Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > Zakątek LI-teracki > Artykuły, opowiadania, felietony > Opowiadania
Zarejestruj się Użytkownicy

« 40 dni | Kruki »

komentarz
 
Narzędzia artykułu Wygląd
<!-- google_ad_section_start -->Nienawiść<!-- google_ad_section_end -->
Nienawiść
Autor artykułu: Jonathan
21-02-2008
Nienawiść

NIENAWIŚĆ

Niebo nad Atlantykiem

Każda podróż lotnicza powodowała dreszczyk niepewności i poczucie zagrożenia wzbierające coraz silniejszymi falami w ciele Johnatana Murphyego i mogące opaść jedynie w przypadku opuszczenia budynku lotniska. Murphy jak nikt inny znał się na kalkulowaniu ryzyka i wiedział, że jeżeli istnieje coś całkowicie nieprzewidywalnego - to są to właśnie podróże lotnicze. Nienawidził ich od zawsze. Najgorszym aspektem jego obecnej sytuacji była nieuchronność i konieczność odbycia jeszcze wielu szybko następujących po sobie podróży, niestety większość drogą powietrzną. Nienawidził też swojej pracy. Przeklinał dzień w którym jakiemuś geniuszowi z bożej łaski zawitał w głowie pomysł oderwania się od ziemi i zagarnięcia władztwa nad żywiołem zarezerwowanym dla ptaków i aniołów. Jeszcze bardziej bolała go myśl że kiedyś zostaną odkryte techniki tak minimalizujące koszty wynoszenia przedmiotów na ziemską orbitę że większość transportu pasażerskiego będzie się ocierała o kosmiczną pustkę.

Murphy nienawidził też człowieka siedzącego w fotelu obok. Przez całą drogę ponad Atlantykiem przestawał opowiadać swoje życie tylko w porach podawanych przez znudzone stewardessy posiłków. Murphy umiał o swoim sąsiedzie powiedzieć wiele: Gordon Gray lat 38, Amerykanin ze stanu Iowa, obecnie zamieszkały w Waszyngtonie D.C., żonaty z Priscillą Hart, dwoje dzieci - 5 i 7 lat, pracujący jako młodszy wspólnik w firmie Pelertex Company i wybierający się na kontynent by renegocjować kontrakty z europejskimi odbiorcami. Spomiędzy potoku wypowiadanych słów Murphy wyczytał rzeczywisty cel podróży Gordona: wyrwać się spod nadopiekuńczych skrzydeł żony i zaznać zakazanych cielesnych rozkoszy w dzielnicach rozpusty Paryża i Amsterdamu.

Nie mogąc pozbyć się zawodowych nawyków zaczął analizować sytuację współpasażera. Konieczność skoncentrowania się na wysiłku umysłowym umożliwiła chwilowe oderwanie się od słuchania monologu. Murphy tylko musiał co jakiś czas przytakiwać by nie wzbudzić nieufności Gordona. Wynik przemyśleń był bardzo ciekawy - oczywiście gdyby dać Murphemu do ręki sztylet długość życia Gordona Graya wynosiłaby około pięciu sekund - ale i bez tego nie była zbytnio zadawalająca. Wszystkie wyliczenia wskazywały jednoznacznie że jeśli Pan Gray ukończy pomyślnie podróż lotniczą to będzie oznaczało że zostały mu jedynie marne dwa dni życia. Zadowolony z wyniku Murphy uśmiechnął się do Gordona, co zostało opacznie zinterpretowane jako zachęta do dalszego opowiadania.

Murphy lubił siedzieć obok przejścia. Większość nowoczesnych samolotów była zaprojektowana ekonomicznie i nie pozostawiała zbyt wiele miejsca do przechodzenia między kolejnymi rządami siedzeń. Możliwość dotykania stewardess była jedyną przyjemną rzeczą zdarzającą mu się na pokładach samolotów. Na nieszczęście wszystkie pracownice Air France były tak kościste że jakakolwiek próba zbliżenia się do jednej z nich zakończyłaby się zdemaskowaniem. Tego Murphy by sobie nie życzył. Cicho przeklął i przytaknął w odpowiedzi na jakieś pytanie zadane przez Gordona. Jego niepokój został wywindowany na dawno niespotykane poziomy. Tak jak gdyby miało zdarzyć się coś złego.

Murphy przechylając się ponad zwalistym cielskiem Amerykanina zerknął przez okienko w kadłubie. Nie podobało mu się to co zobaczył. Ani trochę mu się to nie podobało. Od północy szybko zbliżała się dosyć silna burza. Przez chwilę łudził się że to tylko przypadek i burza przejdzie bokiem bądź okaże się nie być tak zorientowana na niszczenie samolotów jak by się początkowo wydawało. Złudzenia rozwiał komunikat kapitana nakazujący zapiąć pasy i informujący o nieudanej próbie ominięcia strefy złej pogody. Oczywiście Gordon nie omieszkał podzielić się opowieścią o swoich przygodach podczas spotkania samolotu z cyklonem gdzieś w okolicach Florydy.

Murphy przeklął tym razem dosyć głośno - wystarczająco głośno by siedząca przed nim matka z dzieckiem uznała za stosowne odwrócić się i surowo zgromić jego postępowanie. Wbrew samemu sobie Murphy przeprosił i obiecał że to się więcej nie powtórzy.

Samolot rozpoczął swój podniebny taniec z błyskawicami. Wszyscy ludzie siedzący wewnątrz doznali nagłego przypływu religijności. Ktoś z przednich rzędów zaczął się nawet głośno modlić. Nawet Gordon był zmuszony przyznać, że tak urozmaiconej podróży nigdy nie przeżył. Jedyną osobą zachowującą absolutny spokój był Murphy. Wyzbył się niepewności cechującej każdą podróż. Tym razem miał pewność że zdarzyło się coś czego się zawsze najbardziej obawiał - był o krok od pewnej śmierci zamknięty w stalowej latającej trumnie na wysokości pięciu tysięcy stóp bez najmniejszej szansy na ucieczkę. Jedyne co mógł w takiej sytuacji zrobić to zdać się na los i czekać. Czekanie było trzecie na jego liście znienawidzonych rzeczy, przebijało nawet Gordona Graya.

Kilkanaście minut później samolot wyrwał się z przeklętego kręgu błyskawic i jedynie lekko sponiewierany ciął dalej powietrze w kierunku lotniska Charlesa de Gaulla. Stewardessy rozniosły drinki mające uspokoić skołatane nerwy pasażerów. Murphy z rozbawieniem dostrzegł że Gordon aplikuje sobie całą garść aspiryny i popija ją whisky. Gordon z pewnością zadał sobie pytanie czy kuracja tego rodzaju nie będzie przypadkiem przyczyną jego śmierci. Murphy wiedział że aspiryna z whisky nie będzie miała z tym żadnego związku. Z oczywistych przyczyn postanowił nie informować Gordona o wynikach swoich przemyśleń.

Paryż, Lotnisko Charlesa de Gaulla

Murphego zawsze dziwiło zamiłowanie ludzi do wprowadzania segregacji i podziałów wszędzie gdzie to tylko możliwe. Niejednokrotnie zastanawiał się jak dalece może zajść ten dziki pęd w minimalizowaniu mianownika określenia grup - MY i ONI. Murphy nie miał tego typu dylematów w stosunku do określenia swojej grupy - JA i ONI. W dalszym ciągu doświadczał jednak sondujących prób ludzi oceniających jego przynależność. W chwili obecnej stał naprzeciwko jednej z takich prób i wahał się przed wyborem - „Unia Europejska” i „Inne”. Ponieważ przed nim kłębił się tłum karnie ustawiających się w kolejki pasażerów Murphy postanowił jeszcze przez chwilę rozważyć ten problem.
Generalnie nigdy w swoim życiu nie posiadał żadnego obywatelstwa. Faktu, że w chwili obecnej posiadał w wewnętrznej kieszeni płaszcza paszport Nowej Zelandii nie zawdzięczał ani urodzeniu ani nadaniu ani nawet naturalizacji. Zawdzięczał go natomiast plikowi pięćdziesięciu równo ułożonych zieloniutkich banknotów z podobizną dawno nieżyjącego prezydenta podanych pod stołem w jednej z marnych i zadymionych knajpek przycupniętych nad Hollywood Road w Hong Kongu.

Zgodnie z wpisanymi do zielonego paszportu danymi nazywał się Richard Hanley i urodził się 19 marca 1964 roku w Christchurch. To jak bardzo dane odstawały od rzeczywistości było w stanie ubawić tylko Murphego.
Od strony „Inne” ustawiła się długa kolejka ludzi. Oczywiście Gordon swoim starym zwyczajem zaczął uszczęśliwiać stojących wokół niego ludzi manifestując głośno swoje przekonanie o konieczności utworzenia przez francuskie służby graniczne oddzielnej kontroli dla obywateli Stanów Zjednoczonych. Widział w tym dobry temat do przekazania przez „swojego” kongresmana dla prezydenta. Zapobiegliwie Murphy ustawił się na końcu kolejki tak by przez szum głosów docierało do niego jak najmniej argumentów szczodrze przytaczanych przez Gordona.

