Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > Zakątek LI-teracki > Artykuły, opowiadania, felietony > Opowiadania
Zarejestruj się Użytkownicy


komentarz
 
Narzędzia artykułu Wygląd
<!-- google_ad_section_start -->Całkiem obcy<!-- google_ad_section_end -->
Całkiem obcy
Autor artykułu: Terrapodian
23-06-2008
Całkiem obcy

Krótkie opowiadanie humorystyczne. Nie należy do moich najlepszych dzieł, ale zdecydowałem się je tutaj umieścić. Swoje lepsze twory wyślę następnym razem.



Nazywam się Thomas Maggranson, mam 25 lat, jestem Duńczykiem i opowiem wam o dniu, w którym zostałem porwany przez Obcych. To JEST prawda. Myślicie, że jestem szalony? Każdy jest szalony na swój sposób. Nie mówię nic oryginalnego? No to nie musieliście mnie zamykać w szpitalu psychiatrycznym, a wcześniej szprycować lekami dla krów. Wracając do rzeczy, zostałem porwany przez istoty z innej planety. Cicho, do wyglądu przejdę zaraz! Nie uwierzycie co kazali mi robić... Powiedzieli, że mam wziąć udział w turnieju, którego stawką jest władza na planetce, której nazwy wymówić nie potrafię. Nie wiem, co skłoniło ich do podjęcia tak dziwnej decyzji, ale przyznam, że czułem się bardzo dumnie. Po kilku dniach miałem tego dość. Dlaczego? Już wam opowiadam...

To było tak po prostu – zasnąłem we własnym łóżku i obudziłem się w całkiem innym. Było sterylnie czyste i niezwykle wygodne. Najgorsze było to, że miałem na sobie wypłowiały garnitur. Nie pamiętam, abym miał garnitur, no i nie mam w zwyczaju kłaść się spać w ubraniach. Pokój, w którym się znalazłem, nie wyróżniał się od tych na Ziemi. Była łazienka, biurko, lampka, stolik oraz krzesła. Jednak morski kolor ścian, powodował u mnie torsje. Nie zdołałem dojść do siebie, gdy drzwi otworzyły się ze skrzypnięciem i do środka wjechał jeden z Obcych na trójkołowym rowerku. Nagle poczułem się jak idiota, który na siłę występuje w programie dla dzieci. Ów kosmita przypominał chuderlawego niedźwiedzia z jaszczurczą głową. Ciało pokryte miał gęstą, brunatną sierścią z szarymi pasmami. Wpatrywał się we mnie inteligentnym spojrzeniem, poprawił biały uniform, ale nie zsiadł z roweru. Mógł być niewiele niższy ode mnie, więc możecie wyobrazić sobie, jak to wyglądało.
- Thomasie Maggranson, mam propozycję nie do odrzucenia – powiedział charkliwie płynnym niemieckim. Jednak Niemcy byli z kosmosu. - Czy chcesz ją usłyszeć?
- Ja – odrzekłem zaskoczony. - Na czym ta propozycja polega?
- To jest konkurs, a ty zostałeś uznany za godnego uczestnictwa w nim – rzekł. - Wykonaj trzy zadania, a w zamian dostaniesz planetę we wieczyste władanie.
Stałem wciąż zaskoczony. Podliczyłem sobie wszelkie plusy i minusy, po czym odpowiedziałem;
- Dobrze.
- Wspaniale – klasnął w ręce Obcy i uśmiechnął się lekko. - Korzystaj z naszego statku i jutro zgłosimy się po ciebie.
Wyjechał, a ja stałem pełen marzeń. W końcu nie na co dzień można otrzymać planetę we władanie. Dziś tego żałuję. Nie powinienem był wierzyć Obcemu na trójkołowym rowerku, a przynajmniej musiałem spytać o szczegóły.
Drugiego dnia wyruszyłem na zwiedzanie statku. Rowerek nie był tu jedynym środkiem transportu. Widziałem Obcych na wrotkach i bicyklach. Wkrótce poznałem drugą rasę kosmitów przebywających na statku. Przypominali już bardziej ludzi, byli jednak bledsi, wyżsi, oraz posiadali dziwne tatuaże na ciele, które stanowiły prawdopodobnie ich naturalną część skóry. Nie udało mi się ich zrozumieć, gdyż mówili jedynie po polsku i czesku. Potem spędziłem godzinkę w galaktycznej kawiarni. Kupiłem coś co nazywało się „Alkiaaziański Napój Rozgrzewający” i smakowało jak grzane piwo. Przyjmowali wszystkie waluty, więc i moje euro. Barman był bardzo porządnym Obcym i przedstawił się jako Oolagrathorum. Rozmawialiśmy o problemach na naszych planetach i wiele dowiedziałem się o ich rasie – zwała się Bagruta. Szczegóły są opisane w moim pamiętniku, ale chyba gdzieś go wcięło. W pewnym momencie Lagrath (tak się zdrabniało jego imię) wspomniał o swojej córce na wydaniu i spytał się, czy nie chciałbym zostać jej partnerem. Grzecznie odmówiłem i przerażony udałem się do swojego pokoju.
Zgłosili się po mnie po kilku godzinach. Zamknęli mnie w pancernym pomieszczeniu i dwóch kosmitów z obu przebywających na stacji ras, zadawało mi pytania. Przedstawili się jako Faust (bagrutanin) i Twardowski (ta polskojęzyczna rasa, o której nazwę nie pytałem). Ciekawiły ich między innymi moja osobowość, zainteresowania i wreszcie poglądy polityczne. Potem wyszli, po czym puścili głośno muzykę black metalową („Wielu Ziemian tego słucha, chcemy stworzyć naturalne warunki...” - wyjaśnił bagrutański naukowiec). Widziałem jak dyskutują za szybą. W końcu weszli i poprowadzili mnie do dziwnej maszyny w kształcie trójkąta z miejscem na siedzenie. Kazali mi zasiąść, po czym bagrutanin zwrócił się w moją stronę;
- To twoje pierwsze zadanie – rzekł ponurym, rzeczowym głosem. - W waszej społeczności istniała profesja inkwizytora. Jeden z nich nazywał się Leonard von Urkaer i słynął z wielkiej brutalności.
- Co mam z nim zrobić? - czułem się coraz mniej pewnie.
- Masz go zabić – wyszeptał naukowiec.
Nim rzuciłem rozpaczliwe „Jak?!” poczułem, że coś wsysa mnie do tyłu. Wydawało mi się, iż moje ciało zostało rozerwane na setki części. Gdy tylko znów znalazłem się w jednym kawałku, leżałem na brukowanej drodze.

