Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > Zakątek LI-teracki > Artykuły, opowiadania, felietony > Opowiadania
Zarejestruj się Użytkownicy


komentarz
 
Narzędzia artykułu Wygląd
<!-- google_ad_section_start -->Zmierzch Cywilizacji część 1<!-- google_ad_section_end -->
Zmierzch Cywilizacji część 1
Autor artykułu: lordziknedzik
30-08-2009
Zmierzch Cywilizacji część 1

Więcej tekstów na lordziknedzik.ownlog.com

Część 1

Uśmiechnął się promiennie i świat nagle stał się piękniejszy. Nie był jakoś specjalnie przystojny, raczej normalny. Zwyczajny mężczyzna, dla którego kobieta chce oddychać niezależnie od tego, jak wygląda. Miał lekko ukruszony jeden z zębów, lecz w ogóle się tym nie przejmowała. Wręcz przeciwnie. Kochała nawet tą drobną niedoskonałość jego twarzy. Kochała to, jak się cieszył i śmiał. Było w tym tyle szczerości, jakby radość wypełniała mu każdą część ciała i duszy. Oczy miał błyszczące, niczym dwa płomyki świec, oświetlające drogę w nocy. Widziała w nich swoje odbicie i było to coś wyjątkowego. Coś, czego nie doświadczył nikt na świecie. Inni ludzie, w innych miastach czy krajach, mogli doświadczać podobnego uczucia, mogli patrzeć na siebie z miłością, aż błyszczały im oczy. Na pewno to robili. Gdyby tak nie było, świat nie powinien istnieć, nie byłby wart tego, by istnieć. Jednak wierzyła, że te oczy, to spojrzenie, ten uśmiech, jest wyjątkowy. Jest czymś, czego nie dałoby się odnależć nigdzie indziej, choćby tysiąc razy przemierzyć ziemię we wszystkich kierunkach. Jej ukochany, to spojrzenie, w którym mogła zobaczyć swoją twarz, błyszczące oczy, promienny uśmiech, to wszystko było wyjątkowe, jedyne, na całym, ogromnym świecie.
Dotknął jej, aż poczuła dreszcz przebiegający po plecach. Westchnęła cicho, dotykając dłoni kochanka palcami. Rękę miała znacznie mniejszą niż on, więc zniknęła schowana w jego delikatnym uścisku. Patrzyła na to zafascynowanym wzrokiem. Chłonęła ten obraz dwóch splecionych za sobą dłoni, bojąc się choćby mrugnąć, by nie przegapić niczego. Jednego ruchu, gestu, czegokolwiek., żadnej sekundy spędzonej z nim. Czuła jego obecność całą sobą, lecz pragnęła wszystko widzieć, by później, marząc, zamykać oczy i móc wracać do tych pięknych chwil. Każda sekunda, jaką spędzali razem, była czymś wyjątkowym i gdyby pozwoliła jej odejść, zamyśliłą się, nie zwróciła uwagi na jakiś szczegół, utraciłaby coś niepowtarzalnego. Czuła się przy nim tak dobrze, tak bezpiecznie. Zapragnęła, by objął ją swoimi silnymi ramionami i schował przed całym światem, dokładnie tak, jak chował jej dłoń w swojej.
Przysunęła się bliżej, cały czas patrząc mu w oczy. Nagle w umyśle dziewczyny zrodziła się absurdalna myśl, że ją odrzuci, nie będzie chciał by się w niego wtulała, radując każdą upływającą tak przeraźliwie szybko sekundą. To było zwyczajnie zbyt piękne by mogło istnieć naprawdę i trwać długo, aż miałaby czas chociaż w drobnym stopniu się tym nacieszyć, więc nie zdziwiłaby się aż tak bardzo, gdyby rzeczywiście się odsunął. Ponieważ tak własnie wyglądało życie, a największe marzenia spełniały się tylko w snach. Jednak, zadając kłam wszelkim obawom i lękom, które zrodziły się w głowie dziewczyny, tylko przysunął się bliżej, ramionami otoczywszy jej plecy. Zamknęła oczy. Wtuliła głowę w jego pierś. Była tak spokojna i szczęśliwa. Mogłaby tak zostać już na zawsze. Albo pójść gdziekolwiek oczy poniosą, byleby tylko został przy niej.
Coś szarpnęło ją za ramię. Zignorowała lekkie ukłucie bólu i wtuliła się mocniej w ramiona kochanka. Jeszcze przez chwilę widziała jego oczy i bez trudu potrafiła sobie przypomnieć, szczery, przepiękny uśmiech, który kochała ze wszystkich sił swojego młodego, oddanego serducha. Mogłaby skakać i biec, przepełniona tym dziwnym uczuciem, czując jednocześnie radość i dziwny niepokój, wyczekiwanie, niecierpliwość, dziwną cudowną mieszaknę emocji tak silnych, że czuła je fizycznie. Jakby w jej brzuszku latały dziesiątki motyli. Widziała jego oczy, a dłońmi obejmowała mu plecy i ramiona. Była szczęśliwa.
Przy kolejnym szarpnięciu otworzyła oczy, zamrugała od nagłego uderzenia ostrego światła i obraz się rozmył. Zniknął gdzieś, zamieniając się w pustkę, tak jakby go nigdy nie było. Dziewczyna patrzyła na popękany, szary sufit i żarówkę wiszącą pod nim na kilku kablach pobrudzonych farbą. Z kąta obserwował ją pająk, który przyczepiwszy się do sieci, nieruchomy, czekał cierpliwie na nieostrożną ofiarę. Dziewczynie zrobiło się smutno, przykro, jakby coś utraciła. Jeszcze chwilę temu, gdy trwał przepiękny sen, patrzyła na swoje marzenia, na ich najwspanialsze ucieleśnienie. Czuła się szczęśliwa.
Wystarczyło, że otworzyła oczy i wszystko minęło. Pozostało tylko szare, puste mieszkanie, pająk w rogu i niedziałająca od kilku dni żarówka pod sufitem. Brudne ściany i ciemne niebo za oknem. Rzeczywistość.
Coś ponownie szarpnęło ją za ramię i dopiero teraz zrozumiała, że lekkie ukłucie bólu, które pamiętała z ostatniej chwili przed obudzeniem, nie stanowiło również części snu. Spojrzała w bok i zobaczyła stojącego obok jej łóżka, szaroczarnego kota. Był wielki, gruby i wpatrywał się w nią ciekawskim wzrokiem.. Wbijał swoje pazurki w ramię dziewczyny, lekko poszarpując za skórę, domagając się zainteresowania.
- Przestań, to boli! – Powiedziała poważnie, chociaż bardziej miała ochotę się śmiać. Lubiła koty. Nie miała dość pieniędzy, żeby trzymać w domu własnego, więc ta niespodziewana wizyta była czymś bardzo miłym. Wysunęła rękę spod koca, chcąc pogłaskać grubego gościa, ale w połowie się zawahała. A co jeśli futrzak się przestraszy i ucieknie? Patrzyła w jego zielone, niesamowite oczy. Czy on również odejdzie, rozpłynie się, tak jakby go nigdy nie było? Czy zawsze wszyscy będą od niej uciekać?
