Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > Zakątek LI-teracki > Artykuły, opowiadania, felietony > Opowiadania
Zarejestruj się Użytkownicy


komentarz
 
Narzędzia artykułu Wygląd
<!-- google_ad_section_start -->[WiH] Prolog - Przepędzenie<!-- google_ad_section_end -->
[WiH] Prolog - Przepędzenie
Autor artykułu: Ra6nar
21-08-2007
[WiH] Prolog - Przepędzenie

Almeire położyła dłoń na rękojeści miecza, którego klinga pięknie odbijała światło pełnego księżyca. Siedząc przy ognisku patrzyła na unoszące się ku niebu iskry i rozmyślała nad tym, co miało nastąpić nazajutrz. Zdając sobie sprawę z tego jaka ciąży na niej odpowiedzialność nie zamierzała robić niczego co miałoby sprowadzić pewną śmierć na jej wierne wojowniczki, a mimo to twierdza Sharebourne musiała upaść. Tylko w ten sposób plemię amazonek mogło wywalczyć sobie prawo do ziem na południu Yg'urast. Almeire wiedziała jak nikt inny do czego zdolni są członkowie Zakonu Kruka, zamieszkujący północny kontynent Lantanu zwany Nordmarem. To właśnie oni wtargnęli do Yg'urast i zajęli prawdawną twierdzę mnichów. Amazonka aż zgrzytnęła zębami ze złości na myśl, że w tak bezczelny sposób zakon rycerski wtargnął na ich ziemie, co więcej zagraniając coś, czego same amazonki nie ruszały przez długie lata, by uszanować pamięć owego miejsca.
Dla ich plemienia było to miejsce kultu, które powinno wedle ich wierzeń zostać niezamieszkałe, dla posłańców Kruka była to tylko kolejna opuszczona warownia, którą należy wzmocnić i stworzyć z niej garnizon, który pozwoli zbudować nieistniejącą granicę na obcych ziemiach.
- Almeire, jesteśmy gotowe wyruszyć o każdej porze... - usłyszała głos jednej ze swoich wojowniczek, która nie zatytułowała swojej królowej lecz zwróciła się do niej po imieniu. Mogłoby to zdziwić niejednego lorda Lantanu, ale w kręgach wojowniczek Yg'urast było to zupełnie normalne.
Almeire uśmiechnęła się do poddanej, po czym odpowiedziała:
- Miło mi to słyszeć Scalve, ruszamy jutro o świcie. Wieczorem zrobimy to do czego nas zmusili.
- Wybacz Almeire, że to powiem, ale nie czuję się najlepiej z perspektywą ataku na coś co przez długie lata otaczałyśmy kultem...pozostałe arendye też tak czują.
Królowa spojrzała w niebo i głośno odetchnęła, po czym wstała i schowała miecz do pochwy. Następnie stanęła za Scalve i rzekła:
- Mi też nie jest lekko, moja droga. Uwierz mi, że będzie to najbardziej bolesna rzecz dla mych przekonań jaką kiedykolwiek musiałam wykonać, ale powiedz mi czy mamy inny wybór? Mogłybyśmy zaniechać ataku na Sharebourne a wtedy Kruk z pewnością roześle swoje plugawe dzieci na cały Yg'urast, bo nie wierzę, że skończy się na południu...
Po tych słowach Almeire odeszła do swojego namiotu, pozostawiając swą wojowniczkę samą sobie. Możliwe, że chciała by tamta przemyślała całą sytuację...prawdopodobnie najtrudniejszą w jakiej kiedykolwiek znajdowały się arendye, jak nazywały siebie amazonki.
* * *

