Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > Zakątek LI-teracki > Artykuły, opowiadania, felietony > Opowiadania
Zarejestruj się Użytkownicy


komentarz
 
Narzędzia artykułu Wygląd
<!-- google_ad_section_start -->Cena zmesty<!-- google_ad_section_end -->
Cena zmesty
Autor artykułu: Ketharian
23-07-2019
Cena zmesty

CENA ZEMSTY

I

Kawalkada jeźdźców wlokła się w górę kamienistego zbocza pokonując strome wzniesienie z trudem charakterystycznym dla podróżnych prących do przodu resztkami sił. Siedzący w siodłach ludzie przypominali szmaciane kukły, trzymając się sztywno kulbak i patrząc wprost przed siebie. Wielu z nich miało na sobie upstrzone ciemnymi plamami opatrunki, wszyscy zaś byli niemiłosiernie brudni i przemoczeni na wskroś niedawnym deszczem. Spłoszone ich widokiem wrony podrywały się z donośnym skrzekiem z gałęzi nielicznie porastających skaliste podłoże drzew, zataczając nad głowami wędrowców kręgi i głośno okazując swe niezadowolenie z ich obecności w pobliżu swych gniazdowisk. Wierzchowce jeźdźców sprawiały równie opłakane wrażenie jak ich właściciele, sunąc krok za krokiem z opuszczonymi łbami, budząc żałość odparzonymi od popręgów bokami, matową sierścią i umazanymi błotem pęcinami. Kraczące w górze ptaki nie zwróciły niczyjej uwagi, podobnie jak zachmurzone niebo przesłaniające ciemnymi chmurami przestworza nad majestatycznymi turniami Chropawych Szczytów. Ciągnące się przez tę część Osmundu Wschodniego góry nie należały do szczególnie zasiedlonych okolic, toteż jeźdźcy przez cały dzień nie natrafili na żaden ślad obecności rozumnych istot, za jedynych towarzyszy swej podróży mając wrony, świstaki, kozice i siebie nawzajem.

Przedostatni w szyku jeździec przechylił się znienacka w bok, a potem zsunął się z siodła spadając na usiany kawałkami skalnego żwiru szlak. Uwolniony od ciężaru człowieka koń prychnął głośno i stanął w miejscu strzygąc uszami. Jeździec przekręcił się z ogromnym trudem na plecy podnosząc zdrętwiałe palce ku górze i próbując złapać palcami za strzemię, ale opadł natychmiast z sił, jego ręka osunęła się na rozmiękłą ziemię drapiąc przez chwilę bezwolnie paznokciami nieurodzajną glebę. Zamykający kolumnę mężczyzna zatrzymał swego wierzchowca przy nieruchomym towarzyszu, spoglądając z wysokości siodła na jego zachodzące mgłą oczy i rozrąbaną na wysokości prawego biodra brygantynę, gdzie cieknąca od dłuższego czasu krew zdawała się przesiąkać przez całe odzienie aż po nogawicę na wysokości kolana.

– Togryn umarł – jeździec uniósł się z wysiłkiem w strzemionach i rzucił zwięzłe oświadczenie w kierunku jadącego przed zmarłym człowieka. Ten kiwnął głową nie siląc się nawet na to, by się obejrzeć przez ramię, przekazał jedynie posępną wieść dalej do przodu. Wędrując pomiędzy członkami grupy wiadomość dotarła w końcu do prowadzącego kawalkadę człowieka, wysokiego mężczyznę o ciemnych włosach wymykających się niesfornymi kosmykami spod zasłaniającego twarz aż po policzki hełmu. Ten obejrzał się dla odmiany za siebie, wzdłuż rzędu jadących powoli wędrowców, wszystkich bez wyjątku zdradzających ślady niedawnej i zaciekłej rąbaniny. Podnosząc swą prawicę wyciągnął dłoń w kierunku zmarłego członka kawalkady, nakreślił w powietrzu znak powierzający jego duszę łaskawości Organitiona.

– Jeszcze jedna pozycja do rachunku dla barona Cheroneta – wycedził przez zaciśnięte zęby ciemnowłosy przywódca grupy, przenosząc spojrzenie na podążającego tuż za nim brodatego osiłka o obandażowanej głowie i w łuskowej zbroi noszącej na sobie szramy będące pozostałością po silnych cięciach, które omal nie przerąbały metalowego pancerza. Ciemnowłosy mówił w melodyjnym awarimskim dialekcie, ale wszyscy pozostali wędrowcy byli jego ziomkami, toteż zrozumieli bez trudu słowa swego przywódcy – Kiedy przyjdzie czas, wynagrodzi nas za wszystko co do jednego olarda, co do jednego parszywego osmara, klnę się na Organitiona!

Nie mówiąc nic więcej mężczyzna uderzył konia ostrogami w boki, przymuszając zmęczone zwierzę do dalszej podróży. W jego chłodnych twardych oczach żarzył się ognik posępnej desperacji i ledwie trzymanego na wodzy gniewu. Ciemniejące w górze chmury wieszczyły rychłe nadejście kolejnej ulewy, ale ciemnowłosy Awarimczyk nie zaprzątał sobie głowy szukaniem miejsca na popas. Zmierzająca w głąb Chropawych Szczytów dwudziestka jeźdźców nie zamierzała się zatrzymywać gdziekolwiek prócz samotnego kasztelu rodu Cheronetów, strzegącego przełęczy wiodącej poprzez góry w kierunku żyznych pól zachodniego Karihemu.

II

Seneszal Silbaran wychylił się za parapet wieży osłaniając dłonią twarz przed niosącym ciężkie krople wody deszczem i spoglądając w dół wąskiej kamienistej drogi prowadzącej do bramy kasztelu. Gromada jadących resztkami sił ludzi zmierzała w stronę budowli wlokąc się stępa i ledwie siedząc w siodłach równie wyczerpanych wierzchowców.

– Bandyci, panie? – zasugerował jeden z trzymających wartę na wieży żołnierzy, rosły Osmundczyk z Karihemu noszący tunikę w barwach rodu Cheronetów i dzierżący kuszę w rękach z lekkością zdradzającą wielką wprawę we władaniu tym orężem.

– Być może, Asteriusz jeden wie – odparł Silbaran pozwalając sobie na wzruszenie ramionami – Jeśli tak, muszą być prawdziwie bezczelni, aby za dnia próbować podjechać pod kasztel. Nawet w deszcz z daleka widać straże na blankach. Nie mogą być przecież aż tak głupi…

– Nie wyglądają mi na bandytów – oznajmił Varras Cheronet, dziedzic rodu i pan na kasztelu w Chropawych Szczytach, wychylając się poza parapet tuż obok seneszala i spoglądając w dół zmrużonymi oczami. Krople deszczu spływały po jego dumnej patrycjuszowskiej twarzy mocząc kołnierz kubraka, ale młody szlachcic nie zwracał na tę niedogodność uwagi, skupiając się niepodzielnie na kilkunastu nadciągających ku przełęczy jeźdźcach – Tak myślałem! Znam tych ludzi, widziałem ich dwa tygodnie temu na dworze ojca! To najemnicy z Wysp Kupieckich, z Awarimu bodajże, zaciągnięci na służbę mego rodziciela! Ten na przedzie to ich przywódca.

Szlachcic podniósł prawicę w górę w geście pozdrowienia i wiodący grupę konnych mężczyzna w hełmie odpowiedział mu takim samym ruchem.

– Wyglądają na mocno porąbanych, panie – stwierdził rosły kusznik taksując niedalekich już przybyszów doświadczonym okiem – Wielu z nich opatrunki nosi, plamy krwi widać, a niektóre tarcze poszczerbione. Całkiem niedawno się musieli rzezać, a z wielkim animuszem.

– Jeno z kim? – mruknął Silbaran rozważając naprędce w myślach możliwe powody tak kiepskiego stanu najemników. Uwikłany w Wojnę Rybną z Tabadanem Osmund od pół roku pozostawał w stanie mobilizacji, chociaż nikt przy zdrowych zmysłach nie wierzył w niebezpieczeństwo rzekomego lądowania Tabadańczyków na wyspach Osmundu. Działania wojenne, aczkolwiek nader częste i krwawe, ograniczały się jak na razie do bitew morskich i powietrznych toczonych nad spornymi akwenami, nie dotykając bezpośrednio ziem żadnego z ludzkich królestw. Licznie przybywający do Osmundu najemnicy z wszelkich krańców Archipelagu Centralnego, w szczególności zaś z Żółwiego Księstwa, zasilali swym orężem zarówno królewską armię jak i świty wielu osmundzkich wielmożów. Kupieckie trakty były ustawicznie patrolowane, bandytów tępiono zaś z wyjątkową zaciekłością, chętnie korzystając z możliwości jaki dawał lokalnym władzom stan wojenny. W odludnych okolicach pokroju Chropawych Szczytów żyły co prawda dzikie bestie i włóczyły się bandy zdziczałych goblinów lub gnoli, ale należały one w ostatnich latach do rzadkości, regularnie tępione przez paladynów z Bractwa Białych Kling, ortodoksyjnych asterian skupionych wokół świątyni w Gasarilu.

– Wnet się dowiemy – odpowiedział swemu słudze Varras Cheronet – Jeśli w okolicy wałęsają się jacyś grasanci, być może trafi się w końcu okazja, by trochę porobić mieczem. Od paru lat jest tutaj aż zbyt spokojnie, nie sądzisz, mój przyjacielu? Rozewrzeć bramę, przywitamy tych nieboraków na dziedzińców!

Seneszal przybrał kwaśny wyraz twarzy, nie do końca podzielając entuzjazm swego pryncypała na myśl o okazji do bitki. Dużo starszy od dziedzica rodu i doświadczony przez życie, Silbaran zdecydowanie wolał spokojne życie bez rozlewu krwi i obfitujących w dramat wydarzeń, przedkładając ponad szczęk stali i kwik ranionych koni doglądanie rolnych upraw i wyrębu drzew.

– Nie spoglądaj na mnie niczym na głupiego młokosa, przyjacielu – roześmiał się gromko dziedzic rodu Cheronetów, dźwięcznym głosem, który poniósł się po mokrych od deszczu blankach kasztelu – Kusznicy na mury i niechaj trzymają tych ludzi pod bełtami! Jeśli któremu coś do głowy strzeli, może trzeba mu będzie w tę głowę strzelić ponownie. I zabierz czterech przybocznych na dół, skromne nasze progi i nieliczna załoga, ale trzeba gości powitać z odpowiednią świtą!

– Nie lepiej okrzyknąć ich z murów, panie? – spróbował ostatniej szansy Silbaran, ostrożnie stawiając kroki na śliskich od deszczówki kamiennych schodach – Niechaj by się wytłumaczyli pod bramą, o co im idzie.

– Psa bym nie wypędził w taką pogodę na zewnątrz, a co dopiero człeka, jeszcze by mnie dobrzy bogowie za taki uczynek skarali – odrzekł schodzący ku płytom dziedzińca Varras – Tym bardziej nie będę trzymał na deszczu ludzi w służbie mego ojca.

– Twój ojciec nigdy by tak nie uczynił – mruknął seneszal, pozornie do siebie samego, z rozmysłem jednak mówiąc na tyle głośno, aby znajdujący się już w połowie schodów dziedzic Cheronetów go usłyszał.

– Tyle, że ja nie jestem moim ojcem – odpowiedział młody szlachcic odwracając pociemniałą znienacka twarz w stronę podążającego za nim dworzanina – Nigdy o tym nie zapominaj.

III

Częściowo zadaszony wewnętrzny dziedziniec kasztelu chronił przebywających na nim ludzi przed ulewą, aczkolwiek ściekająca po murach woda rozlewała się płytkimi kałużami po kamiennych płytach i bulgotała głośno w odpływach. Okuta żelazem dwuskrzydłowa brama rozwarła się pośród metalicznego zgrzytu zawiasów, zgrzytowi temu zawtórował łoskot naciąganych na bębny łańcuchów podnoszących w górę strzegącą dostępu do środka kratownicę. Varras Cheronet stał pośrodku dziedzińca w towarzystwie Silbarana i czterech zbrojnych w błękitnych płaszczach narzuconych na kolczugi, dzierżących w rękach długie włócznie. Dwudziestu mokrych i brudnych jeźdźców pojawiło się na dziedzińcu wśród stukotu kopyt i parskania zmordowanych koni. Wiodący ich człowiek zatrzymał wierzchowca przed panem kasztelu pochylając się do przodu w siodle i raz jeszcze unosząc prawą dłoń w geście pozdrowienia.

– Witajcie na zamku Cheronetów – powiedział donośnie Varras – Niezapowiedzianych gości podejmujemy równie chętnie jak tych, którzy swe przybycie wcześniej uczynili nam znajomym, zwłaszcza zaś ludzi w służbie barona.

– Przyjmij wyrazy naszej wdzięczności, panie – odrzekł z wysokości siodła ciemnowłosy Awarimczyk mówiąc we wspólnej mowie z południowym akcentem zdradzającym niezawodnie jego pochodzenie – Żywiliśmy już obawy, że nasz opłakany widok sprawi, iż zatrzaśniecie nam bramę przed nosem na cztery spusty.

– Co was tutaj sprowadza i co się wam przytrafiło po drodze, panie? – zapytał seneszal postępując krok do przodu i wodząc bacznym wzrokiem po naznaczonej rysami zbroi Awarimczyka – Ścięliście się na szlaku z ogrami?

Varras Cheronet nie pozwolił, by drgnęła mu twarz, chociaż w mig pojął znaczenie pytania swego sługi. W Chropawych Szczytach nigdy nie widziano ogrów, toteż słowa Silbarana były zwykłym fortelem mogącym przy odrobinie szczęścia zdemaskować niecne intencje przybyszów.

– Surowe twe włości, dziedzicu rodu – odpowiedział Awarimczyk wodząc wzrokiem po nadgryzionych zębem czasu murach dziedzińca – Wiele im brakuje do posiadłości twego ojca.

– Zadałem ci pytanie, przybyszu – powiedział ostrzejszym tonem Silbaran, czując wzbierającą w sercu irytację na widok zachowania, w którym trudno się było doszukać stosownego wobec Varrasa szacunku.

Siedzący w siodle tuż obok przywódcy najemników osiłek o zabandażowanej ciasno głowie spojrzał na seneszala wzrokiem tak nieprzyjaznym, że dworzanin cofnął się mimowolnie o krok czując na sobie owo spojrzenie.

– Nie wszyscy Cheroneci przykładają równą miarę do kwestii przepychu – odrzekł chłodno szlachcic – Jeśliście przywykli do wygód na dworze mego ojca, nie wszystko tutaj przypadnie wam do gustu, aczkolwiek jadła, napitków i dachu nad głowami wam nie poskąpimy. Mój sługa zadał ci pytanie, przyjacielu. Co was tu sprowadza i co złego się wam przytrafiło po drodze?

– Kłopot z pieniędzmi i zleceniem – odpowiedział Awarimczyk opuszczając prawicę powolnym ruchem na głownię tkwiącego w pochwie miecza – Takie życie, młody Cheronecie. Ktoś zawsze chce czegoś więcej niż by się mogło wydawać.

Szlachcic poczuł znienacka chłodne ciarki przebiegające mu po kręgosłupie. Miał przy boku przypasany miecz, ale założył obciążony bronią pas na biodra raczej z przyzwyczajenia niż z zamiarem wyciągania ostrza z jaszczura, z tego samego powodu miał na sobie jedynie chroniące przed zimnym wiatrem wierzchnie odzienie. Górujący ponad nim jeźdźcy mimo swego kiepskiego wyglądu zaczęli nagle sprawiać złowieszcze wrażenie, prostując się w siodłach i ściągając pozornie niedbałymi ruchami uzdy koni. Wzrok Cheroneta podążył w stronę prawicy ciemnowłosego Awarimczyka, w każdej chwili spodziewając się szczęku wyciąganej z pochwy stali.

– Nie odpowiedziałeś na moje pytanie, cudzoziemcze – wycedził przez zęby młody szlachcic upewniając się kątem oka, że stojący na blankach kusznicy uważnie śledzą spotkanie swego pana z obcymi.

– To jedyna odpowiedź, dziedzicu – odparł południowiec – Wszystko sprowadza się do kwestii honoru, zapłaty i lojalności.

Ściskająca rękojeść miecza ręka Awarimczyka wystrzeliła w górę pośród szczęku metalu, uzbrojona w proste i zadziwiająco krótkie ostrze. Mężczyzna przechylił się w siodle tnąc bronią z całej siły, mierząc w gardło wyciągającego z pochwy własny oręż Cheroneta. Młody szlachcic odchylił się w tył w ułamku chwili, wiedząc już, że dzierżący zbyt krótką broń napastnik nie zdoła go swym ostrzem sięgnąć i nie rozumiejąc do końca sensu tego skazanego na oczywistą porażkę uderzenia.

I w niewiedzy tej umarł, kiedy krótkie ostrze przecięło powietrze o stopę od jego szyi, a na gardle dziedzica rodu wykwitła szkarłatna krecha otwierająca ciało aż po kość kręgosłupa. Struga gorącej krwi opryskała twarz zupełnie zaskoczonego seneszala, wpatrzonego szeroko otwartymi oczami w wydłużoną znienacka klingę miecza Awarimczyka, unurzaną w krwi jego padającego z nóg pana. On również nie mógł wiedzieć, że miecz przywódcy najemnika był w rzeczywistości o półtorej stopy dłuższy niż się to zdawało ulegającym iluzjonistycznej magii śmiertelnikom, nie mającym pojęcia o rzeczywistych rozmiarach częściowo niewidocznej klingi.

Osiłek o zabandażowanej głowie pchnął swego rumaka do przodu brutalnym uderzeniem stóp, stratował kopytami pierwszego z włóczników, drugiemu zdruzgotał czaszkę potężnym ciosem ciężkiego ghastańskiego nadziaka, strasznej kawaleryjskiej broni produkowanej wyłącznie na Awarimie i odlewanej ze stopu metali stanowiących sekretną formułę tamtejszego krasnoludzkiego rodu metalurgów. Ostry kolec nadziaka przebił bez trudu płaski hełm Osmundczyka zwalając mężczyznę z nóg niczym grzmotnięty toporem kloc drewna. Wyszarpując swą broń z głębokiej rany osiłek kopnął jednocześnie z całej siły prawym butem w pierś sięgającego po wiszący u pasa kord seneszala, łamiąc mu pośród donośnego trzasku kości dwa żebra. Porażony spazmami bólu starszy człowiek upadł na płyty dziedzińca próbując odtoczyć się nieporadnie jak najdalej od uderzających wszędzie wokół końskich kopyt.