Obserwując drugie okienko Murphy stwierdził że niepotrzebnie odżałował tysiąc dolarów. Za sześć tysięcy kupiłby paszport Wielkiej Brytanii, a ten pomógłby mu uniknąć w skali roku całych godzin oczekiwania którego serdecznie nienawidził. Zauważył, że wszyscy przechodzący przez stanowisko „Unia Europejska” jedynie pokazywali okładki swoich paszportów dla siedzącego tam żandarma. Kilku z nich trzymało swoje dowody tożsamości w skórzanych okładkach z napisem „UE”. Murphy zastanowił się czy w każdym z nich faktycznie tkwiły odpowiadające rzeczywistości paszporty. Druga myśl przebiegła jak błyskawica - a może by tak samemu włożyć paszport w okładkę? Ale natychmiast ją pogrzebał na samym dnie swojej przepastnej pamięci. Wiedział że przy jego pechu prawdopodobieństwo ryzyka że żandarm będzie chciał obejrzeć właśnie jego dokumenty wynosi 1:1.

W końcu nadeszła pora na Murphego. Zrobiwszy kwaśną minę zbliżył się do okienka i podał swój paszport. Zorientował się już po pierwszym rzucie oka że żandarm będzie robił problemy. Pewnie zdenerwował się niepotrzebnymi uwagami Gordona. Murphy został zabrany do osobnego pomieszczenia gdzie poddano go przesłuchaniu. Podanie uprzednio zapamiętanych danych z paszportu nie nastręczyło żadnych trudności. Problemem okazały się dopiero „podchwytliwe” pytania. Wobec absolutnej pewności Murphego co do nazwy stolicy Nowej Zelandii jeden z przesłuchujących żandarmów pofatygował się po atlas geograficzny. Po powrocie z wycieczki przeproszono go za błąd - obaj funkcjonariusz byli święcie przekonani że to jednak Auckland jest stolicą. Na zakończenie padło kilka rutynowych pytań o cel podróży i zawód. Gdy ogłosił tryumfującym głosem swoją przynależność do tajemniczej i niebezpiecznej kasty agentów ubezpieczeniowych żandarmi odsunęli się od niego niczym od zadżumionego i czym prędzej nim zdołałby im wcisnąć jakieś parszywe ubezpieczenie puścili go w dalszą drogę.

Poprawiając węzeł swojego krawata Murphy po raz pierwszy tego dnia wychynął na światło dzienne. Zmarnował tyle czasu, a musiał jeszcze załatwić wiele spraw. Przeklinał w myślach swoje skąpstwo. Jeden tysiąc wcale nie był warty takich opóźnień. Przyrzekł sobie zakupić przy najbliższej sprzyjającej okazji brytyjski lub amerykański paszport.

Po chwili namysłu w sprawie wyboru środka lokomocji zdecydował się przedłożyć autobus nad RER. Autobus dawał mu w razie czego większe pole manewru. Dodatkowo zawsze mógł wybić szybę i wyskoczyć, co przy dość dużej prędkości RER mogło się stać dość niebezpieczne. Autobus w gruncie rzeczy mógł dowieść go prawie do pierwszego z celów podróży, lecz tak na wszelki wypadek Murphy chciał sprawdzić czy w okolicach lotniska nie przykleił mu się żaden ogon. Burza która zaskoczyła go w czasie lotu równie dobrze mogła być dziełem natury bądź nieostrożności osoby pilotującej. Ale lata spędzone w jednym i tym samym zawodzie nauczyły go minimalizowania niebezpieczeństwa skierowanego przeciwko własnej osobie do absolutnego minimum.

Paryż, dzielnica Montparnasse

I właśnie dlatego opuścił autobus już przy Gare du Nord. Udał się do najbliższego zejścia do metra. Aby dopełnić wizerunku tubylca kupił sobie Le Monde i zatknął go demonstracyjnie pod pachą. Po kilku szybko po sobie następujących przesiadkach dotarł do stacji pod Gare Montparnasse. Murphy już miał zamiar pogratulować sobie dobrze zrobionego kawałka roboty, ale wychodząc z metra przeżył chwilę grozy. Drzwi wyjściowe, gdy się do nich zbliżył odsunęły się na boki z cichym sapnięciem. W tym momencie Murphy stanął oko w oko z bandą paskudnie wyglądających indywiduów. Jego ręka bezsilnie opadła, gdy w ułamku sekundy nie znalazła żadnej broni przy pasku. Tę chwilę wybrali ludzie by runąć w jego kierunku. Mimowolnie cofnął się o krok przepuszczając biegnącego w pierwszym szeregu zezowatego garbusa ubranego w brudny prochowiec i wytartą skórzaną pilotkę. Sekundę później do jego zszokowanego umysłu dotarło że to tylko grupka bezdomnych chce wtargnąć na teren stacji i ominąć wejściowe bramki. Aby spalić adrenalinę krążącą w nadmiarze po jego organizmie Murphy drogę na powierzchnię pokonał lekceważąc schody ruchome i wbiegając po kilka stopni.

Idąc na południe w małej Patiserie zakupił ciastko z rodzynkami. Uśmiechnął się do sprzedawczyni. Co taka miła i ładna dziewczyna robi sprzedając na ulicy ciastka - pomyślał - lubi tę pracę czy co? W jednej z mijanych uliczek spostrzegł szyld sklepu z celtyckim wzornictwem i od razu zapragnął kupić sobie jakiś drobiazg łączący go z tak miłą jego duszy kulturą. Niestety, najpierw musiał poświęcić się pracy. Przeklął ją w myślach. Co go podkusiło do takiej roboty. Albo raczej kto. No jasne. Nie mógł pozbyć się tej twarzy ze swojej pamięci. Ani tym bardziej ze swojego życia. Koledzy z wojska. A miało być tak pięknie. Ideologia się rozmyła. Gdzieś w tym czasie uciekł cały sens walki. Została tylko nieustanna, brudna wojna o przetrwanie. Wojna w której Murphy i jemu podobni stali na przegranej pozycji. Mimo to zawsze wierzył w trafność swojego wyboru. Same rozważenie możliwości wyboru było wyborem w samym sobie. Wyborem który - pomyślał kwaśno Murphy - któregoś pięknego dnia doprowadzi go do samounicestwienia. Nie mógł znieść nawet myśli że w pewien piękny poranek wyprowadzą go z ciasnej zimnej celi i wraz z pierwszym promykiem światła przecinającym ciemności nad odległym horyzontem padnie salwa skierowana prosto w jego ciemne, niegodziwe serce. I że gdy osunie się wzdłuż słupa krwawiąc z dziesięciu ran stanie nad nim główny oprawca, zdejmie swoją maskę i śmiejąc mu się w twarz powoli wymierzy prosto w czoło i wciąż patrząc w oczy dokończy dzieła destrukcji. A wtedy nie będzie już czasu ani możliwości wzniesienia okrzyku który poświadczyłby o przynajmniej moralnym zwycięstwie.

Myśli myślami, ale ciastko się skończyło a Murphy znalazł miejsce którego szukał. Widząc człowieka zamiatającego ulicę splunął pozostałością pestki z rodzynki do śmietnika. Nie lubił nikomu uświadamiać że jego praca jest bezsensowna. Zazwyczaj. Niemalże minął drzwi wejściowe do hotelu. Zajmowały całą szerokość ściany widocznej od ulicy. Wszedł do środka po wąskich i krętych schodach. Za ich zakrętem natknął się na pustą recepcję. Wywnioskował że osoba zamiatająca ulicę musi być jednocześnie recepcjonistą i zapewne również właścicielem. Po chwili oczekiwania zjawiła się przybrudzona postać właściciela. Murphy wynajął dwuosobowy pokoik i zapłacił z góry za cały tydzień. Rozsądnie wybrał najwyżej położony dostępny pokój. Jak się orientował powyżej niego mieszkały dwie rodziny w miarę na stałe, na poziomie recepcji mieszkali właściciele a pozostałe pokoje były wynajmowane na godziny. Uśmiechem skwitował numer widniejący na rączce klucza - 408. Oczywiście chodziło o ósmy pokój w hotelu położony na czwartym piętrze.

Postawił swoją walizeczkę na jednym z łóżek. Wbrew swoim gabarytom była niezwykle pojemna. Wyciągnął z niej ubranie na zmianę i pieniądze. Na haczyku który był prawdopodobnie pozostałością po jednym z w miarę stałych lokatorów powiesił swój garnitur. Przebrał się w wygodniejsze ubranie i schował pieniądze. Wiedząc że walizka i tak zostanie przeszukana przez właściciela w czasie jego nieobecności zostawił ją otwartą na łóżku. Murphy odsunął na bok zasłonę i wyjrzał przez potrzaskane szybki okna. Tak jak sądził okna hotelu wychodziły na studnię prowadzącą cztery piętra w dół i do tego całkowicie zafajdaną przez ptaki. Murphy uśmiechnął się przypomniawszy sobie żart o Lordzie Nelsonie, pomniku, gołębiach, wiatrówce i pudełku amunicji. Zaletą hoteliku było to że nie miał nazwy - oczywiście słowo „Esperanca” wypisane na kartce z cenami na drzwiach wejściowych nie miało żadnego znaczenia - właściciel nie chciał go meldować w związku z czym nawet nie rzucił okiem na jego paszport no i w końcu to zapewniało mu swobodę.

