Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > Zakątek LI-teracki > Artykuły, opowiadania, felietony > Opowiadania
Zarejestruj się Użytkownicy


komentarz
 
Narzędzia artykułu Wygląd
<!-- google_ad_section_start -->Ścieżka<!-- google_ad_section_end -->
Ścieżka
Autor artykułu: Milly
29-03-2007
Ścieżka

Moje bardzo już stare opowiadanie, a właściwie dopiero początek większej całości. Zwróćcie uwagę jak Milly przez rok ewoluowała Właściwie wrzucam je bardziej dla śmiechu i z ciekawości, czy po pewnych przeróbkach nie kontynuować go i dokończyć? Powstało pod wpływem jakiejś książki o Wikingach, którą wtedy czytałam. Wszelkie bluzgi mile widziane, bo zdaję sobie sprawę, że opowiadanie nie jest takie fajne jak możnaby przypuszczać.

Miłej zabawy


Ścieżka



Odzyskawszy świadomość leżałem długo nie dając po sobie poznać, że żyję, wsłuchiwałem się tylko w otoczenie próbując wybadać gdzie też jestem i co się ze mną dzieje. Moje skronie pulsowały żywym ogniem, w głowie huczało mi niemiłosiernie, a nozdrza drażnił ostry, gryzący zapach dymu. Nie mogłem przypomnieć sobie co też takiego stało się zanim ogarnęła mnie wielka ciemność i nim obudziłem się w tym dziwnym, acz ciepłym miejscu. Tępy ból uniemożliwiał myślenie.
Pamiętałem wszystko prócz wydarzeń poprzedzających moje obecne położenie. Pamiętałem posłańca, którego przysłał mój brat, pamiętałem trzech znamienitych rycerzy z jego świty, którzy mieli mnie eskortować przez puszczę, pamiętam słodkie usta Marii nim wyruszyliśmy w drogę. A potem – ścieżka, która miała być skrótem prowadzącym przez las, coraz większe gęstwiny, coraz wybredniejsze żarty mojej eskorty, uniesiona ręka z kamieniem wycelowanym w moją głowę... „Boże! Oni przybyli, aby mnie zabić... Mnie?! Najwspanialszego księcia spośród księciów?! To niemożliwe...” – przelatywały mi przez głowę najdziksze myśli, największe złorzeczenia, roztrząsałem kto też mógł być na tyle perfidny, by to zrobić. „Ulryk. Mój własny brat...”
Naraz, pełen gniewu i okrutnych planów torturowania nędznego ciała mego braciszka, otworzyłem oczy i gwałtownie zerwałem się na równe nogi. Czy też może raczej usilnie próbowałem zerwać się na równe nogi, gdyż mój stan był bardziej opłakany, niż mi się początkowo wydawało. Moje ciało odmówiło posłuszeństwa, a ogromny ból, przypominający ból łamanych na kole kości, spowodował, że jęknąłem przeszywająco i opadłem na twardą powierzchnię, co sprawiło mi dodatkowy ból głowy. Teraz przynajmniej wiedziałem w jakim położeniu dokładnie się znajduję. I gdzie.
Nim dzikie, zielone oczy przysłoniły mi widok, zdołałem zauważyć sufit z grubo ciosanych beli i takież ściany pokryte skórami i głowami zwierząt. Właścicielka owych oczu obrzuciła mnie badawczym spojrzeniem i skrzywiła buzię, co jeszcze bardziej upodobniło ją raczej do dzikiego stworzenia, niż szlachetnej damy, którą rad bym zobaczyć, ale cóż, nie można mieć wszystkiego...
- Kim ty jesteś? – wychrypiałem przez zaciśnięte z pragnienia gardło
- Leż spokojnie i nie ruszaj się, bo będzie bardziej bolało
Przez głowę przebiegło mi kilka przekleństw, co też ta dziewka sobie wyobraża?!
- Znalazłam cię w lesie. Leżałeś nieprzytomny, ktoś musiał cię sprać na kwaśne jabłko, bo nie wyglądałeś za ciekawie – uśmiechnęła się bardzo szeroko, wcale nie odpowiednio do sytuacji. Ja, książę, leżę pobity na śmierć przez łobuzów mojego braciszka, a ta wieśniaczka się ze mnie śmieje?! – Nazywam się Kadlin. Jesteś w domu mojego brata, Ulfara. Będę się tobą opiekować dopóki nie wyzdrowiejesz, potem będziesz mógł odejść dokądkolwiek zechcesz.
- Och, dziękuję szanownej pani, że raczyłaś mnie poinformować gdzie i po co jestem, a teraz przyślij tu wodza swojej wioski i poślij kogoś na dwór królewski, bowiem właśnie rozmawiasz z księciem Albinem, następcą tronu, który bardzo pragnąłby wrócić do swojego królestwa i być pod opieką dobrych medyków, a nie wiejskiej dziewki.
Jej reakcja na moje przemówienie nie była wcale taka, jakiej się spodziewałem. Powinna paść na kolana, nie śmieć spojrzeć mi w twarz i błagać o wybaczenie za swa zuchwałość. Tymczasem ona najbezczelniej wybuchła mi śmiechem w twarz i trwała w nim niesamowicie długo. Zaszokowany, obolały i do gruntu już wściekły pojąłem nareszcie co się dzieje. Byłem w gnieździe barbarzyńców! W wiosce tych okrutnych pogan, którzy jeszcze za życia mego dziadka ośmielili się przypłynąć tu chyba z samych otchłani piekielnych i zająć przygraniczny obszar naszego królestwa. Te biesy, krwawi, ogromni wojownicy, niepokonane diabły! A teraz ci sami barbarzyńcy trzymają mnie w niewoli!
Przerażenie w moich oczach chyba dało do zrozumienia Kadlin, że zdałem sobie sprawę ze swojej sytuacji. Jej dzikie oczy nadal pełne były jakiejś dziwnej radości, jednak powiedziała już poważnie:
- Nie masz się czego lękać. Wśród naszych ludzi nie stanie ci się krzywda. Nie zabijamy bezbronnych, rannych, zagubionych w puszczy ludzi. Nawet jeśli byliby książętami czy czymkolwiek jeszcze. Odpoczywaj.

