Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > Zakątek LI-teracki > Artykuły, opowiadania, felietony > Opowiadania
Zarejestruj się Użytkownicy


komentarz
 
Narzędzia artykułu Wygląd
<!-- google_ad_section_start -->tymczasowo brak tytułu<!-- google_ad_section_end -->
tymczasowo brak tytułu
Autor artykułu: Marius R. Requiem
17-01-2008
tymczasowo brak tytułu

Właściwie to prolog do powieści, którą postanowiłem napisać. Liczę na mnóstwo komentarzy, nawet tych nie wypowiadających się zbyt pozytywnie o tym "dziele"




***

Zadziwiające jak bardzo życie może przypominać kalejdoskop. W jednej chwili spacerujesz w lesie z grupą przyjaciół, od jakiegoś czasu bliższych nawet od rodziny, by po chwili być budzonym w nieznanym miejscu ani czasie, dźwiękiem dzwoneczków. Mijają chwile, które tak naprawdę są tylko sekundą , a ty zaczynasz rozpoznawać miejsce w którym się obudziłeś. Odpowiedź na pytanie "gdzie" ciągnie za sobą odpowiedzieć na pytanie "kiedy", ta z kolei przywodzi odpowiedź na pytanie "kim jestem". I tak zagadka zostaje rozwiązana. Rozpoznane miejsce staje się tym samym lasem, którym maszerowałeś, ty zaś stajesz się zwykłym piechurem, wojskowym zmierzającym do pobliskiej twierdzy, jako uzupełnienie, a co za tym idzie, dźwięk dzwoneczków staje się dźwiękiem uderzającej o siebie stali.
Zabawne, jak ludzie potrafią dostosować wszystko do własnych potrzeb. Krzyż jest świętym znakiem symbolizującym cierpienie Boga, który nakazał kochać wrogów. Ludzie zaś zrobili z krzyża oręż, i nazwali go mieczem. Mówili o nim jako o świętej broni, służącej do nawracania niewiernych. Pytanie brzmi: gdzie jest świętość w zabijaniu? Każdy mord przyciąga zemstę, każda zemsta przyciąga mord. Logicznym jest więc, że zabijanie nie ma celu. Ludzie jednak ten cel odnaleźli. Nawracanie i jednoczenie. Te dwie rzeczy okazują się być idealnym usprawiedliwieniem mordu. Żołnierze mordują w imię bogów, by nawracać niewiernych, królowie zaś mordują by zjednoczyć świat. Zjednoczony świat powinien zaś stworzyć potężne państwo, mogące przeciwstawić się złu. Cóż za ironia. Osłabiać państwa by wzmocnić świat. Czy to nie głupie?
Tak samo głupie było twoje przekonanie, że wstępując do armii, możesz robić rzeczy dobre. Niczym starożytny bohater, chciałeś chronić słabych. Myślałeś, że walka w imię dobra ustrzeże cię od bólu i cierpienia. Myślałeś, że gdy ustrzeżesz niewinnych przed złem i zniszczeniem, to tym samym ustrzeżesz siebie przed śmiercią. Jakże dziecinne było twoje myślenie, nieprawdaż? Rzeczywistość okazała się być zupełnie inna. Pozorne szczęście okazało się przekleństwem, pozorna dobroć, okazała się być złem, ochrona życia okazała się być szerzeniem śmierci. To co miało być piękne stało się okropne. Czujesz jak gorąca, lepka ciecz rozpływa się po twoim ciele. Potworny ból przeszywa twój bark. Wiesz, że coś w nim tkwi. Coś cienkiego i długiego. Próbujesz to wyjąć, jednak twoje próby kończą się na złamaniu tego przedmiotu i spotęgowaniu bólu. Słyszysz krzyki. Krzyki pełne bólu i cierpienia. Ostatni raz słyszałeś tak straszne wrzaski, gdy rodzona matka wydawała cię na świat. Wtedy jednak bólowi towarzyszyły narodziny. Dziś towarzyszy mu śmierć.
Śmierć, a więc to już koniec. Słyszałeś, że przy końcu, przemyka przed oczami całe życie, ty jednak odpychasz od siebie obrazy z dzieciństwa. Wolisz sobie przypomnieć jak do tego doszło. Odrzucasz więc widok twoich przyjaciół bawiących się z tobą na podwórzu w trakcie siódmej wiosny twego życia. Przebiegasz przez obrazy ze swoich trzynastych urodzin, kiedy to stałeś się mężczyzną. Zwalniasz dopiero w momencie, gdy widzisz siebie zaciągającego się do armii. Och, jaki dumny wtedy byłeś. Jaki dumny, a jednocześnie głupi. Miesiące żmudnych i ciężkich ćwiczeń, by w końcu zostać wysłanym, wraz z grupą innych tobie podobnych piechurów, do pobliskiej twierdzy, w celu uzupełnienia tych, którzy polegli w licznych bitwach w tym rejonie. I tak szliście pełni dumy, odwagi i przede wszystkim głupoty. Droga przez las, pomimo trudów związanych z terenem, zdawała się być całkiem przyjemna. Rześkie powietrze dodawało sił, wszechogarniająca cisza dodawała spokoju, zaś bezpieczna przeprawa - odwagi.
I nagle świst. Ten krótki i jakże cichy dźwięk. Zaraz po nim krzyk bólu i przerażenia. Twój kolega, który był tuż przy tobie osunął się na kolana. Nie wiedziałeś co się dzieje. Próbowałeś dostrzec coś pomiędzy drzewami, jednak ujrzałeś tylko delikatną mgłę, przecinaną przez drzewa. I nagle... zauważyłeś ludzką sylwetkę na przeciw ciebie. Nie tak daleko, zaledwie pięćdziesiąt, może sześćdziesiąt kroków, a zaraz potem usłyszałeś kolejny świst, a twoje oczy spowiła ciemność.

