Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > Zakątek LI-teracki > Artykuły, opowiadania, felietony > Opowiadania
Zarejestruj się Użytkownicy


komentarz
 
Narzędzia artykułu Wygląd
<!-- google_ad_section_start -->Zabin<!-- google_ad_section_end -->
Zabin
Autor artykułu: Szarik
20-06-2007
Zabin

NARODZINY

Zabin był inny. Było to widać zaraz po urodzeniu. Jego skóra nie miała czarnych cętek, była jednolicie jasnozielona, jak u jaszczurki. Jego oczy nie były czarne lub ciemnobrązowe jak u większości Yautja. Jego oczy były błękitne, a to nie była jedynie rzadkość, takich oczu nie miał żaden Yautja od początku Świata. Wojownicy i Honorowi, którzy oceniają przydatność noworodków do dalszego życia w ich społeczeństwie, zaczęli szemrać. To klątwa bogów, mówili. Trzeba go zabić. Lecz nikt nie śpieszył się by to uczynić, przecież Kodeks zabraniał zabijania bezbronnych i nieagresywnych, a w szczególności dzieci. Wprawdzie Kodeks mówił o szczeniętach innych ras, ale można było się domyśleć, że obejmował również dzieci własnej rasy. Poza tym, mimo wytężania wzroku, mędrcy nie widzieli przy maluchu żadnej broni, a nierozgarniętych ruchów ramion i głośnego kwilenia, mimo najszczerszych chęci, nie mogli uznać za zachowania agresywne. Dlatego, głowiąc się nad tym problemem, skwapliwie przyjęli wyjaśnienie matki tego nietypowego noworodka. Była ona kobietą poważaną, a jej mądrość znana była wśród wszystkich klanów. To nie klątwa, powiedziała im, to dar bogów. Dlaczego chcecie oddać mego syna Cetanu, bogu śmierci? Mówię wam, on jest przeznaczony do wielkich czynów. Spojrzała na swoje maleństwo, na jego jednolicie zieloną skórę, niebieskie oczy. Będziesz się nazywał Zabin, różnisz się od swych braci, więc i twoje imię będzie inne. Nie będziesz nazywał się ani Postrach Wrogów, ani Migoczące Ostrze, ani w inny głupi sposób, będziesz się nazywał Zabin, będziesz nosił imię tych zwinnych, małych owadów zamieszkujących nasze łąki.
Zabin dorastał. Mijały lata spędzane na zabawie z rówieśnikami, na naukach w Świątyni i w szkole. Podczas, gdy inni młodzi Yautja przedkładali szkołę nad Świątynię i woleli uczyć się pilotowania statków, obsługi technicznych urządzeń i władania bronią, Zabin długie godziny spędzał w przyświątynnej bibliotece, wertując księgi i oglądając taśmy z filmami naukowymi i przyrodniczymi. Jego rówieśnicy uczyli się jak zabijać inne stworzenia, on czytał rozprawy naukowe na temat historii i zwyczajów tych innych istot.
Pewnego dnia poszedł do Ka'rik'na, czarownika i kapłana o imieniu Adarin.
- Mei'hswei, Ka'rik'na. -Powiedział Zabin już w progu.
- A cóż to cię trapi, mój drogi? -Stary Yautja spojrzał na młodzika swoimi czarnymi jak smoła oczami. Jego skóra, pokryta brązowymi plamami, była mocno pomarszczona. Zabin wiedział, że kapłan jest już bardzo stary, ale jeszcze w pełni władz umysłowych. Gdy kogoś trapił jakiś problem udawał się właśnie do Adarina.
- Dlaczego zabijamy inne stworzenia?
Adarin wydał z siebie cichy, koci pomruk. Przymknął oczy i skrzyżował swoje cztery kły na zewnętrznej szczęce. Zabin usiadł przed nim i skrzyżował nogi wyczekując. Wiedział, że gdy starzec przymyka oczy i krzyżuje kły, to intensywnie zastanawia się nad odpowiedzią i nie należy mu przeszkadzać.
-Widzisz, Zabin. To nasza tradycja, od zarania dziejów. Yautja, jak Świat stary, wyruszają na swoje Łowy. To leży głęboko w naszej naturze. Im więcej trofeów, tym bardziej męski jest łowca. Ma większe szanse na zdobycie kobiety. Rozumiesz? Cała nasza cywilizacja się na tym opiera.
-Ale dlaczego? Dlaczego nie możemy być jak inne rozumne rasy? Budować wspaniałe miasta, tworzyć dzieła sztuki, rozwijać naukę.
-Przecież rozwijamy naukę. Nasza myśl technologiczna należy do jednych z najlepiej rozwiniętych w tej Galaktyce.
-Tak, ale skierowana jest na agresję. Szybkie statki, potężna broń, ochronne pola energetyczne. Inne rasy boją się nas, nienawidzą. Dawno by nas zniszczyli, gdyby tylko potrafili nam się przeciwstawić. Na przykład Ooman, nazywają nas Predatorami. Nawet mi się to spodobało, dopóki nie zajrzałem do słownika i nie zobaczyłem, że w ich języku znaczy to drapieżca. Nawet tak rozwinięta rasa boi się nas, porównuje do krwiożerczych zwierząt. I my, my również. Dlaczego nie mówimy o nich Ooman, to nasze słowo odpowiadające nazwie jaką sami sobie nadali. Mówimy na nich pyode amedha, to odrażające.
-Nic na to nie poradzisz, Zabinie. Taka jest nasza natura, i twoja także. Jesteś jeszcze młody. Zobaczysz, z ciebie również będzie wspaniały łowca. Oczywiście nie musi być i widzę że tego nie pragniesz, ale wiedz, że jeżeli wystąpisz przeciw naszym prawom staniesz się renegatem.
Zabin wstał, obrócił się na pięcie i wyszedł nie wypowiedziawszy ani słowa. Adarin popatrzył za nim. Byli już tacy, westchnął, pełni buntu. Kończyli w dwojaki sposób. Pozostawali wierni swoim ideałom i stawali się wyrzutkami lub próbowali zagłuszyć ten wewnętrzny głos stając się najbardziej krwiożerczymi, jak to ładnie określiłeś Zabinie, łowcami.