Dyskretnie naciągnięte i ukryte pod połami płaszczy lekkie kusze szczęknęły w tej samej chwili, kiedy Varras Cheronet upadał na plecy z rozciętym szeroko gardłem. Ugodzeni bełtami pozostali dwaj przyboczni zwalili się z nóg pośród metalicznego szczęku upadających na bruk włóczni.

– Do środka! – ryknął gromko Dragan Artemes, kapitan awarimskich zaciężnych żołnierzy i przywódca grupy – Zejść z oczu kusznikom! Jazda!

Jego ostatnie słowa utonęły w świście słanych z blanków bełtów osmundzkich żołdaków. Jeden z południowców runął z siodła wyginając grzbiet w łuk i próbując sięgnąć palcami tkwiącego pod lewą łopatką pocisku, jakiś koń zakwiczał wysoko ugodzony bełtem w zad. Skacząc z siodeł i krzycząc donośnie najemnicy rzucili się w stronę schodów wiodących ku obronnym parapetom, zniknęli w drzwiach narożnych wież z obnażoną stalą w rękach. Kilka ostatnich pocisków odbiło się z metalicznym szczękiem od mokrych kamieni, po czym w górze zapanował ożywiony rwetes świadczący o próbach jak najszybszego naciągnięcia kusz.

Artemes zeskoczył z siodła wpadając w szeroko otwarte drzwi części mieszkalnej kasztelu, oglądając się w biegu za siebie. Zostało mu już tylko osiemnastu ludzi. Kiedy przybył na wyspę zaciągając się pod rozkazy barona Cheroneta, miał pod sobą czterdziestu czterech najemników, w głowie zaś ambitne plany na przyszłość. Sześciu Awarimczyków zginęło podczas zleconego przez barona napadu na niewielki poczet wiozący rzekomo skradzione insygnia rodowe Cheronetów. W rzeczywistości dobrze strzeżony poczet okazał się transportem złota będącego podatkiem wojennym zebranym przez królewskich taksatorów wśród możnowładców Karihemu, jednakże prawda ta wyszła na jaw zbyt późno, dopiero po uśmierceniu ostatnich zaciekle broniących szkatuły strażników. Blisko dwudziestu następnych najemników postradało życie jeszcze tego samego dnia w zasadzce urządzonej przez ludzi barona, wśród nich jedyny w oddziale czarodziej. Niedobitki południowców wyrwały się z pułapki uciekając w góry. Zdradzeni najemnicy pozostali bez zapłaty, stracili ponad połowę towarzyszy i najpewniej zostali już wyjęci spod prawa jako cudzoziemscy bandyci, ścigani równie zajadle przez sługi barona jak i miejscowe wojsko, bez nadziei na przebicie się w stronę wybrzeża.

Zbiegający w dół schodów rozległego holu Osmundczyk w przysłoniętej błękitnym płaszczem kolczudze podniósł wyżej swój prosty żołnierski miecz rzucając Artemisowi chrapliwe wyzwanie, w tej samej jednak chwili u boku kapitana wyrósł jeden z jego okrwawionych podwładnych, strzelając z lekkiej kuszy prosto w gardło obrońcy. Rażony śmiertelnie żołdak runął w dół schodów nabijając się niejako przy okazji na swą własną broń.

– Przeszukać cały kasztel! – ryknął Dragan wycierając w swój płaszcz lepką krew pokrywającą niewidoczną część ostrza miecza i pozornie znów skracając długość klingi – Znajdziemy dzieciaka, wyjdziemy z tego cało!

Od strony dziedzińca dobiegł go donośny szczęk stali i przeraźliwe krzyki dowodzące tego, że pnący się po schodach wież najemnicy dopadli naciągających kusze Osmundczyków ścinając ich wprawnymi ciosami mieczy lub zrzucając jeszcze żywych wprost na płyty zamkowego dziedzińca.

Nieświadomy dramatycznych wydarzeń w Chropawych Szczytach baron Astar Cheronet drogo miał zapłacić za swoją zdradę.

IV

Sybilla Cheronet cofnęła się o krok rozdarta sprzecznymi emocjami, wodząc wzrokiem pomiędzy drewnianymi drzwiami swej komnaty i kołyską strzeżoną przez śmiertelnie przerażoną młodą niankę. Będąc kobietą z natury odważną szlachcianka walczyła z chęcią udania się na zewnątrz targana troską o swego męża. Wąskie wykusze w ścianie komnaty ograniczały znacząco pole widzenia, a dobiegające z zewnątrz odgłosy walki odbijały się echem w ciasnej przestrzeni pomieszczenia pogłębiając dezorientację obu kobiet. Zbudzone szczękiem stali i krzykami ludzi niemowlę zaczęło przeraźliwie płakać, toteż kobieta ruszyła w stronę kołyski chcąc uspokoić przestraszone dziecko.

Drzwi komnaty zatrzęsły się pod wpływem mocarnego uderzenia, zasunięte skoble pękły niczym skorupka jajka. Do środka pomieszczenia wpadł wielki rumak o spienionym pysku i przekrwionych oczach, niosący na swym grzbiecie równie wielkiego jeźdźca dzierżącego w ręku okrwawiony kawaleryjski nadziak. Widok obandażowanego rębajły był tak straszny, że piastunka zaczęła krzyczeć przeraźliwie, podnosząc złożone dłonie do twarzy i zakrywając nimi oczy. Jeździec zeskoczył z siodła z chrapliwym warkotem, w którym nuta tryumfu mieszała się z krwiożerczym szałem, odwiesił nadziak na uchwyt przy pasie pokonując kilkoma krokami odległość dzielącą go od kołyski. Sybilla dopadła jej pierwsza, pochwyciła owinięte w miękki materiał niemowlę przyciskając je do piersi, ale nie zdążyła się już cofnąć. Mężczyzna złapał dziecko wydzierając je z rąk zrozpaczonej matki, na poły zwierzęcy warkot wydobywający się z jego gardła przeszedł w chrapliwy śmiech.

– Puść! – krzyknęła szlachcianka ulegając brutalnej sile napastnika – Puść go!

Macając desperacko wokół siebie ręką kobieta natrafiła palcami dłoni na leżący na pobliskim stoliczku nóż do obierania owoców, chwyciła go dźgając ze zduszonym jękiem prosto w podbrzusze obcego. Krótkie wąskie ostrze ześlizgnęło się ze zgrzytliwym dźwiękiem po chroniącej brzuch i krocze osiłka łuskowej zbroi, ale utkwiło w jego prawym udzie wyrywając z ust napastnika zduszony pomruk bólu pomieszanego z wściekłością. Jeździec odrzucił płaczące wciąż dziecko na usłaną grubymi futrami posadzkę tak jakby to był jakiś niewiele warty pakunek, a potem błyskawicznym ciosem uderzył Sybillę wierzchem dłoni w twarz łamiąc dzielnej szlachciance nos. Żona dziedzica rodu krzyknęła przeraźliwie podnosząc ku zakrwawionej twarzy obie ręce i próbując nie ulec fali cierpienia, która poraziła w ułamku chwili jej ciało.

– Coś zgubiłaś, suko – wysyczał rosły mężczyzna wyciągając z rany na udzie nóż do obierania owoców i obracając ostrze w dłoni gestem zdradzającym wprawnego nożownika. Pchnięta prosto w pierś szlachcianka wydała z siebie ciche westchnięcie i upadła na posadzkę zwijając się w kłębek. Nie poświęcając umierającej kobiecie więcej uwagi Awarimczyk odwrócił się w kierunku zamarłej w bezruchu piastunki, wpatrzonej szeroko otwartymi i pełnymi łez oczami w rosłą postać cudzoziemskiego mordercy.

– Chcesz ją zabić, Garro? – zapytał lodowatym tonem Dragan Artemes stając w progu komnaty – Znasz się na niemowlętach? Dasz małemu cycka? Jeśli nie, idź i poszukaj sobie kogoś innego do zabicia. Dziwka musi się zająć bękartem.

Garro sapnął głośno, a potem złapał nie potrafiącą wykrztusić z siebie ani słowa dziewczynę za długie płowe włosy i przyciągnął do siebie zmuszając ją do wspięcia się na palce stóp.

– Nie ma sprawy, kapitanie. Jeszcze się doczekam – wysyczał wlepiając złe oczy w mokrą od łez twarz służki.

V

Oddychający chrapliwie seneszal Silbaran poczuł chwytające go pod pachy silne ręce, ciągnące obolałego człowieka w górę z zamiarem postawienia go na nogi. Łzawiące pod wpływem przemożnego bólu oczy dworzanina nie potrafiły skoncentrować się na twarzach otaczających go ludzi, wlokących swą ofiarę w kierunku jednego ze stojących na dziedzińcu koni. Nie rozumiejąc intencji swych oprawców seneszal pozwolił się wsadzić w siodło, jęcząc jedynie cicho, kiedy twarde rzemienie pętały jego ręce przywiązując Osmundczyka do kulbaki.

– Nie zdychaj, psie – powiedział twardy męski głos zbliżający się w stronę konia. Silbaran zamrugał rozpaczliwie oczami przechylając się w siodle i próbując nabrać powietrza w uciskane złamanymi żebrami płuca – Przynajmniej nie zdychaj jeszcze teraz.

Przywódca Awarimczyków rozsznurował juki zarzucone na siodło Silbarana i włożył do środka niewielki pakunek, szczelnie owinięty w wyprawioną skórę i ściągnięty konopnym sznurkiem.

– To przesyłka dla barona Cheroneta – oznajmił najemnik łapiąc seneszala za nogę i wbijając mu zakrzywione palce w staw kolanowy. Dworzanin jęknął głośniej, pod wpływem paraliżującego nogę bólu zapominając na chwilę o potwornym wrażeniu palącego kłucia w piersiach – Jedź do posiadłości barona i opowiedz mu o wszystkim, co się tutaj stało. Stracił już syna i synową. Jeśli nie chce, abyśmy zabili mu też wnuka, niechaj wypełni wszystkie instrukcje zapisane w liście. Jedź prosto do tego kurwiego syna i nie waż się umrzeć po drodze, jeśli leży ci na sercu życie szczeniaka.

VI

Posiadłość barona Astara Cheroneta w Gasarilu zdawała się uginać pod ciężarem wielopokoleniowego dziedzictwa rodu, wystrzeliwując lśniącymi w słońcu miedzanymi dachami ponad zieleń ozdobnych drzew porastających należące do szlachcica wzgórza na północnych obrzeżach miasta. Spoglądając w dół z najwyższego balkonu posiadłości gość mógł cieszyć swe oczy panoramą położonego nieco niżej Gasarilu, jego ciasną zabudową i kolorowymi gontami, dzwonnicami miejscowych świątyń i obracanymi wiatrem skrzydłami kilku wielkich wiatraków. Dzieląca balkon od miasta odległość oszczędzała dystyngowanym gościom plebejskiego gwaru zastępując go dla odmiany melodyjnym śpiewem ptaków. Sam baron również lubił przesiadywać w tym miejscu, kiedy akurat jego uwagi nie zaprzątały ważniejsze sprawy, teraz jednak zasiadł w rzeźbionym z cennego olanderowego drewna krześle ustawionym w komnacie audiencyjnej. Podpierając jedną dłonią podbródek czekał w milczeniu, aż dwaj noszący szyte na miarę liberie służący wyprowadzą za drzwi seneszala Silbarana, spozierając na pokasłującego krwią dworzanina oczami pozornie pozbawionymi wszelkich namiętności.

Ich wyraz zmienił się w tej samej chwili, kiedy drzwi komnaty zamknęły się cicho za plecami Silbarana i jego pielęgniarzy. Baron odjął dłoń od podbródka i przechylił się w krześle wbijając lodowaty wzrok w stojącą obok szczupłą postać swego zausznika. Astar Cheronet przeżył dobre pół wieku, ale wciąż budził szacunek i skrywaną zazdrość rówieśników swą krzepą fizyczną i sprężystością mięśni oraz trzeźwością myśli. Krążące wśród lokalnych szlachetków plotki twierdziły, że patriarcha rodu zawdzięcza swą witalność magicznym dekoktom sprowadzanym za słoną cenę z Orkusa Wielkiego, warzonym przez orkowych czarodziejów z użyciem ingrediencji tak odrażających, że sama na ich temat rozmowa mogła na nieostrożnego plotkarza ściągnąć karę dobrych bogów. Nikt nigdy owych osławionych eliksirów nie widział, gdyby jednak teraz któryś z gasarilskich arystokratów znalazł się przypadkiem w posiadłości Cheronetów, uznałby niezawodnie, że purpurowy z gniewu baron właśnie jeden z nich zażył.

– Żądają okupu trzykrotnie wyższego od swej wcześniejszej zapłaty! – wyrzucił z siebie Astar Cheronet zaciskając obie dłonie w pięści – Zabili Varrasa i Sybillę, a teraz grożą śmiercią małego! Co radzisz uczynić, Gerher? Mam im ulec?

– To niebezpieczni ludzie, mój panie – odpowiedział spokojnie doradca barona, przeraźliwie chudy Osmundczyk noszący czarne szaty obszywane złotem i uginający się wręcz pod ciężarem nałożonej na siebie biżuterii – Znają się na swym fachu i nie grożą po próżnicy.

– Ty mi ich poleciłeś, Gerher – baron wbił złe oczy w twarz zausznika, ten jednak przywykł już do częstych napadów wściekłości swego pana i spuścił tylko kornie wzrok kontemplując spojrzeniem szyte z drogiej skóry buty pryncypała – Ty ręczyłeś za ich kompetencje.

– Nie śmiałbym przeczyć, mój panie – odpowiedział doradca – Wszelako nie sposób doszukać się w tych rekomendacjach błędnego osądu. Czyż nie wypełnili dokładnie zleconego im zadania? Miałem nająć cudzoziemców wprawnie władających orężem i gotowych wykonać każdy rozkaz. Jeśli pragniesz mnie ukarać za spełnienie twego polecenia, z pokorą przyjmę karę, panie.

– Nie prowokuj mnie, Gerher, nie kuś do złego – baron stracił już nieco z purpury oblewającej chwilę wcześniej jego oblicze, ale wciąż pozostawał wściekły – Przeklęte cudzoziemskie ścierwa! I co mam teraz zrobić? Zapłacić w nadziei na to, że dotrzymają słowa i oddadzą mi wnuka czy skazać ród na wymarcie?!

– Istnieje inne rozwiązanie, mój panie – chrząknął doradca podnosząc w górę oczy – Można wynająć kogoś, kto odzyska dziecko bez płacenia okupu, co oszczędzi zarówno twą szkatułę jak i honor. Odradzam zniżania się do pertraktacji z tymi plebejuszami.

– Artemes nie jest głupcem, już się o tym przekonaliśmy! – syknął baron pocierając skronie czubkami palców – Jeśli wypatrzy zbliżających się do przełęczy żołdaków, zabije dziecko i ucieknie. Pułapkę Norana też zwietrzył zbyt szybko, suczy chwost!

– To się zdarzyło pierwszy raz, mój panie – Gerher Relis skłonił nisko głowę – Wynajmowaliśmy Norana wiele razy wcześniej do podobnych zadań i nigdy nie zawiódł.

– Zawsze jest pierwszy raz – wycedził przez zęby baron – Szczęście miał, że go ten zawszony Awarimczyk ubił, inaczej bym go chyba końmi darł na ćwierci. Niechaj cierpi wieczyste męki w trzewiach Seta! Kogo zatem chcesz nająć, skoro tutejszych żołnierzy nie lza? Jakiegoś biegłego w czarowaniu maga? Wszyscy oni jak jeden mąż dagonici, na wyprzódki do świątyni pomykają donosić, jeno co nieprawego zwietrzą. Nie trza nam żadnego dagonickiego psa w pobliżu, póki sprawy śliskimi pozostają.

– Jest ktoś jeszcze, cudzoziemiec, choć nie z Żółwich Księstw, lecz gdzieś z północy – wyjaśnił zausznik – Przyjechał do Leretonu parę miesięcy temu i wziął się za łapanie zbiegów, a ponoć tak straszniście jest zawzięty, że nikt mu jeszcze nie uszedł.

– Chcesz mi za progi wprowadzić jakiegoś łowcę nagród? – ton głosu barona opadł znacząco, ale w jego oczach wciąż jarzyły się wyjątkowo niebezpieczne ogniki – Jakiegoś wszarza z północy o nic niewartej reputacji? Łapacza niezgułów, co to pewnikiem nogi sobie w ucieczce poplątali z przerażenia?

– To nie jest ponoć zwykły łapacz, mój panie – chociaż w komnacie nie było nikogo prócz Cheroneta i jego doradcy, Gerher z przyzwyczajenia zniżył głos – Wieści niosą, że to człek szlachetnego urodzenia, a nie z pospólstwa, lecz nie to przesądza o jego wartości, jeno zlecenie jakie mu przekazał hrabia Merthens z Leretonu. Miał ci on sprowadzić do domu zbiegłą córkę hrabiego, która w miłosnym zadurzeniu uciekła z jakimś bogatym i znacznym w cechu mieszczaninem. Uwinął się we dwa dni ze sprawą, a córka cała i zdrowa padła na kolana przed obliczem rodziciela.

– A jej gaszek? – zainteresował się baron rozluźniając napięte mięśnie – W dybach na dziedzińcu u Merthensów?

– Przepadł bez śladu – uśmiechnął się chłodno Gerher – Niczym kamień w wodę…

Astar Cheronet milczał przez dłuższą chwilę, a Gerher Relis czekał cierpliwie na decyzję swego pana, pocierając machinalnie kciukiem swój złoty sygnet.

– Sprowadź tego człowieka – powiedział baron przerywając w końcu ciężkie milczenie – Sprowadź po cichu i jak najszybciej. Zaoferuj mu sto olardów zaliczki i dwa razy tyle po odzyskaniu dziecka, jeśli jednak uznasz, że nie jest warty tych pieniędzy, pozbądź się go dyskretnie. Nie chcę, aby ktokolwiek wiedział, że Cheronetowi zależy na odzyskaniu jakiegoś dziecka, nawet nikomu tu nieznany cudzoziemiec.

– Stanie się wedle twej woli, panie – zausznik skłonił się głęboko wycofując się tyłem w stronę drzwi komnaty – Wyruszę natychmiast, póki tamten wciąż jeszcze siedzi w Leretonie…

– Poczekaj, Gerher, nie tak szybko – przerwał dworzaninowi baron, a na jego twarzy pojawił się grymas, który nie wieścił nic dobrego. Zausznik zesztywniał mimowolnie, niezliczony już z rzędu raz odnosząc wrażenie, że spogląda nie w ludzkie oczy, tylko ślepia jakiegoś obleczonego w ludzką skórę drapieżnika – Vallejo bardzo zawiódł me zaufanie, nad wyraz bardzo. Byłbym głupcem, gdybym tak pozostawił tę sprawę.

