Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > Zakątek LI-teracki > Artykuły, opowiadania, felietony > Opowiadania
Zarejestruj się Użytkownicy


komentarz
 
Narzędzia artykułu Wygląd
<!-- google_ad_section_start -->"Lalkarz"<!-- google_ad_section_end -->
"Lalkarz"
Autor artykułu: DrHyde
09-03-2008
"Lalkarz"

„Lalkarz”

Pacjent

Godz. 10:04

Krzysiek przebudził się i jak co dzień rozpoczął poranek od standardowych czynności. Podniósł sok pomarańczowy z blatu oszklonego stolika. Potrząsnął nim, aby sprawdzić czy cos jest w środku. Wlał resztkę soku do gardła gasząc suszę. Krzysiek to student. Czy jest charakterystyczny? Tego nie wiem, ocenicie to sami. Ma klasycznie zawsze zmęczoną twarz i jest totalnym bałaganiarzem. Czystość to w jego słowniku słowo zamazane i nieczytelne.
Wstał z łóżka z rozwichrzonymi włosami i zmęczoną z niewyspania twarzą. Szczupłe blade ciało zlewało się ze ścianą tego samego koloru. Podrapał się ręką po tyłku co miał w zwyczaju o poranku i podciągnął wiszące gacie. Spojrzał na zegarek. Uświadomił sobie, że do egzaminu zostały jakieś niecałe cztery godziny. Musi się spieszyć. Licząc na to, że będą korki zanim dojedzie do centrum to musi wyjść z zapasem czasu przynajmniej godziny. Tutaj jego ulubione powiedzenie „Pośpiech jest matką upadku” padło na pysk. Musiał się sprężyć co w jego przypadku było skomplikowane, gdyż nie słynął z punktualności. Podszedł do okna
i zrzucił na podłogę pudełko z kawałkami wczorajszej pizzy i papierki po batonikach z przed kilku dni. Otworzył szeroko okno. Jedno z wielu plastikowych okien dużego wieżowca. Krzysiek wynajął to mieszkanie tydzień temu. Mała kawalerka na dziesiątym piętrze. Łazienka, zdemolowana kuchnia, korytarzyk i pokój zdecydowanie spełniały jego potrzeby życiowe. Pokój nie był duży. Białe ściany ozdabiał plakat The Doors i liczne zadrapania. Pod regipsową, wewnętrzną ścianką stało łóżko, które się już nie składało. Obok łóżka mały stolik z uschniętym kwiatkiem w doniczce. Pod oknem z wyjściem na balkon znajdowało się „centrum dowodzenia” czyli biurko z komputerem. Ubrania wisiały koło łóżka na prowizorycznie zrobionych wieszakach, powbijanych w ścianę. Przeniósł się na Uniwersytet dzięki pomocy wujka. Dobrze jest mieć rodzinę w Stanach.
Krzysiek ruszył przez drzwi w ściance regipsowej do łazienki. Przeszedł przez kuchnię i zatrzymał się. Stanął między szafką z naczyniami a starą kuchenką, przed wejściem do łazienki. Zastanawiał się dlaczego nic nie usłyszał? Zapytacie pewnie co miał niby usłyszeć? W wieżowcach takich jak to musisz coś usłyszeć po otworzeniu okna, szczególnie na obrzeżach miasta. Przynajmniej kogoś spieszącego się na autobus. Krzysiek słyszał jedynie wiatr i czuł smród pochłoniętego technologicznym pośpiechem świata. Nie nadzwyczajnego. Czy to był jakiś wyjątkowy dzień? Jakieś święto? Wszedł do łazienki i obmył twarz. Przetarł się ręcznikiem. Widok popękanych płytek i połamanych drzwi od kabiny standardowo towarzyszył mu przy myciu. Wrócił do kuchni. Szybkie śniadanko w postaci jajecznicy
i zeschłego chleba z przed dwóch dni postawiło go na nogi. W lodówce została tylko konserwa. Krzysiek przypomniał sobie, że dziś powinny przyjść na konto pieniądze od rodziców. Obowiązkowo po egzaminie musi zrobić zakupy. Zaparzył sobie kawę. Mocną kawę. Lubił taką gdy palił. Sięgnął po papierosy do szafki i wyszedł zapalić na balkon.
Widok z okna nie był zbyt piękny. Rząd śmietników pod oknem, parking, stara zamknięta pizzeria, po prawej park, gdzie ludzie chodzą z pieskami, po lewej droga szybkiego ruchu w kierunku centrum.
Krzysiek odpalił papierosa i rozejrzał się. Dopiero po chwili zauważył. W polu jego widzenia nie było nikogo. Żadnego samochodu, człowieka, psa, ptaka. Nawet na ulicy nic nie przejechało od dłuższego czasu. Krzysiek zaczął się zastanawiać, co mogło spowodować takie opustoszenie. Przypomniał sobie wczorajszy horror, który oglądał i zaczął się śmiać. Czy na pewno go oglądał? Totalna cisza. Tylko szum wiatru w powietrzu.



