Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > Zakątek LI-teracki > Artykuły, opowiadania, felietony > Opowiadania
Zarejestruj się Użytkownicy


komentarz
 
Narzędzia artykułu Wygląd
<!-- google_ad_section_start -->Cienie przeszłości część pierwsza - "wyzwanie"<!-- google_ad_section_end -->
Cienie przeszłości część pierwsza - "wyzwanie"
Autor artykułu: lordziknedzik
08-09-2009
Cienie przeszłości część pierwsza - "wyzwanie"

Zapraszam do lektury nowego tekstu. czekam na komentarze i opinie ;p

więcej moich tekstów na lordziknedzik.ownlog.com



Cienie przeszłości część pierwsza
Wyzwanie

W wiadomościach znowu mówili o zamieszkach w dzielnicach ludzi i elfów. Kilkunastu zabitych, prawie setka rannych. Jak na ogromne, kilkumilionowe Osrigat nie było to dużo, ale jeśli by spojrzeć dookoła, na twarze swoich sąsiadów czy członków rodziny i wyobrazić sobie, że wszyscy nagle znikają, wtedy można lepiej zrozumieć co kryje się za zwrotem „kilkunastu zabitych”. Jeśli jednego dnia z nimi rozmawiamy i pijemy kawę przy śniadaniu, a drugiego idziemy na policję zindentyfikować zwłoki, to nagle zdajemy sobie sprawę, jak ogromną tragedią jest śmierć nawet tych „kilkunastu”. W skali miasta, to niewiele, dla kraju ledwie zauważalna zmiana w statystykach zgonów. W skali osobistej, koniec znanego dotychczas świata.
Nigdy nie zrozumiem czemu oni się tam tak tłuką. Nienawidzili się, to prawda, zawsze sobie wzajemnie wchodzili w drogę, krzywdzili na każdy możliwy sposób. Byli w pewien sposób połączeni tą wzajemną nienawiścią, która, chociaż nigdy się do tego nie przyznają otwarcie, sprawiała, że stawali się tacy sami. Bezwględni i okrutni Skąd to wszystko się wzięło? Gdzie narodziła się ta niechęć rozwijana, wzmacniana latami, zakorzeniana przez następujące po sobie pokolenia coraz głębiej i głębiej w mentalności i kulturze każdej z ras, tego nie wiem. Co do jednego jestem zaś przekonany. Zaczęło się pewnie od czegoś małego, kłótni, niewielkiej kradzieży, bijatyki po piwie, cholera wie. A skończyło się, przynajmniej jak dotąd, na tysiącach zabitych każdego roku po obu stronach.
Ludzie, elfy, nawet my, krasnoludy, wszyscy powinni mieć swój świat. Albo chociaż kontynent, czy ściśle odizolowane państwo. Tak czy inaczej wybuchałyby wojny, zabijalibyśmy się wzajemnie, ale mieszkając daleko od siebie, nie krzywdziilibyśmy się tak często. A to już coś, prawda? Ktokolwiek umieścił nas w tym świecie razem, czy to było stado elfickich bogów od wszystkiego, ludzcy Bracia, czy może nasi, starzy, Uśpieni Bogowie, popełnili ogromny błąd. Albo zrobili to specjalnie, by nie nudzić się za bardzo i zawsze móc zobaczyć coś ciekawego.
Ponieważ, musicie przyznać, zabijanie dla każdego ma w sobie to coś, co przyciąga, coś, co fascynuje. Z jednej strony świadomie nigdy się do tego nie przyznamy, nasze umysły będą się bronić przed najmniejszym choćby podejrzeniem, że lubimy patrzeć na śmierć innych. Lecz z drugiej, czy widział z was ktoś kiedyś wypadek, w którym zginęła jakaś osoba i nie zatrzymał się? Albo nie chciał zobaczyć ofiar, gdy pokazywali je w telewizji, nadając reportaż z jakiegoś starcia? Bądźmy szczerzy, śmierć ma w sobie coś, co zawsze przyciągało, działało niczym magnes, momentalnie gromaczący dookoła siebie tłumek gapiów. Może tego samego doświadczają bogowie i dlatego wrzucili nas razem do jednego worka, niczym kilka małych, rozwścieczonych kotków?
Każdy z nas, ludzie, elfy i krasnoludy, zasługują sobie na szczęście, na własne miejsce w świecie, na to, by mogli żyć, płodzić dzieci i wychowywać je w spokoju. Zasługujemy na to, ponieważ tak naprawdę nikt nie jest do głębi zły. Nie ma chyba istoty, a przynajmniej żywię głęboką nadzieję, że się w tej kwestii nie mylę, która byłaby zła tak sama z siebie. Tylko nasza wzajemna obecność, fakt życia w jednym miejscu, konieczność obserwowania się, zazdrość zawiść, albo tysiąc innych powodów, to wszystko, czyni nas złymi. Jesteśmy źli dla siebie nazwajem, bo żyjemy obok siebie. Nie ma innego powodu. Właśnie dlatego każdy powinien mieć swój świat, swoje miejsce, gdzie nikt się nie będzie łądował z butami. Może wtedy byłoby nam lepiej?
Kolejne wiadomości. Napad na supermarket w jednej z dzielnic elfickich. Przyznała się do tego jakaś ludzka grupa terrorystyczna, „bojowników o czystość ulic”. Banda dzieciaków o łbach napchanych bzdurnymi uprzedzeniami i teoriami jakiegoś szaleńca, który twierdzi, że ludzie są lepsi od pozostałych ras. Bohaterowie walczący za swoje popieprzone poglądy z lufą pistoletu wymierzoną w ciała niewinnych. Psia ich mać.
