Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > Zakątek LI-teracki > Artykuły, opowiadania, felietony > Opowiadania
Zarejestruj się Użytkownicy


komentarz
 
Narzędzia artykułu Wygląd
<!-- google_ad_section_start -->Nemo<!-- google_ad_section_end -->
Nemo
Autor artykułu: Milly
29-03-2007
Nemo

NEMO


- Spójrz na siebie! – wrzasnął przeraźliwie wuj. Po plecach Nemo przebiegł zimny dreszcz. Żołądek znowu ścisnął się w skurczu i strach pojawił się w jej oczach. – No spójrz na siebie! Czy ja za każdym razem muszę przypominać ci kim jesteś?! Czy do ciebie raz na zawsze nie może dotrzeć prawda? Powiedz to głośno. Głośno i wyraźnie!
- Jestem metysem, wuju... – wyszeptała wystraszona dziewczyna
- Głośniej! Nie słyszę co tam mruczysz pod nosem.
- Jestem... metysem... – powtórzyła nieco głośniej Nemo
- Otóż to. A jednak umiesz wykonywać polecenia – powiedział z ironicznym uśmiechem wuj Calm. Po zgromadzonych w sali przeszedł pomruk śmiechu. Nemo czuła na sobie ich gardzące spojrzenia, paliły ją od wnętrza, jakby ktoś naznaczał jej duszę rozżarzonym do czerwoności pogrzebaczem. – Jesteś metysem moja mała Nemo. Mam ci przypomnieć jaką hańbą okryła nasze plemię twoja matka? Mam ci raz jeszcze wyłożyć historię jej gorszącego, grzesznego związku z tym przeklętym Dzieckiem Gai?? Czy nie dość już słyszałaś o swoim pochodzeniu?
- Tak wuju... Przy każdej okazji dokładnie mi przypominasz kim jestem... – spojrzała na niego z iskrą w oczach
- Bezczelna! Tyle lat opiekowałem się tobą, wychowywałem cię pomimo hańby, którą nam przyniosłaś, a ty śmiesz jeszcze mi się przeciwstawiać! Śmiesz przychodzić tutaj i pytać mnie o coś takiego?? Ty?! – wrzeszczał czerwony ze złości, przy akompaniamencie pomruków innych Tubylców Betonu.
- A na jakiej podstawie chciałabyś, abyśmy rozpatrzyli twoją prośbę pozytywnie, Nemo? – zapytała z nieskrywanym niesmakiem Clarissa, najbliższa współpracowniczka Calma.
- Ja... Ja już bardzo długo walczę w obronie Gai... – zaczęła łamiącym się głosem dziewczyna - Wypełniam moje obowiązki bardzo dokładnie... Robię wszystko, o co mnie poproszą inni...
- To jeszcze nie jest powód aby ubiegać się o drugą rangę*! – wrzasnął znowu wuj
- Pokonałam wielu Tancerzy Czarnej Spirali, pomagałam innym garou w tropieniu ich i niweczeniu ich planów... Zrobiłam naprawdę wiele... Dlaczego nie chcecie chociaż raz mnie docenić? – w oczach Nemo pojawiły się łzy, bała się, aby nie zaczęły spływać strumieniami po jej policzkach. Bała się także krzyku swojego wuja.
- Wszyscy, jak tu stoimy, walczymy w obronie Gai i wszyscy zabijamy Tancerzy. To nie czyni cię nikim wybitnym. Weź pod uwagę także swoje pochodzenie.
- To nie moja wina, że jestem metysem! Czy przez to nie mogę godnie służyć Gai i być jej chlubą?
- Nemo... Samo twoje istnienie jest obrazą dla Gai. – beznamiętne, zimne spojrzenie pełne pogardy, słowa jak sztylety tnące duszę – Ciebie nie powinno być. Jesteś grzechem, jesteś wykroczeniem przeciwko Litanii. Rozumiesz to?
- ...
- Rozumiesz??
- Tak wuju...