Wstałem szybko i otrzepałem garnitur z ziemi. Znalazłem się w typowym miasteczku z późniejszego średniowiecza. Moje niezwykłe pojawienie się, nie wzbudziło wielkiego zainteresowania wśród mieszkańców. Zrobił to mój strój.
- Spójrzcie! - krzyknął jakiś mały chłopiec. - Plwociny Lilith zrodziły nowego demona!
Mówili w starym, niemieckim dialekcie, mimo to doskonale ich rozumiałem.
- Czy ja wiem, czy to plwociny Lilith? - z któregoś domu wyszedł ksiądz. - Na moje oko to on zrodził się z kropli krwi Samaela. Wystarczy spojrzeć na jego chuderlawą postawę, strój i długie włosy...
- Nie sądzę ojcze duchowny... - rzekł przechodzący w pobliżu żak. - To pewnie upadły anioł. Proponuję uciąć mu pozostałości skrzydeł... – i uciekł śmiejąc się.
Odbiegłem między budynki, zostawiając dyskusję o moim pochodzeniu między nimi. Znajdowałem się w pobliżu miejsca działalności inkwizytora, ale kompletnie nie wiedziałem, gdzie mam go szukać. W końcu do głowy przyszło mi, żeby zwrócić uwagę na siebie. Już pierwszy powód podałem, teraz wystarczy jeszcze dać drugi – kluczowy. Na co chorobliwie reagowali przedstawiciele kleru? Na każdy dowód wolnomyślicielstwa! Zacząłem szukać rynku miasta, gdzie toczyło się całe tutejsze życie. Znalazłem je i ku mojemu zadowoleniu znajdował się tam też podest. Przełamałem swój lęk do publicznych wystąpień;
- Słuchajcie mnie ludzie! - krzyknąłem.
Ich reakcja przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Niestety w negatywny sposób.
- Och, kolejny podżegacz usiłuje zarobić sławę na krytyce kleru – szepnął jakiś bogaty handlarz wskazawszy mnie tłustym palcem z pierścieniem.
- Znowu pewnie o bogactwie i przepychu w jakim żyją klechy – wymamrotał jednooki staruszek przy podeście.
Nie zraziło mnie to, więc zacząłem mówić. Wówczas coś jakby się we mnie przełamało i strzeliłem im taką mowę, o jakiej świat nie słyszał. Nie zapamiętałem jej, ale wątpię by kogokolwiek z was byłby zainteresowany. W każdym razie, ludzie zaczęli się schodzić, by z fascynacją wysłuchiwać mojego przemówienia. Efekt był zdumiewający, choć i tak wyminął się z moimi oczekiwaniami. Ludzie poczęli skandować; „Precz z klerem”. Przebywający w pobliżu ksiądz, który nazwał mnie „kroplą krwi Samaela”, usiłował uciec, ale podburzony lud zaczął go szturchać i bić. Nagle obok mnie znalazł się mężczyzna w średnim wieku, który również począł krzyczeć tubalnym głosem;
- Wittenbergio, słuchaj mnie! Ten człowiek zacny ma rację... Jam jest Marcin Luter i wiele już kłamstw widziałem...
Korzystając z zamieszania wymknąłem się bokiem i ruszyłem z dala od zamieszek. Nie zaszedłem daleko, gdy dwóch pachołków zaczęło krzyczeć;
- To ten! To on! Łapać go!