Jeśli nie zaryzykujesz, nigdy się nie przekonasz, czy miałaś rację. Jeśli nie wyciągniesz ręki spod koca, to nigdy nie dowiesz się, czy ten kot by nie został i nie dał się głaskać przez cały dzień. Co masz w końcu do stracenia? Przecież… przecież i tak nie masz nic. Jak go nie pogłaszczesz, prędzej czy później i tak pójdzie w swoją stronę, a ty już zawsze będziesz żałowała, że jednak nie zaryzykowałaś. Ale… on nie może tak po prostu odejść… przecież nie powinno być tak, że jedni mają wszystko, a inni nie mają nic. Nie może być tak, żeby wszystkie moje marzenia znikały, rozpływały się zaraz po tym, jak się obudzę,, a prawdziwego szczęścia, zaznaję tylko w marzeniach. Nie może być tak, żeby mój ukochany znikał, gdy otwieram oczy i pozostawała po nim tylko ta czarna pustka, która tak okropnie boli w sercu. Nie może…
Zamknęła oczy, czując jak się robią wilgotne. Wiedziała, że jeśli zacznie płakać to szybko nie przestanie. Czuła się tak strasznie samotna, bez przyjaciół, bez rodziny, bez człowieka, do którego mogłaby się odezwać, powiedzieć o swoich radościach i problemach. Przez lata przyzwyczaiła się do tego, ale czasem, gdy, uświadamiała sobie, że jest całkiem sama, na ogromnym świecie, z trudem przychodziło jej opanować smutek. Powstrzymała łzy, zaciskając mocno oczy, nie pozwalając im płynąć. Pociągnęła noskiem i spod jej powiek wypłynęła jedna, jedyna słona kropla rozpaczy. Nie może być tak, że moje marzenia nigdy się nie spełniają. Ten kot… on nie przyszedł tu bez powodu. Przyszedł, żeby mi powiedzieć, że teraz będzie inaczej, lżej. Lepiej. Przyszedł i obudził mnie, żebym go pogłaskała, prawda? Czy jeśli to zrobię, to czy cokolwiek się zmieni? Tak. Musi! Musi się coś zmienić! Obiecuję… jeśli on da się pogłaskać, coś się zmieni. Jestem tego pewna.
Dziewczyna powoli wysunęła rękę spod koca. Chociaż rozsądek wręcz wrzeszczał, że to głupie, ona całą sobą wierzyła, że jeśli tylko kot pozwoli się jej pogłaskać, jej życie się zmieni. Jeszcze nie wiedziała jak, ale była tego po prostu pewna. Coś musiało się zmienić.
Ostrożnie, starając się nie wykonywać żadnych gwałtowych ruchów, wyciągnęła dłoń w kierunku kociego łebka. Futrzak patrzył na nią z zainteresowaniem malującym się w mądrych, zielonych oczach, jakby zastanawiał się, czy ona naprawdę chce go pogłaskać, czy tylko udaje? A może pytał sam siebie „czy ta idiotka uważa, że pozwolę się jej dotknąć? No, niech tylko spróbuje, a zobaczymy, czy polubi moje pazury!”. Poruszała się bardzo powoli, a jej dłoń lekko drżała w powietrzu. Niewiadomo czemu, ale denerwowała się, jakby od tej jednej rzeczy zależało bardzo wiele. Może nawet całe jej życie? Było tysiąc racjonalnych powodów, dla których nie powinna w to wierzyć, lecz wciąż nie chciała spłoszyć zwierzęcia żadnym zbyt szybkim, niepotrzebnym ruchem. Dlatego minęło ponad trzydzieści sekund nerwowego napięcia, zanim jej palce nie znalazły się na tyle blisko, by mogła dotknąć futrzastego łebka.
Gdy zaczęła je wyciągać, kocur najpierw się lekko cofnął, niepewny, co się teraz stanie. Czuła, że serce zatrzymuje się w jej piersi, wciągnęła gwałtownie powietrze, zamierając. Kot zaczął ją obwąchiwać, dotykając delikatnie mokrym, chłodnym noskiem, po czym zrobił krok do przodu. Wsunął główkę w dłoń dziewczyny i zamruczał rozkosznie.
Uśmiechnęła się, drapiąc go za uszami. Miał miękkie, ciepłe futerko i łasił się. Twarz rozjaśnił jej uśmiech. Czy to oznacza, że teraz będzie już inaczej? Że moje życie teraz się zmieni? Spojrzała na popękany sufit. Miał taki sam kolor jak pozbawione ozdób ściany, tylko odrobinę jaśniejszy od podłogi. Nie było tu żadnych sprzętów, poza szafką i niewielką komodą, gdzie stawiała świeczkę. Nikt jej nie odwiedzał więc nie miała powodów, by przejować się stanem mieszkania, którego i tak nie traktowała jak domu.. Tylko pająk tkał swoją sieć w kątach, a ona nie miałą serca ich niszczyć. W końcu był jedyną istotą, z którą dzieliła to ponure miejsce. Nawet jeśli to tylko pająk, chciała, by czuł się tu jak najlepiej. Poza tym, gdy czasem robiło się zimno, na niteczkach, które tworzył, pojawiały się kropelki rosy i błyszczały o poranku. Stanowiło to jedyny ładny obraz jaki mogła zobaczyć w tym smutnym pokoju i, mimo wszystko, czuła za to do niego ogromną wdzięczność.
Niespodziewanie kot cofnął się, miauknął cicho i wskoczył na parapet. Zrobił to z taką gracją, że przez parę chwil nie zwróciła uwagi, na to iż odszedł. Zostawiła okno lekko uchylone, tędy musiał się więc dostać do środka. Tą samą drogą, nie zatrzymawszy się, nie dając dziewczynie szansy na dogonienie go i pożegnanie się, opuścił jej mały, szary świat. Odwrócił się tylko raz, gdy był już na zewnątrz. Przez chwilę patrzył na nią swoimi pięknymi, zielonymi oczami, po czym zniknął. Odszedł w ciągu paru sekund. Ledwie chwilę wcześniej czuła miękkość jego futerka pod palcami, oraz lekkie drgania grzbietu, gdy mruczał z zadowolenia, a teraz już go nie było. Zostawił ją, tak jak wszyscy przed nim. Szary pokój nagle zrobił się przeraźliwie pusty.
Dziewczyna została sama. Zamknęła oczy skuliła się, podciągnęła kolana pod brodę i chociaż jej poranki wyglądały zawsze tak wyglądały, samotne i ciche, zaczęła płakać. Łzy spływały jej po nosku i policzkach, znikając w poduszce. Rozpaczała nad swoim losem, nad beznadziejnym życiem, samotna niczym mały wróbelek na wietrze. Przywykła już do takiego losu, a właściwie nigdy nie znała innego. Jednak czasem, zdarzało się coś, co uświadamiało jej, że życie mogłoby wyglądać inaczej, tak jak dzisiejsze pojawienie się niespodziewanego, mruczącego gościa. Wtedy nie była w stanie powstrzymać łez. Patrzyła na miejsce, gdzie widziała futrzaka po raz ostatni, mając nadzieję, że się pojawi. Przyjdzie by chociaż przez sekundę dać się pogłaskać. Przypomniała sobie jego milutkie, ciepłe futerko, a po policzkach spłynęły kolejne łzy. Powoli, niespiesznie dotarły aż na skraj jej noska i skapnęły, znikając w poduszce.
Odszedł, tak jak wszystko inne. Ponieważ świat… to ponure miejsce, pozbawione nadziei, chociaż wydaje się, że zmienia się codziennie, tak naprawdę… zawsze pozostaje taki sam. Zawsze taki sam.