Zresztą inni nie są lepsi. W historii myślicieli każdej z ras istniał przynajmniej jeden taki gnojek na stulecie, który swoim gadaniem, mądrymi pismami filozoficznymi i pseudonaukowymi badaniami udowadniał stwierdzenie, że jego rasa stoi znacznie wyżej od pozostałych. Mimo iż każdy z takich idiotów chciał być oryginalny, lepszy, mądrzejszy od swoich poprzedników, to ich gadanie sprowadzało się zawsze do tego samego.W dużym skrócie „Jesteśmy lepsi od innych, kimkolwiek jesteśmy, bo tak. Bo mamy dłuższe uszy, większe bicepsy, albo grubrze penisy. Jesteśmy lepsi, bo jesteśmy lepsi”. Chociaż dla każdego, kto miał w zwyczaju odrobinę chociaż używać tego pudełka, które zazwyczaj się nosi na szyi, zwanego potocznie łbem, te teorie brzmiały idiotycznie, zawsze znajdywali się kretyni chętni w nie uwierzyć. Właśnie przez nich świat wygląda tak, jak wygląda.
Jeden wielki, nieumyty kibel.
Obejrzałem tą część wiadomości do końca. Dalej była audycja z obchodów rocznicy wybuchu jakiejś wojny, czy bitwy, nie jestem pewien. Coś związanego z dawnym konfliktem między elfami a krasnoludami. Uściski dłoni, uśmiechu, parada wojska, kwiaty i inne tego typu rzeczy. Nie znam się za bardzo na historii, zwyczajnie nigdy mnie specjalnie nie interesowała. Stare, nikomu niepotrzebne bzdury, zmienione przez historyków tak, by pasowały bardziej do wizerunku rasy. Współczesne wersje tamtych wydarzeń dla nas i dla elfów różnią się między sobą tak diametralnie, że tylko po datach można by rozpoznać, iż działo się to w tych samych dniach. Prawdy w nich niewiele, a luki powstałe po jej wycięciu zapełniono wygodnymi kłamstwami i jeszcze wygodniejszymi oskarżeniami.
Wyłączyłem telewizor i rzuciłem pilot na wersalkę. Odbił się od miękkiego materaca i upadł z trzaskiem na twarde deski podłogi. Oczywiście, czego można się było spodziewać, wyleciały z niego baterie i potoczyły się, niezwykłą wręcz złośliwością rzeczy martwych, zatrzymując się w miejscach, które reklamy odkurzaczy, mopów i środków czystości nazywają „trudno dostępnymi”. Zakląłem cicho i machnąłem na to ręką. Dzisiaj już nie planowałem włączać tej skrzynki dla znudzonych debili, więc wyciągne je dopiero jutro, albo kupię nowe, a te niech sobie leżą i się wyładowują do woli.
Dokładnie w chwili, gdy przechodziłem z pokoju gościnnego na korytarz, zadzwonił telefon. Leżąca na szklanym, eleganckim stoliku komórka rozdarła się dziko. Jak na porządnego krasnoluda przystało, zamiast standardowego dzwonka ustawiłem sobie refren jednego z ostrzejrzych kawałków kapeli „Zbite Jaja”. Opentańczy ryk rozbrzmiał w ciszy, która zaległa w domu po wyłączeniu telepudła i, chociaż lubiłem tą piosenkę, to zakląłem plugawie. Pasowało to jak pies do elfa.
Rzuciłem okiem na mały wyświetlacz zajmujący połowę klapki. Nieznany mumer. Co za cholera? Kto mógłby do mnie dzwonić, a najwazniejsze, skąd wziął mój numer telefonu? Odebrałem.
- Frebal Grinnes, słucham? – powiedziałem oficjalnym tonem.
- Pan Frebal Grinnes? – spytał mój rozmówca, jakby mnie nie usłyszał.
- Tak. – potwierdziłem. – W czym mogę pomóc i, przede wszystkim, z kim rozmawiam?
- Nazywam się Roldrisal Assaris. – Brzmiała odpowiedź, a ja od razu zmieliłem między zębami nadchodzące do ust brzydkie słowo. Elf, bez najmniejszej wątpliwości elf. Tylko oni mają takie powalone imiona, przy wymawianiu których trzeba się nagimnastykować jak w podstawówce na WFie. – Jestem elfem. – Jakby czytał w moich myślach, bydle.
- W czym mogę panu pomóc, panie Assaris. – Od razu przeszedłem do rzeczy. – Jestem bardzo zajętym krasnoludem, więc jeśli ma pan coś ważnego, to słucham. Jeśli nie, proszę mi dać spokój.
Nie żebym zawsze był taki niemiły, ale zwyczajnie drażnią mnie kolesie z długimi uszkami, którzy diabli wiedzą skąd wzieli mój numer i wydzwaniają kiedy im się podoba. Po prostu tego nie lubie, bo rozumiem, epoka cyfrowa w pełni rozkwitu, kamery na ulicach, monitorowanie przeglądarek sieciowych, czytanie korespondencji by sprawdzić czy w kopercie nie ma bomby, komputery pod każdym dachem, komórki z kamerą i aparatem fotograficznym, nawet zegarki z wbudowaną lodówką, ale bez przesady! Trochę prywatności, chociaż prywatny numer telefonu, się każdemu należy.
- Obawiam się, panie Frebal, że będzie musiał pan zmienić plany na dzień dzisiejszy, jakiekolwiek by one nie były. – Burnkął elf, wyraźnie niezadowolony z takiego przyjęcia.
- A czemu, jesli mogę wiedzieć? – Zmrużyłem nieprzyjemnie oczy, ale starałem się zachować spokój.
- Przez historię. – odparł tajemniczo i zaraz dodał - Proszę włączyć telewizor na Solarii. – polecił. – Zadzwonię do pana za dwie minuty. – Bez dalszego słowa, rozłączył się.