PYODE AMEDHA

Zabin siedział na szerokiej gałęzi wysokiego drzewa. Czekał. Czekał na swoją ofiarę. Stary Adarin miał jednak rację, pomyślał z goryczą. Byłem słaby, zostałem wciągnięty w żelazne tryby naszej tradycji. Stałem się Łowcą i to jednym z lepszych. Lecz Zabin nie do końca stał się Łowcą. Polował jedynie na bestie. Groźne, ale bezrozumne. Nigdy nie wysunął swoich ki'cti-pa przeciw rozumnym rasom. Aż do dzisiaj. Spojrzał przed siebie, na drugim drzewie siedział Xitinaron, to on wciągnął Zabina w to polowanie. Polowanie na Ooman, na pyode amedha. Przylecieli na tą planetę we dwóch. Xitinaron był przyjacielem Zabina z młodzieńczych lat i Zabin miał wobec niego pewien dług. Tylko dlatego zgodził się na uczestnictwo w tej wyprawie. Zapowiedział jednak, że nie będzie starał się o trofea i że będzie jedynie osłaniał przyjaciela, w razie jakichś nieprzewidzianych wypadków. Byli rówieśnikami i ich umiejętności w walce były identyczne. Lecz to Xitinaron należał do wyższej kasty Honorowych, gdyż polował na inteligentne istoty. Zabin został przyjęty do kasty Wojowników, ze względu na swą odwagę w walce z bestiami, lecz dopóki nie zabił istoty równej sobie, a więc zdolnej do taktycznego działania i przemyślanej obrony, nie mógł liczyć na dostanie się do wyższej kasty.
Z zamyślenia wyrwał Zabina znak dłonią wykonany przez drugiego Yautja. Zobaczył jak Xitinaron rozmywa się, staje się coraz bardziej przezroczysty. Po chwili, w miejscu gdzie się znajdował, można było dostrzec jedynie lekkie załamanie światła, małą wibrację powietrza w kształcie przykucniętego Yautja. Zabin włączył własne maskowanie, a po chwili uruchomił filtr termowizyjny swojego hełmu. W momencie las, składający się z różnych odcieni czerwieni i niebieskiego, stał się jednolicie granatowy. Zobaczył ich, z początku zielono-żółte plamy daleko pod sobą, gdy się zbliżyli, stali się świecącymi na czerwono i żółto kształtami z grubsza przypominającymi kształty Yautja. Mieli dwie nogi, dwie ręce, korpus i głowę. Wszystko na swoim miejscu. Zabin zrobił zbliżenie. Przyjrzał się dokładnie ich twarzom. Te były inne, chociaż podobne. Mieli włosy, tak samo jak Zabin i podobne oczy, ale tu podobieństwa się kończyły. Ich nosy wystawały nieładnie z twarzy, również ich uszy były wystające. Zabin czytał kiedyś, że to dla lepszego zbierania dźwięków z otoczenia. Zabin nie narzekał jednak na swoje membrany słuchowe i nie miał pojęcia w czym mogą być lepsze te ich odstające kawałki skóry i chrząstki. I te otwory gębowe. Całkowicie zasłonięte mięsistą częścią twarzy, nazywaną przez nich ustami. Zabin wiedział, że Ooman również jedzą mięso, chociaż nie tylko, ale nie mógł sobie wyobrazić jak przytrzymywali ofiarę nie mając zewnętrznych kłów, jak Yautja. Ooman było ośmiu, z czego sześciu uzbrojonych w te ich karabiny. Dwóch pozostałych, samiec i samica, miało wykręcone do tyłu ręce. Zabin zastanawiał się dlaczego.
Xitinaron, widoczny dla Zabina dzięki wbudowanemu w hełm detektorowi zamaskowanych Yautja, wykonał skomplikowany i szybki gest ramieniem. Zaczęło się polowanie. Xitinaron, uaktywnił swoje ki'cti-pa. Bliźniacze, ostre jak brzytwa, ostrza wyskoczyły z sykiem z pochew znajdujących się nad prawym nadgarstkiem łowcy. Ryknął potężnie, aż posypały się liście z drzew. Zdjął swoje maskowanie i skoczył w dół, na spotkanie zwierzyny.
Zabin widział, jak wśród Ooman wybucha panika, zaczynają biec w różne strony, strzelać chaotycznie. Xitinaron dopadał jednego po drugim i powalał na ziemię błyskawicznymi cięciami swych ostrzy. Jeden z Ooman zatrzymał się, przykląkł i wymierzył karabin w walczącego Yautja. Zabin wyraźnie widział jego czerwono-żółtą sylwetkę trzymającą w dłoniach podłużny błękitno-biały kształt nierozgrzanego jeszcze karabinu. To było jego zadanie, ubezpieczać walczącego. Nie zdejmując maskowania, wyciągnął dysk z pokrowca na prawym udzie. Przycisnął szybko znajdujące się na nim przyciski by skonfigurować prędkość i trajektorię lotu. Włączył celownik laserowy przymocowany do hełmu i rzucił dyskiem z szerokiego zamachu. Powietrze rozdarł wibrujący świst pędzącego pocisku. Klęczący z karabinem musiał usłyszeć ten dźwięk, gdyż szybko poderwał głowę do góry. Zdążył jedynie krzyknąć, gdy rozpędzony i wirujący dysk przeciął jego broń sypiąc skry. Zawrócił po ciasnym łuku i pomknął z powrotem w górę na spotkanie oczekującej już go dłoni Zabina. Xitinaron, słysząc zgrzyt metalu o metal, odwrócił się na pięcie, ryknął i rzucił się na Ooman trzymającego przecięty karabin.
- Pyode amedha! - Wrzasnął Yautja. Ooman, rozedrganym ruchem wyciągnął nóż, lecz Xitinaron był już przy nim i wyprowadził potężny cios, od dołu, po łuku, wbijając się ostrzami w żuchwę przeciwnika i zdejmując jego głowę z ramion.
Ostatnie, leżące bezwładnie ciało, traciło już swą intensywną czerwień, kolor powoli przechodził w żółć, zieleń i błękit. Pozostałych ciał Zabin nie widział, już zupełnie ostygły. Walka była skończona. Na trawie klęczały jeszcze dwie żywe istoty, drżały, ręce miały wygięte do tyłu.
Zabin wiedział, że musi szybko zejść na dół. Xitinaron raczej nie zabije bezbronnych, ale był w bitewnym szale, wszystko mogło się zdarzyć, a poza tym, Zabin chciał z bliska się przyjrzeć Ooman, tyle o nich czytał. Kto wie, może będzie miał okazję z nimi porozmawiać, tyle czasu uczył się ich języka. Wiedział, że te istoty posługują się wieloma dialektami. Miał nadzieję, że znają ten, którego on się nauczył.
Sabrina klęczała na mokrej trawie, patrzyła się na swoje kolana. Nie podnosiła się, słyszała wokół wizg, krzyk, strzały, wrzaski umierających. I nagle wszystko ucichło. Cały las zamilkł. Cisza aż wibrowała w uszach. Po chwili jej towarzysz, Jonathan, zaczął cicho pociągać nosem. Co to było, zastanawiała się, sześciu ludzi zabitych w niecałą minutę, co to było? Nie podnosiła głowy, czuła się bezbronna, wystawiona na cios, którego oczekiwała kuląc głowę w ramiona. Skrępowane na plecach ręce nie poprawiały sytuacji. I zobaczyła. Przed sobą. Dwie stopy, w dziwnych, metalicznie połyskujących, wysokich butach. Stopy przechodziły w potężne łydki i grubo wiązane kolana. Całość okryta była czarnymi nagolennikami z materiału, którego nie potrafiła rozpoznać. Nie widziała nic więcej, bała się zobaczyć. Usłyszała pomruk, zły, lekko wibrujący, zakończony jakby pytającą nutą. Nie podniosła się, czuła jak coś pełzło jej po plecach, coś mokrego i zimnego, zmuszającego ciało do niekontrolowanych drgawek. Pierwszy raz w życiu panicznie się bała. Usłyszała kroki, równe, miarowe, szeleszczące w wysokiej trawie. Coś się zbliżało. Stopy przed nią nie poruszyły się. Kroki ucichły. Sapnięcie i pytające warknięcie. Właściciel stóp odpowiedział serią warknięć, dziwnie brzmiących kliknięć, i ostro rwanych głosek. Znów kroki. Sabrina zobaczyła drugą, identyczną, parę stóp. Pary stóp rozpoczęły dyskusję w swoim dziwnym, warczącym i wibrującym języku. Zaryzykowała zerknięcie w bok, na Jonathana. Jej towarzysz już nie klęczał, leżał w trawie, zemdlony.
- Podnieś głowę. - Warknięcia i gardłowe głoski ułożyły się w jej głowie w zrozumiałą wypowiedź. Zdziwiła się przez chwilę. Albo jej się wydawało, albo ta istota mówiła po angielsku.
- Podnieś głowę, powiedziałem. - Zamknęła oczy. Otworzyła, znów stała przed nią tylko jedna para stóp. Zaczęła powoli podnosić wzrok. Ponad chronionymi pancerzem kolanami były również zakryte czarnym, matowym materiałem uda. Na prawym uczepiony był dziwny dysk, na lewym broń
przypominająca kuszę używaną przez nurków. Biodra i brzuch, także skryte były pod pancerzem, lecz nie czarnym, ale metalicznie błyszczącym. Pancerz rozszerzał się lekko wraz z muskularną sylwetką jego posiadacza. Na napierśniku zauważyła skrzyżowane ramiona także zakryte czarnym
materiałem i szerokimi jakby bransoletami. Dłonie były odsłonięte, ale nie były to ludzkie dłonie. Skóra była zielona, jakby gadzia, grube palce kończyły się długimi, czarnymi szponami. Sabrina zawahała się, czy spojrzeć wyżej. Spojrzała. Twarz obcego ukryta była pod metaliczną maską. Maska była spłaszczona z przodu i otaczała głowę ostro łamanymi powierzchniami. Gładkim łukiem okrywała jedynie czoło i górną część głowy. Spod małego okapu nadającego masce agresywny wygląd patrzyły na nią dwa czarne, owalne kształty, będące zapewnię osłoną na oczy. Front maski pokryty był wygrawerowanymi Uniami układającymi się w łuki i spirale. Spod tylnej części tej maski-hełmu wystawały strąki grubych, czarnych włosów opadających na ramiona istoty. Odwróciła na chwilę wzrok. Zobaczyła drugą istotę schylającą się nad jednym z trupów. Była ubrana niemal identycznie. Nie miała tylko osłoniętych ramion, a jedynie te dziwne bransolety okrywające niemal
całe przedramiona. Skóra tamtej istoty miała ciemniejszy odcień zieleni, a ponadto upstrzona była czarnymi cętkami. Stwór złapał trupa za włosy i szybkim, niemal umykającym wzrokowi, ruchem odciął głowę. Sabrina uciekła wzrokiem w stronę maski stojącej nad nią istoty. Czy nas też zabiją?
Utną nam głowy jak tamtym?
- Dlaczego jesteście związani? - Padło pytanie spod zimnej i nic niezdradzającej maski.
Zabin przypatrywał się klęczącej przed nim kobiecie. Wcześniej włączył filtr światła białego, który pozwalał widzieć mu barwy i teraz widział jej oliwkową skórę, długie czarne włosy i niebieskie oczy. Wzdrygnął się. Ludzka kobieta ubrana była w koszulę moro i takież spodnie, podobnie jak czarnowłosy mężczyzna, który przed chwilą zarył twarzą w ziemię. Tak długo czekał na podobną chwilę, że teraz nie miał pojęcia jak się zachować. Xitinaron powiedział wcześniej, zanim poszedł zabrać trofea, że należałoby ich po prostu zostawić, ale Zabin nie mógł się na to zdecydować.
- Dlaczego jesteście związani? - Powtórzył w języku ludzi.
- Jesteś Predatorem, prawda? - Odpowiedziała pytaniem na pytanie kobieta. Jej głos brzmiał dziwnie melodyjnie. Zabin nie przypuszczał, że Ooman mają takie czysto brzmiące głosy. Skinął głową i czekał.
- Czy nas też zabijecie?- Przecząco pokręcił głową.
- Czy możesz nas uwolnić?
Z początku chciał uruchomić swoje ostrza nadgarstkowe, ale zrezygnował myśląc że wystraszy tę ludzką kobietę. Odszukał w trawie nóż upuszczony przez zabitego Ooman i nim rozciął więzy kobiecie, a następnie leżącemu mężczyźnie. Odrzucił nóż.
- Dlaczego byliście związani? - Zapytał jeszcze raz.
- Jesteśmy turystami. - Zdecydowała się odpowiedzieć kobieta. - Zostaliśmy napadnięci przez tych guerillas. Zabili naszego przewodnika. Byliśmy w ich obozie i...- Zawahała się, jej oczy rozszerzyły się. - Oni jeszcze mają moje dziecko, syna. Zrobią mu krzywdę! - Wpatrzyła się w maskę Zabina.
Ten odchylił głowę w bok mając wrażenie, że jej wzrok przebija metal maski.
- Pomóżcie nam. - Odważyła się to powiedzieć, jej wargi drżały. - Jesteście moją jedyną nadzieją, nie mam się do kogo zwrócić.
Podszedł do nich Xitinaron.
- Dobra, Zabin, możemy się zwijać. - U jego pasa dyndały głowy zabitych z makabrycznie wykrzywionymi twarzami.
- Poczekaj, ta kobieta chce by jej pomóc odzyskać jej szczenię.
Xitinaron prychnął.
- Chyba żartujesz? Wystarczy, że ich nie zabiliśmy.
- Nie chcesz zdobyć więcej trofeów? - Zabin nie widział błysku w oku przyjaciela, ale wiedział, że to dobry argument.
Xitinaron westchnął i wzruszył ramionami.
- Zaprowadź nas. - Zabin zwrócił się do kobiety.
- Naprawdę, pomożecie mi?
- Nie będę powtarzał. - Kobieta wstała. Xitinaron bezceremonialnie chwycił za koszulę mężczyznę i mocnym szarpnięciem postawił go na nogi.
- Z niego nic nie będzie.- Popatrzył krytycznie w twarz omdlałego człowieka i zarzucił go sobie na ramię.
Ruszyli. Najbardziej nietypowa grupa, jaka kroczyła po Ziemi. Ludzka kobieta, prowadząca wszystkich w sobie tylko znanym kierunku i dwóch Yautja, zwanych na tej planecie Predatorami, z czego jeden taszczył na ramieniu żywego, co też nie jest spotykane, człowieka.

