Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > Zakątek LI-teracki > Artykuły, opowiadania, felietony > Opowiadania
Zarejestruj się Użytkownicy


komentarz
 
Narzędzia artykułu Wygląd
<!-- google_ad_section_start -->Historia Tarishy Lahebi<!-- google_ad_section_end -->
Historia Tarishy Lahebi
Autor artykułu: Zu
28-06-2009
Historia Tarishy Lahebi

Jest to moja epicko długa historia dla diablicy, którą planowałem grać na Aeris - oficjalnym polskim serwerze Neverwinter Nights 2. Muszę powiedzieć, że najlepiej mi się tworzyło historię - samą postacią pograłem chwilę i zrezygnowałem, zważywszy na wady serwera i inne rzeczy. Chociaż historię od początku do końca napisałem sam, to potrzebna była wnikliwa analiza chyba z pięciu czy sześciu MG obeznanych z D&D, by w końcu uzyskała ona status w pełni akceptowalnej. Do tego dochodziła jeszcze momentami dobijająca składnia, która odrzucała potencjalnych czytelników.

Jak tak wróciłem do tej historii po dłuższym czasie, to muszę przyznać, że byłem pozytywnie zaskoczony - historia okazała się być dla mnie zadziwiająco dobra i przemyślana (przynajmniej moim zdaniem). Oprócz tego postanowiłem jakiś czas temu powalczyć ze składnią - i udało mi się porozbijać pewne przekombinowane zdania na mniejsze, czytelniejsze. Dzięki temu całość jest teraz, jak sądzę, o wiele lepsza w odbiorze. Mam nadzieję, że się wam spodoba.

PS: Co do obrazka - nie, nie jestem wielkim fanem anime, ale akurat taki styl mi przypasował przy rysowaniu dla postaci portretu.

***



Imię:

Tarisha Lahebi


Płeć:

Kobieta


Klasa:

Czarodziej


Rasa:

Kaduk (Diabelstwo)


Wiek:

Dwadzieścia pięć lat


Charakter:

Prawdziwie Neutralny (poniekąd)


Wyznanie:

Kossuth


Pochodzenie:

Thay, Eltabbar


Języki

Wspólny, Smoczy, Mulhorandzki, Piekielny, Gnolli, Rashemi.


Opis:

Widzisz młodą, zgrabną, idealnie ukształtowaną niewiastę. Jest ona dość wysoka – na oko mierzy ze dwa metry, może trochę mniej. Posiada czekoladową karnację aksamitnej skóry, a także kształtny, symetryczny, stosunkowo duży biust. Na obu jej policzkach widnieje tatuaż przypominający palce szkieletu, utrzymany w kolorze khaki (czyli jak pergamin). Na gładkie czoło opada jej gęsta grzywka równo przyciętych, antracytowych włosów (czyli bardzo ciemnoszarych, prawie czarnych). Spięte są one w koński ogon. Spod nich wystają delikatnie pofałdowane, spiczaste uszy. Przyozdobione są małymi, złotymi kolczykami, w kształcie zbliżonym dowąskiej, czterolistnej koniczyny. Spod grzywki wystaje para małych, burych różków. Twarz jest idealnie równa, pozbawiona zniekształceń, delikatna i smukła. Kobieta spoziera na świat poprzez dwoje ciemnych, brunatnych oczu, okraszonych wąskimi brwiami – o identycznym odcieniu, co włosy.

Jej skóra jest całkiem ludzka, gładka i pozornie zwyczajna, acz nienaturalnie ciepła w dotyku. Ciało kobiety zostało przyozdobione rzucającą się w oczy gamą tatuaży. Na całych jej plecach widnieje ogromny symbol poplątanych języków ognia (znak Kossutha), zaś na klatce piersiowej widać typowo artystyczne, symetryczne zawijasy. Te, zaczynając się na piersiach kręciołkiem podobnym do muszli ślimaka, zbiegają się nieopodal szyi i zaczynają gwałtownie biec ku dołowi. Rozszczepiają się przy pępku i kończą tuż pod nim, niczym pnącza oplatając malutkie literki, które tworzą inicjały „K. J. L.”. Na nadgarstkach i przy kostkach można dostrzec jeszcze jeden tatuaż - bardzo cienki symbol węża, który pożera własny ogon.


Siła: 8

Zręczność: 10

Kondycja: 10

Inteligencja: 18

Mądrość: 14

Charyzma: 15


Historia postaci:

Głęboka toń delikatnie falującego, ciągnącego się po horyzont morza. Jasne, błękitne niebo, przecinane szarawymi, zwiastującymi deszcz chmurami, które przesłaniały słońce.

Pewna mewa, zajęta swoimi własnymi, drobnymi sprawami, zaczęła pikować w kierunku rozciągającej się na wszystkie strony tafli wody. Pochwyciła pływającą w niej rybę i wzniosła się w górę, pragnąc spałaszować czym prędzej swą zdobycz. Skierowała się w tym celu w stronę najbliższego lądu, w jej uznaniu potencjalnie niegroźnego – a przynajmniej sprawiającego takie wrażenie. Przysiadła nań beztrosko i zaczęła rozdziobywać rybę, śmiecąc przy tym dookoła.

Jak się po krótkiej chwili zorientowała, znalezione miejsce wcale nie było takie zupełnie bezpieczne. Do ptaka podbiegł nagle człowiek odziany w typowo marynarski strój. Przy akompaniamencie głośnego „Sioooo!” spróbował wykopać nieproszonego gościa za burtę.

Pasażerka okrętu, siedząca samotnie w kajucie na w miarę wygodnym łóżku, uniosła lekko głowę. Zza zamkniętych drzwi usłyszała głośny krzyk mewy – a zaraz potem głuchy łoskot, kiedy majtek stracił równowagę i gwałtownie upadł na pokład. Uznawszy to za nic ważnego, nasza bohaterka opuściła ponownie głowę. Popatrzyła na siedzącego przy jej kolanie szaroburego kota. Pomrukiwał on cicho, wpatrując się w swą panią seledynowymi ślepiami.

Nasza bohaterka westchnęła do siebie, zatopiona całkowicie w myślach. Milczała, gdy w jej głowie setki myśli biło się ze sobą nawzajem. Każda pragnęła choć na chwilę zabłysnąć i przynajmniej przez moment być w centrum uwagi skołowanej niewiasty.

Pogładziła swojego pupila po grzbiecie. Następnie zaś zaczęła prowadzić z nim bezsłowną konwersację. Słowa nie docierały do umysłu zwierzęcia – i tak by ich nie zrozumiał. Docierały jednak obrazy i uczucia, a te były rozumiane przez kota aż nadto dobrze.