Śnieg sypał się obficie z nieba, wzmacniając i tak już sporych rozmiarów białe czapy, na wierzach i murach zamku. Ryszard podniósł szybko korbacz z ziemi, a wstając poczęstował ciosem głową
partnera. Nos Uldara począł natychmiast krwawić, wojownik zatamował więc prowizorycznie krwotok lewą dłonią, a prawą, w której dzierżył krótki miecz zamachnął się w Ryszarda. Blokując cios tarczą, Ryszard zbliżył się na odległość pół metra do Uldara i złapał go obiema rękami za pas, następnie postąpił jeszcze krok na przód przewracając partnera na ziemię.
- Haha, widzisz Uldarze, znów przegrałeś. Ile razy będziesz mi jeszcze próbował udowadniać przewagę miecza nad kiścieniem? - wskazał swój oręż.
- Nie kiścieniemś walczył, lecz głową, stary oszuście - fuknął nieco oburzony Uldar
- Zdaje się, że ty też czasem powinieneś głowy użyć w walce, przyjacielu - roześmiał się jeszcze bardziej Ryszard, a Uldar był już w takim stanie, że prawie kipiał ze złości.
- Zarzucasz mi, żem głupi?
- Nic podobnego, braciszku. Chcę jedynie powiedzieć, że nie broń stanowi o wartości wojownika lecz jego zaprawa i rozsądek. Każdy woj bowiem wybiera swój rodzaj oręża, w tym jest dowolność. Ale każdy musi mieć rozsądek, bez tego niezależnie od rodzaju broni nie można liczyć na zwycięstwo.
Uldar wyglądał jakby miał za chwilę wybuchnąć, ale opanował się w końcu i gestem ręki pożegnał się z Ryszardem, po czym odszedł w kierunku zamku.
Ryszard nadal uśmiechnięty podszedł do młodego rekruta, który cały czas przyglądał się w walce i zakręciwszy wąsa rzekł:
- Widzisz Rasklanisie, nie oręż stanowi o twojej sile. Zapamiętaj to na zawsze.
Chłopak skinął głową. Ryszard potargał mu tylko włosy prawą dłonią i śladami Uldara zwrócił się w kierunku zamku, gdy podbiegł do niego jeden z rycerzy niższych rangą:
- Sir, król chce cię widzieć
Na te słowa rycerz ruszył biegiem w kierunku zamku. Gdy przekroczył bramę i stanął w głownym holu, jak zwykle powitał go zapach róż. Tylko w holu Zakonu Kruka można było odczuć tak intensywnie zapach róż, które spoczywały w kamiennych wazonach poustawianych wzdłuż całego korytarza. Na czarnej posadzce rozścielony był czarny dywan z wyszytym białym krukiem u samego początku. Idąc holem rycerz rozmyślał nad powodem wezwania, który to powód miał za chwilę i tak poznać. Gdy wkroczył do sali tronowej nie zatrzymywany przez straż, natychmiast podszedł do tronu i uklęknął przed starcem o długiej siwej brodzie, kładąc prawą rękę na lewej piersi i chyląc głowę. Blade światło słoneczne, które teraz wpadało do sali przez małe okienko przy suficie padało wprost na lśniącą, płytową zbroję Ryszarda, który wyglądał teraz bardzo majestatycznie.
- Słucham, panie. Wzywałeś mnie...
- Tak, Ryszardzie. Twoi bracia potrzebują cię...
- Panie, nie mówisz chyba o Sharebourne, wiesz co o tym wszystkim myślę...Król uciszył rycerza gestem ręki, a emanował taką charyzmą, że zdaje się, iż na owy gest stanęłaby w miejscu rozjuszona wataha nordmarskich wilków.
- Ryszardzie...Jesteś moim najlepszym rycerzem...jednym z dwudziestu Negocjatorów Zakonu Kruka. Korhan potrzebuje cię w Sharebourne. To moje ostatnie słowo. Wyruszysz jutro o świcie statkiem Galhaysha.
Ryszard toczył właśnie najtrudniejszą walkę w swoim życiu, wewnętrzną walkę z samym sobą, walczyły jego wierność wobec króla i jego sumienie, które nie pozwalało mu na wykonanie rozkazów...Po krótkiej chwili skinął głową na słowa króla i odszedł śmiałym krokiem. Nie wychodził już na dziedziniec, lecz zaraz po wyjściu z sali tronowej, skręcił na prawo w holu i krętymi schodami udał się do północnej wieży, w której mieszkali Negocjatorzy (najwyższy stopień wśród rycerstwa Zakonu Kruka). Gdy mijał otwartą salę Dubrina - jednego z Negocjatorów, ujrzał w niej obraz, który napawał go nienawiścią: Dziewięciu rycerzy stało nad zupełnie nagą kobietą, omawiając szczegóły 'zabawy', którą za chwilę mieli zamiar rozpocząć. Kobieta szarpała się, próbując się wyrwać, jednak była przywiązana do ściany grubymi sznurami. Ryszard natychmiast wkroczył do sali, a był tak wściekły, że natychmiast sięgnął po korbacz:
- Na Kruka! Zostawcie tę kobietę i wynoście się do swoich siedzib! - jego wrzask był napełniony dziką złościa, aż wszyscy rycerze obrócili się za siebie, by ujrzeć stojącego w bojowej pozycji rycerza - Myślałem, że jesteście rycerzami, a nie zwykłymi łotrami!
Dubrin podszedł spokojnie do Ryszarda:
- To amazonka - wyjaśnił, zasłaniając dłonią usta, jak gdyby zdradzał rycerzowi jakąś tajemnicę - Galhays wczoraj przybył z Yg'urast. Twierdzi, że złapał ją w lesie, gdzie polowała.
Ryszard zacisnął zęby ze złości. Stał przez chwilę w bezruchu, po czym wybuchnął. Kopnął Dubrina w brzuch, a ten tracąc równowagę padł na ziemię. Ruszając w kierunku pozostałych ośmiu negocjatorów zakręcił młyn swoim korbaczem częstując solidnym ciosem czterech z nich. Pozostałych czterech zdążyło wyciągnąć oręż i ruszyć na Ryszarda, jednak on szybko odskoczył w tył i dobył sztyletu, który trzymał zawsze przypięty do paska przy lewej nogawicy. Cisnął sztyletem celując w nogę Kulthara. Trafił wyśmienicie, a Kulthar padł łapiąc się za nogę z okrzykiem bólu. Wtedy jeden z negocjatorów usiłował zaskoczyć Ryszarda z prawej strony zadając cios mieczem w jego bok. Rycerz nie usiłował go parować, gdyż miecz zatrzymał się na zbroi nie czyniąc mu wielkiej krzywdy. W ruch ponownie poszedł korbacz. Potężny zamach powalił kolejnych dwóch, a solidny kopniak poniżej pasa wyeliminował z walki także i Cormytra.
- Bydło! Bydło a nie rycerstwo jesteście! - skomentował Ryszard, mocując korbacz u pasa. Podszedłszy do Kulthara wyjął sztylet z jego uda szarpiąc mocno.
- Oddaj mi to, bracie - jego słowa były surowe, a ostatnie nasycone było kipną.
Odzyskawszy sztylet, Ryszard ruszył w kierunku kobiety. Rozciął więzy, które krępowały jej ręce i nogi, a następnie zwrócił się do niej:
- Jest mi bardzo przykro z tego powodu...Chodź mam u siebie ubranie...
Rudowłosa dziewczyna niepewnie spojrzała na Ryszarda, ale poszła za nim bez słowa.
Gdy weszli do komnaty Ryszarda otworzył on skrzynię, która spoczywała pod małym drewnianym stolikiem, koło łóżka.
- Ubierz to...może niezbyt modne ale zawsze coś - próbował żartować.
Amazonka ubrała skórzaną zbroję i wełniane spodnie, które leżały w kufrze.
- Dziękuję - powiedziała cicho i spuściła głowę w dół
- Nie dziękuj, zrobiłem to co powinienem - odpowiedział rycerz, po czym dodał zdecydowanym tonem - jutro ruszasz ze mną w rejs. Zabieram cię z powrotem do Yg'urast.
Dziewczyna zrobiła wielkie oczy.
- Jak to? Ale jeśli mnie zobaczą w porcie...na pewno mnie rozpoznają.
-Nie rozpoznają - odpowiedział stanowczo Ryszard...
* * *

