Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > Zakątek LI-teracki > Artykuły, opowiadania, felietony > Opowiadania
Zarejestruj się Użytkownicy


komentarz
 
Narzędzia artykułu Wygląd
<!-- google_ad_section_start -->Kruki<!-- google_ad_section_end -->
Kruki
Autor artykułu: Salazar
25-02-2008
Kruki

Kolejna noc na szlaku. Ognisko wesoło pełgało w środku kręgu z ustawionych wozów. Małe iskierki wyskakiwały z niego by po chwili zginąć na ukrytej w mroku trawie. Karawana popasała w tym miejscu co roku, gdy była w tych okolicach. Zawsze takie samo rozstawienie wozów, wart i ogniska. Okolica była spokojna, oddalona o niecałe dziesięć kilometrów od Windhoun, małej mieściny znanej z pięknych wyrobów kryształów i skał, które można odnaleźć tylko łańcuchu Gór Szklistych. Załogę zdziwił tylko fakt, że nie spotkali innej karawany, która pojawiała się w tej okolicy o podobnej porze roku, może wypadli z interesu albo co?
Gruby kupiec, szef karawany, znany jako Amber (niewiadomo czy to nazwisko czy imię, nikomu nie wyjawiał swej prawdziwej tożsamości i innych faktów z życia) siedział na małym zydlu koło ogniska, popijając grzane Ultrydzkie wino i wysłuchując jednej z opowieści najemników (prawie usypiał na siedząco z nudów.
-… i wtedym gom sieknoł i zawieźlim go z bratem do wójta… - tu piękna i zaiste poetycka opowieść najmity o tym jak to złapał złodzieja bydła urwała się, bo jedna z czujek wydała odgłos (zahuczała niczym stary, zgrzybiały puszczyk) sygnalizujący obcą obecność w pobliżu obozu.
Wszyscy poderwali się, zebrali broń i z łukami ustawili się w odpowiednich miejscach. Warty i czujki wróciły do obozu by w razie czego pomóc w starciu.
Nagle koło wozów wylądował dziwny garniec z płonącym knotem. Kilku wojów spojrzało w tamtą stronę i sekundę później mogli patrzeć tylko na kwiatki od spodu. Wybuch małej bomby wstrząsnął całym obozem. Pięć ciał leżało już pokotem całe poharatane gwoździami i opiłkami z bomby, a tuzin pozostałych przy życiu (większość z nich też oberwała odłamkami) mężczyzn walczyła z ogarniającym ich ogłuszeniem. Nagle ponad harmider i zamieszanie powstałe po eksplozji wybił się pojedynczy krzyk:
-Troooooooll!! – to usłyszeli wszyscy, nawet mimo częściowej głuchoty.
Kilka mrugnięć oka później jeden z wozów przewalił się pod siłą potężnego ciosu potwora i przygniótł trzech następnych strażników karawany. Zaraz stwór wtoczył swe ogromne cielsko do obozu i zaczął rzucać najemnikami we wszystkie strony. Gdy prawie wszyscy padli na ziemię, ranni lub martwi, rozległ się krótki świst i coś małego wbiło się w tył głowy monstrum . Olbrzym zachwiał się, upadł z łoskotem na glebę i zasnął. Po chwili do oświetlonego przygaszonym ogniskiem obozu weszły cztery sylwetki odziane w długie płaszcze. Kolejno dobijały strażników i pachołków. Brakowało jednej osoby… szefa karawany.
Jeden z napastników podszedł z wyciągniętym sztyletem do jednego z wozów. Zajrzał i zobaczył struchlałego grubasa ukrytego za skrzynką z jakimiś wyrobami garncarskimi. Rzezimieszek wdrapał się na platformę i ciągnąc Ambera za kołnierz wywlókł go na ziemię. Kupiec spojrzał na niego blagalnie i zanim zdążył coś wykrztusić z zaschniętego gardła zbój powiedział lodowatym szeptem:
- To nic osobistego… - po czym poderżnął tamtemu gardło i zawlókł ciało do reszty poległych.
Troll już został skuty w grube kajdany i powoli przebudzał się. Dwóch pozostałych bandytów pakowało łupy na dwa kuce, które przyprowadzili w międzyczasie z małej polanki nieopodal, gdzie te czekały na koniec zniszczeń i sfinalizowanie całej napaści.
Odchodząc nie zauważyli, że spod jednego wozu wyczołgał się w las pachołek. Młody, niski i chudy chłopak. Drżący ze strachy zaczął pełzać w stronę traktu do wioski. Na jego szczęście bandyci wracali w las razem z trollem. Miał szczęście. Widział ich twarze, może ich opisać i w porę zdążył się ukryć nad osiami wozu. Teraz jego priorytetem było dotrzeć do osady…