Wstała jakiś czas później i ubrała się. Zanim narzuciła na siebie stare, podniszczone rzeczy, po jej skórze biegały lodowate dłonie zimnego, porannego powietrza. Na zewnątrz zaczął się już nowy dzień. Słyszała odgłosy dobiegające z ulicy. Turkot wózków ręcznych, odgłos kroków dziesiątek idących we wszystkich kierunkach ludzi, pojedyncze słowa wypowiadane obojętnie, bez większej wiary w to, co się mówi. Życzyli sobie ”dzień dobry”, tylko dlatego, że wypadało tak mówić. Powtarzali ten zwrot codziennie, za każdym razem, gdy się widzieli, gdy mijali na chłodnej ulicy. Robili to tak często, iż pozdrawianie innych stało się nawykiem, czymś podobnym do drapania po głowie, gdy swędziała skóra, lub zakrywaniem ust podczas ziewania. Czymś, co jest, ale tak naprawdę od dawna nie ma żadnego znaczenia. Mijali się, mówili to proste „dzień dobry” i każdy odchodził w swoją stronę, do obowiązków, pracy i zmartwień. Tysiąca problemów, z którymi mało kto umiał sobie poradzić.
Zamknęła okno, nie mogąc znieść tych odgłosów. Przynajmniej nie dzisiaj, nie w tym stanie. Normalnie lubiła ludzi i chętnie słuchała tego, co mówią, nawet jeśli były to tylko puste słowa, wypowiadane bez najmniejszej wiary w ich treść. Zawsze stanowiło to jakąś formę kontaktu z drugim człowiekiem, coś, co sprawiało, że idąc ulicą, nie czuła się tak przeraźliwie samotna. Bo tak naprawdę, to była całkiem sama na tym ogromnym, szarym świecie. Nie miała przyjaciół, rodziny, ani nawet lepszych znajomych, którzy wiedzieliby, że ma na imię Anetella. Dla wszystkich ludzi, jakich widywała, na co dzień, pozostawała tylko „tą dziewczyną o długich włosach i szarych oczach, tą która się uśmiecha tak smutno”. Nie znali jej, ani ona nie znała ich. Miałą swoje problemy, tak jak każdy. Jednak gdy mówili to proste „dzień dobry”, albo wymieniali parę zdań o pogodzie, zbliżali się do siebie odrobinę. Nawet nie wierząc w słowa, albo będąc całkowicie obojętnymi na ich treść, wypowiadając je, stawali się kimś dla drugiej osoby. Nadal każdy był sam, ale chociaż przez chwilę, dzięki tej prostej rozmowie, stawali się samotnymi ludźmi w grupie innych samotnych ludzi.
Może właśnie dla tego złudnego wrażenia łączności z innymi, czuli się odrobinę lepiej i ulice nie były tak całkiem ciche? Rzadko ktoś się odzywał, ale idąc wzdłuż dowolnej drogi, można było usłyszeć przynajmniej kilkanaście rozmów. Nawet ta drobna ilość wystarczyła, by pamiętać, że dookoła są inni. Dzięki temu było jej odrobinę lepiej i pozostali pewnie również tak to postrzegali.
Po ubraniu się, gdy już przestała drżeć z zimna, zjadła skromne śniadanie. Miała jeszcze trochę chleba z kolacji, który zostawiła, nauczona doświadczeniem, że lepiej zjeść skromniej przed snem i zostawić trochę na później. Wieczorami rzadko bywała naprawdę głodna, za to rano zawsze chciało się jej jeść. Gdy nie miała, co wziąć do ust na śniadanie, czuła się źle przez cały dzień, miała mdłości i zawroty głowy. W nocy, poza tym, zawsze mogła usnąć i w ten sposób uciec od przykrego ssania w żołądku. W ciągu dnia, niestety, nie miała tej możliwości i przez wiele godzin musiała się zmagać ze złym samopoczuciem.
W smaku chleba wyczuła starość, ale i tak przełknęła go z apetytem. Dostała go sześć dni temu, jako zapłatę za pracę, i oszczędzała, jak tylko mogła. Wiedziała, że prędzej czy później ten skromny zapas „na czarną godzinę” się skończy, ale i tak zrobiło się jej przykro, gdy dojadała ostatnie okruszki. Przyzwyczaiła się, że widmo głodu prześladowało ją niemal codziennie, ale do tego nigdy ne można sę przyzwyczaić. Mając choćby odrobinę jedzenia schowanego gdzieś w domu, mogła zawsze liczyć na to, że gdyby nie udało się jej zdobyć nic nowego, to w domu czeka ją jeszcze jeden posiłek. Skromny, bo skromny, ale zawsze. Teraz była zdana wyłącznie na łut szczęścia. Jeśli uda się jej zdobyć coś do jedzenia, to dobrze. Jeśli nie, położy się spać głodna i jutro będzie musiała szukać od nowa.
Założyła stary płaszcz, o wiele dla niej za duży. Wyglądała w nim jak w worku, ale był ciepły i chronił dobrze przed wiatrem. Znalazła go kiedyś przypadkiem na ulicy i od tej pory stanowił jeden z jej największych skarbów. Chronił przed zimnem i wilgocią, a dzięki temu szansa, że zachowuje w jesieni, była znaczne mniejsza. Dzień zapowiadał się słonecznie, więc pewnie nie będzie go potrzebowała. Mimo to zawsze wolała mieć ze sobą coś ciepłego, w czym nie zmarznie, w raze nagłego ochłodzenia. Lepiej nosić płaszcz pod pachą, niż się przeziębić. W tych czasach, przy prawie całkowitym braku lekarstw i opieki medycznej, najprostsze przeziębienia nieraz ciągnęły się tygodniami. Poważniejszych chorób albo nigdy nie dało się całkiem wyleczyć i męczyły człowieka latami, albo, o ile jego organizm nie był dostatecznie silny, by się im opierać, zabijały w ciągu kilku dni. Dlatego wszyscy dbali o zdrowie najlepiej jak umieli i unikali chorych. To był kolejny powód, by na siebie uważać. Człowiek nie mógł raczej liczyć na pomoc kogoś, kto nie należał do najbliższej rodzny. Anet niestety takowej nie miała, więc pozostałaby całkowicie bez opieki. Jeden, dwa dni w łóżku i z głodu nie byłaby w stanie się podnieść. Trzeciego pewnie by już nie żyła.
Wzięła jeszcze szalik i czapkę, po czym wybiegła na korytarz. Jej mieszkanie stanowił jeden pokój na drugim piętrze w dużym budynku, gdzie na każdym z pięciu poziomów było takich po dwadzieścia. Wszystkie mniej więcej tej samej wielkości, zazwyczaj zajęte przez pojedynczego lokatora, lecz czasem również przez całą rodzinę, gnieżdżącą się w niewyobrażalnej ciasnocie, na kilku zaledwie metrach kwadratowych.
Podłoga na korytarzu była brudna i walały się tu resztki szyb. Anetella wprowadziła się tu pięć lat wcześniej i, pamiętała to wyraźnie, widziała je już wtedy. Aż zbyt dobitnie świadczyło to o tym, jak często ktoś tu sprzątał. Właściwie nikomu już nie zależało na tym, żeby mieszkań w czystym budynku. Ważne, żeby tylko nie wiało w zimie i żeby mieć gdzie się schronić przed deszczem. Reszta nie miała znaczenia
Zamknęła za sobą drzwi i schowała klucz do plecaka. Zamek nie należał do zbyt skomplikowanych i gdyby ktoś rzeczywiście chciał się włamać do jej mieszkania, wystarczyłoby kopnąć, a drzwi wyleciałyby z zawiasów. Nie liczyła, na to, że prosty zamek zatrzymałby złodzieja. Poza tym w środku nie było niczego wartościowego. Bardziej chodziło o bezdomnych, którzy nieraz wchodzili do takich budynków i szukali pustych mieszkań. Jeśli znaleźli jakieś otwarte, mogli się do niego wprowadzić nie pytając nikogo o zdanie. Zazwyczaj jednak omijali te zamknięte i to stanowiło właściwie jedyną przyczynę, dla której w ogóle używała kluczy.