***

Cisza i spokój. Wszechogarniająca potęga natury. Rześkie, leśne powietrze. Cały ten dobrobyt towarzyszył od kilku dni grupie ludzi, zmierzających do Wil'Tiripis - potężnej twierdzy znajdującej się na pograniczu trzech potężnych światów: Świata Przyrody, krainy, gdzie jedynym prawem była wola życia i przetrwania, Świata Chaosu, w którym panowały śmierć, zepsucie i zło, oraz Świata Ludzi, gdzie wszystko było podporządkowane woli istot o zdecydowanie zbyt wysokim mniemaniu o sobie. Zamek Wil'Tiripis był jednym z trzech bastionów strzegących tych terenów, i jedynym, nad którym kontrolę sprawowali ludzie.
Okolice Wil'Tiripis nie były bezpieczne, toteż zapuszczali się w nie zazwyczaj ci, którzy nie mieli innego wyjścia. W większości przypadków oznaczało to wojskowych, nierzadko świeżo po szkoleniu, którzy mieli na tyle pecha, by dostać najgorszy przydział z możliwych, lub nie mających nic do stracenia banitów, którzy tylko tutaj nie byli przez nikogo ścigani. Tym razem był to oddział lekkiej piechoty.
Drużyna ta, licząca zaledwie dwudziestu żołnierzy, maszerowała już siódmy dzień, jednak zmęczenie nie dawało się im jeszcze we znaki. Nie mieli zbyt wielu bagaży, tylko najpotrzebniejsze rzeczy, i lekkie uzbrojenie. Resztę wyposażenia mieli dostać w twierdzy. Poza tym, regularnie robili postoje, by zjeść trochę suszonego mięsa i zapić posiłek wojskowym piwem. Biedni głupcy, myśleli, że będzie to początek ich wielkiej przygody, wiodącej ku chwale. Nie potrafili nawet zauważyć, że nikt im nie obiecywał cudownego życia, co więcej, to oni sami sobie wmawiali, góry złota i piękne kobiety, jako nagrodę za ich bohaterstwo na placu boju. Nikt zresztą nie wyprowadził ich z błędu, bo i po co? Ich zadaniem była walka, a to czego się spodziewają to ich problem, nie dowództwa. Ważne, że byli na tyle głupi by dać się zapisać do armii i iść na stracenie, zamiast władców, siedzących bezpiecznie w ciepłych pomieszczeniach swych dworów.
Siódmego dnia wędrówki stało się jednak coś, o czym nikt nie poinformował "przyszłych herosów". Tego dnia, jakieś trzy kwadranse po tym, jak słońce rozpoczęło swą kilkunastogodzinną wędrówkę po nieboskłonie, usłyszeli cichy świst przecinający powietrze. Ktoś wypuścił z łuku strzałę w stronę oddziału dzielnych wojaków. Strzałę? Tak, jednak gdy tylko ta sięgnęła celu, wypuszczona została druga, a po niej trzecia, czwarta i następna, i następna... Zdezorientowani piechurzy nie wiedzieli co się dzieje. Większość z tych, którzy zostali trafieni, straciła przytomność, gdyż ból był nie do wytrzymania dla ich nie przyzwyczajonych do rzezi ciał, reszta niestety pożegnała się z życiem. Ci nieliczni szczęśliwcy, którzy dosłownie o włos uniknęli grotów strzał, dobyli broni i próbowali wypatrzyć, ukrytego pośród drzew przeciwnika.