***
W Windhoun aż zawrzało, gdy jedyny człowiek, który przeżył rzeź przyniósł wieści o następnej napadniętej karawanie. Wszyscy byli wzburzeni bezczelnością i brutalnością rabusiów. Sporządzono lisy gończe według opisów podanych przez pachołka (sporządził je artystycznie utalentowany skryba mera wioski). Już popołudniu tego samego dnia, gdy te zostały wywieszone do budynku rządcy wioski wszedł wysoki jegomość w płaszczu. Cień kaptura zasłaniał jego twarz, ale widać było niesforny kosmyk blond włosów, który uciekł z mroku panującego koło twarzy przybyłego.
Rzucił listy gończe na biurko mera i krótko stwierdził.
- Już nie żyją.
Po czym wyszedł i poszedł w stronę miejsca zbrodni.

***

- I co teraz Robercie? – spytał niski i szczurkowały rabuś.
- Jak to co? Prześpimy się gdzieś w tym lesie i wracamy do kotlinki. Zbieramy wszystkie łupy i fiuuu… na południe.
- A co z tym? – spytał „szczurek” pokazując kciukiem na trolla idącego z tyłu pochodu na długim mocnym łańcuchu.
- Hmmm.. szkoda mi go trochę. Wychowałem go od małego. –stwierdził ten, który zwany był Robertem.
- Taaaaa… i słucha się ciebie tylko dlatego, że jest non stop pod wpływem tych twoich ziółek… Coś trza z nim zrobić… - tu urwał i czekał na decyzję nominalnego dowódcy bandy.
- Poczekaj z tym Hans… Poczekaj. Zastanowię się w kotlinie. Wszak możemy go tam zostawić i niech zgnije. – przerwał myśl i krzyknął tak żeby wszyscy go słyszeli. – Ta polana wydaje mi się całkiem w porządku na mały popas.
Rozstawili prowizoryczny obóz. Stwora przypięli do grubego dębu rosnącego na skraju obozu. Troll siedział na ziemi z zamroczonymi ślepiami i wyglądał jakby nie wiedział co się wokół niego dzieje.
- Dobra panowie. Już za dużo środków przeznaczyliśmy na to wszystko. Czas się ulotnić i zacząć nowy żywot. – zaczął Robert. – Plan jest taki…