*

Przez kilka pierwszych dni, niepewny swego losu, w niezbyt dobrym stanie zdrowia, nie odzywałem się wiele. Badałem sytuację. Kadlin śmiała się ze mnie często, doprowadzając mnie do wściekłości, ponieważ jej zdaniem zachowywałem się jak przerażony królik w stadzie wilków. Zdecydowanie zbyt często, jak na barbarzyńską dziewkę, wyrażała swoje zdanie. Musiałem jednak przyznać, że jej metody lecznicze postawiły mnie na nogi bardzo szybko.
Dziewczyna była zielarką. Znała się na ziołach, robiła dziwne maści, okłady i inne papki, które zdecydowanie bardzo polubiłem. Pomagały przetrwać ból i okropnie długie dnie. Wreszcie jednak od zapachu ziół, które Kadlin rozwieszała przy stropie i w zasadzie wszędzie, gdzie się dało, robiło mi się niedobrze. Źle się czułem ze świadomością, że tuż za ścianą znajduje się pomieszczenie z żywym inwentarzem, od którego również zalatywało, szczególnie nocami. A już najbardziej drażniło mnie ognisko rozpalone na środku izby, które robiło dużo dymu, a który to nie zawsze chciał wylatywać przez dziurę w suficie. Jednym słowem moje położenie było beznadziejne.
Brat Kadlin był ogromnym mężem z długą, jasną brodą i takimi samymi kudłami. Samym swoim wyglądem odstraszał ludzi, a dołączając do tego niewyszukane maniery i okropny, rubaszny śmiech, powstawała najstraszniejsza mieszanka z możliwych – wielki pogański barbarzyńca. Jego pogańska żona, brzemienna zresztą w kolejne barbarzyńskie dziecko, była wielka prawie tak samo jak on i równie bez jakichkolwiek ludzkich manier. A dwójka ich dzieci, to już była męczarnia – przyłaziły do mnie i przyglądały się ciekawie, a jak nikt nie widział, to drażniły i nie dawały mi spokoju. Trafiłem do istnego piekła.
- Jęczysz jak rodząca kobieta – zwykła mówić Kadlin podczas zmiany opatrunków – Czego was tam uczą w tym waszym królestwie? Jesteś chudy jak dziecko, brak ci mięśni, delikatny jak niemowlę... Nic dziwnego, że ktoś cię porzucił w lesie na śmierć
- Daruj sobie swoje przetrafne uwagi. Jestem księciem!
- Nie obchodzi mnie kim jesteś. Mój wuj jest przywódcą tej wioski, jest bardzo stary i niedługo Bogowie przywołają go do swego królestwa, a mógłby jedną ręką pokonać cię nawet nie używając miecza! Która kobieta by cię zechciała? – najwyraźniej bawiło ją gadanie takich niedorzeczności
- W moim królestwie liczy się nie to jaką kto ma siłę, tylko urodę, moc ducha, maniery i jak wysoko się ktoś urodził. Ja posiadam wszelkie cechy predysponujące mnie na wspaniałego kochanka, a do tego jestem najwyżej urodzony. Auuu! Na Boga, uważaj trochę...
- Urody to ty żadnej nie masz za bardzo... – spojrzała na mnie krzywo i krytycznie – Z mocą ducha też słabo, bo przy byle dotknięciu jęczysz i kwiczysz jak zarzynany baran.
- Lepiej uważaj do kogo i co mówisz, dziewko! Auuua! Auć, auć...
- Śmierdzisz jak rozkładające się mięso. Nie myłeś się chyba od wieków!
- Ta uwaga była nie na miejscu... – próbowałem protestować, ale kazała mi wstać i zaciągnęła mnie do niewielkiego pomieszczenia odgrodzonego od reszty grubą płachtą w wejściu, służącym im chyba do kąpieli. Kazała mi się rozbierać i napełniła wielką balię gorącą wodą. Mimo moich wszelkich obiekcji ten pomysł był całkiem udany i choć raz poczułem błogość.
- Pomóc ci? Stoisz tak z głupią miną, że aż śmiać się chce. Czy w tym twoim królestwie nie myjecie się i nie znacie kąpieli?
- Bardzo śmieszne, doprawdy... A czy wy w tym waszym barbarzyńskim życiu nie wiecie co to jest chwila zamyślenia?
- Tylko uważaj, żeby w tym zamyśleniu nie wystygła ci woda, bo drugiej nie dostaniesz – rzekła na odchodnym obdarzając mnie swym kąśliwym uśmiechem.

