Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > Zakątek LI-teracki > Artykuły, opowiadania, felietony > Opowiadania
Zarejestruj się Użytkownicy

« Sesja | Rozkwit »

komentarz
 
Narzędzia artykułu Wygląd
<!-- google_ad_section_start -->Cienka linia określa sens istnienia…<!-- google_ad_section_end -->
Cienka linia określa sens istnienia…
Autor artykułu: Solinarius
30-03-2007
Cienka linia określa sens istnienia…

Cienka linia określa sens istnienia…

(Do you remember all those fears?) They won't leave me alone
(Do you remember all those tears?) I pretend to be strong
(Do you remember all the pain?) I'm getting tired of the game
I cannot live, I cannot die I wanna know who the hell am I...
Scorpions - "Woman"


Siedział przy oknie, w małym lokalu, przy jednej z bardziej ruchliwych ulic. Około - osiemnastoletni, przeciętnej budowy chłopak, o ciemnych oczach i odrobinę za długich włosach, które tworzyły na jego głowie abstrakcyjny kształt, niemożliwy do porównania z czymkolwiek. Zwykle nie wyróżniał się z tłumu, jednak tym razem było inaczej. Jego twarz była dziś mocno posiniaczona i nie brakowało na niej otarć oraz zadrapań. Nie trudno było się domyślić, że ostatniej soboty nie spędził przed telewizorem... On jednak nie zwracał uwagi na ludzi, którzy ukradkiem mu się przyglądali. Prawdę mówiąc, na nic nie zwracał uwagi. No, może oprócz pary jedzącej kolację w restauracji po drugiej stronie ulicy. Można było odnieść wrażenie, że nie śledzi każdy ich ruch. W rzeczywistości jednak wcale ich nie widział. Oczyma wyobraźni widział inną parę, która siedziała w tym samym miejscu, tylko o wiele, wiele wcześniej. W tej chwili wydawało mu się, że od tamtego dnia upłynęły dziesiątki, jeśli nie setki lat...
Z zadumy wyrwał go znajomy głos.
- Siema Aleks! Sorki za spóźnienie, ale tramwaj się rozleciał.
Odwrócił wzrok i rozpoznał w przybyszu swojego kumpla, Marka, trzymającego dwa kufle piwa. Znali się już od dawna i zawsze spotykali się w tym miejscu co drugi poniedziałek, aby pogadać przy bursztynowym trunku, toteż nie był zaskoczony jego widokiem.
- Witam, witam. Nic nie szkodzi. Siadaj, mam ci co nieco do opowiedzenia.
- Właśnie widzę... Taka ostra była ta osiemnastka? Kto cię tak urządził?
- Powoli. Dojdziemy do tego...
Niezdarnie chwycił za kufel lewą dłonią, gdyż prawa była zagipsowana i pociągnął solidnego łyka, po czym widząc rosnącą na twarzy towarzysza niecierpliwość, rozpoczął opowieść.
- Sam wiesz, że nigdy nie przepadałem za takimi masowymi imprezami. Prawdę mówiąc, od dłuższego czasu w ogóle rzadko gdziekolwiek wychodziłem, co również nie jest dla ciebie tajemnicą. Tym razem jednak jakimś cudem dałem się namówić. Może myślałem, że alkohol i parę godzin przebywania między ludźmi pozwolą mi poczuć się lepiej lub chociaż zapomnieć na chwilę o tym wszystkim... Tak, czy inaczej, poszedłem i muszę przyznać, że nawet nieźle się bawiłem, przynajmniej od momentu, gdy wlałem w siebie wystarczającą ilość czystej. Ludzie w porządku, muza nie najgorsza, ogólnie - fajny klimat. I być może tak bym zapamiętał całą noc, gdyby nie zachciało mi się wyjść na świeże powietrze.
Przerwał na chwilę, by znów się napić, po czym kontynuował.
- Noc była mroźna, ale spokojna. Okolica nie wyróżniała się niczym szczególnym. Oprócz tego klubu i starego parku po drugiej stronie ulicy, nie było tutaj absolutnie nic ciekawego. Na niebie lśniły miliardy gwiazd, a wokół nie było prawie nikogo, oprócz mnie i pewnego gościa, który wypił jeden kieliszek za dużo i właśnie oglądał ponownie zawartość swojego żołądka. Nie był to zbyt miły widok, więc postanowiłem wracać do środka, jednak w tym samym momencie drzwi otworzyły się z hukiem i wyskoczył z nich wysoki koleś z gatunku tych, co nie posiadają karku. Nie wyglądał zbyt sympatycznie, a ponadto wydawało mi się, że wypił więcej ode mnie. Po chwili zauważyłem, że ciągnie za sobą za rękę jakąś postać. Gdy podszedł bliżej światła, zdałem sobie sprawę, że to dziewczyna, która najwyraźniej nie miała ochoty z nim wychodzić.
