Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > Zakątek LI-teracki > Artykuły, opowiadania, felietony > Opowiadania
Zarejestruj się Użytkownicy


komentarz
 
Narzędzia artykułu Wygląd
<!-- google_ad_section_start -->Ghosttown<!-- google_ad_section_end -->
Ghosttown
Autor artykułu: Arsene
06-03-2011
Ghosttown

Co tu dużo pisać ? Smacznego ...


Siatka celownika optycznego SWD zawsze sprawiała, że na twarzy Aleksa pojawiała się iście dziecięca radość. Dużo czasu minęło, nim pozwolono mu korzystać z tej broni. Przed leżącym strzelcem nie było widać nic, poza czernią nocy. Zieleń noktowizji rozświetlała pole. Trawa wysoka na jakieś czterdzieści centymetrów delikatnie falowała ruszana powiewami wiatru. Pięćset metrów dalej znajdowały się gęste krzaki. Ziały iście namacalną grozą, ale tylko dla tego, że dalej znajdowało się miasto. Nie takie jak te, które wszyscy znają z Europy czy Stanów. Nie było szyb w oknach, a dziury w ścianach ziały mrokiem mrożącym krew w żyłach. Obserwując dachy snajper skupił się na celu. Miał wrażenie, że na którymś z wielkich budynków, na samym szczycie, ktoś się poruszył, wstał i przeszedł kilka metrów. Wyregulował celownik, lecz nocą nie był w stanie wykryć czy naprawdę ktoś tam był. Przełączył tryb widzenia na termowizję, co od razu rzuciło światło na całą sprawę. Na szczycie faktycznie znajdowała się jakaś postać. Po szczegółowym nastrojeniu lunety Aleks mierzył już w głowę. Nacisnął spust i kula przeszła z komory, przez lufę, tłumik aż do czaszki snajpera na dachu. Ciało powoli zaczęło stygnąć, zaraz po tym jak stoczyło się gdzieś, gdzie zapewne znajdowała się dziura w dachu.

- Dobra, nie widzę nikogo więcej, możecie lądować.

- Przyjąłem, lecimy.


Piękną ciszę, melodię dla uszu snajpera przerwał huk śmigieł tnących powietrze. Wojskowe śmigłowce transportowe mknęły ku rysującym się w oddali budynkom. Zapewne gdyby nie noktowizja nikt nie był by w stanie przypuścić czy jest tam w ogóle jakieś życie, lecz dwie jednostki wypchane komandosami po brzegi sunęły gładko przez niebo. Ich celem były dwa dachy najwyższych budynków w martwym mieście.

- Orzeł jeden nad celem, podchodzę.

- Orzeł dwa nad celem, podchodzę.

- Red jeden, przyjąłem. -
Aleks odpowiedział i złapał za karabin.

Biegnąc szybkim truchtem mknął do miejsca spotkania. Kiedy dobiegł do krzaków złapał oddech i zaczął iść wolniejszym krokiem. Przedarłszy się przez gęstą roślinność, mając kilka nieprzyjemnych otarć i zadrapań, dotarł do granicy miasta. Wysokie, wielopiętrowe bloki z betonu stanowiły istne miasto duchów. Z okien ziała czarna pustka, goły kamień bez żadnego pokrycia dodawał wszystkiemu ponurego wyrazu. Śmigłowce odleciały gdzieś poza zasięg wzroku i słuchu. Aleks tymczasem szybko i ostrożnie szedł pustą ulicą. Od czasu do czasu minął tylko wrak jakiegoś samochodu, gęstą i wysoką trawę przebijającą się przez asfalt lub padł na ziemię obserwując sarnę biegnącą środkiem drogi. Do punktu zbornego snajper miał jeszcze dziesięć minut drogi.

Pierwsza grupa komandosów wylądowała na płaskim dachu budynku. Ciemne chmury nie przepuszczały księżycowego blasku. Kiedy Mark, przywódca grupy pierwszej i zarazem całej akcji stanął na brzegu i oparłszy się o betonowy murek spojrzał w dół i nie dostrzegł ulicy, a jedynie ciemną przepaść.

- Teren zabezpieczony - odezwał się ktoś przez radio.

- Dobra, schodzimy. Peters i Johnson pierwsi.

Dwóch komandosów podeszło do drzwi niewielkiej, murowanej klatki schodowej, która jako jedyna górowała na płaskim dachu. Zardzewiały kawał blachy uległ pod butem jednego z nich. Światła latarek padły na obskurne ściany nie pokryte nawet łuszczącą się farbą. Drugi z żołnierzy ruszył przodem, reszta wzajemnie się ubezpieczając mknęła za nim. Mechanicznymi ruchami sprawdzając każde pomieszczenie powoli przemieszczali się ku parterowi.

- Tu Henry, mamy mały problem. Mark, słyszysz mnie ?

- Słyszę, o co chodzi ? -
zapytał przywódcę grupy drugiej.

