Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > Zakątek LI-teracki > Artykuły, opowiadania, felietony > Opowiadania
Zarejestruj się Użytkownicy


komentarz
 
Narzędzia artykułu Wygląd
<!-- google_ad_section_start -->Piefki Wojny<!-- google_ad_section_end -->
Piefki Wojny
Autor artykułu: Vasago
07-05-2008
Piefki Wojny

Olafff czuł wokół siebie nieznośny słodki zapach kwiatów, w normalnej sytuacji zapewne zaczął by dewastować je dla samej zabawy. Tym razem jednak, jedną ze swoich ulubionych zabaw odłożył na później, ograniczając bezmyślną destrukcję, jedynie do tych roślin które znalazły się pod ciałem jego i kobiety którą trzymał w ramionach. Ich akt który właśnie odbywali na łonie natury przypominał zapasy dwóch owłosionych kulek.
Gdy młodzieniec przygniótł ją swym ciałem do ziemi unieruchamiając, Helmunda odrzuciła głowę w tył. Jej rzadkie brudno czarne włosy pozlepiane w strąki opadły na ramiona. Usta rozciągnęła w uśmiechu ukazując nierówny rząd swych pięknych pożółkłych zębów, policzki podniosły się odrobinę ku górze zbliżając liczne brodawki do jej twarzy.
Olafff naparł na jej łono, przez chwilę czuł opór, który jednak szybko przełamał. Z każda chwila nacierał z coraz to większym tempem i siłą. Helmunda wydawała z siebie wrzaski zarzynanej świni co zwiększało chuć w kroczu jej oblubieńca. Kiedy ponownie naparł na nią z cała siłą zagłębiła swoje żeby aż po dziąsła w jego ramieniu. Młodzieniec odruchowo zdzielił ją na odlew w twarz, po chwili zacisnął palce na jej policzkach i wpił własne usta w jej otwór gębowy.
Przetoczyli się w bok siejąc zniszczenie wśród pobliskich kwiatów, ich paznokcie wpijały się w ciała pozostawiając krwawe pręgi na zielono-szarej skórze.
W końcu Olafff zakończył swe miłosne zmagania z głośnym jękiem satysfakcji.
-Gfupku – wrzasnęła Helmunda wstając i kopiąc swego towarzysza w żebra – Co to już? – powtórzyła kopnięcie zanim tamten zdążył coś zrobić – Ty obesrfany parchu, myślisz że tfobie dobwrze to możesz kończyć.
Olafff poderwał się w górę i złapał ją za włosy szarpiąc w tył. Kobieta aby nie stracić tych marnych resztek które jeszcze posiadała musiała odchylić głowę w tył.
-Jak śmiesz ropucho chędowżona w rzyć – warknął jej do ucha ciągnąc odrobinę mocniej – Jak coś się nie pasuje to zara ja cie orkom na pokfarm oddam. A że ludziny mało, od kilku lat to i ciebie zeżrą te bydlaki.
-Puść mnie – wrzasnęła Helmunda – Już bede grzeczfnaaaaaaaaaa – kobieta przeciągnęła ostatnie słowo kiedy jej towarzysz pociągnął ją jeszcze w dół nim puścił strąki włosów.

Chciała mu odpowiedzieć ale do ich uszu doszedł tętent kopyt. Kilkadziesiąt metrów od nich zauważyli oddział konnych ludzi. Niskie owłosione konie na które zarzucono grube derki, a dopiero na nie wojskowe siodła, niosły na swych grzbietach znajomych z ubrania żołnierzy
-Kislevici – warknął Olaf spluwając przez otwór po dwóch brakujących zębach na przedzie – Bierem dypsko za pas – rzucił się do ucieczki nie dbając o swą ukochaną, w końcu mógł zawsze wziąć sobie inną z plemienia.
Oboje goblinów zaczęło biec w stronę ściany lasu w pełnej panice. Kislevici w płaszczach spod których wystawały elementy półpancerzy spięli konie i ruszyli na nich wzbijając w powietrze resztki zniszczonego kwiecia.
Jeden z jeźdźców pochylił się w siodle i rąbnął w Helmundę ciężką szablą. Kość barku Golińskiej kobiety pękła, a sama kończyna zaczęła zwisać na strzępach skóry. Przewróciła się i przeturlała kawałek w bok, wprost pod kopyta innego konia który zmienił jej ciało w krwawą breję.
Olafff kątem oka zauważył co stało się z jego oblubienicą, jednak nie miał zamiaru ryzykować swego własnego i tak marnego życia aby wywierać zemstę na przeważających siłach wroga. W końcu dzięki swej niezwykłej tchórzliwości, a także (co sam sobie wmawiał) sprytowi i wielkiemu urokowi, wciąż jeszcze jego głowa spoczywała na karku.
Jednak wbrew jego przekonaniom nie był w stanie uciec piechota przed konnym pościgiem.
Nim ostrze szabli spadło na niego zdołał się obrócić w Tyl nieco zniżając głowę. Broń przeciwnika cięła poziomo w czoło. Goblin padł w tył i odturlał się kawałek niesiony siłą uderzenia, swój szlak znacząc czerwona kreską.
-Ruszamy dalej – zakrzyknął przywódca oddziału – gdzieś w pobliżu zapewne plącze się więcej tego zielonoskórego ścierwa.
Konni ruszyli dalej pozostawiając na polanie martwą Helmundę i nieprzytomnego Olafffa.