Miałem ochotę rzucić telefonem, najchętniej tak mocno, żeby trafił przypadkiem w głupi pysk Assarisa, kimkolwiek by on nie był i gdziekolwiek by się nie znajdował. Jednak, muszę przyznać, że zainteresowało mnie to trochę, dlatego, wbrew wcześniejszym postanowieniom, wygrzebałem spod wersalki baterie, wcisnąłem je do pilota i włączyłem skrzynkę. Stacja Solaria była jednym z poważniejszych elfickich programów, nadająca właściwie bez przerwy informacje o najnowszych wydarzeniach i czasami nawet ją oglądałem, żeby się dowiedzieć, co ciekawego się w świecie dzieje. Od razu, gdy tylko na płaskim, dwudziestosiedmiocalowym wyświetlaczu pojawił się obraz, zobaczyłem, że program był nietypowy. Zamiast schludnie ubranego prezentera, studia w tle i innych typowych dla wiadomości bajerów, na ekranie było widać tylko rysowanego elfa z radosnym uśmiechem na twarzy ubranego w zielony podkoszulek i krótkie spodnie.
Przez parę sekund panowała cisza, tak nienaturalna dla telewizji. Wpatrywałem się w napięciu w ekran. Coś mówiło mi, że to bardzo ważne i, że telefon od Roldrisala wcale nie był przypadkowy. Gdy zegar wybił punktualnie wpół do dziewiątej rano dało się słyszeć głuche basowe uderzenie, charakterystyczny dźwięk włączanego mikrofonu. Chwilę później rozbrzmiał dźwięk Pieśni Radości, czyli oficjanlego hymnu elfów. Podniosła muzyka trwała przez dobrą minutę i dopiero gdy ucichła, ktoś się odezwał.
- Dzień dobry. – powiedział zniekształcony komputerowo głos. – Nazywam się Blis na pamiątkę naszego wielkiego bohatera narodowego generała Hollardena „Blisa” Brinsanila i reprezentuję grupę „Chwała Poległym”. Jesteśmy elfami, dla których historia nigdy się nie skończyła, nigdy nie odeszła w przeszłość. Zawsze była dla nas żywa, była częścią teraźniejszości, częścią świata, który widzimy, gdy spojrzymy za okno na to cuchnące krasnoludami miasto. – Zacisnąłem zęby słysząc te słowa, ale dalej słuchałem w maksymalnym skupieniu.
– Dokładnie dwieście pięćdziesiąt lat temu, – podjął Blis - o szóstej rano dziesiątego kwietnia 1788 roku wybuchła Pierwsza Wojna Trisska. Mimo bohaterskiej postawy naszych braci, zakończyła się zwycięstwem krasnoludów w bitwie pod Cossirią. Był to początek końca niezależnego państwa Trisski i początek trwającej przeszło osiemdziesiąt lat okupacji krasnoludów. Chociaż wiele lat później odzyskaliśmy niepodległość, to krasnoludy nigdy nie wyniosły się z naszych terenów i od tamtej pory musimy tolerować ich obecność. Czuły się bezkarne i potężniejsze od nas, a po haniebnym Pakcie Jedności, który „zjednoczył”- to słowo zabrzmiało jak prychnięcie - wszystkie rasy i sprawił, że zamieszkaliśmy obok siebie. Można powiedzieć, że w tamtej chwili właściwie wygrały wojnę toczącą się od dnia, gdy powstał świat. Zabrały nam naszą wolność. Teraz, dzisiaj, ja i moi bracia, my, grupa „Chwała Poległym” mamy zamiar uczcić pamięć naszych bohaterskich przodków i pokazać krasnoludom gdzie ich miejsce.
- Dawno temu były one dobrymi górnikami, siedziały pod ziemią. Nie wiem po co wyszły, ale my poślemy je tam z powrotem. Wychowaliśmy się w cieniu wielkiego przywódcy, którego wtedy pokonały. Żyliśmy historią, tworzyliśmy żywą historię, była ona częścią naszych dusz. Na codzień czytaliśmy o wielkich dziejach naszej rasy, jednocześnie obserwując cuchnące krasnoludy i znosząc ich obelgi. Teraz z tym koniec. Przypomnimy wam czemu kiedyś się nas baliście. Nastąpi sprawiedliwy dzień kary. – Nastąpiła krótka przerwa. Całkowita cisza i rysunek wesołego elfa śmiejącego się do widzów. Wreszcie Blis odezwał się ponownie. – Do historii przeszło wiele nazwisk krasnoludów, którzy zadecydowali o zwycięstwie w tamtej wojnie. Oficerów, przedstawicieli inteligencji, strategów, zwyczajnych żołnierzy. Wszyscy oni przyczynili się do upadku Trisski i naszej klęski. Wielu z nich zadało każdemu z nas osobistą tragedię. To przez nich musimy wąchać smród krasnoludów tuż pod swoim domem, czekając tylko aż któryś z nich zabierze nam dzieci, albo podłoży ogień. – Prychnąłem na te słowa. Jedno z najgorszych kłamst o mojej rasie, jakie kiedykolwiek słyszałem. Jeśli już kogoś zabijaliśmy, to w otwartej walce, a nie porywając dzieci albo podpalając domy. Jednocześnie wiedziałem, że takie słowa mają ogromne wzięcie. Matki i ojcowie we wszystkich elfich domach pewnie spojrzały teraz z troską na swoje pociechy i rzuciły okiem w kierunku drzwi, by upewnić się, że żaden morderczy krasnolud z nieogryzionymi resztkami elfiego niemowlęcia w dłoni, nie przekroczył progu ich domostwa.
- Dzisiaj, w dwieście pięćdziesiątą rocznicę wybuchu wojny, ukarzemy ich. – Te słowa zostały wypowiedziane z pasją, prawie krzykiem. - Może minęło wiele lat, ale, w przeciwieństwie do was, my pamiętamy o tamtych dniach tak, jakby to było wczoraj. Chociaż jeszcze się wtedy nie urodziliśmy, to te wydarzenia nas ukształtowały, uczyniły tym kim jesteśmy. Niszczyły nasze rodziny, bliskich, zabierały to, co najcenniejsze. Teraz czas za nie podziękować. W sieci jest już dostępny zakodowany plik zawierający listę nazwisk i adresów setki krasnoludów, potomków tych, którzy w jakiś sposób przyczynili się do klęski naszej rasy. Za tydzień wszyscy oni będą już martwi. – Zacisnąłem zęby. Już wiedziałem co to oznacza, chociaż jeszcze się łudziłem, że pamięć mnie zawodzi. Mój pradziadek brał udział w tamtej wojnie i był oficerem.