W namiocie królowej panował mrok, mimo to jedna z jej wojowniczek postanowiła ją najść w środku nocy:
- Almeire, nie możemy spać. Chcemy z tobą porozmawiać przy ognisku. Chcemy znać historię Sharebourne, nie wiemy o twierdzy nic ponad to, że była miejscem zamieszkania mnichów Yg'urast, którzy nas chronili.
Almeire przetarła dłońmi oczy, po czym odpowiedziała:
- Może odstawimy tę historię na kiedy indziej?
- Nie - natychmiast odpowiedziała wojowniczka - chcemy poznać tą historię teraz...
- W takim razie nie mam wyjścia - królowa amazonek wyszła z namiotu i usiadła przy ognisku, przy którym zgromadziły się wszystkie jej wojowniczki w liczbie około osiemdziesięciu. Wszystkie miały długie włosy, zazwyczaj koloru ciemnego lub rudego, wszystkie odziane były również w skórzane zbroje, niektóre na nogach miały płytowe nagolenniki a na barkach naramienniki. Na plecach każdej spoczywał kołczan ze strzałami i łuk. U boku każda nosiła krótki miecz o szerokim ostrzu.
Almeire usiadła w środku i podjęła:
- Mnisi przybyli w sezonie Niedźwiedzia, gdy my kończyłyśmy budowę naszej osady. Pewnego razu gdy byłam na polowaniu z kilkoma arendye ujrzałyśmy fundamenty jakiegoś budynku na Wielkiej Polanie na południu. Nie zastałyśmy nikogo przy budowie, ale zaniepokoiło nas to co widziałyśmy. Tak czy inaczej ruszyłyśmy na łowy postanawiając, że zajmiemy się tym później. Gdy wracałyśmy dwa dni później ze sporym łupem, który targałyśmy na toboganie, ujrzałyśmy skończoną twierdzę - potężną, emanującą energią.
Zostawiając tobogan ruszyłyśmy do otwartej bramy, nikt nie witał. Na dziedzińcu chodziło mnóstwo zakapturzonych postaci. Próbowałyśmy rozmawiać, lecz nikt nam nie odpowiadał...nikt prócz jednego człowieka. Mówił, że nazywa się Eyzmal, mówił też, że są mnichami i że ich celem nie jest władza nad naszymi ziemiami, lecz wybudowanie owej twierdzy, która jak to ujął 'ma spełnić swoją rolę'. Wspomniał, że dopóki mnisi są w twierdzy nic nam nie grozi. I tak rzeczywiście było, gdy sezonu wilka mnisi za pomocą potężnej magii zatrzymali najazd barbarzyńców na nasze ziemie. Tereny wokół twierdzy wyścielone były trupami berserkerów...Tak było kilka razy. Łącznie mnisi obronili nasze ziemie przed dwudziestoma atakami, aż pewnego razu barbarzyńcy użyli magii Kruka w porozumieniu ze swoimi sprzymierzeńćami z Nordmaru. Twierdza upadła, lecz potężne zaklęcie, którym nasycony był Eyzmal zabiło wszystkich najeźdźców. Tak czy inaczej twierdza pozostała pusta...aż do teraz.