Tak to zdecydowanie nie był dobry dzień Olafffa, najpierw ci cholerni ludzie zatłukli jego obecna towarzyszkę miłosnych zapasów. W dodatku co jeszcze bardziej go irytowało oszpecili jego niezwykle urodziwą twarz.
Jednak to co zobaczył w swej rodzinnej wiosce sprawiło, że coś w nim pękło, przez chwilę słyszał jak w głębi duszy krzyczy jakby spadał w bezdenną przepaść.
Pierwsze co spadło na jego gobliński umysł to odrętwienie pomieszane z niedowierzaniem, jednak po chwili ustąpiło to gniewowi. Nie był to jednak gniew taki jaki zwykle odczuwał, nie wywoływał on chęci bezmyślnego niszczenia. Raczej nadawał kierunek całej agresji jaka gromadziła się w jego goblińskim móżdżku.
Oczy zaszły mu lekka mgłą kiedy patrzył na resztki goblińskiej wioski, jego współplemieńcy leżeli pokotem. Ciała walały się wszędzie jakby jakiś rozwydrzony bachor porozrzucał zabawki. Idąc wśród trupów zobaczył dwójkę swoich małych bękartów. Byli martwi a ich oczy pokryte bielmem śmierci patrzyły się w niebo. Olafff pamiętam jak jeszcze rankiem groził im że trafią do kotła jeśli nie będą grzeczne (co byłoby całkiem prawdopodobne, gdyby jeden ze starszych wioski nie wyzionął ducha przez co zajął miejsce dzisiejszego posiłku).
Goblin przepełniony rozpacza ukląkł przy ciałach swych dwóch synów z nieprawego łoża (właściwie wszystkie bachory w wiosce pochodziły z takowego, gdyż gobliny nie znały instytucji małżeństwa, a kobiety goblińskie były przekazywane z ręki do ręki, jak tylko znudziły poprzedniego partnera).
Olafff przeszukał ruiny wioski. Czuł jak jakaś wewnętrzna siła każe mu dokonać zemsty. Po ponad godzinie wyszedł dzierżąc najlepszy ekwipunek jaki mógł tylko tutaj znaleźć. Na głowę nałożył poobtłukiwany rondel którego raczka mogła mu służyć jako nakarczek, jego środek wyłożył miękką wyściółka dzięki czemu hełm siedział na jego głowie nie zsuwając się. Dwie patelnie połączone rzemieniami przeplecionymi przez miejsca gdzie niedawno były raczki nałożył na swą pierś. Z braku odpowiednich części jego ręce i nogi pozostały jak na razie odsłonięte. Do pasa przytroczył pordzewiały już rzeźnicki tasak, który wzbudziłby lek w każdym stworzeniu posiadający mniej niż metr wzrostu, w większych stworzeniach zapewne zależało by to od sytuacji. W zgliszczach domu wodza wioski znalazł małą, okrągłą, stalową tarczę, zdobytą podczas grabieży ciała jednego z żołnierzy, który zamarzł parę lat temu w pobliżu wioski. Tarcza ta swobodnie mogła robić dla sporo mniejszego od człowieka goblina za osłonę dobranych do niego rozmiarów.
Olafff wzrokiem przepełnionym zimnym gniewem, skierował swą twarz ku południu, czyli tam skąd pochodzili ludzie. Jego zdecydowany sprężysty krok poniósł go w tamta stronę.
Jednak kilkadziesiąt metrów od wioski dusza samotnego mściciela zaczęła ulatniać się z jego serca.
Tak więc Goblin oceniając swe szanse na samotne wywarcie odwetu na ludziach zawrócił swe kroki na północ aby znaleźć pomoc wśród swych zielonoskórych braci.