***

Kiedy zamknęły się za nią drzwi i odeszła kilka kroków od willi wuja Calma wybuchnęła niepohamowanym płaczem. Znowu dali jej do zrozumienia, że jest nikim. Że jest dokładnie tym, co oznacza jej imię*. Kolejne rany zadane bronią o wiele potężniejszą, niż wszystkie fetysze i pazury wilkołaków. Rany zadane słowami, które tak bardzo bolą i nie da się ich wyregenerować.
Jedyne o czym Nemo marzyła, to zdobyć drugą rangę. Pokazać światu, że potrafi być dobra w tym co robi. Pokazać, że stać ją na wszystko. Przygotowała się na bardzo trudne zadanie, które z pewnością wymyśliłby dla niej wuj, aby mogła dowieść swej odwagi i siły. Gotowa była nawet wyruszyć do siedziby wroga w pojedynkę, aby chociaż umrzeć z honorem, w walce. Ale nie była przygotowana na taki obrót sprawy. Znowu została publicznie wyśmiana, znowu upokorzona przy wszystkich. Tylko dlatego, że była owocem zakazanego związku.
Łzy płynące z oczu Nemo uniemożliwiły jej widoczność, a zmierzch zapadał z szybką prędkością i na dworze zrobiło się prawie zupełnie ciemno. Idąc jak we śnie poprzez oświetlone latarniami ulice, zrozpaczona i bez jakiejkolwiek ochoty do życia, zderzyła się z kimś i boleśnie upadła na ziemię. W ostatniej chwili przypomniała sobie o przytrzymaniu zsuwającego się z głowy kaptura, skrywającego jej największą tajemnicę.
- Nic ci nie jest? – pochylił się nad nią mężczyzna o ciemnej karnacji skóry i czarnych włosach – Nie wyglądasz za dobrze. Wszystko w porządku?
- Tak... – wyjąkała oszołomiona i spojrzała w jego ciemne oczy. Gdy zajrzał w jej twarz, pojawiły się w jego oczach tajemnicze iskry, a przez usta przeszedł równie mistyczny uśmiech.
- Właśnie widzę... – pomógł jej się podnieść – Wybacz, że cię potrąciłem. Jeśli kiedyś będziesz potrzebować pomocy – wręczył jej mały kartonik – daj znać. Musimy sobie w końcu pomagać...
Nieznajomy odszedł w mrok , a Nemo została sama na środku ulicy, trzymając w ręce jego wizytówkę. „Salman Rushide” – głosiła. -Tylko tyle? Salman Rushide? Skąd ja znam tego człowieka? – myślała chowając kartonik do kieszeni i oddalając się w swoją stronę. Dziwne spotkanie na ulicy wkrótce wyleciało jej z pamięci. Czarne, przenikliwe spojrzenie nie dało się jednak tak łatwo wywabić z duszy. Zasiało ziarno dziwnego przeczucia nadchodzących zmian, które wkrótce miało wydać bogate plony...

***

- Nemo, wezwałem cię, bo chcę cię o czymś poinformować – zaczął wuj urzędowym tonem, jak zawsze, gdy ktoś zmusił go do zrobienia czegoś względem niej, na co zupełnie się nie zgadzał – Wczoraj nasze zgromadzenie obradowało dosyć długo i podjęliśmy również temat twojej prośby o przyznanie ci drugiej rangi – zrobił gustowną pauzę.
- Tak...? – zachęciła go cicho, gdy milczał zbyt długo
- Tak właśnie. Dostaniesz drugą szansę i twoja prośba zostanie ponownie rozpatrzona. Widzę, że jesteś z siebie zadowolona, moja droga. Myślę, że jeszcze za wcześnie na radość. To nie koniec. Prośba zostanie rozpatrzona tylko wówczas, jeśli wykonasz jedno, zupełnie nieskomplikowane zadanie. – po jego twarzy przebiegł cień ironicznego uśmieszku – Otóż, każdy normalny wilkołak nie będzie miał z tym problemu. Musisz jedynie udowodnić, że jesteś KIMŚ. Że inni cię szanują, a może nawet dla niektórych jesteś autorytetem. Że liczysz się w naszym środowisku nie mniej, niż każdy inny wilkołak. Łatwe, prawda? Jeśli to udowodnisz, nie będę miał żadnych obiekcji co do przyznania ci tej drugiej rangi. A teraz możesz odejść, zajęłaś mi już wystarczająco dużo cennego czasu.