***

Pytanie: Dlaczego przyjaźnisz się z Zabinem?
Odpowiedź: (Wzruszenie ramion) A dlaczego nie?
Pytanie: Złamał Prawo.
Odpowiedź: Chodzi o to, że zabił innego Yautja?
Pytanie: Tak, a ty go ochraniasz. Czy pragniesz podzielić jego karę?
Odpowiedź: O tym może zadecydować jedynie Zgromadzenie.
Pytanie: A ci ludzie, w... (Sprawdzenie akt) Peru. Zamordował z zimną krwią i będąc zamaskowanym ponad trzydzieści osób. Jak to wytłumaczyć, czy to było godne Łowcy?
Odpowiedź: Po pierwsze, to była akcja ratunkowa. Po drugie, ci pyode amedha...
Pytanie: Proszę nie używać wulgaryzmów!
Odpowiedź: ...byli dosyć dobrze uzbrojeni i po trzecie lwią część roboty odwaliłem ja.

***

Kompleks świątynny był duży. Cała szeroka kotlina zawalona była wielkimi głazami wystającymi z trawy. Schodkowe piramidy, malowniczo oplatane lianami, obrośnięte zielonym dywanem bujnej roślinności, wznosiły się na kilkadziesiąt metrów. Dżungla rozbrzmiewała głosami zwierząt. Prymitywna siła przyrody wygrała kolejną bitwę w swym starciu z cywilizacją. Zapomniane artefakty zostały pochłonięte, wykorzystane jako schronienie dla wielu stworzeń. W przyrodzie, w przeciwieństwie do cywilizacji, nic się nie marnuje. Nawet ciała obce.
- To tutaj. - Sabrina zatrzymała się i wskazała palcem najwyższą piramidę. - Tu byliśmy przetrzymywani. Przyjechaliśmy obejrzeć to miasto Inków z przewodnikiem. Nie wiedzieliśmy, że zajęli je partyzanci.
- Partyzanci? - Zdziwił się Zabin — A o co walczą?
- Pewnie sami nawet tego nie wiedzą.
- Zaczekamy tu do zmierzchu. Noc da nam jeszcze większą przewagę. Pamiętasz ilu ich jest?
- Widziałam co najmniej trzydziestu.
- Xitinaron. - Zabin zwrócił się do drugiego Yautja. - Zrób mały rekonesans.
Predator bezceremonialnie zrzucił niesionego człowieka na ziemię i zanurzył się w gęstwinę liści. Drugi Predator i kobieta usiedli w trawie.
- Intryguje mnie jedno pytanie. - Zabin bawił się zerwanym po drodze patykiem. - Skąd wiedziałaś, że jesteśmy Yautja. Predatorami, jak wy nas nazywacie?
- Jestem astrofizykiem, a moim hobby jest wyszukiwanie pozaziemskich cywilizacji. Kiedyś trafiłam na zapiski o UFO pojawiającym się w różnych częściach globu i o znajdywanych później bezgłowych lub obdartych ze skóry ciałach. - Kobieta zawahała się, skosiła oczami na Zabina, ale ten patrzył się
jedynie na obracany w palcach patyk. - Poprosiłam znajomego hakera o wyszukanie jakiś konkretniejszych informacji. I znalazł. W tajnych wojskowych aktach. Kilku z was zostało schwytanych i dokładnie opisanych. Z tego co pamiętam, robili dosyć dokładne sekcje, nie zawsze czekając, aż operowany umrze. - Usłyszała trzask łamanego patyka. - To był rodzaj zemsty, satysfakcji za to co spotkało ludzi z waszej strony. Dlaczego nas zabijacie?
- Taka nasza natura, tradycja. - Sabrinie wydało się, że słyszy nutę rezygnacji w głosie tej dziwnej, siedzącej obok istoty, która teraz bawiła się dwoma krótszymi patyczkami.
- Tradycję można zmienić.
- Ale naturę ciężej.
Leżący w trawie mężczyzna poruszył się, uniósł się na rękach. Podniósł głowę i zamarł. Przed nim siedział po turecku potężny człowiek, ubrany w błyszczącą zbroję mocno dopasowaną do muskularnej sylwetki i odbijającą krwistoczerwone bliki zachodzącego słońca. Jego twarz zakryta była metaliczną maską bez żadnego wyrazu. Maska wpatrywała się w niego czarnymi jak heban owalnymi oczami w połowie zacienionymi przez mały okap hełmu. Jej front pokryty był fantazyjnie układającymi się i hipnotyzującymi liniami.
- Wreszcie się ocknąłeś, Jonathanie. - Odwrócił głowę. To była Sabrina, jego żona. Jej błękitne niczym laguna oczy wpatrywały się w niego z troską. Koszula khaki przyklejała się do mokrego od potu ciała, a zachodzące słońce rzucało na jej sylwetkę tajemnicze cienie. Usiadł i z sykiem wciągnął
wilgotne powietrze dżungli.
- Jak długo byłem nieprzytomny i co się właściwie stało?
- Byłeś nieprzytomny ponad pół dnia, a stało się to, że ten miły pan i jego towarzysz, który właśnie bezszelestnie stanął za twoimi plecami uwolnili nas z łap tych zbójów, którzy więzili nas od trzech dni i teraz mieli zamiar poprowadzić nie wiadomo gdzie.
Jonathan zdołał jedynie wyszeptać „dziękuję" spierzchniętymi wargami.
- Ponadto - Kontynuowała Sabrina. - panowie ci zgodzili się pomóc nam w odzyskaniu Daniela.
- Co widziałeś? - Zabin skierował pytanie do Xitinarona.
- Niewiele, ich obóz to drewniane baraki ogrodzone siatkowym płotem. Przylega do tej dużej piramidy od zachodniej strony. Ruszamy po zmroku.
- Wy zostajecie tutaj i czekacie, aż po was przyjdziemy, czy to jasne? - Sabrina skinęła głową.
Dwa duchy mknęły przez dżunglę. Niewidzialne sylwetki roztrącały liście i pnącza. Zaskoczone zwierzęta uskakiwały spod niewidzialnych stóp. Dwa duchy, dwa rozedrgane, przezroczyste kształty, niewiarygodnie długimi i płynnymi skokami dostały się na szczyt starożytnej świątyni. Tam przykucnęły.
Pablo szedł powoli wzdłuż ogrodzenia. Nie lubił patroli. Niby kto mógł ich tu znaleźć? Przypadkowi turyści, jak ci kilka dni temu? Po chwili zobaczył zbliżający się z przeciwka czerwony punkcik. Z cienia wynurzył się kształt. Punkcik zatoczył łuk do dołu i po chwili wrócił na swoją poprzednią pozycję.
- Daj macha. - Pablo wyciągnął rękę po papierosa.
- Ech, Pablo. - Odpowiedział cień.- To mój ostatni. - Drugi strażnik wynurzył się z mroku. - Dam ci końcówkę. - Zamarł, dziwnie wpatrując się w bark Pabla. - Co to jest, do cholery?
Pablo również spojrzał na swój bark. W stronę szyi, wędrowały po nim trzy czerwone kropki ułożone w równoramienny trójkąt.
- To celownik laserowy! - Krzyknął strażnik z papierosem. - Kryj się!
W tym samym momencie powietrze rozdarł wysoko tonowany świst. Błękitna kula energii uderzyła w Pabla rozrywając go na krwawe strzępy. Ułamek sekundy później kolejny, identyczny pocisk trafił w plecy drugiego strażnika wypalając w nim dziurę na wylot.
Krzyk strażnika zaalarmował obóz. Ludzie w zielonych mundurach wybiegli z baraków i z najbliższej świątyni. Yautja tylko na to czekali. Zaczęli strzelać ze swoich działek plazmowych nawet bez celowania. Obóz partyzantów zamienili w piekło szalejących płomieni, trzęsących ziemią eksplozii i wrzeszczących ludzi. Po minucie przestali strzelać. Włączyli maskowanie i zbiegli na dół, w płomienie.
- Co się tu dzieje? Gdzie są ci atakujący? - Lekko siwiejący, starszy mężczyzna rzucał się w szale po obozie. Chwytał biegających chaotycznie ludzi i trząsł nimi. - Czy to artyleria?
Zobaczył, że ośmiu jego ludzi zebrało się przy wejściu do świątyni. Podbiegł do nich. W biegu rozglądał się po tym co zostało z jego obozu po kilkudziesięciu sekundach ataku. Cała otaczająca go przestrzeń rozświetlona była przez płomienie pożerające wszystkie baraki. Gdzie niegdzie leżały poskręcane, kopcące się, ciała.
- Jeżeli to artyleria, to gdzieś tu musi być ktoś, kto podał jej namiary. - Zdyszany stanął przy wiejącym chłodem wejściu i odwrócił się w stronę płonącego obozu. - Trzeba go znaleźć!
Wszyscy stojący przy wejściu zobaczyli jeszcze dwóch żołnierzy biegnących w ich stronę. Nagle ściana ognia z prawej strony biegnących rozstąpiła się na chwilę, jakby przeskoczył przez nią jakiś kształt. Pierwszy z żołnierzy potknął się i przewrócił, przetaczając się i zostawiając za sobą krwawy ślad. Drugi odwrócił się w biegu i zaczął się ostrzeliwać. Krzyknął krótko i uniósł się w powietrze podtrzymywany jakąś niewidzialną siłą. Powisiał tak przez chwilę w powietrzu szamocząc się jak nabita na harpun ryba. Gdy oklapł opuszczając głowę na piersi, niewidzialna siła upuściła go z głuchym tąpnięciem na ziemię.
Dziewiątka ludzi stojących u wejścia do starożytnej świątyni przez kilka sekund patrzyła z niedowierzaniem na leżące już na ziemi ciało.
- Co to było, do cholery? Wszyscy do środka! - Zakomenderował siwiejący mężczyzna.
Weszli do korytarza wypełnionego już gryzącym dymem. Pobiegli po pochylni w dół i schowali się za zakrętem korytarza.
- Rozciągnijcie pomiędzy ścianami linki od min-pułapek i stańcie w tym skrzyżowaniu korytarzy. Cokolwiek nadejdzie z zewnątrz, będzie musiało zerwać linki, żeby iść dalej, wtedy zasypiecie ten korytarz ołowiem, zrozumiano? - Starszy mężczyzna wziął dwóch partyzantów i pobiegł z nimi w