Olafff podróżował przez rzadko zalesione tereny już trzeci dzień. I prawie, że tyle samo czasu jego żołądek uświadamiał mu że wyprawa bez zapasów jedzenia nie była dobrym pomysłem. Szczególnie iż północne tereny Kislevu nie były nazbyt bogate w zwierzynę łowną, a samotne polowanie na wilka byłoby jeszcze głupsze niż sama podróż bez jedzenia.
Tak więc Olafff szedł dalej mając nadzieje napotkania jakiejś gobliniej wioski nim padnie z głodu.
Cóż, Olafff ostatnimi czasy nie miał szczęścia. Wilki których postanowił łaskawie nie nękać nie były zainteresowane przystąpieniem na jego warunki.
Kiedy młody Goblin w swej desperacji zaczął gotować w rondelku (który na chwile przestał pełnić rolę hełmu) nazbierane po drodze korzonki o, których nie miał bladego pojęcia, a zapach zupy o wątpliwym stopniu jadalności roznosił się po okolicy, usłyszał wilcze wycie.
Poskręcane kłaki mimo dużej ilości łoju i potu stanęły dęba. Gdy tylko pierwsze sylwetki drapieżników pojawiły się w zasięgu wzroku Olafffa, poderwał się on do panicznej ucieczki ku najbliższemu drzewu.
Nim jednak dobiegł do niego, pierwszy z wilków wpił swe kły w jego zielony zadek. Właściwie zęby wilka zdarły materiał z tylnej części spodni i przeorał skórę w miejscu gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę, co przy okazji wywołało w zwierzęciu fale mdłości gdy zapach owego miejsca dobiegł do jego nozdrzy.
Olafff ryknął z bólu. Odruchowo szarpnął za swój rzeźnicki tasak i wyszarpnął go zza pasa. Przy okazji przecinając sznur który robił za ową część garderoby. Goblin obrócił się na biodrach uderzając z całej siły w głowę napastliwego zwierzęcia. Ostrze tasaka zachrobotało na czaszce wilka, po chwili rozległ się stłumiony dźwięk pękającej kości. Zwierze padło na bok brocząc krwią z rozrąbanej głowy.
Olafff nie miał jednak czasu nawet spojrzeć na pokonanego przeciwnika, już kolejny z wilków rzucił się kierując swe kły wprost w jego gardło. Goblin próbując się uchylić chciał zrobić krok w lewo. Jednak rozcięty pas spowodował osunięcie się jego spodni o kilkanaście centymetrów w dół na poziom kolan. Zielonoskóry stracił równowagę i z całym impetem poleciał w tył plecami ku ziemi. Natomiast jego stopy wystrzeliły w górę, znajdując się w miejscu gdzie jeszcze przed chwila było jego drogocenne gardło.
Wilk nie zdążył uchylić się, nawet nie miał możliwości aby tego dokonać. Jedna ze stop Olafffa zagłębiła się w jego gardle uniemożliwiając zaciśnięcie szczęk. A kiedy Goblin przekręcił się w bok aby wyplątać się z pułapki opadniętych gaci, jego onuca zsunęła się z owej stopy, sprawiając że wilk zaczął krztusić się nią niesamowitych męczarniach.
Pozostała część stada widząc niepowodzenie dwóch innych samców, najsilniejszych w całej sforze , postanowił wycofać się czym prędzej.
Kiedy już Olafff poprawił spodnie drugi z wilków zdążył już udusić się jego onucą, przy okazji czyszcząc ją nieco z grubej warstwy brudu za pomocą swej śliny.
-No to mam jedzwonko – Goblin popatrzył na dwa martwe wilki. Próbował powstrzymać się od ślinotoku, w końcu plamy śliny kiepsko komponowały się z wizerunkiem wojownika, który wyrusza aby mścić swą rodzinę. Oczywiście nie udało mu się to i po chwili cała górna część ubrania ubabrana była w lepkiej cuchnącej cieczy. – No to skoro same żeście przyszedły to sem podjem

Gdy goblin napełnił już żołądek gulaszem zrobionym z kawałków wilczego mięsa, jedną ze skór narzucił na ramiona (głównie aby zakryć dziurę w spodniach na zadku, spodnie oczywiście przewiązał innym kawałkiem sznura aby nie opadały co chwila) a druga ze skór zwinął w rulon i wrzucił wraz z reszta mięsa do plecaka.
A ponieważ nie umiał wyprawiać skór (o warunkach do tego już nie wspominając) ani zabezpieczać mięsa przed gniciem, zapach padliny roznosił się na kilkaset metrów od niego w wiosennym powietrzu, zabijając ohydny smród lasu i kwiatów (przynajmniej w jego mniemaniu).