***

Nemo zdawała sobie sprawę z sadystycznego charakteru swojego wuja. Wszyscy uważali go za niezwykle inteligentnego i wręcz genialnego przywódcę plemienia Tubylców Betonu w Szczepie. Jednak ona widziała więcej, niż inni. O każdym wiedziała znacznie więcej. Nie patrzyła tylko na pozory czyniące z większości bohaterów, szanowanych przywódców, czy po prostu dobrych ludzi. Potrafiła przebić się przez warstwy fałszu i dotrzeć do prawdy. Kiedy jest się obserwatorem izolowanym przez grupę łatwiej jest zobaczyć na chłodno to, co jedni ukrywają i czego drudzy nie chcą ujrzeć w obawie przed rozczarowaniem. Nemo wiedziała wszystko.
Od razu doskonale zorientowała się do czego wuj zmierza. Te jego małe, perwersyjne gierki. Igranie z ludźmi, wciąganie ich do dziwnego świata intryg, gdzie on jest panem, a oni marionetkami w jego rękach. Psychologiczne zagrania. A najgorzej z nich traktował zawsze ją. Wiedział na ile może sobie pozwolić, a z nią nie musiał stosować ograniczeń. Podpuszczanie wszystkich przeciwko „odmieńcowi”. Izolacja i przyzwolenie na stosowanie względem niej zupełnie innych zasad, zasad dla „gorszych”, dla „innych”, dla „metysów”. A teraz to zadanie...
Względnie łatwa rzecz, przecież musi znaleźć się ktoś, ktoś, kto nie będzie myślał o niej w kategoriach narzuconych przez Calma. Ale on dając jej to zadanie wciągną ją do swej gry, w której zasady są proste – zniszczyć Nemo, pokazać jej jakim jest śmieciem, jak mało się liczy. Sama myśl o tym sprawiała, że do oczu napływały łzy bezsilności a z gardła chciał wyrwać się krzyk rozpaczy. Nic nie da się zrobić? Zupełnie nic?
Nemo swoim zwyczajem spacerowała długo po mieście. Chodząc uliczkami i wsłuchując się w rytm jego życia czuła się bezpieczna i spokojna. Miasto przepełniało ją, wypełniało jej każdą komórkę ciała. Kochała je całą sobą, była jego najwierniejszym dzieckiem. Była Tubylcem Betonu.
Myślała bardzo długo nad swoja sytuacją. Postanowiła się nie poddawać i podjąć wyzwanie rzucone przez wuja, pokazać mu, że nie jest łatwym przeciwnikiem. Walczyć! Zwyciężyć! Działać!
Gwałtowny dreszcz przeszedł przez ciało Nemo, przeczucie buntu, nieuniknionej zmiany, nowe życie. Tysiąc myśli przebiegło przez jej głowę, jak może być, jak być powinno. Odwróciła się i zauważyła cień znikający za zakrętem, niespieszny, wręcz powolnie anemiczny. Nim dobiegła do rogu ulicy nikogo już na niej nie było. -Wariuję? Co to za przeczucia? Co to za myśli krążą po moim umyśle? Bunt...