Paryż, dzielnica Les Halles

Zadowolony z wypełnienia pierwszego punktu planu z kopyta zabrał się do drugiego. Wybrał się do dzielnicy Les Halles. Wbrew powszechnie utartej opinii to nie okolice placu Pigalle zapewniały wszystkie rozrywki dostępne na rynku. W każdym większym mieście istnieje cała dzielnica pełna małych knajpek, klubów nocnych, burdeli i sklepików gdzie można kupić wszystko co dusza zapragnie i co jest nielegalne. Mijał niezliczone lokaliki mamiące gości kolorowymi neonami. Ukierunkowany na odnalezienie konkretnej rzeczy nie reagował na agresywne zawołania jaskrawo i skąpo ubranych prostytutek. Beznamiętnie ignorował rozbiegane oczka brudnych handlarzy narkotyków próbujących patrząc mu w oczy odgadnąć czy szuka właśnie posiadanego przez nich towaru. Murphemu ci wszyscy ludzie najbardziej kojarzyli się z podnawkami. Całe zgrupowanie malutkich pasożytów bez chwili przerwy walczących ze sobą o przetrwanie i przyssanych nie do żywicieli - lecz do pasożytów większego kalibru. To wszystko wydawało się nie mieć końca. Ostatecznie najlepszą robotą dla ludzi była praca pośrednika. Miało tylko jedną wadę. Cały czas trzeba było uważać by kupujący i sprzedający nie uznali pośredników i ich łańcuszki za całkowicie zbędnych.

Murphy zazwyczaj znajdował to czego szukał. Wbrew wszelkiej logice stanął naprzeciwko małej drukarni. Już prędzej spodziewałby się że będą tu sprzedawać fałszywe i podrobione dokumenty. Wbrew pozorom zajmowano się tu zupełnie innym rodzajem interesów. Gdy wszedł do środka naprzeciw niego wyszło dwóch nieprzyjemnie dużych ludzi i dość grzecznie usiłowało go wyprosić na zewnątrz. Jedno spojrzenie i dwa banknoty pomogły Murphemu spotkać się twarzą w twarz z właścicielem. Po krótkiej rozmowie Murphy opuścił drukarnię uboższy o jeden ze zwitków pieniędzy, ale za to dużo weselszy i uzbrojony w piętnastostrzałowego brazylijskiego Taurusa i trzydziestostrzałowy włoski pistolet maszynowy Beretty z drugiej połowy lat siedemdziesiątych. Jednym słowem - pomyślał Murphy - jeżeli przyjdzie czterdziestu sześciu gości to trzeba będzie spierdalać.

Około trzech minut spędzonych w publicznym szalecie nad pisuarem zabrały mu próby ułożenia broni pod kurtką tak by się nie rzucała w oczy. Jego dość długi pobyt w pomieszczeniu sprowokował urzędującego w jednej z kabinek pederasty do rzucenia Murphemu uwodzicielskiego spojrzenia i przymilnego uśmiechu. Kręcąc z niedowierzaniem głową Murphy wyszedł czym prędzej na zewnątrz. Zastanowił się przez chwilę czy nie byłoby to w zbyt hollywoodzkim stylu gdyby teraz wrócił i rozsmarował pedzia na kafelkach. Jednakże Murphy miał inną pracę do wykonania a dodatkowo nie lubił pełnych dramatyzmu wystąpień. Oczywiście dość często się do takowych uciekał, lecz by ukazać światu pełnię swojego geniuszu podłości i niegodziwości potrzebował o dużo większej publiki niż kiedykolwiek mogłaby się zgromadzić w budynku męskiego publicznego szaletu. Doszło do niego że mógłby wybrać toaletę w MacDonaldzie gdzie nie spotkałyby go żadne nieprzyjemne przygody. Zastanowił się przez chwilę - niee - mimo to żadne jakkolwiek barwne przygody nie mogły przebić niechęci Murphego do fastfoodów. Sam stołował się w nich tylko raz i nie mógłby z czystym sumieniem poświadczyć że był tego dnia całkowicie trzeźwy. Właściwie to było dokładnie na odwrót.

Niejednokrotnie w swoim życiu Murphy spożywał obiekty które tylko niewielu ludzi określiłoby jako zdatne do spożycia. Kiedyś Murphy zjadł własne buty i pasek rozcieńczając je jedynie wodą. Nie smakowało mu wtedy to danie. Zdecydowanie uważał że woda była zbyt żelazista. Dawno temu zdecydował o swoim wyborze - nigdy więcej w celu konsumpcji nie uda się do fastfooda. Okoliczności niegdyś zmuszały go do wielu wyrzeczeń. Lecz sama obecność fastfoodów sugerowała obecność lepszego jedzenia. Jeżeli były resztki to musiały też istnieć gdzieś w pobliżu inne znacznie lepsze części pożywienia. A Murphy nie zamierzał mając wybór jeść resztek.

Pozwolił sobie na moment rozmarzenia. Dawno już nie trafił nigdzie na dobrą szarlotkę. Szarlotka była jego ulubionym ciastem. Murphy był pewien że zdolny jest tylko do niewielu irracjonalnych, spontanicznych a zarazem szalenie destrukcyjnych i brutalnych czynów, ale jeśli ktokolwiek przerwałby mu jedzenie dobrej szarlotki zostałby nawet bez mrugnięcia powieką zabity w bardzo makabryczny sposób. W większości wypadków ludzie widząc wyraz twarzy i oczu Murphego jedzącego szarlotkę odczekiwała aż skończy.
Wchodząc na Pola Elizejskie poczuł świeżą ożywiającą bryzę na twarzy i zdecydował że przynajmniej część drogi pokona na piechotę. Lubił parki i tereny zielone wewnątrz miast. Godzinami mógł spacerować mijając drzewa, ciesząc oczy zielenią liści i urodą spacerowiczek. Tak. Jak mało potrzeba by się czuć szczęśliwym. Wystarczy brak pościgu za plecami, sprawna broń w kieszeni, piękna kobieta w zasięgu wzroku i trochę natury. W koronie jednego z potężnych drzew zaśpiewał ptak. Urzeczony jego śpiewem Murphy przystanął, przekrzywił głowę i wsłuchał się w zalotny świergot. Z tej chwili szczęścia ocucił go prysznic zimnej i brudnej wody z kałuży pozostałej z ostatniej burzy a wysłanej w jego kierunku prosto spod kół przejeżdżającego obok z dużą szybkością czerwonego Renault. Ochlapani ludzie odskoczyli w głąb chodnika i w ślad za odjeżdżającym samochodem rzucili kilka wulgarnych epitetów. Murphy w przelocie uchwycił twarze osób z wnętrza pojazdu. Czterech łyso ogolonych i ubranych w błyszczące dresy chłopców z przedmieścia którzy znaleźli sobie chwilową rozrywkę polegającą na wkurwianiu ludzi. I jeżeli chodzi o Murphego to cel swój osiągnęli w co najmniej dwustu procentach. Murphy otrzepując kurtkę z wody dodał i swoje przekleństwo do tych które już poleciały - Abyś skończył żywot na pierwszej latarni - i ruszył w dalszą drogę.

Nienawidził takich palantów. Ludzi którzy za jedyny cel w swoim życiu uznawali robienie nieprzyjemnych rzeczy innym ludziom. Ludziom zupełnie obcym, w większości niewinnym, których jedynym przestępstwem było znalezienie się w niewłaściwym czasie w niewłaściwym miejscu. Murphy uważał że zrobić nieprzyjemną rzecz można jedynie osobie uprzednio już poznanej i mającej na swoim sumieniu coś równie niegodziwego. Ślepo skierowana przemoc doprowadzała do tragedii utwardzających serca i sumienia ludzi.

Murphy był pewien że gdyby zasymulował atak serca i upadł z pomocą pośpieszyłyby mu jedynie służby miejskie. Reszta ludzi przekonywałaby się że jest po prostu pijany lub śpi.

Wbrew wcześniejszym postanowieniom o skorzystaniu z autobusu gdy znudzi mu się przechadzka, Murphy zdecydował że najlepiej będzie jeśli ominie właśnie tworzący się korek przy Rondzie Point de Champs Elysees i dalej pojedzie metrem. Schodzącego do metra odprowadzał jęk syren przebijających się wśród tłumu innych samochodów karetki pogotowia i wozu strażackiego usiłującym śpieszyć na pomoc grupie ludzi zakleszczonych we wprasowanym w sygnalizację świetlną czerwonego Renault. Z lekkim uśmiechem Murphy skonstatował że wypadek niekoniecznie musiał być spowodowany przez niego - wszak minęli co najmniej pięć latarni i koniec końców wpadli na sygnalizację. Uspokojony ruszył w dalszą drogę.