***

Tak, kiciu. Przecudownie się to dla nas skończyło. Czyż nie?

Nawet nie wiem gdzież ów statek płynie i dokąd zmierza. Jedyne, czego mogę oczekiwać, to tego, iż znajdę się gdzieś, gdzie nie ma Czerwonych Czarodziei. A i to nie jest pewne. Ech, życie...

Właśnie... życie. Dziwne jest to życie. Egzystujesz tak sobie przez ileś lat wedle niemal niezakłóconego porządku, by potem jedno niespodziewane wydarzenie wywróciło to wszystko do góry nogami, permanentnie uniemożliwiając powrót do stanu poprzedniego. Ciekawe, czyż nie, kiciu?

A jak ja właściwie żyłam? Może to jest dobry moment, by przemyśleć cały swój dotychczasowy żywot? W sumie i tak nie mam w tej chwili nic ciekawszego do roboty. Jak sądzisz, kiciu? Hm?

Zatem... hm... od czego by tu zacząć? Może od dzieciństwa?

Albo nie - może lepiej od tego, co mi mówiono na temat okoliczności mego urodzenia. Właśnie.

A co mi tak po prawdzie opowiadano w tej materii...?

Ach, już pamiętam...

Wiem tyle, że moja matka była diabelstwem, jak ja. Któreśtam pokolenie po związku kogośtam z jakimś Baatezu, mniejsza o to. Nie znam okoliczności spotkania się, a tym bardziej „zaiskrzenia” uczucia między nią a moim ojcem. Wiem jednak, że tato nigdy mi nic na ten temat nie opowiadał i zawsze milczał bądź zmieniał temat, kiedy próbowało się go o to spytać. Zaś babcia, która mieszkała razem z nami, nieodmiennie miała na takie pytanie odpowiedź w stylu: „Nawet mi nie przypominaj o tym zawszonym, pozbawionym krztyny godności i honoru pomiocie piekielnym, niechaj na wieczność całą pójdzie w labirynty i niech mu duszę szarpią przez tysiąclecia!”. Babcia zawsze taka była, prawda, kiciu? Ona chyba żywiła do diabłów jakiś uraz. A może tylko do mojej matki? Ech, mniejsza z tym.

I tak się nigdy tego nie dowiem, bo podobno moja matka zginęła niedługo po porodzie, a los jej ciała pozostaje, przynajmniej dla mnie, nieznany. Może któryś Thayanin zrobił sobie z niej zombi, może ją spalili na stosie, nie wiem. I w gruncie rzeczy nie interesuje mnie to zbytnio, choć nie wzgardziłabym wzmianką na ten temat, gdyby ktoś takową dysponował.

No, nieważne. Tak czy siak, po śmierci matki, odkąd pamiętam, zawsze mieszkałam z ojcem i babcią – obydwoje siebie warci. On surowy, pragmatyczny i zawsze zachowujący stoicki spokój; rodzinny siwobrody, jak go określała babcia. Ona zaś zgorzkniała, niecierpliwa i wiecznie karcąca mnie za moją proweniencję. A czy to moja wina, że mnie kaduk powił na ten świat? No, kiciu, jak sądzisz? Tak, wiedziałam, że się zgodzisz.

Mieszkaliśmy w domostwie z niebagatelnych rozmiarów biblioteką, dobrze wiesz. W ogóle nasz dom wydawał mi się zawsze dość obszerny, choć babcia niezmiennie psioczyła na ciasnotę. Pewnie dlatego, że ten budynek był za mały, by mogła poczuć się dostatecznie oddaloną ode mnie. Nie zdziwiłoby mnie to zresztą, ona zawsze taka była.

***

Obszerne, dębowe i sędziwe regały stały bardzo blisko siebie. Sięgały one samego sufitu, tworząc atmosferę klaustrofobicznego i dusznego labiryntu. Półki w tychże regałach zapełnione były setkami starych, acz wysoce zadbanych ksiąg. Z kilku okien, oddzielonych od siebie przynajmniej dwoma regałami, dochodziło światło dnia. Nie tyle rozświetlając pomieszczenie, co podkreślając panujący w nim mrok.

Przy jednym z tychże okien stał niewielki, okrągły stolik. Ledwie mieścił się on w przestrzeni pomiędzy dwoma regałami. Widać było, że lata świetności miał już za sobą: był odrapany i posiadał mnóstwo rys na blacie, choć wyglądał na starannie przemyty – i to dość niedawno. W wielu miejscach, gdy obserwator się przyjrzał, rysy tworzyły różne wzory czy napisy. Kilka z nich się wyróżniało, dzięki czemu można było dowiedzieć się co nieco o użytkownikach tegoż stolika. Doskonale informowały o tym napisy w języku mulhorandzkim, takie jak „NUDY” czy „Mordęga”. Najwyraźniej stolik ten służył dla niektórych za swoisty substytut brudnopisu, gdyż widniały na nim także teksty typu „Załatwiłbym Elminstera pierdnięciem” lub „Simbul lubi drowich chłopców”.

Tarisha, ręce trzymając splecione na piersi, wpatrywała się w karty księgi o dziejach Waterdeep. Mrugnęła lekko oczami, pochylona nad tekstem. Oczyma wyobraźni widziała wszystkie rozgrywające się w owym Waterdeep zdarzenia, usiłując zapamiętać co ciekawsze.

Na granicy słuchu słyszała babcię, kiedy ta właśnie złorzeczyła na kolejną z miliona irytujących ją rzeczy. Tarisha westchnęła cicho, czując, że za chwilę usłyszy jeszcze jedną reprymendę rodem z księżyca. I zdziwiła się lekko, kiedy odgłosy wydawane przez babcię ucichły z wolna. Po skrzypieniu podłogi nasza bohaterka szybko doszła do wniosku, że babka musiała skierować się w inną stronę.

Pomyślawszy to, przerzuciła kolejną kartę księgi i kontynuowała wczytywanie się w tekst. Przez głowę, jak zresztą niezliczone razy wcześniej, przeszło jej zastanowienie ile jeszcze jest w bibliotece ksiąg, których nadal nie przeczytała.

***

Nie mogę powiedzieć, byśmy opływali w luksusy, choć oczywiście mieliśmy wszystko, co było nam potrzebne w codziennym życiu. Ba, mieliśmy nawet stały dopływ czystej wody, co, jak doskonale obydwie wiemy, wynikało z wprost szokującej pedantyczności naszej rodziny.