Po kilku kolejnych dniach wędrówki Olafff w końcu dotarł do goblińskiej wioski. W chwili tej jakże pamiętnej słońce chyliło się ku zachodowi, rzucając ostatnie swe promienie na postać odzianą w wilcza skórę. Wiatr poderwał do tańca resztki liści i płatków z regularnie niszczonych polnych kwiatów rosnących niedaleko wioski.
Gdy młody Goblin dumnie kroczył błotnista ścieżką przez wioskę nawet goblinie dzieci przerwały swe jazgotliwe zabawy i patrzyły na niego z podziwem. Z największej chaty wyszli starsi wioski przerywając swe obrady, tylko po to by móc widzieć jego przybycie.
Wiatr zawiał mocniej przechodząc w lekki gwizd kiedy przedostawał się przez dziury w chatach.
Większość mieszkańców wioski patrzyła n niego z lekko rozchylonymi ustami, zastygłymi wręcz, w wyrazie podziwu. Olafff uniósł ręce pozdrawiając wszystkich zebranych.
Ogon od wilczej skóry wprawiony w ruch wpadł pod jego stopę kiedy robił kolejny krok. Skóra napięła się nieco przez co gdy druga stopą zaczepił o naprężony ogon runął w przód.
Zdążył otworzyć usta aby krzyknąć, nim jednak dźwięk wydobył się z jego gardła upadł twarzą w kałuże pomyj i wszelkich innych płynnych odpadów. Usta wypełniły mu się mętna cieczą, przez co zamiast okrzyku słychać było jedynie zduszone bulgotanie i krztuszenie się. Goblińskie bachory wybuchły śmiechem. Drzwi od jeden z chat uchyliły się i stanęła w nich zielonoskóra kobieta z licznymi brodawkami na twarzy. W rękach dzierżyła wielką misę z pomyjami którą chlusnęła wprost w miejsce gdzie leżał Olafff.
Starszyzna wioski stała przez chwile lekko skonsternowana, po czym wróciła czym prędzej do omawiania własnych problemów.
-A ty czegfo tu? – zakrzyknęła baba, która przed chwilą go oblała. – Już zbieraj rzyć a nie leżysz bezczynnie – powietrze przez jej żeby wydawało gwizd niemalże równy, jak w momencie przechodzenia przez dziury w ścianach tutejszych chałup.
Olafff podniósł się, dłońmi ocierając twarz z błota, uniósł swój wściekły wzrok na goblinke. Jej zgniło zielona cera i małe kaprawe oczka sprawiły, że serce szybciej zabiło mu w piersi. Liczne brodawki na mordzie układały się jakby ktoś rzucił w nią z dużą siłą, kupą gnoju, która przeleciała po drodze przez sito. Obwisłe prawie że do pasa cyce odznaczały się na wymiętej brązowej bluzce. Krzywe owłosione nogi wystawały natomiast spod niezbyt długiej spódnicy.
Młody goblin poczuł jak odbiera mu mowę z wrażenia, między nogami poczuł bolesny przypływ chuci.
-I czego tak siem gapfisz – warknęła na niego opluwając sobie bluzkę – Rusz rzesz się bo zara kolejnom, porcjom pomyjów oberwiesz.
-Ja... ja… eee – Olafff zająknął się nieco – Ja przybyłem tu z południa – oznajmił w końcu dumnie wypinając pierś – Przybyłem aby ostrzec was przed ludziami, którzy to wybili moją wioskę. A właściwie to – poprawił się szybko – Ażeby zebrać mężnych wojowników i zgładzić tych nędznych ludzi.
Goblińska kobieta przyjrzała mu się dokładniej, a on poczuł jak nogi uginają się pod nim.
-Z takimi głupotami to do starszyzny – machnęła ręka w stronę największej chaty – Oni się tym zajmują, ja tam mam kilka mord do wykarmienia.