- Za tydzień, gdy już zakończymy sąd, opublikujemy klucz odkodowujący listę, by wszyscy mogli sprawdzić, że nie kłamiemy. Te krasnoludy dzisiaj żyją a za tydzień wszyscy bedą martwi. Obiecuję to wam w imieniu historii. Pewnie część z wybranych przez nas to ogląda i słucha co mówię. Właśnie do nich chcę się teraz zwrócić. Idziemy po was. Nie uciekniecie nam, nie pomoże wam policja. Znajdziemy was i dokonamy sprawiedliwego sądu. Sprawiedliwej kary.
Uśmiechnięty elf patrzył jeszcze przez chwilę w moim kierunku, po czym zniknął. Zastąpił go obraz studia i szara twarz prezenterki. Na jej obliczu malowało się ogromne zaskoczenie, aż nie mogła wydusić z siebie słowa. Dokładnie wtedy zadzwonił telefon. Wyłączyłem telewizor i odebrałem. Ręce mi drżały, chociaż czułem się całkiem spokojny. Przynajmniej jak na kogoś, kto przed chwilą usłyszał, że umrze. Nie bezpośrednio, ale mogłem się tego domyślać. Powoli podniosłem aparat do ucha.
- Panie Grinnes, proszę nie wpadać w panikę, to panu nic nie da. Niech pan usiądzie, wypije szklankę wody i postara się uspokoić. Proszę się odezwać za minutę, jak będzie pan już gotowy. – Mój rozmówca mówił spokojnie, lecz jednocześnie bardzo stanowczo. Brzmiało to jak rozkaz, ale wypowiedziany łagodniej, by brzmiał trochę jak dobra rada.
Nie miałem wtedy głowy by się z nim sprzeczać, zresztą nie było w tym najmniejszego sensu. . Zrobiłem dokładnie tak, jak mi polecił. Teraz już nie myślałem o nim jak o głupim, natrętnym elfie, który zawraca mi głowę. Wypiłem wodę i usiadłem w fotelu. Dopiero wtedy odezwałem się po raz pierwszy odkąd włączyłem telewizor.
- Już jestem.
- Jest pan już trochę spokojniejszy? – upewnił się Roldrisal.
- Tak. – Potwierdziłem, chociaż wcale nie czułem się ani odrobinę lepiej. Może byłem mniej zdenerwowany, ale powoli ogarniał mnie strach. Nie chciałem umierać, a to ostrzeżenie, a właściwie informacja o jakoby już przesądzonym losie moim i dziewięćdziesięciu dziewięciu innych krasnoludów, brzmiała cholernie poważnie. – Trochę.
- W takim razie niech pan posłucha uważnie. Dzwonię z GSRu – Wiedziałem, żeGSR – Grupa Szybkiego Reagowania - jest czymś w rodzaju elfickiej jednostki antyterrorystycznej. Rzeczywiście, jeśli ktoś miał się zajmować taką sprawą, to, za wyjątkiem krasnoludów, mogliby to być tylko oni. – Odkodowaliśmy już część tego pliku z nazwiskami i znaleźliśmy tam między innymi pana. Dlatego właśnie dzwonimy. Nie wiemy, gdzie czekają na pana napastnicy, dlatego proszę pozostać w domu jeszcze przez parę minut. Już jedzie do pana specjalny agent, który przewiezie pana w bezpieczne miejsce.
- To znaczy gdzie? – spytałem odruchowo, chociaż było to bardzo głupie. Nawet się nad tym nie zastanowiłem, moje myśli biegły w zupełnie inną stronę. Słyszałem głosy, pojedyncze słowa, całe zdania, znowu słowa. Widziałem je w swoim umyśle, duże, zaznaczone na czerwono. „Za historię”, „nie pomoże wam policja”, „przez historię”... Powoli zaczynałem rozumieć.
- Nie mogę panu powiedzieć. Nie przez telefon, ponieważ może mieć pan założony podsłuch. – odparł elf.
- A co jeśli ktoś słyszy tą rozmowę? – spytałem kwaśno, wiedząc, że jeśli za drzwiami czeka na mnie oddział morderców, to teraz na pewno nie będą czekali ani chwili by wejść do mieszkania i wpakować mi kulkę w łeb.
- Jeśli rzeczywiście nas słyszą, to na pana miejscu bym się modlił, byśmy przybyli tam wcześniej niż oni. – stwierdził Roldrisal. Brzmiało to lekko ironicznie, ale jednocześnie diabelnie poważnie. – To tylko parę minut. Proszę spakować potrzebne rzeczy i przyszykować się do drogi. Będziemy niedługo.
- Dobrze. Będę czekał. – odpowiedziałem starając się brzmieć spokojnie.
Rozłączył się, a ja usiadłem ciężko na fotelu. Nie pamiętam kiedy wstałem, chyba jakoś w połwie zdania o tym, że po mnie jadą. GSR. Grupa Szybkiego Reagowania, elficka antyterrorka. Jeśli ktoś miałby wiedzieć co robić, to własnie oni. Nigdy nie myślałem, że spotkam kogoś z tego oddziału, zwłaszcza wtedy, gdy jakieś cholerne elfy wrobiły mnie w rolę zwierzyny. Plik w internecie z nazwiskami, rozkodowany i znalezione moje nazwisko. Policja wam nie pomoże. Za historię i przez historię. Cholera... Wszystko się układało. Wyglądało zbyt idealnie.
Sięgnąłem po telefon. Wybrałem numer, po chwili odebrał mój przyjaciel, Trewal.
- Słucham cię? – Mruknął zaspany, pewnie jak zawsze siedział do późna i teraz jeszcze leżał w łóżku.
- Potrzebuję cię. – Powiedziałem, mając cichą nadzieję, że telefon jednak nie jest na podsłuchu.