Jak sięgam pamięcią, babcia i ojciec pilnowali ładu z niemal religijnym namaszczeniem. Z tego względu dom był średnio raz na siedem dni sprzątany od góry do dołu przez niewolników (byłam wtedy zamykana w bibliotece, by mnie nie widzieli), a codzienna kąpiel stała na porządku dziennym. Dla osób postronnych mogłoby się to pewnie wydawać wielce osobliwe, ale kiedy mieszka się z kimś takim jak moja rodzina, to wiele pozornie kuriozalnych rzeczy staje się po pewnym czasie zupełnie normalnymi. Nie zaprzeczysz, kiciu?

I nie, nie wiem skąd takie pedantyczne podejście. Pewnie cecha rodzinna. Musi nią być, skoro i mnie się to udzieliło, zwłaszcza pod naporem zmasowanych starań ojca i babki. Teraz nie potrafię się obyć bez mojego podręcznego mydełka, które zawsze noszę ze sobą.

Diabelstwo, które wiecznie nosi ze sobą mydło. No i jeszcze magiczną kulkę, która pozwala mi się umyć siłą woli, a którą niedawno zdobyłam. Heh. Będą o tym ballady pisać. Co nie, kiciu?

Ale mniejsza z tym. Tak czy inaczej: w naszym domu... przynajmniej w tych momentach, kiedy nie objawiały się w nachalny sposób nasze pedantyczne dziwactwa... usiłowano sprawić, bym „wyszła na ludzi”. Tato i babcia oczywiście rozumieli to na swoje własne sposoby.

On próbował wpoić mi do głowy zamiłowanie do magii. No i całą wiedzę, jaką tylko mogłam wydobyć z tkwiących w bibliotece ksiąg. Ona zaś - nauczyć mnie rzeczy, zachowań i tym podobnych bzdur, które miały rzekomo „wybić ze mnie tego przeklętego diabła”. Babcia zawsze robiła to z zaangażowaniem godnym fanatycznego kapłana, który usiłuje nawrócić heretyka na „właściwą drogę”. W sumie zastanawia mnie dlaczego w takim układzie nie posunęła się do spiłowania mi różków. Ech, jedynie bogowie to wiedzą...

Wymyśliła sobie, co ważne, że będzie mnie uczyć sposobu rozmawiania z ludźmi tak, by przekonywać ich do mojej racji. A po co, spytasz? Hmmm, jak ona to ujęła...

***

Pokój babci nie był przesadnie duży. Dla pojedynczej osoby o niewygórowanych wymaganiach starczał jednak w zupełności. Ustawionych tam było kilka mebli o głównie praktycznym przeznaczeniu. Stała tam wiekowa, spora szafa z ubraniami babci, solidne, wciąż spełniające swe zadanie łóżko z puchową pościelą, kilka kredensów z ustawionymi na nich roślinami doniczkowymi, a także stary, odrapany, stojący na środku, wypełniony niemal całkowicie różnymi klamotami stół. Plus trzy krzesła ustawione przy nim. Pomieszczenie oświetlane było przez światło wpadające zza sporych rozmiarów okna.

Tarisha nigdy nie czuła się tam pewnie. To miejsce roztaczało nieprzyjemną, złowrogą aurę, którą co więcej pogłębiało kilka świeczników w kształcie czaszek. Zapewne byłych członków rodziny, jak podejrzewała nasza bohaterka.

Zadrżała w tej chwili, stojąc przed siedzącą na krześle babcią. Patrzyła ona na Tarishę, trzymając palce obu dłoni przyłożone do siebie i nie posiadając na twarzy żadnych śladów emocji. Swoją postawą sprawiała wrażenie bezlitosnego, obiektywnego egzaminatora, gotowego wytknąć każdy, choćby i najdrobniejszy błąd.

— Mów — rozkazała.

Tarisha zawahała się. Wyglądało to tak już od ponad dwóch dekadni. Każdego dnia musiała przez godzinę dziennie ćwiczyć przemawianie do własnego odbicia w lustrze, by co trzeci dzień przychodzić do babci i musieć jej prezentować to, czego zdążyła się już nauczyć.

Póki co szło jej, nie przymierzając, topornie.

Zgodnie ze swoimi przewidywaniami, już po niecałej połowie minuty została boleśnie zbita po dłoniach za jąkanie się i złą postawę ciała.

— Nigdy nie zdołasz przekonać do siebie ludzi, jeśli będziesz przemawiać do nich w tak karygodny sposób! — zawrzasnęła babcia, kiedy Tarisha ze łzami w oczach masowała się po rękach. — Słowo daję, a myślałam, że takie kaduki jak ty powinny mieć dość niewyparzony język, by sobie z takimi rzeczami radzić wprost doskonale!

— Ale... ale czemu muszę umieć tak mówić? — spytała nasza bohaterka przełykając łzy.

Babcia opadła ciężko na krzesło, usiłując przytłumić wzburzone emocje.

— Pamiętaj — zaczęła warcząc — że za matkę masz przeklętego diabła. I ów przeklęty diabeł zostawił w tobie cząstkę samego przeklętego siebie, niech smażyć się będzie wiecznie w ogniach Baator. Wiesz co to oznacza? Że wszyscy będą doszukiwać się w tobie jak najgorszych cech już z powodu samego pochodzenia, całkiem słusznie zresztą. Wiesz co musisz robić? Myśl przyszłościowo, korzystaj trochę z tego galaretowatego czegoś, co trzymasz w swojej czaszce. Sprawiaj, by ludzie widzieli w tobie tę ludzką część, nie diablą. To się opłaca, rozumiesz co do ciebie mówię? Jeśli nie będziesz tak czynić, to szybko wylądujesz na stryczku czy gdzieś. A nie chcesz tego, co? Więc nie dawaj innym więcej pretekstów, jak chcesz trochę pożyć... Nie żeby mi zależało na twoim życiu czy nieżyciu, po prostu chcę mieć jakiś pożytek z ciebie i tego, że muszę z tobą żyć pod jednym dachem. Więc się postaraj...

***

No, tak właśnie mi kiedyś powiedziała. Stara wiedźma, co? Tak, wiedziałam, że mnie poprzesz, kiciu. Chcesz coś przekąsić? Ech, masz, obżartuchu.

Cóż... w ogóle dziwna z niej była momentami osoba. Naprawdę miała nadzieję, że jej przyniosę jakiś zysk? Gdyby znała trochę lepiej mnie i to, co kotłowało się w mojej głowie, to wiedziałaby, że za żadne skarby Faerûnu nie zarabiałabym ewentualnych pieniędzy dla NIEJ. Jeśli o to chodzi, to z całym szacunkiem, ale mogła mnie cmoknąć w miejsce, które wskazywałyby ogniste języki Kossutha na moich plecach, gdyby je odwrócić w przeciwną stronę. Tak, kiciu, wiem, że się ze mną zgadzasz.