głąb korytarzy. Pozostali otworzyli stojące we wnęce skrzynie i zaczęli rozciągać wyciągnięte z nich linki. Rozciągnęli trzy, jedną nisko przy ziemi, drugą w połowie wysokości korytarza i trzecią pod sufitem. Od zakrętu odgrodzili się również ułożonymi w barykadę skrzynkami. Korytarz był wąski,
obok siebie zmieścili się tylko dwaj partyzanci, którzy oparli swoje karabiny o skrzynki. Pozostali stanęli z tyłu, gotowi do strzału. Czekali. Światło z ich latarek tworzyło ruchome smugi w snującym się korytarzu dymie nadając mu upiorny wygląd.
Zabin wbiegł do świątyni i zwolnił. Korytarz był ciasny. Wszechobecny dym podwyższał temperaturę lekko zniekształcając obraz widziany przez Predatora. Z drugiej strony zwiększał skuteczność maskowania. Dotarł do ostrego zakrętu. Przylgnął do ściany i wyjrzał zza rogu. Jakieś sześć metrów od niego stało sześciu ludzi zasłoniętych skrzynkami i celujących przed siebie. Rozejrzał się dokładniej i tuż przed twarzą dojrzał wąskie, niewyraźne kształty napiętych linek. Zastanowił się chwilę. Nie mógł użyć miotacza plazmy, gdyż namierzający laser od razu zostałby zauważony i ludzie otworzyliby ogień. Zabin opuścił dłonie i na obu udach wyczuł swoją dodatkową broń. Dysk na prawym i kuszę na lewym. Po pierwszym strzale z kuszy Ooman szybko odpowiedzą ogniem, ale dysk powinien zabić kilku naraz, a wtedy można by pomyśleć co dalej. Yautja wyciągnął dysk i zaktywował go wysuwając ostre jak brzytwa krawędzie tnące. Wyłączył laser naprowadzający. Będzie musiał użyć tej broni bez trybu naprowadzania. Ostrożnie wysunął się zza rogu. Przymierzył się do rzutu i cisnął dyskiem przed siebie i sam uskoczył w bok. Słyszał krzyk ludzi widzących lecący na nich pocisk, strzały i rykoszety odbijających się wokół niego kuł. Zanim zdążył pomyśleć o rym, jacy ci ludzie są głupi, że zamiast się chować to strzelają dotarł do niego wrzask pierwszego trafionego. Schowany za zakrętem słyszał metaliczny jęk dysku odbijającego się od kamienia, kroki biegnących. Wyciągnął kuszę. Broń z charakterystycznym dla niej chrzęstem automatycznie załadowała dziewięć bełtów. Wyskoczył zza rogu trzymając oburącz uniesioną i gotową do strzału broń. Na posterunku zostało tylko dwóch partyzantów. Strzelił. Świst bełtu tnącego powietrze i chrapliwy jęk walącego się człowieka z utkwionym w szyi bełtem o widłowatym, podwójnym ostrzu. Drugi Ooman otworzył ogień. Zdążył wystrzelić kilka pocisków, gdy drugi bełt uderzył go w pierś niemal całkowicie pogrążając się w ciele. Predator przeskoczył skrzynie i rozejrzał się. Na ziemi leżało pięć ciał. Trzy rozszarpane lecącym dyskiem i dwa z utkwionymi w nich bełtami. Jeden partyzant uciekł. Zabin wyciągnął swoje bełty z ciał zabitych i zaczął szukać dysku. Nie znalazł. Zaklął. Ten ostatni człowiek musiał go zabrać.
Mężczyzna biegł korytarzem. Co chwilę odwracał głowę. Potykał się. Sapał i śmierdział paniką. W prawej dłoni ściskał tą dziwną broń, wyglądającą jak dysk nafaszerowany jakąś elektroniką. Co chwila błyskały na nim jakieś kontrolki i dysk wibrował lekko próbując wyrwać się z dłoni człowieka. Mężczyzna mógł iść o zakład, że gdyby zwolnił uchwyt dysk poszybowałby korytarzem z powrotem do istoty, która go rzuciła. Na krawędziach dysku wisiały jeszcze jakieś drobne, krwawe strzępy, człowiek starał się ich nie dostrzegać. Jeszcze rampa, zakręt, duża sala i będzie bezpieczny. Nie widział, raczej czuł, że coś za nim podąża. Dotarł do wysokiej, rozświetlonej bladym jarzeniowym światłem komnaty. W jej centrum, nad otwartą już kamienną płytą, stał starszy, siwiejący człowiek i jeden partyzant. Mężczyzna podbiegł do nich.
- Dlaczego opuściłeś posterunek? - Dowódca zgromił go wzrokiem.
- Wszyscy nie żyją. To nie ludzie nas atakują, to coś innego, nie wiem co. Walczy czymś takim. - Pokazał dysk. Dowódca wziął dysk i przyjrzał mu się z bliska.
- Dobra, na dół! Wiejemy stąd. Na szczyt świątyni wysłałem Sancheza z karabinem snajperskim. Ma zabić wszystko co zobaczy. My przejdziemy tunelem do tej doliny osiem kilometrów stąd.
- Co z dzieciakiem?
- Zostawimy go. Ruszać się!
Wskoczyli do ziejącego czernią otworu i ciężka kamienna płyta zasunęła się za nimi zapadając w swe starożytne leże.
Do komnaty wśliznął się duch. Daniel przywiązany konopnymi sznurami do dużego kamienia obserwował ostrożnie przesuwający się pod przeciwległą ścianą cień. Snujący się przy ziemi dym rozstępował się przed niewidzialnymi nogami. Nagle zobaczył drugiego ducha wchodzącego do komnaty z przeciwległej strony. Ten szedł pewnie i szybko. Omiatał pomieszczenie potrójną laserową wiązką wyraźnie widoczną w zadymionym pomieszczeniu. Duchy zatrzymały się. Usłyszał chrapliwe głosy. Był pewny, że te dwa ledwo widoczne kształty rozmawiały, ale nie miał pojęcia o czym. Nagle oba kształty rozmyły się na chwilę i stały się widzialne. Daniel zobaczył dwie wysokie istoty. Na oko jedna miała jakieś dwa piętnaście metra wzrostu, druga była o trzydzieści centymetrów wyższa. Istoty ubrane były w dziwne zbroje, przypominające trochę ubiory drużyn antyterrorystycznych. Ich głowy, z wyjątkiem gęstych, grubych włosów, ukryte były pod hełmami. Niższa istota ruszyła w jego kierunku. Stanęła nad nim. Następnie przykucnęła, tak, że jej maska znalazła się na poziomie oczu chłopca.
- Nie bój się. - Usłyszał spod hełmu chrapliwy basowy głos.- Przyszliśmy cię uwolnić.
Zabin prowadził korytarzem tego ludzkiego chłopca i co chwilę odwracał głowę by mu się przyjrzeć. Dziecko mu się podobało. Było silne. Od razu po uwolnieniu chciał iść do rodziców. W ogóle nie bał się ani jego, ani Xitinarona, który zamykał pochód. Zabin w chwili zdejmowania petów z dziecka przełączył się w tryb wizyjny światła białego. Dokładnie przyjrzał się ciemnej karnacji chłopca, czarnym, lśniącym włosom i błękitnym oczom. To był silny Ooman. Było to widać, mimo, że miał dopiero jakieś sześć lat. W przeliczeniu na lata tej planety wyjdzie około czternastu.
Cała trójka opuściła świątynię. Natychmiast podbiegli do nich rodzice chłopca. Sabrina przytuliła go z całej siły. Padł strzał. Wszyscy jak wmurowani patrzyli na powoli osuwającego się na kolana Jonatana. Krwista plama powoli powiększała się na jego piersi. Zdziwione spojrzenie zeszkliło się i człowiek padł sztywno na ziemię. Sabrina z krzykiem uniosła się cały czas próbując osłonić chłopca. Zabin i Xitinaron błyskawicznie włączyli maskowanie i zaczęli się rozglądać za strzelcem. Jednocześnie z drugim strzałem Zabin poczuł jak coś małego i szybkiego przeczesało mu włosy. Odwrócił głowę i zdążył zobaczyć upadającą w tył Sabrinę z czerwoną plamą pośrodku czoła. W tym momencie zalał ich na sekundę jasny blask, który pomknął w stronę szczytu świątyni. To Xitinaron zlokalizował snajpera i posłał w jego kierunku potężny impuls z miotacza plazmy. Nie tracąc czasu zaczął wspinać się po wielkich ciosach budowli. Zabin zdjął maskowanie i podszedł do chłopca klęczącego nad ciałami rodziców.
- Przykro mi. - Powiedział. - Zabierzemy cię stąd dokądkolwiek zechcesz.
- Nie mam gdzie iść. - Zachlipiał chłopiec. - Nie znam żadnej dalszej rodziny. Zabiorą mnie do domu dziecka. Mnie i siostrę.
- Jaką siostrę?
- Mam siostrę. Młodszą. Została w domu z opiekunką.
Chłopiec skulił się nagle. Po dżungli przetoczył się ryk jakby dzikiego zwierzęcia.
- Co... Co to było?
- To Xitinaron. - Odparł Zabin. - Dopadł tego człowieka, który zabił twoich rodziców.
Stali w milczeniu, gdy podszedł Xitinaron i rzucił chłopcu pod nogi głowę snajpera. Dziecko odskoczyło gwałtownie i z przestrachem. Upiorna, pokrwawiona twarz z zastygłym wyrazem potwornego strachu patrzyła się w niego nie widzącymi oczyma. Zabin pociągnął chłopca w stronę lasu.
- Nie weźmie trofeum? - Zapytał Xitinaron.
- Nie, nie weźmie.
I tak się stało, że dżungla zamknęła się za dwoma Yautja i jednym ludzkim dzieckiem. Nad placem świątynnym, poskręcanymi trupami i dwoma kopcami usypanych kamieni zaległa cisza.