Olafff podszedł do chaty starszyzny wioski. Niewielki budynek z krzywych, nie do końca ociosanych bali, i szparach w ścianach wypełnionych zastygłym błotem i zgniłą słomą przypominał mu jego własny dom. Goblin poczuł trudno do zidentyfikowania ból w prawej stronie klatki piersiowej trochę powyżej żołądka. Przez chwilę zastanawiał się czy to przypadkiem może być niestrawność, lecz czuł go trochę za wysoko nawet jak na jego znajomość anatomii.
Olafff pchnął drzwi, które wydały z siebie głośny jęk, niczym zarzynany osioł. Z trzewi budynku dobiegł go kwaśny zapach popsutego wina i rzygowin. Goblin wciągnął głębiej powietrze w płuca i wkroczył do sali wielkich wielmożów goblińskich. Czterech nieco już starszych goblinów o zgniło zielonych ciałach pokrytych bliznami i fałdami tłuszczu spojrzało na niego. Olafff już chciał zacząć swe przemówienie gdy jeden z nich odezwał się jako pierwszy.
-A ty czego kufa tu kcesz? – rzucił opluwając się resztkami mięsa które właśnie spożywał.
Młody goblin przez chwile zagapił się na resztki trudnego do zidentyfikowania zwierzęcia, które właśnie obracały się pomiędzy czarnymi resztkami zębów starszego wioski.
-I czego się gapisz gamoniu – dorzucił starszy wioski – jeśli myślisz ze Ciem poczemstujem to siem mylisz – starszy wrzucił do swego otworu gębowego kolejny kawał mięsa.
-Bracia – zaczął Olafff podniosłym tonem – przybyłem was ostrzec. Wioskę ma zaatakowali ludziowie, zabili wszystkich prócz mnie…
-No i co z tego – wtrącił się kolejny ze starszych – Ciesz się że udało Ci się schować.
-Eee – odpowiedział uczenie Olafff zbity nagle z tropu i podrapał się w tylną część głowy – Ale, ale – zająknął się odrobinę – przecież oni mogą zaatakować i was. Eee – widać potrzebował kolejnej uczonej wstawki aby nabrać spowrotem odwagi – Poza tym przecież nie możemy im tego wybaczyć. Zasłużyli na nasz gniew – młody Goblin wzniósł gniewnie pięść ku niebu, a właściwie jednej spośród dziur w dachu.
-Dobra, dobra – wtrącił trzeci ze starszych wioski – już się tak nie podniecaj bo jeszcze poplamisz nam podłogę. Lepiej usiądź i zjedz bo widzę, że inaczej nie dasz spokoju nam – stwierdził podsuwając mu miskę z kawałkami mięsa i zgniłymi kartoflami.
Olafff poczuł jak ręce mu opadają, do oczu napłynęły łzy.
-Ale ja tu nie jestem aby jeść – odparł cicho – przybyłem aby znaleźć pomoc w pomszczeniu rodziny.
-A Takimi głupotami to Jodyn się zajmuje – rzucił ostatni ze starszych wioski. – Ale on mieszka poza wioską.
Olafff poczuł jak nowa nadzieje wypełnia jego zrezygnowaną duszę.
-Gdzie go znajdę?
-A chyba na bagnach ostatnio się wałęsał.

-A ty gdzie leziesz – Olafff usłyszał za sobą ochrypły głos, a gdy się obejrzał ujrzał za sobą Goblińska kobietę która jeszcze niedawno oblała go pomyjami.
-Udaje się do Jodyna – odparł próbując powstrzymać nagły przypływ ciepła w kroczu – On podobno może pomóc mi w mej misji.
-Eee – użyła zwrotu z którego Olafff kilkukrotnie tego dnia już korzystał – przecież do niego kawał drogi a Ty tak bez żarcia idziesz?
Młody Goblin poczuł przypływ ciepła, widząc jak piękna nieznajoma martwi się o niego.
-Może bym Ci trochę dała za te wilcza skórę którą tam trzymasz. Oczywiście tę czystą, nie tą w pomyjach.
Mina Olafffa trochę zrzedła lecz mimo to ochoczo odkupił zapasy jedzenia, na które składało się trochę podgniłych kartofli, kilka pietruszek w podobnym stanie, inne korzenie których nie potrafił nazwać oraz odrobina mięsa.