A właśnie... te tatuaże. W sumie to zabawne. Pamiętam, że kiedyś, bodajże jak miałam osiemnaście lat i czytałam coś o puszczy Amtar, nagle przyszedł do mnie ojciec, po czym oznajmił bez ogródek ani słowa wyjaśnienia, że ma zamiar przyozdobić moje ciało tatuażami. No i powiedział, że mam za nim pójść. Tak, ty też to na pewno pamiętasz, kiciu.

Do dziś nie wiem, po co to zrobił. Wiem jednak, że tego dnia spędziłam bitych kilka godzin na leżeniu nieruchomo ze zmrużonymi oczami i lekko zaciśniętymi zębami. W tym czasie tato ze spokojem i skupieniem godnym specjalisty umiejętnie nakładał na mnie kolejne warstwy tatuaży. Skończyło się po pierwsze na tym artystycznym czymś na klatce piersiowej, z czym wyglądam, jakbym była jakąś wyciągniętą z buszu szamanką, po drugie na symbolu Kossutha na plecach. Mój ojciec był bardzo religijny i chciał pewnie wpoić to także we mnie. A, no i po trzecie tymi dziwnymi bolcami na twarzy. I wężami na nadgarstkach i przy kostkach.

O ile znak Kossutha jest całkiem zrozumiały, o tyle przeznaczenia reszty nie mogę za nic pojąć. Ale mogę się domyślać, że nagle obudziło się w nim to zawodowe zboczenie Czerwonych Czarodziei. Tak, te tatuaże i tak dalej. Dziwi mnie jednak dlaczego w takim układzie nie posunął się do zgolenia mi włosów. Cóż, istnieje jeszcze teoria, że po prostu strasznie mu się tego dnia nudziło. A to, moim zdaniem, dość jednoznacznie potwierdzają jego inicjały, jakie zostawił mi na tym „przednim” tatuażu... Też uważasz, że to zgodne z prawdą, kiciu? Tak właśnie myślałam.

Heh... najlepsza jednak była z tego wszystkiego reakcja babci...

***

Tarisha szła w kierunku swojego pokoju z zaaferowaną miną, pragnąc się obejrzeć w lustrze i móc ocenić cierpliwe starania ojca. Najbardziej jej zależało na ujrzeniu swojej twarzy, choć całej reszcie również pragnęła się przyjrzeć.

W połowie drogi jednak natknęła się na babcię, która właśnie zmierzała do własnego pokoju. Zatrzymały się tedy obie naraz, patrząc na siebie wzajemnie.

— Co ty masz na...? — wydusiła babcia, spoglądając z otępiałą miną na twarz swej wnuczki.

Nie czekając na odpowiedź, uniosła głowę i obrzuciła karcącym spojrzeniem swego syna, kiedy ten wychodził właśnie zza rogu na końcu korytarza. Popukała się w czoło, dość ekspresywnie wyrażając swój stosunek do całej sprawy.

— A na własnym ryju to już ci mało tatuaży? — rzuciła w jego stronę, po czym oddaliła się, burcząc coś pod nosem.

***

Hihi... śmiałam się wtedy tak, że chyba mnie było w Dziewięciu Piekłach słychać...

Hmmm... a, swoją drogą. Wciąż pamiętam ten moment, kiedy w wieku... szesnastu lat? Tak, chyba tak. Wciąż pamiętam, jak osiągnęłam wtedy możliwość posiadania własnego chowańca, bo już dostatecznie się rozwinęłam w arkanach magii. Za sprawą ojca, rzecz jasna, choć i ja nie zasypiałam gruszek w popiele.

Tak, kiciu, o tobie mówię. Zaprawdę, wspaniały był to dla mnie dzień, bo wreszcie miałam swojego własnego, prawdziwego przyjaciela. No i, hehe... niechcący tata dał mi możliwość irytowania babci bez ingerencji własnej...

***

Babcia wkroczyła do swojego pokoju, pragnąc jak zawsze o tej porze zająć się pisaniem zwojów przeznaczonych na targ. Uśmiechnęła się lekko do siebie, czując, że tym razem wyrobi ponad sto procent normy. Z tą myślą postąpiła parę raźnych kroków do przodu. Oraz zatrzymała się wnet, czując, że coś tu jest nie tak.

Jakaś rzecz się zmieniła. Wyczuła to niemal instynktownie.

Rozejrzała się szybko, pierwsze, co mając na myśli to to, że chyba zamorduje Tarishę, jeśli się okaże, iż zginęło coś ważnego. Zmrużyła oczy niczym jastrząb gotowy do ataku, wyszukując wzrokiem wszelkich oznak nieprawidłowości.

I zasyczała gniewnie, kiedy jest spojrzenie padło na siedzącą na szafie kotkę Tarishy.

— A kysz! — zawrzasnęła babcia gniewnie, machając na kotkę ręką. — Wynoś mi się stąd!

Kocica siedziała niewzruszenie na szafie i ze stoickim spokojem wpatrywała się w dostającą białej gorączki babcię. Ta zazgrzytała gniewnie zębami.

— Powiedziałam ZŁAŹ! — ryknęła, po czym cisnęła w kota zaklęciem Promienia Lodu. Ten minął jednakowoż swój cel. Ugodził w leżące na szafie zwoje, które babcia wykonała poprzedniego dnia. Zniszczyło je to dokumentnie, rozsypując wszędzie w promieniu trzech metrów. W międzyczasie kot czmychnął z imponującą szybkością i znikł babci z oczu.

Ta zaś złapała się w rozpaczy za głowę, widząc smętne resztki swojej wczorajszej żmudnej pracy.

— A bodaj to wciórności! — jęknęła załamana.

***

Ech, ile razy ja słyszałam od niej te uwagi, że się ciągle plączesz pod nogami i patrzysz na wszystkich tak, jakbyś próbowała przewiercić im mózgi na wylot... Tak, kiciu, wiem. Przecież ty tylko patrzysz na wszystkich z ciekawością...

