Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > Zakątek LI-teracki > Artykuły, opowiadania, felietony > Opowiadania
Zarejestruj się Użytkownicy


komentarz
 
Narzędzia artykułu Wygląd
<!-- google_ad_section_start -->Spisek<!-- google_ad_section_end -->
Spisek
Autor artykułu: Gettor
10-06-2007
Spisek

Na początku pragnę napisać, że to opowiadanie jest moje i wcześniej zamieściłem je na forum.tibia.org.pl.
Gettor z tamtego forum a ja to jedna i ta sama osoba.

Rozdział I

To był zwykły dzień, tak przynajmniej się wielu wydawało. Na targowisku wszyscy wykrzykiwali swoje oferty, w dokach przyjmowano nowy ładunek, na wyspie słychać było dźwięki kowadeł i rozkazów w koszarach. Trzeba wam wiedzieć, że miasto Nominar było podzielone na dwie części – mieszkalną i dworską. Ta druga była często nazywana wyspą i zwykli mieszkańcy nie mięli tam prawa wstępu. Znajdowały się tutaj m. in. koszary, pałac królewski i wieża studiów. Było kilka sposobów by przejść z pospolitej części miasta do wyspy, ale żaden nie był prosty. Jednym z nich było udowodnienie że jest się naprawdę wspaniałym rzemieślnikiem, ponieważ tacy mieli tutaj swoją dzielnicę. Innym było zaciągnięcie się do wojska.
Po dzielnicy rzemieślniczej przechadzał się właśnie Alemir, dowódca krwawej gwardii. Elf miał wielki zaszczyt zajmować to stanowisko, ponieważ krwawa gwardia to najbardziej elitarna jednostka w Nominarze i aktualnie obejmowała zaledwie 21 członków. 20 z nich było teraz w pałacu jako osobista gwardia władcy o imieniu Nashic. Według oficjalnej wersji, Nashic był wspaniałym i mądrym władcą, który troszczył się o swoich poddanych i zgłębiał sztukę magii. W praktyce wyglądało to trochę inaczej. Mag był tyranem który miał w nosie mieszkańców miasta z pewnymi wyjątkami (dowódca krwawej gwardii był jednym z nich).
Alemir mijał kolejne sklepy i warsztaty od czasu do czasu wstępując do co ciekawiej wyglądających. W końcu stanął przed celem swej wędrówki. Warsztat kowala Handora może nie imponował ozdobami, lecz na pewno towarem, bo rzemieślnik był najlepszy w mieście. W końcu kto inny byłby w stanie wykonać dwa tak wspaniałe miecze, żeby zadowoliły Alemira?
Dowódca wszedł do sklepu. Oprócz lady, kilku skrzyń i drugich drzwi, w pierwszym pomieszczeniu nic nie było. Ani nikogo. Alemir spodziewał zobaczyć się tutaj Handora za chwilę lub dwie, lecz nikt nie przyszedł. Kiedy elf wytężył słuch i skoncentrował się, usłyszał i wyczuł ogień. Mógłby teraz pomyśleć, że kowal po prostu pracuje, lecz słabym dźwiękom płomieni nie towarzyszyło rytmiczne stukanie młota. Alemir miał złe przeczucia.
Bezszelestnie wyciągnął miecze z pochew i zbliżył się do drzwi. Wciąż nie słyszał nic, co by świadczyło o aktywności Handora, więc uchylił lekko drzwi. Natychmiast uderzyło smród jakby zgniłych jaj i palonego ciała naraz.
Alemir kopniakiem otworzył drzwi na oścież i wskoczył do środka. Jego domysły się potwierdziły, kiedy zobaczył na podłodze martwego kowala, całego w płomieniach.
Dowódca zaklął pod nosem. Kowal miał wykonać dla niego nowy hełm i już nawet dostał zapłatę.
Wtedy Alemir usłyszał przenikliwy i szyderczy śmiech. Elf zaczął rozglądać się gorączkowo, lecz nikogo nie widział.
- Wiedziałem, że przyjdziesz.
Alemir spojrzał w kąt pokoju, skąd dochodził głos. Ledwo go widział, ale jednak widział. Ciemna postać w płaszczu i kapturze powoli do niego podchodziła mając w jednej ręce miecz, a drugiej młot bojowy. Elf znał tylko kilka osób posługujących się obiema brońmy naraz, lecz tylko jedna z nich miała taki dobitny i przenikliwy głos.
Dowódca się uśmiechnął, po czym powiedział:
- Wystarczy tego chowania się, Darenyl.
Darenyl był jednym z jego podwładnych, członkiem krwawej gwardii. Prawdopodobnie chciał zabić Alemira żeby zająć jego stanowisko. Jeśli tak, to w tym tygodniu będzie to już czwarta osoba.
- Och, wcale się nie chowam.
Darenyl zrzucił płaszcz i teraz było widać jego wspaniałą kolczugę. Chociaż Alemir wydawał się niewzruszony, wiedział że człowiek ma przewagę, bo elf nie miał żadnej zbroi.
Dowódca westchnął. Nie miał wcale ochoty walczyć z tym żołnierzem. Darenyl był dobrym wojownikiem i żal by go stracić. Poza tym Alemir po prostu nie był w nastroju do walki, więc postanowił rozwiązać to dyplomatycznie.
Wziął głęboki oddech i zaczął:
- Masz może pojęcie co ci grozi za zabicie generała?
Zdrajca uniósł znacząco brew.
- Zakładasz, że ktoś znajdzie twoje gnijące zwłoki wrzucone do kanału? – na te słowa Alemir znów się uśmiechnął.
- Tak właśnie zakładam. Właściwie to sądzę, że nie będziesz miał nawet okazji mnie zabić.
Darenyl roześmiał się.
- Och, jakże optymistyczne myślenie. A wiesz co ja uważam? Uważam że zaraz wbiję ci mój miecz w gardło, a młotem rozgniotę czaszkę i będę ugniatał twój mózg jak mięso na kotlety schabowe!
Alemir poczuł gniew. Ten człowiek właśnie go obraził i musiał zginąć. A będzie to śmierć poniżająca i tak łatwa, jak zarzynanie świni.
- I kto tutaj mówi o optymistyczności? Nie wiem czy wiesz, ale nie jestem dowódcą tej zasranej gwardii na pokaz. Zabiłem w swoich dwóch tysiącach lat więcej smoków i fechmistrzów niż ty zamachnąłeś się tą namiastką miecza. Zaraz ci pokażę co znaczy ból i agonia!
To powiedziawszy dowódca skoczył na Darenyla mierząc mieczami w ręce zdrajcy. Nie chciał go zabić od razu. Obiecał mu przecież pokazać prawdziwe oblicze cierpienia.
Żołnierz z pewnym trudem uniknął ciosów i sam zaczął atakować Alemira. Elf na początku tylko parował ciosy i je markował, chciał bowiem sprawdzić poziom umiejętności człowieka.
Nie trwało to pięciu minut, kiedy Darenyl zaczął głośno sapać. Alemir roześmiał się serdecznie zamykając przy tym oczy. Wieloletnie praktyki w walkach z bazyliszkami nauczyły go walczyć bez patrzenia. Po chwili dowódca powiedział z uśmiechem na twarzy:
- I ty chciałeś mnie pokonać w otwartej walce?! Bardzo ci dziękuję za rozbawienie mnie, lecz zabiłeś niewinnego człowieka. Nawet do cholery z tym że był niewinny, to najlepszy kowal w mieście!
Darenyl nie odpowiedział. Alemir przeszedł do ataku i zdrajca miał spore trudności z parowaniem ciosów. Dobra wystarczy tej zabawy, pomyślał dowódca.
Zamarkował cios mieczem w kolana i zranił człowieka w nadgarstek, którego ręka trzymała miecz.
Darenyl wrzasnął z bólu i upuścił broń. Wtedy w jego oczach pojawił się strach w czystej postaci.
- Dobra wygrałeś! – powiedział z rozpaczą w głosie i wyrzucił drugą broń na znak poddania się – Zrobię wszystko co chcesz, tylko mnie nie zabijaj!
Alemir uśmiechnął się szyderczo.
- Przykro mi – powiedział unosząc miecz – za błędy i arogancję się płaci. W sumie to bardziej za arogancję.
Zamachnął się mieczem i dało się słyszeć ogłuszający krzyk strachu i bólu, kiedy ostrze odcinało zdrajcy głowę.
Alemir wziął jego płaszcz i wytarł swój zakrwawiony miecz. Wtedy zauważył, że prawie całe pomieszczenie się pali.
Wypuścił pelerynę z kapturem z ręki, lecz zaraz ją podniósł z powrotem i założył. To był jego plan wydostania się z budynku, lecz nie wiedział czy jest dobry. Spróbował wydostać się tylnymi drzwiami prowadzącymi na ulicę, lecz były zawalone deską, która prawdopodobnie spadła z sufitu.
- Cholera jasna! – zawołał dowódca – choć jasności to mam tutaj aż za dużo.
Teraz podjął próbę wydostania się wyjściem, którym się tu dostał. Przeszedł przez spalone doszczętnie zwłoki kowala i podszedł ostrożnie do drzwi.
Były cały czas otworzone, więc ogień dostał się także do następnego pomieszczenia. Alemir szybko przeszedł przez drzwi i przeskoczył nad ladą, po czym pobiegł na zewnątrz.
Kiedy już był bezpieczny, zrzucił płaszcz, który zdążył się już podpalić. Zgasił go szybko butem i zaczął szybko iść w dół ulicy. Ktoś w końcu musiał powiadomić patrol o pożarze.
Nie musiał szukać długo, aż znalazł czterech żołnierzy idących w jego stronę. Na jego widok wszyscy stanęli jak wryci i zasalutowali mu.
Alemir nie tracił czasu na grzeczności i powiedział:
- Wy dwaj – tu wskazał na dwóch z patrolu – idźcie gdzie trzeba i powiadomcie o pożarze w warsztacie Handora. – Dwóch żołnierzy natychmiast skinęło głową, odwrócili się i pobiegli.
- A wy – teraz zwrócił się do pozostałej dwójki – pójdziecie teraz do koszar i poinformujecie oficera Gendrila o tym, że Gwardzista Darenyl zdradził nasze miasto i musiał zostać stracony. – Żołnierze skinęli głowami i ruszyli w stronę koszar.
Teraz Alemir uśmiechnął się pod nosem i powiedział sam do siebie:
- Jak miło od czasu do czasu mieć do czynienia z kompetentnymi ludźmi.
Wtedy dowódca zobaczył, że jeden z żołnierzy jakby sobie coś przypomniał i wrócił do elfa.
- Generale. Pierwsza Dama Ledri chciała się z tobą widzieć.
Elf westchnął. Kiedy wzywała go Pierwsza Dama, wiedział że następny tydzień lub miesiąc nie będą spokojne. Powiedział:
- Mówiła może gdzie mam się z nią spotkać?
- Tak, choć wydaje się to… - żołnierz przerwał, bo zobaczył narastające zniecierpliwienie w oczach Alemira. – w gospodzie „Pod Śpiewającą Lutnią”.
- Dziękuję – elf rzekł to z przesyceniem irytacji. – Teraz idź wypełnić rozkaz.
Żołnierz szybko odszedł od dowódcy i kiedy już był daleko, elf westchnął:
- Czego tym razem może chcieć?
Niestety nie zdążył pomyśleć nic więcej, ponieważ rozległ się dźwięk trąb.
- Co u diabła? – trąby te zawsze oznaczały zagrożenie dla miasta.