KAINDE AMEDHA

Zabin szedł korytarzem i uginał się pod ciężarem przenoszonych właśnie ksiąg, gdy potknął się i jak długi wylądował na posadzce. Zdarł kolana o szorstki kamień a książki rozleciały się z hukiem. Yautja patrzył przez chwilę jak stronice opadają powoli na ziemię niczym jesienne liście. Usłyszał nad sobą skrzeczący śmiech. Odwrócił się na plecy i zobaczył trzech stojących nad sobą Yautja. Ściany i sufit korytarza miały celowo obniżoną temperaturę, więc nachylające się nad nim sylwetki widział wyraźnie.
- Co jest, Zabin? - Zaskrzeczał ten w środku. - Trenujesz siłę przed okrwawinami? Popracuj lepiej nad zręcznością. - Pozostali dwaj zawtórowali śmiechem.
- Podstawiłeś mi nogę. - Stwierdził Zabin z wyrzutem.
Stojący po środku Predator schylił się szybko i podniósł mocnym szarpnięciem Zabina.
- Rzuciłeś mi oskarżenie, chłystku? Przy świadkach? Czy je powtórzysz? - Zmrużył oczy i uniósł lekko dwa górne kły w niemym pytaniu.
- Co tu się dzieje? - Wszyscy spojrzeli w stronę, z której dobiegał głos.
W końcu korytarza stał stary zgarbiony Yautja. Wspierał się ciężko na zdobionej lasce.
- Tarok! Natychmiast puść Zabina! - Starzec zaczął powoli kuśtykać w ich stronę. Yautja wypuścił swoją ofiarę. Zabin pozbawiony podpory siadł z rozmachem na księgach.
Tarok odwrócił się w stronę starca i schylił się w szyderczym ukłonie.
- Jak rozkażesz, szlachetny Adarinie. Wiedz, że jedynie pomagałem mu wstać, gdy przydarzył mu się nieszczęśliwy wypadek.
- Twoja obecność w bibliotece dziwi, młody Taroku, czyżbyś chciał rozszerzyć swoją wiedzę, czy też zabłądziłeś szukając siłowni? - Młody Yautja wyprostował się i wydał cichy pomruk. Podszedł do Adriana i z góry spojrzał na zgarbionego starca.
- To siła i zręczność decydują o przynależności do klanu. Nie księgi i taśmy!
Adarin stęknął i wyprostował się. Tarok musiał mocno zadrzeć głowę, żeby nadal patrzeć starcowi w oczy.
- Wiem o tym młodzieńcze. Też przeszedłem test. Byłem Łowcą, a moje trofea po dziś dzień zdobią pałac twego wuja. Wiedz jednak, że prawdziwy łowca powinien przede wszystkim wykazać się inteligencją i mądrością. Wiele stworzeń w tej galaktyce jest od nas silniejszych i zwinniejszych, nie są jednak inteligentne. I to daje nam przewagę, z której, jak widzę, dobrowolnie rezygnujesz. - Tym razem Tarok warknął jeszcze głośniej, a jeden z kłów zaczął mu drgać nerwowo.
- Jeszcze się przekonamy! - Odwrócił się na pięcie i wyszedł z budynku. Zaraz za nim, jak cienie, podążyli dwaj pozostali.
- Zabinie, pozbieraj księgi. - Adarin odwrócił się i ruszył ku drzwiom, z których wyszedł. - I przyjdź do mnie.

Komnata kapłana mieniła się delikatną czerwienią. Sprawiło to starodawne oświetlenie - świece. Nagrzewały salkę równie skutecznie zaciemniając obraz pomieszczenia w podczerwieni jak dym widoczny w paśmie światła białego. Zabin odłożył księgi na stole i podszedł do siedzącego w fotelu Adarina. Kapłan wyglądał tak, jakby rozmowa z Tarokiem i wyprostowanie swej sylwetki całkowicie go wyczerpały. Temperatura jego ciała była niska, w oczach Zabina starzec niemal zlewał się z tłem.
- Za rok czekają cię okrwawiny, Zabinie. - Wyszeptał.
- Wiem. Jeszcze mam czas żeby się przygotować.
- Nie masz. Musisz zacząć już teraz. Tarok miał rację. Jesteś za słaby, żeby sprostać temu testowi.
- Przecież nic mi nie grozi. Wszyscy młodzi Yautja biorący udział w okrwawinach są cały czas asekurowani z powietrza.
- Jednak wielu ginie.
- Tylko mały odsetek, kilka procent.
- Zabinie! To ty jesteś te kilka procent! Zrozum to! Cieszy mnie, że pomagasz mi w świątyni i bibliotece, ale zaniedbujesz ćwiczenia. Twoi instruktorzy narzekają, że się nie przykładasz. Jeśli nie zaczniesz treningu to nie pożyjesz wystarczająco długo, żeby pomoc nadeszła. Rozumiesz? - Zabin westchnął.
- Tak, Adarinie, rozumiem.
- Zaczniesz jeszcze dzisiaj. Za trzy godziny pójdziesz do pałacu i spotkasz się ze Skijnovalem.
- Mówisz o trenerze rodziny książęcej? - Zabin nie mógł uwierzyć w słowa kapłana. - Przecież on trenuje Taroka!
- Tak. Trenuje również Xitinarona, syna księcia naszego klanu. I to właśnie z nim będziesz trenował. Dzięki temu wraz z Tarokiem i Xitinaronem zostaniesz poddany testowi, będziesz asekurowany tak samo dobrze jak ci członkowie panującej rodziny, więc będziesz miał duże szanse przeżycia.

***

Pytanie: Jak to się stało, że inny Yautja mógł trenować razem z dziedzicem księcia?
Odpowiedź: Za poręczeniem kapłana klanu.
Pytanie: Przecież w waszym społeczeństwie istnieje ścisła hierarchia. Inni nie burzyli się?
Odpowiedź: Było kilku, którym to przeszkadzało, między innymi Tarok.
Pytanie: Tarok to pański brat?
Odpowiedź: Stryjeczny.
Pytanie: Jaka była jego reakcja?
Odpowiedź: Hamował się, lecz później to i tak już nie miało znaczenia.
Pytanie: Dlaczego?
Odpowiedź: Część młodych wojowników nie przeżywa rytuału okrwawin…
Pytanie: Czy mógłby pan przybliżyć komisji ten rytuał?
Odpowiedź: Założenia są proste. Młodzi Yautja są transportowani na nieznaną im planetę i tam mają dzień na zdobycie trofeum kainde amedha.
Pytanie: Czy to również wulgaryzm opisujący inną rasę? Jak pyode amedha?
Odpowiedź: Można to tak określić, mówimy tak na xenomorfy.