Hm, w sumie szkoda, że dopiero w tak późnym czasie uzyskałam prawdziwego przyjaciela. Wcześniej, praktycznie rzecz biorąc, wcale nie spotykałam się z innymi osobami. Czasem jedynie zdarzało mi się z ojcem wyjść z domu w jakiejś ważnej sprawie... ale wtedy miałam zakaz odzywania się do kogokolwiek. No i zawsze byłam gęsto obłożona ubraniami skrywającymi wygląd. Przykre, co nie, kiciu? Jakby tego było mało, to strasznie się w tym łatwo spocić. Zawsze po takiej eskapadzie pierwsze, co robiłam, to prędko szłam się myć. No bo przecież pedantyczność naszej rodziny i w ogóle.

***

Tarisha westchnęła do siebie, skryta pod sięgającą kostek szatą, nasuniętym na czoło kapturem, a także nałożoną na usta i nos przepaską. Nie był to wygodny sposób podróżowania. Diabelstwo było co do tego absolutnie pewne. Czuła wzbierającą irytację i zażenowanie, kiedy myślała o tym, że niemal każda osoba na ulicy ogląda się za nią. Albo z zaciekawieniem, albo z jakimiś podejrzeniami. I nie podobało jej się to.

Ojciec zaś kierował się w stronę celu ich wędrówki. Utrzymywał dystans odpowiednio duży, by nikt nie powiązał go z Tarishą, ale jednocześnie dość mały, by móc w razie czego ją chronić. Nasza bohaterka wytrwale podążała za nim, choć byłaby wdzięczna, gdyby mogła wreszcie zaprzestać tej zabawy w ciuciubabkę.

Przemknęło jej przez głowę zastanowienie, czy jeśli będzie kiedyś miała dzieci, to czy z nimi również będzie musiała tak postępować.

***

Ech... niby było to konieczne ze względów bezpieczeństwa, ale czułam się w tej przeklętej szacie, jakby mnie kto wrzucił na środek pustyni...

Hm... ale się ten statek buja... co nie, kiciu?

Um, jakoś tak skojarzyło mi się to z tym, że z bliżej nieokreślonych powodów posiadam dość mocny lęk wysokości. Wyżej niż pierwsze piętro w budynku nie mogę wejść, bo natychmiastowo zamieniam się w małą, roztrzęsioną, spanikowaną dziewczynkę z wybałuszonymi oczami. Nie wiem czemu, naprawdę. Ojciec miał teorię, że to dlatego, iż często śni mi się, że spadam z ogromnych wysokości. Ale ja nic nie pamiętam, zawsze się normalnie budzę. Lęk wrodzony? Możliwe. Nie wiem, kiciu, naprawdę nie wiem.

Ech... roztrzaskać się boleśnie o ziemię... ugh... na samą myśl robi mi się niedobrze. A to wszystko przez to całe thayańskie podejście do śmierci. Jakie? Zupełnie się nią nie przejmują! Czyjś zgon traktują jak po prostu nagłe odejście tej osoby i dodatkowego trupa, który może sobie zwyczajnie gnić. Lub też może być, w nielicznych przypadkach, wykorzystany jako materiał na zombi. Terror!

***

Tarisha przykleiła nos do szyby w bibliotecznym oknie, nie mogąc uwierzyć w to, co właśnie rozgrywało się na jej oczach.

Oto widziała, jak pewien kupiec spadł z konia i nieszczęśliwie rozbił sobie czaszkę o wystający z bruku kamień. Był teraz leżącym w kałuży krwi ścierwem – dokładnie takim, jakie niejednokrotnie opisywano w księgach. Tarisha, jako osoba o dość silnie rozwiniętej wyobraźni, niemal czuła smród stęchlizny, jaki mógł - choć nie musiał - się z ciała unosić. W jej gardle zbierała się powoli ogromna gula obrzydzenia i zniesmaczenia.

Ale nie był to koniec atrakcji.

Albowiem czarę grozy, jaka przeszyła Tarishę na wskroś, dopełnił pewien Czerwony Czarodziej. Ten, pierwej popatrzywszy z obojętną miną na leżącego na bruku trupa, prychnął cicho i ruszył dalej, pozostając zupełnie neutralnym wobec losu denata.

Tarishy aż szczęka zwisła z wrażenia. Z wybałuszonymi oczami opadła ciężko na oparcie krzesła i oddychała ciężko. Przez jej głowę przemykały setki chaotycznych myśli. Odczuła, że gdyby nie to, iż jadła już jakiś czas temu, to musiałaby wszystko teraz zwrócić w trybie natychmiastowym.

— Kossucie, dodaj mi sił... — mruknęła słabo.

***

Nie dziwisz się więc chyba, kiciu, że mówienie o śmierci wywołuje we mnie wstręt, a o spotykaniu kogokolwiek zmarłego, czy wręcz zabijaniu kogoś mowy być po prostu nie może. NIE MOŻE! Do diabła, rozważam wręcz zostanie pacyfistką... choć fakt, że jest na tym świecie parę istot, które faktycznie na zgon by zasługiwały.

No i... hm... gdyby zaszła taka konieczność... to... ech... cóż, chyba, no... mogłabym... ech... zabić w samoobronie...

Uch, na samą myśl aż drżę... zmieńmy temat, co, kiciu?

O, właśnie. Tak mi jakoś sam przyszedł na myśl Kossuth, mój bóg. Pan ognia, patron archontów ognia i Thayanów. To ojciec wpoił mi wiarę w niego. Babcia i tak by się tego nie podjęła, bo nie miałaby do tego dość cierpliwości. I nawet dobrze, bo tato przynajmniej nie miał w zwyczaju wrzeszczeć, co ona robiła niemal nieprzerwanie...

Ale wracając do Kossutha, to cieszę się, że mnie tata przeciągnął na jego wyznanie. Albowiem dzięki temu mam się do kogo zwracać w chwilach potrzeby. To miło, co nie, kiciu?

Hmmm... a, właśnie. Przyszła mi do głowy kolejna z rzeczy, które mi babcia wbiła siłą do głowy: pewna żyłka do interesów. W końcu miałam jej przynosić korzyść. A skoro tak, to nie mogło dojść do tego, abym dała się wyrolować. Albo przeoczyć jakąś sposobność do zarobienia paru groszy. Prawda, kiciu? Prawda.

***

— No dobrze. To teraz wyobraź sobie taką hipotetyczną sytuację: przychodzi do ciebie klient. Patrzy on na twoje towary, przegląda, myśli, duma. Naraz odzywa się do ciebie i stwierdza, że z chęcią by coś u ciebie kupił, tylko pragnie móc przetestować twoje towary czy są aby sprawne. Co byś zrobiła w takiej sytuacji?

— Em... dała mu do przetestowania?

CHLAST.