Olafff poczuł jak zapach lasu powoli zaczyna ustępować stęchłemu bagiennemu powietrzu, odruchowo wciągnął głębiej powietrze. Szybkim ruchem zabił pokaźnych rozmiarów muchę, która to ośmieliła się usiąść na jego ramieniu, równie sprawnie wrzucił jej martwe ciało do ust aby zostało ono zmasakrowane przez trzonki jego zębów. Z każdym krokiem ziemia stawała się coraz to bardziej grząska. Olafff czuł jak jego nogi zapadają się coraz głębiej. Czuł jak bagienna woda wlewa się przez dziury w butach i omywa stwardniałe onuce w końcu docierając również i do skóry, gdy jego stopy zagłębiały się w podłożu, natomiast gdy je podnosił woda ta wypływała z jego butów jeszcze bardziej brudna niż kiedy wpływała. Młody Goblin usłyszał szelest po swej prawej stronie. Obrócił się na biodrach uginając nogi w kolanach, przy okazji poślizgnął się i runął plecami w bagno. W drzewo za jego plecami wbiła się pojedyncza strzała z czarnymi lotkami i krzywym drzewcem. Olafff machając wszystkimi odnóżami próbował wynurzyć głowę z mętnej wody sięgającej mu do połowy łydek kiedy jeszcze stał. Po kilku uderzeniach serca i kilkunastu parsknięciach, którymi pozbywał się niechcianej zawartości z ust, w końcu złapał nisko nachylonej gałęzi, dzięki której wydostał się na odrobinę bardziej suchy skrawek ziemi. Padł na kolana i oparł się dłońmi o ziemię próbując złapać oddech, nie było mu to jednak dane, gdyż lewą dłoń oparł na pojedynczym kolcu, z krzykiem bólu poderwał się w górę. Słysząc jak coś dużego leci w jego stronę zrobił krok w tył. W miejscu gdzie jeszcze przed chwila klęczał przeleciał duży drewniany pal.
Goblin dobył swego tasaka, uważając aby nie rozciąć sznura, który robił mu za pas jak to już kiedyś zrobił. Na szeroko rozstawionych nogach ugiętych w kolanach zaczął przepatrywać najbliższe zarośla. Nie widząc jednak przez dłuższy czas żadnych oznak życia, wolną ręką złapał jedną z gałęzi i ruszył przed siebie badając za jej pomocą grunt.

Szedł przed siebie ponad godzinę nim ponownie usłyszał coś niepokojącego. Szybko obrócił się w stronę z której dobiegł dźwięk, jednocześnie wykonując blok. Powietrze wypełnił dźwięk metalu, z ostrza Olafffa odpadły kawałki rdzy. Goblin zobaczył kątem oka zamazany szary kształt. Olafff wykonał półobrót wyprowadzając jednocześnie kopnięcie, poczuł jak jego stopa uderza w coś. Sterta szaro-brązowych łach owiniętych wokół jakiegoś poturlała się kawałek, po czym owo stworzenia odskoczyło wysokim łukiem w tył. Olafff przyjął pozycje którą uznał za najbardziej obronną i czekał na ponowne pojawienie się przeciwnika. Wziął kilka głębszych oddechów próbując się odrobinę uspokoić. Kiedy usłyszał jak coś uderza o drzewo tuż za nim, podskoczył z krzykiem. Odruchowo odwrócił się w tamta stronę, w ostatniej chwili zdając sobie sprawę że to miało odwrócić jego uwagę. Przysiadł na pietach, unikając tym samym cięcia w jego głowę. Sterta szaro-brązowych łach stała kawałek przed nim zwrócona ku niemu zapewne plecami. Stworzenie skrywające się pod nią było od niego mniejsze o kilkanaście centymetrów. Olafff natarł z furią na przeciwnika, ten szybko obrócił się i sparował jego cięcie. Ostrze stworzenia odbiło blade światło przenikające przez gęste konary drzew. Goblin ponowił cios jeszcze dwukrotnie, za każdym razem jego tasaka odpadały kolejne kawałki rdzy. Sterta łach wyprowadziła szybki kontratak, który Olafff sparował niezbyt zręcznie. Ostrze tasaka odpadło od rączki. Widząc kolejny cios Goblin rzucił się w tył, upadając wyprowadził kopnięcie, jego stopa mimo iż po drodze zaplątała się w łachy dosięgnęła ciała. Stworzenie zgięło się w pół po uderzenie w miejsce gdzie u przedstawicieli płci męskiej większości gatunków znajduje się przyrodzenie. Do uszu Olafffa doszły goblińskie przekleństwa. Kaptur opadł z głowy istoty ukazując starą Goblińską niezwykle pomarszczoną twarz. Wąskie zaropiałe oczka patrzyły na niego spod szerokich białych brwi a uszy ustawione pod dziwnie ostrym katem do głowy ociekały łojem, tuż nad nimi znajdowały się kępki białych włosów, jedyne na całej czaszce starego goblina.
-Kim jesteś? – Olafff nie wiedział czy jest bardziej wściekły czy też zdziwiony.
-Jam mistrz Jodyn jest – głos starszego goblina był nieco piskliwy – Na moje bagno wkroczyłeś Ty.
-Ten Jodyn o którym mówili starsi wioski? – szczęka Olafffa opadła nieco ze zdziwienia – O rzesz Ty.
-Oni żyją jeszcze? – w głosie mistrza dało się usłyszeć lekkie zniesmaczenie – Lecz może to potomkowie ich są? W każdym razie bądź, zaraza na nich. A przypaść do gustu im chyba nie mogłeś, skoro do mnie, cię wysłali – z ust jodyna wyrwał się śmiech przerywany kaszlem.