Rozdział II

Nie minęła nawet minuta, a Alemir już był na murach obronnych. Zawdzięczał to podręcznym runom portali, które dostawał każdy wyższy rangą wojskowy.
Teraz rozglądał się na łąkę za miastem próbując dopatrzeć się jakiegoś zagrożenia. Nic nie widział. Wytężył nawet wzrok i spojrzał na lasy leżące daleko na południe, lecz wciąż nic. Żadnych orków, trolli, czy innych ras. Nic!
Poirytowany dowódca przywołał jednego z żołnierzy na murze i powiedział:
- Kto do cholery zatrąbił na alarm!?
- Zwiadowcy wrócili z misji. Twierdzili, że wykryli sporą armię orków i ogrów maszerujących w tę stronę.
Teraz Alemir się trochę wyluzował. Dobrze, pomyślał, przynajmniej nie przyszedłem tutaj na marne. Zapytał jeszcze:
- Kiedy tu będą?
- Według raportu są w środku Lasu Cedrowego, więc powinni być za kilka godzin.
- Dobrze. – odparł elf wciąż poirytowanym tonem – możesz mi zatem łaskawie powiedzieć czemu na murach nie ma jeszcze oddziałów łuczników?! CZY JA MUSZĘ WSZYSTKO ROBIĆ SAM?! – Żołnierz aż odsunął się o krok.
Alemir zauważył teraz że kilku innych wojskowych będących w pobliżu się na niego patrzy.
- A wy co? Nie macie nic do roboty? Organizować obronę, bo osobiście poucinam wam te wystające patyki, które nazywacie rękami i nogami!
Wszyscy, jak jeden mąż, zerwali się do biegu i poszli. Każdy w inną stronę. A przecież wojsko stacjonuje w koszarach!
Ech, pomyślał Alemir, lepiej sam się tym zajmę. Zaraz też wyjął runę i przeniósł się do koszar.

* * *

Ledri przywołała do siebie jednego z żołnierzy. Człowiek wszedł do komnaty, zasalutował i zapytał:
- Czym mogę służyć, pani?
Pierwsza Dama pojrzała na niego spode łba. Czasami, pomyślała, mogliby wykazać trochę inteligencji.
- Możesz mi powiedzieć czym do cholery był ten alarm?
- Zwiadowcy donieśli o nadciągającej armii orków i ogrów, pani.
Czarodziejka uniosła znacząco brew, po czym odparła:
- Powiedz mi jeszcze gdzie jest Generał Alemir?
- Ostatnio go widziano, a raczej słyszano, jak na murach obronnych wydzierał się na żołnierzy. Potem użył runy teleportacyjnej.
- Och, to ciekawe… - Ledri wpadła w zamyślenie, ale zaraz sobie uświadomiła, że żołnierz wciąż tu stoi – możesz odejść.
Strażnik wyszedł z jej komnaty. Czarodziejka była trochę zaniepokojona tym, że Alemir nie przyszedł na umówione spotkanie w karczmie, ale teraz już znała tego przyczynę. Chyba nawet wiedziała, gdzie szukać elfa.