Atak strzał ustał, jednak nie było to wcale dobrym znakiem. Zza mgły bowiem wyłoniło się pięć sylwetek, ciężkozbrojnych wojowników. Potężne, oburęczne miecze i ciężkie zbroje płytowe. Tylko tyle udało się rozpoznać, zanim przeciwnik podniósł miecz. Tygodnie ciężkich ćwiczeń jednak na coś się przydały, gdyż pierwszy zadany cios, wcale nie był ostatnim. Próba podjęcia walki okazała się nie być bez sensu, bo choć przeciwnik miał przewagę w uzbrojeniu i przeszkoleniu, to jednak oddział piechurów miał przewagę liczebną. Problem polegał na tym, że nieliczni byli w tym czasie zdolni do walki.
Kling, kling, dzyń, klang, kling, klang, dzyń. Odgłosy walki, nie dawały spokoju nieprzytomnym piechurom. Te krótkie dźwięki o dość wysokiej częstotliwości, drażniły ich bębenki uszne. Dzięki nim szybko się obudzili, a to co ujrzeli nie napawało ich optymizmem. Kilku z ich przyjaciół starało się przeciwstawić sile ciężkozbrojnych przeciwników. W dodatku dało się zauważyć kolejne nadchodzące osoby, prawdopodobnie łuczników, którzy wcześniej do nich strzelali. Poza tym, na ziemi już leżały cztery martwe ciała lekkozbrojnych.
Cichy "szur" towarzyszył błyskawicznemu wyciągnięciu mieczy. Oddział, choć osłabiony, stanął do walki. Ci naiwni głupcy od razu zmądrzeli w obliczu zagrożenia. Wiedzieli, że walka była w tym momencie ich jedyną szansą na przeżycie. rany, powstałe w wyniku ostrzału, nie pozwalały żołnierzom na szybkie reakcje na ataki przeciwnika, ale wola przeżycia potrafi czasem zdziałać cuda. To był jeden z tych przypadków. Ruszyli do ataku.
Kling, kling, dzyń, kling, klang, kling, dzyń. Krótkie błyski, odbijanego światła słonecznego od stalowej powierzchni ostrza, bezsprzecznie świadczyły o zaciętej walce. Ilość przeciwników stopniowo malała, ale wraz z nią malała też liczba przyjaciół. Krzyki bólu i cierpienia towarzyszyły śmierci dzielnych wojowników. Coraz więcej ciał zostało rozsianych wokoło. Oddział lekko zbrojnych miał coraz mniej sił. Pocieszające jednak było to, że już czterej ciężkozbrojni i znaczna większość łuczników leżała martwa na dywanie gęstego, leśnego mchu. Najdłuższe dziesięć minut w życiu żołnierzy doprowadziło do tego, że na placu boju pozostał już tylko jeden napastnik i jeden z tych głupców zmierzających do Wil'Tiripis. Zmęczenie i ból dawało się już obojgu we znaki, jednak tylko jeden z nich był w stanie jeszcze walczyć. Był nim nieznajomy, zakuty w zbroję płytową. Podszedł on do przeciwnika i podniósł miecz. Ta walka była już skończona.