Godz. 12:23



Czarny garnitur i niedbale założona biała koszula ozdobiona czarnym krawatem. Stare, czarne buty garniturowe. Rozwiane włosy á’la Johnny Deep i papieros w ustach. Krzysiek wyglądał jak z taniego kryminału. Już dawno powinien rzucić palenie. Te plany jednak z dnia na dzień były coraz większą abstrakcją. Lubił palić. Nie chciał rzucać. Stał na przystanku i nerwowo patrzył na zegarek. Autobus powinien być dwadzieścia minut temu. Zaczął się niepokoić. Spojrzał w kierunku swojego wieżowca. Przypomniał sobie o tej dziwnej ciszy i nagle uświadomił sobie, że od trzydziestu minut nie przejechał żaden samochód. Dziwna sytuacja.
- Przecież nie pójdę do centrum na nogach. Jest tam ktoooś??!!!!
Krzysiek krzyknął przed siebie w nadziei, że ktoś mu odpowie. Na początku wydawało się to zabawne. Teraz sytuacja zaczęła nabierać poważniejszego tonu. Nie chodziło już o egzamin. Chodziło o ludzi. Gdzie się wszyscy podziali? Krzysiek przeszedł spokojnie przez cztery pasy ulicy. Rozglądał się z niedowierzaniem. Wszedł do pierwszego budynku i wsiadł do windy. Nacisnął numer sześć. Jechał do swojego kumpla. Wysiadł na korytarzu i podszedł do drzwi. Zapukał. Nikt nie otworzył. Krzysiek zapukał jeszcze raz i otworzył drzwi jak miał w zwyczaju. Jego oczom ukazała się istna dżungla roślinności. Krzysiek cofnął się w szoku.
- Jezu! Co tu się stało?!
Nie mógł uwierzyć własnym oczom. Wszedł jednak do środka. Przedzierał się przez chaszcze w kierunku salonu. Zwiedził całe mieszkanie i nie zastał nikogo i niczego. Skierował się do drzwi wyjściowych. Jak się okazało brak mieszkańców był małym problemem, teraz znikły też drzwi. Krzysiek błądził po dżungli. Normalnym dzikim i niebezpiecznym otoczeniu. To był absurd. Ugryzł nawet kawałek liścia żeby się przekonać czy to nie sen. To nie był sen.
Wyszedł na małą polanę. Na jej końcu stał koń i rycerz w siodle. Rycerz ubrany w zbroję, przyozdobiony był różowymi wstążkami i watą cukrową. Zamiast kopi trzymał w ręce gigantyczną strzykawkę. Krzysiek najpierw buchnął śmiechem i aż zanosił się z rozbawienia. Po chwili jednak przestał się śmiać, gdy rycerz rozpoczął szarżę z gigantyczną strzykawką.
Czy to sen? To pytanie jak najbardziej na miejscu.

Godz. 13:16

Krzysiek leżał na środku skrzyżowania. Podniósł się i rozglądał we wszystkie strony. Starał się jakoś racjonalnie wytłumaczyć wydarzenia z ostatnich minut. Spojrzał na zegarek. Minut?! Jakich minut to już po pierwszej. O drugiej jest egzamin. Krzysiek zerwał się na równe nogi i przypomniał sobie o rycerzu i strzykawce. Dzięki Bogu nie trafił go tą gigantyczną strzykawką. O ile Bóg miał z tym coś wspólnego. Krzysiek nie lubił strzykawek. Bał się ich. Przemyślał sytuacje i doszedł do wniosku, że ta sytuacja jest niedorzeczna. Stał tak na ulicy, szukając sensu tej porannej przygody. Gdy tak badał otoczenie, spostrzegł skaczącą na skakance dziewczynkę. Na środku jezdni. Najczęściej uczęszczanej drogi…na której właśnie stał. Dotarło to do niego i zaczął biec w kierunku dziewczynki. Coś się jej może stać. Pewnie zaraz jakiś wariat wyskoczy swoim nowym BMW. Krzysiek podbiegł do dziewczynki, która przestała skakać. Jej zarośnięta gęstym zarostem twarz, pokryta zmarszczkami przemówiła grubym męskim głosem.
- Dobrze się bawisz Krzysiu?
- Aaaaaaaaa!!! – Wykrzyczał Krzysiek, odpychając dziecko jak najdalej od siebie. Przerażenie i dezorientacja wymalowały się na twarzy Krzyśka, który starał się to wszystko jakoś tłumaczyć, ale nie mógł. Nie dało się. To nie realne. To tylko zły sen. Dziewczynka powoli zaczęła przemieszczać się w kierunku chłopaka.
- Nie uciekniesz mi. To nie jest sen Krzysiu. Już nie.
Krzysiek wstał na nogi i zaczął biec. Uciekał. Nie patrzył gdzie biegnie byle przed siebie. Dobiegł do końca. Spytacie do końca czego? Do końca ziemi. Przed nim niewiadomo skąd wyrosła woda. Na niej pływające tosty. Tosty pływały z rączkami i nóżkami z żółtego sera i oczkami nieco przypalonymi na powierzchni chleba. Krzysiek oniemiał.
- Pomóż nam Krzysiu toniemy.
Chłopak stał jak wryty na brzegu. Woda podmywała jego lakierki od garnituru. Nie mógł uwierzyć w to, że na powierzchni wody pływają gadające tosty. Usiadł sobie. Próbował zebrać myśli. Nie dawał rady. Pod palmą, która rosła zaraz przy brzegu zauważył motor. Podszedł do niego. Faktem jest, że dawno nie jeździł, ale to jakiś środek transportu. Krzysiek spojrzał w górę i ujrzał wiszące pod liśćmi gruszki. Olał to. Po pływających tostach i rycerzu w różowej zbroi w tym momencie nie wiele mogło go zadziwić. Wsiadł na motor. Ruszył w kierunku uczelni. Tak mu się przynajmniej wydawało.