* * *

Alemir wyszedł z portalu i stanął przed wielkim budynkiem, jakim były koszary. Sam się tutaj nie szkolił, lecz pamiętał czasy kiedy innych trenował. Pokazywał cięcia górne i dolne, różne zwody i uniki. Kiedyś pewien młody wojownik imieniem Heran prawie go pokonał, lecz zapomniał o podstawie – bronią jest całe ciało, nie tylko oręż.
Dowódca otrząsnął się z zamyślenia. Nie przyszedł tutaj żeby rozmyślać, tylko żeby zebrać wojsko. Wszedł do środka, do wielkiej sali treningowej i uśmiechnął się.
Zobaczył tam sporą grupę żołnierzy formujących oddziały. Tak jak uczył tutejszych nauczycieli i fechmistrzów, oddziały powinny być podzielone ze względu na broń, jaką żołnierze mają.
Podszedł do jednego z wyższych rangą i powiedział:
- Pułkowniku – człowiek natychmiast się odwrócił i zasalutował elfowi. – Spocznij. Ilu żołnierzy przygotowuje się do wymarszu?
- Na razie tylko 100. Lecz mamy zamiar wyprowadzić jeszcze 500.
Elf westchnął. 600 żołnierzy broniących miasto było niczym, lecz nie oni stanowili zawsze siłę odpierającą atak. Zawsze któryś z magów akademii przychodził (w wyjątkowych okazjach przychodził sam Nashic) i „rozstrzygał spór”.
Alemir popatrzył na oddziały. Większość z żołnierzy miała miecze, lub włócznie a tylko kilkunastu – łuki i kusze. Generał znów westchnął.
- Powiedz mi pułkowniku – powiedział z narastającym gniewem – czy mamy w planach wpuszczać wroga do miasta?
Człowiek wyglądał na zmieszanego.
- Nie, oczywiście że…
- Więc po cholerę dajecie tym żołnierzom miecze i włócznie zamiast łuków i kusz?! – Alemir miał teraz ogień w oczach. – Macie zamiar czekać aż orkowie powystrzeliwują was, czy sami zejdziecie do nich po drabinach?!
- Ależ generale…
- MILCZEĆ! Natychmiast wymienić tym ludziom wyposażenie.
Człowiek wydawał się w rozterce.
- DZISIAJ CZŁOWIEKU, DZISIAJ!
Tym razem poskutkowało. Pułkownik wydał rozkazy i zdecydowana większość żołnierzy z mieczami i włóczniami wymieniło broń na łuki i kusze.
Teraz Alemir mógł się nieco uspokoić. Czy ja wymagam za dużo, pomyślał, chcę tylko pracować z kompetentnymi ludźmi.
Ledwie skończył myśl, usłyszał głos zza pleców:
- Alemir!
W dowódcy znów narastało zdenerwowanie. Odwrócił się i wrzasnął:
- Co do cholery jest niejasne w prostych rozkazach?!
Teraz zobaczył, że krzyknął na Ledri, Pierwszą Damę. Czarodziejka została prawie ogłuszona jego tonem.
- Że co proszę?!
- Ja… - podjął Alemir, lecz nie miał zamiaru tłumaczyć się kobiecie – nieważne. Wiem że nie przyszedłem na umówione spotkanie, ale sama rozumiesz – obowiązki.
- Tak rozumiem. Nawet usłyszałam. W porcie było cię nawet słychać! Co się dzisiaj z tobą dzieje?
Alemir spojrzał na nią zmęczonym wzrokiem. Najpierw musiał walczyć z jakąś namiastką zdrajcy i stracić nowy hełm, potem przekonać się o braku odpowiedzialności swoich podwładnych a teraz się z tego wszystkiego tłumaczyć. Po prostu świetnie.
- Mam zły dzień, nic więcej.
Czarodziejka spojrzała na niego nieufnie.
- Niech ci będzie. Lepiej chodźmy na mury. Im szybciej sobie poradzimy z oblężeniem, tym lepiej.
- Zgadza się.
Ledri otworzyła portal i obaj przenieśli się na mury obronne. Tam nie było jeszcze nikogo oprócz codziennej straży, w końcu pierwsze oddziały jeszcze nie wyszły.
Czarodziejka zajęła się przeszukiwaniem swojej magicznej sakiewki, a Alemir poszedł organizować żołnierzy, którzy jeszcze nie przyszli.
Po kilku godzinach przygotowań i wydawania rozkazów (Ledri w pewnym momencie też się przyłączyła) wydać już było hordę na horyzoncie.
Nominar był o tyle łatwy do obrony, że został zbudowany na końcu ciasnego półwyspu, więc przeciwnicy nie mogli ich zbytnio otoczyć.
Kiedy tylko Alemir zobaczył nadciągającą armię, pokiwał głową i westchnął. Czarodziejka to zauważyła i zapytała:
- Coś nie tak?
Alemir przez chwilę nie odpowiadał, lecz w końcu odparł:
- Nie mogę uwierzyć, że ktoś jeszcze wierzy w możliwość zrównania Norminaru z ziemią.
Na to Ledri się uśmiechnęła i odpowiedziała:
- Uwierz mi są tacy. I to bliżej niż myślisz…
Wojownik chciał się dowiedzieć czegoś więcej, lecz nie zdążył. Armia zbliżała się dość szybko. Elf zostawił czarodziejkę samą i podszedł do szeregów łuczników.
- Wstawać! Wrogowie się zbliżają! Zajmować pozycję na murach!
Wszyscy posłuchali elfa i po kilku minutach, ponad 300 łuczników stało w gotowości bojowej.
Armia orków była już dość blisko i teraz Alemir zauważył prawdziwe zagrożenie.
Daleko na południu, tratując Las Cedrowy, kroczył demon. Wojownik znał go. Niejedna książka była mu poświęcona. Był to Erdu, Książe Zepsucia. Był wystarczająco wysoki, żeby wejść na mury obronne i zniszczyć miasto, niczym dziecko niszczy zamek z piasku. Wojownik miał złe przeczucia.
Elf podszedł szybko do Ledri i powiedział:
- Widziałaś go?
- Tak. Nie jestem pewna czy sobie z nim poradzę…
- Ale ja tak.
Ten głos dochodził gdzieś z tyłu murów. Oboje odwrócili się i spojrzeli na Nashica idącego w ich kierunku. Monarcha uśmiechnął się do nich.
- Erdu pokonałem już kilka razy, więc teraz też sobie dam radę.
Alemir jednak nie wyglądał na przekonanego:
- Ale panie, on jest…
- Śmiesz wątpić w moją moc? Myślisz że nie widzę jego potęgi i wzrostu?
- Oczywiście że nie wątpię, tylko…
- Tylko co?
Wojownik zawahał się na chwilę, lecz rzekł:
- Tylko zastanawiam się co on tutaj robi. Sądziłem że wiesz.
Nashic się uśmiechnął.
- Erdu ma pewną sprawę do mnie. Kiedy ktoś pokona demona raz, powinien spodziewać się zemsty. Kiedy zaś ktoś pokona demona kilkanaście razy, powinien już się na nią przygotowywać.
- A kiedy był ostatni raz?
Niestety Alemir już nie uzyskał odpowiedzi na to pytanie. Demon był już o krok (jego krok, oczywiście) od miasta i należało działać.
Wojownik pobiegł na tył murów, gdzie ustawiona była pewna niezwykła katapulta. Elf zastał kilku ludzi krzątających się przy niej. Na szczęście była już załadowana. Alemir podszedł bliżej i powiedział:
- Podpalić pocisk!
Ktoś wziął pochodnię i przyłożył ją do kamienia na katapulcie, a elf natychmiast rzekł:
- Ognia!
Zerwano liny i płonący głaz poleciał przez mury by uruchomić pułapkę. Alemir szybko pobiegł na skraj umocnień, żeby zobaczyć rezultat.
Pocisk trafił idealnie tam, gdzie miał trafić. Łąka przed Nominarem nie była cała w suchej słomie bez powodu i prawie natychmiast się zajęła ogniem.
Dowódca mógłby przysiąc, że słyszy wrzask tysiąca palących się orków i ogrów. Niestety, tak jak się spodziewał, Erdu nie doznał żadnych obrażeń.
Wtedy elf usłyszał głos Nashica zza pleców:
- Osłaniaj mnie!
- Chyba nie przed nim?!
- Tak, właśnie przed nim!
Alemir stanął jak wryty. Co on mógł zrobić demonowi, który ma szpon większy od niego samego? Ale rozkaz to rozkaz, a mag zapewne miał jakiś plan.
Elf wyrwał jednemu z pobliskich żołnierzy łuk, wycelował dobrze i wypuścił strzałę. Trafił dokładnie tam gdzie chciał – w oko demona.
Usłyszał ogłuszający krzyk, kiedy Erdu zasłonił zranione oko szponem, a tym zdrowym szukał gorączkowo sprawcy.
Zajęło to kilkanaście sekund, ale końcu wzrok demona spoczął na elfie, który już celował w niego drugą strzałą. Świetnie, pomyślał Alemir, teraz tylko nie dać się zabić.
Elf zanurkował w bok, żeby nie zostać rozszarpanym na strzępy. Kątem oka spojrzał na Nashica i zobaczył że mag szykuje coś dużego. Następną rzeczą jaką elf zrobił, było wstanie i sprintowanie wzdłuż murów.
Tak jak się spodziewał, demon podążał za nim wzrokiem i próbował dosięgnąć szponem.
Nagle Alemir poczuł ból w nodze. Spojrzał w dół i zobaczył że jedną z łap, Erdu rozszarpał mu nogę. Elf upadł na twarz, a demon zaśmiał się tak głośno i przenikliwie, że chyba cały Nominar to słyszał.
Wtedy z ziemi wyrosły wielkie kajdany i spętały Erdu od kostek nóg, aż po szyję. Alemir odwrócił głowę i spojrzał na Nashica. Mag robił skomplikowane gesty rękoma i elf zgadywał, że steruje kajdanami.
Demon zaczął się wić i szarpać.
- Bądź przeklęty Nashic! – zawołał – Kiedyś w końcu cię dopadnę!
- Kiedyś – powtórzył mag – To dobre słowo.
Po tych słowach demon po prostu zniknął, jakby nigdy go tutaj nie było. Alemir prawie wytrzeszczył oczy, lecz wiedział że to także robota Nashica. Teraz pozostawała już tylko sprawa orków na dole.
Elf wstał z pewnymi trudnościami i podszedł na skraj murów. Uradował się widząc różne twory magii rozdzierające i dziesiątkujące orków. Były wśród nich też żywiołaki. Alemir zgadywał, że to sprawka Ledri, ponieważ Nashic był zajęty demonem.
Teraz już dowódca uspokoił się. Miasto zostało uratowane.




Rozdział III

Ledri siedziała w swoich komnatach. Odnieśli wielkie zwycięstwo nad demonem Erdu i jego armią, lecz nie było to nic niezwykłego. Miasto Nominar nigdy nie przegrało walki.
Po odparciu oblężenia czarodziejka dowiedziała się, że Alemir został ranny – miał złamaną nogę. Teraz mijał już drugi dzień od ataku i Ledri nie wierzyła, żeby elf wciąż był ranny, a skoro nie był to czemu się jeszcze u niej nie pokazał?
Wtedy właśnie otworzyły się drzwi jej komnaty i do środka wszedł nie kto inny, jak Alemir. Elf wyglądał na całkiem zdrowego.
- Wzywałaś mnie? – zaczął.
W odpowiedzi Ledri tylko przytknęła palec do ust dając mu do zrozumienia żeby był cicho. Zaraz potem zaczęła rzucać jakiś czar, a Alemir czekał cierpliwie aż skończy.
Po chwili z palców czarodziejki wystrzeliła błyskawica i poleciała prosto na dowódcę. Alemir wytrzeszczył oczy i rzucił się w bok. Nie miał pojęcia czemu Ledri postanowiła go zabić i nie miał zamiaru jej na to pozwolić.
Już po chwili stał na równych nogach z mieczami w ręce i zorientował się, że ta błyskawica nie była skierowana przeciw niemu. Na podłodze leżała mała spalona istota.
Ledri powiedziała z uśmiechem:
- Szpieg. Teraz już możemy porozmawiać.
Alemir włożył miecze z powrotem do pochew.
- No dobra. Co to za pilna sprawa że musiałaś pozbyć się podsłuchu?
- Och, bardzo ważna. Nawet nie masz pojęcia jak bardzo.
Elf westchnął.
- Kobieto, ja mam dwa tysiące lat. Czy ty naprawdę myślisz że są jeszcze rzeczy których nie jestem w stanie sobie wyobrazić?
- Na przykład śmierć Nashica?
- No dobrze, nie przeliczyłaś się. – tutaj Alemir uśmiechnął się – Więc jaki to plan uknułaś, że jesteś pewna iż potężny mag Nominaru ulegnie?
Ledri podeszła do swojego biurka, wzięła zwój pergaminu i podała go Alemirowi. Był na nim narysowany jakiś przedmiot, a po dłuższym namyśle, elf stwierdził że przypomina mu serce smoka. Dowódca oddał pergamin czarodziejce i rzekł:
- Czy to jest to o czym ja myślę?
- Zależy o czym myślisz.
- O sercu czarnego smoka oczywiście.
- W takim razie nie mylisz się.
Elf uśmiechnął się. Już od dobrych kilku setek lat nie walczył ze smokami, a z czarnymi to jeszcze nigdy.
Kiedy skończył już marzyć, zmarszczył brwi i zapytał:
- Ale w jaki sposób serce czarnego smoka ma nam pomóc w pokonaniu Nashica?
- To już jest mój mały sekret. – Alemira wyraźnie nie zadowoliła ta odpowiedź – nie zapominaj że jestem magiem, a tacy jak ja niechętnie dzielą się swoimi tajemnicami.
Elf wciąż nie był usatysfakcjonowany, lecz odrzekł:
- Niech ci będzie. To kiedy i gdzie wyruszamy?
- Jutro rano do gór znanych jako Język Płomienia.