Paryż, dzielnica la Defence

Po wyjściu z metra na stacji La Defence zatrzymał się na chwilę i okręcając się dookoła obejrzał całą panoramę. Wrażenie jakby nagle przeszedł do innego świata nasiliło się. W zasadzie przybył do innego świata. Był w końcu siedem przystanków metra i sto lat później. Budynki górujące nad maleńką postacią Murphego przytłaczały go. Nigdy nie lubił wieżowców. Być może były piękne, ale powodowały pewien dyskomfort psychiczny który w połączeniu z niechęcią Murphego do zorganizowanego transportu powietrznego i ostatnimi czasy dość podwyższonemu stanowi zaangażowania rozmaitych ruchów terrorystycznych w realizowanie swoich celów sprawiał że najchętniej aż do końca swojego życia nie wszedłby do budynku mającego więcej niż siedem kondygnacji. Jak sobie przypominał architekci dość często popadali w megalomanię i projektowali a później realizowali swoje projekty coraz wyższych, coraz bardziej bardziej estetycznych wieżowców. Wielokrotnie odnosili na tym polu porażki spowodowane przeważnie ingerencją niemożliwych do przewidzenia czynników. Od czasów wieży Babel do czasów bliźniaczych wież World Trade Center wiele się nie zmieniło. A czy kiedyś ludzie się zmienią i poprzestaną tworzyć swoje ambitne wizje rzeczywistości? Murphy miał nadzieję że nie nastąpi to nigdy.

Murphy podwinął rękaw swojej kurtki na nadgarstku i rzucił okiem na swój zegarek. Nie zostało mu wiele czasu więc przyśpieszył kroku. Nienawidził się śpieszyć. Wychodził z założenia, że jeśli coś jest warte by to robić to nie powinno się tego robić szybko. W związku z czym nie darzył sympatią wszelakich przedmiotów służących odmierzaniu czasu. Nigdy w życiu nie kupiłby sobie zegarka. Zwykle w zupełności wystarczałoby mu położenie słońca i księżyca. Czasomierz na jego przegubie był jedną z niewielu rzeczy w całym życiu Murphego która została mu sprezentowana z czystej życzliwości. Sentyment był jedynym powodem zachowania tandetnej wietnamskiej kopii wybitnej jakości japońskiej kopii Rolexa. Nie otrzymał jej dlatego że groził, miał pieniądze lub że chciano coś w ten sposób osiągnąć - o nie. Otrzymał go od pięknej wietnamskiej dziewczyny najwidoczniej pracującej w fabryczce wytwarzającej takie kopie. Zaledwie wymienili spojrzenia, nawet nie było czasu zapytać się o jej imię. Natychmiast trzeba było z powrotem rozmyć się w mrokach ciemnej wietnamskiej nocy ściskając w spoconych ze zdenerwowania i gorąca dłoniach ciężkie i nieporęczne narzędzia zbrodni. Dziewczyna prawdopodobnie zginęła w czasie jednego z bombardowań bądź została zabita przez swoich własnych rodaków dyszących chęcią zemsty na chociażby i wyimaginowanych wrogach, a piękne miasto w którym spędził tyle szczęśliwych chwil zmieniło nazwę na Miasto Ho Shi Minha. Co za debilizm nazwać miasto od nazwiska takiego nadętego bufona. Sajgon brzmiało dużo bardziej słodko i poetycko.

Murphy obejrzał się za siebie by sprawdzić czy ogromna rzeźba kciuka wciąż stoi na swoim miejscu. Była tam. Kolejny pomnik ludzkiej wyobraźni i zrealizowanej wizji marzeń. Jeżeli jest możliwe postawić pomnik kciuka to prawdopodobnie niedługo można będzie gdzieś zobaczyć pomnik wacława w całej okazałości. Odpowiednią nazwą by oddać cześć wszystkim wacławom zasłużonym dla ludzkości byłoby zapewne - pomnik nieznanego wacława.
Ale już i dochodzimy na odpowiednie miejsce. Klatka schodowa poprowadziła go na odpowiednio ułożone miejsce obserwacji. Naprzeciwko niego rozpościerała się panorama nowoczesnych budowli. Przez chwilę popatrzył na rządki samochodów pędzących w obie strony kilkoma pasami jednej z dróg wyjazdowych z Metropolii. Przeniósł wzrok odrobinę w górę i zobaczył dość ciekawy szczegół - kładka dla pieszych przeciągnięta ponad drogą była cała otoczona szkłem i podparta na czerwonym łuku sięgającym około sześciu metrów ponad kładkę. To byłby prawdziwy pech zostać osaczonym na takiej kładce. A szkło pewnie był hartowane. Oczywiście o ile to rzeczywiście było szkło. Znając chęć budowniczych do oszczędzania podczas budowy obiektów użyteczności publicznej mógł to być równie dobrze zwykły plastik pękający od byle uderzenia.

Z jednej z licznych kieszeni swojej kurtki Murphy wyjął jedno ze swoich narzędzi pracy: lornetkę. Pomimo swoich niewielkich rozmiarów i niezbyt estetycznej powierzchowności spełniała swoje zadania w stu procentach. Kiedyś była pomalowana w zgniłozielony kolor maskowania wojskowego, lecz z biegiem lat farba wytarła się bądź odprysła ujawniając w wielu miejscach kolor podstawowy: czarny. Wielokrotnie lornetka Murphego budziła zachwyt wielu ludzi, którzy pomimo zapewnień że wygląd jest jedynie dziełem przypadku i niszczącego upływu czasu nie mogli uwierzyć, że tak wspaniały design nie wyszedł spod ręki któregoś z wielkich projektantów lub artystów. Kiedyś pewien bogaty amerykański kolekcjoner pamiątek i militariów próbował odkupić lornetkę za dość wyśrubowaną sumę. Niebywałą satysfakcję sprawiło Murphemu pokazanie milionerowi, że niektórych rzeczy nie da się kupić. Prawdopodobnie gdyby przedstawił Murphemu swoją pasję i poprosił go o lornetkę dostałby ją za darmo. A tak doznał jedynie upokorzenia, wściekłości i rozczarowania.

Po zlustrowaniu okolicznych dachów i okien Murphy przystąpił do bacznej obserwacji drogi. Po około pięciu minutach wypatrywanie zakończyło się sukcesem. Z zachodu nadciągał cel. Murphy wyregulował ostrość i skupił swoją uwagę na szybko zbliżającym się pojeździe. Chwilę później odsunął lornetkę od oczu i z niedowierzaniem pokręcił głową. Nigdy sobie nie pozwalał na luksus niedoceniania przeciwnika. Zawsze planował dodatkową drogę ucieczki i uważał na swoje plecy. Ale jeszcze nigdy nie zdarzyło mu się przeciwnika przecenić. Murphy spurpurowiał ze złości. Gdyby wiedział że będzie miał do czynienia z półdebilem inaczej zaaranżowałby pierwsze spotkanie. Wystarczyłby mu dowolny karabin snajperski i sprawa zostałaby załatwiona raz na zawsze. Cel nie zachowywał nawet podstawowych zasad bezpieczeństwa. Podróżował bez szofera, sam prowadził, brak było nawet jednego samochodu obstawy i na domiar wszystkiego mercedes nie był nawet opancerzony. Mało tego - nie miał nawet kuloodpornych szyb. Równie dobrze mógł sam sobie strzelić w łeb. Pierwszy lepszy amator bez żadnego trudu by sobie poradził.

Murphy zaczął schodzić z klatki klnąc pod nosem. Ze złości kopnął w stojący obok kosz na śmieci, który wysypując swoją zawartość na trotuar z hukiem przewrócił się na bok. Nienawidził swojej pracy. Powodowała konieczność obcowania z najgorszymi mętami jakich nosiła ziemia. I oczywiście również z najgorszymi debilami pod słońcem. Gdyby miał sposobność rozwinięcia swoich talentów artystycznych mógłby być dziś jakimś słanym malarzem lub rysownikiem. A tak nurzał się w bezsensownej płaszczyźnie ludzkiej egzystencji, wyrosłej niczym złowrogi cień ponad normalnym życiem, wolnym i beztroskim.