***

Najbardziej w tym wszystkim zabolały ją szydercze śmiechy każdej watahy, do której się zwracała. Po pewnym czasie wiedziała już jaki będzie przebieg każdej rozmowy. Nie było sensu ciągnąć tego dalej, jednak Nemo uparcie starała się udowodnić samej sobie, ze się myli. Bezskutecznie.
Wieści szybko się rozchodzą, toteż niektórzy czekali już z ironicznymi uśmiechami, z minami nic nie podejrzewających półgłówków i z ze swoimi fałszywymi słowami otuchy – „Nie martw się Nemo, przecież ktoś musi cię chcieć w swojej watasze”. Ironia. Szyderstwo. Kpina. Wyśmiewanie, wyśmiewanie, wyśmiewanie...
Co bardziej wyrafinowani sami do niej przychodzili. Siadali z poważnymi, mądrymi minami i zaczynali swoja komedię.
- Nemo, doszły mnie słuchy, że starasz się o przyłączenie do jakiejś watahy. Czy to prawda?
- Tak, właśnie pytałam niektórych czy nie mieliby nic przeciwko... – za pierwszym razem zaczęła ochoczo, z nadzieją w oczach, potem ograniczała się do zdawkowego „tak...”
- Ale wiesz, ty chyba nie zdajesz sobie sprawy z tego, co robisz?
- Jak to...?
- Dziewczyno, jak ty to sobie wyobrażasz? Wiesz do czego to może doprowadzić? Jesteś najsłabszym, by nie rzec najgorszym, wilkołakiem w naszym szczepie. Chcesz sprowadzić na jakąś watahę zagrożenie?? Przecież ty nawet zmieniać formy nie potrafisz!
- Ale... Potrafię! Potrafię walczyć, tylko przychodzi mi to z większym trudem.
- Taak? Potrafisz się zmieniać? Pokaż mi zatem. Zamień się w Lupusa, no proszę, albo w jakąkolwiek inną formę.
- Tak, ale... – nienawidziła poruszać tego tematu, nienawidziła przyznawać się do słabości – Mogę zmienić się jedynie przy świetle księżyca, to prawda, ale potrafię to zrobić i potrafię dobrze walczyć...
- Wyobraź sobie zatem sytuację, w której ty i twoja wataha jesteście atakowani przez Tancerzy. W biały dzień. Albo, niech tam, w nocy, ale w ciemnym budynku, albo gdziekolwiek, gdzie nie widać światła księżyca. Twoi przyjaciele potrzebują pomocy, liczą na ciebie, a ty nie dość, że jesteś do niczego nie przydatna, to jeszcze sama potrzebujesz ochrony. Masz na to jeden z tych swoich niezbywalnych argumentów?
- Zabijałam już Tancerzy... Potrafię to robić...
- Ale nie wtedy, gdy jest ich cała wataha, a ty nie możesz przybrać formy bojowej. Zastanów się nad tym.
- ...
- I jeszcze jedno... Wataha to twoja rodzina. Wataha to ludzie, którzy mają być dla ciebie całym światem. Czy ktoś taki jak ty może być członkiem czyjejś rodziny? Metysi nie mają rodzin. Spójrz na siebie! Zdejmij kaptur i spójrz! Psie uszy! Masz ogromne, psie uszy – myślisz, że ktoś chciałby się za ciebie wstydzić? Iść po ulicy z kimś, kto wygląda tak jak ty? Uwierz mi, nikt nie będzie się za ciebie wstydził...
- To nie są psie uszy... Tylko wilcze... I jestem dumna, że je mam! – krzyknęła zuchwale, ze łzami w oczach.
- Tak? To dlaczego ukrywasz je zawsze pod kapturem?
Nemo nie odpowiedziała na to nic. Jej dusza chciała ulecieć stąd, schować się, już nigdy nie musieć tego słyszeć.