*

Po kolejnych kilku dniach przyglądania się życiu w domu, którego mimowolnym więźniem byłem, znałem już wszelkie porządki dnia. Wstawali bardzo wcześnie, jedli śniadanie razem przy ognisku, rozchodzili się do swoich zajęć, zostawała tylko Osk, której ciąża zaczęła uniemożliwiać pracę. Hekia, jej córka, zajmowała się gospodarstwem razem z Kadlin, która każdą wolną chwilę poświęcała wyprawom po zioła i opiekowaniu się mną. Ulfar i jego syn, Haki, wychodzili gdzieś i wracali dopiero na wieczerzę. Potem zajmowali się swoimi sprawami, opowiadali historie czy grali w dziwne gry, które wzbudzały w nich wiele emocji, szczególnie wśród dzieci. Ulfar i Osk nie zwracali się do mnie za często, gdyż dałem im do zrozumienia, że nie jestem chętny rozmowom z nimi. Haki i Hekia wkrótce znudzili się zaczepianiem mnie. Dnie stały się nie do wytrzymania nudne i wlokły się niemiłosiernie. Siedząc w swoim kącie przyglądałem się z zazdrością rozbawionym twarzom zajętym śledzeniem tajemniczej gry, którą prowadził brat Kadlin ze swoją córką.
Dziesiątego dnia nie wytrzymałem i zdecydowałem się podejść do „mojej” barbarzyńskiej rodziny i przyjrzeć się ich wyczynom. Kadlin zrobiła mi miejsce i moim oczom ukazała się plansza podzielona na wiele małych kwadracików, na których stały małe, drewniane słupki – kilkanaście czarnych, kilkanaście białych i jeden czerwony. Hekia przestawiała czarne, jej ojciec białe, a czasem czerwony. Prawie każdy ruch był przyczynkiem do wybuchu fali radości lub krzyków, szczególnie gdy zdejmowali jeden ze słupków z planszy. Niezrozumiała gra barbarzyńców wprawiła mnie w osłupienie, a Kadlin widząc moją minę uśmiechnęła się do mnie. Pierwszy raz dostrzegłem w tym uśmiechu przyjaźń, co wprawiło mnie w jeszcze większą frustrację a później w gniew.