Szła powoli, stąpając ostrożnie w miejscach, gdzie nie było szła. Nie lubiła kiedy trzeszczało pod jej stopami, ponieważ tak dźwęk niósł się daleko. Normalne poruszała się cicho niczym mysz i prawdopodobnie, gdyby ktoś po drugiej stronie jednych z kilkunastu par drzwi, które minęła po drodze, nasłuchiwał, co się dzieje w korytarzu, nie zdołałby jej usłyszeć. Nauczyła się ograniczyć do minimum wydawane dźwięki. Nawet oddychała ciszej niż normalni ludzie i była bardziej niż oni wyczulona na hałasy. Sama nie pamętała kiedy zaczęła tak robić. Po prostu, tak jak w pewnym momencie życia zauważyła, że rosną jej piersi, tak któregoś dnia zdała sobie sprawę, że jeśli tylko chce, potrafi poruszać się na tyle cicho, żeby nikt jej nie słyszał. Dzięki tej umiejętności, oraz paru innym zdołała przeżyć tak długo w tym nieprzyjaznym świecie.
Na schodach prowadzących w dół siedziało kilku chłopaków. Każdy liczył sobie koło dwudziestu lat, więc byli mniej więcej w jej wieku. Nie lubiła ich, ponieważ gdy tylko sobie popili, co zdarzało się dosyć często, zaczepiali ją i wykrzykiwali nieprzyzwoite słowa. Minęła ich szybko, patrząc w przeciwnym kierunku, starając się ominąć to miejsce jak największym łukiem. Jeden ze starszych, wysoki, rudy chłopaczek o piegowatej twarzy, próbował ją złapać za nogę. Zeskoczyła szybko o dwa stopnie i znalazła się poza zasięgiem jego rąk. Zaklął coś ponuro, ale się nie poruszył.
Zresztą nie spodziewała się, by tym razem postąpił inaczej. W końcu robił tak zawsze, gdy go mijała, a zdarzało się to przynajmniej raz na tydzień.
Na samym dole pokłoniła się dawnej właścicielce budynku. Była to stara, zgorzkniała kobieta, która w ciągu ostatnich dwóch lat straciła męża i syna. Nazywała się Erdea Gelbelton, liczyła sobie ponad sześćdziesiąt lat i wiek ten bardzo mocno odbił się na jej wyglądzie. Miała zniszczone, wiecznie potargane włosy, w których niesposób już było wypatrzyć jednej ciemnej nitki, podkrążone oczy, w których dało się z łatwością wyczytać ogromne zmęczenie życiem, i chudą, kościstą twarz. Chodziła powoli, przygarbiona, kulejąc na jedną nogę. Z pewnością jej zdrowie było w bardzo kiepskim stanie, ale starała się nikomu tego nie okazywać. Zawsze też, gdy zauważała, że ktoś jest obok niej, wyprostowywała się, starając się wyglądać pogodnie. Jakby chciała przed wszystkimi ukryć swoją słabość. Anetella słyszała, że kiedyś należała do bogatej rodziny, a jej ojciec wybudował dom, który teraz służył im za mieszkanie. Jednak, niewiadomo czemu, stracili cały majątek i w ciągu lat, pozostała tylko ona, smutna i biedna kobieta z trudem dająca sobie radę ze zdobywaniem jedzenia.
- Dzień dobry pani Gelbelton. – Powiedziała dziewczyna, gdy mijała staruszkę na parterze. Stała ona wsparta o ścianę, patrząc na odchodzącą farbę. Ostatnim razem budynek malowano na wiele lat zanim Anet sę tu wprowadziła i teraz w wielu miejscach widać było gołe cegły.
- Dzień dobry. – Odparła smutno. – Farba odchodzi.
- Wiem. – Nic innego nie przychodziło do głowy.
- Mój mąż ją kładł, dobrych trzydzieści lat temu. Pamiętam to dokładnie. Na zewnątrz był ciepły dzień. Na ulicy jeździły samochody. Do tej pory pamiętam odgłos ich silników.
- Nadal czasem je słychać.
- Tak, czasem. Ty już tego nie pamiętasz, dziecko, ale dawniej samochody jeździły bez przerwy. Całymi dziesiątkami, aż ciężko było przejść na drugą stronę ulicy. Byłam wtedy tak młoda, jak ty.
Patrząc na pomarszczoną twarz staruszki, Anetelli ciężko było sobie wyobrazić ją w swoim wieku.
- Jestem pewna, że to były dobre czasy. – Powiedziała, niepewna, czy w ogóle powinna się odzywać, czy pozostawić kobietę jej własnym rozmyślaniom. W końcu, wspomnienia niemal zawsze były lepsze niż rzeczywistość. Aż za dobrze to rozumiała, gdy tylko zaczynała myśleć o swoim dzisiejszym śnie.
- Dobre, dziecko. – Szepnęła pani Gelbelton nieobecnym głosem i zapatrzyła się ponownie na odchodzącą farbę. – Bardzo dobre i szczęśliwe. Nawet sobie nie wyobrażasz, jak bardzo.
Dziewczyna chciała coś powiedzieć, lecz nie wiedziała co.
- Do widzenia. – Skłoniła się i odeszła. Staruszka nawet nie zareagowała. Myślami, była bardzo daleko. Na pewno w innym czasie, a może również w innym miejscu, słysząc głosy ludzi, którzy odeszli już dawno temu.
Drzwi wyjściowe skrzypiały, gdy metal tarł o siebie w przerdzewiałych zawiasach. Z roku na rok Anetelle trudniej przychodziło je otworzyć, znajdywała dwa wytłumaczenia. Albo wymagało to użycia większej siły, albo z ciągłego braku jedzenia, robi się powoli słabsza. Czy kiedyś też, będę, tak jak pani Gelbelton? Skulona, wątła i kulejąca? Pewnie nie dożyję tego wieku, co ona, ale jeśli jednak, to co wtedy? Kto się mną zaopiekuje? Czy będzie ktokolwiek? Czy może tylko pająk na ścianie?
Ulica była ponura, śmierdziało tu tysiącem różnych, nieprzyjemnych zapachów. Odór potu, dawno niemytych ciał ludzi, którzy, na co dzień musieli ciężko pracować, pomieszany z wonią smażonych placków ziemniaczanych, kiepskiego piwa, ważonego z różnych zagadkowych substancji, przez ludzi, co nigdy na oczy nie widzieli chmielu. Kiedyś, gdy była młodsza, za namową jakiegoś chłopaka, którego imienia już nie pamiętała, spróbowała tego paskudnego trunku. Wtedy czuła mniej strachu przed nieznajomymi i jakoś łatwiej przychodziło jej zaufać obcym. Dlatego, po paru chwilach rozmowy zdecydowała się przyjąć proponowany napój. Wciąż potrafiła sobie przypomnieć jego smak, przywodzący na myśl zapach palonej guma. Uderzał do głowy szybciej, niż normalny alkohol i prawdpodobnie to wzbudziło jej niepokój. Gdy tylko poczuła, że robi się pijana, wróciła natychmiast do domu, zostawiając zawiedzionego chłopaka. Nigdy więcej go nie spotkała, ale do tej pory dziwiła się, jak ludzie mogą pić takie świństwo. Sądząc po niemal zawsze wyczuwalnej woni „piwa”, robili to nader często.
Szła powoli, mijając innych przechodniów obojętnie. Byli ubrani podobnie, jak ona. W stare, ale ciepłe rzeczy, które dobrze chroniły przed wiatrem i chłodem. Gdy tylko poczuła zimniejszy powiew na szyi, owinęła się szalikiem i zapięła wszystkie guziki płaszcza.