Godz. 14:05

Krzysiek przebiegł wszystkie korytarze i nie znalazł nikogo. Budynek Uniwersytecki był opustoszały. Tak jak i reszta miasta. Przejeżdżając przez centrum nie napotkał nikogo. Nie wiedział czy cieszyć się tym, że odwołano egzamin czy załamać się tą niedorzeczną sytuacją. Nienormalną. Paranormalną. Może to taki bardzo duży Wielki Brat. Krzysiek wybiegł przed wejście na uczelnie i zaczął machać dłońmi jakby do ukrytej kamery. Niestety. Cisza. Ta cholerna, niesforna cisza. Miał jej dość. Popatrzył na okazały budynek uczelni. Coś w nim było nie tak. Podszedł do ściany budynku. Poczuł słodki zapach w powietrzu. Dotknął ściany. Ukruszyła się. Krzysiek zdziwiony powąchał kawałek ukruszonej ściany. To cukier. Ciasto.
Budynek jest zrobiony z ciasta. Co to Jaś i Małgosia?
- Słyszysz mnie? – W powietrzu rozbrzmiał głos.
Krzysiek się zdezorientował. Szukał nadawcy komunikatu. Nikogo nie widział. Może pod wpływem tych dziwnych wydarzeń zwariował?
- Czy pacjent mnie słyszy? – Znów rozbrzmiał głos w powietrzu.
Krzysiek zdegustowany kolejną dziwną sytuacją postanowił odpowiedzieć.
- Słyszę do cholery. Nie jestem głuchy.
Odpowiedź obiła się echem po otoczeniu. Cisza.
- Pacjent nie reaguje. Chyba kolejny eksperyment…
Głos zanikł gdzieś w powietrzu. Krzysiek zaczął dramatyzować. Biegał w miejscu. Szukał kogokolwiek. Krzyczał i wydzierał się bez sensu. Starał się zwrócić na siebie uwagę. Kogoś. Kogokolwiek. Bez efektów. Czy był sam? Nie wiem.

Godz. 17:36

Wrócił do mieszkania. Zapalił papierosa i zaparzył kawę. W powietrzu unosił się dziwny zapach. Zapach szpitala. Wszystko było bez sensu. Usiadł przed komputerem. Włączył go i ujrzał ten brzydki ryj dziewczynki. Ciężko było powiedzieć czy to była w ogóle dziewczynka.
- Witaj Krzysiu. Pewnie zastanawiasz się co się dzieje. To już nie istotne. Zajmę się tobą.

- Kim jesteś ?! Czego chcesz ?! – Krzysiek zastanawiał się jakim cudem z nim rozmawia, skoro głośniki są wyłączone.
- Jestem twoim nowym Panem. Władcą twojego bytu. Jestem Bogiem tego Świata. Władcą Kukiełek.

Godz. 17:47

- Czy pacjent odzyskał świadomość?
- Nie Pani Doktor.
- Czy kontrolujemy jego mózg?
- Nie Pani Doktor. Nie odbieramy żadnych bodźców świadczących o tym, że pacjent przeżył. Jego świadomość zatraciła się w trakcie pierwszego zabiegu.
Pani doktor wyszła z Sali zabiegowej bez słowa. Sala była mała. Wszechogarniająca biel i sterylność ozdabiały pomieszczenie. Na środku nagie ciało mężczyzny. Rozwichrzone włosy w stylu J. Deep i bardzo szczupła sylwetka mężczyzny ozdobione były podłączonymi do całego ciała kablami. Na błyszczącym, stalowym stole wisiała tabliczka:

„Pacjent nr 739”

Pielęgniarka nachyliła się nad ciałem mężczyzny i poprawiła kable na głowie. Na białym fartuchu widniała, przyczepiona do lewej piersi plakietka z chipem i napisem „Korporacja Morfeusz. Personel”. Pielęgniarka wyciągnęła z kieszeni komunikator i założyła na ucho. W głośniku rozbrzmiał głos Pani Doktor.
- Wiozą nowe obiekty badań.