Sytuacja trochę komplikowała mu wstępne plany. Nie był w stanie mając za przeciwnika durnia olśnić ludzi swoją mistrzowską wirtuozerią zbrodni. Skazany był na prosty headjob. Mógłby umieścić jakiś ładunek wybuchowy lub wywołać wypadek lub pożar ale mimo wszystko zawsze cenił sobie ten dreszczyk emocji wspinający się po kręgosłupie który cechował spotkanie z wrogiem twarzą w twarz. Dodatkowo wolał pozostawić przeciwnikom całkowitą pewność wyeliminowania kolejnego elementu z ich misternej układanki. Tak długo jak trwano w defensywie nie było nawet możliwości by sięgnąć do jednej z wyżej postawionych osobistości. Murphy wychodził z założenia, że aby całość piramidki samoczynnie runęła wystarczyło odpowiednio długo i cierpliwie wyciągać klocki z samego dołu. Nie byli w stanie upilnować wszystkich.
Paryż, dzielnica Montparnasse

Wracając do hotelu poczuł głód. Zawitał do małej knajpki wybranej na chybił-trafił z całego rządku jej podobnych. Rozpościerał się z niej widok na wieżowiec Montparnasse. Murphy postanowił odgrzać swoją znajomość języka francuskiego. Był całkiem zadowolony z efektów - kelner zrozumiał wszystko co doń mówił Murphy, jednakże Francuzi mieli trochę inne zapatrywania na wybrane sprawy kulinarne. Stek przyniesiony przez kelnera już na pierwszy rzut oka wyglądał nie na dobrze wysmażony, lecz na krwisty. Kucharz prawdopodobnie wziął słowa Murphego głęboko do siebie, gdyż stek wrócił na talerz jako średniej wielkości bryłka węgla. Czyli dokładnie tak jak lubił je Murphy. Zapał do konsumpcji osłabł jednak po obejrzeniu dodatków. Murphy pluł sobie w brodę, że zapomniał dodać kelnerowi dwóch słów o prezentacji - bez zielonego! Nienawidził tego drobno posiekanego warzywa jakże często nadużywanego przez przygotowujących posiłki. Nie znosił smaku, zapachu i wyglądu. Z drugiej strony nie miał bladego pojęcia jak to ścierwo się nazywa po francusku. Tak właściwie to nie miał pojęcia jak to się dokładnie nazywało w żadnym ze znanych mu języków. Po prostu nie wiedział co takiego. Nie lubił tego tak bardzo, że w części restauracji odmawiał zamawiania jakichkolwiek surówek by przez przypadek lub ignorancję nie natknąć się na swojego wątpliwego faworyta. Z obrzydzeniem odgrabił cały zasób zielonego czegoś na bok talerza i rozpoczął konsumpcję.

Do popicia zamówił sobie jakieś lokalne piwo. Z rozkoszą skosztował pierwszy łyk. Wielokrotnie spożywał napoje poza nazwą nie mające nic wspólnego z tym szlachetnym trunkiem. Podniósł do oczu wafel leżący pod piwem. Napis głosił - Abbaya de Abdij van Leffe anno 1240. Nic, tylko musiał to być jeden z tych przyklasztornych browarów, które się odrobinę skomercjalizowały, ale piwo wypuszczały jedynie w niewielkich ilościach i tylko na rynek lokalny. Było lekkie i szalenie orzeźwiające. Przy czwartej kolejce Murphy zobaczył, że kelner mu się podejrzliwie przygląda. Widocznie nikt tu nie wypijał takich ilości piwa. Rekord, kwaśno pomyślał Murphy wynosi prawdopodobnie trzy...
Postanowił wrócić do hotelu. Tak jak przypuszczał w czasie jego nieobecności pokój został skrzętnie przeszukany, a zapobiegliwy właściciel usiłował wszystko umieścić na swoim miejscu. Murphy odkręcił kran zlewu znajdującego się w pokoju by odrobinę zwilżyć swoją twarz. Po chwili głośnego dudnienia w rurach z kranu dobyło się kilka żółto-brunatnych kropli i zniknęło w odpływie. Z odpływu wynurzył się karaluch wielkości paznokcia, niemalże z wyrzutem spojrzał na Murphego i uciekł w stronę najbliższej krawędzi. Murphy czujnie zlustrował łóżko, nauczony ostatnimi doświadczeniami nawet je kilkakrotnie kopnął. Nie znalazłszy żadnych śladów licznej rodziny karalucha uspokojony legł na łóżku.

Ocknął się z półokrzykiem na ustach. Co noc dręczył go ten sam koszmar. Co noc przeżywał tę samą torturę. Nienawidził śnić. Sny sprawiają że się pamięta, a Murphy gdyby mógł to pragnąłby zapomnieć wiele rzeczy. Wszystko powracało do niego we śnie. Twarze ludzi których zabił, twarze tych którym żyć pozwolił i twarze ludzi którym nie zdołał pomóc. I najgorsze ze wszystkiego - twarze wrogów. Wykrzywione w złowrogich uśmiechach, wołające go imieniem. Jego prawdziwym imieniem. Wiedział, że go ciągle szukają i że się nigdy nie poddadzą. Kiedyś w końcu dopadną go w miejscu z którego nie będzie ucieczki. A wtedy wybór „... how you gonna go, with the hands on your head or on the trigger of your gun...” zostanie ograniczony do jednej opcji.

Spojrzał przez uniesioną firankę na niebo. Słychać już było ptaki które zwykle budziły się o świcie. Murphy nigdy nie sypiał dobrze, a zwłaszcza ostatnio. Nie potrzebował też zbyt wiele snu. Dwie - trzy godziny wystarczały by zregenerować jego siły. Co oczywiście nie miało żadnego związku z humorem w jakim zwykle się budził. Murphy postanowił na jeden dzień odłożyć tytanowe zmagania z pracą i poświęcić się odrobinie przyjemności. Stwierdził, że już sam fakt możliwości odczuwania przyjemności wart był ceny jaką codziennie musiał płacić Murphy. Jedna prosta myśl potrafiła podźwignąć go na duchu. Musiał ją sobie zapamiętać i powtarzać w chwilach smutku. Dopiął spodnie, a za pasek wetknął wyjęty z walizki pistolet. Po raz kolejny obejrzał berettę. Coś w rodzaju grubej tuby z dwoma krzywymi rączkami i zatkniętym pomiędzy nimi magazynkiem. Niby rzecz szalenie nieatrakcyjna estetycznie a jakiego potrafiła napędzić strachu. Te pistolety maszynowe były często używane przez rewolucyjne komanda typu Rot Armee Fraction lub Brigade Rose i szczerze mówiąc Murphy nie dałby sobie głowy uciąć czy ta konkretna maszynka nie posłużyła do wyeliminowania kilku prawicowych polityków. Co z kolei wprowadziło go w stan niepewności co do stanu technicznego broni. Na wszelki wypadek przesmarował cały zamek i system podawania amunicji.
Nie żeby nie wierzył handlarzowi bronią. Murphy po prostu nie wierzył nikomu. Nawet sobie. Przeprowadził szybki wywód logiczny. Wynik go specjalnie nie zadowolił. Mówią, że nie nabita strzelba raz do roku sama strzela. Niestety to samo tyczy się innych czynności. Murphy uważał, że każdy przedmiot, nawet najmniejszy, posiada swoją duszę i dąży do tego by zostać wykorzystany zgodnie z przeznaczoną mu funkcją. Gdyby aborygenowi, który w całym swoim życiu nie widział nawet jednego białego człowieka do ręki dać karabin, to prędzej czy później zostanie odkryte jego przeznaczenie. Na podstawie żelaznego prawa średnich i wiedzy o swoim niemożliwym do zmierzenia pechu orzekł, że zanim opróżni magazynek beretty do końca, ta zatnie się. Co za tandeta.

Murphy opuścił hotel i skierował się w kierunku najbliższej stacji metra. Odrobinę zaniepokoił go widok zaparkowanego przy poprzecznej ulicy citroena - furgonu France Telecom. Kręcący się dookoła niego żandarmi w przebraniu pracowników największej we Francji firmy telekomunikacyjnej mogli zwieść postronnych obserwatorów i część obserwowanych, ale nie czujne oko Murphego. Uspokoił się gdy sobie przypomniał, że nie posiada komórki, a w hotelu nie ma zainstalowanego aparatu telefonicznego. Widocznie zawsze czujni stróże prawa szukali śladów Zbrodni gdzie indziej. Uważając, by broń nie wypadła mu spod kurtki i nie narobiła strasznego hałasu tocząc się po bruku Murphy minął furgon i zszedł schodkami w dół prosto do stacji Gaite.
Paryż, Pere Lachaise, Montmartre

Najpierw postanowił ruszyć na cmentarz Pere Lachaise. Murphy nienawidził cmentarzy. Podobnie jak kościoły, wprowadzały go w paskudny nastrój przypominając, że prędzej lub później czeka go śmierć. I to „prędzej” może nastąpić jeżeli będzie się włóczył w ich pobliżu. Pomimo to nie zniechęcony zbliżył się do jednej z bram cmentarnych. Od kobiety przy bramie zakupił kilka kwiatów bliżej nieokreślonego gatunku. Sprawnie odnalazł odpowiednią alejkę i dotarł do grobu Morrisona. Złożył kwiatki na szczycie nagrobka, gdzie dołączyły do leżących tam monet z różnych krajów świata, małych zniczy i zużytych prezerwatyw. Nie zatrzymując się ani na chwilę ruszył z powrotem. Wskazał drogę jakiejś parze rozbrykanych nastolatków.

Wspomnienia uderzyły w niego z siłą tsunami. Zadymiony klub gdzie spędził kilka ze swoich najszczęśliwszych dni i gdzie utracił kolejną część siebie. Znów przytulał do siebie dziewczynę i kontemplował zapach jej puszystych włosów. Taniec przerodził się w nieziemskie połączenie dwóch dusz. Murphy bez wahania oddałby życie by ta chwila znów wróciła. W pamięci rozbrzmiały mu ostatnie takty muzyki „...Some are born to sweet delight. Some are born to the endless night. End of the night...” Murphy nie był przeznaczony do słodkiego snu. Chwilę przerwały celne salwy z kilku karabinów maszynowych. Nieskończona noc spowiła jego duszę. Jego kosztowało to zaledwie kilka nowych dziur w ciele do kolekcji. Ale kobieta z którą łączyło go coś więcej niż dzieliło nie przeżyła. Murphy miał nadzieję spotkać jeszcze kiedyś na swojej drodze osobę odpowiedzialną za tamtą masakrę.