Olafff czuł jak jego nogi zapadają się z każdym krokiem coraz to głębiej, pod ciężarem zarówno własnym jak i mistrza Jodyna którego niósł na plecach.
-Poddawać tak łatwo się nie możesz – rzucił stary Goblin gdy jego młody uczeń prawie, że upadł twarzą w błoto – Silny musisz być, jeśli zemstę ludziom szykujesz.
-Miszczu ile moszna – Olafff ledwo co wydusił z siebie słowa
-Bądź cicho, bo kolacji nie dostaniesz – odparł Jodyn – mojego spaceru wieczornego nie skończyliśmy jeszcze.
Młody Goblin westchnął ciężko i ruszył w dalsza drogę.

Olafff machnął dwa razy łyżką, już szykował się do wchłonięcia kolejnej porcji gulaszu z bagiennego szczura, muchomorów i odrobiny mchu, gdy mistrz Jodyn zabrał mu miskę sprzed nosa.
-Na dalszy trening czas nadszedł – powiedział podając mu wiadro ze świeżą gnojówką.
Olafff spojrzał pytająco na wiaderko oraz resztki starego pędzla trzymane w drugiej dłoni.
-Płot tym pomalujesz.
-Eee… - Olafff użył swojej najbardziej uczonej wypowiedzi – ale co to ma do treningu.
-Malować będziesz od góry do dołu, tak aby ręka twa w każdym stawie podczas ruchu tego się ćwiczyła.
-To znaczy? – pytanie młodego goblina wybiło nieco jego mistrza z równowagi.
-Jak w mieczu cięciem. Wpierw z ramienia ruch zaczynasz, potem łokciem kontynuujesz, a nadgarstkiem kończysz.
-Aha – westchnął Olafff biorąc wiaderko i namiastkę pędzla.
-Ależ młodzi ci uczniowie naiwni – westchnął Jodyn, gdy młody Goblin podszedł już do kilku krzywych desek wbitych w ziemie, które to imitowały płot – Płot przynajmniej odmaluje mi – westchnął ponownie zabierając się za, niedokończoną przez młodego goblina, porcję gulaszu.

Olafff popatrzył na deski pokryte świeżą gnojówką z lekkim zadowoleniem, które byłoby zapewne nieco większe, gdyby tylko nie był tak zmęczony. Skierował swe kroki do chatki zataczając się nieco. Po drodze poczuł nacisk na pęcherz więc zatrzymał się przy jednym z krzewów aby spełnić swą potrzebę.
-Mocz jest w tobie silny młody patafianie – słowa mistrza Jodyna sprawiły że młody Goblin obsikał sobie dłonie. – A Teraz do kuchni idź. Zeskrobać posiłku resztki należy, aby do dalszego użytku naczynia zdatne były.
Olafff stłumił w sobie przekleństwo i ruszył przed siebie aby wykonać kolejne polecenie mistrza Jodyna.