*

Jedyne, czego najbardziej na świecie pragnąłem, to słodkich, czerwonych ust Marii, pysznego ciała Anny lub miłosnych wyczynów Dagi. Och, jakże tęskniłem za moimi pięknymi kobietami, do których tutejsze dziewki nie umywały ani odrobinę. Samotność dawała mi się we znaki tak, że w końcu zacząłem patrzeć na Kadlin nieco inaczej. Może nie była idealna, ale była w końcu młodą kobietą. Była głowę niższa ode mnie, to dobrze. Miała jasne włosy, zrumienione na słońcu, jasną cerę okraszoną nielicznymi piegami, mały nos, duże, zielone oczy. Ach, te oczy... Za każdym razem, gdy patrzyła na mnie, widziałem w nich dzikość, która już nie przerażała, raczej zaczynała fascynować. Jej figura nie należała do tych filigranowych, smukłych, białych łabędzic, którymi były moje piękne dwórki z królestwa. Nie była jednak gruba, tak jak Osk. Raczej dobrze zbudowana, silna, wyćwiczona. Nosiła prostą suknię, na którą zakładała dwustronny fartuch, związany w pasie rzemieniami. Nieodłącznym jej atrybutem była torba z płótna, z którą chodziła po zioła.
- Gapisz się.
- Co proszę? – wybiła mnie z zamyślenia
- Gapisz się na mnie już bardzo długą chwilę. Daj mi pracować. Nie mogę się skupić przez ciebie!
- Nie gapię się. Muszę stąd wyjść. Muszę wyjść na zewnątrz, bo zwariuję!
- Przestań krzyczeć! Powinieneś leżeć i nadal wypoczywać, jeśli chcesz być na tyle sprawny, żeby przed zimą dotrzeć do tego swojego królestwa.
- Jestem już na tyle sprawny, że mógłbym choćby dziś iść pieszo do morza i z powrotem! Muszę wyjść z tego domu, bo inaczej zwariuję!
- A proszę bardzo. Tylko potem w nocy nie jęcz jak niemowlę, że cię coś boli! – rzuciła mi w twarz i ostentacyjnie wyszła. Miałem dość. To był szczyt bezczelności, to, co się tu działo. Pogańska wieśniaczka na każdym kroku odszczekuje mi, księciu Albinowi! Rozkazuje mi, ogranicza moją swobodę, chociaż zapiera się, że jestem jej gościem. Ładna mi gościna! Jestem następcą tronu, powinna całować moje stopy i usługiwać mi z radością dostąpienia tego zaszczytu. A ona, ta wstrętna poganka, śmie podnosić na mnie głos! Dlaczego mój ojciec był tak głupi i zawarł z nimi jakiś śmieszny sojusz, zamiast rozgromić ich i przepędzić za morze, skąd przybyli?!
Zgramoliłem się z ławy, na której leżałem od dwóch tygodni i wściekły do granic wytrzymałości przeszedłem przez całe pomieszczenie utykając na wciąż bolącą lewą nogę. Dopadłem do drzwi i wyszedłem na zewnątrz. Mroźne, rześkie powietrze wpadło gwałtownie do mych płuc sprawiając, że omal się nie zakrztusiłem. Moim oczom ukazała się ogromna wioska.
Przeszedłem parę kroków od domu i zachwiałem się. Nagle moją rękę uchwyciła mała dziewczynka i pomogła mi odejść jeszcze trochę dalej, aby mieć pełny widok na osadę. Hekia uśmiechnęła się do mnie widząc zdziwienie malujące się na mojej twarzy. Była dumna z tego, że widok jej wioski tak mną wstrząsnął.
- Tam, na dole, pracują mężczyźni – wyjaśniła wskazując krzątających się w dole wzgórza, na którym zbudowano osiedle, ludzi – Tata i Haki też tam są. Każdy pomaga przy umocnieniach palisady przed nadchodzącą zimą. To ciężka praca, bo palisada musi być mocna i duża – wykrzywiła w dziecięcym uśmiechu brudną buzię i wskazała na domy w dole. Wszystkie były zbudowane z grubo ciosanych pali, o dachach pokrytych strzechą i korą – Tam mieszkają wojowie ze swoimi rodzinami. Im wyżej, tym bardziej zasłużeni przy bronieniu wsi. A tam – odwróciła się ku szczytowi wzgórza, od którego dzieliło nas kilka domostw – Tam jest dom dziadka. On jest naszym wodzem i jest bardzo stary.
Moim oczom ukazał się imponujących rozmiarów drewniany budynek z wejściem pośrodku. Przylegały do niego trzy mniejsze budynki. Hekia powędrowała za moim wzrokiem i wyjaśniła, że to stajnie i obory. Odeszliśmy jeszcze dalej od domu kierując się ku szczytowi wzgórza. Widoczność była niesamowita – mieli tu wszystko jak na dłoni, widzieli każdy ruch w promieniu wielu kilometrów. Hekia pokazała mi łaźnię, plac, na którym szkolili się młodzi wojowie i pokazała które domy należą do najlepszych wojowników. Poczułem się o wiele mniej bezpieczny, niż w domu jej ojca. Teraz nareszcie zrozumiałem dlaczego Kadlin w tak bezczelny sposób kpi ze mnie i obraża mnie. Jej brat i ona byli siostrzeńcami wodza, a do tego Ulfar był doskonałym wojownikiem. Mieli nade mną przewagę we wszystkim. Co nie zmieniało faktu, że byłem księciem i ziemie, które zajmowali były moje, należał mi się zatem jakiś szacunek.