* * *

Następnego dnia Alemir wstał przed świtem, ubrał się szybko, wziął plecak i wyszedł. Żeby nie wzbudzać niczyich podejrzeń, elf wziął tydzień urlopu.
Na dworze było jeszcze ciemno, lecz dowódcy to nie przeszkadzało. Widział równie dobrze w nocy, jak i za dnia. Skierował się szybko do wieży czarodziejów, gdzie przed wejściem czekała już Ledri. Czarodziejka była trochę poirytowana.
- No już później przyjść się nie dało?
- Cicho. Chcesz żeby nas strażnicy usłyszeli?
- A co oni mogą nam zrobić? Zajmujemy jedne z najwyższych stanowisk w tym przeklętym mieście.
- Fizycznie to nic nie mogą zrobić, lecz gdyby nas zobaczyli nabrali by podejrzeń. W końcu jak często spotykasz Pierwszą Damę i Dowódcę Krwawej Gwardii wychodzących z miasta przed świtem?
Ledri zmarszczyła brwi.
- No faktycznie, może to się wydawać dziwne.
- Właśnie. Wczoraj wieczorem załatwiłem nam konie. Czekają teraz uwiązane do drzewa w Lesie Cedrowym.
- No to prowadź do nich.
Po tych słowach Alemir otworzył portal i obaj w niego weszli. Po drugiej stronie znajdował się las, oraz dwa konie przywiązane sznurem do drzewa. Na horyzoncie widać było pierwsze przebłyski słońca.
- Pospieszmy się – powiedział elf – nie chcemy żeby ktokolwiek nas widział.
Szybko odwiązali konie. Alemir dosiadł kasztanowego, a Ledri czarnego.
Kiedy już siedzieli w siodłach, ruszyli czym prędzej ścieżką na wschód – do Języka Płomienia.
* * *

Czarodziejka i elf podróżowali już dwa dni, a otoczenie jeszcze się nie zmieniło. Lecz nie dziwiło to nikogo, ponieważ Las Cedrowy był dość duży.
Alemir miał już dość tych drzew. Napatrzył się na nie w swojej przeszłości przez pierwsze dwieście lat życia. Znał tutaj prawie każde drzewo, mimo ogromu lasu.
Nagle się zatrzymał. Ledri też to zrobiła, lecz nie wiedziała o co chodzi, więc zapytała:
- Co się stało?
Elf wskazał na drzewo w które się wpatrywał. Czarodziejka nic tam nie widziała. Dla niej było to po prostu kolejne drzewo które należy minąć. Jednak po dłuższym wpatrywaniu się dostrzegła parę świecących oczu przyglądającym się na zmianę jej i Alemirowi.
- Jeśli nie masz żadnej magicznej bariery chroniącej przed hipnozą – powiedział elf – to jest dobry czas żeby sobie taką załatwić.
Czarodziejka przytaknęła i wyciągnęła dziwny, okrągły amulet z torby. Dotknęła go palcem wskazującym i założyła sobie na szyję, po czym powiedziała:
- Już mam.
Alemir się uśmiechnął i powiedział głośniej, niż czarodziejka potrzebowała by usłyszeć:
- Dobrze Gernil, możesz już wyjść.
Po tych słowach elf zszedł z konia i wyciągnął miecze, a z drzewa zeskoczył przystojny elf o długich blond włosach.
- Ach, Alemir. Wreszcie się spotykamy.
- Tak. Czas najwyższy żebyś zapłacił za swoją zdradę.
Teraz Ledri poznała tego elfa. Gernil był niegdyś zastępcą Alemira, lecz pewnego dnia stwierdził nie wiedzieć czemu, że Nominar jest złe i elf nie może w nim przebywać.
Oczywiście nie było to żadnym odkryciem. Ledri od dawna to wiedziała i jakoś nie miała ochoty opuścić Nominaru. Wręcz przeciwnie, z tego powodu miasto było bardziej interesujące.
Gernil roześmiał się.
- Zdradę? Ja? O czym ty mówisz? Po prostu zrezygnowałem ze służby.
- Zabijając przy okazji stu żołnierzy.
Zdrajca przestał się śmiać.
- Nawet nie wiesz jak to było, więc nie wypominaj mi tego. Nie chcieli mnie wypuścić z miasta, więc co miałem zrobić?
- Na przykład zostać? – Alemir westchnął – Wiesz co, nie chce mi się z tobą gadać. Za to zabicie cię przyniesie mi o wiele więcej rozrywki.
- Jak chcesz. – Gernil włożył dwa palce do ust i gwizdnął – Poznaj moich nowych przyjaciół.
Po chwili zza drzew wyszło jeszcze dwóch elfów, których Ledri nie znała. Jeden z nich miał łuk, a drugi włócznię. Teraz dopiero sobie uświadomiła że Gernil nie miał żadnej broni.
Alemir odwrócił się do czarodziejki, skinął na elfa z łukiem i powiedział:
- Mogłabyś…?
- Z przyjemnością.
Z tymi słowami dowódca ruszył w kierunku elfa z włócznią, a czarodziejka zaczęła rzucać czar.
Po chwili zobaczyła strzałę lecącą prosto na nią, lecz nie przestała tkać zaklęcia. Pocisk uderzył w jej magiczną barierę.
Jeszcze dwie strzały rozstały w ten sposób zmarnowane zanim Ledri skończyła rzucać czar. W końcowym geście wskazała palcem na elfa z łukiem i nieszczęśnika pochłonął grunt na którym stał.
Zadowolona z siebie, czarodziejka odwróciła się do pozostałych. Alemir już zdążył złamać włócznię przeciwnika i próbował go trafić. Nie było to łatwe, ponieważ elf robił zręczne uniki.
Ledri rozglądnęła się dookoła, lecz nigdzie nie widziała Gernila. Tchórz zapewne uciekł.
Kobieta postanowiła usiąść na kamieniu czekając aż Alemir skończy. Trwało to trochę, ale w końcu elf bez broni zaczął okazywać zmęczenie, a jego ruchy stały się powolne. Wtedy Alemir wbił mu oba miecze w brzuch i dało się słyszeć krzyk bólu.
Już po chwili elf padł na ziemię martwy, a Alemir nie tracąc czasu odwrócił się w poszukiwaniu zdrajcy. Niestety zobaczył tylko Ledri siedzącą na kamieniu i westchnął.
- Czy on…
- Uciekł.
Alemir otarł pot z czoła i wsiadł na konia. Czarodziejka uczyniła to samo. Wojownik jeszcze przez chwilę wpatrywał się w drzewo, na którym wcześniej siedział zdrajca.
Ledri czekała cierpliwie, lecz nie w nieskończoność i w końcu powiedziała:
- Ruszajmy. Nie ma co czekać aż nam ten elf spadnie z nieba. Lub z drzewa.
Po tych słowach obaj ruszyli w dalszą drogę.




Rozdział IV

To był już siódmy dzień wyprawy. Towarzysze zostawili za sobą Las Cedrowy i przejeżdżali przez wypaloną ziemię, która stanowiła przedpola Języka Płomienia.
Na horyzoncie było już widać same góry, lecz przysłaniały je pojedyncze wypalone drzewa i wysokie skały. W powietrzu czuć było siarkę i smród palonego ciała, oczywiście ludzkiego.
Alemir zastanawiał się teraz w jaki sposób odnajdą czarnego smoka pośród tych gór. Jakby nie patrzeć, Język Płomienia był dużym łańcuchem.
Pytanie to nie dawało spokoju wojownikowi, więc zadał je czarodziejce. Ledri zatrzymała konia i podrapała się po brodzie.
- Wiesz, w sumie to nie wiem.
Elfowi szczęka opadła.
- Zaciągnęłaś mnie nie wiadomo jak daleko od miasta, opracowałaś plan zniszczenia Nashica i mówisz mi że nie wiesz jak znaleźć smoka?! Czy on w ogóle mieszka w tych górach?
- Tego już jestem pewna. Język Płomienia jest jednym z najgorętszych łańcuchów górskich na tym świecie, a jak wiadomo, czarne smoki bardzo lubią ciepłe okolice.
Alemir westchnął.
- Tak jak czerwone i złote. Wiesz jaka jest szansa na znalezienie tutaj akurat czarnego?
Ledri także westchnęła i znów podrapała się po brodzie.
- Zawsze możemy spytać miejscowych.
Wojownikowi znowu szczęka opadła.
- O tak, jasne. Powiemy coś w tym stylu „Przepraszam najmocniej. Ja i moja przyjaciółka szukamy czarnego smoka. Jest duży, czarny, umie latać i ziać ogniem. Nie widzieliście przypadkiem takiego?”.
- Cicho – powiedziała czarodziejka – oczywiście że nie zrobimy czegoś takiego. Mam znacznie lepszy pomysł.
- Czyli?
- Z ksiąg, które czytałam, wynika że w tych górach mieszkają orkowie. Przebierzemy się za członków ich klanów i wypytamy dyskretnie.
- A jak chcesz się „przebrać” za orka?
- Oczywiście czarem iluzji.
Elf spojrzał na góry i rzekł:
- W porządku, to chyba najlepsze co możemy zrobić.
- Zatem w drogę.