Czy to sen? Skąd wiesz kiedy się obudzisz? To jeszcze nie koniec. To dopiero początek.




Przypadek Johna Foxa

Godz. 12:46

Siedział w przyciemnionym pomieszczeniu od rana. Niebo za małym oknem przypominało mętną od błota kałużę. Smród spalin, zgiełk wielkiego miasta i zabiegani niczym pracowite mrówki ludzie. Przyglądał się temu wszystkiemu przez okno. Szara rzeczywistość. Pomieszczenie, które pełniło tymczasowo funkcję biura nie było zbyt duże. Światło lampki oświetlało stare, drewniane biurko, zawalone papierami i ozdobione plamami po rozlanej kawie. Mężczyzna siedział na krześle z nogami opartymi o parapet otworzonego okna. Bujał się w rytm wściekłego dźwięku klaksonów samochodowych. Na ścianie wisiał niedbale stary, brązowy prochowiec á’la porucznik Kolombo i zniszczony, takiego samego koloru kapelusz. Obok przytwierdzona na dwa krzywe gwoździe, mała tablica korkowa z licznymi karteczkami, ozdobionymi numerami telefonów i adresami. Przy drzwiach wejściowych poprzedni właściciel umieścił trzy stare plakaty Marilyn Monroe.
Wyciągnął z kieszeni starej, kremowej kamizelki w brązową kratę paczkę papierosów Lucky Strike i zapalniczkę. Lubił te papierosy. Zawsze były lekko pogniecione i zwisały w ustach jak gangsterom w starych filmach kryminalnych. Poza dużo robi. Podwinął rękawy swojej białej, lekko niedoprasowanej koszuli. Było gorąco, wiec rozpiął guzik pod szyją. Nie nosił krawatów. Teraz wiedział dlaczego. W taką pogodę to zabójstwo. Nigdy nie lubił tego kawałka szmaty pod szyją. Podniósł prawą rękę, aby sprawdzić godzinę na swoim „złotym” zegarku kupionym na straganie w China Town. Stoi. Zawsze się psuł kiedy chciał zobaczyć godzinę. Odgarnął krótkie, czarne włosy do tyłu. Kropelka potu spłynęła po twarzy. Odpalił zmiętego papierosa. Dopiero teraz zauważył, że jego szare spodnie garniturowe mają dziurę na kolanie.
To pewnie po ostatnim pościgu. Praca prywatnego detektywa w wieku czterdziestu dwóch lat, nie należała do łatwych zawodów. Za coś musiał opłacić mieszkanie i kupować to wstrętne żarcie jakie fundują korporacje. Jego przemyślenia przerwał dźwięk telefonu. Ten dźwięk doprowadzał go do szału. Już dawno powinien wymienić ten złom. Wychylił się i podniósł słuchawkę.
- Biuro Detektywistyczne Fox. – Powiedział leniwym głosem.
- Czy rozmawiam z detektywem Johnem Foxem? – W słuchawce odezwał się kobiecy głos.
- Przy telefonie. – Zdziwił się. Nikt nie mówił do niego po imieniu. Nikt ze znajomych go nie znał. Wszyscy mówili do niego Fox.
- Chciałabym się spotkać. Mam dla pana robotę. Dostałam numer od znajomego.
- Na czym polega kłopot? – John zainteresował się tajemniczym charakterem sprawy. Zazwyczaj ludzie przychodzą gadać na ten temat do biura.
- Spotkajmy się o trzeciej przy budce z chińskim jedzeniem na St. Vincent Street.
Chciał coś jeszcze powiedzieć. Nie zdążył. W słuchawce rozległ się głuchy sygnał. Rozłączyła się. Fox odłożył słuchawkę i zaczął się zastanawiać czy ktoś chce go zabić?
Może jakiś typek wyszedł z pudła i chce sprzedać mu kulkę. Tak czy inaczej John musiał zarobić na opłatę mieszkania, a to było pierwsze zlecenie od dwóch tygodni. Musiał tam pojechać. Wstał i dopalił papierosa, chodząc nerwowo po pomieszczeniu. Dostał sprawę. Nie mógł w to uwierzyć. Może w końcu coś się ruszy. Od trzech miesięcy ludzie zawracali mu dupę takimi błahostkami, że zastanawiał się czy ta praca ma sens. Miał cichą nadzieję, że to jakieś konkretne przestępstwo lub grubsza sprawa. Nawet nie wie jak bardzo się pomylił. Gdyby wiedział pewnie nie wziął by tego zlecenia. Ty też wierz mi.
Fox podszedł do okna. Wyjrzał na zewnątrz. Często zastanawiał się co mu bardziej szkodzi? Oddychanie miejskim powietrzem? Czy palenie papierosów? Nie znał odpowiedzi. Potężny billboard reklamowy, który zasłaniał pół kamienicy naprzeciwko, znów pokazywał tą śliczną brunetkę, reklamującą bieliznę. John zapomniał jak to jest być z kobietą. Po rozwodzie nie miał kobiety. Popatrzył na zegar nad billboardem. Cztery po pierwszej. Teraz doceniał to, że biuro znajdowało się w centrum. Gdyby siedział teraz w starym pokoju na przedmieściach, pewnie nie dojechałby na spotkanie przez cholerne korki. Zarzucił prochowiec i założył kapelusz, który opadł na jego pokrytą zmarszczkami twarz. Wory pod oczami i kilkudniowy zarost dodawały mu uroku osobistego. Uśmiechnął się do siebie, pokazując przy tym żółte od kawy i papierosów zęby. Wziął kluczyki od auta z szuflady biurka i wyszedł zamykając drzwi biura na klucz. Pierwsza sprawa od dwóch tygodni.