Na dużym skrzyżowaniu, obok starego wieżowca, gdzie nikt już nie mieszkał, skręciła w lewo. Usłyszała za sobą warkot silnika i przekleństwa. Nie musiała się odwracać, by wiedzieć, że powinna zejść na bok. Samochód minął ją jadąc z niebezpiecznie dużą prędkością. Ludzie, którzy mieli mniejszą niż Anet zdolność przewidywania, uskakiwali mu paniczne z drogi. Część krzyczała groźby i obrażała kierowcę, jakaś kobieta z dzieckiem się rozpłakała, gdy musiała je szarpnąć mocno za rączkę, by ratować przed rozpędzonym pojazdem. Pojazd nawet odrobinę nie zwolnił, podskakując na licznych dziurach i nierównościach drogi. Pewnie należał do jednego z nielicznych bogaczy, jacy jeszcze mogli sobie pozwolić zakup paliwa, najbardziej deficytowego towaru, pożądanego przez wszystkich.
Po tym, jak zeszła na pobocze, znalazła się obok straganu, gdzie jakaś starsza kobieta sprzedawała jabłka. Kręciło się tu sporo ludzi, lecz żaden nie próbował kraść, choć z pewnością wielu miało na to ochotę. Byli to zazwyczaj ludzie zwyczajnie głodni i zdesperowani, zmuszeni przez ciężkie warunki, do łamania prawa. Jednak po obu stronach stoiska, stało dwóch wysokich mężczyzn, o potężnych barkach i ramionach szerokich jak nogi dziewczyny. Z grubymi, drewnianymi pałkami w dłoniach, obserwowali wszystkich dookoła, czujnie wypatrując potencjalnego złodzieja. Anet widziała już nie raz, jak łamali któremuś rękę jednym uderzeniem tych ogromnych kijów.
Ktoś próbował obok niej się przecisnąć przez tłum, więc musiała się cofnąć o krok, podchodząc jeszcze bliżej straganu. Zaczęła się bać, że zaraz zaintereweniuje jeden z potężnych ochroniarzy i będzie miała duże kłopoty. Uniosła lekko wzrok i wtedy napotkała na coś czego zupełnie nie oczekiwała.
Prosto w nią wpatrywały się oczy o bardzo dziwnym wyrazie. Nie znajdowała żadnych słów na ich określenie. Zupełnie nie pasowały do twarzy chłopaka, który stał naprzeciwko niej i się uśmiechał. Miał ponad dwadzieścia lat, to poznała od razu, ale jego oblicze bardziej pasowałoby do nastolatka niż dorosłego męczyzny. Nie miał charakterystycznego dla tego wieku szarego zarostu, ani poważniejszych rysów twarzy. To, jak się niespodziewanie przed nią pojawił, jak się tajemniczo uśmiechał, wywołało w niej uczucie niepewności. Odwróciła jak najszybciej wzrok, udając, że go nie widzi. Po chwili przeszedł dalej, pchnięty przez osoby, które stały za nim. Anet nie mogła opanować bicia serca, czuła, że krew odpłynęła jej z twarzy i zrobiła się momentalnie blada.
Jeszcze nigdy widok czyjegoś uśmiechu nie wywołał we mnie strachu. Kim on mógł być?
- Źle wyglądasz. – Usłyszała nagle głos jakiejś kobiety. Nie poznała go, a gdy odwróciła się w kierunku, z którego dobiegał, zobaczyła wpatrującą się w nią sprzedawczynię jabłek. – Jadłaś coś dzisiaj?
- Mówi pani do mnie? – Zdziwiła się. Do tamtej chwili zupełnie zapomniała o tajemniczym nieznajomym.
- A do kogo innego mogłabym mówić? – Uśmiechnęła się staruszka, co trochę kontrastowało z tonem jej głosu. – Pytałam, czy coś dzisiaj jadłaś. Jesteś bardzo blada.
- Tak, dziękuję. Trochę chleba. – Odparła dziewczyna, niepewna co innego mogłaby w tej sytuacji powiedzieć. Nieczęsto obcy pytali się ją o takie rzeczy. Ludzi niewiele interesowało to, czy ktoś inny był głodny, ponieważ przez większość czasu sami musieli się martwić o to, by mieli co zjeść na kolację.
- Sądząc po tym, jak wyglądasz, nie było go zbyt wiele. Prawda? – Kobieta spojrzała na nią, lekko przekrzywiając głowę. Po jej minie, Anet domyśliła się, że tak czy inaczej, zna już odpowiedź i wcale nie oczekuje potwierdzenia.
- Takie czasy. – Stwierdziła, udając obojętność. Te słowa nie wnosiły absolutnie nic do rozmowy i były wręcz absurdalnie oczywiste, tym niemniej często, gdy nie miało się innej odpowiedzi, można było ich użyć.
- Takie czasy. – Powtórzyła sprzedawczyni i dziewczyna miała nadzieję, że wreszcie skończą się te kłopotliwe pytania. Czuła się naprawdę źle dzieląc się z kimś szczegółami na temat nędzy w jakiej żyła. – Wybierz sobie jabłko na poprawienie humoru. – Kobieta nagle wskazała skrzynkę z najbardziej dorodnymi owocami.
- Ale… - Anet zawahała się. – Ja nie mam pieniędzy - Kolejna rzecz, do której głupio się jej było przyznać, zwłaszcza, gdy ktoś chciał coś jej sprzedać.
- Nie szkodzi. Spodziewałam się tego. W końcu, gdybyś je miała, to nie chodziłabyś głodna. Prawda? – Tym razem głos staruszki pasował doskonale do ciepłego uśmiechu, którym obdarzyła dziewczynę. Na jego widok, Anetelle poczuła się dziwnie. Jeszcze nigdy nikt nie dał jej nic za darmo. Parę razy ktoś oferował zapłacenie za posiłek, albo trochę drewna na opał w zimę, tylko, że zawsze coś się za takimi propozycjami kryło. Najczęściej ceną, miałoby być jej ciało na parę godzin. Anet nie miała najmniejszego zamiaru się zgodzić na taką „umowę” i wiedziała, że prędzej umarłaby z głodu, niż sprzedałaby swoje dziewictwo. Ale czego mogłaby od niej chcieć ta starsza kobieta? Brak oczywistej odpowiedzi, wywołał w niej jeszcze większy niepokój.
- Jest pani bardzo miła, naprawdę. – Powiedziała cicho, nieśmiało. – Mimo to dziękuję. Poradzę sobie.
- Nie wyglądasz na kogoś, kto byłby w stanie sobie dobrze poradzić w tym mieście. Jesteś na to troszkę za chuda. Proponuję jeszcze raz. Weź jabłko i nigdy więcej o tym nie wspominajmy. Dobrze?
Anet przypomniała sobie kota, który obudził ją dzisiaj rano. Pogłaskałam go. Nie odsunął się, a wiedziałam, że jak pozwoli mi się dotknąć, to stanie się coś dobrego. Wierzyłam w to. A jeśli rzeczywiście po tym wszystko się zmieni? W końcu nie uciekł. Może to jest ta zmiana? Spojrzała nieśmiało na owoce, które, zdawałoby się, uśmiechają się do niej ze skrzynek. Nie jadła jabłek od bardzo dawna, prawie nie pamiętała, jaki mają smak. Wiedziała, że są słodkie i soczyste, lecz te określenia mówiły je bardzo niewiele. Tak samo jak słowo „morze”. Niby wiedziała, jak ono wygląda, bo oglądała kiedyś stare zdjęcia, przedstawiające dwójkę ludzi, którzy stali nad brzegiem niekończącej się, błękitnej przestrzeni i przytulali się. Gdyby przypadkiem się tam znalazła, mogłaby powiedzieć z całą pewnością „To jest morze”, jednak nigdy nie widziała go osobiście i tak naprawdę nie miała pojęcia, jak ono wygląda. Podobnie ze słowami „słodkie” i „soczyste”. Znała ich znaczenie, ale nie go tak naprawdę nie rozumiała.