* * *

Kiedy Alemir i Ledri byli już u podnóży góry, gdzie powinni mieszkać orkowie, wojownik zauważył że na straży stoją dwa demony. Nigdy wcześniej ich nie spotkał, więc opisał je czarodziejce, która miała za słaby wzrok żeby je widzieć z tej odległości.
Ledri kiwała głową w miarę jak elf opisywał jej stworzenia.
- Nie mam pojęcia o czym mówisz.
Alemir wbił w nią wzrok.
- Żartujesz, prawda?
- Nie. Ale bez obaw. To tylko orkowie, nie mogą dysponować strażą dla nas zbyt silną.
- Chcesz je pokonać? Myślałem że mamy udawać członków ich klanu.
- No tak, ale jak już powiedziałeś to są demony. Wyczują iluzję równie łatwo, jak zapach ciasta czuć w całym domu.
- Dobra, ale walka w ciemno mi się nie podoba.
Po tych słowach podjechali bliżej demonów. Stwory nie ruszały się, jakby udawały posągi. Alemir pierwszy zszedł z konia i wyjął miecze.
Wtedy bestie jakby ożyły i ruszyły na elfa. Wojownik był trochę zdziwiony, lecz zamierzał podjąć walkę, wiedząc że Ledri jest tuż za nim.
Tak właściwie to jeden z demonów minął go i ruszył na czarodziejkę. Alemir nie mógł jej pomóc, ponieważ miał własny problem.
Stwór miał cztery ramiona i duży pysk z ostrymi kłami. To trochę komplikowało sprawę, lecz elf nie miał zamiaru poddać się bez walki. Zamachnął się mieczami na próbę, a demon odepchnął je z łatwością, niemal zwalając wojownika z nóg.
Tak, pomyślał, to będzie ciekawe.
Kiedy znów się szykował do ataku, stwór już to zrobił i Alemir ledwo sparował cios czterech kończyn jednocześnie.
W końcu elf został zmuszony do defensywy. Robił uniki i parował ataki z zadziwiającą szybkością, mając nadzieję że demon się zmęczy pierwszy.
Niestety, stwór zdawał się rosnąć w siłę podczas walki. Alemir w końcu zdał sobie sprawę że nie da sobie z nim rady.
Wtedy właśnie Ledri pociągnęła go za ramię i zrobiła szybki gest rękoma. Wokół nich pojawiła się bariera energii, której demony nie mogły zniszczyć.
Czarodziejka ciężko dyszała.
- Słuchaj – powiedziała w końcu – one się żywią naszym gniewem.
Alemir zmarszczył brwi.
- Jak to? W jaki sposób można… Dobra, nie odpowiadaj.
- Przestań się wygłupiać – Ledri była bardzo poważna – Po prostu uspokój się i wyrzuć z siebie całą złość, to demony powinny zamienić się w kamień z powrotem.
Elf zawahał się.
- No dobra, warto spróbować o ile oczywiście nie rozproszysz tej bariery.
- O to bądź spokojny.
Alemir schował miecze do pochew, zamknął oczy i starał się nie słyszeć wrzasków demonów. Starał się skoncentrować na czymś spokojnym i nie mającym nic wspólnego z walką. Było to trudne, ponieważ przez większość życia nie robił nic innego.
W końcu przyszedł mu na myśl Las Cedrowy. Widok jego drzew nawet w myślach bardzo uspokajał elfa.
Nagle Alemir zdał sobie sprawę że się uśmiecha i otworzył oczy. Demony były już na swoim dawnym miejscu zamienione w kamień.
- Ładnie – powiedziała Ledri – o czym myślałeś?
- A co ty taka ciekawska?
Czarodziejka wzruszyła ramionami z uśmiechem.
- Nie chcesz to nie mów.
- No dobra. Myślałem o Lesie Cedrowym.
Kobieta uśmiechnęła się szerzej.
- Ciekawe. Ja myślałam o księgach w mojej wieży.
- Ech – westchnął elf – może już ruszajmy? Czuję się tutaj… dziwnie.
- Tak, ja też. Lepiej nie tracić czasu.
Wsiedli na konie i minęli dwa skamieniałe demony. Teraz ścieżka prowadziła do góry i skręcała tak, że nie było widać jej końca.




Rozdział V

Jechali pod górę mniej więcej pół godziny, kiedy Alemir już zauważył wejście do jaskini na końcu ścieżki.
- Dobra – powiedziała Ledri – lepiej zmienię nasz wygląd tutaj.
- Niech będzie.
Oboje zeszli z wierzchowców. Kiedy czarodziejka już przymierzała się do rzucenia czaru, Alemir coś sobie uświadomił i powstrzymał ją gestem ręki. Potem skinął głową na konie i zapytał.
- A co z nimi?
Ledri spojrzała na zwierzęta i wycelowała w nie palcem wskazującym. Po chwili wystrzeliła z niego kula ognia sporych rozmiarów, która wybuchła między wierzchowcami. Po kilku chwilach została z nich tylko kupka popiołu, którą rozwiał wiatr.
Alemir uniósł brew ze zdziwieniem, ale nic nie powiedział. Czarodziejka z powrotem zabrała się za przygotowywanie zaklęcia.
W pewnym momencie zaczęła robić skomplikowane gesty rękoma, a elf znieruchomiał. Kilka uderzeń serca później było już po wszystkim.
Alemir spojrzał na swe dłonie, ale zobaczył wielkie, brudne łapy.
- Nieźle – powiedział. Zaklęcie podziałało także na jego głos.
- Wiem – odparła Ledri. Najwyraźniej czarodziejka nie wiedziała jak wyglądają orczyce, ponieważ ona też była teraz męskim przedstawicielem tej rasy.
Nie podziwiali swoich nowych postaci długo – w końcu nie było to nic ładnego – zanim ruszyli w dalszą drogę.
Marsz był męczący – ścieżka była stroma, lecz w końcu dotarli do wejścia do jaskini. Zastali tam dwóch orków z kiepskimi włóczniami. Gdyby Alemir chciał, mógłby je złamać kopniakiem.
Jeden z wartowników ich zauważył i powiedział.
- Stać! Kto wy być?
Elf dał dyskretny znak czarodziejce żeby pozwoliła mu mówić.
- My być zwiadowcy – podjął wojownik – Ty nas teraz wpuścić.
Ork przyglądał im się przez chwilę, po czym rzekł:
- Ja nie widzieć znak nasz klan. Mówić kto wy być!
Alemir był trochę zdziwiony, ale nie dał tego po sobie poznać. W blefowaniu miał większą wprawę, niż Ty, drogi czytelniku, w pisaniu długopisem. Prawie bez namysłu elf odpowiedział.
- My zostawić nasz znak tutaj, bo wiedzieć że gdyby nas ktoś złapać, móc rozpoznać klan.
Wartownik myślał jeszcze przez chwilę, po czym odparł.
- Dobra być. Wy móc wejść.
Oboje wkroczyli do środka. W pierwszej komnacie nikogo nie było, więc elf powiedział cicho do Ledri.
- Wiesz jak wyglądają te insygnia? – czarodziejka przytaknęła - Możesz wyczarować nam te symbole klanu?
- Jasne, ale nie tutaj.
Rozglądnęli się dookoła szukając jakiegoś nie rzucającego się w oczy miejsca. Wydłużony i ciemny kąt pomieszczenia wydawał się najlepszy.
Poszli tam i po chwili oboje już mieli insygnia. Szybko przyczepili je sobie do piersi i weszli w głąb jaskini.
Z pierwszego pomieszczenia wyszli na swojego rodzaju korytarz. Kiedy doszli do jego końca, zobaczyli trzy pary masywnych drzwi. Jedne na prawo, drugie na lewo a trzecie na wprost od nich. Alemir podrapał się w brodę i rzekł.
- Zauważyłaś że jest jakoś mało orków w tym miejscu?
- Rzeczywiście. Może po prostu ten korytarz jest rzadko używany?
- Sądzę raczej że większość wyruszyła na wyprawę. Taką z której już nie wrócą.
Czarodziejka spojrzała na niego ze zdziwieniem.
- Myślisz że…
- Tak. Ta armia orków która zaatakowała Nominar wyszła właśnie stąd.
- Módlmy się że się mylisz, ponieważ wtedy będziemy całymi latami szukać tego smoka.
- Spieszy ci się gdzieś?
Ledri zmarszczyła brwi.
- No niby nie. Ale za jakiś czas nasza nieobecność w mieście zacznie wzbudzać podejrzenia.
- Te drzwi.
Elf ruszył do wrót po prawej, a czarodziejka spytała.
- Skąd wiesz?
- Chcemy znaleźć jakichś „lokatorów” żeby ich wypytać, tak? Jak wiadomo orkowie nie grzeszą higieną osobistą, a od tego wejścia czuć to najbardziej.
- Rozumiem – odparła czarodziejka z rozbawieniem.
Otworzyli drzwi, a za nimi znajdowała się ogromna komnata. Naprzeciw wejścia, prawie pod ścianą paliły się trzy spore ogniska. Wszędzie wokół stali i siedzieli przy stołach orkowie. No, pomyślał Alemir, to by było na tyle, jeśli chodzi o teorię orków zabitych pod Nominarem.
W środku było tłoczno, głośno i duszno. Wędrowcy weszli do środka i próbowali znaleźć jakieś cichsze miejsce lub wolny stolik. Elfa zdziwiło trochę że orkowie mają tutaj coś takiego.
W końcu znaleźli stół z czterema krzesłami. Usiedli przy nim i zaczęli obmyślać dalszy plan. Elf zaczął.
- Powinniśmy znaleźć tutaj kogoś siedzącego, lub stojącego samotnie. Powinien mieć sporo blizn i prawdopodobnie jedno oko.
Ledri uniosła brew ze zdziwieniem.
- Skąd tyle o nich wiesz?
- Mam spore doświadczenie. Słuchaj, gdybyś szukała człowieka mądrego, starałabyś się znaleźć kogoś starego i cichego. Tutaj miarą mądrości jest ilość stoczonych walk.
Czarodziejka kiwnęła głową ze zrozumieniem, a elf wyjął ze swojej torby jakąś butelkę. Kiedy Ledri o nią spytała, odparł.
- Dzięki temu język nie tylko ludzi się rozwiązuje.
No tak, pomyślała kobieta, to było do przewidzenia że wojownik weźmie jakiś alkohol.
Wzięła od niego butelkę i przyjrzała się jej a także powąchała zawartość. Po chwili stwierdziła że to jest Wiosenna Kora.
Nikt w sumie nie wiedział czym jest Wiosenna Kora. Jedni twierdzili, że to wódka, inni że wino a jeszcze inni że to po prostu piwo.
Czarodziejka oddała butelkę elfowi i ruszyli na poszukiwanie „mądrze” wyglądającego orka. Przepychali się przez tłum i rozglądali się, a Alemir zauważył że zwracają na siebie uwagę.
Na szczęście w niedługim czasie znaleźli odpowiednią osobę. Ork miał wiele blizn, w tym dwie na jednym policzku. Brakowało mu jednego oka i kciuka w ręce.
Oboje podeszli do osobnika, a ten zaczął.
- Czego chcecie?
Alemir prawie stanął jak wryty, czego nie można powiedzieć o czarodziejce. Kobieta stała jak słup soli z wytrzeszczonymi oczami. Żadne z nich nie spodziewało się spotkać kiedykolwiek orka mówiącego „poprawnie”. Elf chwilę wpatrywał się w orka, po czym podjął:
- My szukać pomoc.
- O doprawdy? Jakiej pomocy potrzebujecie? – ork wyglądał na podekscytowanego.
- Ja i on chcieć zapolować na smok. Czarny smok.
- No cóż. Jeśli naprawdę tego chcecie, to powiem wam gdzie szukać.
Alemir wytężył słuch. Coś czuł że to będzie długi opis.
- Musicie iść do naszych spiżarni – tu wskazał na wejście po drugiej stronie sali, za paleniskami. – tam znajdziecie w podłodze ukryte drzwi i drabinę. Podążajcie drabiną, a kiedy będziecie na dole, idźcie w prawo. Zacznie się robić coraz cieplej. Teraz szukajcie jakiegoś rozgałęzienia i wybierzcie ścieżkę w górę. Podążajcie nią aż do następnego rozwidlenia…
Taki opis trwał jeszcze przez kilka minut. Alemir nie miał większych problemów z zapamiętaniem drogi, ale Ledri zdecydowanie miała.
- … Ta ścieżka doprowadzi was do jaskini smoka. Zapamiętaliście?
- My… my już nie chcieć polować na smok. – powiedział Alemir. Gdyby odparł że zapamiętali, ich mówca mógłby coś podejrzewać. W końcu wydawał się nieco bardziej inteligentny od innych a zapamiętanie za pierwszym razem takiego opisu przekraczało nawet jego możliwości.
Ork uśmiechnął się i powiedział jakby do siebie.
- Tak myślałem.
Tak naprawdę to elf zapamiętał całą trasę i był prawie pewien, że ten powiedział im prawdziwą drogę, ponieważ niektóre opisywane odcinki sam kiedyś przemierzał.
Kiedy już uzyskali potrzebne informacje, podziękowali jak na orków przystało i odeszli. Wrócili do „swojego” stolika i czarodziejka zapytała.
- Zapamiętałeś tą trasę?
- No jasne.
Ledri odetchnęła z ulgą. Już chciała zaproponować żeby się tam udali, kiedy zauważyła coś dziwnego i pokazał to elfowi. W ich stronę szła grupka trzech dziwnych istot. Nie byli to orkowie – mieli rogi na głowie, zamiast stóp kopyta i ogólnie wyglądali jak połączenie człowieka z bykiem.
- Taureni – szepnął elf – są czymś w rodzaju przywódców orków.
- To czemu nigdy o nich nie słyszałam?
Alemir nie zdążył odpowiedzieć, ponieważ trzy istoty dotarły już do dwójki podróżników. Elf znów zaczął udawać orka. Wstał i ukłonił się, a kiedy Ledri zrobiła to samo, zaczął.
- Co my móc dla wy zrobić?
- Pójdziecie z nami. – odparł tauren beznamiętnie.
Wojownik miał złe przeczucia, lecz ruszył za nimi, a Ledri za nim.
Trzy postacie zaprowadziły ich do małego pomieszczenia, którego wejście było w ścianie wielkiej komnaty.
Kiedy już tam byli, Alemir powiedział.
- Co wy chcieć?
Tauren zaśmiał się.
- Daruj sobie elfie.