***

Nie znalazła rodziny. Nikt jej nie chciał. Postanowiła więc, że postara się, aby dostrzegli w niej dobrą wojowniczkę, którą warto mieć w watasze. Nie urodziła się co prawda do walki, jej patronatem był Galiard, chciała jedynie móc opiewać wspaniałe bitwy, przekazywać mądrość innym pokoleniom. Jednak nikt nie chciał słuchać jej pieśni, nikt jej nie doceniał.
Potrafiła walczyć, wiedziała o tym. Jednak problemem nie do obejścia był fakt, że nie mogła zmieniać się nie widząc księżyca. Nie mogła więc walczyć z Tancerzami w postaci człowieczej, bo była zbyt słaba. Należało więc znaleźć taką okazję do potyczki, żeby odbywała się w sprzyjających warunkach i do tego na oczach jakiejś watahy. Marzyła jej się wielka bitwa, w której mogłaby uratować czyjeś życie. Wtedy choć ta jedna osoba mogłaby być jej wdzięczna, mogłaby powiedzieć, że Nemo jest kimś dla niej ważnym. Och, to byłoby wspaniałe!
Znacznie częściej przebywała teraz w Szczepie, przysłuchiwała się wiadomościom, plotkom, obserwowała, czekała na odpowiedni moment. Wybrała wreszcie Watahę Złamanego Kła, która zajmowała się jakąś mniej lub bardziej ważną sprawą Tancerzy Czarnej Spirali. Nemo wiedziała, że właśnie tego dnia Złamane Kły mają przygotować zasadzkę na grupę wroga i może zrobić się niebezpiecznie. To była wyśmienita okazja, wręcz najlepsza, jaką można było dostać od losu.
Dzień był niezwykle duszny, wręcz czuło się jego gęstość chodząc ulicami. Było już popołudnie, zostało kilka godzin do akcji, która może stać się kluczowym momentem w życiu Nemo. Chodziła po mieście, aby zebrać myśli i siły. Jeśli zawali – to koniec. Kluczyła wśród wielkich i małych ulic, szła tam, gdzie niosło ją serce. Patrzyła wprost przed siebie, nawet nie zdawała sobie sprawy, że właśnie w tym samym miejscu znajdują się czyjeś oczy. Ręce w kieszeni, jedna z nich bawi się kartonikiem. I wtedy dotarło do Nemo na kogo patrzy,
Był od niej oddalony dosyć spory kawałek, dzieliło ich setki ludzi zmierzających gdzieś we własnym celu, a jednak ich spojrzenia od dłuższego czasu dokładnie spotykały się na jednej linii. Ciemna karnacja i czarne włosy, oczy świdrujące jej duszę. Stanęła jak wryta i patrzyła na niego w zupełnej przytomności, wcześniej nie zdawała sobie sprawy, że w ogóle to robi. Jak on miał na imię? Wyjęła z kieszeni wizytówkę i spojrzała na nazwisko. „Salman Rushide”. No właśnie... Spojrzała na niego raz jeszcze, ale już nie zastała jego ciemnych oczu. Nie było w tym miejscu już nikogo.

***

Nemo nagle zdała sobie sprawę, że była to najgłupsza rzecz, jaką mogła zrobić. Dlaczego nie dotarło to do niej wcześniej? Przecież to idiotyczne, zupełnie bez sensu. Ale trudno, zrobiła to, była w środku piekła.
Na początku, siedząc w ukryciu, czekając na rozwój wypadków, myślała, że to będzie standardowa grupka kilku Tancerzy do zasieczenia. I, na początku, tak też właśnie było. Kłom szło całkiem nieźle dlatego nie wtrącała się, choć właściwie po to tam poszła. Niestety, dopiero po upływie kilku minut intensywnej walki okazało się, że to nie jest zasadzka garou na Tancerzy, tylko Tancerzy na garou... Zrobiło się gorąco, bardzo, bardzo gorąco.
Wychodzili nie wiadomo skąd i nie wiadomo jak wielu. Niewiele myśląc Nemo skoczyła na ratunek, dziękując Lunie za świecący księżyc na niebie. Krew chlustała dookoła, sierść, kawałki skóry, wszędzie śmierć. Nieludzkie ryki, piana na ustach i ból. Widziała wrzeszczące Złamane Kły, ciała na ziemi, kwas ściekający z pazurów wroga. Wtedy przyszła największa fala bólu, swąd palonej skóry i krew zalewająca oczy. To było nie do wytrzymania. Biła pazurami na oślep, pozwoliła ponieść się kontrolowanej furii, była szybka i skuteczna. Chyba jednak nie dość skuteczna, gdyż w mgnieniu oka świat odpłynął gdzieś daleko, a wielka bitwa, największa w jakiej brała udział, skończyła się dla niej w jednym momencie.