***
Riddegard stał w błocie i spoglądał na ścieżkę. Rano padało i to mu trochę ułatwiło zadanie.
- Niedawno, jakieś dwie godziny. Musieli gdzieś obozować po drodze. - powiedział w próżnię. Riddegard Hastrick, znany tu i ówdzie łowca nagród i tropiciel, jeden z najlepszych w swym fachu, a poza tym miał pewną niespotykaną u innych zdolność. Widzenia. Tak, nie przesłyszałeś się czytelniku. Widzenia. Miewał je od kiedy tylko pamiętał. Widział co się działo w danym miejscu kilka dni albo stuleci temu. Na początku talent przeszkadzał mu normalnie funkcjonować, ale z czasem oswoił się z nim i zaczął kontrolować. Dziś dzięki używaniu tej umiejętności (o czym nikomu nie wspominał) temu cieszy się całkiem niezłą estymą i poważaniem wśród najemnych ostrzy.
Patrzył na ślady w błocie prowadzące w środek kniei. Cztery pary stóp ludzkich, dwa kuce i jeden troll.
- Po kiego im troll?! - pomyślał łowca. - Przecież taki potwór stwarza więcej kłopotów wokół siebie niż korzyści, ale w sumie co to mnie obchodzi? - wzruszył ramionami i poprawił łuk oraz kołczan. Riddegard był wysokim mężczyzną. Długie blond włosy i niebieskie oczy często zmylały przeciwników (myśleli, że mają do czynienia z jakimś "synusiem mamusi"), ale szeroki podbródek i długa broda zapleciona w warkocze dodawały jego twarzy hardości. Tak samo jego postura. Mało osób mogło się z nim równać jeśli chodzi o siłę ramienia. Potężny chłop jak niektórzy o nim mawiali. Zawsze był ubrany w czarną skórzaną zbroję, mocne skórzane, wysokie buty i czarny płaszcz z kapturem. Do pasa miał przypiętą pochwę z półtoraręcznym mieczem, a po drugiej stronie przytroczył sztylet.
Łowca wszedł w zarośla i szedł nimi wzdłuż traktu aż doszedł do rozstaju. Tam zauważył, że ślady się rozłączają.
- Tak jakby wiedzieli, że ktoś za nimi idzie. Hmmm.... - zamyślił się na chwilę, po czym ruszył w tą stronę w którą na pewno nie poszedł troll i jego "opiekun". - Nim się zajmę na końcu. - uśmiechnął się szyderczo.
Nagroda za tych trzech wynosiła tysiąc dukatów plus pięćset za trolla. Całkiem sporo jak na taką małą mieścinę jaką jest Windhoun, położone w malowniczych terenach Armandu, górzystej krainy północy. A trzeba wam wiedzieć, że to dalekie peryferie Imperium i zadupie jakich mało.
Riddegard szedł dalej wzdłuż ścieżki aż nagle stracił trop odbity w błocie. Rozejrzał się i przebadał podłoże, ale nic nie znalazł. Wszedł z powrotem w zarośla i wszedł w trans. Poczuł jakby coś łupnęło go w głowę, upadł i zobaczył w krótkim błysku jak bandyci założyli nakładki na kopyta kuców i weszli z nimi do płytkiego strumienia płynącego prostopadle do ścieżki. Gdy słońce zaczęło się chylić ku zachodowi łowca przebudził się i potarł wciąż bolący czerep.
- Muszę zrobić sobie przerwę w zleceniach bo inaczej wykituję. - szepnął sam do siebie. Wyjął bukłak i na rozbudzenie pociągnął łyk gorzałki. -Uuuuu, mocna.
Wstał i poszedł do strumienia. Szedł wzdłuż niego aż słońce zaszło. Po około półtorej godziny wędrówki zobaczył wejście do kotliny i łunę płonącego ogniska. Bandyci znów byli w komplecie. Rozłączyli się pewnie by zmylić śledzącego.
-Tu żeście się schowali paszkwile jedne. - pomyślał i rozejrzał się za jakimś wejściem na wyżej położone półki skalne. Wcześniej zlustrował też okolicę kotliny i zauważył, że koło wejścia po obu stronach rosną drzewa. - To mi się przyda. - stwierdził.
Wdrapał się na półkę skalną, jakieś pięć metrów nad poziomem gruntu i wzdłuż niej przeszedł nad kotlinę. Zobaczył kuce ulokowane przy źródle strumyka na małej łatce trawy. Były przywiązane do palików wbitych w grunt, a koło nich juki z łupami i stertę śmieci (zapewne rzeczy, które się już bandytom nie przydadzą). Potem spojrzał w przeciwległy kąt zagłębienia. Do niskiego, acz grubego drzewa był przykuty troll, ohydny mieszkaniec tych gór i maskotka bandytów. Stwór miał jakieś dwa i pół metra wzrostu i tyleż samo w barach. Najłatwiej byłoby go opisać w takich słowach: kwadratowa kupa mięcha i mięśni. Jego płaski pysk z którego wystawały ostre kły i spoglądały małe kaprawe oczka nie wyrażał inteligencji większej niźli but Riddegarda. Po drugiej stronie strumyka siedzieli zbóje. Układali się już do snu nawet nie wystawiając wart i nie gasząc ogniska.
- Pewne siebie bestyjki. - stwierdził z niebezpiecznym uśmiechem łowca. Zauważył, że troll też się układa do snu. - Tym lepiej. - pomyślał.
Zszedł z półki i poszedł w stronę wejścia do kotliny. Wyjął z plecaka zwój drutu, którego używał do robienia pułapek na zwierzęta i nie tylko. Zmierzył wzrokiem odległość między drzewami. Przeciął drut na dwie równe części i przyczepił go zatrzaskami do drzew na dwóch wysokościach: kostek i szyi. Potem położył dwie pułapki na niedźwiedzie za linią drutów i skrupulatnie przykrył je ściółką.