Olafff całą swą siłą woli powstrzymywał się aby nie spróbować zabić choć jednej z tych irytujących much latających wokół głowy, siadających na całym ciele a nawet wewnątrz ciała jeśli miały taką możliwość. Jednak mistrz Jodyn stał tuż obok niego z całkiem przyzwoitej grubości kijem, którym to tłukł młodego goblina jak tylko ten próbował się od much opędzać.
Gdy tylko trening medytacji mistrz uznał za ukończony Olafff musiał zanieść go z powrotem do jego lepianki idąc, obolałym przez całe bagno.

Z każdym kolejnym dniem treningu Olafff coraz to bardziej zatracał swą chęć zemsty na ludziach. Zapewne gdyby wiedział przez co ma przejść, już na samym początku rzucił by to wszystko i zamieszkał w pierwszej lepszej goblińskiej wiosce. Lecz mimo iż duch mściciela opuścił jego zielone ciało, to wciąż coś pchało go naprzód…
Zastanawiał się tylko czy to zwykła głupota, czy chętka na ponętną goblinkę.
Z zamyślenia wyrwało go bolesne ukąszenie bagiennej muchy, która to padła chwilę później trupem, zupełnie jakby się czymś struła.
Młody goblin wstał stękając z bólu, kiedy zastałe mięśnie przeszył ogień. Nie potrafił dostrzec sensu siedzenia w bezruchu do, którego to mistrz Jodyn zmuszał go podczas treningów. Jednak przynajmniej ostatnio stary goblin nie stał mu nad głową z kijem, więc trening nie był aż taki zły.

Gdy dotarł do lepianki Jodyna niezwykły spokój przyprawił go o zimny dreszcz. Najszybciej jak tylko potrafił wpadł do wnętrza, siedziby mistrza gdzie spostrzegł jego ciało, spoczywające na prowizorycznym łożu. Skóra starego goblina była pobladła, a jego pierś unosiła się jedynie nieznacznie. Olafff przypadł do niego, nie wiedząc za bardzo co robić.
-Ach mój młody patafianie, wrócić zdążyłeś nim ducha wyzionę. – głos Jodyna urwał się podczas ataku kaszlu.
Olafff mocniej ujął dłoń starego goblina.
-Miecz mój weź – wychrypiał jodyn słabym głosem – On magiczny, w zemście twej pomoże. - po tych słowach pierś starego goblina przestała się unosić.
Serce młodego goblina przepełniła rozpacz, która walczyła o lepsze miejsce z bólem w obolałych stawach oraz wspomnieniami wszystkich siniaków i zniewag. Może gdyby nie to Olafff uronił by jakąś łzę, ale przynajmniej nie pomyślał o przerobieniu ciała swego niedawnego mentora na gulasz.
Tak więc z ciężkim sercem i świadomością uniknięcia kilkudziesięciu kolejnych siniaków młody bohater wyruszył w dalszą drogę.

Jodyn zaczerpnął głęboko tchu przez co zakrztusił się do tego stopnia, że zapluł sobie całą szatę.
-Uff – westchnął przeciągle – Ten, przynajmniej, zakopywać ciała mego nie chciał, jak przed nim inni uczniowie.
Stary goblin podszedł do kufra upchniętego w kącie lepianki i otworzył jego ciężkie wieko pokryte lepką, grubą warstwą kurzu. W kufrze owym znajdowało się kilka identycznych mieczy, zupełnie takich samych jak ten który podarował Olafffowi, a przed nim kilku innym.
Po przytroczeniu miecza zamknął kufer i oblizał palce z brudu. Gdy wyjrzał przez okno, w dużym przybliżeniu przypominające prostokąt, jego wzrok padł na płot, niedawno dobrudzony przez Olafffa świeżą gnojówką.
-Na starość rozum Ci słabuje, głupcze stary – mruknął do siebie gdy naszła go ochota by wyruszyć za młodym goblinem.
Autor artykułu
Vasago's Avatar
Zarejestrowany: Apr 2008
Miasto: Ursus
Posty: 1
Reputacja: 0
Vasago nie jest za bardzo znany

Komentarz Autora
JęzykBrak Informacji
SpójnośćBrak Informacji
KreatywnośćBrak Informacji
PrzekazBrak Informacji
Wrażenie OgólneBrak Informacji
Średnia:0%

Oceny użytkowników
Głosów: 1, średnia: 0%

Narzędzia artykułu

komentarz



Zasady Pisania Postów
You may Nie post new articles
You may Nie post comments
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 09:37.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site
artykuły rpg

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164