Poczuła momentalny skurcz żołądka. Była bardzo głodna, lecz dotarło to do niej dopiero teraz, na widok jedzenia, gdy pomyślała o jego smaku i w ustach zrobiło się jej wilgotno. Pokusa schrupania całego, świerzego jabłka za darmo, była ogromna.
- Dobrze. – Kiwnęła nieśmiało głową i wyciągnęła rękę po jeden z owoców. W myślach już wybrała, który weźmie.
Nagle potężny mężczyzna, stojący bliżej skrzynki, odtrącił jej dłoń silnym uderzeniem. Zabolało i Anet odruchowo cofnęła rękę, przyciskając ją ochronnie do ciała.
- Co robisz, kretynie? – Warknęła kobieta, zwracając się do ochroniarza.
- Nie zapłaciła. Nie może wziąć owoców. – Odparł tamten mechanicznie. Zupełnie, jakby wypowiedziana przez niego zasada wyszła z jego ust całkowicie omijając umysł i świadomość.
- Ja tu decyduję, kto dostanie jedzenie, a kto nie. Rozumiesz? – Oczy starej sprzedawczyni zrobiły się niebezpiecznie wąskie. Mimo iż była dwa razy mniejsza od niego i w fizycznym starciu, nie miałaby żadnych szans, wyglądało na to, że mężczyzna boi się jej, a nie na odwrót.
- Tak. – Powiedział niechętnie. – Rozumiem.
- Dziecko, nie przejmuj się nim. Jest tak głupi, jak wielki. Możesz spokojnie zabrać swoje jabłko. – Zachęciła Anet ruchem ręki i uśmiechem.
Dziewczyna spojrzała niepewnie na ochroniarza, lecz ten stał nieruchomo i wpatrywał się w przestrzeń przed sobą, jak w daleki horyzont. Nawet nie drgnął, zobaczyła tylko, że zagryza ze złości wargi. Z pewnością chciał coś powiedzieć, ale z nieznanego jej powodu bał się starej kobiety na tyle, żeby trzymać język za zębami. Wreszcie, po chwili wahania, sięgnęła po owoc, złapałą go i cofnęła rękę, w obawie, że zostanie znowu uderzona.
- Smacznego. – Powiedziała sprzedawczyni, po czym zwróciła się w kierunku człowieka, który podszedł do stoiska chwilę wcześniej. – W czym mogę pomóc? – Zapytała.
Anetella pospiesznie odsunęła się od straganu, bojąc się, że kobieta zmieni zdanie i każe jej oddać owoc, wróciła na środek ulicy, z zamiarem wznowienia swojej wędrówki. Nie miała określonego planu, gdzie powinna iść. Musiała znaleźć jakąś dorywczą pracę na jeden dzień, żeby zarobić na coś do jedzenia. Jabłko to stanowczo za mało, żeby przeżyć, więc nie miała innego wyboru jak szukać możliwości zarobku. Często udawało się jej załapać do przenoszenia towarów w magazynach, za co dostawała parę drobnych czy bochen chleba, albo przy sprzątaniu. Drugie zajęcie, nie było niestety aż tak dobrze płatne, ponieważ zazwyczaj kończyło się na jednym posiłku. Czasem zdarzał się wprawdzie ciepły, ale zazwyczaj składał się on z zimnej zupy, albo bułki ze szklanką mleka. Jedynym plusem sprzątania było to, że mniej się przy nim męczyła i nie odczuwała następnego dnia uporczywego bólu pleców, jak po całodziennym noszeniu ciężkich skrzyń i worków. Dzisiaj czuła się na tyle wypoczęta, że mogła robić w magazynie, więc zaczęła się zastanawiać, gdzie powinna iść by mieć największe szanse na znalezienie pracy.
Jabłko schowała do wewnętrznej kieszeni płaszcza, zostawiając je na później. Teraz nie była bardzo głodna. Wprawdzie miała ochotę ugryźć chociaż kęs soczystego owocu, ale wiedziała, że na tym by się nie skończyło. Lepiej było oprzeć się pokusie, bo w połowie ciężkiego dnia, zwłaszcza, jeśli poszłaby nosić rzeczy w jakimś magazynie, będzie potrzebowała energii by wytrzymać do końca.
Szła powoli przez tłum, który, rozproszony przejazdem samochodu, zaczął powoli na nowo wylewać się na środek ulicy, gdy nagle zobaczyła coś, co od razu przykuło jej wzrok. Na starym kuble na śmieci siedział kot. Lizał sobie futerko, ale oczy miał cały czas skierowane na dziewczynę, bacznie obserwując każdy jej ruch. Poznała go od razu i uśmiechnęła się. Był to ten sam futrzak, który obudził ją dzisiaj rano, a później uciekł przez okno. Ten, od którego wszystko miało się zmienić. Przekonana, że teraz również nie ucieknie, gdy się zbliży, zaczęłą iść w jego stronę.
Czekał nieruchomo, aż Anet podejdzie i wstał dopiero wtedy, gdy stanęłą tuż obok. Wyciągnął ku niej grzbiet, jakby chciał jej dać do zrozumienia, że chce być głaskany. Stanowczo tu i teraz, niezależnie od tego, co sobie zaplanowała na najbliższe parę minut. Otarł się o nią łebkiem, zrobił parę drobnych kroczków do przodu, zawrócił, zawijając ogon dookoła dłoni dziewczyny. Nawet w szumie miasta, pomieszanymi ze sobą odgłosami kroków, rozmów, oddechów i dziesiątkami innych dźwięków, słyszała wyraźnie jak mruczy z zadowolenia.
Dostałam jabłko. Miało się coś zmienić i rzeczywiście, jakby wszystko wyglądało odrobinę inaczej. Teraz znowu ty się pojawiasz i dajesz się głaskać. Czy to oznacza, że znowu coś się zmieni?
Kot naturalnie, nic jej nie odpowiedział. Może, gdyby wymówiła te słowa na głos, zrozumiałby je w jakiś sposób i przekazał odpowiedź. Nie znała się na kotach zbyt dobrze, tylko kilka razy miała okazję je widzieć z tak bliska, a jeszcze rzadziej mogła któregoś pogłaskać, więc nie miała pojęcia, czy są one na tyle inteligentne by zrozumieć wypowiadane słowa. Przez chwilę walczyła z ochotą, by mimo wszystko nie spróbować, ale uznała, że to głupie. Poza tym, wstydziła się swoich marzeń o innym, lepszym życiu. Wolała je zachować tylko dla siebie.
Kot spojrzał na nią, w jego zielonych oczkach błysnęło przerażenie. Anet poczuła, że mięśnie mu się gwałtownie spięły, jakby szykował się do ucieczki. Wywinął się spod jej dłoni i jednym skokiem znalazł na pobliskim murku. Odwrócił się, patrząc na środek ulicy, mniej więcej tam, gdzie stał stragan z jabłkami, teraz prawie niewidoczny, przez ustawionych w kolejce ludzi. Dziewczyna podążyła za nim wzrokiem. Nie dostrzegła tam niczego dziwnego, ani niepokojącego. Już miała spytać, „co się dzieje”, gdy otrzymała odpowiedź.