Nie uciekałem, bo moja intuicja podpowiadała mi, że jestem blisko celu. Wtedy kilku osiłków złapało mnie i zapakowało do worka. Trafiłem potem do lochów, gdzie spędziłem cztery dni. Żywiłem się jedynie szczurami i marną zupą. Moim towarzyszem był ślepy staruch, który oprócz kilku mruknięć, nie wymówił ani słowa. W czwarty dzień przyszli po mnie osobiście. Wówczas spojrzałem w oblicze inkwizytora Leonarda von Unkaera. Wyglądał jak psychopata - twarz miał chudą i bladą, oczy rozbiegane, podkrążone, o zwężonych źrenicach, policzki zapadnięte, rzadki włosy. Śmiał się co chwilę nerwowo półgębkiem.
- Oto mamy podżegacza! - syknął. - Cha, cha, cha! Normalnie powinniśmy zacząć od procedury przesłuchania, ale chyba od razu przejdziemy do profilaktycznych tortur – zaśmiał się sykliwie.
Dwóch osiłków wzięło mnie pod ramiona i zaprowadziło w jeszcze niższe poziomy lochów. Znalazłem się w izbie tortur. Kat już na mnie czekał i uśmiechał się szeroko. Był przysadzisty i wyglądał sympatycznie – jak na oprawcę.
- Hi, hi, hi... - zachichotał inkwizytor, po czym zwrócił się w stronę kata. - Mistrzu, rozciągnij go i podgrzewaj szczypce.
Kat rozebrał mnie z garnituru i półnagiego przywiązał do madejowego łoża. Rozciągnął w granicach mojej wytrzymałości, choć nie czułem jeszcze przejmującego bólu. Inkwizytor Leonard podszedł do mnie i palcem jeździł po mojej skórze. Jednocześnie zadawał pytania;
- Co skłoniło cię do tak szalonego działania? - szepnął.
- Głos w mojej głowie... - odrzekłem półprawdziwie.
- Głos w twojej głowie... - powtórzył i spytał. - Czy masz coś wspólnego z heretyckimi sektami?
- Nie mam z nimi nic wspólnego – rzekłem, na co inkwizytor chwycił mnie za brodę, pociągnął i spojrzał w moje oczy z szaleńczym blaskiem w swoich.
- Nie masz z nimi nic wspólnego... - znów powtórzył. - Czyim szpiegiem jesteś?
- Nie jestem niczyim szpiegiem – odpowiedziałem wyraźnie zaskoczony.
- Nie jesteś niczyim szpiegiem... No cóż... - zwrócił się do kata. - Czy obcęgi już gotowe?
Kat przybiegł ze szczypcami w ręce, a ja wpadłem na cudowny pomysł.
- Czy te tortury bolą? - spytałem z głupkowatym przerażeniem. - Ja boję się bólu.
- Ależ słońce moje... - inkwizytor wydawał się być zaskoczony. - Czy tortury bolą? - zwrócił się do kata.
- Jak wszyscy diabli – odrzekł dobrodusznie kat.
Inkwizytor spojrzał to na oprawcę to na mnie, a wreszcie krzyknął;
- Nigdy nie patrzyłem na to od tej strony... Nie! To nie prawda! Udowodnię to! Wy czujecie jedynie skruchę we własnych sercach! - rzekł do kata. - Przywiąż mnie i zacznij torturować.
Gdy tylko oprawca rozkuł kajdany, wyskoczyłem i ubrałem się szybko. Inkwizytor rozebrał się do naga i został przywiązany, po czym rozciągnięty. Kat zaczął z wahaniem szarpać rozgrzanymi szczypcami swojego pracodawcę.
- ARGH!!! Co za ból!!! - krzyczał i ze spokojem zwrócił się do mnie. - Cha, cha, cha! Miałeś rację chłopcze.
Nie zastanawiając się długo, chwyciłem za leżący w pobliżu nóż i wbiłem go prosto w serce inkwizytora. Poczułem ponowne wsysanie w klatce piersiowej i coś rzuciło mnie do tyłu.