Gerher odetchnął w duchu, spodziewał się już bowiem, że na sam koniec rozmowy zostanie jednak w jakiś wyrafinowany i odpowiedni dla swej pozycji sposób ukarany, gniew barona skupił się jednak szczęśliwym zbiegiem okoliczności na kimś innym. Vallejo Haurer był osobistym astrologiem barona Cheroneta, opłacanym hojnie datkami słanymi wprost do szkatuły dagonickiej świątyni w Gasarilu, z której go na służbę szlachcicowi przysłano. Większość jego wróżb i horoskopów zdawała się w przeszłości spełniać, przynajmniej dzięki zręcznej interpretacji proroctw w obliczu późniejszych wydarzeń, tym razem jednak złotousty talent astrologa nie mógł go ocalić przed gniewem pryncypała.

– Jest w posiadłości? – zapytał baron.

– Tak, mój panie – odparł dworzanin – W swojej pracowni.

– Nie sądzisz, że to nie za dobrze świadczy o jego talencie? – zły grymas na ustach Cheroneta pogłębił się jeszcze bardziej – Nie przewidział napadu w Chropawych Szczytach, za co winien od ręki głowę stracić, a teraz na dodatek źle widać ułożył swój własny horoskop, bo gdyby mu się udało, już dawno uciekłby do świątyni. Ani chybi opuściły go łaski jego boga. Doradzasz go ściąć czy tylko powiesić? Albo może powiesić, a potem poćwiartować, tak dla przykładu?

– Doradzam powściągliwość w karaniu, mój panie – odchrząknął Gerher – To wszak nie twa służba, jeno człek z dagonickiej świątyni. Jeśli zostanie ukrzywdzony, khtan Ortell gotów się wzburzyć i wezwać cię pod sąd albo i przekląć z wysokości ołtarza…

– Gdzieś mam przekleństwo khtana Ortella! – sarknął Cheronet, chociaż jako mąż przezorny złożył jednocześnie dłonie w znaku ochronnym bellanitów mającym strzec go od złej woli innych bogów – Nie sposób zliczyć darowizn na świątynię wysłanych w zamian za usługi tego partacza Haurera! Na pal się go winno wbić przed bramą świątyni jako dowód tego, że nawet własnej parszywej egzekucji nie zdołał sobie wywieszczyć, ale masz rację, mus mi się zachować na podobieństwo światłego męża stanu. Weź paru zbrojnych, spakujcie go i odprowadźcie do świątyni. Jego świętobliwości przekażcie, że przez swą nieudolność Vallejo odtrącił karmiącą go, a nadto wspierającą datkami samego khtana rękę, toteż nie jest już mile widziany w naszych progach.

– Tak się też stanie… – zapewnił swego pana Gerher, ale baron uciszył go ostrym ruchem dłoni.

– Jeszcze nie skończyłem – powiedział – Przekażesz też jego świętobliwości, że jego słudze palce do niczego potrzebne nie są, bo do wyśpiewywania modlitw starczy mu gęba, a horoskopy i tak kiepsko stawia. Zanim go zostawicie, połamcie mu paluchy u obu rąk, niech przynajmniej trochę pocierpi, skoro zabić mi go nie wypada. Potem odszukaj tego obcokrajowca i sprowadź go do Gasarilu. Awarimczycy nie będą długo czekali, a ja chcę odzyskać wnuka. Możesz odejść!

Astar Cheronet odczekał, aż dworzanin opuści komnatę, wodząc posępnym wzrokiem po zawieszonych na ścianach myśliwskich trofeach, chorągwiach i kolekcji kunsztownie wykonanej broni od dwuręcznych mieczy poczynającej, a na gizarmach poprzestającej. Jego duszą targały rozliczne emocje, pośród których walczyły ze sobą o lepsze zimna nienawiść i zwierzęcy gniew.

Dartan Artemes miał drogo zapłacić za swój bezczelny plan okpienia osmundzkiego szlachcica.

VII

Południowe dzielnice Leretonu cieszyły się złą sławą przez wzgląd na sąsiedztwo portu oraz kwartałów nędzarzy, zresztą zamieszkujący je Osmundczycy sami nader często zadzierali ze stróżami prawa trudniąc się ulicznym złodziejstwem, wymuszeniami, prostytucją i pokątnym handlem. Zaraz po przyjeździe do miasta Gerher Relis puścił w obieg nieco złota zyskując szybko informację o miejscu, w którym zatrzymał się znany już tu i ówdzie cudzoziemski łowca nagród, słysząc zaś o południowej dzielnicy nie omieszkał zabrać ze sobą w wizytację dwóch przybocznych, którzy towarzyszyli mu w podróży z Gasarilu na wybrzeże. Ulice nadmorskiego miasta sprawiały po zmroku wrażenie wyludnionych, przemierzali je głównie królewscy żołnierze strzegący Leretonu przed nieoczekiwanym rajdem Tabadańczyków, mało prawdopodobnym, ale nie niemożliwym. Działania wojenne pomiędzy królestwami Osmundu i Tabadanu znalazły się w zauważalnym impasie po Bitwie Setek Piór, kiedy znaczna część tabadańskich pegazich jeźdźców stacjonujących na pokładach wrogiej floty padła ofiarą podstępu osmundzkich czarodziejów ukrytych na statkach przewożących rzekomo importowane z Gutum-guru zboże. Pewni łatwego zwycięstwa podniebni wojownicy drogo zapłacili za swą nieostrożność, a sypiące się z błękitnych przestworzy nadpalone pióra gryfów i pegazów stały się źródłem potocznej nazwy nadanej zwycięskiej bitwie przez osmundzkich żołdaków. Użądlona boleśnie tabadańska flota wycofała się na czas uzupełnienia strat na własne wody, Osmundczycy zaś poprzestali na pilnowaniu granicy morskiej czekając na dalszy rozwój wydarzeń.

Gerher nie przejawiał większego zainteresowania przebiegiem Wojny Rybnej, Gasaril leżał dostatecznie daleko od wybrzeża, by jego mieszkańcy czuli się bezpieczni przed zakusami Tabadańczyków, w drodze na wybrzeże nadstawiał jednak bacznie uszu rozpytując tu i ówdzie o najnowsze wieści. Biegły od odróżnianiu kłamstw od prawdy i obeznany z odsiewaniem plotek dowiedział się sporo ciekawych rzeczy od podróżujących na gościńcu oficerów królewskiej armii, wędrownych kapłanów oraz kupców. Osmund Brodaty, władca Wysp Grua, sposobił się jakoby do rozmów pokojowych, chcąc zakończyć coraz bardziej kosztowny konflikt na korzystnych dla siebie warunkach w chwili, kiedy jego wrogowie lizali rany. Jakie by to miały być warunki i kiedy wojna miała się faktycznie skończyć, tego rzecz jasna nikt nie wiedział, ale każdy chętnie dzielił się z gasarilskim podróżnym swoimi hipotezami.

Szybki koniec wojny niezbyt dworzanina cieszył, ponieważ spowodowany nią wzrost cen zboża wieścił baronowi spore zyski po zakończeniu żniw. Pozdrawiając uniesioną w geście poważania ręką mijających go żołnierzy, chrzęszczących kolczugami i spozierających podejrzliwie na każdego przechodnia w złudnej nadziei, że okaże się on tabadańskim szpiegiem, Gerher obliczał w myślach ewentualne straty finansowe swego pryncypała śląc pod adresem osmundzkiego króla mało przyjazne epitety.

W południowej dzielnicy straszące wielkimi dziurami w bruku ulice nie były tak dobrze oświetlone łuczywami jak w przypadku bezpieczniejszych części miasta, ale przywołany przez jednego ze strażników żebrak zaprowadził obcych aż do progu stosownej karczmy, znikając prędko w ciemnościach nocy z garścią rzuconych mu pogardliwym gestem miedziaków.

Zausznik barona ściągnął wąskie usta w grymasie ledwie trzymanego na wodzy obrzydzenia, wodząc spojrzeniem po zadymionym świecami wnętrzu karczmy, po kiepsko oheblowanych ławach i stołach lepiących się tu i ówdzie od zwierzęcego tłuszczu, po okopconej powale i cuchnących odorem dawno nie mytych ciał obwiesiach tłoczących się wszędzie wokół pośród pijackich krotochwil i ochrypłych śpiewów mieszających się chwilami z wyzwiskami i groźbami poróżnionych o coś gości. Większość z nich odpowiedziała mu równie mało przyjaznymi spojrzeniami, odnotowując wzrokiem obecność dwóch rosłych towarzyszy dworzanina i ich spoczywające wymownym gestem na głowniach mieczy dłonie. Rozmowy, które przycichły w chwili wejścia do środka obcych przybrały zaraz z powrotem na głośności, toteż przybysze przywołali do siebie jednego ze spoconych karczemnych pachołków zamieniając z nim kilka słów.

Wyraźnie unieszczęśliwiony zadanym mu pytaniem wyrostek wskazał oddalony od wejścia drewniany stolik, wciśnięty w wyjątkowo ciemny kąt pomieszczenia i zajęty przez dwóch mężczyzn. Odprawiwszy pachołka ruchem ręki Gerher podszedł we wskazane miejsce przybierając wyraz oblicza stosowny dla poważnego człowieka interesu, dbając jednocześnie o to, by rękawy jego szaty nie przesłaniały bransolet świadczących dobitnie o statusie materialnym zausznika.

Siedzący bokiem do gościa mężczyzna o kręconych w niesforne kędziory jasnych włosach obejrzał się ponad ramieniem na intruzów, lustrując ich bacznie wzrokiem.

– To chyba do ciebie, bracie – powiedział po krótkiej chwili milczenia, odwracając głowę w stronę swego towarzysza, skrywającego twarz w cieniu naciągniętego na głowę kaptura – Na mnie już czas.

– Niechaj cię Wszechmocny strzeże, Gorhan – padła wypowiedziana we wspólnej mowie odpowiedź – Do następnego spotkania.

– Niechaj cię omijają sztormy Najwyższego – jasnowłosy człowiek podniósł się z ławy łapiąc za leżący w jej poprzek rybacki trójząb i obrzuciwszy raz jeszcze podejrzliwym wzrokiem milczących obcych odszedł w kierunku wyjścia z karczmy. Gerher uśmiechnął się uprzejmie przekraczając ławę jedną nogą z zamiarem zajęcia miejsca.

– Jestem Gerher Relis, osobisty doradca barona Cheroneta z Gasarilu–

– Zapraszałem cię do swojego stołu? – niski męski głos płynący z cienia kaptura zatrzymał dworzanina w połowie ruchu, w pozycji dość niezręcznej i wyraźnie upokarzającej, stanowiącej etap pośredni pomiędzy staniem i siedzeniem. Dwaj towarzyszący Gasarilczykowi zbrojni służyli baronowi od długiego czasu, znali się zatem na swych obowiązkach i wiedzieli doskonale, kiedy plebejusze przekraczali dozwoloną granicę w kontaktach z ich panami. Bliższy z nich postąpił krok do przodu podnosząc ukrytą w kolczej rękawicy pięść, w tej samej jednak chwili ukryta dotąd pod blatem prawica obcego wystrzeliła znienacka do przodu z szybkością atakującej koralowej żmii. Wąskie ostrze sztyletu oparło się swym czubkiem o grdykę zastygłego w bezruchu Gerhera. Gwar rozbrzmiewających wokół rozmów wyraźnie przycichł.

– Zanim on zdąży mnie uderzyć, ty udławisz się własną krwią – powiedział siedzący za stołem człowiek – Chcesz się o tym przekonać?

Obaj przyboczni cofnęli się o krok widząc szybki ruch ręki Gerhera. Uzbrojona w sztylet prawica łowcy zniknęła równie szybko jak się pojawiła, pozostawiając po sobie niewielkie czerwone nakłucie na skórze dworzanina.

– Osobisty doradca barona, powiadasz? – mruknął cudzoziemiec, a tkwiący w upokarzającym zawieszeniu ponad ławą Gerher uświadomił sobie, że nadal nie widzi twarzy swego rozmówcy. Ciemny kąt pomieszczenia i olejna lampa paląca się na półeczce za plecami łowcy ukrywały jego oblicze w cieniu tak głębokim, że Gasarilczyk ledwie dostrzegał błysk oczu mężczyzny – I czego sobie twój baron ode mnie życzy?

Starannie skrywając uczucie ulgi zausznik opadł na ławę poprawiając zmięte odzienie i walcząc z wszelkich sił z potrzebą oblizania spierzchniętych warg. Obserwujący z ukosa całe zajście inni goście znów powrócili do swej konwersacji, chociaż co rusz któryś przyglądał się ukradkiem pożądliwym wzrokiem kosztownościom noszonym przez dworzanina.

– Twa reputacja coraz bardziej cię wyprzedza – powiedział ściszonym głosem Gerher – Mój pan pragnie skorzystać z twych usług i zapewnia hojną zapłatę. Pewni ludzie podnieśli rękę na jego rodzinę i porwali małe dziecko. Mój pran pragnie je odzyskać.

– Zatem twój pan wysłał cię do niewłaściwej osoby – odpowiedział mężczyzna w kapturze sięgając jednocześnie po stojącą za sobą lampkę z zamiarem położenia jej na blacie stołu – Ja nie zajmuję się odzyskiwaniem dzieci, tylko łapaniem dorosłych.

– Jedno nie różni się wiele od drugiego – rzekł szybko Gerher – Towarzyszący dziecku dorośli muszą zostać złapani, aczkolwiek niekoniecznie żywi. Hojność barona Cheroneta nie zna sobie równych…

Dworzanin urwał w połowie zdania, ponieważ jego rozmówca położył trzymaną przez siebie lampkę na stole i przysłuchując się słowom gościa ściągnął z głowy kaptur swego ciemnego płaszcza. Migoczące światło lampy padło na jego pociągłą szczupłą twarz o wysokich kościach policzkowych i pełnych wargach, spod których wystawały dwa dolne siekacze.

– Ty… ty nie jesteś człowiekiem? – zdumienie sprawiło, że dumny na codzień ze swego opanowania Gerher stracił na ułamek chwili dostojną pozę – Ork?

– Jeśli zaprzeczę, dasz wiarę mym słowom? – zaśmiał się krótko i nieprzyjemnie łowca, szczerząc dla lepszego efektu zęby tak, by jeszcze bardziej uwydatnić swe charakterystyczne siekacze – Na waszych ziemiach niewielu widziałem pobratymców, ale nie uwierzę, że pierwszy raz w życiu widzisz orka.

– Racz wybaczyć – Gerher odzyskał natychmiast rezon – Rzecz jasna nie pierwszy to raz, aczkolwiek nie zaprzeczę, że poddani Katana rzadko bywają w Gasarilu.

– Widać to dziura nad dziurami – rzucił denerwująco pobłażliwym tonem łowca przechodząc znienacka płynnie na osmindal, rdzenny miejscowy dialekt – Straszni jesteście zaściankowi, wy Osmundczycy. Żeby zresztą tylko zaściankowi… co gorsza, wydawać by się mogło, że wy się macie za lepszych od nas. Sama taka myśl mi uwłacza, lecz choć urukowie nie słyną z wyrozumiałości wobec niższych od siebie, ja sam zanadto już przesiąkłem waszym sposobem myślenia i gotów jestem puścić takie rzeczy koło uszu.

– Baron… – poczerwieniały ze wzburzenia Gerher zająknął się na moment, pozwalając się zbić z tropu aroganckimi uwagami – Baron Cheronet daje za zlecenie trzysta olardów, z czego setkę w zaliczce. To oferta niebywale hojna…

– I może ją sobie w rzyć wsadzić – wtrącił złym głosem uruk – Za sto olardów zaliczki nie będę sobie butów tytłał waszym wiejskim łajnem, pono w głębi wyspy wszędzie go pełno na drogach leży. Wróć tutaj, kiedy barona będzie już stać na to, żeby mnie wynająć.

Nie potrafiący złapać z wzburzenia oddechu Gerher podniósł się z ławy. Pomimo dzikiej chęci rzucenia na orka obu przybocznych nie zrobił tego, choć wyczuwał również chłodny gniew zbrojnych, w których obecności cudzoziemski przybłęda obraził w tak niebywały sposób honor barona Cheroneta. W pomieszczeniu zapadła cisza tak przeraźliwa, że słychać w niej było skwierczenie knotów olejnych lampek i poskrzypywanie drewnianej pryczy gdzieś na piętrze karczmy, gdzie jedna z portowych ladacznic ujeżdżała z zawodową wprawą uwiedzionego chwilę wcześniej barbarzyńcę z dalekiej północy o cudacznym imieniu Comam.

Kiedy zatrzaśnięte z całej siły drzwi karczmy omal nie wypadły z futryny, siedzący w kącie sali ork ponownie naciągnął na głowę kaptur skrywając swą twarz w cieniu i przyglądając się znudzonym wzrokiem reszcie gości.

I chociaż jego oczy ukryte były w ciemności, bez trudu dostrzegł kilku opuszczających żwawo karczmę mężczyzn.

VIII

Gerher Relis sunął środkiem dziurawej jak sito ulicy nawet nie patrząc pod nogi, wpadając co chwila w płytkie kałuże i mocząc w gnojowicy drogie buty. Dwaj przyboczni stąpali o kilka kroków za swym panem, z prawicami na mieczach i wzrokiem próbującym przeniknąć mijane po drodze ciemne zaułki. Księżycowy blask tonął chwilami w puchatej warstwie chmur, toteż zalegający wszędzie wokół mrok zwyciężał w konfrontacji z mętnym blaskiem zatkniętych tu i ówdzie w ścienne obejmy pochodni.

Gasarilski dostojnik wręcz kipiał z wściekłości, oburzony na wskroś nieobyczajnym spotkaniem z Katańczykiem. Już samo powitanie za pomocą ostrza sztyletu łamało cywilizowane konwenanse, ale późniejsze komentarze orka zdawały się przekraczać wszelkie reguły. W Osmundzie nie zwykło się obrażać szlachetnie urodzonych, nawet w tak podłych portowych spelunkach. W Osmundzie tego rodzaju zachowanie wobec lepiej od siebie urodzonych zwykło się karać pręgierzem i dłuższym pobytem w wieży. Lecz wobec bezczelnego orka Relis miał zupełnie inne plany, wszak baron życzył sobie, by odmawiający przyjęcia zlecenia najemnik zniknął dyskretnie zabierając ze sobą do grobu tajemnicę Cheronetów. Gerher znał w Leretonie parę osób, one miały zaś swoich znajomków, lubujących się w ciemnych zaułkach i płatnej pod stołem robocie nożami.