Po opowiedzeniu tej histori zaczęły się pytania wojowniczek, na które ich królowa odpowiadała wyczerpująco. Aż nastał świt...
* * *

W porcie jak Ryszard nie ukrywał wściekłości, która trzymała go jeszcze po wczorejszych wydarzeniach. Chwycił za rękę amazonkę i ruszli w stronę statku Galhaysa, który odziany jak zwykle po wschodniemu - w lekkie szaty, szerokie spodnie, buty z lekkiej skóry i turban na głowie, stał z założonymi na piersiach rękami.
- Cóżeś przyprowadził, Ryszardzie? Oszalałeś? Chcesz zabrać ze sobą tę amazonkę, toż to moja niewolnica, wczoraj tutaj ją...
- Zamknij się! To nie jest twoja niewolnica, to moja wybranka, postanowiłem się z nią ożenić, a wybranki rycerskie są nietykalne. Ty zdaje się jesteś zwykłym żeglarzem... - słowa Ryszarda były ostre, Galhays na pewno nie miał ochoty ich podważać, więc zaprosił gestem ręki na statek i uniósł brwi do góry. Gdy rycerz i amazonka znaleźli się poza zasięgiem słuchu żeglarza kobieta zażartowała:
- Ależ ja nie chcę męża Nordmarczyka
Ryszard milczał. Zbyt dużo spraw go teraz trapiło by mógł się śmiać z czegokolwiek. Galhays, odpiął cumy i ruszyli na pełne morze...
* * *