Zdało mu się że trochę nieodpowiednio wybrał pierwsze miejsce do odczucia odrobiny przyjemności. Ze złością kopnął puszkę leżącą na chodniku, a ta z brzękiem potoczyła się pod koła przejeżdżającego autobusu. Wiedział za to jaka czynność będzie następna w kolejce. Ponury uśmiech przebiegł po jego twarzy. W tej chwili nic nie mogło odwieść go od Celu. Do złamania determinacji jaką włożył w odnalezienie Celu potrzebaby poświęcić trochę więcej pracy niż do rozdzielenia dwóch walczących nosorożców.

Gdy zęby Murphego wgryzły się w solidnych rozmiarów szarlotkę poczuł, że znów słońce świeci nad jego głową. Co prawda nie był to majstersztyk sztuki kulinarnej, ale wystarczyło by uśmiech znów wrócił na twarz Murphego. W zasadzie jego uśmiech nie wyglądał jak uśmiech. Murphy uśmiechał się w ten sposób, który powoduje, że noże samoczynnie otwierają się kieszeniach ferajny. Wielokrotnie próbowano zmyć ten uśmiech za pomocą siły, ale poza jednym wypadkiem, gdy walka zakończyła się zanim się zaczęła, próby były bezowocne. A również i wtedy poza pięcioma szwami na twarzy nie stało się nic strasznego.

Murphy szerokim łukiem minął z lewej strony jakiś kościół i natknął się na dość dziwny obrazek. Przed nim rozpościerał się dość spory placyk, gdzie matki z ochotą wyprowadzały wózki z dziećmi, a wiele maleństw wesoło dokazywało. Na centralnym miejscu placu z ziemi wyzierała głowa. Rzecz jasna głowa należała do posągu. Murphego zastanawiało jedynie to czy głowa jest elementem upiększającym umieszczonym to przez jakiegoś nawiedzonego artystę, czy też może jest integralną częścią jakiejś większej struktury, która w większej części ukryta jest pod powierzchnią. Myśl ta nie wydawała się aż tak szalona jak na początku. Przecież w końcu dokopali się do średniowiecznych budynków pod Luwrem. Również i tutaj mogło cos istnieć wcześniej. Taka myśl wymagała przyśpieszenia kroku i natychmiastowego zrealizowania następnego punktu planu.

Murphy trafił do baru urządzonego w stylu irlandzkim. Zamówił piwo, ususzył je kilkoma łykami i poprosił o następne. Być może było to zrządzenie losu, bądź fatalnej pomyłki popełnionej przez skacowaną Parkę nad kołowrotkiem z nawiniętym nań poplątanym i skołtunionym losem Murphego, ale jego ulubione piwo nosiło to samo imię. Murphy zamówił kolejną kolejkę Murphego i zanurzył usta w brązowej pianie. Piwo przywracało mu umiejętność chłodnego i zorganizowanego podejścia do gnębiących go kłopotów. Zignorował ostrzeżenia barmanki dotyczące nieuchronnego zzielenienia po czwartym piwie. Zamierzał się odrobinę wstawić. Tak. Możliwość upijania się do nieprzytomności była również składową ceny jaką płacił za swoją obecną sytuację. Bądź dokładnie na odwrót. To była kolejna przyjemna aż do bólu właściwość piwa. Część ludzi uważała złotą myśl „kto nie pije ten kabluje” za wymysł chorego słowiańskiego umysłu, lecz Murphy doskonale wiedział, że na dnie każdej takiej maksymy leży ziarno prawdy. Uważnie zlustrował wnętrze baru i dokonał szybkiego przeglądu ewentualnych szpicli. Uspokojony rozparł się wygodniej na krześle. Poza dobrym piwem bary irlandzkie maja tą przewagę nad innymi tego typu lokalami, że mało kto przychodzi by wypić orynżadę lub piwo bezalkoholowe. Skupił się nad ciężką umysłową pracą oczyszczania następnego kufla z zalęgającego w nim piwa.

Widząc dość późną godzinę zamówił sobie coś do jedzenia. I cokolwiek to było - zjadł. Frytki były tak wysuszone, że aż musiał je popić następnym browarkiem. Postanowił, że wypije już tylko jedno dla moralnego wsparcia. W końcu musiał jeszcze jakoś wrócić do hotelu. Spanie na ławeczce w parku wcale go nie satysfakcjonowało. Wbrew samemu sobie opuścił bar dopiero dwa piwa później niż zamierzał. Wychodząc w chłodna noc zorientował się, że odległość postrzegania skróciła mu się do trzech metrów. W gruncie rzeczy nie było jeszcze tak źle. Wielokrotnie nie był nawet w stanie zobaczyć drugiego końca tego co zwrócił chwilę wcześniej. Piwo wewnątrz jego brzuch przelewało się z boku na bok, zgodnie z rytmem kroków.

Paryż, dzielnica Montparnasse

Bez względu na to jak bardzo pijany, Murphy zawsze trafiał do miejsca aktualnego spoczynku. wydawało mu się, że to coś jak GPS u gołębi. Zgodnie z założeniem dotarł na uliczkę z której wychodzili niedawni goście teatrów. Minął ich i przypomniał sobie o glinach. Udał, choć wcale nie musiał się starać z udawaniem, że usiłuje złapać równowagę opierając się o ścianę. Ukradkiem obejrzał się do tyłu. Do furgonu wchodził właśnie człowiek we flayersie. Niósł całe naręcze taniego chińskiego żarcia. Murphy zastanowił się gdzie wcześniej miał sposobność widzieć znaczek jaki tkwił w klapie kurtki wchodzącego. Wystarczyło przez chwilę wytężyć skołowany umysł by pamięć powróciła. GIGN - grupa interwencyjna narodowej żandarmerii. Zaczynało się robić coraz ciekawiej. Generalnie nawet jeżeli mili panowie w kepi nie urzędowali w citroenie z powodu Murphego to w razie jakiegoś incydentu byli w stanie nieźle zamieszać szyki. Póki co Murphy stwierdził że się prześpi.

Wziął szybki prysznic który go trochę orzeźwił i ruszył w kierunku łóżka. Mniej więcej właśnie ten moment wybrały nogi Murphego by się skończyć. Cudem trafił w wyrko. Postanowił ten fakt natychmiast wykorzystać i po prostu naciągnął na siebie koc. Zza jednej ze ścian dochodziły go odgłosy wesołej zabawy. Bądź co bądź hotelik zarabiał na swoje utrzymanie sprzedając różnym parkom godziny samotności we dwoje. Przez chwilę Murphy zastanowił się czy nie wstać i nie puknąć kilka razy w ścianę, ale raz że nie chciał przerywać widocznie dobrze bawiącym się młodym ludziom a dodatkowo wolał nie ryzykować spędzenia reszty nocy na środku podłogi, dzieląc ją z przebiegającymi przez nią od czasu do czasu karaluchami.

Wystarczył jeden głośniejszy dźwięk rozdzierający ciszę by Murphy otworzył szeroko oczy. Spowodowało to dość zaskakujące spotkanie oko w oko z wyjątkowo ciekawskim pająkiem. Murphy zerwał się z posłania i wziął pająka do ręki. Otworzył okno i wypuścił owada na parapet, z którego ten drugi natychmiast uciekł spuszczając się po wysnutej nici. Murphy pozostawił otwarte okno by odrobinę przepędzić zduszony zapach kaca w pokoju. Sądząc po wysokości słońca nad dachami Paryża było już słono po południu. Murphy przez chwilę rozważył ilu z twardzieli śpiących z giwerami pod poduszką zareagowałoby na pająka odruchowym wyciągnięciem broni. Prawdopodobnie większość z nich. Murphy nie spał z pistoletem pod poduszką. Od czasu tego pamiętnego poranka, gdy jeden z jego kamratów śmiertelnie postrzelił się w głowę jakimś kiczowatym, skałkowym pistoletem zadecydował, że nigdy nie zaufa nowoczesnej technice. W zasadzie zaufanie położone w technice mogło przyprawić Murphego i jego podobnych o nagłą i dość niespodziewaną śmierć. Nikt kto ma tak kolosalnego pecha i choć trochę oleju w głowie nigdy nie włoży pistoletu pod poduszkę. Chyba że nie chce już się więcej obudzić. Tego typu myśli kłębiły się po obolałej czaszce Murphego podczas mycia zębów. Po trzecim razie uznał wynik testu na świeżość oddechu za w miarę zadowalający.