Godz. 14:42

John przedzierał się przez zatłoczoną St. Vincent Street niczym przez dżunglę. Dojechał do krawężnika i wysiadł z samochodu. Jego stary chevrolet z przebarwioną, brązową karoserią nadawał się już do muzeum. Miasto przyjęło projekt autostrad powietrznych, na których poruszały by się tylko samochody z napędem powietrznym. Ciekawe kogo na to stać? Fox nie mógł nadążyć za technologiczną myślą, która przez ostatnie parę lat rozpędziła się niesamowicie. Oparł się o budkę z chińskim żarciem, którego nie lubił. Nie wiedział co pchają do tego świństwa. Podobno braki dostawy zastępowali kawałkami kotów i psów z podwórka. Męczący dzień. Odpiął kolejny guzik koszuli, odsłaniając pół owłosionej klaty.
Spojrzał na rząd billboardów reklamowych. Świeciły całą gamą kolorów i zachęcały do zakupów jakiegoś taniego szajsu. Najdziwniejsza rzecz jaka ostatnio weszła na rynek to łączenie się z siecią internetową za pomocą kabli podłączanych do ciała. Ludzie ogłupieli na punkcie cybernetyki. Mało zaawansowana i rozwijająca się forma rozrywki miała zwojować świat i zapoczątkować nową erę. Fox nie mógł tego zrozumieć. Nie chciał.
Chińczyk wybełkotał coś do niego w swoim języku i wyrwał Johna z zadumy.
- Mów po angielsku żółtku. – Nie lubił jak ktoś gadał w obcym języku w jego kraju.
- Życzy sobie coś? – Obcokrajowiec uśmiechnął się.
- Dzień dobry Panie Fox. – Zza pleców Johna dobiegł kobiecy głos. Detektyw odwrócił się i ujrzał Ją. Czerwony, skórzany żakiecik i czarne, eleganckie spodnie. Całość uzupełniały czarne szpilki i biała bluzeczka. Wszystko z najdroższych sklepów centrum handlowego. Biżuteria warta tyle co jego roczna pensja. Czarna torebka droższa niż jego samochód. Blond długie włosy falowały na wietrze. Smukła i delikatna twarz pokryta subtelnym makijażem. Oczy niczym szafiry. Usta w kolorze malin. Uśmiechnęła się i John znów zobaczył ten lśniący i radosny uśmiech. Popatrzył na jej palec i złotą obrączkę. Po tylu latach miała go na palcu. Fox uśmiechnął się.
- Jak zawsze śliczna. – Nie mógł darować sobie komplementu.
- Ty się nigdy nie zmienisz? Mogłeś przynajmniej się ogolić. Jeśli ci się wydaje, że cieszę się na twój widok to się mylisz. Co do obrączki to wyszłam drugi raz za mąż. To jednak mało powinno cię obchodzić. Obrączkę zostawiłam w skrzynce w starym biurze. Możesz odebrać. – John nie był zdziwiony. Spodziewał się takiego powitania. Nie spodziewał się jej tu jednak. Popatrzył ze zdziwieniem na podenerwowaną ex i wyjął z kieszeni papierosy.
- Palisz? – Wiedział, że nie pali, ale lubił patrzeć jak się denerwowała.
- Dobrze wiesz, że nie palę. Posłuchaj nie przyszłam tu roztrząsać nasze życiowe błędy. – Zaczyna się, pomyślał John. Pozwolił jej kontynuować i odpalił papierosa. – Przyjechałam tu z trudną sprawą. Zwróciłam się do kilku detektywów i nikt nie mógł mi pomóc.
- No dobrze. Przejdź do rzeczy.
- Zaginął mój mąż.
- Dlaczego nie zgłosisz tego na policję?
- Wczoraj się odnalazł.
- Nie rozumiem. Po co mi o tym mówisz, skoro się odnalazł. – Fox zamówił dwa opakowania jakiegoś chińskiego specjału. Starał się powstrzymać od śmiechu. Niedorzeczna sprawa.
- Myślałam, że może mnie zdradza i wyjechał gdzieś bez słowa. Tak jak ty. – John spojrzał na nią ze zdziwieniem. Nie przypominał sobie takich faktów.
- Od wczoraj nic nie mówi. Siedzi w swoim pokoju i rysuje cały czas jeden schemat.
- Jaki?
- Jakiegoś ludzika. Osobiście przypomina mi to lalkę.
- Może twój mąż potrzebuje psychiatry. – Zatrzymał uśmiech dla siebie.
- John to nie jest śmieszne. – Kobieta powiedziała to tak cholernie poważnie, że zrobiło mu się głupio.
- W porządku Clair. Co mam dla Ciebie zrobić w tej sprawie? – Chińczyk podał im jedzenie w pudełku i pałeczki. Fox rzucił mu dolca. Popatrzył do pudełka i zastanawiał się co to jest. Ze zdziwieniem patrzył, jak Clair zaczęła machać pałeczkami, wsuwając jedzenie do ust. Wyrzucił pałeczki. Zaczął jeść palcami. Clair mimowolnie uśmiechnęła się na widok Johna, który niezdarnie jadł palcami chiński posiłek.
- Christopher jest informatykiem.
To słowo działało na niego jak czerwona płachta na byka. Nie lubił informatyków i całego tego cybernetycznego gówna. Kobieta mówiła dalej.
- Dwa tygodnie temu dostał pracę w firmie Mindbraker. Miał zająć się testowaniem gry o tej samej nazwie. Szukał chętnych pasjonatów gier.
- Takich nie brakuje. – Dodał z przekąsem.
- Nie bądź wredny. Zgromadził ludzi i pojechał z nimi na testy gry. Miał wrócić na drugi dzień. Wrócił po tygodniu. Wczoraj. Od swojego powrotu siedzi w pokoju i rysuje cały czas to samo. Nie reaguje na nic. Dzwoniłam do ludzi, których numery znalazłam w biurku. Ci, do których się dodzwoniłam i brali udział w testach, zaginęli lub nie odbierali telefonu. Sprawdziłam ta firmę. Nie istnieje. Nikt o niej nie słyszał i nikogo to nie obchodzi. Nie znalazłam chętnych do pomocy. Na posterunku powiedzieli, że może mojego męża porwali kosmici i zgwałcili. – Niewykluczone pomyślał John. Rozbawiły go ostatnie słowa. Nie lubił kumpli po fachu siedzących na posterunku, ale czasami fajnie było się z nich pośmiać. Ta sprawa śmierdziała na odległość korporacjami. Ktoś ładnie namieszał, że nawet policja nie reaguje. Sprawa, na którą długo czekał.
- Słuchasz mnie John?
- Tak. Oczywiście. Biorę tą sprawę. Gdzie teraz mieszkasz? Musze zobaczyć twojego męża i może uda mi się z nim zamienić słowo.
Clair zapisała na małej karteczce adres i wsadziła mu do kieszonki. Dała mu chusteczkę. John wytarł dłonie, upaprane od chińskiego żarcia.
- Do zobaczenia wieczorem.
- Do zobaczenia Clair. – Podniósł kapelusz w geście pożegnania. Nie rozumiał dlaczego jeszcze Ją kochał. Nie chciał rozumieć.