***

Zabin zawirował. Przypadł do ziemi zginając lewą nogę a prawą wyrzucając w bok dla zachowania równowagi, zasłonił się kijem treningowym. Poczuł uderzenie drugiego kija w miejscu, w którym dokładnie się tego spodziewał. Przesunął kij w dłoniach i obrócił go z furkotem by uderzyć przeciwnika w biodro. Napotkał twardą zasłonę kija przeciwnika. Włożoną w zablokowany cios siłę wykorzystał na odbicie się i odskok. Wylądował z kocią gracją.
- Źle! Zabinie, ile razy mam ci to powtarzać! - Młody Yautja usłyszał chrapliwy głos zza swoich pleców. - Nie możesz tracić kontaktu z przeciwnikiem.
- Przecież jest przede mną... - W tej chwili Zabin otrzymał silne uderzenie sztychem w żebra. Zabrakło mu tchu i usiadł na podłodze.
- Widzisz jak to się kończy? Zdejmijcie opaski, obaj.
Zabin zdjął z oczu opaskę. Wykonana była z tworzywa sztucznego z zalanymi w nim wąskimi drucikami, które rozgrzewając się zasłaniały noszącemu opaskę Predatorowi widok ścianą pulsującej czerwieni. Znajdował się w dużej sali. Ściany i podłoga emanowały zimnem. Wokół rozstawione były stojaki z najróżniejszą bronią. Przed nim stał Xitinaron opierając się o kij, którym przed chwilą go powalił. Zza pleców Zabina wyszedł wielki, barczysty Yautja. Jego niezakryty niczym tors pulsował ciepłem w podczerwieni, lecz w wielu miejscach przecinały go zimniejsze wąskie paski blizn. Również przez twarz Predatora przebiegała ukośnie taka błękitna pręga, a jeden z dolnych kłów był równo przycięty. Skijnoval nigdy nie zdecydował się na naprawę kła. Było to źródłem jego dumy, bo urządziła go tak, dawno temu, jego najgroźniejsza ofiara. Od tamtego czasu Skijnoval poświęcił się nauce sztuki walki, jaką ta ofiara się posługiwała i teraz jest najgroźniejszym w walce wręcz Predatorem. Mimo wielu wyzwań od ponad osiemdziesięciu lat nikt go nie pokonał na arenie. Ta chodząca legenda szkoliła Zabina, z czego był on bardzo dumny i przykładał się do nauki. Skijnoval słynął też z tego że na polowaniach nie posługiwał się już żadną bronią wykonaną przez Yautja. Używał broni, która zostawiła mu bliznę i ucięła kieł. Traktował to jako oddanie hołdu swojej ofierze. Póki ta broń istnieje, mawiał, pamięć o tamtym dzielnym wojowniku nie zaginie.
- Nad czym znowu tak rozmyślasz, Zabinie? - Głos wyrwał młodego Yautja z zadumy. - Skup się! Jeżeli nie widzisz przeciwnika, nie możesz tracić z nim fizycznego kontaktu. Ta technika nazywa się lap sau, można to przetłumaczyć jako lepkie ręce. Czując swojego przeciwnika, czując jego mięśnie i puls jesteś w stanie przewidzieć jego kolejny ruch i zareagować. Straciłeś kontakt z Xitinaronem i nie mogłeś zareagować na jego kolejny ruch. Popełniłeś też błąd próbując ze mną dyskutować. Twój przeciwnik kierując się słuchem odkrył twoją pozycję i to wykorzystał. Za miesiąc rytuał, nadal masz marne szanse by go przeżyć. Weźcie miotacze plazmy i idźcie na strzelnicę, ja mam ważne spotkanie. - Skijnoval obrócił się i skierował ku wyjściu z sali treningowej.
Xitinaron podszedł do Zabina i wyciągnął ramię by pomóc mu wstać z podłogi. Syn księcia był nieco wyższy od Zabina i atletycznie zbudowany. Był równie dumny jak Tarok, ale jednocześnie był bardziej honorowy i nie tak arogancki. Nigdy nie okazał otwartej pogardy w stosunku do słabszego od niego Zabina. Szanował Adarina i zyskał sympatię Zabina.
- Chodź, postrzelamy trochę. - Xitinaron postawił szarpnięciem Zabina na nogi. - Nie przejmuj się Starym. Jesteś naprawdę dobry, lepszy niż Tarok. - Syn księcia mrugnął do Zabina i roześmiał się.

Skijnoval wszedł do świątyni, przemknął bezszelestnie przez główny korytarz i wszedł do medytacyjnej komnaty Adarina. Stanął za plecami starca i zamarł w bezruchu.
- Biały Tygrys na swych łapach biegnie przez dżunglę niczym duch, niczym zjawa. Bezszelestnie. - Adarin wstał z wysiłkiem i obrócił się w stronę Skijnovala. - Witaj Biały Tygrysie. Nadal tylko Yautja, którzy polowali na planecie Ooman potrafią rozszyfrować twe imię?
- Twój słuch Adarinie nie tępieje z wiekiem. Jesteś jedynym, którego nadal nie potrafię podejść. - Starzy łowcy roześmiali się. Adarin szybko spoważniał.
- Przyszedłeś pewnie powiedzieć mi o postępach Zabina. Co z nim? Przeżyje? - Skijnoval nie przestawał się śmiać.
- Jest lepszy niż ja w jego wieku. Bardzo bym się zdziwił, jeśliby nie przeżył rytuału. Brakuje mu tylko dyscypliny, ale nie jestem w stanie go jej nauczyć, zresztą tak samo jak moi instruktorzy nie mogli poradzić sobie ze mną.
- To znaczy, że zdyscyplinowania w walce nauczy się tak jak ty. - Adarin nadal był poważny.
- Niestety. - Biały Tygrys przestał się śmiać. - Będzie musiał zobaczyć śmierć by dojrzeć. Miejmy tylko nadzieję, choć to okrutne, że stanie się tak zanim sam stanie do walki.
- Jednak po tym co powiedziałeś czuję się lepiej. Jeszcze lepiej poczuję się gdy mnie zapewnisz, że będzie nad nim czuwał jedyny Yautja znający ludzką technikę walki zwaną Kung-Fu i posługujący się szablą dao.
- Zapewniam cię o tym, Adarinie. Pamiętaj jednak, że moim obowiązkiem jest ochranianie Xitinarona i Taroka. Postaram się poświęcić Zabinowi możliwie najwięcej uwagi.