- Z tamtej strony wzgórza, na wschodzie, są pola, które uprawiamy, ale już jest po żniwach. Tam jest też rzeka, która prowadzi wprost do morza, ale nigdy tam jeszcze nie byłam, bo mi nie pozwolili tam dojść, to podobno daleko. Tata i Haki łowią często ryby, chociaż ostatnio nie mieli czasu dlatego ciągle jest gulasz – skrzywiła się nieco – Tam, na północnym zachodzie jest puszcza, do której Kadlin chodzi po zioła, a na południu można znaleźć dużo owoców i tam też tata chodzi na polowania. A tam...
- Hekia! Gdzie się podziewasz? Matka wszędzie cię szuka. Idź szybko do niej. – dziewczynka szybko puściła moją rękę i pobiegła do domu. Zostałem sam z Kadlin, kawałek drogi od budynku. Bez żadnego oparcia. Noga rwała niemiłosiernie, powstrzymywałem się, żeby się nie zachwiać.
- Mała bardzo cię lubi, wiesz o tym?
- Tak? – zdziwiłem się szczerze – Myślałem, że traktują mnie ze złośliwością i czekają tylko, żeby dokuczyć.
- Nie... Hekia uważa, że jesteś najpiękniejszym mężczyzną, jakiego widziała, bo masz te swoje czarne loki, a wszyscy mężczyźni, jakich zna, są raczej jasnowłosi.
- A ty? – spojrzałem na nią przenikliwie, z uśmiechem na twarzy
- Co ja?
- Ty też tak uważasz? Nie zaprzeczaj, wiem, że jestem przystojny i podobam się kobietom.
- Ja już ci chyba mówiłam. Która kobieta chciałaby takiego chudzielca, który nie potrafi utrzymać miecza, nie mówiąc o wykarmieniu czy obronieniu rodziny – rzuciła mi jedno ze swych specjalnych, pogardliwych spojrzeń.
- Nie wiesz co mówisz, dziewczyno. Jestem świetnym wojownikiem, w moim królestwie nie ma mi równych.
- Zbyt wiele wciąż powtarzasz o tym swoim królestwie. Tutaj nie ma twojego królestwa. Wykaż się odwagą, męstwem i siłą na moich oczach, a uwierzę ci. Czy potrafisz dojść chociaż do domu bez pomocy dziecka?
Tego było już za wiele. Zacisnąłem zęby i ruszyłem. Szło mi bardzo powoli, ale brnąłem z zaciśniętą z bólu szczęką. Starałem się nie chwiać, pokazać, że jestem wart swego tytułu, że jestem kimś lepszym, niż jakiś poganin. Kadlin straciła dla mnie urok, który miała jeszcze tego ranka. Teraz zależało mi jedynie na tym, aby udowodnić jej jak bardzo się myli.
Z wielkim trudem doszedłem do domu, lecz tą noc przypłaciłem bezsennym skręcaniem się w spazmach bólu. Nie odezwałem się jednak słowem, pamiętałem, co Kadlin mi mówiła. Nie potrzebowałem jej ziół, żeby przetrwać. Wykończony bólem nie wstałem następnego ranka. Kadlin bez słowa zmieniła mi opatrunek i podała jeden ze swych naparów, po którym przespałem cały dzień nie czując nic. Obudziły mnie dopiero krzyki.
Pobiegła do mnie ubrana w samą koszulę Kadlin i kazała szybko wstać. Nie wiedziałem o co chodzi, byłem rozbudzony i zupełnie zaszokowany tym, że dzieją się niezrozumiałe dla mnie rzeczy. Osk krzyczała przeraźliwie, Ulfar ją uspokajał, a dzieci krzątały się wokół ognia przygotowując coś pospiesznie.
- Musisz wstać Albinie. Osk zaczęła rodzić, zajmujesz największą ławę. Teraz ona potrzebuje jej bardziej niż ty. Wstań, no dalej!
Poród? Osk rodzi? Ulfar przyprowadził ją koło mnie, jej twarz była ściśnięta bólem, a brzuch wielki i napęczniały. Zerwałem się ze skór, Kadlin pomogła mi przejść na drugą stronę pomieszczenia.
- To może potrwać nawet całą noc. Jeśli nie chcesz przy tym być, wyprowadzę cię stąd.
Nigdy nie byłem przy porodzie i jakoś wcale nie wyglądało to zachęcająco, Kadlin zaprowadziła mnie więc do pomieszczenia przeznaczonego dla zwierząt. Usadowiłem się w kącie, który odgrodzony był od koni, krów i różnego ptactwa. Stał w nim przyrząd do tkania. Mimo to, spanie przy ciągłym rżeniu, muczeniu, gdakaniu i odgłosach krzyków zza ściany, było wykluczone. Po nieprzespanej nocy z ulgą zauważyłem, że już od dłuższego czasu Osk nie krzyczy, ani nie jęczy. Wygramoliłem się ze słomy, w którą byłem zakopany i wolno wyszedłem na zewnątrz. Czyste powietrze towarzyszące wschodowi słońca zmyło ze mnie grymas niezadowolenia. Po chwili drzwi chaty otwarły się i wyszedł z niej Ulfar trzymający na rękach zawinięte w płótno niemowlę. Pozdrowił mnie gestem i ruszył w dół, do palisady. Zaraz za nim wyszła Kadlin i dzieci, oni jednak nie podążyli śladem Ulfara.
- Czy to dziecko żyje? Dokąd on je niesie?
- Tak, żyje – uśmiechnęła się do mnie Kadlin – Niesie je pokazać naturze, aby ta rozsądziła, czy nadaje się na Wikinga, czy nie. Jestem pewna, że puszcza przyjmie to dziecko. To chłopiec. Będzie dobrym wojownikiem.
- Ono było takie... małe, kruche... Nie powinno być w ciepłym domu, a nie w zimnej puszczy?
Uśmiechnęła się tylko i wzięła mnie pod rękę
- Chodź. Dzisiaj jest święto narodzin. Będziemy ucztować, śpiewać i tańczyć!