- To tak na wszelki wypadek. - szepnął i wrócił na skalną półkę. Półka okrążała całą kotlinkę. Poszukał dobrego zejścia i zszedł na dół. Znalazł się w kącie naprzeciw trolla. Zaczął się skradać w jego stronę. Nawet kot nie usłyszałby jego kroków w elfich butach.
Podszedł do trolla i podsunął mu pod nos krótkotrwały środek nasenny. Przydawał się już kilka razy w jego robocie, gdy trzeba było kogoś związać, aby potem przesłuchać. Troll poruszył nozdrzami i spał dalej niepomny na to co się wokół niego dzieje. Riddegard podszedł do łańcucha. Ów był już strasznie przerdzewiały, a w niektórych miejscach nawet pęknięty. Znów pogrzebał w plecaku i znalazł to czego szukał. Mała paczuszka proszku dymnego. Przymocował ją do łańcucha i wrócił na półkę. Tam przymocował do strzały kawałek starego worka i skrzesał ogień. Podpalił worek i wystrzelił w paczkę prochu. Wzrok miał niczym kot, więc trafił bez problemu.
W kotlince rozległ się huk wybuchu. Łowca widział jak wszyscy się podrywają. Bandyci byli gotowi do bitki i patrzyli się w stronę wejścia do ich schronienia. Po chwili jeden z bandytów, ten który stał najbliżej trolla odwrócił się w kierunku przywiązanego stwora, ale tamten był już wolny. Olbrzym podbiegł i walnął tamtego resztką łańcucha. Bandyta poleciał ze zgruchotanymi żebrami na ścianę.
- Jeden z głowy. - stwierdził Riddegard przycupnięty w cieniu na półce skalnej jednocześnie czekając na dogodny moment do wkroczenia.
Herszt bandy nie wytrzymał ciśnienia i salwował się ucieczką. Wbiegł w przesmyk i po chwili rozległ się niesamowity jazgot rannego człowieka.
- Drugi. - odliczył łowca.
Dwóch pozostałych bandytów próbowało walczyć, ale ich wysiłki na niewiele się zdawały. Ich liche miecze nie mogły zadać poważnej rany kolosowi. Podbiegli pod półkę na której siedział tropiciel i czekali na śmierć. Troll szedł w ich stronę. Łowca wstał, wyjął miecz i przygotował się. Gdy wielkolud był już dostatecznie blisko skoczył mu na łeb, wbił mistrzowskiej roboty Imperialnych kowali miecz w mały móżdżek stwora, odbił się i wylądował na ziemi zanim ten runął na swój mało-inteligentny pysk.
Riddegard stanął naprzeciw dwóch pozostałych zbirów. Tamci patrzeli na niego w przerażeniu. Po chwili zebrali się w sobie i ruszyli do chaotycznego, nieskładnego ataku. Jeden z prawej, drugi z lewej strony łowcy. Wojownik kucnął i uderzył nisko pod kolana tego z prawej, przetoczył się i wstając uderzył z całej siły w plecy mijającego go bardzo zaskoczonego rozwojem wypadków bandyty. Cios był naprawdę potężny, nieomal przeciął łotra na pół.
Podszedł do tego z pociętymi nogami.
- Litości. - powiedział łamiącym się głosem i wznosił oczy do niebios jakby szukał tam ratunku. Zaczął klepać jakąś niezrozumiałą modlitwę jednocześnie szlochając.
- Dla takich jak ty nie ma litości. Czy okazałeś ją tym kupcom, których zabiłeś trzy dni temu? Albo tym z wczoraj? - spytał. - Raczej nie. Ode mnie jej też nie otrzymasz., a swemu bogu powiedz kto cię dorwał. Powiedz, że to zrobił Riddegard Hastrick. - zrobił pauzę. -Byłbym zapomniał. To nic osobistego – uśmiechnął się, po czym dobił bandytę.
- Łatwa robota. - powiedział w powietrze. Poszedł do wejścia do kotlinki. Zobaczył wiszącego na drucie herszta bandy. Miał podcięte kostki i tętnicę szyjną.
- Oho, nawet zatrzaski były zbędne. - stwierdził, po czym zdjął ciało z drutów, odczepił je uprzednio zabierając wnyki i zawlókł ciało do kotliny. Rzucił je koło dwóch innych i podszedł do kucy. Przejrzał juki. Wyjął mięso, przyprawy i kilka jarzyn.
- Przynajmniej będzie kolacja. Co nie koledzy? - rzucił zapytanie w stronę trupów, ale odpowiedziała mu grobowa cisza. Przyrządził sobie gulasz w kociołku znalezionym w innych jukach, zjadł i zgasił ognisko po czym położył się spać. Obudził się o świcie. Nic nie nękało go w nocy.
Nawet koszmary o przeszłości, które tak często miewał. Pozbierał ciała w jedno miejsce. Wyjął ze swojego plecaka worek, położył go na ziemi i zabrał się do zbierania trofeów. Przeszukał dokładnie ciała, nie znalazł jednak nic ciekawego. Znalazł jakiś w miarę duży pieniek i po kolei umieszczał na nim swoje ofiary obcinając im głowy, które wrzucał do worka. Potem podszedł do trolla i obciął mu jedną dłoń i wrzucił do worka. Troll w jego kontrakcie opiewał na jakieś pięćset dukatów, więc musiał mieć jakiś dowód. Zawiązał rzemieniem worek z dowodami, zebrał co ważniejsze rzeczy z rabunku w jedne juki. Łupem bandytów w ostatnim tygodniu padły dwie karawany, więc było tam całkiem dużo złota (które należałoby zwrócić) oraz jedzenie i inne zapasy. Zabrał kuce i ruszył w drogę. Gdy odszedł, kruki zleciały się chmarą i zaczęły dziobać bezgłowe truchła.