Tym razem założył garnitur i płaszcz. Osobiście wydawało mu się, że zabójca musi mieć jakąś klasę. Nikt nie chciałby być zabitym przez staruszkę, sepleniące dziecko lub gościa ubranego w świecący w ciemności orbitalny dres. Do kieszeni marynarki włożył pistolet, a na lewym ramieniu umocował paski beretty. Całości ekwipunku dokończył nóż zatknięty za cholewę wysokiego buta. Należycie ubrany Murphy był gotów wyruszać choćby i na podbój Meksyku. Na wszelki wypadek spakował od razu walizkę i pozostawił ją na łóżku. Jeszcze raz poprawił fryzurę w lusterku i wyruszył.

Zamykając drzwi spostrzegł, że przez świetlik na szczycie budynku do środka wpada mżawka i poobijawszy się wśród balustrad stromych schodów kończy swój żywot na parterze. Przeklął złą pogodę. Na to życie, jak też zapewne i na kilka następnych wyczerpał już wszelkie pokłady deszczu i śniegu padające na jego głowę.

Zrezygnowany wszedł do sklepu na rogu i kupił plan Paryża i paczkę galuazów. Zapalniczkę miał swoją, jeszcze z poprzedniego razu. Były takie chwile w życiu Murphego, gdy po prostu musiał zapalić sobie papierosa. Szczególnym sentymentem darzył on markę galuazów. Towarzyszyła mu przez wiele lat i wiele niebezpieczeństw. Rozerwał paczkę, zapalił papierosa i głęboko się zaciągnął. Pomyślał smutno, że czasy gdy kupował algierskie galuazy w metalowych pudełkach dawno już minęły. Smak i moc się zmieniły, pozostał jedynie sentyment.

Paryż, 9-ta dzielnica

Schronił się przed mżawką w jednej z licznych kawiarni leżących w okolicy Montmartru. Zamówił szklankę mleka i croissanta. Na stoliku rozłożył mapę Paryża i zabrał się do ciężkiego intelektualnego zadania. Wykluczył wszelkie niemożliwe miejsca zjawienia się poszukiwanego człowieka. Potem wykluczył wszelkie nieprawdopodobne. Wciąż niezadowolony z wyniku wykreślił również mało prawdopodobne. Zaklął, gdyż Paryż okazał się całkiem sporym miejscem. Mimo wszystko, nie zamierzał się poddać. Zabrał się za miejsca ze statusem „średnio prawdopodobne”. Pozostało mu około dwunastu możliwości. Kierując się wieloletnim doświadczeniem wytypował dwie całkiem prawdopodobne. Pozwolił, by powietrze przepływało przez niego. Na chwilę oderwał się od rzeczywistości by spojrzeć na sytuację z pozycji bezstronnego obserwatora. Zadowolony uśmiechnął się. Uwielbiał, gdy wszystko szło bez większych przeszkód.

Uśmiech zgasł na jego twarzy. Murphy przypomniał sobie o swoim absolutnym pechu. Kolejna sprawa spłatana mu przez ślepy los - oprócz piwa dzielił swoje imię z wynalazcą praw dotyczących pecha. I to niestety - bardzo sprawnie działających praw. A przynajmniej w jego wypadku. Zrezygnowany rzucił na stolik kilka euro napiwku i ruszył walczyć z deszczem.

Po przejściu kilku ulic Murphy dotarł w okolice często uczęszczanych przez turystów klubów nocnych wokół Placu Pigalle. Nad całością placu niezagrożona górowała sylwetka wiatraka i napis loco. Ciekawe, czy Stevenson wypuszczając po torach swoją pierwszą lokomotywę choć przez sekund kilka zakładał, że nazwa może zostać wykorzystana do nazwania klubu nocnego ze striptisem. Stawiając kołnierz płaszcza Murphy skierował swe kroki do leżącego nieco w prawo klubu nocnego. Wyminął bramkarzy usiłujących wytłumaczyć jakiemuś niefrancuskojęzycznemu turyście, że nie wymagają krawatów, ale również nie wpuszczają w szortach. Pomijając oczywiście fakt że trzeba być ostatnim idiotą by w pogodę podobną do tej królującej za oknami założyć krótkie spodenki.

Murphy przesłał promienny uśmiech kelnerce i zajął miejsce w jednym z ciemniejszych kątów klubu. Złapał się na tym że nie znał nawet nazwy miejsca w którym się znajdował. Zaabsorbowany awanturą przed klubem nie raczył rzucić okiem na szyld. Miał tylko nadzieję, że ochrona nie zażąda od niego zdjęcia płaszcza. Byłoby to dość kłopotliwe. Zamówił jakieś cienkie piwo i postanowił czekać. Nienawidził czekać, ale teraz przynajmniej miał pewność, że nie będzie czekał na próżno. Zaledwie pół godziny później gdy ledwo zdążył wysączyć pół piwa do klubu wkroczył Andre Marquet. Otoczony był wianuszkiem ponętnych, młodych kobiet o zmysłach wyostrzonych na każde drgnienie portfela. Rzecz jasna Marquet miał zarezerwowaną lożę. Rozsiadł się i otoczył ramionami dwie najbliższe panienki. Dwie pozostałe tłoczyły się wokół rzucając wokół zawoalowane groźby spod przymrużonych powiek.
Jak to jest możliwe, żeby tak młode kobiety były już tak dalece wypaczone przez żądze? One już nie pamiętały co znaczy przyjaźń, bo znały jedynie rywalizację. Były ukierunkowane tylko na jeden cel i stanowczo dążyły do jego zrealizowania. Murphy cicho westchnął. Życie jednak nie jest bajką, a kurwy nie są księżniczkami. Skupił się by wyliczyć właściwy moment, który nadszedł niespodziewanie jak złodziej w środku nocy.

Murphy uregulował rachunek i udał się do toalety. Minął ciężkie, podwójne drzwi i skierował się w kierunku pisuarów. Zdziwiony przystanął nie znalazłszy muszli w ścianach. Znalazł w zamian całą ścianę przyozdobioną rozmaitymi wzorkami figur geometrycznych. Na podłodze znajdował się rowek odprowadzający. Murphy zrobił krok w kierunku ściany. Natychmiast ją to ożywiło włączając wodę spływającą po ścianie. Murphy ulżył sobie. Za jego plecami otworzyły się drzwi i do środka ktoś wszedł. Po jego prawej stronie stanął Marquet. Murphy zakończył sikanie i zrobił dwa kroki do tyłu. Lewą ręką zapinał guziki rozporka, a drugą sięgnął do kieszeni marynarki. Wszelkie zmysły zostały na tą chwilę wywindowane na sam szczyt możliwości. Murphy widział kropelki potu zbierające się na grubej szyi Marqueta, słyszał plusk wody uciekającej odpływem, czuł zapach kwiatowego odświeżacza powietrza, smakował aromat cytrynowego piwa, doświadczał wręcz nieziemskiej ekstazy płynącej z trzymania w wyprostowanej dłoni chropowatej kolby Taurusa.
Pojedynczy strzał zlał się w jedno z kaszlnięciem Marqueta. Murphy powoli schował pistolet. Nie zatrzymał się by sprawdzić czy mu się powiodło. Nie musiał - wiedział. Przestąpił nad leżącymi zwłokami i poprzez ciężkie drzwi skierował się ku wyjściu. Teraz tylko musiał oddalić się z miejsca zbrodni tak szybko, jak byłoby to możliwe. Miał nadzieję, że uda mu się dojść do metra, zanim ktoś odkryje skrwawione ciało Marqueta. Wziął głęboki oddech i wyszedł prosto w oświetlony neonami wieczór. Na ulicy pomiędzy klubami nocnymi kłębił się tłumek turystów. Murphy postanowił ominąć ich. Zwrócił się w lewo.
Generalnie świat jest niewielkim miejscem i z dnia na dzień kurczy się coraz bardziej. Jest niemożliwością by w ciągu kilku dni w miejscu całkowicie obcym nie spotkać żadnych znanych osób. Zimny dreszcz przebiegł przez plecy Murphego. Naprzeciwko niego stała zwalista sylwetka Hansa Engela, częściej zwanego Rzeźnikiem z Hanoweru. Otaczały go sylwetki kilku policjantów po cywilnemu. Wrogowie zawsze próbowali przenikać do wszelkich możliwych organizacji policyjnych. Murphy uznał więc, że to nie próba aresztowania, tylko rutynowe czynności. Na szczęście póki co Hans stał odwrócony tyłem. Murphy czym prędzej dokonał kolejnego zwrotu i szybkim krokiem ruszył w górę ulicy. Ręce trzymał wyprostowane i w każdej chwili gotowe do akcji. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że Hans bez chwili wahania strzeliłby mu w plecy. Kropelki zimnego potu zaczęły perlić się na jego czole. Właśnie ten moment wybrał straszny pech by się ujawnić.