Rozdział VI

Alemir był bardzo zaskoczony. Nie spodziewał się spotkać w tym miejscu taurenów, a już na pewno że ktoś ich rozpozna. Po chwili namysłu powiedział:
- No więc wiecie kim jestem. I co teraz?
Stwór zaśmiał się, a jego towarzysz zaczął rzucać jakiś czar.
- A jak myślisz?
Wtedy jeden z nich skończył tkać zaklęcie, a elf i czarodziejka wrócili do swoich poprzednich postaci. Alemir dał czarodziejce dyskretny znak, mówiący że będzie ją osłaniał.
- Zawsze byłem ciekaw – kontynuował wojownik – dlaczego trzymacie z orkami?
- To nie wasza sprawa.
- Co ci szkodzi? I tak nas zaraz zabijecie, więc czemu nie chcesz podać powodu dla którego słudzy natury sprzymierzyli się z tak ohydną rasą, jaką są orkowie?
Tauren zawahał się na chwilę, po czym wziął głęboki oddech i rzekł.
- Kiedyś byliśmy dumnym ludem o wielkiej liczbie i jeszcze większej kulturze. Tak, wtedy działaliśmy sami. Podbijaliśmy inne rasy i zmuszaliśmy je do niewolniczych prac, ponieważ tak nam rozkazywała natura. Przynajmniej tak się nam wydawało. – stwór opuścił wzrok, a jego towarzysze uczynili to samo. Alemir bardzo ostrożnie i powoli wyjął z ukrytej kieszeni mały nóż i ukrył go w rękawie. Po krótkiej przerwie tauren podjął dalej.
– Wtedy mądrzejsi z nas zorientowali się, że nasz wódz nas okłamuje mówiąc że wypełniamy wolę Matki Ziemi. Doszło wśród nas do rozłamu – część chciała zostać przy tamtym trybie życia, bo dobrze nam się powodziło. Lecz druga część wolała faktycznie służyć Matce Naturze. Ja byłem wśród tych drugich. Zanim ktokolwiek się zorientował, doszło do krwawych walk i nasza rasa sama siebie wyniszczyła. Potem byliśmy już zbyt słabi i żądni zemsty na niewiadomo kim, by się ponownie zjednoczyć. Dlatego praktycznie każdy tauren jaki jeszcze żył, poszedł swoją drogą a my trzej – tu wskazał na swoich towarzyszy – przyłączyliśmy się do hordy orków.
Alemir stał w zamyśleniu, drapiąc się po podbródku. W końcu powiedział.
- Czegoś tutaj nie rozumiem. Chcieliście służyć naturze i wypełniać jej wolę – stwory przytaknęły – więc czemu chcecie mnie zabić?
Wszyscy trzej taureni nagle stanęli jak wryci.
- No… ponieważ… jesteś wrogiem orków. Ale z drugiej strony… - tauren zastanawiał się przez dłuższą chwilę. – Dajcie się nam naradzić.
Alemir przytaknął, a stwory poszły na drugą stronę małej komnaty. Ledri powiedziała szeptem do elfa.
- Teraz mamy szansę. Ucieknijmy stąd!
- Nie ma takiej potrzeby. Zaraz zobaczysz.
Po długiej chwili taureni odwrócili się do wędrowców.
- W porządku. Stwierdziliśmy że jesteś godnym sługą natury. – elf skłonił im się nisko – ale ona musi zginąć.
Czarodziejka stanęła jak wryta, lecz Alemir wydawał się niewzruszony i powiedział.
- Nie znacie naszej misji, prawda? – stwory potwierdziły – tak myślałem.
Alemir powiedział im o wszystkim – o Nashicu, o Nominarze, a także o planach zabicia czarnego smoka i tego co im powiedział ork bez jednego oka.
- Zaiste szlachetny to cel. – powiedział tauren po wysłuchaniu opowieści – zaprowadzimy was do spiżarni. Tylko zmieńcie się z powrotem w orków.
Elf tał znak czarodziejce i po chwili oboje znów byli obrzydliwymi stworami. Wojownik powiedział.
- W porządku, chodźmy.
Wyszli z małego pomieszczenia i skierowali się w kierunku trzech wielkich ognisk i minęli je. Przy ścianie znajdowało się wiele drzwi, a taureni zaprowadzili podróżnych do jednych z nich.
- To tutaj – powiedział jeden z nich otwierając wejście – pamiętajcie tylko żeby potem z powrotem zasłonić klapę w podłodze.
- Zapamiętamy – powiedział elf i wszedł do środka. – Dziękujemy.
Tauren odpowiedział my tylko skinieniem głowy i zamknął drzwi.
Alemir znalazł ukryte wejście i je otworzył, po czym rzekł.
- Damy przodem.
- Chwila. – Ledri wyciągnęła z kieszeni trochę proszku o niebieskim kolorze. Rozsypała odrobinę na elfa i na siebie. Znów mieli swoje poprzednie postaci. Obaj zeszli do ukrytego wejścia, a elf nie zapomniał o ponownym zamaskowaniu go.

* * *

- Daleko jeszcze? – zapytała Ledri z niecierpliwością.
- Daj mi spokój.
Elf dobrze pamiętał ścieżkę, ale czarodziejka musiała mu w każdym calu ufać tutaj. Nie znała drogi i nic nie widziała w ciemnościach – nic dziwnego że się niecierpliwiła.
Raz był skręt w lewo, raz wspinaczka w górę. Może to wszystko byłoby interesujące, gdyby nie ta ciemność.
Szli już kilka godzin, a kiedy Ledri miała znów spytać, elf powiedział.
- To tutaj.
Po tych słowach wyszli z ciemnej jaskini i czarodziejka mogła już używać oczu zgodnie z ich przeznaczeniem. Droga wyprowadziła ich przed wielką jaskinię wbudowaną w górę, której Ledri nie znała.
- No dobra – powiedział elf – jesteś gotowa? – czarodziejka przytaknęła – więc czas obwieścić gospodarzowi o przybyciu gości.
Podszedł kawałek i odwrócił się do czarodziejki, która nie ruszyła za nim.
- Idziesz?
- Jasne.
Weszli do jaskini. W powietrzu czuć było siarkę, a Ledri znowu nic nie widziała. W pewnym momencie Alemir zatrzymał ją ramieniem i gwizdnął palcami.
Wtedy poczuli lekkie i rytmiczne trzęsienie ziemi. Niestety czarodziejka wciąż niewiele widziała. Zapytała się.
- Mogę oświetlić sobie to pomieszczenie?
- Tak.
Wibracje podłoża nie ustawały, a czarodziejka rzuciła czar. Teraz widziała cały ogrom jaskini, łącznie z ogromnym czarnym smokiem po drugiej stronie. Stwór rozejrzał się po pomieszczeniu i rzekł:
- GŁUPCY! Śmiecie nachodzić mnie w moim legowisku?!