*

Od tamtego dnia wiele rzeczy się zmieniło. Straciłem swoje wygodne posłanie na rzecz nowo narodzonego Thorfalla i jego matki. Straciłem też możliwość przesypiania całych nocy, gdyż owy mały człowiek miał niewątpliwie wielką siłę głosu i gdy był głodny potrafił zbudzić swym wyciem całą okolicę. W przeciwieństwie do mnie, reszta rodziny była niezwykle zadowolona i dumna z Thorfalla, a cała wieś tłumnie przychodziła go oglądać.
Strata najlepszej ławy do spania miała też swoje dobre strony. Więcej teraz chodziłem i szybciej odzyskiwałem siły. Zawziąłem się bardzo, szczególnie w obliczu bardzo szybko zbliżającej się zimy. Zima oznaczała brak możliwości wrócenia do domu, a ja miałem przecież niedokończone sprawy z moim bratem. Nie mógł mu ujść na sucho zamach na moje cenne, królewskie życie. Poza tym zamierzałem schrystianizować te pogańskie tereny, a potem objąć je swoim panowaniem bez podbijania krwawymi wojnami.
Wszystko to zalęgło się w mojej głowie, kiedy zauważyłem coś, czego wcześniej zupełnie nie widziałem. Na jednej skrzyni, która stała pod ścianą, usadowione były trzy figurki.
....

I tym optymistycznym akcentem kończy się opowiadanie. Myślicie, że warto brnąć w to dalej?
Autor artykułu
Milly's Avatar
Zarejestrowany: Oct 2004
Miasto: Sosnowiec
Posty: 3 892
Reputacja: 626
Milly to imię znane każdemuMilly to imię znane każdemuMilly to imię znane każdemuMilly to imię znane każdemuMilly to imię znane każdemuMilly to imię znane każdemuMilly to imię znane każdemuMilly to imię znane każdemuMilly to imię znane każdemuMilly to imię znane każdemuMilly to imię znane każdemu

Oceny użytkowników
 
Brak ocen. Dodaj komentarz aby ocenić.
 

Narzędzia artykułu

komentarz



Zasady Pisania Postów
You may Nie post new articles
You may Nie post comments
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 16:34.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site
artykuły rpg

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166