— NIE! — zawrzasnęła babcia, gniewnie machając przy tym dłonią: tak mocno dała Tarishy po rękach. — Nie widzisz, że taki mądrala próbuje cię WYROLOWAĆ?! Dasz mu towar do rzekomego przetestowania i on z nim ucieknie bez płacenia! To jeden z NAJGORSZYCH błędów, jakie możesz popełnić! Zaprawdę, twoja matka musiała cię obarczyć chyba wszystkimi możliwymi wadami, jakie tylko istnieją!

— Tari przynajmniej się nie drze i ma miły dla oka wygląd — wtrącił ojciec, na moment zajrzawszy do pomieszczenia. — W przeciwieństwie do ciebie — dodał i natychmiast zniknął za drzwiami.

Zarówno babcia, jak i Tarisha popatrzyły za nim zdumione.

— ...SŁUCHAM?!? - zakrzyknęła ta pierwsza, oburzona.

***

Czy ja słyszę kapitana? Chyba znowu się wydziera na majtków. Tak, to na pewno on...

Hm. Wciąż pamiętam jego nietęgą minę, kiedy wparowałam pędem na statek. Mówiąc szybciej niż myśląc, wręczyłam mu stosowną ilość pieniędzy i poprosiłam z miejsca o jakieś lokum na statku. Zgodził się, wyglądając na zdezorientowanego. Zwłaszcza, że na wypraszanie mnie nie było już czasu - nadchodziła wszak pora na wypłynięcie...

Kiedy wreszcie udało mi się odetchnąć, to przedyskutowałam z nim czy nie mogłabym zakupić na własność beczki czystej wody. Pić coś i myć się jakoś trzeba, rozumiesz, a ogniem tego uczynić nie sposób. Co, mam nadzieję, Kossuth akceptuje. Kapitan miał wtedy taką minę... spozierał na mnie nieomal tak, jakbym właśnie poprosiła go o wspólną, upojną noc. No, ale w końcu zgodził. Na tę beczkę znaczy. I nawet udało mi się wynegocjować w miarę przyzwoitą cenę...

***

— Do czego jej potrzebna ta beczka? — szepnął jeden z majtków do kapitana, patrząc, jak dwóch innych majtków wspólnymi siłami wnosiło beczkę do wykupionej przez Tarishę kajuty.

— Nie wiem — odparł mu kapitan tym samym tonem. — Ale za wszystko zapłaciła, więc mnie to w gruncie rzeczy zbytnio nie interesuje. Zresztą to tylko woda. Gdyby był tam proch albo coś w ten deseń, to już mielibyśmy powody do niepokoju. Ale zwykła woda? E tam...

— Ona może tę wodę zakląć albo coś — zauważył majtek.

— Ta, pewnie. W nocy weźmie wyczaruje z niej lodowy miecz i go nam wszystkim powbija w serca, kiedy będziemy spać. Nie dramatyzuj. Poza tym ona mi wygląda na ledwie ucznia maga, nie maga samego w sobie. Nie powinna stanowić wielkiego zagrożenia.

— Niemniej byłbym za uważnym jej obserwowaniem...

— No dobrze, pilnuj jej. Ale i tak nie sądzę, by była dużym niebezpieczeństwem.

Kapitan westchnął do siebie, patrząc, jak majtkowie wychodzą w końcu z kajuty, marudząc pod nosem na sporą wagę beczki. Tarisha skinęła im głową oraz podziękowała, by następnie razem ze swoją kotką wejść do środka. Majtkowie, w ogóle nie spodziewając się „dziękuję” od diabelstwa, popatrzyli na naszą bohaterkę z co najmniej zaskoczonymi minami.

***

Nie wiem dlaczego, ale swoją prośbą - a może uprzejmym zachowaniem wobec nich - wpędziłam wszystkich na statku w pokaźne skonfundowanie. Nie wiedzą teraz, czy jestem niebezpieczna, szalona, ekscentryczna, czy po prostu dziwna. Ale trudno. Dopóki nie chcą mnie zabić czy skrzywdzić, to mogą sobie myśleć o mnie co chcą.

Cieszę się, że się zgadzamy, kiciu. Ech, no dobrze, chyba odbiegłyśmy od tematu. To o czym ja myślałam? Ach tak...

Moja babcia, podstarzała czarodziejka, no i mój ojczulek, doświadczony, wyspecjalizowany bodajże w iluzji Czerwony Czarodziej. Tak, przynależny do organizacji morderców. No bo przecież taki ich obraz zwykle panuje wśród ludzi. Obraz morderczych, golących sobie głowy fanatyków. Czyż nie, kiciu?

Ech...

I tak dochodzimy do tego najbardziej przełomowego momentu w moim życiu, który swe spektakularne zakończenie miał nie dalej, jak parę godzin temu...

Wszystko zaczęło się od tego, że jakiś rok temu... tak, rok temu... obydwie to pamiętamy, prawda?

***

Tarisha siedziała w bibliotece, czytając n-tą już z kolei księgę. Przez czas swojego życia zdążyła już przeczytać ogromną większość tamtejszych ksiąg, z każdej zapamiętawszy choćby szczątkowe informacje. Oznaczało to, że miała już za sobą pokaźną ilość przyswojonej wiedzy, z czego osobiście była bardzo dumna.

Była wówczas już dorosłą kobietą, noszącą się w prawdziwej szacie maga i posiadającą swoje własne prawa. A to zaś oznaczało, że była na tyle duża i rozwinięta, by móc w końcu wykorzystać nabytą wiedzę i umiejętności. Mogła podjąć się wyzwania, jakim było pomówienie z babcią na temat swojego traktowania. I faktycznie to zrobiła.

Dobrze to pamiętała. To było wtedy, kiedy danego dnia babcia znowu zaczęła się na nią z błahego powodu boczyć. Tarisha zebrała się w duchu. Zdecydowała się dać upust nagromadzonym przez lata emocjom. Oczywiście z zimnym wyrachowaniem i opanowaniem, tak, jak ją sama babcia uczyła.

Najpierw w uprzejmy i dyplomatyczny zwróciła się do babci z prośbą o to, by zaprzestać traktowania jej jak małą dziewczynkę. Kiedy ta dość ostro zareagowała na powyższe postulaty, to Tarisha wciąż ze stoickim spokojem wyjaśniała swoje racje, starannie dobierając słowa i argumenty. Kiedy w końcu dokończyła swoje wywody, to babcia popatrzyła na nią przez dłuższą chwilę, nie wiedząc cóż odrzec. Ostatecznie opadła ciężko na krzesło i skinęła jej powoli głową, przyznając niemo rację.