Dokładnie w miejscu, gdzie stało najwięcej osób, błysnęło oślepiająco, a chwilę później rozległ się huk. Potężna eksplozja cisnęła kilkudziesięcioma osobami o ziemię, a ci, którzy stali zbyt blisko, zniknęli w kłębach dymu i pyłu. Anet poczuła powiew gorącego powietrza i uderzenie w plecy. Siła podmuchu cisnęła nią o ścianę. Upadła na ziemię, rękam osłaniając podrażnione uszy.
Sekundę później, niecałe sto metrów dalej, nastąpił kolejny wybuch. Szyby ze stojącego obok wieżowca wystrzeliły z okien i spadły na ulicę deszczem ostrych odłamków. Kolejny wybuch i następny. Cała seria eksplozji na jednej z najbardziej zatłoczonych ulic miasta.
Gdy Anet podniosła obolałą od huku głowę, ujrzała najpierw kłęby dymu i kurzu, a później wyłaniające się z niego zarysy ludzi. Wszystko widziała niewyraźnie, jak przez mgłę. Jeden człowiek o brudnej, szarej twarzy krzyczał, inny płakał, kolejny wołał o pomoc. Dziewczyna zobaczyła, że ktoś obok niej leży. Jakiś starszy mężczyzna w zniszczonym swetrze i wyblakłych spodniach. Siła fali uderzeniowej wbiła go dosłownie w pojemnik, na którym niecałą minutę wcześniej, stał głaskany przez nią kot.
- Proszę pana… - Jęknęła, zbliżając się do niego. Dopiero teraz poczuła, jak bardzo bolą ją plecy i nogi. Z trudem w ogóle się poruszała. Człowiek nie odpowiedział, więc złapała go za brodę i lekko uniosła mu głowę. Mięśnie miał bezwładne. Zobaczyła krew na czole i już wiedziała, że nie żyje.
Do tej pory jeszcze nigdy nie widziała kogoś martwego z tak bliska. Zasłoniła sobie usta dłońmi, by nie krzyknąć. Nagle częściowe otępienie wywołane szokiem minęło. Rozejrzała się ponownie i po raz pierwszy dostrzegła innych zabitych ludzi. Leżeli wszędzie dookoła, poparzeni, z krwią na twarzach i ubraniach. Były ich dziesiątki. Niektórzy, zwłaszcza ci, którzy stali bliżej miejsc eksplozji, mieli poodrywane kończyny i Anetella aż zbyt wyraźnie widziała pokrwawione kikuty oraz strzępy mięsa i ubrań rozrzucone dookoła. Tylko nieliczni jeszcze się ruszali, a zaledwie kilka osób, w tym ona, nie odniosły poważniejszych obrażeń. W ciągu kilku sekund ulica zamieniła się w rumowisko. Wszędzie leżały fragmenty betonu i cegieł, szkło z rozbitych okien.
Spojrzała na miejsce, gdzie stało stoisko z owocami. Pozostały z niego tylko drzazgi i toczące się jabłka. Sprzedawczyni ani jej ochroniarzy nigdzie nie mogła wypatrzyć. Kobieta stała zaledwie metr od miejsca, gdzie nastąpił wybuch, więc szanse, by zdołała przeżyć, były naprawdę minimalne. Anet poczuła, że do oczu napływają jej łzy. Czy tak powinna zostać nagrodzona dobroć, którą mi okazała? Co ona złego zrobiła? Miało się coś zmienić, ale nie tak!
Wbrew wszystkiemu, czego dziewczyna mogła się spodziewać, kilka osób, zamiast pomagać tym rannym, którym dało się pomóc, zaczęło zbierać owoce i chować je pod kurtki. Anet miała ochotę się na nich rzucić i rozszarpać na strzępy. Traktowali to, co się stało, jako możliwość zdobycia czegoś do jedzenia, całkowicie zapominając, że obok leżą poranieni, cierpiący ludzie. Zacisnęła tylko zęby. Kiedyś na was też przyjdzie czas. Też będziecie potrzebować pomocy i nikt się wami nie zainteresuje. Zdała sobie sprawę, że zaciska pięści. Nie rozumiała skąd nagle wzięło się w niej tyle gniewu, ale nie widzała w tym niczego złego. Wściekłość dała jej siłę, by działać.
Samemu nie mogąc się podnieść, podsunęła się na czworakach do najbliższej osoby. Była to kobieta w średnim wieku. Jej twarz była blada niczym pył, usta drżały. Oczy przeskakiwały z jednego punku na drugi, rozpaczliwie szukając pomocy. Dłonie miała zaciśnięte na brzuchu, a pomiędzy palcami Anetella widziała sterczący z ciała, długi pręt. Wszystko było we krwi, a przy każdym płytkim oddechu pojawiało się jej jeszcze więcej.
- Nie chce umrzeć. – Wyjęczała kobieta zagryzając zęby. – Nie chce umrzeć.
Jęknęła z bólu, który wykręcał jej ciałem, jakby szarpał nim od środka. Anet przycisnęła jej dłonie mocniej do rany. Kiedyś słyszała, że właśnie w ten sposób można zatrzymać krwawnienie. Nigdy tego do końca nie rozumiała czemu tak jest. Podejrzewała tylko, że we krwi jest coś, co zatrzymuje jej upływ, ale nigdy nie spotkała nikogo, kto by to mógł dokładnie wyjaśnić. W kazdym razie była to jedyna rzecz, jaka przychodziła jej do głowy.
Dokładnie w chwili, gdy nacisnęła na ranę, kobieta zawyła z bólu i odepchnęła ręce dziewczyny.
Anet rozejrzała się przerażona, całkowicie niepewna, co powinna teraz uczynić. Ranna wypluła krew na brodę. Zęby miała całe czerwone, musiała sobie przegryźć język. Jęczała bez przerwy, płacząc, a łzy mieszały się na jej blednących policzkach ze szkarłatem.
Dziewczyna chciała coś zrobić, cokolwiek, by pomóc kobiecie, ale zanim zdążyła podjąć decyję, co, nagle rozległa się kolejna eksplozja. Znacznie dalej, ale silniejsza, aż zadrżała od niej ziemia. Chwilę później usłyszała serię wystrzałów. Blisko, może na drugim końcu ulicy, ktoś strzelał z karabinu maszynowego. Anet z przerażeniem spojrzała w tamtym kierunku. Nie widziała niczego przez zaslonę pyłu i dymu, który nie zdązył opaść po pierwszych wybuchach. Jeszcze miała nadzieję, że to tylko jedna, albo dwie osoby, które walczą ze sobą dla tylko im znanego powodu, ale gdy usłyszała kolejne serie, była już pewna.
Zaczęły się kolejne walki.
- Musimy stąd uciekać! – Krzyknęła do rannej kobiety. Nie odpowiedziała, a jej twarz pozostała nieruchoma. – Proszę pani...?
Klepnęła kobietę delikatnie w policzek, potrząsneła za ramię, ale nie było żadnej reakcji. Krew już nie wypływała spomiędzy zaciśniętych na ranie palców. Nadal patrzyła na szare, pochmurne niebo, ale w tych oczach nie pozostała już ani iskra życia. Były puste i wygasłe, niczym popsute żarówki, które Anet widywała tak często w starych, brudnych budynkach. Zamknęła je delikatnie, czując, że w ten sposób robi jedyną rzecz, jaką mogła uczynić. Później, gdy już na nowo zrobi się spokojnie, przyjdzie ktoś, zabierze ciało nieszczęsnej i pochowa za miastem. Zawsze przychodzili. Ale zanim to nastąpi, musiały się skończyć zamieszki, więc minie przynajmniej kilkanaście godzin. Leżeć przez cały ten czas z szeroko otwartymi, martwymi oczami, byłoby upokarzające. Kobieta nie żyła, więc teoretycznie nie robiło jej to żadnej różnicy, ale Anet czuła, że właśnie tak powinna postąpić.