Godz. 20:20



John podjechał pod wskazany adres. Wysiadł i zatrzasnął drzwi samochodu. Zamek ciężko chodził. Kumple od dawna mu mówili, żeby kupił nowe auto z blokadą na dotyk. Nie lubił technologii. Jakkolwiek to dziwnie brzmiało w dzisiejszych czasach, on jej nie lubił. Podszedł do potężnego wieżowca. Okolica nie była zachęcająca. Dlaczego kupili mieszkanie w Brudnej Dzielnicy. Wszedł do korytarza i wcisnął guzik windy. W stróżówce po lewej siedział gruby strażnik. Jadł chipsy i oglądał TV. Winda nie działała, co oznaczało wycieczkę po schodach. Fox cholernie się ucieszył tym faktem.
- Jestem na to za stary… - Powiedział sam do siebie, sapiąc w drodze na dziesiąte piętro.
W końcu wszedł na korytarz. Na podłodze leżała mała lalka z urwaną głową.
Drzwi numer pięć były ochlapane krwią i miały ślady po uderzeniu czymś ostrym. John podszedł pod jedynkę i zapukał. Konstrukcja drzwi była tak mocna, że mógłby je wyważyć pięścią. Otworzyły się. Pierwszy cios padł w zmysł węchu. Poczuł jak jego ciało opanowuje głód w momencie, gdy doszedł do niego zapach jedzenia z mieszkania. Drugim ciosem był widok obcisłego szlafroku na ciele Clair. Sam jej widok jakoś pozytywnie na niego zadziałał. Usłyszał chrzęst za swoimi plecami i odruchowo złapał za broń w kaburze pod płaszczem. Odwrócił się błyskawicznie i już miał wyciągać pistolet… Dziadek wyszedł na korytarz. To tylko drzwi. John uspokoił się w myśli. Mężczyzna wyszedł z mieszkania z okrwawionymi drzwiami. Miał koło sześćdziesiątki. Siwe włosy. Blade wychudzone ciało. Zwisające gacie w kratkę i niebieski szlafrok w serduszka. Wyglądał żałośnie. Podniósł lalkę z podłogi, wydając dziwny odgłos zmęczenia. Pewnie miał kłopoty z kręgosłupem. Spojrzał w oczy detektywa. Fox zbladł. Facet miał coś w spojrzeniu. Coś niepokojącego. Starzec wrócił do mieszkania.
- Co to za mężczyzna? – Zapytał Clair.
- Daj spokój. On ma kłopoty z zaparzeniem herbaty. Nie schodzi na dół. Winda nie działa, nie wszedł by z powrotem.
John trochę się uspokoił. Może już był przewrażliwiony. Faktycznie teraz wszyscy mogli mieć dziwne spojrzenie. Wystarczyło iść do sklepu firmy BioTech i zamówić sobie nowe, unikalne spojrzenie. Może rodzina kupiła mu w prezencie. Wszedł do środka, gdy zauważył jak Clair trzęsie się z zimna.
Mieszkanie było malutkie. Korytarzyk, kuchnia, pokoik i łazienka. Nic specjalnego jak na te czasy. Można nawet powiedzieć, że za biednie jak na Clair.
- Czemu nie powiedziałaś?
- O czym? – Zdziwiła się.
- Rzuciłaś pracę czy cię wyrzucili? – John rozglądał się w poszukiwaniu męża.
- Zrezy… Po co mam cię oszukiwać. Wyrzucili mnie. Dwa tygodnie temu.
- Dlaczego? I gdzie twój mąż?