– Na nic ta cała wyprawa! – sarknął zausznik barona uderzając ze złości w ręce – Nic jeno dzień stracony na parszywego zamorszczyka!

Żaden ze zbrojnych słowem się nie odezwał, nie chcąc ściągać na siebie uwagi wzburzonego dworzanina. W zamian obaj obejrzeli się przez ramiona do tyłu, w głąb ulicy, zwabieni leciutkim szczęknięciem metalu o metal. Kilkadziesiąt metrów w tyle szło w tym samym co Gasarilczycy kierunku czterech mężczyzn, okutanych w długie płaszcza i z racji głębokich ciemności przypominających bardziej kroczące szybko zjawy niż ludzi.

– Panie – syknął jeden z przybocznych wyrywając Gerhera z gniewnego zamyślenia – Kłopoty mogą być!

Gasarilczyk rzucił okiem za siebie i natychmiast zapomniał o aroganckim orku, szacując w myślach odległość dzielącą jego osobę od pilnowanej przez wojsko części miasta. Myśli na ów temat skłębiły się w głowie mężczyzny na widok czterech innych ciemnych sylwetek, które wychynęły znienacka z wąskiej bocznej uliczki i zagrodziły zausznikowi drogę. Stal zazgrzytała złowróżbnie, gdy obaj przyboczni dobyli swych mieczy stając w poprzek uliczki i obserwując na przemian obie grupki przechodniów.

Widząc obnażoną stal obcy odrzucili poły płaszczy i sami dobyli długich prostych mieczy noszonych pod wierzchnim odzieniem, zwalniając kroku i rozchodząc się nieco na boki. Gerher obrzucił zrozpaczonym spojrzeniem ściany otaczających go budynków, zaryglowane drzwi i zamknięte szczelnie okiennice. W tej części miasta nocne bijatyki i napady nie były rzadkością, a zdrowy rozsądek nakazywał miejscowym nie okazywać zdrożnego zainteresowania wrzaskami dobiegającymi po zapadnięciu zmroku z okolicznych zaułków. Kołatanie do drzwi w próżnej nadziei na ratunek byłoby tylko stratą czasu, toteż dworzanin dobył śpiesznie noszonego przy pasie ozdobnego noża łudząc się wbrew rozsądkowi, że widok broni napastników odstraszy albo że gdzieś w głębi ulicy pokaże się nagle jakiś zbłąkany wojskowy patrol.

– Po cóż od razu takie gniewne fochy? – powiedział jeden ze zbliżających się od przodu mężczyzn. Był niski, ale zauważalnie zwinny, stąpający po rozmiękłej ziemi z gracją drapieżnego kota – Człek by jeno słówko chciał zamienić, a tu od razu żelazo z jaszczura wyciągnięte? Godzi się tak ze stalą na ziomka?

– Do pogawędki siedmiu pomagierów ci potrzebnych? – odparł Gasarilczyk – Takiś lękliwy? Czego chcesz?

– Tych olardów, coś je obiecał zamorszczykowi, panie – rzekł przywódca opryszków, odrzucając z głowy kaptur i ukazując szczupłe oblicze przesłonięte po części spadającymi z głowy rudymi kędziorami – Po co obcemu dać zarobić, parszywcowi, skoro wokół tylu krajanów gotowych pomóc? On ofertą wzgardził, widać strachem podszyty, ale my się chętnie podejmiemy, coby baronowi dobrze zrobić. Rzeknij jeno, co i jak, a wnet się do roboty weźmiemy.

Gerher zmierzył rudzielca wyniosłym spojrzeniem nie chowając noża.

– Odejdź w pokoju, dobry człeku i niechaj cię bogowie mają w swej opiece – odpowiedział oschle – Propozycja już nie jest ważna, tedy z misji nici. Baron nie jest zainteresowany waszymi usługami.

Rudzielec zaśmiał się chrapliwie, a dźwięk tego na poły ironicznego, na poły okrutnego śmiechu poniósł się echem po uliczce. Kompani rzezimieszka z miejsca do niego dołączyli, mimo rechotu nie tracąc nic ze swej groźnej postawy. Gerher zerknął z desperacją w głąb ulicy, nigdzie jednak nie dostrzegał śladu żywej istoty.

– Wielce to szkoda, ale mówi się trudno – oznajmił rudzielec przestając się śmiać – Skoro tak, styknie nam te sto olardów zaliczki, coś je temu orasowi obiecał, dobry panie. Oddasz po dobroci, a do tego jeszcze pierścienie, bransolety i ciżmy, może was puścimy równie po dobroci do domu.

– Idź precz, poćpiego, bo straż wezwę! – wyrzucił z siebie dworzanin czując zimne ciarki na karki – Wszyscy będziecie wisieć!

– To się jeszcze okaże – warknął rudzielec tracąc resztki wesołości i ruszając do przodu z uniesionym mieczem. Pozostali łotrzykowie natychmiast przyśpieszyli kroku dzieląc swą uwagę pomiędzy rozpaczliwie osamotnionych przybocznych, kręcących głowami na wszystkie strony w próżnej próbie wyszukania sobie miejsca mogącego zapewnić osłonę przed zdradzieckim pchnięciem w plecy.

Dwaj nacierający od tyłu bandyci stęknęli znienacka głucho gubiąc krok, polecieli do przodu rozrzucając bezwładnie ramiona i padając twarzami w przesiąknięte gnojowicą błoto. Z ich karków sterczały rękojeści długich stalowych noży, ciśniętych z niezwykłą wręcz dokładnością gdzieś z ciemności zalegającej w głębi uliczki. Trzeci zawirował w miejscu pojmując od razu istotę niebezpieczeństwa, ten zwalił się dla odmiany na kolana puszczając miecz i ułapiając oburącz wystrzelony z lekkiej kuszy bełt, który utkwił mu w trzewiach. Czwarty rzezimieszek dostrzegł sadzący susami ciemny kształt, złowił wzrokiem odbicie księżycowej poświaty na klindze dzierżonej przez obcego szabli. Ostry jak brzytwa metal przeciął ze świstem powietrze i rozpłatał tors Osmundczyka potężnym ukośnym cięciem zgrzytając na żebrach ofiary.

Łotrzyk runął w błoto rozchlapując je na wszystkie strony, stęknął bulgotliwie i skonał. Ciemny kształt wpadł pomiędzy obu przybocznych potrząsając głową tak, by kaptur spadł mu na plecy odsłaniając znajomą już twarz o wystających ponad usta zębach, zatrzymał się obok Gerhera Relisa. Czterej bandyci cofnęli się o krok widząc nagłą odsiecz, ścisnęli szyk zastawiając się ostrzami mieczy i śląc pytające spojrzenia w stronę stojącego pośrodku rudzielca.

– Ułudo Borgona! – wyrzucił z siebie przywódca opryszków spozierając z niedowierzaniem na majaczące w ciemnościach nieruchome kształty, które jeszcze chwilę temu były żywymi ludźmi – Trzymaj się z daleka, zamorszczyku, jeśli ci życie miłe! Nie twoja sprawa, czego innym w zwadę wchodzisz?!

– Nic osobistego, przyjacielu – zapewnił go spokojnym głosem uruk, szczerząc przyjaźnie swe zęby i opuszczając ubroczoną w krwi szablę – Nic do was nie mam od siebie, rzecz idzie wyłącznie o interesy.

Katańczyk sięgnął lewą ręką w stronę uda, zdjął ze skórzanego paska niewielki flakonik dyndający tuż obok powieszonej na rzemieniu lekkiej kuszy, przesunął kciukiem po wtopionej w szkło małej mosiężnej płytce wymawiając kilka słów w swej rodzimej mowie.

– Co ty tam mamroczesz, kurwi synu?! – rudowłosy prowodyr do cna stracił pewność siebie, zbity z tropu dziwacznym zachowaniem napastnika, który wpierw w ułamku chwili uśmiercił czterech jego pomagierów, a potem wdał się znienacka w przerażająco spokojną konwersację – Jakie interesy? Z kim? Won stąd…

– To dla ciebie, z pozdrowieniami od Lurghana – uruk przerwał nerwowy potok słów rudzielca podnosząc lewą dłoń i rzucając flakonik w ręce swego rozmówcy. Ten pochwycił małe naczynie w locie, spojrzał wciąż nic nie rozumiejącym wzrokiem na przelewającą się w środku gęstą ciemną ciecz.

Flakonik eksplodował mu w ręce na podobieństwo miniaturowej gwiazdy, natychmiast oślepiając wszystkich stojących na ulicy mężczyzn – wszystkich z wyjątkiem przygotowanego na ten wybuch uruka. Łowca odczekał trzy uderzenia serca zaciskając kurczowo powieki i chłonąc uszami przeraźliwe wrzaski ludzi, w tym potępieńczy skowyt palącego się żywcem rudzielca, potem otworzył oczy skacząc natychmiast w stronę opryszków. Gerher Relis i jego przyboczni upuścili broń w błoto i osłaniali oślepione oczy ramionami krzycząc w skrajnym zaskoczeniu i lęku. Rudowłosy Osmundczyk miotał się na wszystkie strony machając rozpaczliwie rękami i wyjąc jak zwierzę. Purpurowe płomienie trawiły jego tors, ramiona i głowę, swąd palonych włosów mieszał się z odrażającym odorem skwierczącego ludzkiego tłuszczu. Pozostali trzej rzezimieszkowie, oślepieni jaskrawym rozbłyskiem i śmiertelnie przerażeni agonalnym wrzaskiem swego herszta, okazali się równie bezbronni co świeżo urodzone jagnięta. Szabla uruka zatoczyła kilka kręgów w powietrzu, za każdym razem rozbryzgując krew. Czyjaś odcięta równo głowa poturlała się w błocie, zatrzymała w miejscu spozierając szeroko otwartymi oczami na przerażającą scenę.

Wrzeszczący coraz słabiej rudzielec opadł na kolana bijąc się rękami po całym ciele w próżnej nadziei na zduszenie płomieni, te jednak po każdym uderzeniu szeroko rozcapierzonych dłoni zdawały się tylko przybierać na sile. Katańczyk odstąpił od ostatniego trupa, zawrócił w stronę konającego Osmundczyka i po krótkiej chwili namysłu ściął go błyskawicznym uderzeniem ostrza uciszając upiorne wrzaski raz na zawsze.

– Na wszystkich bogów – wyjęczał Gerher Relis odejmując dłonie od oczu i mrugając rytmicznie powiekami – Co to było?

– Mały ukłon w stronę twego barona – odpowiedział ork wodząc wokół siebie spojrzeniem i upewniając się, że wszyscy bandyci nie żyją – Mam nadzieję, że uratowanie waszej skóry zapoczątkuje długą i intratną współpracę.

– Przecież odmówiłeś zlecenia – przepojony podejrzliwością Relis schylił się szybko po upuszczony na ziemię nóż, ujął go w dłoń nie bacząc na brudzące palce błoto – Obraziłeś barona…

– Zdecydowałem się przyjąć zlecenie po twoich pierwszych słowach, przyjacielu – przerwał dworzaninowi uruk – Rzecz szła wyłącznie o interesy. Byłem ciekaw jakie szumowiny wyciągnie z nora twa nabita sakiewka. Bez urazy, me nieuprzejme słowa wobec twego pana nie były powodowane szczerością.

Obaj przyboczni Gasarilczyka pozbierali już z ziemi własne miecze, nie schowali ich jednak do pochew nie wiedząc jak się właściwie zachować wobec niezwykłego cudzoziemca. Gerher strzelił na ów widok palcami i obaj mężczyźni powiesili broń przy pasach spoglądając na krążącego między trupami uruka wzrokiem, w którym głęboka nieufność mieszała się z zawodowym szacunkiem. Płomienie spowijające ciało rudzielca zgasły nagle, wszystkie w jednej chwili jawnie dowodząc magicznej natury swego pochodzenia.

– Poślednie oprychy – parsknął łowca odwracając czubkiem buta w bok głowę jednego z zabitych przez siebie mężczyzn i schylając się po tkwiący w karku ofiary nóż – Może ze pięć olardów za wszystkich do kupy dostanę, ale cóż zrobić, dobrym słowem żołądka nie napełnię. Gdzieście się zatrzymali na nocleg, dobrodzieje?

– Pod ”Srebrnym Lisem”, obok faktorii kuśnierzy – odpowiedział Gasarilczyk chowając nóż pod płaszcz.

– Tedy pójdźcie za moją radą i wracajcie czym prędzej do karczmy, aby wypocząć po tak pełnym wrażeń wieczorze – w głos uruka wkradła się wyraźnie kpiarska nutka – Mam parę spraw do załatwienia, ale jeśli wam śpieszno, możemy wyruszyć o brzasku, tedy nie zwlekajcie jutro zbytnio z siodłaniem koni.

– Zatem do jutrzejszego brzasku – skinął głową Gerher próbując pozbierać do kupy rozbiegane myśli, ciągle jeszcze wstrząśnięty bliskim spotkaniem ze śmiercią, ale już układający w głowie szybki plan powrotu do Gasarilu – Sprawy nie cierpią zwłoki, będziemy gotowi na czas.

Machnąwszy ręką zausznik przywołał do siebie obu zbrojnych i zrobił krok ponad ciałem jednego z zarąbanych przez uruka opryszków, żądny jak najszybszego powrotu w bezpieczne mury karczmy.

– Doradco, chybaś o czymś zapomniał – zatrzymał go w połowie kroku chłodny głos Katańczyka – Moje sto olardów zaliczki, jeśli łaska.

IX

Kolorowe gonty na dachach Gasarilu wabiły wzrok feerią radosnych barw, ale zjeżdżający stromizną drogi w stronę miasteczka uruk zaszczycił je ledwie krótkim spojrzeniem. Katańczyk wodził w zamian oczami po widocznych tu i ówdzie wśród drzew rezydencjach miejscowych wielmoży, wzniesionych na niskich wzgórzach po przeciwnej stronie Gasarilu.

– Niedługo będziemy u celu – oznajmił z kiepsko skrywaną ulgą Gerher, który po kilkunastu spędzonych w siodle godzinach czuł do jazdy wierzchem niczym nieposkromioną nienawiść. Podróż z Leretonu do Gasarilu okazała się nad wyraz nużąca, po części z braku rozrywek innych od wymieniania pozdrowień z dzielącymi trakt podróżnymi, po części zaś przez wzgląd na milkliwą osobowość orka. Zaspokoiwszy swą ciekawość w temacie przewidywanego czasu jazdy oraz ewentualnych niebezpieczeństw czyhających po drodze łowca trzymał język na kłódkę, mówiąc wyłącznie pytany, a same odpowiedzi formułując w sposób niemal obraźliwie okazujący jego niechęć do konwersacji. Zausznik barona dowiedział się jedynie, że cudzoziemiec zwał się Durdur Hran, że przebywał w Osmundzie od dłuższego czasu i że za głowy ubitych wcześniejszego wieczoru rzezimieszków wytargował od leretońskiej straży miejskiej dwadzieścia olardów. Nie podoławszy nawiązaniu głębszej rozmowy dworzanin poddał się rytmowi konnej podróży drzemiąc w siodle i ożywiając się jedynie na czas krótkich popasów, nie marząc o niczym innym jak gorącej kąpieli i sytej biesiadzie.

Czwórka podróżnych omijała skrzętnie napotkane po drodze zajazdy, chcąc czym prędzej dotrzeć do celu. Durdur Hran zdawał się rozumieć powagę sytuacji, ponieważ nie protestował przeciwko tempu, bacznie śledząc wzrokiem okoliczne zagajniki i gęste kępy zarośli. Ruch na trakcie panował spory i nie było to wyłącznie zasługą patrolujących drogi królewskich żołnierzy. W stronę wybrzeża ciągnęły zaprzęgi ze spyżą słaną do nadmorskich fortów, raz i dwa pojawił się niewielki tabunik młodych koni pędzonych do Leretonu na sprzedaż, poboczami sunęły większe lub mniejsze gromadki chłopów, bartników, smolarzy i zwykłych włóczęgów, otaczających się zgrają hałaśliwych psów i ciągnących za sobą obładowane sakwami osiołki. Tkwiący w siodle uruk zdawał się nie zwracać na nich większej uwagi, ale obserwujący go czasami z ukosa Gerher nie mógł się oprzeć wrażeniu, że Hran był niczym naciągnięta kusza, gotów zerwać się do działania w przeciągu jednego uderzenia serca.

– Sporo świątyń jak na tak małe miasto – zauważył łowca okazując w końcu jakieś zainteresowanie słowami dworzanina – Asteriańskie?

– Jedna, ta w głębi, gdzie iglice się tak w słońcu złocą – Gerher wskazał uniesioną ręką przybytek Asteriusza – Na lewo od niej dagonicka, ta o murach jako śnieg białych. A trzecia, najmniejsza, to Oriaka.

Uruk skinął głową przyjmując do wiadomości objaśnienie, sięgnął dłonią za pazuchę rozsznurowanego kaftana i wyciągnąwszy spod niego zawieszony na złotym łańcuszku wisior z czarnego żelaza przyłożył ów przedmiot na krótką chwilę do ust, chowając go zaraz skrzętnie z powrotem.

– Pojedziemy przez rynek, panie, czy lepiej kwartałem szewców? – zapytał jeden z przybocznych pośpieszając konia i zrównując się z dworzaninem – Dziś dzień targowy, tłoczno będzie.

– Obok szewców – zdecydował natychmiast Gerher, nie zamierzając trwonić ani chwili na niepotrzebne wysiadywanie w siodle. Czwórka konnych zagłębiła się w cuchnące odpadkami uliczki na opłotkach Gasarilu, pozdrawiana przez wspartych o gizarmy miejskich strażników. Relis był człowiekiem powszechnie w okolicy znanym, toteż nikt nie próbował jeźdźców zatrzymywać, chociaż towarzyszący świcie barona cudzoziemiec wabił pełne ciekawości spojrzenie. Objechawszy skrajem pełen kramów i przekupniów gwarny rynek mężczyźni skręcili w brukowaną kamienną kostką ulicę wiodącą ku wzgórzom, tu i ówdzie dostrzegając wyzierające ponad szczytami dachów kształty niedalekich gór. Nieco mniej zatłoczona, ale równie gwarna uliczka ogrodzona z obu stron warsztatami drobnych rzemieślników wychodziła wprost na gasarilską świątynię Asteriusza. Rozglądający się wokół Durdur Hran wstrzymał konia na widok zbitej gromady mieszczan otaczającej drewniany podest przylegający ciasno do ogrodzenia świątyni. Stojący na podeście niemłody kapłan w przepasanych ciemnoniebieską szarfą śnieżnobiałych szatach przemawiał do słuchających go pilnie ludzi podkreślając swe gniewne słowa ożywioną gestykulacją rąk. Towarzyszący mu dwaj rycerze świątynni w pełnych zbrojach tkwili w bezruchu u schodków wiodących na podest, wspierając się na opartych o bruk dwuręcznych mieczach i spozierając surowym wzrokiem spod uniesionych przyłbic swych przyozdobionych pysznymi pióropuszami hełmów.