Pojawiłem się przy skraju ciemnego lasu. Na pobliskim wzgórzu majaczyło ponure zamczysko. Przede mną pojawił się holograficzny obraz bagrutańskiego naukowca.
- Przed tobą drugie zadanie – rzekł. - Znów będziesz musiał splamić ręce cudzą krwią. Masz zabić wampira!
Chciałem kopnąć hologram, ale w tym samym momencie zniknął. Ruszyłem więc ścieżką na wzgórze i mijałem tablice z ostrzeżeniami w kilku językach; „Ciemna Strona Mocy jest tu bardzo silna”, „Zawróć lub giń!”, „Kości rzucam psom”, „Jeśli nie odejdziesz teraz – nie odejdziesz nigdy”, „Wytrzyj dokładnie buty – coś eleganckiego musi pozostać po twojej śmierci”. Stanąłem wreszcie przed wrotami zamczyska. Zadzwoniłem do drzwi i po chwili stanął w nich olbrzymi człowiek w puchatym, brązowym stroju. Był to kostium Chewbacci z „Gwiezdnych Wojen”.
- Czego śmiertelnik chce od mego pana? - spytał się ponurym głosem.
- Wpuść gościa, Chewie – odezwał się głos z głębi zamczyska. - Jem kolację, a to niegrzecznie nie wpuszczać przybysza.
Lokaj zaprosił mnie do środka, a ja podziwiałem wnętrze wampirzego domostwa. Wampir był wielkim fanem „Gwiezdnych Wojen”. Obrazy przedstawiały bohaterów sagi George'a Lucasa, a zamiast rycerzy stały posągi wojowników Jedi i Sith. Po chwili byłem w jadalni, gdzie przy wielkim stole siedział wampir. Miał na sobie długi, czarny płaszcz i koszulkę z logiem „Star Wars”. Coś znajomego było w jego wyglądzie.
- Usiądź młodzieńcze – powiedział i podsunął mi pieczeń z dzika oraz czarkę wina.
- Pan nie będzie pił ze mną? - rzekłem zauważywszy, że nie popija potrawy.
- Nie pijam... wina... - syknął. - Jak to się mówi, „gość w domu, Moc w domu”. Cha, cha, cha!
Teraz już wiedziałem skąd go znam.
- Przepraszam, czy nie zna pan może inkwizytora Leonarda von Unkaera?
- To ja – powiedział.
To był on – jeszcze bledszy, uszy jego stały się bardziej spiczaste i kompletnie wyłysiał.
- Znałeś mnie? Więc pewnie musisz być zaskoczony moim aktualnym wyglądem. Prawie pięćset lat temu pewien młodzik mnie zabił, a potem... Zresztą nie ważne – przełknął mięso i zapytał. - Lubisz „Gwiezdne Wojny”?
Po kolacji pokazał mi szczegółowo wszelkie gadżety związane z jego hobby. Nie podzielałem jego fascynacji, choć te kolekcje mnie bardzo zaciekawiły, a w szczególności jego miecz świetlny własnej produkcji („Ta elegancka broń, na bardziej cywilizowane czasy” - rzekł z fanatycznym błyskiem w oku). Potem usiadł przed telewizorem i zaczął oglądać wszystkie filmy w wersji reżyserskiej. Ja natomiast zasnąłem. Obudziłem się w momencie, gdy był przy piątej części. Dopiero wtedy przypomniałem sobie o własnej misji. Sięgnąłem po miecz świetlny i uniosłem w górę tuż nad wampirem. Jednak widząc jego zafascynowany wzrok... Ręce mi zadrżały i opuściłem broń. Wówczas jego głowa spadła z karku, po czym powiedziała;
- Ach, za dużo filmów – westchnęła. - I tak żyłem dość długo jak na wampira.
Podniosłem jego głowę i zauważyłem, że odszedł na zawsze. Było mi dość smutno, choć Leonard bywał sadystą i szaleńcem. Wówczas poczułem, jak podłoga zapada się i po raz kolejny znalazłem się w zupełnie innym miejscu.

