoły. Ciemność była… ekscentryczna.

***

Mefistofeles, zwany przez przyjaciół Mefim, jechał swoim białym Cadilaciem de Vile, rocznik 53, za motocyklem. Smoliste kłęby dymu znaczyły trasę Pana Ciemności. Jednakże, oprócz dymu, wszystko w samochodzie błyszczało na glanc. Chromowane alufelgi stały w miejscu, nie obracały się wraz z kołami, które z mozołem łagrowego wyrobnika ryły nawierzchnię drogi. Na masce, na złotym łańcuchu przed grillem podskakiwała wysadzana brylantami ludzka czaszka.

Tapicerka ze skóry dzikich kotów, tylna kanapa obita niedźwiedziem. Kula dyskotekowa zawieszona na lusterku wstecznym skakała w rytm Great Balls of Fire Lewisa. Pędzący 130 mil na godzinę Pan Ciemności właśnie szczerzył do lusterka swoje złote i srebrne protezy, wydłubując spomiędzy nich resztki wczorajszego śniadania. Przygładził swój makiaweliczny, zakręcony wąs, którego pozazdrościłby mu sam Dali. Trzeba się przecież jakoś prezentować przed egzekucją. Powóz jego mroczności gnał w niebieskość zmroku za ledwo dyszącym motorem.

Istniało 10 zasad dotyczących „współżycia” w nocnych klubach Mefistofelesa, z czego nadrzędna była zasada 1, która w swej lakonicznej formie brzmiała: „Nie wkurwiaj Mefiego”. Straceniec, który właśnie uciekał na motorze, niestety nie zdołał poznać dekalogu Jego Mroczności w porę, tym samym wdając się w niełaskę Pana Nocnego Życia Los Angeles. Żeby złamać zasadę numer 1, wystarczyło złamać którąkolwiek z pozostałych 9 zasad dekalogu Mefiego, jak choćby zasadę numer 2 „zanim cokolwiek dotkniesz, miej pewność, że cię na to stać”, albo zasadę numer 3, „jeśli cię na to nie stać, to wypierdalaj”.

Rudy spierdalał na motorze dając gazu ile fabryka dała. W rozbitym lusterku widział jedynie oślepiający refleks świateł goniącego go anioła śmierci. Wskazówka paliwa niebezpiecznie blisko zbliżała się do dna. W pewnym momencie, w czasie szaleńczej jazdy, motor zaczął dziwnie kaszleć, po czym po prostu wziął i się wyłączył. Chuj, nie jechał dalej. Rudy posmutniał. Gdyby miał sprawne lusterko, zauważyłby uśmiech Mefiego, rozciągnięty od ucha do ucha.

Rudy nie zastanawiając się długo, kiedy motor zwolnił do jakichś 30 mil na godzinę, wyskoczył z niego i poturlał się do rowu. Kierowca cadillaca gwałtownie zahamował widząc lecącego motocyklistę. Mefi odczekał chwilę, wyłamał palce ze stawów, pokręcił szyją, po czym wysiadł z auta. Wyciągnął z zewnętrznej kieszeni białej marynarki papierośnicę, wyjął czerwonego Marlboro, i za pomocą kilku zgrabnych ruchów benzynową zapalniczką zapalił go.

Rudy przeczołgał się przez jakieś 3 metry, po czym nie bacząc na rozdartą skórzaną kurtkę i rozbity łuk brwiowy, rzucił się do szaleńczej ucieczki. Obejrzał się za siebie, jednak nie był w stanie uchwycić wielu szczegółów w trakcie biegu. Wtem, nagle podcięty, wyskoczył w powietrze i wbił się w twarzą w piasek. Coś podciągnęło Rudego na wysokość dwóch metrów, i cisnęło nim jeszcze dalej niż za pierwszym razem. Potem poczuł grad ciosów w okolicy lędźwi, ud i karku. Czuł, jak żebra ustępują pod naporem ciężkiego przedmiotu, jak kawałki żeber wbijają się w otrzewną, jak goleń wyskakuje na zewnątrz nogi.

Mefi podciągnął Rudego końcem hebanowej laski za kołnierz, jak dziecko podnoszące kiełbasę znad ogniska, i przystawił jego okrwawioną twarz do swojej.

- Czujesz to? – zaczął, buchając mu w twarz dymem papierosowym. Rudy tylko coś wymemłał niezrozumiale. Strużka krwi pociekła mu z ucha.
- Tak kończą przegrani. – powiedział Mefi, po czym zaczął się szaleńczo śmiać. Po kilku chwilach maniakalnego napadu śmiechu anioł śmierci nagle umilkł.
- Sił masz mniej niż ślepy, kulawy eunuch z wodogłowiem i chujem proboszcza w dupie. Za kogo ty się masz? Jakieś przeszpiegi dla starego odpierdalasz, czy co? – wyrzucił z siebie.
Rudy zaczął się kręcić niespokojnie, wisząc na hebanowej lasce.
- Pfrrrp szzzz… - wystękał, próbując coś powiedzieć przez spuchnięte wargi.
- Czekaj, co mówisz? Jakoś marnie cię słyszę. – Mefi nadstawił ucha do ust Rudego.
- Piepfsz… szie… kozojebie…

Mefi w jednej chwili postawił Rudego na ziemi, chwycił go jedną ręką wpół, niby do tańca, a drugą zwinął w pięść i grzmotnął go w szczękę. Ten opadł na ziemie, gęsta, czerwona jucha wypłynęła mu z ust. Można było się doliczyć w niej chyba z połowy uzębienia. Mefi zapalił kolejnego papierosa.