– …nie tak winno wyglądać królestwo Pana naszego! – grzmiał ascetycznie wyglądający kleryk, mimowolnie zaciskając swe dłonie w pięści – Niewolenie rozumnych istot dla pieniędzy jest złem, jest grzechem godnym najwyższej kary! Oby nasz Pan zesłał łaskę oświecenia na tych, którzy wciąż jeszcze tkwią w chciwości. Oby wszyscy poszli w ślady naszego miłosiernego króla Osmunda i wypowiedzieli świętą wojnę tym, którzy pożądają niewolników i tym, którzy nimi kupczą! Zło się zalęgło w zepsutych krainach północy, tam się gnieździ i stamtąd wyziera niosąc śmierć i cierpienie!

– Rzecz idzie o handel niewolnikami – wyjaśnił łowcy Gerher, najwyraźniej zresztą niepotrzebnie, bo Hran zdawał się wiedzieć doskonale, o co asteriańskiemu kapłanowi chodzi – Wasz władca strasznie ostatnio niewolników łaknie, jako kania dżdżu. Na ziemiach Osmundu jeszcze spokojnie, ale biada podróżnym, co za byle przewinienie w łapska wam wpadną, Katańczykom, tym jeno kajdany pisane, a harówka w kopalniach złota. Żeście się nową walutę bić zdecydowali, to rozumiem i nic mi do tego, ale nie sposób się oprzeć wrażeniu, że wasz Katan za daleko bieży śląc łapaczy niewolników na wsze świata strony…

Dworzanin urwał, chociaż nie skończył jeszcze swej wypowiedzi, ponieważ w oczach spoglądającego nań uruka zabłysły znienacka nie wieszczące niczego dobrego iskry.

– Wasz Katan? – powtórzył słowa Gasarilczyka ork, cedząc je przez zęby i przechylając się w siodle w stronę Relisa – Gdybyśmy we wspólnej mowie rozprawiali, mógłbym łaskawie uznać, że to przejęzyczenie z kiepskiej znajomości języka wynikłe, ale my rozmawiamy w osmandilu, dobrodzieju, przeto o przejęzyczeniu mowy być nie może.

– Królestwo Osmundu… – zaczął ostrym tonem dworzanin, a jego zbrojni przysunęli się nieco bliżej wyczuwając niebezpieczną nerwowość w głosie pana. Stojący na podeście kapłan wciąż piętnował donośnie grzeszników parających się handlem niewolnikami, ale gromadka stojących w niewielkiej od mieszczan odległości chłopów w cuchnących baranich kożuchach i skórzanych myckach poczęła rzucać ku jeźdźcom niespokojne spojrzenia.

– Królestwo Osmundu z łaski Najwyższego pozostaje krajem suwerennym – uciął słowa Gerhera Durdur Hran – Królestwo Osmundu samo się rządzi i samo się broni, lecz pozostając naszym sojusznikiem nie może lekceważyć lepszych od siebie. To Imperium rządzi tym światem, poprzez niezgłębioną mądrość żywego boga By-Rygyna, ziemskie wcielenie Najwyższego. Zapominając o tym na ziemiach Osmundu ryzykujesz jedynie potępieniem duszy, dobrodzieju, jeślibyś jednak popełnił ów nietakt na Orkusach, mógłbyś to przypłacić z miejsca gardłem. Pozwalamy wam wyznawać takich bogów jakich chcecie, ale pamiętajcie, że jest ponad nimi jeden, który rządzi wszystkimi. Pamiętajcie o tym.

Uruk-hai umilkł, ale nie przestawał świdrować Gerhera swym lodowatym spojrzeniem, wrażając w jego umysł dwa niewidzialne sztylety. Dworzanin poczuł nagłą suchość w gardle, a rosnąca mu w ustach gniewna odpowiedź ugrzęzła znienacka gdzieś na języku. Wzrok cudzoziemca nie pozostawiał złudzeń co do religijnej zawziętości Katańczyka, a sam Gasarilczyk stracił znienacka ochotę do sprawdzania na własnej skórze jak daleko mógł ten fanatyzm sięgnąć.

– Jedźmy dalej – odpowiedział niechętnie, uderzając konia piętami i przeklinając jednocześnie rozmówcę w duchu w imię Bella – Nie każmy baronowi czekać po próżnicy.

Hran ruszył w ślad za dworzaninem, odprowadzając wzrokiem nauczającego z wysokości podestu asteriańskiego duchownego.

– …wszelako nie tylko katanitów złe żądze toczą, a chciwość! Są pośród nas tacy, którzy lud północy ku temu przywiedli złotoustymi podszeptami, którzy przez własną słabość i troskę o dobra doczesne wpędzili nieszczęsnych niewolników wprost pod batóg i czerwone żelazo katanitów! To kapłani Oriaka, wszystkim tym cierpieniom współwinni, żądni jeno tego, aby się pospołu z katanitami dzielić złotem, za które niewolnicy życiem w kopalniach płacą! Odstąpcie zawczasu od Oriaka, powiadam wam! Oddajcie swe dusze i serca miłosiernemu Asteriuszowi, a on otoczy was w zamian swymi łaskami!

Ktoś w tłumie słuchaczy uderzył w dłonie, inni zawtórowali mu oklaskami lub okrzykami poparcia, nie na wszystkich jednak twarzach malowała się aprobata dla słów duchownego. Paru mieszczan oddaliło się śpiesznie spod podestu, ściganych drwiącymi gwizdami i podniesionymi z rynsztoka ogryzkami.

– Oto całe piękno ukryte w wolności religijnej – prychnął z nieskrywanym sarkazmem Durdur Hran odwracając w końcu głowę od asteriańskiej świątyni. Gerher Relis ugryzł się przezornie w język, chociaż jego niechęć do cudzoziemca rosła w zastraszającym tempie, poprzestał na kolejnym niemym przekleństwie zanosząc do Bella prośby o to, by bóstwo nie zapomniało w swoim czasie krnąbrnego uruka straszliwie pokarać. Kongregacja bellanicka w Osmundzie nie należała co prawda do silnych liczebnie i otwarcie działających kultów, ale jej niebiański patron zwykł czasami odpowiadać na błagania zdesperowanych czcicieli.

X

Trakt wiodący ku Granitowej Przełęczy świecił pustkami. Jadący niemal cały dzień bez popasu Durdur Hran napotkał jedynie jeden raz inną rozumną istotę. Okazał się nią pilnujący stada zdziczałych owiec pasterz, który na widok konnego czmychnął w zarośla tak żwawo, że uruk z miejsca porzucił pomysł dogonienia go i pociągnięcia za język. Poczucie uciążliwego osamotnienia łagodził jedynie widok licznej zwierzyny oraz majestatyczna panorama Chropawych Szczytów, zwłaszcza ich skutych lodem i lśniących w blasku słońca wierzchołków. W niższych partiach gór na poboczu szlaku wylegiwały się pręgowane dziki, pochrząkujące groźnie na jeźdźca i nader niechętnie ustępujące mu drogi, wszędzie uwijało się też mnóstwo ptactwa. Im wyżej docierał łowca, tym rzadsza okazywała się roślinność. Liściaste zagajniki ustępowały miejsca górskim łąkom, te zaś coraz częściej naznaczone były sterczącymi spod darni bryłami nagich skał. Miejsce dzików zastąpiły zwinne muflony i świstaki, umykające przed intruzem pośród chrobotu osuwających się kamyków. Pokrzykujące dźwięcznie drapieżne ptaki krążyły ponad coraz wyższymi stokami przechodzącymi w strzelisty górski masyw.

Gerher Relis wyposażył najemnika w odpowiednie mapy, kunsztownie wyrysowane kolorowym atramentem na cielęcej skórze, Hran spalił je jednak tuż po wyruszeniu w drogę, wyuczywszy się uprzednio na pamięć wszystkich istotnych detali. Wcielając się w rolę przypadkowego podróżnego nie mógł ryzykować przedwczesnego zdemaskowania, a znalezione w razie pojmania mapy mogły kosztować uruka gardło.

Dartan Artemes wyznaczył na miejsce przekazania okupu niewielką łąkę otoczoną kępami iglastych drzewek, oddaloną o kilka godzin marszu od górskiego kasztelu. Ork dopasował szybkość swej jazdy do dzielącej go od łąki odległości, z rozmysłem docierając na miejsce o zmierzchu. Okolica zdawała się tkwić w martwym bezruchu, żerujące w dzień zwierzęta zdążyły już powrócić do swych legowisk i nor, a ostatnie promienie zachodzącego za szczyty gór słońca ledwie radziły sobie z wszechobecnym mrokiem. Jeździec zsiadł z konia, przywiązał stworzenie do wbitego naprędce w ziemię palika, po czym zdjął z jego grzbietu siodło i juki. Obchodząc najbliższe drzewa nazbierał dość chrustu, by wystarczyło to na rozpalenie ogniska. Skrzesane wprawnie iskry padły na kępki wysuszonego mchu, przeistoczyły się w coraz żywsze płomyki. Dołożywszy do ogniska więcej połamanych gałęzi uruk usiadł na skrzyżowanych nogach opodal ognia żując surową kalarepę i zagryzając ją czerstwym chlebem.

Nie musiał długo czekać. Nim jeszcze skończył pierwszy bochenek, do jego nadstawionych bacznie uszu dotarł ledwie słyszalny dźwięk zbliżających się kroków. Intruz nadciągał od strony traktu, powoli, aczkolwiek nie próbując skrywać swej obecności.

– Znajdzie się przy ogniu miejsce dla strudzonego wędrowca? – z ciemności nocy dobiegło rzucone melodyjnym męskim głosem pytanie, wypowiedziane we wspólnej mowie – Nie mam złych zamiarów.

– Znajdzie się – odpowiedział w tym samym języku Hran – Bylebyś trzymał ręce z dala od oręża.

Z mroku wypłynęła wysoka postać i wkroczyła w światło rzucane przez ognisko. Był to mężczyzna o okolonej ciemnymi kędziorami twarzy, młody, ale noszący na sobie pierwsze blizny. Płaszcz z owczej wełny miał szeroko rozpięty, toteż łowca widział wyraźnie założoną pod spodem kolczugę i przypasany do boku długi miecz. Obcy rozłożył szeroko ręce w geście mającym świadczyć o tym, iż nie ma złych zamiarów, ściągnął z ramienia podróżną sakwę przysiadając na płaskim kamieniu po przeciwnej stronie ogniska. Durdur skinął mu na powitanie głową, po czym nie odrywając od przybysza oczu sięgnął po skórzany bukłak i upił z niego łyk wody. Wędrowiec wyraźnie czuł się zaskoczony widokiem orka, a nie człowieka, ale Hran musiał niechętnie przyznać, że doskonale ukrył swe zdziwienie, jedynie na ułamek chwili otwierając mimowolnie usta.

– Bogom dzięki za to, że się ktoś w tej dziczy trafił – powiedział podróżny, z tytułu smagłej skóry i ciemnych włosów niemal na pewno rodzony Awarimczyk – Już żem myślał, że przyjdzie mi samemu nocować gdzieś w wykrocie. Okolica na niebezpieczną mi się patrzy.

– Przez cały dzień niczego innego nie widziałem jak dziki, kozice i górskie orły – wzruszył ramionami uruk – Rozdrażniony dzik pewnikiem może kości poturbować, ale na to rada jest prosta, trza go omijać łukiem albo łukiem ustrzelić, jeśli już musisz mu coś zrobić.

Południowiec roześmiał się dźwięcznie, a potem ostrożnie otworzył swoją sakwę, ruchami dostatecznie powolnymi i łowcy widocznymi, by uniknąć posądzenia o jakieś niecne zamiary. Wyciągnąwszy ze środka płócienny pakunek rozwinął materiał i wyciągnął kilka kawałków wędzonego boczku i chleba szykując sobie własną wieczerzę.

– Dokąd to zmierzasz, przyjacielu? – zapytał po chwili, przeżuwszy pierwszy kęs – Jeśli pytanie ci niewygodne, nie odpowiadaj, wszelako szybciej czas na gawędzie zleci niźli siedzeniu jakoby puchacze jakieś.

– W drodze do Karihemu jestem – odpowiedział gładko Hran, przezornie tak dobierając słowa, by rozmówca nie przyłapał go na ewidentnym kłamstwie znajdując się przypadkiem pod zaklęciem sprawdzającym skrycie prawdomówność – Z Gasarilu podróżuję, w stronę przełęczy na drugą stronę gór. A ty dokąd, w drugą stronę?

– Do Leretonu – odparł równie gładko południowiec – Wynajął mnie jeden taki Karihemczyk, winnice ma rozległe, trza mi wybadać dla niego kupców chętnych do handlowania winem. Droga przez góry najkrótsza, więc pojechałem tędy, alem się nie spodziewał, że tak tu pusto będzie.

– Wieziesz zatem bukłaki z winem na popróbowanie, prawda? – zapytał uruk, przechodząc bez ostrzeżenia na osmandil. Słysząc nieznaną sobie mowę Awarimczyk zrobił dziwną minę, zaraz maskując ją udawanym śmiechem i wzruszeniem ramionami.

– Wybacz, przyjacielu, nie znam tutejszego języka – oświadczył południowiec.

– Nic się nie stało, chociaż to dziwne – mruknął Hran odkładając swój bukłak i sięgając w zamian po wyciągnięty z sakwy flakon z grubego szkła, wypełniony ciemną cieczą. Ork powiódł pozornie od niechcenia wzrokiem wokół siebie, upewniając się, że przeciwników było faktycznie trzech. Oprócz siedzącego przy ognisku rzekomego karihemskiego najmity w pobliżu czaiło się dwóch innych Awarimczyków. Jeden z nich klęczał w bezruchu z przyłożoną do ramienia kuszą w kępie wysokich traw, drugi kucnął za pobliskim głazem wystawiając ponad skałę jedynie górną część torsu i własną broń. Ciemności zachmurzonej nocy czyniły obu praktycznie niewidzialnymi dla ludzkich oczu, Hran miał jednak nad południowcami wielką przewagę. Jego oczy różniły się od ludzkich, przywodziły bardziej na myśl ślepia nocnego drapieżnika, dzięki swej budowie umożliwiając orkowi widzenie w ciemności. Bystry wzrok Katańczyka omiótł obrzeża łąki, nie dostrzegając nigdzie śladu innych napastników.

– Dlaczego dziwne? – zmarszczył czoło Awarimczyk, przestając żuć kolejny kawałek boczku i spozierając na swego rozmówcę.

– Po co jakiś kupiec z Karihemu miałby wynajmować do sprzedaży wina cudzoziemca, który nawet nie zna tutejszego języka? – odparł uruk – Na dodatek podróżującego bez konia, bez win na degustację i jeszcze skracającego sobie drogę przez tę dzicz? Dziwne to i zaiste wielce nieroztropne.

– Nieroztropny zdaje się bieg tej rozmowy, przyjacielu – Awarimczyk odłożył na sukno tobołka chleb i boczek, odsunął nieco połę płaszcza odsłaniając tkwiący w pochwie miecz – Zarzucasz mi łeż?

– Niczego ci nie zarzucam – wzruszył ramionami Durdur obracając szklany flakon w palcach i pocierając kciukiem wtopioną w szkło metalową płytkę – Tak się tylko dziwowałem, ale już mi to dziwowanie przeszło.

– Jakiś zacny trunek wyciągasz na pojednanie? – roześmiał się południowiec, chociaż w jego oczach wciąż kryła się podejrzliwość – Woda ognista na stopienie lodów?

– Prawdziwie ognista – odpowiedział chrapliwym parsknięciem Hran – I więcej niż jeno lód zdolna topić.

Wyrzucony znienacka w górę flakon poleciał stromym łukiem w powietrze. Zaskoczony ruchem obcego Awarimczyk odruchowo zadarł głowę, chociaż jego ręka już zaciskała się na rękojeści miecza. Ciemność nocy rozbłysła oślepiającą kulą ognia, wyrywając zduszone okrzyki z gardeł ludzi. Odrzuciwszy nogą przykrywający mu kolana i łydki koc Durdur podniósł prawą ręką ukrytą pod nim kuszę i strzelił prosto w pierś podnoszącego się z nóg pomocnika kupca. Nim bełt sięgnął jeszcze torsu ofiary, uruk już toczył się w bok uchodząc z miejsca, w którym przed chwilą siedział. Po części oślepieni wybuchem flakonu kusznicy strzelili ułamek sekundy za późno, obydwa bełty ugodziły juki, o które ork opierał się plecami. Nie zwracając uwagi na padającego z nóg rozmówcę Hran zerwał z pasa nóż, cisnął nim z niebywałą wprawą trafiając bliższego sobie strzelca w gardło. Mężczyzna wyprężył się konwulsyjnie, opadł na przesłaniający go głaz osuwając się po chropowatej skale ku ziemi i pozostawiając na niej wąską smugę krwi. Strugi płonącej cieczy spadały z góry rozbryzgując się po łące, strzelały purpurowymi iskrami. Drugi Awarimczyk spanikował widząc sadzącą ku niemu postać z dobytą szablą w ręce. Miast odrzucić kuszę i wyciągnąć na czas własny miecz najemnik trzęsącymi się dłońmi próbował naciągnąć ponownie stalową cięciwę.

Hran nie dał mu dość czasu. Łopocząca płaszczem postać uruka zawirowała w miejscu przy kuszniku, szabla świsnęła w powietrzu rozcinając mu poprzecznym uderzeniem brzuch i wgryzając się z chrzęstem w kręgosłup, kiedy śmiertelnie raniony człowiek upadł na kolana zginając się wpół. Wyciągnąwszy ostrze z ciała Katańczyk zawrócił czym prędzej w stronę ogniska, depcząc po drodze co większe skupiska płomieni i gasząc zarzewie pożaru. Postrzelony w pierś Awarimczyk zwijał się z bólu na ziemi, przyciskając obie ręce do piersi i charcząc cicho. Bełt Durdura leżał tuż obok ofiary, w masywnej żelaznej gałce zastępującej zwyczajowy grot odbijały się płomienie ogniska. Trafiony tym nietypowym pociskiem w pierś mężczyzna stracił w bolesny sposób cały dech, a impet uderzenia być może nawet złamał mu jakieś żebro, Hran nie dbał jednak o dobre samopoczucie południowca.