***
Riddegard odebrał należną nagrodę i odjechał na południe. Miał już dość nudnych i dzikich północnych ostępów Imperium. Jechał na swoim siwku, popasając w przydrożnych karczmach. Imperialne trakty były zadbane, więc podróż nie było w żaden sposób uciążliwa. Nic tak nie odprężało tropiciela jak łono natury i spokój.
Po trzech dniach od wyjazdu z Gór Szklistych łowca dojechał do miasteczka o wdzięcznej nazwie Silktown, jakieś sto kilometrów od stolicy Północnego Królestwa. Na pierwszy rzut oka bardzo miło wyglądająca osada. Równe, wybrukowane drogi. Schludne drewniane domy z ładnymi ogródkami i zagrodami. Mały rynek i górujący na tym wszystkim kasztel rządcy miastowego. Widać było powszechny spokój i zadowolenie.
Hastrick dojechał do jedynej w mieścinie karczmy. Oddał konia stajennemu rzucając mu sztukę złota, po czym wszedł do głównej izby zajazdu. Pierwsze co mu się rzuciło w oczy to niezwykła dbałość o nastrój i czystość karczmy. Wygodne dębowe krzesła i stoły z tegoż samego drewna. Miły zapach ziół, które zwieszały się z powały, bielone ściany i miła, przyjazna twarz oberżysty.
- Witam w mych skromnych progach! – zawołał na powitanie gościa. O tej porze karczma ziała pustką, więc w głównej sali byli tylko oni dwaj. – Czegóż sobie życzysz szanowny gościu? – spytał, gdy Riddegard usiadł przy barze.
- Pokój na jakieś trzy dni, wyżywienie i napitek. – odpowiedział lakonicznie tropiciel.
- Trzynaście dukatów. – odpowiedział karczmarz, odebrał podane złoto i zawołał służkę. Ta pokazała przyjezdnemu pokój, dała mu klucze i po kilku chwilach zjawiła się z posiłkiem i bardzo zacnym piwem z grubą pianą.
- Dziękuję. – łowca podziękował, wręczył mały napiwek i zasiadł do posiłku. Na ten składała się gomółka sera, pyszny razowy chleb, masło, gulasz z jagnięciny z miętą i bazylią oraz wcześniej wspomniany zacny trunek. Po posiłku zniósł naczynia na dół i postanowił udać się na krótki spacer.
Wyszedł przed karczmę, przeciągnął się i ruszył w stronę rynku. Panowało tam niezwykłe poruszenie. Ustawiono jakąś platformę i po chwili ustawiono na niej dyby w które zakuto jakiegoś chudego starca. Po chwili na podwyższenie wyszedł herold i obwieścił jaka ma być wymierzona kara.
- Dziesięć batów i przypalanie stóp! Oto kara za zbrodnię. – wykrzyczał wiadomość dwukrotnie i zszedł ze swojego stanowiska. Jego miejsce zajął mistrz małodobry z groźnie wyglądającym batogiem w mocarnej łapie.
- Co takiego zrobił? – spytał Riddegard stojącego najbliżej mieszkańca.
- Pędził bimber. Odnaleziono jego kanciapę podczas przeszukiwań domów wczoraj. Szeryf szukał złodzieja bydła, ale niestety…
- Taka kara za bimber?! Przeca wystarczyłaby grzywna! – tropiciel był oburzony i wstrząśnięty.
- Powiedz to szeryfowi i jego drabom nieznajomy.
Łowca nie wytrzymał. Odwrócił się i zaczął iść spowrotem do zajazdu. Wychwycił jeszcze zaciekawione spojrzenia grupki ludzi, którzy chyba usłyszeli jego zarzuty.
Za jego plecami kończyła się kaźń. Ciało starca zwiotczało i wyraźnie było widać, że duch z niego uleciał, kat jednak skończył swą powinność dopiero gdy przypalił nieboszczyka w akompaniamencie buczenia i okrzyków wzburzenia tłumu.