- Mamy tu zniszczone schody. Zarwały się na wysokości czwartego i trzeciego piętra. Będziemy mieli niewielkie opóźnienie.

- Rozumiem -
odetchnął z ulgą.

Po głowie dowódcy chodziły już najgorsze myśli. Wreszcie jednak kiedy żołnierze pierwszej grupy wyszli z budynku na ulicę mogli podziwiać majestat tego martwego miasta. Wielkie, betonowe, szare kloce, których nikt nie zdążył wykończyć niknęły gdzieś wysoko w mroku, niczym wieżowce w Nowym Jorku w chmurach. Te jednak sprawiały wrażenie, jakby stado snajperów czyhało na niedzielną ofiarę, która odważy się zapuścić do tego piekielnego labiryntu. Ulice nie przypominały miejskiej siatki. Jedne były krótsze, drugie dłuższe, krzyżowały się i przeplatały nieregularnie.

- Dobra, nie będziemy czekać, spotkamy się na miejscu. - Mark powiedział nie odrywając wzroku od strasznych budowli.

- Okej -
skwitował Henry.

Dowódca wskazał kierunek i szesnastu ludzi ruszyło ulicą. Część przy jednej stronie, część przy drugiej, dwóch z tyłu i tyleż samo na szpicy z przodu. Przed każdym skrzyżowaniem jeszcze dwóch wybiegało na front i zabezpieczało narożniki. Wszystko to przypominało operację na terenie silnie zasiedlonym przez wroga, tymczasem jednak nie było tu żywej duszy. Wreszcie po piętnastu minutach mozolnej drogi i przeraźliwiej ciszy przerywanej tylko krokami, wojskowi stanęli.

- Grupa pierwsza na miejscu, zabezpieczymy nasz kwadrat.

- Mhm -
mruknął Henry. - Będziemy za trzy minuty.

- Przyjąłem, bez odbioru.


Ludzie z oddziału Marka rozbiegli się po wielkim placu. Jedni zza wraków samochodów wyglądali dyskretnie na martwe budynki, inni w narożnikach robili prowizoryczne barykady z jakiś kawałków blachy i drzwi od ciężarówek. Sam plac otoczony był z dwóch stron betonowym lasem bloków. Na północy mieścił się ogromny, podparty kolumnami gmach, do którego prowadziło kilkadziesiąt schodów, od południa natomiast znajdował się teren, który można by uznać za niedzisiejszy, martwy lub dziki park. Uschnięte drzewa, bluszcz porastający zgrzybiałe ławki i latarnie skąpane w mroku. Oddział pierwszy zajął teren na północy, sześciu żołnierzy zabezpieczyła dwie ulice wlotowe od wschodu i zachodu, reszta skierowała lufy ku jego centrum.

- Oddział drugi na miejscu, zabezpieczamy południową część strefy lądowania.

- Dobra, przyjąłem. Pospieszcie się. Aleks, jak mnie słyszysz ?

- Na pięć, zbliżam się do punktu zbornego -
odpowiedział snajper lekko zdyszanym głosem.

Rzeczywiście strzelec truchtał powoli, by szybciej być w ustalonym miejscu. Jego celem był budynek, którego wschodnie okna ziały czernią na plac. Stał już przed nim, wbiegał po schodach, szukał odpowiedniego pokoju. Wreszcie znalazł. Kopnął drewniane drzwi, a te chrupnęły i ustąpiły. Pomieszczenie było puste, ściany, podłoga i strop stanowiła betonowa wylewka, nie było mebli czy farby na ścianach. Zupełnie jakby ktoś zostawił to w stanie surowym i porzucił budowę bez wykończeń. Ściany w miejscu, gdzie powinny być okna nie było. Ogromna dziura odsłaniająca prawie całe pomieszczenie wyglądała jakby ktoś strzelił w budynek z granatnika. Aleks tylko się uśmiechnął. Nie przerażał go całkowity brak życia w tym miejscu. Szybko sprawdził wszystkie pomieszczenia i wrócił do drzwi. Ustawił je pozornie na swym miejscu i podłożył ładunek taki sam jak wcześniej przy schodach i przy wejściu na ten konkretny korytarz, tyle że słabszy.

- Budynek zabezpieczony, sprawdzony i zaminowany, jestem na pozycji. Czekam tylko na sygnał i mogę walić do wszystkiego co się rusza. - Aleks mówił co kilka słów łapiąc potężny haust powietrza.

- Świetnie, oddział pierwszy zabezpieczył teren. - Mark odpowiedział spokojnym, zimnym głosem.

- Oddział drugi skończył zabezpieczanie strefy lądowania i południowej strony placu. - Henry, dowódca drugiego oddziału potwierdził i czekał na reakcje głównego dowódcy.

- Trzy minuty do lądowania, sprawdzicie broń i granaty. Przygotujcie się, bo komuchy na bank z czymś wyskoczą. Aleks, informuj o każdym ruchu.