Z klubu wypadło kilka osób, w tym ochroniarze wołając żandarmów i całemu światu obwieszczając znalezienie martwego ciała. Hansowi wystarczyło informacji by zorientować się kto zginął i by zacząć czujnie rozglądać się wśród tłumku ludzi. Murphy był już tak blisko, zaledwie o szerokość ulicy od zejścia do metra, zaledwie dziesięć sekund od schronienia. Okrzyk „Hanley” sparaliżował go na pół sekundy i zwrócił uwagę wszystkich obecnych, w tym także Rzeźnika z jego świtą prosto na Murphego. W jego kierunku ruszył nie do końca trzeźwy Gordon z szerokim uśmiechem na twarzy. Murphy instynktownie skulił się za stojącym nieopodal śmietnikiem w betonowej osłonie. Ponad zwykły szum ulicy wybiło się stacatto ognia z broni maszynowej. Stojący wokół Murphego ludzie podskakiwali w górę, by po chwili opaść na trotuar i tam znieruchomieć niczym zepsute marionetki. Policjanci nie przejmowali się życiem postronnych obywateli. Zrobiliby wszystko by dorwać Murphego. Koniec końców, w gazetach i tak jego opiszą jako sprawcę całej tragedii. Zawsze tak pisali. Murphy sięgnął po berettę, wychylił się odrobinę zza zrytego ołowiem śmietnika i zaczął po kolei eliminować przeszkody na swojej drodze. Zanim zdążyli wymienić magazynki i powtórnie wycelować trzech z nich już nie żyło. Murphy opróżnił połowę magazynka, zanim beretta odmówiła posłuszeństwa z cichym „klik”. Porzucił bezużyteczną broń i zaczął biec w kierunku metra. Przykucnął na chwilę nad ciałem Graya. Odwinął mu marynarkę i położył rękę na sercu. Tak jak obliczył w samolocie Gordon nie miał przed sobą żadnej przyszłości. Zanim dojedzie karetka umrze.

Nie obawiał się strzałów policjantów, mieli marne szanse by go dorwać. Problem stanowił Rzeźnik, który ostatnio zajęty był wyciąganiem z głębin spodni Colta Liberatora z długaśną lufą. W momencie, gdy Murphy dopadł zejścia do metra padł strzał wyrywając dziurę w jego płaszczu. Nie zrażając się raną Murphy przebiegł przez peron by wynurzyć się w innym przejściu. Klucząc przez kilka uliczek dobiegł do innej stacji metra i tam czym prędzej wskoczył do odjeżdżających wagoników. Nie miał żadnego wyboru, musiał czym prędzej zniknąć. Ślad krwi jaki za sobą zostawiał był niewielki, lecz wystarczający by wrogowie szli jego śladem choćby i do Marakeszu.

Paryż, dzielnica Montparnasse

Dotarł bez przeszkód w pobliże hotelu. Mijając róg ulicy zawahał się przez chwilę, by następnie zdecydowanym krokiem ruszyć w kierunku citroena. Otworzył drzwi furgonu i oddał do środka kilka strzałów. Bez wątpienia dowiedzieliby się o poszukiwanym zbrodniarzu, a wtedy Murphy miałby dużo więcej kłopotów z wyminięciem ich niż w tej chwili. Drogę do pokoju pokonał po kilka schodków i wpadł do środka. Zamknął drzwi na klucz i szybko się opatrzył. Liberator używał mało niebezpiecznych kul .22LongRound, lecz Rzeźnik zapewne część pocisków robił specjalnie na zamówienie. Rana była ciemna, nieprzyjemnie duża i poczerniała na obrzeżach. Murphy potrzebował w najbliższym czasie szybkiej transfuzji i profesjonalnej opieki medycznej. Było dużo gorzej niż kiedykolwiek dotąd.

Wziął walizkę i już miał zamiar wychodzić, gdy usłyszał na schodach ciche odgłosy skradania się. Zapewne żandarmi zostali zaalarmowani przez właściciela hotelu po strzelaninie na rogu ulicy. Murphy porzucił walizkę i wybrał alternatywną drogę wyjścia. Wspiął się na parapet i potem po przerdzewiałej rynnie na szczyt budynku. W momencie gdy gramolił się na górę, usłyszał odgłos wyważanych drzwi i kilka rzuconych flar. Żandarm który wychylił się za okno miał szansą jedynie podziwiać lewą nogę znikającą za załomem. Murphy podbiegł do świetlika i zaryzykował szybkie spojrzenie w dół. Na schodach kłębił się tłumek żandarmów z grupy interwencyjnej, w pełni uzbrojonych i w pełni wyekwipowanych. Światło księżyca mdle odbijało się od ich czarnych hełmów. Właśnie zaczęli wspinać się po schodach na dach, jeden z nich, który zauważył sylwetkę podejrzanego na tle bladego nieba krzyknął i próbował skierować na niego światło latarki podczepione pod FA MAS-em. Murphy przyszpilił całą grupę ogniem z pistoletu. Odwrócił się i zaczął biec w kierunku krawędzi budynku. Przeskoczył na stojący obok i chwilę potem na jeszcze następny. Za sobą słyszał okrzyki wzywające do poddania się. Kilka pocisków zagwizdało wokół niego odłupując tynk z kominów.

Budynek następny w kolejce był o kilka pięter wyższy. Murphy wskoczył na schody przeciwpożarowe i przez zbite okienko dostał się na klatkę schodową. Ruszył do góry wierząc, że przynajmniej przez chwilę będzie bezpieczny przed ogniem karabinów. Zdążył zaledwie pokonać jedno piętro gdy usłyszał odgłosy ludzi wdzierających się do środka. Jednym kopnięciem wyważył drzwi prowadzące na dach i skierował się do krawędzi. Zaklął. Następny budynek stał dużo dalej niż nawet Trinity zdołałaby skoczyć. Tu chyba nadszedł czas zakończyć ucieczkę.

Murphy obrócił się do wbiegających na dach komandosów. Nie potrzebowali już latarek i tors Murphego oświetlało jedynie zgromadzenie czerwonych, pojedynczych kropek. W pojednawczym geście uniósł ręce do góry, nie wypuszczając jednakże trzymanego Taurusa. Pozostały jedynie trzy pociski w srebrzystych płaszczach. Nie było szansy wyeliminować wszystkich obecnych na dachu. Gdzieś na granicy słyszalności pojawiło się buczenie szybko zbliżającego się śmigłowca. Żandarmi wbrew własnej wściekłości z utraconych bezpowrotnie towarzyszy broni postanowili wziąć Murphego żywcem. On z kolei nie mógł sobie na to pozwolić. Bez względu na to, kto by go pojmał w ciągu pół godziny trafiłby pod „opiekuńcze” skrzydła Rzeźnika. Jeżeli Rzeźnik pracował w policji znaczyło to że są w pobliżu także i inni. Murphy rzucił broń na ziemię. Zrobił jeden krok do tyłu który postawił go tuż nad trzydziestometrową przepaścią.

Pozwolił, by wiatr łopotał połami jego czarnego płaszcza nadając mu wygląd szalonego wampira. Spojrzał na świecący księżyc. Jego blask przypomniał mu o wyglądzie srebrnej biżuterii na pięknej kobiecie, o jej pięknych błękitnych oczach rzucających zabójczo urocze spojrzenia spod wpółopuszczonych powiek, o jej wspaniałych włosach opadających szeroką grzywką na czoło i zawiązanych razem z tyłu głowy, o niesfornych pasemkach włosów wymykających się spod kontroli tuż za grzywką, i w końcu o jej zniewalającym uśmiechu za który Murphy pół świata pogrążyłby w wiecznej nocy. Jest tyle rzeczy dla których warto żyć. Murphy w przeciwieństwie do wrogów znał wszelkie radości życia i je w pełni doceniał. Jednakże w przeciwieństwie do tych sztywnych stróżów odwiecznego porządku, którzy za jedyny priorytet uznawali swoje przeżycie, Murphy znał drugie tyle rzeczy za które warto było zginąć.

Żandarmi ostrożnie zaczęli się zbliżać. Murphy przez wiele lat stąpał po krawędzi życia, śmierci, szaleństwa i strachu. Doskonale wiedział, że któregoś dnia będzie musiał zrobić nieostrożny krok - w jedną stronę, lub w drugą. Głęboko odetchnął i zrobił krok do tyłu. Żandarmi znieruchomieli zaskoczeni. Ostatecznie jeden z nich który jako pierwszy otrząsnął się ze zdziwienia podszedł do krawędzi dachu i spojrzał na kamienie trotuaru znajdujące się trzydzieści metrów poniżej. W pobliżu terkotał wirnik wciąż zbliżającego się śmigłowca. Usta żandarma uformowały tylko jedno zduszone i jedynie częściowo słyszalne słowo - „okurwa”...
Autor artykułu
Jonathan's Avatar
Zarejestrowany: Jul 2007
Posty: 64
Reputacja: 11
Jonathan nie jest za bardzo znany

Komentarz Autora
Język
100%100%100%
5
Spójność
100%100%100%
5
Kreatywność
100%100%100%
5
PrzekazBrak Informacji
Wrażenie OgólneBrak Informacji
Średnia:100%

Oceny użytkowników
Język
100%100%100%
5
Spójność
100%100%100%
5
Kreatywność
100%100%100%
5
Głosów: 1, średnia: 100%

Narzędzia artykułu

komentarz

« 40 dni | Kruki »


Zasady Pisania Postów
You may Nie post new articles
You may Nie post comments
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 07:39.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site
artykuły rpg

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164