- Puść mnie natychmiast, bo będę krzyczeć!
- Zamknij się, głupia szmato! – wrzasnął na nią, po czym uderzył ją w twarz otwartą dłonią z taką siłą, że straciła równowagę i upadła na kolana. Zaczęła płakać. Gdy podniosła głowę, nasze spojrzenia spotkały się. Odniosłem wrażenie, że wcześniej mnie nie widziała. Na ułamek sekundy czas stanął w miejscu. Wyglądała jak anioł pozbawiony skrzydeł i strącony przez Boga tutaj, do tego okrutnego padołu łez. Jej długie, kruczoczarne włosy, wcześniej zapewne ułożone w efektowną fryzurę, teraz były potargane i częściowo zakrywały jej twarz. A jej oczy... Tak ciemne, piękne, pełne cierpienia i błagania o pomoc. Tak bardzo przypominała mi... – słowa ugrzęzły mu w gardle, a do oczu napłynęły łzy. Zakrył je dłonią i starał się uspokoić. Marek położył mu dłoń na ramieniu.
- Posłuchaj Aleks... wiem, że jest ci ciężko, ale taką historię słyszę od ciebie nie pierwszy raz. Nie możesz tego ciągle robić. Nie możesz przez całe życie sobie wmawiać, że ją widzisz. Ona odeszła, stary, i jeśli się z tym nie pogodzisz, to oszalejesz.
- Szaleństwo... Jeśli to, co czuję, jest szaleństwem to jestem obłąkany i to nie od dziś... – otarł łzy dłonią i mówił dalej – Ale nie mówmy teraz o tym. Wtedy, gdy spojrzałem na tę dziewczynę, zauważyłem na jej policzku łzy mieszające się z krwią i... coś we mnie pękło. Podszedłem do tego osiłka i krzyknąłem chyba coś w stylu: Puść ją!. Możliwe, że dodałem jeszcze jakiś epitet pod jego adresem, ale nie jestem pewien. Niemniej jednak odwrócił twarz w moją stronę i nie zwalniając uścisku ryknął jakąś wiązanką wulgaryzmów. W tym momencie nie wytrzymałem i dostał w pysk. Puścił dziewczynę, zatoczył się i cofnął kilka kroków. Spojrzał na mnie i rozdarł się: Teraz się kur** doigrałeś! Przed pierwszym ciosem się uchyliłem, drugi, niestety, dotarł w okolice żołądka. Ból był tak silny, że prawie straciłem przytomność. W chwilę później zastąpiło go jednak uczucie gniewu i rzuciłem się na niego. Kilka ciosów zablokował, jednak dwa czy trzy trafiły w podbrzusze. Później on trafił mnie w szczękę. Cofnąłem się i upadłem. Ruszył na mnie jednak zdążyłem wstać. Oberwałem kolejny raz, tym razem w łuk brwiowy. Mocno mnie zamroczyło i znów się zachwiałem, ale od upadku ochroniła mnie barierka. Z rany nad prawym okiem obficie wypływała krew i prawie nic nie widziałem. Wiedziałem, że jeśli teraz go nie uderzę, to mnie wykończy. Postawiłem wszystko na jedną kartę i z całej siły uderzyłem na oślep przed siebie. Miałem sporo szczęścia, bo dostał prosto w ryj. Musiał to nieźle odczuć, bo sam wybiłem sobie przy tym trzy palce, a on chwilę później przewrócił się na plecy. Dalej nic nie pamiętam, bo straciłem przytomność. Obudziłem się dopiero w niedzielę rano, w szpitalu.
- No, stary, nie znałem cię od tej strony – przerwał mu Marek, który do tej pory w milczeniu popijał piwo. - Nawet nieźle wyglądasz, jak na takie ciężkie starcie.
- Tak ci się tylko wydaje. Od klatki aż do pasa jestem zabandażowany jak mumia. Lekarze mówili, że miałem sporo szczęścia, że ten koleś był pijany jak szpadel. Dopiero w szpitalu dowiedziałem się, że on był jakimś pie*****ym bokserem. Dasz wiarę?
- No, to wywinąłeś się grabarzowi spod łopaty. A co z nim się stało? Psy go zwinęły?
- Podobno tak. Teraz go chyba usadzą, bo już wcześniej miał zawiasy. Przez jakiś czas go nie zobaczę, mam nadzieję.
- A dlaczego tak szybko wypuścili cię z tego szpitala? Łóżek wolnych nie było, czy co?
- A wolałbyś tam mnie odwiedzać?
- Nie, no. Tak tylko pytam.
- Powiedzieli, że nic mi nie jest. Jak już mówiłem, jestem podobno szczęściarzem, bo nic mi nawet nie złamał. Powiedzieli, że poleżę trochę na obserwacji. Niedzielę wytrzymałem, a dziś od rana kłóciłem się, żeby mnie puścili i wyszedłem. Trochę boli jeszcze tu i ówdzie, ale wolę poleżeć w domu. Przynajmniej mogę zjeść jak człowiek...
Jeszcze przez ponad godzinę siedzieli, pili piwo i rozmawiali o wszystkim. Później jednak, uiściwszy rachunek, każdy udał się w swoją stronę: Marek do domu, a Aleks przed siebie.