Rozdział VII

- Nie ruszaj się. – rozkazał Alemir. Smok tak naprawdę ich nie widział, lecz wiedział że ktoś musiał rzucić czar światła.
- Pokażcie się tchórze! – głos smoka był bardzo dobitny i dominujący. Ledri trochę straciła ochotę walczyć z nim i pierwszy raz w życiu zaczęła wątpić w swoje siły. Już chciała coś powiedzieć, kiedy elf uciszył ją palcem i sam zaczął wrzeszczeć tak, żeby bestia go usłyszała:
- Jesteś potężnym stworzeniem, które przetrwało tyle czasu a nie potrafisz nas zobaczyć? Co z ciebie za smok?
Stwór ryknął ze złości i odparł:
- Jam jest Darenalios, Wiekowy Smok Podziemii. Kim ty jesteś, zuchwalcze?
- Jestem elfem o imieniu Alemir – dowódcą wojsk Nominaru.
- Zatem giń Almirze, były dowódco!
Po tych słowach Darenalios odchylił lekko głowę w tył, by po chwili zionąć wielkim i śmiercionośnym ogniem. Czarodziejka to przewidziała, dlatego w ręce miała już gotowy do użycia amulet ochronny. Złapała szybko Alemira za rękę i aktywowała go – tak jak się spodziewała, płomienie ich otoczyły ale nie wyrządziły krzywdy.
Smok był pewien, że podróżnicy już nie żyją, więc zaczął się odwracać i iść w głąb jaskini. Alemir powiedział do Ledri:
- Dobra, to już wiemy na co go stać. Znasz może jakiś czar który uciszyłby go raz na zawsze?
Czarodziejka zaczęła zastanawiać się nad najsilniejszymi zaklęciami jakie znała. Po chwili zajrzała do swojego plecaka i wyciągnęła kilka rzeczy – sproszkowany diament, ogniste ziele i bryłkę jakiegoś metalu. Ledri zaklęła pod nosem.
- Cholera. Nie mam zęba bazyliszka. Nie masz takiego przy sobie, prawda?
Alemir kiwnął bezradnie głową.
- No trudno. Będę musiała użyć czego innego.
- To znaczy? – zapytał elf.
- Chciałam użyć zaklęcia Czarnej Błyskawicy, którego nikt nigdy nie przeżył, z wyjątkiem Nashica oczywiście. Niestety nie mam tego zęba o którym mówiłam.
- Więc czego chcesz użyć?
Ledri uśmiechnęła się i powiedziała:
- Potrzebuję twój włos.
Elf bez wahania wyrwał sobie jeden z głowy i dał go czarodziejce. Kobieta kontynuowała:
- Jeszcze będzie potrzebny przynajmniej jeden z twoich mieczy, choć lepiej dwa.
- A odzyskam je później?
- To zależy
- Od czego?
Ledri wciągnęła powietrze i powiedziała:
- Od tego czy się nie złamią w walce.
- Żartujesz? – Alemir prawie się roześmiał – jeszcze żaden miecz którym walczyłem się nie zepsuł.
- Tak – odparła Ledri – ale teraz to nie ty będziesz walczył.
Elf zastanowił się przez chwilę, po czym oddał oba miecze czarodziejce.
- Doskonale. – powiedziała kobieta. – Mogę zaczynać. Ty uważaj na smoka. Jeśli wróci – zajmij go czymś dopuki nie skończę.
- Dobra, zaczynaj.
Czarodziejka zrobiła wokół siebie na ziemi koło ze sproszkowanego diamentu, usiadła wewnątrz niego i położyła przed sobą zarówno włos, jak i miecze elfa. Potem zamknęła oczy i zaczęła się koncentrować, a Alemir rozglądał się dookoła.
Na szczęście Darenalios okazał się zbyt pewny siebie, by sądzić że elf i czarodziejka zdołali przeżyć, bo dało się słyszeć głośne chrapanie smoka.
Upewniwszy się, że smok ich nie zaskoczy, elf spojrzał na Ledri. Z jej złączonych dłoni wychodziła jakaś energia fioletowego koloru i była wchłaniana przez to, co jeszcze przed chwilą było włosem Alemira.
W kręgu magicznym zaczęła formować się jakaś postać, a miecze powiększały się wraz z nią. Po kilku chwilach elf zauważył, że czarodziejka tworzy kopię jego samego, tylko o wiele większą.
W końcu proces dobiegł końca – sobowtór już całkiem wyglądał jak Alemir, tyle że miał dwadzieścia metrów wzrostu, a miecze były rozmiarem do niego dostosowane. Czarodziejka otworzyła oczy i wstała. Elf zapytał:
- Sądzisz, że to coś pokona smoka, tak?
- Jestem tego prawie pewna. – powiedziała z uśmiechem czarodziejka, po czym wykonała prosty gest, a sproszkowany diament wrócił do jej ręki.
Alemir zmierzył jeszcze raz swojego sobowtóra wzrokiem.
- Czy ja naprawdę jestem taki gruby?
- Przestań – skarciła go czarodziejka – nie czas na wygłupy. Jeśli jesteś gotów, to możemy zaczynać.
- Tak właściwie to co ja mam robić?
- Obserwować i patrzeć czy nie popełniam błędu w walce.
- Rozumiem. Musisz kierować jego każdym gestem?
Ledri kiwnęła głową.
- Tak. Jeśli zobaczysz jakiś błąd taktyczny, powiedz mi o nim śmiało.
- Dobrze, sądzę że jestem gotów.
Czarodziejka uśmiechnęła się znów, a jej twór chwycił miecze.
- Trzyma je na odwrót.
- Słucham?
- Końcówki miecza – Alemir wskazał je ręką – powinny być zwrócone do góry.
- Dobra – Sobowtór odwrócił bronie w dłoni – teraz dobrze?
- Doskonale.
Po tych słowach, wszyscy trzej skierowali się w głąb jaskini. Alemir był zdziwiony, że jego dwudziestometrowy sobowtór nie powoduje takich wibracji podłoża kiedy chodzi, jak smok. Zapytał o to czarodziejkę, a ta się uśmiechnęła i powiedziała:
- On waży tyle co włos z którego powstał, lecz wierz mi że to nie przeszkadza w walce. Wielokrotnie używałam już tego zaklęcia do bitew.
Elf uśmiechnął się szyderczo.
- I nie wiesz którą stroną trzyma się sejmitary?
- Po prostu idźmy – odparła czarodziejka ze zmieszaniem.
W końcu doszli do miejsca, gdzie spał smok. Sobowtór elfa bez wahania podszedł do smoka i ustawił jeden z mieczy przy szyi stwora.
- To się nie uda – powiedział Alemir. – wbij mu oba sejmitary w brzuch.
Ledri kiwnęła głową, a twór zrobił jak polecił elf. Kiedy obie bronie znalazły się głęboko we wnętrznościach smoka, dało się słyszeć potężny i ogłuszający ryk bestii. Darenalios natychmiast wstał i spostrzegł ogromną postać z zakrwawionymi mieczami.
- A więc się spotykamy elfie. Nie wiem jak przeżyłeś falę ognia, ani dlaczego jesteś taki ogromny, lecz wkrótce będziesz tylko kupką popiołu.
Po tych słowach, smok zionął płomieniami, jak poprzednio, a Alemir powiedział:
- Zasłoń się mieczami!
Ledri zrobiła, jak radził dowódca i płomienie ominęły kopię elfa. Teraz sobowtór ruszył na smoka przybierając odpowiednią pozycję bojową, co trochę zaskoczyło Alemira.
Jednak ta kobieta coś umie, pomyślał, a na głos powiedział:
- Uważaj na jego ogon i szczęki.
Sobowtór celował obiema brońmy w szyję smoka, ale Alemir znów powiedział, żeby atakować brzuch. W ostatniej chwili czarodziejka zmieniła cel i wyszło na to że bestia uchyliła się przed atakiem w szyję, a została zraniona w brzuch.
W odpowiedzi na atak, Darenalios machnął ogonem. Ledri tak pokierowała swoim tworem, że ten odciął ten ogon jednym z sejmitarów. Smok znów zaryczał z bólu i zachwiał się.
- Teraz, szybko! Przetnij mu szyję od dołu – krzyknął Alemir.
Czarodziejka posłuchała go i sobowtór elfa jedną ręką puścił broń i złapał smoka za głowę, a drugą przeciął mu szyję. Dało się słyszeć kolejny, najgłośniejszy i prawdopodobnie ostatni ryk smoka. Chwilę później stwór padł na ziemię.
Alemir spojrzał na głowę bestii. Wiedział kiedy smoki są martwe, a kiedy tylko udają. Po chwili obserwacji powiedział:
- Wbij mu jeszcze miecz w głowę od dołu.
Jak zawsze, Ledri posłuchała rady. Z tej ostatniej rany trysnęło najwięcej krwi. Teraz elf nie miał najmniejszych wątpliwości – smok był martwy.
- No dobra – powiedział – to teraz trzeba mu usunąć serce.
- Nic prostszego. – odpowiedziała czarodziejka, po czym podeszła do cielska smoka. Wykonała parę gestów w powietrzu i odsunęła się.
Z bestii wyleciał organ – prawdopodobnie serce – i wylądował w miejscu, gdzie przed chwilą stała kobieta. Znów zaczęła tkać jakiś czar, a Alemir w tym czasie zbadał ten sejmitar, który spadł na ziemię w czasie walki.
W normalnych rozmiarach wyglądał całkiem nieźle, ale kiedy widać było wszystkie detale, na mieczu było mnóstwo zarysowań i wyszczerbień. Elf ocenił szybko stan miecza i stwierdził że jest cały. Wtedy usłyszał głos czarodziejki:
- Gotowe. – elf odwrócił się i zobaczył, jak Ledri trzyma w ręce serce smoka, które przed chwilą było większe od niej samej. – teraz trzeba się zająć twoim bliźniakiem.
Czarodziejka tym razem po prostu pstryknęła palcami, a dwudziestometrowy sobowtór elfa po prostu zniknął. Także miecze wróciły do poprzednich rozmiarów.
Alemir wziął i schował oba, a Ledri powiedziała:
- Gdzie lepiej nas przenieść – gdzieś przed miasto, czy do moich komnat?
Elf zastanowił się chwilę i odparł:
- Lepiej będzie jeśli mnie przeniesiesz do mojego apartamentu, a siebie – do swojego.
- Zgoda – po tych słowach czarodziejka zaczęła rzucać pierwszy czar.