***

Widziałeś mrok. Mrok i nic więcej. Tak łudząco przypominał pustkę... nicość... Czy to była śmierć? Czy tak właśnie wygląda to co czeka każdego z nas? Czy to właśnie tego się tak bardzo boimy? Nicości? Jeżeli tak, to możemy śmiać się sami z siebie. Mężni wojownicy bojący się ciemności niczym kilkuletnie dziecko. Najodważniejsi z odważnych, którzy boją się pustki. A przecież to życie tak bardzo przypomina życie ślepca. Nie może on nic dostrzec, jednak odnajduje to czego potrzebuje. Tak, z pewnością niema czego się bać. Wystarczy żyć, a "wzrok" przyjdzie z czasem. Fakt, że brak światłą jest przygnębiający, jednak otaczająca cię muzyka, jest w stanie podnieść cię na duchu.
Muzyka? Tak właśnie muzyka. Delikatne wibracje tak przyjemnie drażniące twoje uszy. Dźwięki wydawały się być tak bliskie i tak odległe zarazem. Czy to aniołowie śpiewali na twą cześć? Czy w ten sposób witają cię w swym gronie? Czy to jest nagroda za to, co uczyniłeś za życia? A czymże jest to dziwne uczucie?
Pieśni zdają się być tak boskie i niezwykłe, a jednocześnie tak ziemskie i znajome. Masz wrażenie, że już je kiedyś słyszałeś. Kiedyś? A może całkiem niedawno temu? Czemu te anielskie chóry tak łudząco przypominają krzyki twoich przyjaciół? Czemu akompaniament dzwonków tak łudząco przypomina szczęk stali? Czyżby to jednak było piekło, niczym grzech pozornie miłe i przyjemne, w rzeczywistości tak ciągnące ku zepsuciu i zniszczeniu? Ogarnia cię strach. Przerażenie zmusza cię do otworzenia oczu. Przejrzałeś.
To co zobaczyłeś było tak dziwne i paradoksalne. Słoneczne promienie, delikatnie przebijające się przez zieleń drzew tak bardzo kontrastowało z otaczającym cię cieniem i czerwienią krwi. Miękkość mchu pod twoim ciałem, tak dziwnie zaprzeczała twardemu przedmiotowi w twojej ręce. Miecz... Krzyż... Obraz, który cię otaczał tak bardzo przypominał miecz. Potęga i spokój natury, będącej największą świętością świata materialnego zaprzeczały mordowi, który jej towarzyszył. Twoi przyjaciele walczyli o życie. Dzięki temu spostrzeżeniu odzyskałeś świadomość. Przebudziłeś się. Podniosłeś z ziemi.
Ból w twoim barku nie mógł ci w niczym przeszkodzić. Musiałeś walczyć. Wiedziałeś, że to nie trening. Najbliższe pięć minut zadecyduje o tym jak długo jeszcze będziesz stąpał po tej ziemi. Ruszyłeś do ataku. Ściskałeś swój oręż tak mocno, że aż bolały cię palce. Biegłeś na przeciwnika, żądny jego krwi, jakbyś biegł na kobietę żądny jej ciała. Pomagała ci w tym twoja najbliższa przyjaciółka, również łaknąca partner i zaspokojenia - twoja broń. Czułeś wiatr, zobaczyłeś błysk, usłyszałeś grzmot. Potem poczułeś wilgoć na twych wargach. Burza? Owszem, tylko że burza niezwykła. Burza uczuć, która kazała ci zabić wroga. Burza namiętności, pozwalająca nasycić twe usta jego krwią. Jednak to nie był koniec. To był dopiero początek. Drugi przeciwnik już czekał na ciebie, a za nim następny. Byłeś głupcem, jednak oni byli jeszcze większymi głupcami. Tylko szaleniec porywałby się na drugiego, rozwścieczonego, szaleńca dzierżącego w ręku miecz. Miecz, który pomimo wielu cięć wciąż był ostry.
Czyste powietrze w końcu dotarło do twej głowy. Wkoło miałeś wiele przestrzeni. Nikt nie próbował już kraść tobie powietrza. Powietrza którego tak bardzo teraz potrzebowałeś. Byłeś wykończony. Padłeś. Uniosłeś wzrok, by ujrzeć szczyty drzew i promienie słońca, spływające na ciebie niczym gorąca woda w trakcie kąpieli. I wtedy dostrzegłeś swego ostatniego przeciwnika. Jednak nie był nim osiłek zakuty w ciężką zbroję, unoszący swój oręż, by zadać ostateczny cios. Twoim przeciwnikiem była nadchodząca śmierć. Zdobyłeś się na ostatni wysiłek, by stawić jej czoła. Niech wie, że nie tak łatwo cię pokonać. Ścisnąłeś miecz. To był moment.

***

- Hahahahaha, jednak wygrałem! Wygrałem, wygrałem, jestem najlepszy, nikt mi nie dorówna - wesoło zaśpiewał ucieszony chłopiec.
- Nie ciesz się tak, miałeś tylko szczęście - odpowiedział mu jego kolega. Jego mina nie wskazywała na to, że podzielał szczęście, tańczącego obok bruneta. - To tylko szczęście. Wątpię, żebyś następnym razem miał maksymalną ilość oczek, przy teście wiary. Poza tym, został ci tylko jeden lekkozbrojny, a i to ledwo żywy.
- Ale jednak wygrałem i to w najtrudniejszym scenariuszu. A gram w "War of Destiny" dopiero piąty raz w życiu. Przyznaj po prostu jestem lepszy.
- Skoro jesteś taki dobry, to zapisz się na najbliższy turniej, zobaczymy na co cię stać - zgryźliwa uwaga kolegi, nie obraziła jednak zwycięzcy, gdy ten odpowiedział krótko:
- Pomyślimy...
Autor artykułu
Marius R. Requiem's Avatar
Zarejestrowany: Jan 2008
Posty: 14
Reputacja: 0
Marius R. Requiem nie jest za bardzo znany

Oceny użytkowników
 
Brak ocen. Dodaj komentarz aby ocenić.
 

Narzędzia artykułu

komentarz



Zasady Pisania Postów
You may Nie post new articles
You may Nie post comments
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 09:36.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site
artykuły rpg

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164