Odrzuciwszy w trawę miecz i nóż Awarimczyka ork spętał więźnia dokładnie rzemieniem, a potem dogasił podeszwami butów i kocem resztę palącej się jeszcze trawy. Na łące ponownie zapadł mrok dzwoniący w uszach ciszą przerywaną jedynie pojękiwaniem brańca. Spłoszone wybuchem flakonu ptaki przestały skrzeczeć w ciemności, wróciły z ociąganiem do swoich gniazdowisk pokrzykując jeszcze sporadycznie, ale powoli odzyskując spokój.

Hran stanął w rozkroku nad pojmanym Awarimczykiem, obracając w palcach podniesiony z ziemi bełt do głuszenia i spoglądając na swą ofiarę nie wróżącym nic dobrego wzrokiem.

– A teraz porozmawiamy sobie na kilka bardzo ważkich tematów, dobrodzieju.

XI

Uruk dociągnął popręg, poklepał konia po szyi szepcząc mu do ucha kilka uspokajających słów w rodzimym orklashu. Ogier zarżał cicho, grzebnął kilka razy kopytami w wilgotnej od rosy ziemi, potrząsnął gęstą grzywą. Hran włożył nogę w strzemiono i wskoczył w siodło obrzucając jednocześnie spojrzeniem dźwięczącą pokrzykiwaniami sokołów okolicę. Blade światło poranka przezierało przez ciemne chmury zalegające całunem na niebie, przesłaniające blask słonecznych promieni. Chociaż jeszcze nie padało, w powietrzu wydawał się czaić deszcz, wieszczący kolejny mokry i nieprzyjemny dzień.

– I czego tak na mnie niemile spozierasz, co? – zapytał uruk obracając konia w miejscu i spoglądając z wysokości siodła na przywiązanego do pobliskiego drzewa Awarimczyka – Jeszcze gotów żem pomyśleć, że mi źle życzysz, a przecież wręcz odwrotnie powinieneś o mnie myśleć. Zdawa ci się, że twoi kompani po ciebie wrócą? Im jest zajedno, czy cię tu wilki albo gnole do kości ogryzą. Jak mi się w kasztelu nie powiedzie i twe druhy mnie ubiją, tym gorzej dla ciebie, bo tu zdechniesz prędzej czy później.

Posiniaczony południowiec targnął się w dociągniętych ciasno więzach, kolejny raz podejmując skazanej na niepowodzenie próby uwolnienia się z pułapki. Gruby rzemień wrzynał mu się boleśnie w ciało przyciskając Awarimczyka do masywnego pnia drzewa.

– Na twoim miejscu bym się teraz modlił, wszystko jedno, do jakiego boga – poradził mężczyźnie Durdur – Modlił bym się gorąco i szczerze, aczkolwiek nie za głośno, żeby twój głos nie zwabił tu jakiego drapieżnika. I modlił się nie za siebie, bo i tak masz już przesrane. Błagaj niebiosa o łaskę i przychylność dla mnie, bo jeśli mi się powiedzie, na pewno po ciebie wrócę.

– A potem mnie zarżniesz jak jakiegoś psa, ty suczy chwoście! – wybuchnął najemnik zaciskając w pięści dłonie, u których brakowału kilku odciętych całkiem niedawno palców.

– Głupi żeś się urodził, ale to nie twoja wina, jeno rodzicieli, trza się było matce nie gzić z goblinami – odparł uruk uśmiechając się złośliwie – Równie dobrze teraz bym cię mógł zarżnąć zamiast się wiązaniem trapić, na takiego głupka aż szkoda dobrego rzemienia. Ale nie lękaj się, wrócisz do Gasarilu cały i żywy, nie licząc tych paru palców, ale to nie powód do trosk, wszak Katan dał ci po pięć na rękę, te, co ostały do prawie wszystkiego starczą, jeno na harfie już nie pograsz.

– A po com ci jest w mieście potrzebny? – Awarimczyk zwęził oczy słysząc ostatnie słowa swego prześladowcy – Na katowski szafot? Palowanie? Darcie końmi?

Hran wzruszył ramionami w odpowiedzi, a jego uśmieszek zniknął ze smagłej twarzy.

– Niezbadane są wyroki Najwyższego. Nie moja sprawa, co cię w Gasarilu spotka, bylebyś tam dotarł, a zabiorę cię, bo nie lubię kłamać.

XII

Mokre od deszczu mury kasztelu zdawały się zlewać w jedno z otaczającymi je górskimi turniami, dzieląc z nimi wspólnie szarą barwę i chropowatą teksturę. Kucający na krawędzi skalnego żlebu uruk wodził bacznym wzrokiem po pozornie pustych blankach i ziejących czernią otworach strzelniczych ponad zamkniętą bramą, wypatrując wystawionych na wartę strażników. Przesłuchany wcześniejszej nocy Awarimczyk bardzo się początkowo wzbraniał przed rozwiązaniem języka, straciwszy jednak cztery palce u dłoni i czując chłodne ostrze orkowego noża w kroczu poczuł znienacka ogromną chęć do konwersacji. Dzięki tej mało zaskakującej – zważywszy na rodzaj perswazji – wylewności jeńca Hran dowiedział się, że w kasztelu pozostało dziewięciu najemników, strzegących dziecka i jego mamki. Jeden z nich widoczny był z krawędzi żlebu, rysując się ciemną sylwetką na szczycie najwyższej wieży kasztelu, krążąc wzdłuż jej parapetów i spoglądając na przemian w dół traktu wiodącego ku Gasarilowi oraz w opustoszałą gardziel Granitowej Przełęczy.

Durdur Hran nie wątpił, że strażników było więcej. Dartan Artemes nie był głupcem, nie byli nimi również jego ludzie. Sprowadzeni do pozycji zaszczutej zwierzyny nie mogli stracić niczego prócz swego życia, a zatem byli podwójnie niebezpieczni. Próba wspięcia się usianą głazami drogą w stronę frontalnego wejścia do kasztelu oznaczała odkrycie swej obecności, a dalsze granie roli przypadkowego wędrowca nie miało już sensu. Artemes zabiłby uruka natychmiast po wjeździe na zamkowy dziedziniec, świadomy tego, że wystawiona w dole szlaku czujka czekająca na okup nigdy nie przepuściłaby dobrowolnie w stronę przełęczy jakiegokolwiek podróżnego. Zwykły jeździec zmierzający w stronę Karihemu w sobie tylko znanych sprawach leżałby teraz w tym samym wykrocie, do którego Hran wrzucił trupy zabitych w nocy kuszników.

Usytuowanie kasztelu utrudniało skryte podejście pod bramę, bo wykusze w blankach oferowały doskonałą widoczność na całą drogę i jej otoczenie, a całkowity brak roślinności czynił przestrzeń przed murami przeraźliwie pustą i odsłoniętą. Ork pokiwał głową przypominając sobie historię tej górskiej warowni, po części zasłyszaną od Gerhera Relisa, po części wyciągniętą dzięki przebiegłej rozmowie od przybocznych barona. Jeszcze pięć lat temu nad kasztelem miast proporców Cheronetów powiewały szkarłatne sztandary z insygniami rodowymi Serterów. Rodowa zwada Cheronetów i Serterów przybrała na mocy po kilku nieprzyjemnych incydentach pod postacią wzajemnych napadów na szlacheckie poczty, ale znienacka ustała po utracie przez tych drugich górskiego kasztelu. Pogłoski mówiły, jakoby baron Cheronet zdobył budowlę dzięki zdradzie, wprowadzając w szeregi tamtejszej załogi człowieka, który po miesiącach przykładnej służby pozyskał dość zaufania swych pryncypałów, by wejść w posiadanie pewnych dobrze strzeżonych tajemnic. W noc poprzedzając wyjazd Hrana w Chropawe Szczyty uruk dowiedział się, że pogłoski były faktycznie prawdą, a tajemnice kasztelu stanowiły prawdziwy klucz do jego drzwi.

Dzięki informacjom Gerhera Relisa po pięciu latach śmierć miała się wkraść w szare mury górskiej warowni w ten sam sposób, w jaki dosięgła wcześniej stacjonujących tu ludzi Serterów.

Uruk wycofał się ostrożnie poza krawędź żlebu, sprawdził raz jeszcze palik i rzemień pozostawionego na przesłoniętej wysokim stokiem konia, a potem dociągnął swój pas i sprawdził wszystkie swe ostrza zmawiając jednocześnie w myślach krótką modlitwę.

Wciąż pozostając poza polem widzenia strażników łowca przeciął szybkim krokiem rwący lodowaty potok i zagłębił się w wąską skalną rozpadlinę znaczącą strome skały na podobieństwo szramy wyciętej w granicie toporem jakiegoś giganta. Na samym jej końcu pozornie litą skałę pokrywała cienka warstwa porostów. Przyjrzawszy się jej uważnie uruk przyłożył dłoń do chłodnej wilgotnej powierzchni ściany i z lekkim dreszczem emocji dostrzegł swą rękę zagłębiającą się bez najmniejszego trudu w rzekomej plątaninie roślin.

Umieszczony u podstawy skały otwór zamaskowany był niebywale silną iluzją, tak kunsztownie dopracowaną, że ściekające z góry po chropawej ścianie krople wody zdawały się biec zygzakami po kawałkach nieistniejących porostów. Durdur nie przypominał sobie, by kiedykolwiek widział coś podobnego, chociaż uważał się za obieżyświata obytego z wieloma zdumiewającymi cudami. Odetchnąwszy głęboko ork wsunął się w ciemność otworu, mrugając oczami w oczekiwaniu na zmianę postrzegania otoczenia. Wyostrzony wzrok uruka przystosował się w ułamku chwili do coraz gęściejszego mroku, chroniąc łowcę przed potknięciem się o leżące tu i ówdzie okruchy skał. Spojrzenie mężczyzny przesunęło się po starych plamach znaczących tu i ówdzie ściany ciasnego tunelu: sadzy naniesionej lata temu na skały przez łuczywa dzierżone rękami zabójców najętych przez barona Cheroneta.

Hran powtórzył raz jeszcze w myślach mantrę mającą chronić go przed istotami ciemności i podziemi, sługami Seta i Hasar-gruna oraz kaprysami innych niechętnych katanitom bóstw, po czym zagłębił się w kręty chodnik zmierzając ku kasztelowi.

XIII

Krążący po szczycie wieży strażnik nie był jedynym człowiekiem obserwującym górską drogę pnącą się w kierunku bramy kasztelu. Dwa piętra niżej w cieniu ciasnej komnaty ukrywał się inny Awarimczyk, przyczajony za wąskim kamiennym wykuszem i spoglądający ku szlakowi ponad pustymi blankami obronnego muru. Kapitan Artemes był przebiegłym i doświadczonym latami wojaczki żołnierzem, wiedział zatem, że skradający się w stronę bramy szpiedzy najpewniej skoncentrują całą swą uwagę na nie ukrywających obecności obrońcach. Wartownik na szczycie wieży pełnił rolę obserwatora, lecz oprócz tego miał służyć za wabik odwracający uwagę sługusów barona Cheroneta od drugiego strażnika, z wysokości drogi praktycznie niewidocznego.

Zadanie postawione przed zarośniętym niczym dzik południowcem nie było trudne, ale niosło ze sobą postępujące znudzenie. Gapiący się godzinami na pustą drogę najemnik począł ziewać, potem złapał się kilkakrotnie na opadającej ku piersiom głowie. Chcąc zwalczyć pokusę drzemki, która w razie nagłej inspekcji Artemesa mogła go kosztować gardło mężczyzna zaczął przestępować z nogi na nogę, mrucząc pod nosem awarimskie portowe zaśpiewki i sprawdzając co jakiś czas mechanizm strzelecki opartej o pobliską ścianę kuszy, bardziej dla zabicia jakimkolwiek zajęciem nudy niż z uzasadnionej troski.

Najemnik nie był żółtodziobem, toteż wyczuł za sobą czyjąś obecność mimo bezszelestnego chodu intruza. Pewien złośliwego żartu któregoś ze swych kompanów zesztywniał i zaczął się obracać w miejscu, wtedy jednak jego szyję oplotło w mocarnym uścisku czyjeś ramię, a w krzyżu rozbłysło uczucie przeraźliwego bólu promieniującego w całym ciele.

Durdur Hran przytrzymał wiotczejącego mężczyznę w miejscu, nie pozwalając mu upaść w obawie o to, że nagły szczęk metalu lub głuchy łomot przewróconego na posadzkę ciała zaalarmuje strażnika na szczycie wieży. Ułożywszy swą martwą ofiarę delikatnie na kamiennej podłodze uruk wyciągnął z rany na plecach Awarimczyka wbity tam po rękojeść nóż i odwróciwszy ostrze w ręku klingą w dół podkradł się do wykuszu obrzucając bacznym spojrzeniem zamkowy dziedziniec.

Na zewnątrz nikogo nie było, co tylko utrwaliło orka w przekonaniu, że przesłuchany z użyciem noża więzień nie kłamał. Według słów brańca w kasztelu pozostawało dziewięciu południowców. Dwaj z nich pełnili wartę na wieży, trzeci czuwał nad zamkniętymi w zamkowej stajni końmi, chociaż teraz to konie pochylały swe głowy nad jego przysypanym słomą ciałem. Pozostałych sześciu najemników odpoczywało w części mieszkalnej kasztelu, dzieląc swą uwagę pomiędzy strawę i trunki, gry w kości oraz przerażoną nianię i dziecko. Myszkując dyskretnie w zakamarkach budowli umazany kurzem i starą sadzą oraz obwieszony pajęczynami uruk odkrył piwniczne pomieszczenia, dokąd napastnicy wrzucili ciała zamordowanych Osmundczyków oraz swych zabitych w walce o kasztel kompanów, stąd wiedział już, że nikt inny ze świty Cheronetów nie uszedł z napaści z życiem.

Sześciu odpoczywających najemników urządziło swe kwatery w pomieszczeniach, do których wiódł tylko jeden korytarz. Cofając się od kamiennego wykuszu Hran rozważał przez chwilę sposób dobrania się do całej grupy bez narażania na szwank dziecka. Użycie flakonu z magicznym płynem nie wchodziło w grę, w ciasnej przestrzeni wnętrza kasztelu płomienie nie oszczędziłyby nikogo. Rzucenie się z szablą na całą szóstkę, zbrojną prócz mieczy również w kusze, zdawało się zbytecznym kuszeniem złego losu.

Przyszedł czas, aby zmienić skryty sposób działania na bardziej otwarty. Powolna przeprawa przez podziemny tunel i późniejsza wspinaczka w górę fundamentów górskiego zameczku dała się urukowi we znaki, bo chociaż nie żywił on awersji do tego rodzaju eskapad, klaustrofobiczna ciasnota skrytego w trzewiach gór przejścia wyzwoliła w nim nagłą tęsknotę za słonecznym blaskiem. Zabiwszy dwóch z trzech strażników łowca wspiął się po wąskich schodach na szczyt wieży, wystawiając ostrożnie głowę ponad otwór wejściowy i spoglądając zmrużonymi oczami na oddalającego się w przeciwną stronę wartownika.

Awarimski najemnik oparł obie ręce o wilgotny kamienny parapet wieży i przesunął spojrzeniem po opustoszałej drodze, klnąc pod nosem w swoim rodzimym języku i potrząsając z frustracją głową. Przedłużający się pobyt w kasztelu budził coraz większą nerwowość południowców, ale trzymani w ryzach żelazną pięścią swego kapitana wciąż jeszcze nie odważyli się otwarcie wyrazić niezadowolenia. Napad na osmundzką posiadłość i zabicie szlacheckiej rodziny zdały im się z początku świetnym pomysłem na odpłacenie z nawiązką zdradzieckiemu baronowi, ale uciekający szybko czas przypominał wszystkim, że miejscowi żołnierze mogli już być w drodze do przełęczy.

Mężczyzna splunął siarczyście ponad parapetem wieży i wychylił się jeszcze bardziej patrząc jak targana wiatrem flegma spada w dół ku płytom zamkowego dziedzińca. Kiedy cofnął się do tyłu, ktoś znienacka obłapił go za szyję wciskając jednocześnie kolano w kręgosłup nieszczęśnika i wyginając jego ciało w tył z taką siłą, że zaskoczony Awarimczyk pewien był, iż lada chwila usłyszy trzask swych pękających kości.

– Ani słowa – przy jego uchu zabrzmiał czyjś zły szept, chłodniejszy od kąśliwego górskiego wiatru – Ręce z daleka od miecza.

Czując na gardle ostrze noża najemnik przełknął odruchowo ślinę i pokiwał głową tak gorliwie, że omal nie odgryzł sobie przy okazji tego ruchu języka. Intruz przestał wyginać ofierze kręgosłup, co Awarimczyk przywitał stęknięciem nieskrywanej ulgi, wciąż jednak trzymał nóż na gardle najemnika. Unieruchomiony południowiec nie zobaczył dotąd jego twarzy, słyszał jedynie szepczący we wspólnej mowie głos i czuł ciepły oddech obcego na uchu.

– Muszę cię poprosić o przysługę, chociaż pewnie ci się nie spodoba – oznajmił napastnik cofając raptownie uzbrojoną w nóż rękę od gardła mężczyzny i łapiąc go równie szybko oburącz za opinający biodra pas – Pokrzycz dla mnie.

Targnięty w górę i do przodu strażnik przeleciał ponad parapetem szczytu wieży, w ostatniej chwili pojmując prawdziwe intencje intruza i bezskutecznie próbując złapać czubkami palców za krawędź dachu. Pociągnięty w dół ciężarem swego ciała połamał jedynie paznokcie, a z jego ust wydarł się przeraźliwy wrzask człowieka spadającego prosto w ramiona śmierci.

XIV

Dwaj ściskający w dłoniach miecze najemnicy przemknęli po mokrych od deszczu płytach dziedzińca zatrzymując się tylko na chwilę przy wykrzywionym nienaturalnie ciele swego ziomka, jeszcze chwilę wcześniej pełniącego wartę na szczycie wieży. Trzeci Awarimczyk podążał w pewnym od nich oddaleniu, trzymając oburącz naładowaną kuszę i strzelając na wszystkie strony pełnymi zdenerwowania oczami. Zasłyszany chwilę wcześniej przedśmiertny wrzask zjeżył wszystkim trzem włosy na karku i żaden z wysłanych na dziedziniec mężczyzn nie czuł z tytułu tego rozkazu szczęścia.

– Nie żyje! – rzucił niepotrzebnie jeden z dwóch idących przodem żołdaków, skręcając ku otwartym na oścież drzwiom wieży – Śladu rany nie ma, może się poślizgnął! Gurtel! Zezzo!