- Nie interesuj się moim życiem prywatnym. – Problem w tym, że zawsze się interesował. – Zabrali go. Zadzwoniłam do szpitala. Miał jakiś atak. Przyjechała karetka i go zabrali do szpitala św. Pawła.
Fox chodził po mieszkaniu po tym jak skończyła mówić. Szukał czegoś. Czegokolwiek. Znalazł. Teczka była schowana za komputerem. Otworzył ją. Wyczytał czternaście nazwisk. Nic nie łączyło tych ludzi. Wszyscy zaginęli.
- Wezmę tą teczkę do wglądu. – Skierował swoje kroki w kierunku drzwi.
- John…
- Tak Clair?
Milczała. Wiedział co to oznacza. Nie mógł zostać. Za późno na powroty miłosne. Gdyby wiedział został by…


Godz. 22:06

Szpital. Nie lubił szpitali. Ostatnio słyszał przypadki zaginięć w szpitalach. Dosyć głośną sprawę prowadziła policja. Chodziło o sprzedaż części ciał. Handel niczym częściami zamiennymi do Forda. Co się dzieje z tymi ludźmi? Wszedł do korytarza. W szpitalu to godziny szczytu. To ktoś się postrzelił. To kogoś postrzelili. Jakiś facet z nożem w ręce po domowej awanturze. Młody punk z awarią cybernetycznej ręki. Ciągły sygnał karetek na zewnątrz budynku. John podszedł do młodej pielęgniarki przyjmującej zgłoszenia. Poczekał chwilę.
- Chciał Pan czegoś?
- Tak. Czy leży tu Christopher Cardozo?
Pielęgniarka zaczęła sprawdzać w komputerze.
- Nie. Nie przyjęliśmy nikogo takiego Panie?
- To ja tu zadaje pytania. – John pokazał jej odznakę. Lubił ten tekst. – Może Pani sprawdzić w innych szpitalach? To ważne.
- To trochę potrwa.
- Mam czas. – Wyjął papierosy i ruszył w kierunku wyjścia. Wyszedł przed automatyczne drzwi. Odpalił. Kiedyś wrócimy do epoki kamienia łupanego, jak ta cała technologia padnie na ryj. Jego myśli poza codziennością, która go przytłaczała, zaprzątało jeszcze tysiąc innych spraw. Myślał o emeryturze. Najwyższy czas. Tylko co będzie robił w domu? Szlag go trafi z nudów.
Pielęgniarka wyszła na zewnątrz owinięta swetrem. Faktycznie zrobiło się zimno. Wyciągnęła paczkę Marlboro i odpaliła papierosa.
- Widzę, że lekarze też ludzie. – Uśmiechnął się pokazując żółte zęby.
- Nie znalazłam tego nazwiska w bazie danych i dzwoniłam do szpitali. Nikt nie słyszał o tym człowieku.
John zdziwił się. Jak to? Przecież Clair by go nie okłamała.
- Dziękuje za informację. – Ruszył w kierunku auta.
- Jeszcze jedno.
- Tak?
- Niech Pan idzie do dentysty. – Pielęgniarka uśmiechnęła się pokazując białe zęby. John zastanowił się jakiej firmy. Otworzył drzwi samochodu. Wsiadł i ruszył do biura.

Godz. 22:47

Nawet w nocy były korki. Zatrzymał się w całodobowym Fast food u Nelsona. Plastikowe stoliki i zapach przypalanych hamburgerów. Dodatkowo towarzystwo kurierów i kierowców, którzy zboczyli z kursu na nocleg w hotelu. Czasami z przelotną przygodą. Zamówił kawę i zestaw. Spojrzał w telewizor. Rzadko go oglądał.
- Niech Pan da głośniej. – Rzucił znużonym głosem do obsługi.