Zabin stał na korytarzu i patrzył przez okno na przesuwającą się w dole planetę. Błękitny owal na tle ciemnego granatu kosmosu. Planeta bez nazwy wybrana na miejsce tegorocznych okrwawin. Zabin długo negował swój udział w tym rytuale. Adarin przekonał go jednak, że próba uchylenia się od rytuału i tym samym wystąpienie przeciw tradycji mogłoby mieć dla Zabina opłakane skutki. Młody Yautja będzie musiał zabić. Będzie musiał stawić czoła istocie doskonałej. Stworzonej w laboratoriach, niszczącej ekosystem każdej planety, na którą trafi. Yautja chcieli mieć ofiarę na okrawawiny godną młodych Predatorów. Jego przeciwnik będzie cichy i szybki. Przeciwko jego wybranej broni przeciwstawi ostre pazury, ogon niczym bicz zakończony długim kolcem jadowym i potężne podwójne szczęki zdolne jednym uderzeniem zmiażdżyć czaszkę Zabina. I krew. Nieostrożny Yautja może zginąć wraz ze swą ofiarą obryzgany jej żrącą niczym kwas krwią.
Rozległ się dźwięk gongu. Zaraz rozpocznie się rytuał. Zabin ruszył korytarzem. Jego kroki wybijały jękliwy rytm na metalowej podłodze. Fregata wojenna weszła na orbitę parkingową planety.
Zabin wszedł do dużej komnaty wypełnionej już młodymi Yautja. Zabin nie zwracał uwagi ani na pięknie zdobione ściany, ani na snujące się przy podłodze opary ani na otaczające go podniecenie. Nieobecnym wzrokiem wodził za odprawiającymi modły Adarinem i jego akolitami.
Adarin odwrócił się do zgromadzonych Yautja. Zabin rozejrzał się. Było ich około cztedziestu. Wszyscy młodzi z klanu.
- Kto z was domaga się honoru stając po raz pierwszy samemu naprzeciwko tego świeżego mięsa? - Adarin wykrzyczał rytualne pytanie. Odpowiedział mu ogłuszający ryk młodzieży. Zabin też zaryczał, ale tak jakoś bez przekonania, bo wypadało.
- Niech Polowanie się rozpocznie.
Każdy Yautja podchodził do Adarina i brał z jego rąk wybraną wcześniej dla siebie broń oraz specjalny rytualny hełm. Gdy przyszedł czas na Zabina, podszedł i wyjął z rąk kapłana włócznię, która teraz, zdeaktywowana, była jedynie metrowym tubusem. Wziął hełm. Spojrzał w oczy swego nauczyciela i zobaczył w nich ukrywaną obawę. Skłonił się i podążył do lądownika. Obejrzał hełm. Wyglądał z grubsza jak maski dorosłych Yautja, jedyną różnicą były długie kolce na jego froncie mające zabić skaczącą na twarz larwę xenomorfa. Hełmy te działały też tylko w jednym trybie wizyjnym, pozwalającym zobaczyć elektromagnetyczną poświatę emitowaną przez xenomorfy.
Zabin wślizgnął się do kapsuły, w której siedzieli już Xitinaron i Tarok. Nad nimi stał Skijnoval. Wręczył im po małej kulce.
- To nadajniki. Macie je zaktywować, gdy zdobędziecie trofeum. Będziemy mogli wtedy szybko do was dotrzeć by zabrać was z powierzchni. Dobrze dobraliście sobie broń. Jestem z was zadowolony. - Stary łowca stanął nad Tarokiem. - Dysk to doskonała broń, ale pamiętaj wyłączyć funkcję automatycznego powrotu przed rzutem. Trzeba mieć dużo doświadczenia by złapać wracający dysk nie tracąc przy tym ręki. - Tarok parsknął lekceważąco.
- Załużcie hełmy. - Zabin wykonał polecenie i pierwszy raz od urodzenia zobaczył świat inny, niż widział do tej pory. Wszystko zrobiło się jendolicie czerwone. Zobaczył poruszenie. Rozpoznał Skijnovala. Monochromatyczna postać Predatora miejscami była ciemniejsza. Zabin domyślił się, że to cień. Nigdy wcześniej nie widział cienia, nie istnieje takie pojęcie gdy widzi się jedynie temperaturę przedmiotów i istot. Skóra Białego Tygrysa upstrzona była ciemniejszymi plamami. Zabin rozejrzał się. Skóra Xitinarona i Taroka również była plamista. Wyciągnął przed siebie ramiona i przyjżał się im. Nie było plam. Jego skóra miała jednolity odcień czerwieni.
Drzwi kapsuły otworzyły się. Zawiało chłodem.
- Powodzenia. - Cała trójka wyskoczyła z pojazdu, który wzniósł się natychmiast z przejmującym gwizdem. Xitinaron i Tarok ryknęli i pobiegli w różne strony.
Zabin szybko stracił ich z oczu. Został sam. Rozejrzał się. Otaczała go goła ziemia, gdzie niegdzie sterczał jakiś mały krzaczek. Na północy widział las sterczących w górę skał. Nie widząc, żadnego innego punktu orientacyjnego ruszył w ich kierunku. Był spięty. Żołądek zacisnął mu się w supeł. Już po chwili dłonie miał mokre od potu. Aktywował włócznię. Z obu stron tubusa wyskoczyły z sykiem teleskopowe ostrza. Zacisnął mocniej dłonie na broni. Gdzieś daleko po prawej stronie usłyszał gwizd startu lądownika. Kolejna trójka Predatorów została wysadzona. Poczuł się pewniej. Nie był tu sam. W promieniu pół dnia marszu roi się od Predatorów. No, o ile czterdziestu Yautja to rój.
Dotarł do skał. Ostrożnie wszedł pomiędzy kamienne zęby. Skradał się najciszej jak potrafił i rozglądał się uważnie. Ruch. Zamarł. Wyczuł ruch za sobą. Blisko. Błyskawicznie się odwrócił. Ryknął by dodać sobie odwagi i wyprowadził silne uderzenie po przekątnej od dołu do góry. Trafiony w głowę przeciwnik zatoczył się i upadł z jękiem. Zabin spodziewał się zobaczyć wyraźną jasnoniebieską sylwetkę xenomorfa, tak jak mu powiedziano, że będzie widziany w trybie wizyjnym hełmu. Zamiast tego z ziemi zaczął podnosić się, słabo odróżnialny od otoczenia kształt Predatora.
- Tarok! Nic ci się nie stało?
- Zabin! Idioto! Uważaj trochę!
- Dlaczego mnie podchodziłeś?
- Nie wiedziałem, że to ty. Kierowałem się słuchem. Masz szczęście, miałem zamiar rzucić dyskiem zaraz po wyjściu zza skały. Nie zdążyłbym się zorientować w pomyłce. - Tarok odwrócił się i ruszył przed siebie.
- Zaczekaj! - Zabin podbiegł do niego. - Trzymajmy się razem. Będzie bezpieczniej. Przynajmniej sami sobie nie zrobimy krzywdy.
- To ma być samodzielne polowanie. Odejdź. Zawsze jeszcze mogę rzucić dyskiem i powiedzieć, że to był wypadek.
- Nie zrobiłbyś tego!
- Przekonamy się?
Zabin dostrzegł nagle na jednej ze skał jasny błysk błękitu.
- Na skale! - Krzyknął pokazując ramieniem kierunek. Tarok zawinął się niczym dyskobol i rzucił dysk. Pocisk z gwizdem rozciął powietrze. Zobaczyli na skale sylwetkę xenomorfa. Wyglądał jak wielki przykucnięty owad. Przyglądał im się. Jego podłużna głowa była nieruchoma, wachlował jedynie ogonem. Więcej szczegułów nie dostrzegli. Dysk trafił potwora i rozciął go na pół. Dysk zawrócił po krótkim łuku i pomknął w ich stronę. Tarok złapał go niezgrabnie. Ryknął tryumfalnie i podbiegł do rzucanych drgawkami połówek xenomorfa. Zabin ruszył za nim rozglądając się po szczytach innych skałek.
- Uważaj na krew.
- Nie pouczaj mnie. - Tarok kucnął nad zabitym stworem i przymierzył się do odcięcia mu głowy i zabrania trofeum, gdy nagle ziemia pod nimi zapadła się. Lecieli krótko i uderzyli w twarde podłoże. Wstali.
- Co się stało? - Tarok patrzył w otwór widniejący kilka metrów nad nimi.
- Krew xenomorfa. Przeżarła skałę.
- Bez obaw. Nisko. Doskoczymy tam.
Zabin rozejrzał się wokół.
- Obawiam się, że to gniazdo.
- Co ty nie powiesz..
- Słyszysz?
Usłyszeli obaj. Piski i chrobot. Po chwili zobaczyli biegnące na nich xenomorfy. Kilka. Biegły po ścianach, po sklepieniu. Poruszały się błyskawicznie. Tarok rzucił dyskiem. Zabin spojrzał w drugą stronę, z której nic się nie zbliżało. Kątem oka dostrzegł ruch nad nimi. Przez wyżartą dziurę szykował się do skoku kolejny stwór. Zabin odepchnął Taroka. Tam gdzie przed chwilą stał Yautja wylądował xenomorf. Zabin uderzył go włócznią. Stwór po ciosie zachwiał się. Zabin uderzył sztychem przebijając pierś xenomrofa. Wyciągnął dymiącą włócznię z martwej już istoty. Tarok podniósł się i po chwili znów upadł z podciętym gardłem. W ścianę obok wbił się dysk, który wrócił do swego właściciela. Zabin w szoku patrzył na umierającego Predatora. Nie zauważył, gdy jeden ze stworów stanął nad nim i otworzył pysk gotowy do śmiertelnego uderzenia szczęką. Nie zauważył jak głowa tego stwora odrywa się od korpusu i zostaje przybita do ściany. Nie zuważył skaczącej przez otwór sylwetki, która natychmiast przyklęknęła i strzeliła z automatycznej kuszy do ostatniego nadbiegającego stwora. Ocknął się dopiero wtedy, gdy Xitinaron potrząsnął nim.
- Zabin! Wiejemy.
- Tarok.
- Nie posłuchał Skijnovala. Ma za swoje. - Xitinaron odwórcił się. Zabin zobaczył, że jego towarzysz ma już przez plecy przewieszony podłużny kształt głowy xenomorfa. Predator kucnął nad przebitym włócznią stworem i szarpnął ukręcając jego głowę. Poczekał, aż wypłynie cała żrąca ciecz i podał łeb Zabinowi.
- Twoje trofeum. - Szybko obrócił głowę w kierunku, z którego nadbiegły stwory. - Szybko! Na górę! Biegną kolejne!
Xitinaron wybił się i chwycił dłońmi krawędź otworu po czym zwinnie podciągnął się na rękach. Zabin nadal patrzył w nieruchome ciało Taroka. Słyszał zbliżające się xenomorfy. Porzucił trofeum, podniósł ciało Taroka, zarzucił je na ramiona i podskoczył do otworu stękając z wysiłku. Xitinaron pomógł mu wyjść za krawędź. Zabin dostrzegł przy dziurze małą błyskającą kulkę.
- Zaktywowałem nadajnik. - Potwierdził jego domysły Xitinaron. - Zaraz po nas przylecą.
- Nie wiem czy zdążą. - Zobaczyli jak na czubkach skał pojawiają się sylwetki xenomorfów.
- Dlaczego poszliście do gniazda? Tarok chciał szybko zdobyć trofeum, ale ciebie nie rozumiem. Biegnij! Zostaw ciało! - Rzucili się do ucieczki. Mknęli niczym lamparty. Zabin nie porzucił ciała. Swoje dłonie wpił pazurami w ramiona Taroka. Martwy Predator był ciężki, nawet dla innego Yautja. Zabin zaczął zostawać w tyle. Potknął się raz. Potknął się drugi raz. Nie oglądał się, nie musiał. Wiedział, że śmierć jest blisko, dogania go.