Pojawiłem się w dżungli, co wywołało u mnie lekkie przerażanie. Choć było południe, musiałem uważać na dzikie zwierzęta, które w każdej chwili mogły zakończyć moją przygodę. Holograficzny obraz mego przewodnika znów zaszczycił mnie swoją obecnością.
- Oto ostatnia próba – rzekł. - Za mną jest świątynia zbudowana przez starożytną cywilizację. W środku jest jedyny okaz szlachetnego kamienia. Dostaniesz go, jeśli przejdziesz przez wszelkie pułapki w środku. Zdobycie jego to twoje ostatnie zadanie.
Po czym rozpłynął się w powietrzu. Obawiałem się tego, co mogę tam znaleźć, szczególnie po tym wszystkim co przeżyłem. Ruszyłem wytyczoną ścieżką przez zarośla. W oddali rzeczywiście była świątynia, która przypominała mi aztecką. Szedłem po długich schodach przez dziesięć minut, aby stanąć przed wejściem strzeżonym przez chimerę. To był taki typowy potwór, tylko zrobiony z kamienia. Odpowiednik europejskich gargulców siedzących na starych budynkach.
- Przepuszczę cię dalej, jeśli powiesz trzy słowa, które mnie rozśmieszą – powiedział stwór po duńsku.
- Cekiny..., katafalk i smakołyk – odpowiedziałem po chwili zastanowienia.
Posąg zachichotał skrzekliwie i utorował mi drogę;
- Średnie..., ale przepuszczę cię – zaskrzeczał.
Ruszyłem schodami w dół świątyni. Pochodnie były zapalone, co świadczyło o jeszcze czyjejś obecności. Nie spodziewałem się akurat TEJ osoby, ale o tym powiem później. Idąc korytarzem w pewnym momencie poczułem coś na lewej nodze. Była to żyłka, która świadczyła, że uruchomiłem pułapkę. Licząc na rychłą śmierć, czekałem około pięć minut, nim usłyszałem cichy zgrzyt i ujrzałem powoli wychodzące z podłogi kolce. Całe zardzewiałe - straciły możliwość efektownego wykonywania swojego zadania. Ominąłem je i poszedłem dalej. Potem znowu popisałem się swoją nieuwagą. Stanąłem na wystającym kamieniu, po czym usłyszałem zbliżający się stukot. Strach mnie obleciał, ale wciąż stałem jak głupi. Wtedy zauważyłem toczący się głaz na rurze nade mną. Tor zakręcał i celował prosto we mnie. Ucieczka nie miałaby szans powodzenia. Wtedy kamień spadł z rury, po czym zamiast potoczyć się w moją stronę, rozkruszył się na kawałki. Wówczas straciłem wiarę w potencjał azteckich świątyń. Do celu dotarłem po dwudziestu minutach omijania pułapek i otwierania drzwi, do których teoretycznie miałem odnaleźć klucze. W wielkiej sali ktoś już na mnie czekał...
- Leonard von Unkaer! – krzyknąłem na widok mężczyzny.
- Cha, cha, cha! Tak, to ja sam stałem za tym wszystkim! – odrzekł i podszedł do mnie.
- Ale dlaczego? Kim jesteś? - czułem się wtedy strasznie skołowany.
Leonard zaśmiał się i podarował mi do ręki klejnot.
- Jestem twoim rywalem i miałem za zadanie utrudnić ci wykonanie twoich zadań – zasyczał. - Starałem się to zrobić jeszcze, gdy byłem inkwizytorem, ale ty mnie wyprzedziłeś.
- Czyli ty... wiedziałeś o turnieju... na ponad czterysta lat przede mną?! - krzyknąłem zaskoczony.
- Ach, tak, tak! - zaśmiał się. - Po tym wypadku Obcy wskrzesili mnie i zrobili wampirem, oraz wymazali z mej pamięci wspomnienia o turnieju. Gdy pojawiłeś się ponownie, zacząłem umierać jako wampir, a odrodziłem się inkwizytorem. I oczywiście pamiętałem o tym co mi zrobiłeś.
- Teraz myślisz, że zdobędziesz kamień i zdołasz przekonać Obcych o swoim zwycięstwie? - spytałem lekko poirytowany.
- Ależ nie! - zachichotał. - A przynajmniej nie do końca. TY weźmiesz kamień, a ja CIĘ zabiję i zabiorę go ze sobą. Dzięki temu spełnię warunki konkursu do końca.
Nagle poczułem się bezbronny. Inkwizytor wyciągnął miecz świetlny i przyłożył mi do gardła. Szykował się do ciosu, gdy coś go powstrzymało. To był promień któregoś z Obcych.