Dwaj pozostali strażnicy, wywołani z imienia po raz kolejny z rzędu, nie zdradzili najmniejszym dźwiękiem swej obecności, ani nie wyzierając zza progu stajni ani nie odwzajemniając okrzyku z wysokości sekretnego stanowiska obserwacyjnego w górnej części wieży. Przeczuwając najgorsze najemnicy wskoczyli kolejno za próg wieży, dzierżąc gotowe do użytku miecze i lustrując wzrokiem zalegający w kątach pomieszczenia półmrok. Nie natrafiwszy na ślad zagrożenia rzucili się w górę schodów, chcąc odciąć ewentualnemu zabójcy drogę ucieczki i pozostawiając uzbrojonego w kuszę kompana w tyle. Ten opuścił ciążącą mu w dłoniach broń i sprawdził wpierw, czy tkwiący u boku miecz gładko wychodzi z pochwy, potem zaś ruszył śladem towarzyszy stawiając znacznie ostrożniej swe kroki w obawie o to, iż potknąwszy się nieopatrznie wystrzeli bełt.

Zwinna postać dopadła mężczyznę w przeciągu kilku uderzeń serca, materializując się w smoliście czarnym otworze na wysokości parteru wieży. Otwór ten nie mógł być niczym innym jak tylko nieznanym Awarimczykom sekretnym przejściem, ale zaskoczony nagłym atakiem kusznik nie miał dość czasu, by się takiemu odkryciu dziwować. Dźgnięty nożem dwukrotnie w plecy na wysokości nerek stęknął głucho i osunął się na kolana uderzając osłoniętą hełmem głową w jeden z wyższych stopni. Hałas ten z miejsca zwrócił uwagę dwóch znajdujących się wyżej najemników. Obaj odwrócili się w miejscu spoglądając ku podstawie schodów i pojmując nagle ogrom grożącego im niebezpieczeństwa.

Lecz wystrzelony z kuszy bełt bywa zazwyczaj szybszy od ludzkich mięśni i tym razem również się tak stało. Wydarta z drętwiejących rąk kusznika broń szczęknęła metalicznie i trafiony prosto w brzuch najemnik spadł ze schodów pośród dźwięcznego łoskotu upuszczonego miecza. Durdur Hran odrzucił kuszę w bok i dobywszy z pochwy szabli zatoczył nią kilka kręgów w powietrzu. Ostatni Awarimczyk obejrzał się szybko ponad ramieniem, najwyraźniej bijąc się w myślach z pokusą ucieczki na dach wieży, potem potrząsnął głową i warcząc z dziką determinacją rzucił się w dół wąskich stopni wprost na intruza.

Uruk wyszczerzył zęby w bezlitosnym uśmiechu gotowiąc się na skrzyżowanie ostrzy.

XV

Dartan Artemes spojrzał porozumiewawczo na jednego ze swoich dwóch towarzyszy, niskiego smagłego Awarimczyka o niezwykłym drygu do kuszy. Noszący wplecione we włosy barwne wstążki mężczyzna naciągnął cięciwę broni i umieścił w rowku odlany z czarnego żelaza bełt, ostrożnie unikając dotykania ostrego grotu. Kapitan zmówił w duchu krótką modlitwę do Organitiona, polecając swą osobę protekcji Pana Tysiąca Mieczy i strzegąc się tym samym od zakus Morglitha. Smagłoskóry Arres unikał jak ognia rozmów na temat pochodzenia swych dziwacznych pocisków i nawet ciągnięty za język przez dowódcę nie chciał się do niczego przyznać, ale noszone przez niego amulety i bransoletki niepokojąco kojarzyły się Artemesowi z pewnymi morglithańskimi kultami działającymi tu i ówdzie na wyspach Ciągu Gutum-guru, tolerowanymi przez południowych królów, ale budzącymi zrozumiałą podejrzliwość zwykłych obywateli.

Kultysta czy nie, Arres nigdy nie chybiał ze swej kuszy, a czarne bełty niezmiennie przynosiły ofierze śmierć, nawet w przypadku ran nie będących niczym poważniejszym od draśnięcia. Zmieniając układ palców na rękojeści miecza kapitan przeniósł spojrzenie na osiłka o obandażowanej głowie, sapiącego pod nosem i śliniącego się obficie. Garro ściskał oburącz ciężki ghastański nadziak, przewracając oczami i wprawiając się za pomocą dziwacznej mantry w rodzaj bitewnego szału, pod wpływem którego bywał równie niebezpieczny dla wroga, co własnych towarzyszy.

– Weź na wstrzymanie albo znowu zbierzesz po łbie – warknął kapitan zerkając w stronę dębowych drzwi odgradzających trójkę najemników od prowadzącego do holu kasztelu korytarza. Osiłek tylko sapnął w odpowiedzi, potrząsając nieznacznie głową. Chwilę wcześniej, doprowadzony do nagłego wybuchu wściekłości krzykiem spadającego z wieży wartownika, rzucił się na skuloną w kącie pokoju piastunkę i zanim Artemes zdążył go powstrzymać, skręcił nieszczęsnej dziewczynie kark. Kiedy odwracał się w stronę kołyski i płaczącego w niej dziecka, kapitan wymierzył mu z całej siły cios w skroń płazem klingi, tak mocarny, że osiłek aż ugiął się w kolanach, niemniej jednak reprymenda ta wystarczyła, aby przywrócić mu poczucie posłuszeństwa.

– Kiedy wejdą do środka, strzelaj – polecił Arresowi kapitan, przestępując z nogi na nogę. Za drzwiami komnaty rozległ się cichy dźwięk kroków, który ucichł na chwilę, potem masywna żelazna klamka uchyliła się bardzo powoli w dół. Smagłoskóry kusznik uśmiechnął się kącikami ust przyciskając kolbę broni do ramienia, mierząc grotem bełtu w miejsce, gdzie lada moment miała się pojawić szczelina dzieląca otwierane drzwi od futryny. Bełty tkwiące w noszonym na prawym udzie mężczyzny kołczanie zaszczękały dźwięcznie uderzając o siebie pod wpływem ruchu zmieniającego pozycję Awarimczyka. Przygryzający usta kapitan ponownie nie zdołał się opędzić od wrażenia, że w dźwięku tym dała się słyszeć nutka nieziemskiego tonu przywodzącego na myśl upiorne zawodzenie z zaświatów, nie miał jednak dość czasu, by się nad źródłem tego pogłosu zastanawiać.

Pchnięte z całej siły drzwi wystrzeliły do przodu i walnęły z ogłuszającym hukiem w kamienną ścianę komnaty. Zdyszana postać wpadła przez próg wyskakując z ciemnego korytarza i wystrzelony przez Arresa czarny bełt zaśpiewał w powietrzu wbijając się prosto w środek klatki piersiowej napastnika. Ugodzony pociskiem mężczyzna otworzył szeroko oczy, a jego tęczówki przybrały w ułamku sekundy kolor smolistej czerni, rozlewającej się nienaturalną barwą po reszcie gałek ocznych. Wydając z siebie głuche stęknięcie ofiara Arresa zwaliła się z nóg, a jej skóra zaczęła szarzeć i przybierać fakturę starego pergaminu.

Pozbywszy się służącego za żywą tarczę południowca Durdur Hran przesadził jednym susem trupa i płynnym ruchem ręki chlasnął kusznika szablą w skroń, dosięgając smagłoskórego mężczyznę czubkiem ostrza. Najemnik runął na posadzkę z rozrąbaną czaszką, jego przewiązane kolorowymi wstążkami włosy przesiąkły natychmiast gorącą krwią.

Garro ryknął chrapliwie rozpryskując w powietrzu kropelki śliny i skoczył w kierunku orka wywijając masywnym nadziakiem niczym drewnianą zabawką. Intruz uchylił się przed pierwszym ciosem i głowica broni Awarimczyka uderzyła z ogłuszającym hukiem w kamienną ścianę krusząc spory jej fragment. Katańczyk ciął z ukosa szablą mierząc w podbrzusze osiłka, ostrze ześlizgnęło się z przeraźliwym zgrzytem po pancernej blasze nabitej na skórznię człowieka. Biorący zamach nadziakiem Garro odsłonił się nieopatrznie i zadany z całej siły kopniak intruza dosięgnął jego kolana zwalając mężczyznę z nóg wprost na niewielki drewniany stolik. Mebel załamał się z trzaskiem pod ciężarem najemnika, w powietrzu śmignęły gliniane półmiski i ogryzione kości. Ork doskoczył do swej ofiary tnąc z rozpędu w jej głowę, ale Awarimczyk przekręcił się w miejscu i poderwał nadziak w górę jako zastawę, zatrzymując klingę szabli metalowym uchwytem broni. Kopnięty dla odmiany ork zasyczał przeciągle trafiony podeszwą buta w goleń, cofnął się o kilka kroków kulejąc zauważalnie i przerzucając szablę z ręki do ręki. Ściskający w dłoni miecz Dartan Artemes skakał spojrzeniem pomiędzy postaciami antagonistów, nie potrafiąc się zdecydować na przyjście kompanowi z pomocą. Stal zaszczękała ponownie, kiedy uderzenia szabli sparowane zostały obracanym chwacko w rękach nadziakiem, ale ostatni cios sięgnął celu. Garro zaklął obscenicznie odskakując do tyłu i podnosząc odruchowo dłoń ku policzkowi, gdzie czubek szabli rozorał mu głęboko skórę i tkankę.

Widok cieknącej wartko krwi towarzysza zaważył ostatecznie na decyzji kapitana. Awarimski oficer doskoczył do kołyski i pochwyciwszy w lewą rękę zanoszące się płaczem niemowlę przycisnął je do piersi nie wypuszczając jednocześnie z drugiej dłoni miecza. Napierający na brutalnego osiłka ork dawał pilnie baczenie na swą pozycję, tak obchodząc przeciwnika, by się przypadkiem nie wystawić na atak z flanki w wykonaniu samego kapitana. Artemes potrząsnął głową, a potem runął biegiem w kierunku szeroko otwartych drzwi komnaty, pozostawiając za sobą dźwięczny szczęk stali i wściekłe porykiwania Garro.

Wywijający szaleńczo nadziakiem najemnik mógł kupić swemu dowódcy dość czasu, by ten zdążył dopaść któregoś z pozostawionych w stajni koni i pierzchnąć galopem przez niewielką furtę na tyłach kasztelu. W półmroku korytarza niewiele było widać, toteż wpijający spojrzenie w drzwi wiodące na dziedziniec Dartan zbyt późno zauważył, że kamienna posadzka usiana była niewielkimi kawałkami metalu.

Przenikliwy ból rozpalił znienacka jedną z pięt uciekiniera. Awarimczyk wrzasnął mimowolnie, potknął się i upadł. Niemowlę wyleciało mu z rąk razem z mieczem, uderzyło o posadzkę i natychmiast umilkło. Kolejne żelazne pajączki, rozrzucone zapobiegliwie przez intruza po całym korytarzu, wbiły się w przedramiona i policzki przewróconego mężczyzny przysparzając mu jeszcze więcej bólu. Odgłosy walki w sąsiedniej komnacie ucichły, zastąpione dźwiękiem zbliżających się wolno kroków. Kapitan przekręcił się na plecy i jęknął głucho widząc w mroku korytarza szczupłą wysoką sylwetkę uruka.

– Czego ode mnie chcesz, psubracie? – wysyczał południowiec macając wokół siebie ręką w poszukiwaniu upuszczonego miecza. Widząc ten gest ork pogroził mężczyźnie trzymanym w lewej dłoni nadziakiem, toteż Artemes znieruchomiał wbijając w prześladowcę zdesperowane spojrzenie.

– Ja nic, ja tylko służę baronowi – wzruszył ramionami Durdur Hran – Czcigodny Astar Cheronet zażyczył sobie, bym cię odwiedził i dopilnował, że się nie wymigasz od kary.

– Czcigodny kurewski syn, łajdak i zaprzedaniec! – wyrzucił z siebie Awarimczyk – Najął cię? Zdradzi cię tak samo jak i nas, zobaczysz! Za grosz w nim honoru, zaprzańcu! Wystawił nam na cel królewski poczet podatkowy, a jakeśmy bez wiedzy zarąbali ochronę, stanął na głowie, żeby to z nas zbrodzieniów uczynić i samemu łup zagarnąć! Od początku to sobie uknuł z tym swoim chudym poćpiegą!

– Dałeś się wystawić, to miej żal jeno do siebie – odparł łowca zbliżając się do uniesionego na łokciach najemnika – Trzeba było też łepetyną ruszać, nie tylko mieczem robić. Takie życie, przeto nie żyw do mnie urazy. Baron płaci, baron wymaga.

– Nie bądź głupcem! – w głosie kapitana pojawiła się nuta paniki – On cię zabije, kiedy tylko mnie dowieziesz na miejsce! Nie trzeba mu żadnych świadków tego zdarzenia, a ty nie zobaczysz na oczy ani sztuki złota, w oczy ci w zamian nożami zaświecą. Pomóż mi przedostać się do Leretonu, do portu, a hojnie cię wynagrodzę. Mam na Awarimie odłożoną gotówkę, będziesz bogatszy niż byś sobie mógł wymarzyć!

– Nic z tego, przyjacielu – pokręcił głową Katańczyk, uśmiechając się w lodowaty sposób, który zmroził krew w żyłach południowca – Oszczędź sobie jęczenia i zmów modlitwę za swą duszę, bo ci się miłosierdzie bogów zaraz przyda. A troskę o moje zdrowie i o uczciwość barona pozostaw mnie samemu, wierzę bowiem, że w pomyślunku równie jestem dobry jak w robieniu ostrzem. Gdybyśmy się kiedy indziej spotkali, mógłbym cię nauczyć jak robić interesy z ludźmi w rodzaju barona Cheroneta, ale widać nie taka była wola bogów.

– Nie będę stawiał oporu! – wrzasnął Dartan Artemes zapominając o piekącym bólu promieniującym w miejscach, gdzie w jego ciało wbiły się żelazne pajączki – Dam się zawieźć do Gasarilu, nie będę próbował uciekać. Klnę się na Organitiona…

– Zamilcz! – Hran przerwał mężczyźnie uniesioną lewą dłonią, a kiedy tamten ucichł, uruk wyciągnął z pochwy na pasie paskudnie wyglądający długi nóż o drobno ząbkowanej klindze – Widzisz, cały szkopuł w tym, że baron nie jest zainteresowany całością twej osoby. On zażyczył sobie jedynie głowy.

XVI

Wyrwani ze snu owczarze z trudem panowali nad roztrzęsionymi nerwami, poszeptując między sobą ustawicznie i spozierając co chwila na zakneblowanego szczelnie smagłoskórego mężczyznę, bez wątpienia jakiegoś cudzoziemca. Hojnie szafujący zawartością sakiewki obcy, który wpadł do pasterskiej jurty okazał się jeszcze bardziej przerażający od swego zamorskiego brańca. Nie był nawet człowiekiem, a sterczące zza jego ust dwa okazałe kły jawnie dowodziły czystej orkowej krwi w żyłach.

Lecz ork czy nie ork, budzącemu lęk obcemu najwidoczniej nie brakowało pieniędzy. Obaj owczarze nie wypuszczali z dłoni rzuconych im nonszalancko złotych monet, spoglądając w chwilach zwątpienia na cudne okrągłe kształty ściskane między zgrabiałymi od pasterskich kijów palcami. Obcy pobudził śpiących w szałasie opodal Gasarilu nieszczęśników, ledwie tylko przyłożyli głowy do senników, błyskając im przed oczami złotem i składając propozycję, która wydała się obu Osmundczykom na poły dziwaczna, na poły zaś groźna, w każdym bądź razie niebywale kusząca w wymiarze wynagrodzenia.

Przyjąwszy dziesięć szczerozłotych olardów zaliczki owczarze mieli zabrać gdzieś przywleczonego przez orka więźnia, człowieka o aparycji południowca zwracającego na siebie uwagę brakiem kilku uciętych niedawno palców. Mieli go zabrać w sobie tylko znane miejsce, gdzie nikt nie zwróci na obcego uwagi i przetrzymać go tam pod strażą aż do północy, a potem wrócić do szałasu, oddać stękającego coś rozpaczliwie przez knebel nieboraka w ręce obcego i zainkasować drugie tyle nagrody w złocie.

Widok złota przezwyciężył wszelkie lęki i troski. Kłaniając się orkowi w pas owczarze powlekli smagłoskórego brańca w zagajniki porastające pobliskie wzgórze, zamierzając przesiedzieć z nim wyznaczony czas w niewielkiej jaskini odkrytej zeszłego lata podczas poszukiwań zagubionej owcy. Skoro Katańczyk nie kazał im nikogo zabić, nie czuli się niczemu winni, wszak mieli jedynie strzec obcego przed wścibskimi oczami i zadbać o to, by on sam się nie uwolnił z rzemiennych więzów.

Nie rozumieli, dlaczego obcy tak srodze nalegał, aby pod żadnym pozorem nie zdradzili mu swej kryjówki, chociaż gotowi byli bez wahania wskazać drogę do jaskini.

Do wręczonego im ostrożnie zawiniątka zajrzeli tylko raz, zaalarmowani dobiegającymi z niego dźwiękami; wtedy też pojęli, czemu ork tak nalegał, aby zabrali ze sobą bukłak ze świeżym kozim mlekiem. Zaspokoiwszy swą ciekawość przykucnęli u ciasnego wylotu jaskini kołysząc się na piętach i poszeptując między sobą niespokojnie. Intrygowały ich powody, dla których zamorski przybysz nie bacząc na nocną porę pojechał czym prędzej do niedalekiego miasta, prowadząc za sobą dwa tuziny prychających cicho i objuczonych ciężkimi sakwami koni, ale uznali, że nie będą go po powrocie o nic pytać.

Nadmierna ciekawość zwykła szkodzić zdrowiu.

XVII

Astar Cheronet opadł na swe krzesło słysząc słowa Durdura Hrana, jego ramiona oklapły znienacka niczym nadmuchany rybi pęcherz przekłuty czubkiem sztyletu. Przez wąskie witraże wkradał się do środka mrok nocy, zalegając głębokimi cieniami wszędzie tam, gdzie nie docierał migotliwy blask olejnych lamp i płonących w kominku szczap drewna.

– Nigdy nie zamierzali oddać dziecka – oznajmił pozbawionym emocji tonem Katańczyk – Nie wiem, gdzie ono teraz jest, ale jego ciała na pewno nie ma w kasztelu. Tamtym chodziło tylko o pieniądze i zemstę, nic innego. Ścierwa bez honoru, niegodne służby u tak szlachetnego pana.