Po półgodzinnym spacerze dotarł do kwiaciarni. Gdy wszedł do środka, właścicielka plotkowała jak zwykle z jedną z klientek. Na jego widok zamilkła i jakby posmutniała. Powitał ją zwyczajowym „dzień dobry”, po czym poprosił „to, co zwykle”. Podała mu dwie białe róże, a on zapłacił, pożegnał się i wyszedł. Następnie skierował swe kroki na drugą stronę ulicy i przekroczył bramę cmentarza.

Słońce chyliło się już ku zachodowi, gdy przemierzał posępne, rozświetlone nielicznymi zniczami alejki. Po chwili dotarł do skromnego grobu, który stał mu się bliższy niż dom rodzinny. „Tam skarb twój, gdzie serce twoje” mawiali templariusze. Jego skarb spoczywał właśnie tutaj... Modlił się przez kilkanaście minut, po czym przykucnął i dotknął dłonią zimnego marmuru, szepcąc: Agnieszka... Zawsze tak robił, choć sam nie wiedział, dlaczego. Może gdzieś, w głębi duszy, wierzył, że ukochana odpowie na jego głos? Że ciężka płyta pęknie, a ona powstanie z grobu i znów będzie tak, jak dawniej? Nie... Nie wiedział dlaczego... Minęło jeszcze kilka minut, po czym wstał i ruszył w drogę powrotną, mrużąc oczy. Być może oślepiało go słońce, którego ostatnie promienie oświetlały mu teraz twarz, a może chciał po prostu powstrzymać łzy...
Autor artykułu
Posty: n/a

Oceny użytkowników
 
Brak ocen. Dodaj komentarz aby ocenić.
 

Narzędzia artykułu

komentarz

« Sesja | Rozkwit »


Zasady Pisania Postów
You may Nie post new articles
You may Nie post comments
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 04:54.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site
artykuły rpg

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164