- Złapałem sygnał nadajnika Xitinarona. - Pilot wskazał palcem na migającą kontrolkę. Skijnoval nachylił się nad nim.
- Sygnał pochodzi z gniazda xenomorfów. Nie spodziewałem się po nim takiej głupoty! Leć tam! Szybko.
Gdy nadlecieli nad skały zobaczyli wiele xenomorfów wychodzących z różnych otworów w skałach. Zobaczyli też dwie sylwetki oddalające się od gniazda.
- Szybko mnie wysadzisz. Sam zawrócisz i zniszczysz gniazdo.
- Mogę teraz to zrobić.
- Nie, xenomorfy zaraz ich dogonią. Nie poradzą sobie sami. Otwórz drzwi. - Biały Tygrys założył swój hełm i przewiesił przez plecy swoją nieodłączną szablę. Gdy tylko otworzyły się drzwi skoczył. Sterował ramionami w krótkim locie, przy lądowaniu zwinął się w kłębek i przekoziołkował kilka razy, gdy wstawał na nogi w jego dłoni już błyszczała szabla dao. Zawrócił i skierował się twarzą do nadbiegających młodych Yautja. Westchnął z ulgą, gdy zorienotwał się, że to Zabin biegnie za Xitinaronem. Ruszył w ich kierunku. Zobaczył, że lądownik już zawrócił nad gniazdo i rozpoczął ostrzał z dużych miotaczy plazmy. Młodzi Predatorzy dobiegli do Skijnovala i też się odwrócili. Biegło na nich blisko dwadzieścia xenomorfów. Ziemia trzęsła im się pod nogami. Skijnoval bardzo się zdziwił, gdy zobaczył, że Zabin trzyma na plecach innego Predatora.
- Ranny?
- Nie żyje.- odpowiedział Xitinaron. - To Tarok.
- Zabinie. Puść go. - Skijnoval krzyknął na młodego Yautja. - Nie będziesz walczył mając go na plecach!
Całe gniazdo zawaliło się od bombardowania. Lądownik zawrócił i posłał wyładowanie plazmy w stronę zbliżających się do nich stworów. Eksplozja zabiła cztery biegnące na końcu. Xitinaron zaczął strzelać z kuszy, kładąc kolejne pięć. Pilot nie zdecydował się na dalszy ostrzał. Xenomorfy były już zbyt blisko Predatorów. Najbliższy z napastników skoczył. Zabin pierwszy raz w życiu widział stworzenie, które mogło skoczyć na tak dużą odległość. Zobaczył jak Skijnoval rusza naprzeciw lecącego stwora i rozpłatuje go na dwoje nieuchwytnym dla oczu ciosem szabli. Predator obrócił się wokół własnej osi, strzepnął resztki krwi xenomorfa z szabli i zanim szczątki zabitego stwora spadły na ziemię pod ostrzem Skijnovala padł kolejny napastnik. Zabin nie miał czasu przyglądać się kunsztowi swego nauczyciela, gdyż dwa inne xenomorfy rzuciły się w jego kierunku. Zabin wziął głęboki oddech i uspokoił się. Upuścił Taroka i sięgnął po włócznię. Ruchy wykonały się same. Unik i zwrot. Xenomorf przebiegł za nim zbyt rozpędzony by zawrócić. Drugi nadział sie prosto na podstawioną włócznię Zabina. Yautja podniósł szamocącego się stwora na końcu ostrza i rzucił nim w zawracającego xenomorfa. Ten utracił równowagę. Gdy ją odzyskał, Zabin był już przy nim i szerokim, poziomym cięciem pozbawił go głowy. Zabin wyprostował się i rozglądnął. Byli sami. Wszystkie atakujące ich potwory były martwe, a obok lądował ich statek.
Gdy znaleźli się na pokładzie, Skijnoval zmierzył wzrokiem obu młodzików.
- Postąpiliście głupio i nierozsądnie. Dlaczego poszliście do gniazda?
- Nie wiedziałem, że to gniazdo. - Zabin spuścił wzrok.
- Ja wiedziałem, ale kazałeś mi w miarę możliwości mieć Zabina na oku. - Xitinaron bez żenady rozsiadł się w lądowniku i z zachwytem przyglądał się zdobytej przez siebie głowie xenomorfa. Zabin ze zdziwieniem popatrzył na Xitinarona i Skijnovala.
- Jak zginął Tarok?
- Zapomniał o rzuconym dysku. - Xitinaron zarechotał. Skijnoval zmierzył go wzrokiem.
- Prawda, to głupia śmierć, ale nie powinieneś się z niej śmiać. - Biały Tygrys spojrzał na Zabina. Młody Yautja siedział wyprostowany. Dłonie trzymał na kolanach. Oddychał ciężko. - Zabinie zdejmij hełm.
Zabin wykonał polecenie. Świat ponownie przybrał znane mu barwy. Uspokoił się. Spojrzał na hełm. Metal w kilku miejscach był nadtopiony.
- Miałeś dużo szczęścia, że nie ochlapało ci skóry. Nie masz trofeum.
- Widziałem jak zabił jednego xenomorfa. Moje słowo wystarczy. Powiem, że nie było czasu na zabranie trofeum. - Xitinaron spojrzał na Zabina.
- Dobrze. - Skijnoval przytaknął. - Przy mnie pokonał jeszcze dwa. I wydostał z gniazda ciało Taroka, chociaż nie musiał tego robić. Zabinie, spójrz na mnie. - Zabin podniósł wzrok. - Pomimo braku trofeum uznaję, że rytuał przeszedłeś doskonale. Wykazałeś się odwagą i dużymi umiejętnościami. Zasługujesz na własne ki'cti'pa.

Wszyscy ponownie znaleźli się w sali rytuału na fregacie. Zabin rozejrzał się wokół. Brakowało dwóch Yautja. Jak co roku, rytuał zebrał swoje żniwo. Tym razem zginęło trzech młodych Predatorów. Tylko trzech. Jeden z najbardziej udanych rytuałów od kilku lat. Każdy podchodził do Adarina i składał przed nim głowę xenomorfa. Adarin skłaniał się przed nim lekko i wręczał ki'cti'pa. Od tej chwili młody Yautja mógł być nazywany Łowcą. Jeszcze tylko operacja założenia ostrzy naręcznych, których już nigdy w swym życiu nie zdejmie. Ki'cti'pa będą zrośnięte z przedramieniem Predatora, pozwalając mu na wysuwanie i chowanie ostrzy jedynie siłą woli. Ich zdjęcie może się skończyć poważnym uszkodzeniem układu nerwowego i śmiercią Łowcy. Przyszła kolej Zabina. Na sali zapanowała dojmująca cisza. Młodzi przestali dyskutować o przebytych łowach i spojrzeli na Zabina. Wszyscy już wiedzieli co się stało na powierzchni. Zabin ruszył przed siebie, a w wyciągniętych ramionach niósł ciało Taroka. Zabin ukląkł i złożył ciało u stóp Adarina. Wcześniej Skijnoval poinstruował go co ma powiedzieć. Teraz stał za Adarinem z ramionami skrzyżowanymi na piersi, w pełnym pancerzu i swojej zdobionej masce. Znad prawego ramienia wystawała rękojeść szabli dao.
- Tarok z klanu Vi'knara zginął jako Łowca wykazując pogardę dla wrogów i śmierci.
- Zatem, skoro nie został zabity przez swoją pierwszą ofiarę, uznaję go Łowcą. - Odparł Adarin. - Niech jego łowy trwają wiecznie w Krainie Śmierci.
Adarin spojrzał prosto na Zabina.
- Wiem, że porzuciłeś własne trofeum, by ocalić od zbeszczeszczenia ciało Taroka. Oto twe ki'cti'pa. - Zabin przyjął od kapłana ostrza i przyjrzał się im. Będzie Łowcą. Popatrzył na ciało Taroka i na stos podłużnych głów. Z części wisiały bezładnie wewnętrzne szczęki. Będzie niszczył plagę xenomorfów, tam gdzie ją znajdzie. - Musisz jednak posiadać trofeum upamiętniające rozpoczęcie życia jako Łowca. - Zabin podniósł głowę. Nie spodziewał się takich słów. To nie była część rytuału. Nie rozumiał co się dzieje. Adarin odsunął się, a do klęczącego Zabina podszedł Skijnoval. Zdjął swoją maskę i wręczył ją Zabinowi. Po sali poniósł się pomruk zdziwienia.
- Niech to będzie twym trofeum. - Rzekł Skijnoval. Zabin przyjrzał się trzymanej w dłoniach masce. Jej front pokrywały fantazyjnie wijące się linie. Ciemne osłony na oczy były lekko cofnięte pod okap hełmu, przez co całość sprawiała wrażenie nasrożonej, wytatuowanej twarzy. Maska Skijnovala, maska, po której był rozpoznawany na każdej planecie Predatorów i w każdym klanie, ta maska należała teraz do Zabina. Stojący w pierwszym rzędzie Xitinaron uniósł nad głowę kuszę i zaryczał potężnie, rzucając na boki głową. Reszta zgromadzonych Yautja poszła w jego ślady. Zabin został uznany za Mistrza Okrwawin. Predatora, który ukończył polowanie w najlepszym stylu.
Autor artykułu
Szarik's Avatar
Zarejestrowany: Jun 2007
Miasto: Kraków
Posty: 102
Reputacja: 19
Szarik nie jest za bardzo znanySzarik nie jest za bardzo znanySzarik nie jest za bardzo znanySzarik nie jest za bardzo znanySzarik nie jest za bardzo znanySzarik nie jest za bardzo znanySzarik nie jest za bardzo znany

Oceny użytkowników
 
Brak ocen. Dodaj komentarz aby ocenić.
 

Narzędzia artykułu

komentarz



Zasady Pisania Postów
You may Nie post new articles
You may Nie post comments
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 16:34.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site
artykuły rpg

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166