Dokładnie dziewięć minut później odezwał się dzwonek od drzwi. Na ramionach miałem już wtedy plecak naładowany najpotrzebniejszymi rzeczami, dokumenty, pieniądze, trochę ubrań, jedzenie, stara komórka, wszystko, co tylko mogło mi się przydać. Do tego laptop, z którym właściwie nie lubiłem się nigdy rozstawać. W międzyczasie znalazłem w sieci plik, w którym rzekomo miało być zapisane moje nazwisko i ściągnąłem na dysk. Nie sprawiło mi to żadnych trudności, ponieważ odnośniki do tego dokumenty umieszczono niemal wszędzie. Tak przygotowany czekałem na elfa z GSRu. Stałem na nogach jak z waty, spodziewając się najgorszego. Aż podskoczyłem, gdy rozległ się dźwięk dzwonka, a serce zaczęło mi mocniej walić.
Otworzyłem.
Elf był wysoki i szczupły, jak większość przedstawicieli ich rasy. Miał krótkie, czarne włosy ułożone na żel, granatową marynarkę, niewielką walizeczkę w ręku. Plakietka za zdjęciem przypięta do marynarki przedstawiała go jako Elrewilla Scorda. Wyglądał na biznesmena, albo może raczej na akwizytora, który akurat przyszedł przedstawić mi swoją wyjątkową, fascynującą ofertę. Uśmiechnął się od progu. Za jego plecami właśnie przechodziła moja sąsiadka, więc skłonił się lekko i zaczał odgrywać swoją rolę. Chyba doskonale wyczytałem z jego wyglądu na kogo chciał się stylizować, poniewaz na przywitanie wyrzucił z siebie istny potok słów.
- Dzień dobry, nazywam się Elrewill Scord i jestem przedstawicielem handlowym firmy Ansofin. Zajmujemy się sprzedarzą artykułów gospodarstwa domowego. Czy jest pan właścicielem mieszkania? – Uśmiechnął się życzliwie.
¬- Tak, to ja. – Kiwnąłem głową i gestem zaprosiłem go do środka. – Proszę wejść.
- Dziękuję. – Uśmiechnął się jeszcze szerzej i jeszcze życzliwiej, po czym przekroczył próg mojego domu. Odwrócił się jeszcze, by spojrzeć za oddalającą się sąsiadką, ale ta nawet nie zwróciła na nas uwagi, zamyślona nad swoimi własnymi sprawami.
Gdy zamknąłem za nim drzwi, elf od razu się zmienił. Przeszedł od razu do rzeczy, chociaż wciąż był grzeczny i uprzejmy.
- Jest pan już gotowy do drogi, panie Grinnes? – spytał patrząc na mój plecak. – Wziął pan wszystko, co będzie panu potrzebne w najbliższych dniach?
- Tak mi się wydaje. – odparłem, czując jak żołądek ściska mi się boleśnie. Ręce mi drżały. Wszystko wyglądało dokładnie tak, jak oczekiwałem, lecz i tak nie mogłem opanować zdenerwowania. A co jeśli się pomyliłem?
- Mam do pana jeszcze jedną ważną sprawę, zanim wyjedziemy. – powiedział, a ja przekrzywiłem lekko głowę ze zdziwienia. – Chcę upewnić się, że rozumie pan pewne zasady, nazwijmy to, regulaminem postępowania, na wypadek jakiegokolwiek niebezpieczeństwa. – wyjaśnił.
- Słucham więc. – Zachęciłem by kontynuował i cofnąłem się o krok, by oprzeć się o ścianę. Stałem teraz może z trzy metry od elfa i widziałem doskonale całą jego postać. Miał eleganckie buty, zadbane, błyszczące od dobrej pasty, schludnie zawiązany krawat, oraz niewielki kolczyk w lewym uchu, na co nie zwróciłem wcześniej uwagi. Przeszedł kawałek w bok, stanął przed suwaną szafą, gdzie trzymałem rzeczy na zimę. Uśmiechnął się ciepło. Odwzajemniłem uśmiech.
- Chcę panu coś pokazać. – Sięgnął pod marynarkę. Tknięty nagłym przeczuciem, spiąłem się, obserwowując każdy jego ruch. Czekałem.
Gdy wysunął rękę, trzymał w niej pistolet z tłumikiem.
- Dwieście pięćdziesiąt lat temu twój prapradziadek od strony matki, Wergus Owrid pokonał w pojedynku mojego przodka. – powiedział elf oficjalnym tonem. - Zabił go i tym samym zmienił losy mojej rodziny na zawsze. Teraz, dwieście pięćdziesiąt lat od wybuchu wojny, przychodzę tu, by wymierzyć sprawiedliwość twojej rasie.
Wycelował w moją pierś. Stałem na tyle daleko, żeby nie mieć najmniejszej szansy do niego doskoczyć i rozbroić, ale dostatecznie blisko, by trafił z całą pewnością. Patrzyliśmy na siebie. Widziałem jego zimne oczy ponad czarną otchłanią lufy pistoletu. W jego wzroku było tyle tłumionego przez lata gniewu, starej, odziedziczonej po przodkach nienawiści, z którą się wychowywał od najmłodczych lat, aż poczułem dreszcz na plecach. Gdy odbezpieczył broń, wiedziałem, że strzeli. Nie zawaha się, nie zwątpi. Przyszedł tu, żeby mnie zabić. W swoim umyśle właściwie już to zrobił, może tysiące razy, każdej nocy, gdy zasypiał i rozmyślał, wyobrażał sobie tą chwilę. Odtwarzał ją w głowie raz za razem, niczym ulubioną scenę z filmu. Czekał na nią, marzył o niej. Widziałem to w zimnym spojrzeniu jego oczu, w zaciśniętych wargach i pewnym, płynnym, doskonale wyćwiczonym ruchu ręki, gdy unosił pistolet. Dłonie mu nie drżały, nie denerwował sie. Był spokojny, niczym kat, który wykonał w swoim życiu setki egzekucji i ma do zakończenia jeszcze jedno, nic nieznaczące życie. Dla niego już byłem trupem. Teraz musiał tylko nacisnąć spust uzbrojonej w tłumik broni by z cichym sykiem powietrza sprawić, że jego myśli staną się rzeczywistością.
Wiedziałem również, że dokładnie w tym samym czasie, w setce krasnoludzkich domów, setka elfów robi dokłanie to samo.
Elf, całkowicie skupiony na mnie, nie zauważył jak za jego plecami bezszelestnie otwierają się suwane drzwi do szafy. Wyślizgnęła się z niej niewysoka postać i delikatnym, cichym krokiem, powoli podchodziła za jego plecy. W rękach trzymała gruby kij od szczotki. Uśmiechnąłem się w duchu. Wszystko wyglądało dokładnie tak, jak przewidziałem.