***

Riddegard nie był zadowolony z tego co zobaczył na placu, ale mimo tego miał zamiar zostać w Silktown dzień lub dwa. Tak dla odpoczynku od spraw ważkich i męczących. Siedział właśnie przy barze i popijał piwo, gdy do w połowie wypełnionej Sali wtoczyło się dwóch osiłków z jakimiś insygniami ukazującymi ich uprawnienia. Podeszli do niego i stali za jego plecami. Po chwili odwrócił się, wstał i niespodziewanie dla nich hardo spojrzał im w oczy.
- Tak? – spytał krótko, acz treściwie i postarał się w tym jednym słowie umieścić jak najwięcej jadu.
- Musi pan zapłacić podatek – urwał na chwilę po czym wskazał grubym, sękatym paluchem półtoraroczny miecz tropiciela. – od tego.
- Od broni? Podatek? – spytał zdziwiony i wzburzony już drugi raz tego dnia. – Panowie. Według tego co wiem o prawie Pięciu Królestw… nie istnieje taki podatek. Owszem istnieją ograniczenia, ale…
Tu przerwał mu krótki lekceważący ruch ręki oprycha.
- Tu szeryf jest prawem. I on mówi co i jak. Zrozumiano? Płać dwa dukaty albo się wynoś. Nie jesteś mieszkańcem, więc gówno nas obchodzi co się z tobą stanie na trakcie.
Riddegardowi nie było w smak płacić bezprawnych opłat, ale nie miał zamiaru wyjeżdżać z miasta pod wieczór, wolał się porządnie wyspać, więc wyjął spod płaszcza sakiewkę i rzucił drągalom dwie monety. Ci skinęli mu głowami radząc mądrego wyboru i wyszli. Tropiciel był już trochę poirytowany tym wszystkim. Skończył piwo i wrócił do swojego pokoju. Zdjął płaszcz, powiesił go na krześle i zaczął rozwiązywać rzemienie zbroi. Już bez pancerza zaczął się przeciągać i wykonywać kilka ćwiczeń rozluźniających obolałe kończyny. Po ćwiczeniach położył się na łóżku i próbował uspokoić chaotyczne myśli. Po chwili usnął.
***
Znów śnił mu się dom. Nienawiść. Niezrozumienie. Jego rodzice wyklęli go, uważając za diabła, za siłę nieczystą. Wszystko przez jego dar. Wygnano go, gdy miał niecałe piętnaście lat. Potem marzenia senne ukazały mu lata tułaczki po świecie. Włóczył się od wioski do wioski nie mogąc nigdzie zagrzać miejsca.



/Wątek został przeniesiony do odpowiedniego działu i opatrzony odpowiednim tytułem. Na przyszłość proszę najpierw zapoznać się z budową forum.

Pozdrawiam
-M-
Autor artykułu
Salazar's Avatar
Zarejestrowany: Feb 2008
Miasto: Athkatla
Posty: 169
Reputacja: 38
Salazar jest na bardzo dobrej drodzeSalazar jest na bardzo dobrej drodzeSalazar jest na bardzo dobrej drodzeSalazar jest na bardzo dobrej drodzeSalazar jest na bardzo dobrej drodzeSalazar jest na bardzo dobrej drodzeSalazar jest na bardzo dobrej drodzeSalazar jest na bardzo dobrej drodzeSalazar jest na bardzo dobrej drodzeSalazar jest na bardzo dobrej drodzeSalazar jest na bardzo dobrej drodze

Oceny użytkowników
Język
80%80%80%
4
Spójność
70%70%70%
3.5
Kreatywność
80%80%80%
4
PrzekazBrak Informacji
Wrażenie OgólneBrak Informacji
Głosów: 2, średnia: 77%

Narzędzia artykułu

komentarz



Zasady Pisania Postów
You may Nie post new articles
You may Nie post comments
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 04:24.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site
artykuły rpg

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166