…dziś wieczorem komendant posterunku policji numer trzy przyznał, że zaginięcie trzydziestu osób możemy przypisać seryjnemu mordercy…

Kelnerka podeszła do stolika i postawiła kawę.

…część ciał została odnaleziona w swoich mieszkaniach. Policja przyznaje, że tymczasowo jest bezradna. Prawdopodobnie sposobem działania mordercy jest wypalanie mózgu ofiary za pomocą wirusów komputerowych. Możliwe jest to tylko przy sprzężeniu łączem cybernetycznym. W ten sposób obezwładnia swoje ofiary i brutalnie morduje, pozostawiając jedynie resztki zwłok. Czy Lalkarz znów przechytrzy policję?...

- Lalkarz… No nieźle narobili trójce koło dupy. Komendant nie będzie zadowolony. Ciekawe czy Lalkarz ma coś wspólnego z moimi zaginionymi? Ludzie pewnie niedługo zaczną nosić koszulki z jego domniemaną podobizną. – John mówił sam do siebie i nagle wpadł na pomysł. Rzucił dolara na stolik i wyszedł. Wsiadł do auta i zaczął szukać w teczce adresu firmy.
- Genialne. – Zorientował się, że coraz częściej gada sam do siebie. To było jednak mało istotne w tym momencie. W adresie była stara nazwa ulicy. Została zmieniona parę lat temu.
Bez zastanowienia ruszył z piskiem opon do siedziby Mindbraker.


Godz. 23:34

Do gabinetu Pani doktor wszedł mężczyzna w garniturze. Usiadł na krześle i przyglądał się jak ta pakuje rzeczy do kartonów. Zapalił papierosa.
- Już skończyłaś?
- Zaburzenia pracy mózgu. Coś spowodowało przeciążenia na cyber złączach. Nie możemy sobie na to pozwolić. Korporacja nie może sobie na to pozwolić.
- O co ci chodzi? Przecież i tak obiekty badań to tylko emigranci i obcokrajowcy. Czasami jakieś nieistotne ogniwa społeczeństwa.
- To są ludzie! Nie taka była wizja projektu Korporacji Morfeusz. Lepiej uważaj co mówisz bo…
- Bo co?! – Mężczyzna wstał i złapał ją za rękę. Mocno. Poczuła ból. – Jeśli będę chciał to stracisz swoją posadę Clair i wydam cię policji razem z tym czubem. Jak go teraz nazywają? Lalkarz?
- Ten detektyw zaczyna węszyć.
- Już nie…

Godz. 23: 42

John wysiadł z samochodu. Stanął przed dużym hangarem. Błysk światła oślepił go. Odruchowo złapał za broń i wyciągnął z kabury. Wycelował. Za późno. Strzał. Krew.
Kula przebiła jego czaszkę robiąc dziurę szerokości nakrętki od butelki Coca-Coli. Światła samochodu zgasły.

Koniec?

Autor artykułu
DrHyde's Avatar
Zarejestrowany: Dec 2007
Miasto: Wałbrzych
Posty: 806
Reputacja: 365
DrHyde jest po prostu świetnyDrHyde jest po prostu świetnyDrHyde jest po prostu świetnyDrHyde jest po prostu świetnyDrHyde jest po prostu świetnyDrHyde jest po prostu świetnyDrHyde jest po prostu świetnyDrHyde jest po prostu świetnyDrHyde jest po prostu świetnyDrHyde jest po prostu świetnyDrHyde jest po prostu świetny

Komentarz Autora
Język
100%100%100%
5
Spójność
100%100%100%
5
Kreatywność
100%100%100%
5
Przekaz
100%100%100%
5
Wrażenie Ogólne
100%100%100%
5
Średnia:100%

Oceny użytkowników
Język
100%100%100%
5
Spójność
90%90%90%
4.5
Kreatywność
90%90%90%
4.5
Przekaz
50%50%50%
2.5
Wrażenie Ogólne
50%50%50%
2.5
Głosów: 2, średnia: 76%

Narzędzia artykułu

  #1  
Lord Artemis on 11-03-2008, 19:12
Ocena użytkownika
Język
100%100%100%
5
Spójność
80%80%80%
4
Kreatywność
80%80%80%
4
PrzekazBrak Informacji
Wrażenie OgólneBrak Informacji
Średnia:87%
Ciekawie to napisałeś Podoba mi się.... Fajny pomysł i (jak zwykle) ciekawe wykonanie.... Tylko nie myśl sobie, że dołączę do Twojego Fan-klubu :P mam tylko pytanie... Ten Krzysiek był naćpany?
Odpowiedź z Cytowaniem
komentarz



Zasady Pisania Postów
You may Nie post new articles
You may Nie post comments
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 13:06.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site
artykuły rpg

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166