Cały oddział Almeire stanął na rozległej polanie
- Tam - krzyknęła królowa - oto twierdza Sharebourne - wskazała potężną warownię zbudowaną na planie prostokąta, w którego każdym kącie znajdowała się ogromna kwadratowa baszta.
- Atakujemy jak zawsze - mówiła Almeire - Miksturami niszczymy mury i zasypujemy gradem strzał. Potem ruszamy do środka.
Wtem Thurien, jedna z wojowniczek, przytaszczyła na środek worek z miksturami, w których gotowała się pomarańczowa ciecz. Były to silnie wybuchowe mikstury, które można było dzięki specjalnym zaczepom przyczepić do strzał, by miotać je na dalekie odległości. Tak też uczniły wszystkie wojowniczki. Każda zamocowała po jednej miksturze na strzale.
- Strzelajcie wedle uznania - syknęła uśmiechając się jadowicie Almeire.
Wtem na murach twierdzy strażnik zakrzyknął:
- Grad strzał!!
Wszyscy natychmiast zbiegli z murów i wież szukając schronienia w głównym budynku twierdzy - kamiennej siedzibie. Strzały opatrzone miksturami pędziły ku twierdzy. W jednym momencie nastąpił ogromny wybuch, któremu towarzyszył potężny huk. Na raz w powietrze wzniosły się tłumany piasku mieszanego z fragmentami białej cegły. Gdy kurz opadł na mury natychmiast z powrotem weszli obrońcy. Ku nim właśnie sunęła czarna chmura strzał, tym razem zwykłych, bez mikstur. Wielu obrońców zostało trafionych, niektórzy spadali z murów, inni powoli osuwali się trafieni prosto w serce, jeszcze inni odnosili rany na wskutek trafienia w nogę czy też rękę. Korhan, jeden z Negocjatorów Zakonu Kruka, który dowodził teraz twierdzy wyszedł natychmiast z kamiennej siedziby, zakładając na głowę swój pełny hełm z czarnej stali. Wysoki mężczyzna cały kryty był pełną, czarną płytową zbroją. Oburącz trzymał ogromny miecz dwuręczny, jego surowa twarz o ostrych rysach zakryta była teraz przez czarny hełm. Przez wąską szparę można było dostrzec jedynie jego zielone, wściekłe oczy.
- Otwierać bramę, wpuścić suki! Niech poznają nasz gniew! - wrzasnął przeraźliwie do swych wojów, lecz wtedy jeden z rycerzy odpowiedział:
- Nie ma potrzeby otwierania bramy, sir. Tam - wskazał na południową basztę - jest spora wyrwa. Wtem strzała świsnęła tuż nad głową Korhana, kolejna tuż obok niej, a następna trafiła go w brzuch.
- Dziwki! - warknął, po czym zszedł murami w dół, a następnie poprzez wyrwę wyszedł z warowni i stanął przed murami twierdzy.
- Chodźcie i sobie weźcie tą twierdzę, chędożone suki!
Almeire roześmiała się głośno widząc mężczyznę. Nie słyszała co prawda co do nich krzyczy, lecz rozbawił ją dowódca, ktory sam stał przed murami twierdzy, czekając na śmierć.
- Zasypcie go gradem strzał - rozkazała.
Wtem osiemdziesiąt łuczniczek, wymierzyło w jednego człowieka, każda celowała w serce. Każda potrafiła posługiwać się łukiem jak mało który myśliwy. Po chwili napięcia, cięciwy zostały zwolnione, dał się słyszeć świst tnących powietrzę strzał, które pędziły w kierunku mężczyzny.
Korhan prychnął, po czym zaniósł się śmiechem. Natychmiast ruszył na przód, zmieniając błyskawicznie swoją pozycję. Almeire jeszcze nigdy nie widziała, by człowiek w pełnej płytowej zbroi biegł...i to biegł na prawdę szybko. Korhan zostawił strzały za sobą. Zbliżał się do amazonek, które tym razem nie celowały już w niebo a przed siebie, aby zabezpieczyć się przed kolejnym niesamowitym unikiem napastnika. Strzały znów pomknęły w jego kierunku.
Tym razem większość z nich trafiła, może dziesięć, może dwanaście strzał zabłądziło i poleciało dalej. Korhan najerzony był strzałami niczym jeż, mimo to biegł dalej, biegł zdawało się w szale bitewnym i wściekłości, ale z każdym krokiem bieg był coraz bardziej niepewny i chwiejny, w końcu wypuścił on miecz z rąk, a gdy był już u stóp Almeire, padł na ziemię...gleba piła teraz jego krew...
- Co on myślał? - skomentowała Almeire...
Na murach twierdzy obserwowano poczynania dowódcy...nikt jednak nie poszedł w jego ślady i nie zdobył się na dziką szarżę. Czy to normalne? Ci, którzy teraz na murach stali wiedzieli, że nie musieli tego robić...
Niebo przeciął jasny błysk i wtem ciało Korhana drgnęło, aby za chwilę eksplodować. Z jego wnętrza wyleciał mroczny kształt przypominający wielkiego ptaka.
- Dar Kruka dla Negocjatorów - rozległ się czyjś głos w twierdzy.
Ogromny ptak zionął białą mgłą jak gdyby używał ostatniego tchnienia duszy martwego Korhana do zgładzenia wroga. Wszystkie amazonki padły na ziemię. Tylko dwie się podniosły...Almeire i Scalve. Kruk zniknął tak szybko jak się pojawił...a ciała rycerza już nie było. z twierdzy poczęli wychodzić pozostali obrońcy i ruszali ku samotnym arendye...
* * *