Obiecała sobie, że gdy już będzie bezpieczna, zmówi krótką modlitwę za ludzi, którzy zgineli tego dnia. Tak należało. Pamiętać o zmarłych, po tym, jak odejdą. Ponieważ dopóki istnieli we wspomnieniach żyjących, w pewien sposób pozostawali pomiędzy nimi. Nie znikali tak zupełnie. Zapomnieni odchodzili na zawsze i pozostawała po nich pustka. Cokolwiek zrobili na świecie przestawało mieć znaczenie, tak samo, jakby ich w ogóle nie było. Jakby nigdy nie przyszli na świat, nie kochali i nie płakali. Czy mógł być gorszy los niż znikanie? Życie ludzkie jest wtedy niewiele ważniejsze niż podmuch wiatru, który lekko poruszy liśćmi na drzewie. Widać go wtedy, gdy trwa, zaś gdy przeminie, to jakie ma znaczenie to, że kiedykolwiek było, skoro nikt o tym nie pamięta?
- Odpoczywaj w pokoju. – Szepnęła Anet do martwej kobiety i wstała. Rozejrzała się dookoła.
Otaczały ją ranni ludzie, oraz znacznie więcej nieżywych, zabitych przez eksplozję, której ona jakimś cudem uniknęła. Otaczał ją dym, pył, kurz i jęki rannych. Gdzieś z daleka dobiegały odgłosy serii wystrzałów z broni maszynowej i pojedyncze, z pistoletów. Czuła się dziwnie. Miała wrażenie, że ludzie, którzy pociągali za spusty, są wszędzie, otaczali ją ze ze wszystkich stron, jakby walka toczyła się na całym świecie, a ona znalazła się nagle dokładnie w jego środku. Jeszcze nigdy nie była tak blisko tej niekończoncej się wojny, jaką toczyła ze sobą ludzkość, odkąd tylko zaczął się Zmierzch Cywilizacji.
Prosiłam by coś się zmieniło. Ale... przecież nie chciałam tego. Co robić? Co robić? Gdzie mam iść?
Nagle dwie osoby, młodzi chłopcy, zaledwie dziesięcio, może dwunastoletni, w pobrudzonych białym pyłem płaszczch, wybiegli na ulicę. W drobnych rączkach ściskali sześciostrzałowe pistolety, a na ramionach mieli czarne przepaski, z czerwonymą linią pośrodku. Symbol tych, których Anet nigdy nie chciała spotkać.
Gdy ją zobaczyli, unieśli bez ostrzeżenia broń. Patrzyła na nich niczym sparaliżowana, niezdolna do działania. Przez jej głowę biegły w przerażającym tempie myśli, które mimo wszystko miały całkiem zrozumiałą treść.
Przecież to jeszcze dzieci... małe dzieci. Powinny się bawić, śmiać i dostawać od mamy chleb z masłem na śniadanie. Co one tutaj robią? Gdzie są ich rodzice i kto im dał broń?I po co?
Dłonie mieli stabilne, pewne. Widać, że przywykły do dźwigania ciężaru pistoletów i do ich używania. W oczach płonęła im niczym nieuzasadniona nienawiść. Anet słyszała o nich, chociaż do tej pory nigdy się z nimi osobiście nie zetknęła. Były to Dzieci Czerwieni, sieroty wychowane przez organizacje terrorystyczne i od najmłodszych lat szkolone w zabijaniu. Te tutaj najwyraźniej odbyły już swój chrzest bojowy i teraz trafiły na kolejne łatwe ofiary. Bezbronna kobieta i kilkanaście rannych osób, które przyszły tu by zdobyć coś do jedzenia i jakimś cudem przeżyły eksplozję.
Patrzyła w czarne tunele luf ich pistoletów, czekając, aż ujrzy rozbłysk i ku jej ciału pomkną śmiercionośne pociski. Jakaś część umysłu dziewczyny nie mogła uwierzyć w to co się działo. Inna była aż zbyt mocno świadoma nadchodzącego końca. Wręcz wrzeszczała, by Anet się ruszyła, choćby upadła na ziemi jeśli nie mogła uciekać. Zrobiła cokolwiek, byle nie stać w miejscu i nie czekać na wystrzał. Niestety strach, który nagle zawładnął sercem dziewczyny trzymał ją zbyt mocno. Nie mogła samemu nic zrobić. Potrzebowała sygnału, Impulsu zdolnego ją uratować.
W ostatniej chwili, gdy śmierć już wyciągała po nią swe zimne palce, dostała go.
- Padnij! – Usłyszała za sobą krzyk i momentalnie rzuciła się w dół. Chłopcy wystrzelili dokładnie w tym samym momencie. Pociski przecięły powietrze nad jej głową, a sekundę później z drugiej strony odpowiedział ryk broni maszynowej. Spojrzała w górę, na biegnące dzieci, tylko po to by ujrzeć jak jeden upada w tył z kilkoma dziurami w klatce piersiowej, a twarz drugiego dosłownie rozpada się na kawałki, gdy kula rozrywa mu szczękę. Umarli oboje, zanim zdążyli zrozumieć, co się dzieje.
Leżała trzęsąc się. Sama nie wiedziała czemu, ale nie mogła opanować drżenia wszystkich mięśni. Właściwie jej ciało przestało należeć do niej, a stało się własnością kogoś zupełnie innego. Myśli z kolei miała czyste, spokojne, wręcz przerażająco obojętne na to, co się działo. Czuła się tak, jakby obserwowała kogoś innego i niewiele obchodził ją jego los. Dopiero mocne szarpnięcie postawiło ją na nogi i przywróciło do rzeczywistości.
- Nic ci nie jest? – Spytał ją ktoś. Nie widziała kto i nie sądziła, że ma to znaczenie.
- Nie... – Odparła cicho.
- Jesteś w szoku, widzę to w twoich oczach. Rusz się. – Pociągnął ją za rękę, aż stęknęła z bólu. To ja otrzeźwiło. Spojrzała na jego twarz, ale byłą zasłonięta szalikiem i kapturem. Widziałą tylko oczy. Drapieżne, świadczące o sile osoby, która obserwowała nimi świat. – Powinnaś odpocząć, ale nie mamy na to czasu. Rusz się.
- Dokąd idziemy? – Spytała zdezorientowana.
- Nie wiem. Nie możemy tu zostać. – Rzucił krótko już ciągnąc ją za sobą, w kierunku najbliższego wieżowca. Nawet nie oglądał się na innych rannych, i tak nie mógłby im pomóc. Jedną ręką trzymał ją za ramię, drugą celował przed siebie krótkim karabinkiem. Poruszał się dziwnie, lekko pochylony do przodu, cały czas skupiony na tym, co się dzieje dookoła. Przypominał dzikie zwierzę wyruszające na łowy.
- Co się dzieje? Czemu nagle wszyscy ze sobą walczą?
- Nie wiesz? – Zdziwił się i tylko na chwilę przystnął by na nią spojrzeć. - Właśnie wybuchła wojna.


Pabianice 30 sierpnia 2009 Godz 00:32
Autor artykułu
lordziknedzik's Avatar
Zarejestrowany: Aug 2009
Posty: 3
Reputacja: 0
lordziknedzik nie jest za bardzo znany

Oceny użytkowników
 
Brak ocen. Dodaj komentarz aby ocenić.
 

Narzędzia artykułu

komentarz



Zasady Pisania Postów
You may Nie post new articles
You may Nie post comments
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 18:16.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site
artykuły rpg

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166