- I ty niby jesteś synem bożym?- wycelował laskę w jego stronę. – I ty tymi połamanymi kulasami chcesz zbawić świat? Wyglądasz gorzej niż psie gówno. Szkoda mi ciebie Rudy, wydawałeś się być w porządku, bardziej ogarnięty niż twój stary. – zakończył z długą pauzą, po czym odwrócił od Rudego w kierunku księżyca.

Rudy w tym czasie przeżywał piekielne katusze, nie mógł mówić, ruszać się, ledwo oddychał, i chyba nawet się obszczał. Po kilku minutach gapienia się w księżyc, Mefi, jak gdyby nigdy nic, kontynuował rozmowę.
- Nie rozumiem tego całego - gdy tak mówił, chodził w dookoła zdychającego Rudego z założonymi rękami - pieprzonego niedzielnego kółka graniastego mającego zbawić świat. Za dużo tego pieprzenia jak dla mnie. Dużo bajek, mało konkretów. Ale jednego nie robię, a mianowicie, nie wtrącam się, jak to macie w zwyczaju, w nieswoje sprawy. Tak się po prostu nie robi. Jak mamy się szanować, jak co chwila któryś z waszych chłopców psuje mi biznes, hę?
Mefi, zaaferowany swoją wypowiedzią, nie zauważył, że dialog wyewoluował w monolog na skutek zejścia interlokutora.

- Hej, gadzie, jeszcze nie skończyłem. – odrzekł, wypluwając peta. Zapalił następnego, wyjął z kieszeni stary, pordzewiały scyzoryk i przeciął sobie skórę na przegubie dłoni. Szkarłatnymi kroplami skroplił twarz Rudego, odczynił kilka ruchów dłonią, po czym wypuścił przed siebie spory obłok dymu. Ten zdał się zatrzymać na wykreślonej w powietrzu figurze, przypominającej pentagram.
- Kurwa mać. – sapnął Mefi, po czym machnięciem ręki rozmazał runę w powietrzu, i zaczął kreślić ją od nowa. Tym razem była odwrócona wierzchołkiem ku ziemi.

- Brawwmiodmaoiwmndaoinfamoidawda. – zaczął przemawiać w obcym języku, unosząc ręce do góry. Wtem wokół nich utworzył się świecący blado zielonym światłem krąg, od którego promieniście zaczęły się rozchodzić peknięcia w ziemi. Ze szczelin wypłynęły duszące opary, które zaczeły rozłazić się po ziemi. Chmury przesłoniły księżyc, zagrzmiało, niebo zaczynało pękać od jasnoniebieskich nitek błyskawic. Jesienny wietrzyk zaczął unosić większe drobiny pyłu, by po chwili zamienić się w istny huragan. Jednakże Mefi niczego nie słyszał. Krąg, w którym się znajdowali był szczelny. Kropla potu sperliła mu się na czole, już miała spaść mu z brwi. Wstrzymał oddech. Świat wokół zamarł, wiatr przestał wiać.

Piorun kulisty walnął w samo ciało Rudego, Mefi stojący kilka kroków dalej odruchowo zasłonił ręką oczy, lekko odwracając się od widowiska. Znajdowali się na niewielkiej górce w samym środku ok. 10 metrowego leju, jak gdyby wokół nich wybuchła bomba. Rudy wciągnął powietrze ze świstem, po czym rozkaszlał się żałośnie, za każdym razem plując krwią. Mefistofeles wyglądał na zadowolonego z siebie.

- Słuchaj, nie chce mi się z tobą gadać, bo tracę wątek. A w sumie kurwa, już połowy zapomniałem, co chciałem powiedzieć. – Mefi przykucnął nad ciałem Rudego, po czym usiadł na nim okrakiem.
- Fajnie być człowiekiem, co? Jak to było? Tylko człowiek może zbawić człowieka? Twój stary musiał nieźle się upić, żeby wymyślić takie gówno, nie ma co. A tymczasem, baw się dobrze w ludzkim ciele, z pewnością ma wiele zalet. – wstał z niego.

- Kurwa, zafajdałeś mi spodnie. – przywalił mu pożegnalnie laską w złamaną goleń, po czym odwrócił się na pięcie i sobie poszedł…
Autor artykułu
Banned
Zarejestrowany: May 2007
Miasto: Poznań
Posty: 1 754
Reputacja: 0
Revan wkrótce będzie znanyRevan wkrótce będzie znanyRevan wkrótce będzie znanyRevan wkrótce będzie znanyRevan wkrótce będzie znanyRevan wkrótce będzie znanyRevan wkrótce będzie znanyRevan wkrótce będzie znanyRevan wkrótce będzie znanyRevan wkrótce będzie znanyRevan wkrótce będzie znany

References
Takie tam opowiadanie.

Oceny użytkowników
 
Brak ocen. Dodaj komentarz aby ocenić.
 

Narzędzia artykułu

  #1  
Aschaar on 20-01-2014, 22:22
Pomimo oklepanego do bólu pomysłu - każdy medal ma awers i rewers i muszą współistnieć ponieważ wzajemnie się definiują - czyta się przyjemnie. Nawet pomimo tego, że pointa zostaje zdradzona w 30 linijce...

Później się trochę ratuje (nawet całkiem dobrze się ratuje łamiąc znaczną część czytających słowem (...) ).

Gładko dochodzimy do końca z ciekawym zawieszeniem "po" ostatnim zdaniu pozwalającym czytającemu na spekulację... co będzie za trzy dni.


Ogólnego szału więc nie ma, ale sprawdzony i dobrze obrobiony pomysł "daje radę". Takie "Bardzo dobrze, siadaj, dostateczny..."
Odpowiedź z Cytowaniem
komentarz



Zasady Pisania Postów
You may Nie post new articles
You may Nie post comments
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 20:02.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site
artykuły rpg

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167