Trewal mieszkał niecałe pięć minut ode mnie. Oczywiście, jeśli drogę pokonało się sprintem. Wybiegł z domu od razu po tym, jak do niego zadzwoniłem i dotarł pod moje drzwi równo cztery minuty, trzydzieści osiem sekund później. Dopiero wtedy doceniłem jego wychodzenie na bierznię trzy razy w tygodniu, oraz regularne wizyty w siłowni. Drzwi mieszkania przekroczył dokładnie wtedy, gdy na dole, pod kuchennym oknem zatrzymał się elegancki, czarny samochód nieznanej mi, elfiej marki. Wysiadł z niej mój zabójca. Szedł spokojnie, wcale nie spiesząc się, jakby wiedział, że to, po co przyszedł, mu nie ucieknie.
Właśnie wtedy, patrząc na jego spokojny, miarowy krok i całość postaci stylizowanej na domokrążcę, nabrałem pewności. Nie wiem właściwie czemu. Zwyczajnie wszystko pasowało do siebie aż zbyt idealnie, by mogło być inaczej. Patrzyłem na niego zza zasłonki, obracając między palcami długopis i nie odwracałem się, dopóki nie zniknął mi z oczu
Trewal wszedł do kuchni dysząc ciężko. Był ode mnie trochę wyższy i zdecydowanie lepiej wysportowany. Miał potężne mięśnie ramion i klatki piersiowej. Lubił prezentować światu swoje ciało nosząc bezrękawniki, tak jak ten, idealnie biały, który miał dzisiaj, lub obcisłe koszulki. Na nogi założył czarne, luźne spodnie, oraz wygodne buty do biegania.
- Co się stało? – spytał i nabrał głębiej powietrza, po czym wypuścił je miarowo przez nos, uspokajając oddech.
- Mamy bardzo mało czasu, więc słuchaj mnie dokładnie. – powiedziałem wciąż obserwując ulicę. Nie widziałem tam ani jednego elfa więcej. Więc najprawdopobniej „akwizytor” był sam. To tylko potwierdzało moje przypuszczenia. – Oglądałeś przed chwilą wiadomości na Solarii?
- A po cholere? – zdziwił się.
- Trudno, nie ważne. Przed chwilą jakaś grupa terrorystów groziła tam, że zabije stu krasnoludów, potomków tych, którzy przyczynili się do wygrania Pierwszej Wojny Trisskiej.
- Czego? Wiesz, że nie znam się na historii... – Chyba nadal nie rozumiał, jak poważna jest sytuacja.
- Nie przerywaj mi teraz. – warknąłem wściekle. Spojrzałem w stronę drzwi, w głowie licząc ile czasu zajmuje dotarcie od głownego wejścia do budynku pod mój próg. Stanowczo za mało. - Słuchaj, zaraz wejdzie tu elf, który poda się za kogoś kim nie jest. Będzie chciał mnie zabić.
- Co takiego! – wybuchnął zaskoczony Trewal.
- Musisz schować się w szafie za nim i poczekać, aż się do tego przyzna. Nie wolno ci wychodzić, dopóki tego nie zrobi. Dopiero wtedy rozwalisz mu łeb. Rozumiesz?
Kiwnął głową, nie zadająć więcej pytań. Nawet nie zastanowił się skąd wiem, gdzie elf sie ustawi. Zresztą, ja również tego nie wiedziałem z całą pewnością. Po prostu ufałem swojej intuicji. Dokładnie w tej samej chwili zadzwonił dzwonek do drzwi. Odetchnąłem głęboko, narzuciłem spakowany wcześniej plecak na ramiona. Wsunąłem komórkę do kieszeni. Ręce mi drżały. Świadomość, że moje życie zależało od tego, czy Trewal da radę mnie uratować, oraz, przede wszystkim, od tego, czy się nie pomyliłem, wcale mi nie poprawiała nastroju.