W ten właśnie sposób, nieświadomie i niespodziewanie, Tarisha znacznie zyskała w oczach babci. Od tamtej pory ich wzajemne stosunki o wiele się zmieniły. Babcia przestała w końcu wrzeszczeć i stale się na wszystkich boczyć, najwyraźniej osiągnąwszy wreszcie to, do czego dążyła od lat: zduszenie we wnuczce diablich odruchów i zachowań. I chociaż ciągle była zasadniczo nieprzyjemna w kontaktach z innymi, to nie odczuwało się już tego tak bardzo, jak kiedyś. I to Tarisha uważała za swój osobisty, życiowy sukces.

Nic więc dziwnego, że feralnego dnia, czytając samotnie kolejną księgę z biblioteki, diablica zastanowiła się, gdzież babcia tak długo się podziewa - bez śladów negatywnych emocji związanych z jej osobą. Przemknęło przez głowę Tarishy stwierdzenie, że powinna była wrócić już jakieś dobre dwie godziny temu. Owo przemyślenie udzieliło się również siedzącej na stoliczku i obserwującej ją kotce. Choć z oczywistych powodów jedynie w formie uczucia niepokoju, aniżeli słów i zdań, których koci umysł sam z siebie by nie pojął.

Upłynęło tak kilka kolejnych chwil ciszy, przerywanych wyłącznie od czasu do czasu przez jakiś głośniejszy dźwięk z ulicy. W domu było wręcz przejmująco cicho - również ojciec wybrał się gdzieś w jakiejś sprawie.

Naraz jednak nastąpił znajomy odgłos gmerania w zamku od drzwi wejściowych. Był to lekki, słabo słyszalny dźwięk, ale gdy tylko się rozległ, to Tarisha i jej kotka natychmiast obróciły się w stronę jego źródła. Spojrzawszy na siebie wzajemnie, pognały razem w kierunku wyjścia z biblioteki, zatrzymując się w progu i stamtąd wypatrując otwarcia się drzwi.

Te uchyliły się z wolna z przeciągłym skrzypnięciem. Do środka wkroczył ojciec.

Chociaż wciąż trzymał on głowę wysoko i tak jak zawsze zdawał się zachowywać stoicki spokój, to wyglądał na bardzo głęboko pogrążonego w rozmyślaniach. Do tego stopnia, że w połowie drogi zatrzymał się, patrząc przed siebie niewidzącym spojrzeniem. Stał tak dłuższą chwilę, nim w końcu odwrócił się i zamknął drzwi. Uczyniwszy to stanął znowu, wpatrzony w drewno i całkowicie zamyślony.

Nasza bohaterka, wielce zaskoczona tą nagłą odmianą, skierowała się powoli w jego stronę. Nie wiedziała cóż może być przyczyną tego, że jej tata był w tak niepodobny do siebie sposób zadumany. Zatrzymała się przed nim wraz ze swoją kotką, kiedy on odwracał się właśnie od drzwi. Zobaczywszy swą córkę, uniósł brwi w lekkim zaskoczeniu.

— O, Tari - mruknął. - Jak dzień?

— Dobrze - odparła nasza bohaterka niepewnie. - Coś taki zamyślony?

— Zamyślony...? — powtórzył ojciec nieobecnie. — Ach... wiesz, chyba muszę ci powiedzieć o takiej jednej rzeczy.

— Tak?

— Nie zdziwię się, jak będziesz zdumiona, przerażona lub zasmucona.

Tarisha uniosła wysoko brwi.

— Tato... co się stało?

Ojciec popatrzył na nią przez krótką chwilę, prawdopodobnie znowu się trochę zamyśliwszy, a potem odparł tak, jakby mówił o mało istotnej sprawie:

— Moja mama zmarła.

***

Jasne, ona na mnie przez całe moje życie wrzeszczała, biła mnie, bezustannie krytykowała i w ogóle była wręcz nie do zniesienia, ale... ale... przez... przez tych kilka ostatnich miesięcy my... my... zdążyłyśmy trochę się nawet trochę polubić...

Ech. Aż mi łezka za nią pociekła. Ten świat się chyba wali.

Cóż... no a potem, jakieś pół roku później wyskoczyła ta sprawa z Czerwonymi Czarodziejami...

***

— Że CO?!

— Tak, Tari. Przenosimy się do Wrót Baldura.

— Co...?! Jak...?! Ale... ale DLACZEGO?!

— Odgórny rozkaz. Polecenie przełożonych. Ponoć bardziej potrzebny będę w tamtejszej enklawie Czerwonych Czarodziei...

— Ale tato... to jest kilka miesięcy drogi stąd!

— Wiem o tym, córko. Dlatego dopełnimy niezbędnych przygotowań, nim wyruszymy w drogę. Ale mimo wszystko będziemy musieli się pospieszyć. Czerwoni Czarodzieje nie lubią zbyt długo czekać.

— Mieszkałam w tym domu całe życie...

— Wiem o tym. Być może będzie to zmiana na lepsze.

***

Do Wrót Baldura! Miejsca odległego solidny kawał drogi od Thay! Myślałam, że zemdleję, kiedy się o tym od niego dowiedziałam. Zwłaszcza wziąwszy pod uwagę czas potrzebny na dotarcie tam... tak, wiem, że się ze mną zgadzasz.

Ale i tak szczęście nam sprzyjało, bo całość zajęła nam miesiąc krócej, niż szacował tato. Nie będę się zresztą rozwodzić nad tym co miało w trakcie tej podróży miejsce, obydwie przecież dobrze wiemy.

Jestem jednak pewna co do pewnej rzeczy. Ta podróż dała mi jedno do zrozumienia: przez te wszystkie lata spędzone w domu moja chęć do wędrowania została skrajnie stłumiona. Efekt? Podczas tejże tułaczki zachowywałam się tak, jakby mnie nagle wyciągnęli na świeże powietrze po jakichś dwudziestu czterech latach spędzonych w osławionych Czarowięzach. A potem kazali pędzić na złamanie karku przez cały Faerûn.

NIGDY WIĘCEJ. Właśnie. Nigdy! Więcej!

Miło, że mnie rozumiesz, kiciu.

No i jak już w końcu dotarliśmy do Wrót Baldura, to musiało się oczywiście parę dni później zdarzyć nieszczęście... wiemy obydwie dobrze co się stało. To miało miejsce ledwie kilka godzin z hakiem temu.

***

Nowy pokój Tarishy był ładny i zadbany. Chociaż oczywiście nie było w nim wiele więcej mebli, niż w rodzinnym domu, to jednak stanowił dla oczu znacznie milszy widok. A ponieważ przenieśli ze sobą w karawanie wszystkie księgi z domu, nasza bohaterka czuła, że zdoła się wkrótce oswoić z tym miejscem.