Rozdział VIII

Był u siebie. Za oknem znajdowały się te same mury pałacowe, a dalej mury miasta. Na obu chodzili lub stali żołnierze. Alemir pamiętał jeszcze czasy, kiedy sam ich szkolił. Powtarzał wszystkim trzy zasady: Obserwuj przeciwnika, ruszaj się dużo w walce i spraw by broń była przedłużeniem twojej ręki. Każdy kto się do tego stosował wygrywał każdą walkę.
Nagle ktoś zapukał.
- Wejść. – powiedział głośno Alemir.
Do pokoju wszedł żołnierz, zasalutował i rzekł:
- Pierwsza Dama Ledri do pana, sir. – głos człowieka był pewny i nieugięty. Z pewnością długo już sprawował swoją funkcję.
- Wpuść ją. – żołnierz ponownie zasalutował i wyszedł.
Elf i czarodziejka byli w mieście już dwa dni i dowódca zastanawiał się czemu kobieta tak długo zwleka.
Po chwili do pokoju weszła Ledri, a drzwi zamknęły się za nią. Kobieta miała na sobie tradycyjne jedwabne szaty o błękitnym odcieniu.
- Witaj – zaczął Alemir – proszę, usiądź.
- Witaj – odparła czarodziejka, po czym usiadła w miękkim fotelu. Elf usiadł naprzeciw niej.
- Czy twój plan idzie pomyślnie? – zaczął elf.
- Jak najbardziej – powiedziała z uśmiechem czarodziejka.
- Więc teraz możesz mi powiedzieć jak zamierzasz pozbyć się Nashica i jakie masz dalsze zamiary?
Ledri westchnęła.
- Czemu od razu chcesz przejść do obowiązków? Nie lepiej jest pierw uczcić zwycięstwo? W końcu pokonaliśmy tego smoka.
Alemir był lekko zaskoczony. Dotąd uważał, że dla tej kobiety nie liczy się nic poza obowiązkami, lub innymi czynnościami mogącymi przynieść zysk. Może wcale się nie mylił?
Po chwili namysłu, elf powiedział:
- Napijesz się czegoś?
- Z wielką przyjemnością – odparła Ledri z błyskiem w oczach i uśmiechem na twarzy.

* * *

Na następny dzień Alemir obudził się dość późno – tuż przed południem. Pamiętał, że poprzedniego dnia, wraz z Ledri świętowali zwycięstwo nad czarnym smokiem. Potem czarodziejka rzuciła iluzje na ich obu, żeby nikt ich nie poznał, i poszli razem do najbliższej karczmy.
Teraz elf musiał się spieszyć, bo pamiętał także, że miał się spotkać z Ledri w jej komnatach w południe.
Szybko się umył, ubrał i wyszedł. Niedługo potem był już pod Wieżą. Wszedł po schodach, po korytarzu i zapukał do drzwi.
- Wejść – usłyszał zza nich.
Otworzył drzwi i zobaczył czarodziejkę siedzącą za biurkiem.
- Spóźniłeś się – zauważyła Ledri.
- Po części to twoja wina – odparł Alemir.
Usiadł w fotelu i zaczął:
- To teraz, jak już uczciliśmy zwycięstwo nad smokiem i upiliśmy się do cna, powiesz mi jaki jest twój plan? – w jego głosie dało się czuć lekką i subtelną irytację.
- Tak, myślę że już dojrzałeś do tego – elf westchnął z ulgą – więc słuchaj.
Czarodziejka wstała z fotela, wzięła z biurka kawałek pergaminu i podała go elfowi. Był to ten sam rysunek serca smoka, który Alemir widział przed podróżą. Spojrzał na Ledri pytającym spojrzeniem.
Kobieta zabrała mu kartkę i odwróciła stronę, po czym mu oddała. Było tam coś napisane, prawdopodobnie jak użyć serca smoka. Niestety tekst był w języku, który znali jedynie czarodzieje – oni go wymyślili i tylko oni mieli prawo (a wręcz obowiązek) uczyć się go. Nazywał się językiem tynaren. Alemir westchnął.
- Dałaś mi do przeczytania tekst wiedząc, że nie umiem go odczytać? Jakież to mądre.
- Och, no tak – Ledri w pośpiechu rzuciła jakiś czar na pergamin. – już.
Teraz tekst zmienił się w elficki i ten już był zrozumiały dla dowódcy. Zaczął go czytać na głos:
- „(…)Serce należy zmieszać ze sproszkowanym diamentem, oraz językiem bazyliszka. W ten sposób uzyskamy coś na wzór ognistej kuli – lecz nie do końca. To co otrzymamy, będzie płonąć niebieskim ogniem, a potocznie nazywa się illuminatium. Nie ma istoty, przedmiotu, czy jakiegokolwiek obiektu, który nie zostanie zniszczony – natychmiast i nieodwracalnie – po rzuceniu w niego illuminatium.(…)” – kiedy elf skończył czytać, odłożył pergamin na biurko. Zaczął rozmyślać, a Ledri czekała cierpliwie.
- No dobrze – podjął wreszcie. – rozumiem że z Nashica zostanie po tym kupka popiołu?
- Nie – zaprzeczyła czarodziejka – po nim nic nie zostanie.
- Rozumiem. A jak się tego używa? Na tej kartce nie było to napisane.
Ledri się zaśmiała.
- Na przykład rzucić tym w przeciwnika?
- No tak – elf także się zaśmiał – to było do przewidzenia. Widzę, że masz wszystko już obmyślane, więc do czego jestem ci jeszcze potrzebny?
- Teraz do niczego. – powiedziała czarodziejka – mogę sama się rozprawić z Nashiciem. Ale później, kiedy już będę sprawowała władzę w tym mieście, mam nadzieję że pozostaniesz mi wierny.
Alemir wstał i ukłonił się czarodziejce.
- Jak zawsze. – powiedział.
- To dobrze – odparła. – będę potrzebowała doradcy, przynajmniej na początku.
Stali chwilę w milczeniu, po czym czarodziejka powiedziała:
- Zaprowadź mnie teraz do maga.

* * *

Nashic siedział w swoim gabinecie. Większość czasu zajmowało mu obliczanie i pisanie oczywiście na temat nowych zaklęć. W czasie swojego życia zapisał już więcej stron pergaminu z opisem czarów, niż przeciętny człowiek wypija kubków wody.
Nagle ktoś zapukał do drzwi. Mag podniósł głowę i krzyknął „Wejść!”. Do środka weszły dwie osoby – Alemir, dowódca jego krwawej gwardii, oraz Pierwsza Dama Ledri.
Mag odłożył swoje pióro. Skoro tych dwojga przychodzi tutaj razem, pomyślał, to musi być coś ważnego.
- Macie do mnie jakąś sprawę, czy… - zaczął Nashic.
W tym czasie Ledri zaczęła coś wyciągać z kieszeni swojej szaty. Władca od razu poznał, że coś się święci, więc zaczął rzucać pierwszy czar jaki przyszedł mu do głowy – unieruchamiający.
Kiedy tylko zaczął robić gesty, Alemir rzucił się na niego w powietrzu wyjmując broń. Mag był zupełnie zaskoczony. Nie spodziewał się, że dwie najwyższe rangą osoby w tym mieście zechcą go zaatakować.
W każdym razie elf skutecznie przeszkodził Nashicowi w rzucaniu czaru, po czym odsunął się.
Teraz cię mam, pomyślał mag. Niestety nie zauważył, że już w jego stronę leciała dziwna kula ognia – płonąca na niebiesko. Mag wytrzeszczył oczy z wrażenia.
- Illumi… - zaczął, lecz nie dokończył. Illuminatium trafiło go w brzuch i nastąpił oślepiający wybuch. Po chwili Nashica już nie było.
Alemir dokładnie spojrzał w miejsce, gdzie przed chwilą stał mag. Dla pewności pomachał w tamtym miejscu ręką. Wreszcie powiedział:
- To już koniec?
- Koniec? – zapytała ze zdziwieniem czarodziejka – Nie. To dopiero początek. Nasz początek.
Elf uśmiechnął się z zadowoleniem.
- Taka perspektywa bardzo mi odpowiada.
Autor artykułu
Gettor's Avatar
Zarejestrowany: Jun 2007
Posty: 3 291
Reputacja: 1445
Gettor ma z czego być dumnyGettor ma z czego być dumnyGettor ma z czego być dumnyGettor ma z czego być dumnyGettor ma z czego być dumnyGettor ma z czego być dumnyGettor ma z czego być dumnyGettor ma z czego być dumnyGettor ma z czego być dumnyGettor ma z czego być dumnyGettor ma z czego być dumny

Oceny użytkowników
 
Brak ocen. Dodaj komentarz aby ocenić.
 

Narzędzia artykułu

  #1  
Amman on 23-08-2007, 00:20
Ocena użytkownika
Język
80%80%80%
4
Spójność
100%100%100%
5
Kreatywność
80%80%80%
4
PrzekazBrak Informacji
Wrażenie OgólneBrak Informacji
Średnia:87%
No no no... Ależ się wysilił... Opowiadanko niczego sobie, ciekawy pomysł i w ogóle. Najlepsze jest to, że odszedłeś od stereotypu: "Dobro zawsze zwycięża". Nie lubię stereotypów. Mój brat też. Raz, gdy oglądał film (brat miał dyszkę na karku) i Główny Bohater miał iść jako zasadzka, on krzyknął:-Nie bój się! Jesteś Głównym Bohaterem, na pewno przeżyjesz!
Odpowiedź z Cytowaniem
komentarz



Zasady Pisania Postów
You may Nie post new articles
You may Nie post comments
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 05:01.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site
artykuły rpg

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164