Trewal potrzebował jeszcze parę sekund. Elrewill Scord, o ile to było jego prawdziwe imię, zrobił już aż za dużo, bym miał pewność co do swoich przypuszczeń. Mój przyjaciel pewnie uznał tak samo. Widziałem, jak szykuje się do zadania ciosu, ale brakowało mu jeszcze jednego, może dwóch kroków by sięgnąć elfa. Musiałem dać mu czas, na ich zrobienie.
- Wcale mnie nie zaskoczyłeś. Spodziewałem się ciebie. – Stwierdziłem z wyższością. – Uważacie się za mądrych, ale tak naprawdę to od początku się domyśliłem, że kłamałeś, kiedy ze mną rozmawiałeś. Idiota. – Prychnąłem.
Oczekiwałem, że spurpurowieje na twarzy i zacznie mi wygrażać, krzyczeć, rzucać obelgi. On tymczasem tylko się uśmiechnął.
- Nie ja z tobą rozmawiałem krasnoludzie. – odparł patrząc na mnie jak na robaka. Zaczął powoli zaciskać palec na spuście. W wyobraźni już widziałem błysk wystrzału i wirującą kulę, która pędzi w kierunku mojego serca. Widziałem, jak padam w tył, nie mogąc dłużej ustać na nogach i wtedy padają kolejne strzały. Widziałem, jak umieram. Zaledwie moment po tym mój przyjaciel rozbija głowę elfa potężnym uderzeniem kija. Spóźniony o zaledwie mgnienie oka.
Musiałem improwizować. Trewal potrzebował jeszcze chwili, pięciu, sześciu sekund. To, czy uda mi się zdobyć tę krótką chwilę, mialo zadecydować o moim życiu. Wystarczyło jedno zdanie, cokolwiek, coś, co odwróci uwagę elfa od chęci pociągnięcia za spust. Nic mi nie przychodziło do głowy! Nawet najgłupsze zdanie! Jezyk miałem sztywny, jakby zrobiony z drewna, szczęki zaciśnięte. Do tego miejsca, do tej chwili wszystko zrobiłem dobrze. Przewidziałem to, jak się zachowa, przejrzałem ich podstęp. Zauważyłem wszelkie nawet najdrobniejsze szczegóły, wskazówki, jak te dwa słowa „przez historię” i dzięki nim zrozumiałem, iż elf, który przedstawił się nazwiskiem Roldrisal Assaris znał treść wiadomości terrorystów, jeszcze zanim została ona nadana. Zadzwoniłem do Trewala, on zaś przybiegł, schował się w szafie i elf ustawił się dokładnie tam. Tak jak przewidziałem. Wszystko poszło dobrze, aż do tej chwili, a teraz miało mi zabraknąć ledwie kilku sekund.
Spojrzałem w wylot lufy. Czekałem.
Wtedy właśnie wydarzyło się coś, czego nie oczekiwałem. Mój przyszły zabójca kochał historię i wykonywał egzekucję ściśle z nią związaną. Dlatego nie mógł ominąć jednego, bardzo ważnego punktu
- Masz jakieś ostatnie słowo? – spytał spokojnie, patrząc prosto w moje rozszerzone z przerażenia oczy. Gdy usłyszałem to zdanie, od razu zrozumiałem, że dostałem szansę. Trewal już unosił kij, napinał mięśnie. Trzy sekundy. Tylko tyle potrzebował.
Odchrząknąłem.
- Tak. Chciałem ci podziękować. – powiedziałem, a na moich ustach pojawił się uśmiech. Drgnął, chyba rozumiejąc, co to oznacza, błyskawicznie zaczął się odwracać, celując za siebie, lecz było już za późno. Mój przyjaciel ze wściekłym wrzaskiem uderzył go w twarz. Kij od szczotki był gruby, ale siła zderzenia roztrzaskała go na dwie części. W powietrze wystrzeliły maleńkie drzazgi. Nos elfa eksplodował krwią, która zalała mu usta. Mój niedoszły zabójca zaczął się osuwać na podłogę. Pistolet wysunął się mu z dłoni, upadł obok.
Akwizytor nawet się nie poruszył. Podszedłem do niego, odepchnąłem broń pod ścianę, poza zasięg jego rąk i sprawdziłem tętno.
- Żyje. – stwierdziłem. – Oberwał mocno, ale żyje. Lepiej by było, gdyby zginął od razu, bo teraz już go nie dobijemy.
Zabijanie rannych, którzy byli do tego nieprzytomni, stanowiło jeden z najbardziej haniebnych czynów, jakie krasnolud mógł zrobić. Żaden z nas by sie na to nie zdobył.
- Trudno. – powiedział Trewal. – On nie był jedyny, prawda? Przyjdą kolejni?
Kiwnąłem głowa.
- Tak i to niedługo. Może za dziesięć minut. – Zamyśliłem się nie wstając. Przygryzłem lekko palec, a drugą dłonią wyciągnąłem z kieszeni długopis i zacząłem go obracać między palcami. Zawsze to pomagało mi się lepiej skupić. – Ale nie będę na nich czekał.