Tak to się skończyło. Jasne, miesiąc temu obudziłem się w centrum Kopenhagi i krzyczałem rzeczy, których teraz się wstydzę. No, to było coś o Obcych i inkwizytorze-oszuście. Dalej mi nie wierzycie?! No nie rozśmieszajcie mnie! Tu muszę przyznać wam rację. Nie otrzymałem nagrody... Zaraz, gdzie idziecie? Won mi z tą strzykawką! Światło... Tak, ja też je widzę... To Oni! Wrócili po mnie!
Autor artykułu
Terrapodian's Avatar
Zarejestrowany: Apr 2008
Posty: 608
Reputacja: 190
Terrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie coś

Oceny użytkowników
 
Brak ocen. Dodaj komentarz aby ocenić.
 

Narzędzia artykułu

  #1  
Almena on 28-06-2008, 17:22
Początek nawet niezły
Nie mówię nic oryginalnego? No to nie musieliście mnie zamykać w szpitalu psychiatrycznym, a wcześniej szprycować lekami dla krów. >>> Ładne, ładne, wywołuje uśmieszek

To było tak po prostu – zasnąłem we własnym łóżku i obudziłem się w całkiem innym. Było sterylnie czyste >>> na myśl mi przyszło, iż właśnie po tej czystości bohater zorientował się, że nie jest u siebie... i... fuuuuj!

Cóż, przyznam szczerze, że ciężko, ciężko... Ciężko przez to przebrnąć. Fragmentami zabawne, miejscami chaotycznie nudzące.
Mam wrażenie, że zainspirowała Cię jedna z sesji typu „abstrakcyjno-absurdalne”, Kotecek czy coś. No ciężko, ciężko... Styl ogólnie niezły, większych błędów nie znalazłam we fragmentach, które zdołałam przetrawić, aczkolwiek, ogólna uwaga: luźne i chaotyczne, wszystko jedno na drugim napakowane, to i tamto się przeplata – za dużo tych elementów jak na tak krótkie dzieło. Za dużo!
Odpowiedź z Cytowaniem
  #2  
Terrapodian on 28-06-2008, 17:35
Cytat:
luźne i chaotyczne, wszystko jedno na drugim napakowane, to i tamto się przeplata
Niestety, mój styl A przynajmniej wiele osób mi tak mówi, a naprawić tego jakoś nie potrafię.
No i jak mówię - nie jest to maksimum jakie można ze mnie wycisnąć. Piszę coś bardziej w stronę fantasy, coś dłuższego. Gdy tylko skończę, wrzucę również tutaj.
Odpowiedź z Cytowaniem
komentarz



Zasady Pisania Postów
You may Nie post new articles
You may Nie post comments
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 18:10.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site
artykuły rpg

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166