Co prawda pojawił się niespodziewany problem w postaci wojny domowej, która wybuchła jakiś czas temu i w wyniku której wszystkie Enklawy Czerwonych Czarodziei zostały zamknięte. Ojciec Tari nie zraził się tym jednak i póki co udając, że nic się nie stało, zagnieździł się z córką w ich nowym lokum. Diablicy nie przeszkadzało to zbytnio.

Leżała akurat rozwalona na łóżku, głowę podpierając rękami i oczy trzymając przymknięte. Nie spała, choć przed jej oczami rozgrywało się coś, co na upartego można by nazwać snem. Jej kotka również drzemała, leżąc zwinięta w kłębek na jej brzuchu. Za oknem słychać było przytłumione odgłosy tętniącego życiem miasta.

Ta sielanka potrwałaby zapewne dłużej, gdyby nie to, że w pewnym momencie coś nakazało Tarishy otworzyć oczy.

Odezwał się jej instynkt. Lada chwila miało się wydarzyć jakaś bardzo niedobra rzecz.

Wstała szybko z łóżka; kotka zeskoczyła z niej niemal natychmiast, również doznawszy wspomnianego wyżej przeczucia. Czując narastające obawy, obydwie ruszyły w stronę wyjścia z pokoju.

Na korytarzu widać było namacalnie, że coś jest nie tak. Na podłodze widniały wyraźne ślady butów, co w ich rodzinie było po prostu nie do pomyślenia. Tak samo, jak leżący kawałek dalej rozbity wazon z rośliną doniczkową. Tarisha, widząc to, przełknęła głośno ślinę. Źrenice w oczach stojącej obok kotki zwęziły się nieco, stosownie do powagi sytuacji.

Tarisha postąpiła parę kroków w stronę drzwi do nowego gabinetu ojca. Przylgnęła do ściany, chcąc uniknąć wykrycia. Przesunęła się powoli do samych drzwi i w końcu bardzo ostrożnie zajrzała do środka.

A to, co zobaczyła, odebrało jej mowę.

Oto przed jej oczami widniał zatrważający widok dwóch zakapturzonych, stojących tyłem do niej tajemniczych obcych, którzy, szepcząc coś do siebie w mulhorandzkim, stali obok siebie nad zakrwawionym ciałem jej ojca. Tari prawdopodobnie nigdy nie dowiedziałaby się kim oni są, gdyby nie to, że jeden z nich miał zdjęty kaptur - jego głowa była łysa i pokryta tak dobrze znanymi diabelstwu tatuażami...

***

Ech...

Może i był surowy, niemal pozbawiony uczuć, ale kochałam go o wiele bardziej, niż babcię. Nie patrzył na mnie przez pryzmat nędznego diablego pomiotu, którego trzeba wychować. Widział we mnie swoją córkę, może będącą wynikiem nieszczęśliwego zbiegu okoliczności - tak podejrzewam - ale jednak córkę. A przynajmniej takie odniosłam wrażenie, bo on przecież nigdy nie mówił o swoich uczuciach. Zawsze starał się być surowym, obiektywnym mentorem.

Zaś oni mi go odebrali...

Chciałabym móc go obronić, cokolwiek uczynić. Ale byłam na to za słaba. Za słaba...

Tak, kiciu. Wiem, że mnie rozumiesz.

Ja... ech... nie mogłam z nimi walczyć, więc rzuciłam się do ucieczki. A co miałam zrobić, kiedy goniła mnie para zakapturzonych fanatyków i mogła w oka mgnieniu mnie zabić? Popędziłam do portu i wparowałam na pierwszy lepszy statek...

Ech, no i tak oto wracamy do punktu wyjścia. Płynę teraz okrętem w nieznane, nie wiedząc dokąd on zmierza i co mnie może na miejscu czekać. Czy spotkam tam szczęście i zrozumienie, czy też może swoją śmierć? Nie wiem...

Wiem jednak, że moim życiowym celem będzie osiągnąć moc i wiedzę dostateczną, by być w stanie pewnego dnia wrócić i w dyplomatyczny, zgodny z prawem sposób zrównać z ziemią Czerwonych Czarodziei... albo przejąć nad nimi władzę i dać im nauczkę za krzywdy, jakie mnie spotkały.

Cóż jednak do tego czasu będę czynić? Hm... więc... chyba spróbuję się zżyć z lokalną społecznością... Będę próbowała się zgodnie z prawem wzbogacić... Przecież nie będę biegać po kryptach i mordować potworów, prawda? Na samą myśl mi się robi niedobrze.

Co ma być, to będzie. W końcu - Kossuth musiał sobie wszystko zaplanować, prawda? Nie zabiłby przecież mego ojca pochopnie. Nie jego.

Prawda...?

Wiedziałam, kiciu, że się zgodzisz.

Ech, chyba muszę się przespać. Może następnego dnia spojrzę na to wszystko w jaśniejszym świetle...

Dobranoc, kiciu.
Autor artykułu
Zu's Avatar
Zu
Zarejestrowany: May 2009
Miasto: Z Nieludzkich Realiów.
Posty: 78
Reputacja: 44
Zu jest na bardzo dobrej drodzeZu jest na bardzo dobrej drodzeZu jest na bardzo dobrej drodzeZu jest na bardzo dobrej drodzeZu jest na bardzo dobrej drodzeZu jest na bardzo dobrej drodzeZu jest na bardzo dobrej drodzeZu jest na bardzo dobrej drodzeZu jest na bardzo dobrej drodzeZu jest na bardzo dobrej drodzeZu jest na bardzo dobrej drodze

Oceny użytkowników
 
Brak ocen. Dodaj komentarz aby ocenić.
 

Narzędzia artykułu

  #1  
Warlock on 12-07-2009, 11:45
Ciekawa historia. Nie mam się czego czepiać za wyjątkiem jednego.
Cytat:
Widzisz młodą, zgrabną, idealnie ukształtowaną niewiastę. Jest ona dość wysoka – na oko mierzy ze dwa metry, może trochę mniej.
Masz racje, dwa metry to całkiem wysoka osoba.
Odpowiedź z Cytowaniem
  #2  
Zu on 12-07-2009, 12:23
Nie chodziło mi o to, że to jakiś gigant, ale na pewno osoba deczko wyrośnięta. :P
Odpowiedź z Cytowaniem
komentarz



Zasady Pisania Postów
You may Nie post new articles
You may Nie post comments
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 11:28.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site
artykuły rpg

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166