- Racja. Lepiej się stąd wynośmy. – Źle zrozumiał moje słowa. Nagle coś się zaczęło we mnie zmieniać. Dzisiejszy dzień, chociaż zaczał sie z godzinę temu, dostarczył mi tylu różnych emocji, ilu normalnie nie doświadczam miesiącami, i to wywarło na mnie bardzo silny wpływ. Najpierw było rozdrażnienie sytuacją na świecie, zniechęcenie, pilot i baterie pod kanapą. Następnie telefon, początkowe zniecierpliwienie i gniew, później zaskoczenie, gorączkowe rozmyślanie, gdy składałem do kupy, to co powiedział Blis. Właściwie to dawał wskazówki, jak im uciec. Policja nie mogła pomóc skazanym przez nich krasnoludom, ponieważ ci, którzy podawali się za jej przedstawicieli, sami byli mordercami. Poza tym obaj, Blis i Roldrisal użyli słowa „historia”. To nie mógł być przypadek. Kolejna wskazówka, a może błąd? Może wcale nie mieli zamiaru tego mówić, ale jakoś tak wyszło? Wątpiłem w to, ale nadal nie odrzucałem takiej alternatywy. Było też wiele innych rzeczy, które mi podpowiedziały, jaka jest prawda, ale mniejsza o nie. Domyśliłem się wszystkiego i miałem rację. Ocaliłem życie, może jako jedyny z setki mających dzisiaj zginąć krasnoludów. Później było napięcie, gdy patrzyłem w lufę pistoletu i wiedziałem, że zabraknie mi paru sekund. A teraz, na sam koniec, przyszło zrozumienie. Zostałem wciągnięty w wojnę z elfami, tak jak nigdyś moi przodkowie. Tak, jak niezliczone pokolenia krasnoludów. Kiedyś walczono na miecze i topory. Teraz wojna miała się odbyć na pistolety, pościgi samochodów, ucieczkę, szpiegostwo, a najważniejsze...
Na umysły.
Na to, kto zdoła przechytrzyć drugiego. Rozpoczęły ją elfy, swoim oszustwem o GSR. Pewnie te wszystkie wskazówki zostały podane po to, by ktoś je odczytał i im uciekł. Stawił oprór, dał się wciągnąć w ten dziwny pojedynek na umysły. Padło na mnie i zdołałem wygrać pierwsze stracie. Może nawet wszystko miało tak wyglądać od początku? Ten program, ostrzeżenie, telefon, wskazówki, każdy szczegół, doprowadził do takiego rozwoju sytuacji. Pierwsze starcie zakończone, strony konfliktu się wyłoniły. My i oni. Drugie miało nadejść wkrótce. Wojna już sie rozpoczęła, nie będzie od niej ucieczki. Teraz mogłem zrobić tylko jedno. Walczyć w niej i ją wygrać.
- Nie o to mi chodziło. – Wstałem powoli. Coś się we mnie narodziło, siła, o której istnieniu nie miałem najmniejszego pojęcia. Rano obudziłem się kimś innym i ta godzina zmieniła mnie na zawsze. Słyszełałem kiedyś, że czasem jedno wydarzenie potrafi w pełni ukształtować czyjś charakter na nowo. Właśnie to się stało ze mną. Wstałem jako ktoś zupełnie nowy. Wiedziałem co muszę robić.
- Powiedział mi coś, jedno zdanie, które zapamiętałem. Właśnie za to chciałem mu podziękować. Powiedział, że jego przodek walczył z moim dziadkiem i go zabił. To wydarzenie było ważne z pewnością nie tylko jego rodziny, ale również dla moich przodków. – Ponownie się zamyśliłem. Czy tak miała przebiegać gra? Kto ją wymyślił? Blis? Czy on był moim głównym przeciwnikiem?
- Wiec co masz teraz zamiar zrobić? – spytał Trewal.
- Dowiem się z kim walczył mój dziadek. – odparłem, wciąż trochę rozkojarzony. Blis... kim jesteś? - Później po drzewie genealogicznym jego potomków dowiem się, kim jest ten elf. A, gdy już to będę wiedział – Sięgnąłem po telefon i zrobiłem zdjęcie mojego niedoszłego mordercy. Twarz miał całą we krwi, więc wytarłem ją chusteczką i zrobiłem jeszcze jedno. Brudną chusteczkę schowałem do kieszeni. Wyciągnąłem z niej komórkę i wyłączyłem dyktafon. – wtedy wytropię pozostałych.
Trewal spojrzał na mnie. Nie wiem kogo zobaczył. Na pewno nie swojego starego przyjaciela, z którym grał w gry jako mały krasnolud i bił się w szkole podstawowej. Nie wiem co zobaczył w moich oczach, ale ten widok sprawił, że zadrżał.
Zacisnąłem pięści. Mnie ręce również drżały.

Pabianice 8 września 2009 godz 19:17
Autor artykułu
lordziknedzik's Avatar
Zarejestrowany: Aug 2009
Posty: 3
Reputacja: 0
lordziknedzik nie jest za bardzo znany

Oceny użytkowników
 
Brak ocen. Dodaj komentarz aby ocenić.
 

Narzędzia artykułu

komentarz



Zasady Pisania Postów
You may Nie post new articles
You may Nie post comments
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 01:51.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site
artykuły rpg

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166