Ryszard zastanawiał się jak wygląda sytuacja obrońców i rozważał wszelkie możliwości zakończenia całego sporu w bezkrwawy sposób. Wtedy poczuł nagle ucisk w brzuchu i za chwilę jakąś dziwną energię, która szybko zgasła i się uspokoiła...Amazonka stała samotnie przy burcie przypatrując się spokojnemu morzu...
Autor artykułu
Ra6nar's Avatar
Zarejestrowany: Jul 2007
Miasto: Poznań/Szczecin
Posty: 405
Reputacja: 37
Ra6nar jest na bardzo dobrej drodzeRa6nar jest na bardzo dobrej drodzeRa6nar jest na bardzo dobrej drodzeRa6nar jest na bardzo dobrej drodzeRa6nar jest na bardzo dobrej drodzeRa6nar jest na bardzo dobrej drodzeRa6nar jest na bardzo dobrej drodzeRa6nar jest na bardzo dobrej drodzeRa6nar jest na bardzo dobrej drodzeRa6nar jest na bardzo dobrej drodzeRa6nar jest na bardzo dobrej drodze

Oceny użytkowników
Język
80%80%80%
4
Spójność
100%100%100%
5
Kreatywność
100%100%100%
5
PrzekazBrak Informacji
Wrażenie OgólneBrak Informacji
Głosów: 1, średnia: 93%

Narzędzia artykułu

  #1  
Gettor on 22-08-2007, 01:48
Ocena użytkownika
Język
80%80%80%
4
Spójność
100%100%100%
5
Kreatywność
100%100%100%
5
PrzekazBrak Informacji
Wrażenie OgólneBrak Informacji
Średnia:93%
Powiem jedno - I like it!

Dawno mi się przejadły opowiadania i książki o czynach na wielką skalę o których prędzej czy później wie cały świat. Bardziej gustuję w historyjkach o małym znaczeniu, lecz... no ciekawych.
Twoje opowiadanie jest czymś pomiędzy i bardzo mi się podoba.
Odpowiedź z Cytowaniem
komentarz



Zasady Pisania Postów
You may Nie post new articles
You may Nie post comments
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 16:00.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site
artykuły rpg

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167