Baron nic nie odpowiedział, wspierając głowę na rękach i spoglądając pustym wzrokiem przed siebie. Hran domyślał się szaleńczego mętliku myśli w głowie milczącego Osmundczyka, osamotnionego w wystawnej posiadłości, której nie miał już odziedziczyć nikt noszący w żyłach jego krew, żyjącego ze świadomością tego, iż jest ostatnim z rodu gasarilskich Cheronetów. Nie czekając na polecenie uruk rozwiązał trzymany w prawej ręce tobołek, wyciągnął z niego złapaną za włosy głowę Dartana Artemesa i uniósł ją w górę dowodząc tym samym niezbicie śmierci awarimskiego najemnika. Baron zerknął krótko na makabryczny dowód wypełnionej misji, machnął dłonią odwracając ponownie w bok głowę i wodząc nienaturalnie szklistym wzrokiem po rozwieszonych dumnie na ścianach proporcach.

W rozległej komnacie zapadła na chwilę cisza. Stojący u boku swego pana Gerher Relis nie spuszczał wzroku z najmity, przez cały czas czekając na umówiony wcześniej dźwięk mosiężnego gongu. Za uchylonymi drzwiami sąsiedniego pomieszczenia, doskonale słysząc całą rozmowę, krył się w cieniu inny zaufany zausznik barona Cheroneta, gasarilski kapłan sekretnego bellanickiego kultu sprowadzony tej nocy do posiadłości w jednym tylko celu. Spodziewając się wiarołomności swego wysłannika Astar Cheronet nakazał klerykowi użyć zaklęcia sprawdzającego prawdomówność uruka. Gdyby obcy chociaż raz skłamał, bellanita miał uderzyć pałeczką w ustawiony przy progu mosiężny gong zdradzając niezawodnie fałsz ukryty w słowach przybysza.

Gong milczał.

– Zabiłeś wszystkich bandytów? – zapytał baron spoglądając ponownie na odciętą głowę kapitana Artemesa.

– Nie, mój panie – odpowiedział uruk pochylając lekko głowę – Jeden ocalał, jedyny. Dotarł w pobliże Gasarilu, chociaż nie wiem, gdzie się dokładnie ukrywa. Wierzę, że najpóźniej do świtu wpadnie w moje ręce, a wówczas nie będzie już na wolności ani jednego południowca winnego rzezi w kasztelu. Za jego głowę nie wezmę od ciebie ani osmara, panie, przywlokę go do miasta w pętach za darmo. Lecz wpierw pora nam się rozliczyć za głowę tego tutaj zbrodzienia.

Mosiężny gong wciąż milczał.

– Zapłać mu, Gerher – rzucił krótko szlachcic – Zapłać zgodnie z umową.

Relis zesztywniał słysząc polecenie, w duchu spodziewał się bowiem zupełnie innego rozstrzygnięcia. Chociaż nie otrzymał takiego polecenia, jak zwykle ściągnął do sąsiedniej komnaty kilku uzbrojonych w kusze pachołków, gotów pozbyć się cudzoziemskiego najmity w sposób, do którego zwykł się na co dzień ubiegać jego pryncypał. Lecz wieści o śmierci wnuka i ostatnim żyjącym wciąż najemniku skutecznie skłoniły Astara Cheroneta do odwleczenia nieuniknionej egzekucji.

Dworzanin podszedł do orka z trzema rozsznurowanymi sakiewkami, pokazał mu ubite w nich ciasno złote monety. Wbrew oczekiwaniom zausznika Hran nie wysypał zapłaty na pobliski stolik, nie okazał baronowi braku szacunku przeliczając swe wynagrodzenie moneta po monecie. Uruk przytroczył sakiewki do własnego pasa, a potem skłoniwszy się milczącemu szlachcicowi głęboko opuścił bez słowa przeraźliwe opustoszałe i ciemne pomieszczenie. Gerher Relis rozważył w myślach jakieś słowa pocieszenia, szybko jednak od pomysłu tego odstąpił opuszczając salę w ślad za Katańczykiem. W środku pozostał jedynie pogrążony w letargu baron Cheronet oraz spoglądająca na niego z wysokości posadzki odcięta głowa Dartana Artemesa.

Durdur Hran odetchnął z ulgą dopiero wówczas, gdy zatrzasnęła się za nim brama. Uruk nie był głupcem i w głębi duszy spodziewał się zdrady barona, nie był też pewien, czy przynęta w postaci pozostającego na wolności najemnika wystarczy, by ujść z posiadłości Cheronetów z życiem. W trakcie spotkania ze szlachcicem jego ręce nie oddalały się zbytnio od broni, a czujne spojrzenie cały czas błądziło po pomieszczeniu. Instynkt podpowiadał Katańczykowi, że bieg rozmowy śledziło więcej uszu, najpewniej na dodatek wspomaganych magią, lecz nikt się nie pojawił w komnacie, a zatem oddaliwszy się na kilkadziesiąt kroków od posiadłości ork pozwolił sobie na starannie skrywane westchnięcie ulgi.

Obejrzawszy się ponad ramieniem z wysokości siodła obrzucił raz jeszcze spojrzeniem domostwo rodu Cheronetów i rozjaśnione bladą poświatą kominka okna komnaty, w której przyjął najmitę baron. Hran nie zamierzał tutaj już nigdy wracać, miał jednak na głowie inne ważne sprawy, a noc nie miała trwać wiecznie. Uderzywszy konia piętami w boki ruszył żwawo ku miastu nie oglądając się już więcej za siebie.

XVIII

Ascetycznie wyglądający kapłan przygryzł w zamyśleniu wąską wargę, przez cały czas spoglądając na stojącego przed nim uruka. Dwaj towarzyszący duchownemu paladyni noszący na naramiennikach zbroi insygnia Bractwa Białych Kling nie ukrywali swej niechęci do cudzoziemca, chociaż Hran wątpił, aby bez wyraźnej przyczyny próbowali wyrządzić mu krzywdę, zbyt wielką przywiązywali wagę do swego przesadnie honorowego kodeksu.

– I powiadasz, że masz ku temu wszystkiemu niezbite dowody? – zapytał w końcu asterianin splatając dłonie palcami – Udowodnisz bez trudu zbrodniczy czyn barona Cheroneta?

– Tak i nie, świątobliwy – odparł ork – Tak, bo niezbity dowód znalazł się w waszym posiadaniu, pod postacią najemnika z Gutum-guru. Należy on do oddziału, który napadł na królewski poczet i zrabował złoto z podatku, czyniąc to na rozkaz barona. Nie wątpię, iż możecie rozwiązać mu język za pomocą magii, tedy wszystko wyśpiewa w najmniejszych szczegółach.

Durdur Hran uśmiechnął się w duchu wypowiadając ostatnie zdanie, miał bowiem świadomość tego, że rozmowa z gasarilskim arcykapłanem przez cały czas kontrolowana była za pomocą zaklęć badających jego prawdomówność.

– A nie, ponieważ nie zamierzam niczego udowadniać – dodał natychmiast, odpowiadając na drugie pytanie kthana – Nie w moim to leży obowiązku i po prawdzie wcale ku temu nie mam ochoty. Stąd też moja tutaj wizyta, któż bowiem lepiej się nada do udowodnienia winnemu jego zbrodni jak nie asteriańscy kapłani i ich dzielni paladyni?

Rozmowa toczyła się w jednej z kilku niewielkich kamiennych komnat na tyłach gasarilskiej świątyni, pozbawionych z troski o dyskrecję rozmów okien i przesiąkniętych na trwałe słodkawym zapachem kadzidła. Wprowadzony bocznym wejściem uruk stanął twarzą w twarz z tym samym kapłanem, którego miał okazję widzieć przy wjeździe do Gasarilu na podeście przy świątyni, miotającego gromy na głowy chciwych oriakan, nie stracił jednak rezonu wyjawiając szybko, z czym przybywa.

– A cóż cię skłoniło do tego, aby to właśnie nas odwiedzić, synu Katana? – spytał po krótkiej chwili milczenia kapłan – Szukasz odkupienia poprzez czynienie dobrych uczynków? Chcesz odnaleźć prawdziwego boga?

– Nie, świątobliwy – odpowiedział i tym razem szczerze Hran – Wierzę, że asteriańscy klerycy godziwie wynagrodzą grosiwem kogoś, kto przynosi tak cenne wieści. Czynienie dobrych uczynków strasznie apetyt zaostrza, a pusty brzuch ich czynieniu nie sprzyja.

– Co rozumiesz przez godziwą nagrodę, synu? – kthan pochylił się do przodu splatając ręce na piersiach – Jaka kwota gotowa przynieść ci dość zadowolenia, byś nadal kroczył ścieżką prawości?

– Trzysta olarów, czcigodny – oświadczył bez wahania ork – To uczciwa cena za głowę szlachetnie urodzonego zbrodzienia.

– Trzysta, wszelako setkę pozostawisz w darze ubogim, spożytkujemy ją na jałmużnę – odparł asterianin – Nie lza na jednym dobrym uczynku poprzestać, trzeba ich więcej czynić, im prędzej, tym lepiej.

– Niechaj będzie dwieście dla mnie – kiwnął pojednawczo głową Durdur – W życiu żem nie napotkał tak hojnego człeka jak wy, świątobliwy.

Poważny i surowy z wyglądu kleryk drgnął znienacka, uśmiechnął się ledwie zauważalnie kącikami ust, chociaż nie wyrzekł ni słowa. Odbierając dwieście sztuk złota z rąk przywołanego naprędce młodszego kapłana Durdur Hran odpowiedział takim samym leciutkim uśmieszkiem.

Zaklęcie wykrywające kłamstwa wciąż działało.

XIX

– Skąd mogę wiedzieć, że to nie wierutne łgarstwo? – zapytał młodziutki szlachcic o chorobliwie bladym obliczu, przypudrowanym naprędce, a przez to tak obficie, że proszek tworzył na twarzy Osmundczyka niewielkie różowe plamy – Przychodzisz do mnie wprost z ulicy, przerywasz odpoczynek i domagasz się pieniędzy za jakieś rzekomo bezcenne informacje.

Uruk przestał przyglądać się wytwornie umeblowanej komnacie, odrywając wzrok od migotliwych płomieni świec i ciężkich szkarłatnych kobierców na ścianach. Jego spojrzenie prześlizgnęło się z pewnym zainteresowaniem po krągłościach ciała stojącej za szlachcicem kobiety, odzianej jedynie w biodrową przepaskę oraz wpięty w długie kasztanowe loki złoty diadem. Wytatuowane na jej pełnych piersiach symbole otaczały falistymi liniami sutki składając się w sugestywnie erotyczny purpurowy znak czcicielki Piana.

– Racz wybaczyć nagłe wtargnięcie, panie – Hran pochylił leciutko głowę czując jak w jego lędzwiach rozlewa się mimowolnie fala gorąca – Lecz jako odległy krewny hrabiego Sertera zapewne byłbyś niepocieszony, gdyby ktoś inny odebrał ci szansę na zmazanie hańbiącej ród zniewagi. Baron Cheronet zapłaci dzisiejszej nocy za wiele zbrodni i jest ku temu wielka sposobność, aby również Serterom bogowie zesłali słuszne zadośćuczynienie.

– Cóż to zatem za wieści, za które żądasz aż trzystu olardów, zamorszczyku? – młodzieniec wysunął dumnie podbródek, przez co w oczach orka przybrał z miejsca jeszcze bardzie pretensjonalnego wyglądu, ale w jego głosie pojawiła się nuta prawdziwego zaciekawienia.

– Jeśli pchniesz pachołków pod posiadłość Cheroneta, mój panie, staną się oni świadkami wielce ciekawej sceny – oznajmił uruk zerkając ponownie na kasztanowłosą piękność, przysłuchującą się w milczeniu rozmowie i pieszczącą jednocześnie ramię szlachetki umalowanymi na karmazyn długimi paznokciami – Asteriańscy paladyni składający mu wizytę w środku nocy to goście, których czcigodny baron raczej wolałby nie wpuszczać do środka, a cóż dopiero rzec o kajdanach, w które go zapewne zakują. Już sama wieść o powodach takiej wizyty warta jest sto olardów, mój panie, ja zaś mam w zanadrzu coś więcej. Pięć lat temu twoi kuzyni z Karihemu zaznali dotkliwej straty, a teraz ty masz okazję przyćmić ich wszystkich i zaskarbić sobie przychylność rodziny. Rzecz idzie o pewien kasztel w Chropawych Szczytach…

Wysłani pod posiadłość Cheronetów konni hrabiego powrócili na ociekających potem koniach, ale przyniesione przez nich wieści wprawiły młodziutkiego Osmundczyka w iście rycerski zapał. Zapominając z miejsca o swej pianickiej faworycie i dalszym odpoczynku szlachcic zwołał pod rozkazy służących mu zbrojnych i zanim jeszcze widnokręg rozjaśniła blada poświata przedświtu, kawalkada jeźdźców w barwach rodowych Serterów zmierzała już w kierunku odległego górskiego kasztelu z zamiarem odzyskania zawłaszczonej im przed laty posiadłości.

Durdur Hran przywiązał do pasa trzy pokaźne sakiewki wręczone mu przez podekscytowanego arystokratę i posławszy lekki uśmiech w stronę spoglądającej na niego tęsknym wzrokiem pianitki odjechał w stronę gasarilskiego rynku. Noc dobiegała końca, a on miał jeszcze kilka spraw do załatwienia.

XX

Durdur Hran spojrzał z wysokości siodła na stojącego przed nim leretońskiego karczmarza, tęgiego mężczyznę o rumianym obliczu i wielkiej łysinie. Towarzysząca karczmarzowi młoda kobieta – siostrzenica mężczyny wedle jego słów – kołysała w ramionach śpiące spokojnie niemowlę.

– Nigdy nie zapomnij o tym, cośmy umówili – oznajmił uruk klepiąc jednocześnie po szyi swego prychającego niecierpliwie ogiera – Opłaciłem cię dość sowicie, byś przez najbliższe pięć lat czwórkę berbeciów odział i nakarmił, nie zaś jednego.

– Będzie on dla nas jako syn rodzony, zacny panie – odrzekł natychmiast karczmarz, mnąc w dłoniach wełnianą czapkę – Żadnej krzywdy nie zazna, a niczego mu nie zbraknie.

– I oby tak się stało – ciągnął dalej Katańczyk – Listy, które ci wręczyłem dobrze ukryj. Będę się starał zaglądać tu od czasu do czasu, ale nie zawsze otwarcie. Bądź gotów na to, że przejazdem bywając zerknę tylko z oddali, czy się małemu aby co złego nie dzieje, a wtedy innym też się co złego przydarzyć może.

– Jako syna rodzonego go chować będziemy – zapewnił raz jeszcze karczmarz – A jak pięć roków skończy, odprowadzę go do świątyni Katana w porcie i razem z listami jaśnie pana ziomkom pod opiekę oddanym, onym zamorskim kapłanom Najwyższego… jeno wyrozumiałości upraszam za jedno zapytanie…

– Pytaj, byle żwawo, na mnie już czas – kiwnął głową uruk rzucając uspokajające spojrzenie kilku stojącym opodal koniuchom, najętym dwa dni wcześniej w Gasarilu do pomocy przy pędzeniu do Leretonu stada zdobycznych koni.

– Przecie to dziecko to człek czystej krwi, dobrodzieju – bąknął karczmarz – Jakże go w posługę świątynną oddawać do Katańczyków? Czy to przystoi?

– A czemu ma nie przystawać? – odparł Durdur Hran przenosząc chłodny wzrok z powrotem na Leretończyka – Ja też ubolewam, że to jeno pospolity człowiek, wszelako nie można go winić za to, że się orkiem nie urodził, prawda? Każdy winien otrzymać od Najwyższego szansę i nawrócić się na prawdziwą wiarę, a że ten malec bliski memu sercu, na moje polecenie dopilnujesz, aby tak się stało.

Karczmarz nie powiedział nic więcej i wsadziwszy na głowę czapkę posłał hojnemu orkowi jeszcze jeden ukłon, gestem ręki zaganiając trzymającą dziecko krewniaczkę do środka domostwa. Durdur Hran ponaglił ogiera uderzeniem pięt, podjechał do gnących się równie chwacko w ukłonach koniuchów.

– Tu wasza zapłata, co do osmara – ciśnięta z wysokości siodła pękata sakiewka została pochwycona w locie, z miejsca zniknęła w sękatych palcach najstarszego wiekiem koniucha – Wracajcie do Gasarilu i nie zapomnijcie rzec o mnie dobrego słowa u waszego asteriańskiego kapłana. Im bardziej mi fortuna sprzyja, tym chętniej dobre uczynki czynię, tedy niechaj i on się ucieszy, że taką radość i szczęśliwość za sobą pozostawiam.

Czwórka gasarilskich pachołków zasypała cudzoziemskiego pana szczerymi podziękowaniami, radując się niepomiernie z zapłaty i wydając już swe srebro w myślach. Pożegnawszy ich zdawkowym machnięciem dłoni Uruk-hai zawrócił w miejscu konia i pojechał z wolna w stronę kwartału krasnoludzkich bankierów. Czas szybko uciekał, a on miał sporo spraw do załatwienia, najważniejszą na tę chwilę było zaś korzystne ulokowanie pieniędzy, które zarobił na gasarilskim zleceniu, od nagród poczynając, a na majątku za spieniężone konie i dobytek najemników kończąc.

Jakiś owinięty w łachmany żebrak, siedzący w cieniu ogrodzenia niewielkiej świątyni Aranty, podniósł na dźwięk końskich kopyt rękę w geście prośby o jałmużnę. Zatopiony w myślach ork dostrzegł ten ruch kątem oka, sięgnął mimowolnie do kieszeni swego płaszcza i namacawszy tam kilka osmarów cisnął je żebrakowi niedbałym gestem.

Czynienie dobra chyba zaczynało mu wchodzić w niezdrowy nawyk.
Autor artykułu
Ketharian's Avatar
Zarejestrowany: Jul 2019
Miasto: Kevelaer
Posty: 73
Reputacja: 7807
Ketharian ma wspaniałą reputacjęKetharian ma wspaniałą reputacjęKetharian ma wspaniałą reputacjęKetharian ma wspaniałą reputacjęKetharian ma wspaniałą reputacjęKetharian ma wspaniałą reputacjęKetharian ma wspaniałą reputacjęKetharian ma wspaniałą reputacjęKetharian ma wspaniałą reputacjęKetharian ma wspaniałą reputacjęKetharian ma wspaniałą reputację

Oceny użytkowników
 
Brak ocen. Dodaj komentarz aby ocenić.
 

Narzędzia artykułu

komentarz



Zasady Pisania Postów
You may Nie post new articles
You may Nie post comments
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 09:24.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site
artykuły rpg

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166