***

Odzyskawszy przytomność pierwsze co do niej dotarło, to przeszywająca fala bólu. Oczy ją piekły od ostrego światła, jednak poznała kontury i rozmazany obraz wuja Calma. Powoli przypominała sobie wydarzenia, w jakich brała udział. Pomyślała sobie, że nadszedł jej wielki dzień, czas, w którym docenią jej wkład w walkę z wrogiem. Uśmiechnęła się do wuja, usłyszała jednak nie słowa pochwały, lecz najgorszą rzecz, jaka mogła jej się przytrafić...
- Nemo jak mogłaś?
- Khe, khe... – próbowała coś powiedzieć, ale w ustach miała zupełnie sucho
- Skoro już doszłaś do siebie od razu przekażę ci to, co mam ci do powiedzenia. Jesteś oskarżona o zdradę Szczepu Księżycowego Blasku i współpracę z Tancerzami Czarnej Spirali oraz współudział w zmordowaniu Watahy Złamanego Kła. Wkrótce odbędzie się twój proces, zostaniesz skazana zgodnie z naszym prawem. Tylko tyle mogę dla ciebie zrobić, inaczej padłabyś już ofiarą samosądu garou, którzy przybyli na miejsce tej masakry. Wiedz, że nie chcę mieć już nic więcej z tobą wspólnego. Brzydzę się tobą... – spojrzał na osłupioną i zupełnie zaszokowaną dziewczynę rzucając jej najbardziej pogardliwe i najbardziej zgorszone spojrzenie, na jakie mógł się zdobyć. Wtedy Nemo uzmysłowiła sobie w całej swojej istocie położenie, w jakim się znalazła.
Nadal była ranna, nikt jej nie wyleczył, nikt się o nią nie troszczył. Leżała na jakimś prowizorycznym łóżku w czymś w rodzaju hangaru. Przy wejściu znajdowało się kilkoro wilkołaków ze szczepu, pilnowali, żeby nie uciekła. Od nich dowiedziała się wszystkiego.
Garou zmieniali przy niej wartę, zmieniali też sposoby znęcania się nad nią. Co jeden to lepszy. Straciła poczucie czasu, nie wiedziała, czy jest dzień czy noc. Jeśli nie wyzywali jej i nie kopali, to oddawali się innym rozrywkom, głównie jej kosztem. Była poniżona, upokorzona i nieszczęśliwa do granic możliwości. Jedyne czego teraz pragnęła, to umrzeć. Jednak nawet tego nie mogła otrzymać.
Ogromnego bólu przysparzał jej fakt, że jej działania odebrano jako zupełnie odwrotne, niż miało to miejsce w rzeczywistości. Z tego co mówili jej oprawcy wynikało, że jest zdrajcą. Z poczucia zemsty obserwowała Watahę Złamanego Kła i postanowiła zdradzić ich plany Tancerzom. Zasadzka powiodła się, jednak nie zginęli wrogowie, tylko garou, a to głównie za sprawą Nemo, która przywiodła zastępy mrocznych wilkołaków i zaatakowała razem z nimi bezbronną watahę. Podobno kiedy przybyła pomoc wszyscy już nie żyli, tylko jeden Kieł ledwo oddychał i wymawiał jej imię. Nie zdążył jednak nic więcej dodać, wskazywał tylko ręką w kierunku, gdzie leżała.
Cóż za ironia losu. Cóż za wspaniała interpretacja faktów. Nemo była bez szans.

***

Śmierci i tylko śmierci. Zabawy i tortury, jakie wymyślali jej „strażnicy” stawały się coraz bardziej okrutne. Nemo leżała bez ruchu i pozwalała im na wszystko. Jej krzyki sprawiały im tylko radość. W zupełnym mroku, kiedy oprawcom znudziło się zadawanie jej bólu, błagała Gaię o wybawienie. Ta jednak uparcie milczała i pozwalała swoim synom na wszystko, co z nią robili. Nienawiść zalała jej umysł raz jeszcze, wiedziała jednak, że bezskutecznie. Wtedy jej ręka zacisnęła się w pięć i zgniotła kawałek sztywnej karteczki. Kartonik z nazwiskiem. Ciemnoskóry człowiek o głębokim spojrzeniu.
- Salman... Pomóż mi... – jęknęła ostatkiem sił – Salmanie Rushide, wzywam cię... Błagam... cię... – powtarzała bezwiednie coraz ciszej i ciszej, aż wreszcie bezgłośnie wymawiała imię człowieka z ulicy.

***

Obudziły ją niesamowity huk i gardłowy krzyk. W drzwiach hangaru rozgrywała się nienaturalna scena – ogromny wilkołak rozszarpywał właśnie na strzępy jednego ze strażników. Dwaj pozostali natychmiast usiłowali przejść do obrony, jednak czarny garou był szybszy. W kilku ruchach powalił kolejnego, a ostatni skończył na ziemi rozerwany na dwie części. Niesamowita szybkość, siła i majestat biły od wilkołaka, który był sprawcą całego zamieszania.
Nemo leżała na posłaniu i nie śmiała nawet oddychać. Serce waliło jej jak oszalałe, a mimo to nie czuła strachu. Raczej pewność, że obłęd wkradł się do jej umysłu. Nieznajomy powoli zmieniał swój kształt, aż stanął przed nią ciemnoskóry i czarnowłosy Salman Rushide. Nieruchoma dziewczyna wydała z siebie cichy jęk, a zaraz po nim z oczu popłynęły jej łzy.
Salman nic nie powiedział. Usiadł przy niej i przytulił jej bezwiedne, pokaleczone ciało do siebie. Nemo nie przeszkadzały nawet poszarpane strzępki ubrania, jakie miała na sobie. Oto trzymało ją w ramionach jej przeznaczenie.
- Teraz wszystko się zmieni – głaskał ją po włosach. Jego głos elektryzował – Teraz zaczniesz nowe życie. Zapłacisz im za wszystkie krzywdy. Zobaczą z kim mają do czynienia...
- Tak... – chlipała w jego ramionach
- Z nami będziesz bezpieczna, nie masz się czego bać.
- Teraz wuj Calm przekona się, że jestem KIMŚ, przekona się, że jestem WIELKA – w głosie Nemo brzmiała nieskrywana, ogromna nienawiść
- Tak moja mała Nemo. Tancerze Czarnej Spirali przyjmą cię z otwartymi ramionami i nauczą wszystkiego co umieją. Będziesz mogła osobiście pochwalić się przed wujem... A on na własnej skórze zobaczy kogo stworzył.


KONIEC


*Nemo – z łac. Nikt
Autor artykułu
Milly's Avatar
Zarejestrowany: Oct 2004
Miasto: Sosnowiec
Posty: 3 891
Reputacja: 626
Milly to imię znane każdemuMilly to imię znane każdemuMilly to imię znane każdemuMilly to imię znane każdemuMilly to imię znane każdemuMilly to imię znane każdemuMilly to imię znane każdemuMilly to imię znane każdemuMilly to imię znane każdemuMilly to imię znane każdemuMilly to imię znane każdemu

Oceny użytkowników
 
Brak ocen. Dodaj komentarz aby ocenić.
 

Narzędzia artykułu

komentarz



Zasady Pisania Postów
You may Nie post new articles
You may Nie post comments
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 00:44.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site
artykuły rpg

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167