- Tak jest! - Aleks i Henry odpowiedzieli jednocześnie.

- Dwie minuty!

Czas leciał, a każda sekunda dłużyła się niemiłosiernie.

- Minuta!

- Szefie, grupa ludzi nadciąga od wschodu. Greg, zaraz ich zobaczysz.

Czarnoskóry komandos zabezpieczający ulicę wychodzącą na plac od wschodu odezwał się przez radio.

- Potwierdzam. Widzę grupę ludzi na termowizji. Na oko z trzysta metrów.

- Czekaj, ogień otwórzcie jeżeli podejdą na bliżej niż sto metrów lub pierwsi zaczną strzelać. -
Dowódca pierwszego oddziału poinstruował podkomendnych i czekał na rozwój wydarzeń.

- Coś się zbliża, słyszycie ? Najpewniej śmigłowiec transportowy. Grupa nadchodząca od wschodu jest sto pięćdziesiąt metrów i stoi. Za mało ich na eskortę Piotrowicza. - Snajper przez lunetę raz po raz lustrował otoczenie, informował dowódcę o wszystkim co zobaczył.

Pomijając niezidentyfikowaną grupę ludzi zbliżającą się od zachodu, wszystko było w jak najlepszym porządku. Pozostawało tylko czekać na ludzi generała Piotrowicza i sygnał od agenta. Wtedy będzie można pruć do wroga z wszystkich dział. Aleks zastanawiał się, dlaczego na transakcję wybrali tak dziwne miejsce. Martwe miasto było projektem naukowym, a właściwie zapleczem dla większego projektu. Miała tu mieszkać niespotykana nigdzie na taką skalę istna armia naukowców wraz z całymi rodzinami i najbliższymi. Prace jednak przerwano, mimo iż zbliżały się ku końcowi. Miasto zostawiono, nie inwestując w wyburzanie go kolejnych miliardów. Dziś miała się tu odbyć transakcja o najwyższym priorytecie. Ludziom z Białego Domu bardzo zależało na przesyłce. Wysłano więc najlepszych ludzi by zabezpieczyli miejsce transakcji i po wyładowaniu towaru przejęli go. Nikt poza dowódcą do końca nie wiedział czym jest to, co było celem. Wreszcie śmigłowiec wylądował na środku placu, ludzi komunistycznego generała jednak nie było nigdzie widać. Z maszyny wyszło kilkanaście osób, prowadząc na wózku widłowym spory ładunek. Jeden z przybyłych wyglądał co najmniej dziwacznie. Aleks myślał, że jego celownik płata mu jakieś figle. Jego sylwetka, która była widoczna była o wiele większa od reszty. Zupełnie jakby miał wysokość dwóch rosłych mężczyzn i proporcjonalną budowę ciała. Klik! Termowizja w ogóle nie wykrywała tej osoby. Widać było tylko niewielką ciepłą plamkę, jakby głowę.

- Transport jest, ale jest też jakiś dziwny obiekt. To chyba jakiś pojazd, bo termowizja go nie wykrywa. Z drugiej strony ma ludzką sylwetkę. Nie mogę określić co to.

- Dobra, tym będziemy się martwić jak zacznie strzelać. Widzisz ludzi Piotrowicza ? Jak tamci nadchodzący od wschodu ? - Dowódca myślał gorączkowo nad zaskakującą postacią, mimo iż nie dał tego po sobie poznać.

- Nie widzę nikogo nowego, niezidentyfikowana grupa zabezpiecza skrzyżowanie dwieście metrów od placu. Zaraz! Chyba coś widzę. - Strzelec wyregulował celownik i przełączył na noktowizję - Od strony parku zbliżają się jakieś wozy, nie jestem w stanie określić dokładnej ilości.

Nagle ktoś wciął się snajperowi w eter.

(...)
Autor artykułu
Arsene's Avatar
Zarejestrowany: Oct 2008
Miasto: Kutno
Posty: 1 097
Reputacja: 28
Arsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodze

Oceny użytkowników
Język
100%100%100%
5
Spójność
93.4%93.4%93.4%
4.67
Kreatywność
93.4%93.4%93.4%
4.67
Przekaz
86.6%86.6%86.6%
4.33
Wrażenie Ogólne
100%100%100%
5
Głosów: 3, średnia: 95%

Narzędzia artykułu

  #1  
Arsene on 06-03-2011, 22:41
(...)

Nagle ktoś wciął się snajperowi w eter.

- Widzę kolumnę wozów zbliżających się do śmigłowca. Możemy ich rozwalić, jeżeli to tylko zwykłe ciężarówki. - Henry wcisnął się w rozmowę i rzucił do kolegi z oddziału - Lukas, widzisz coś więcej ?

Głos zabrał strzelec z oddziału drugiego. Siedział schowany bezpiecznie za zardzewiałym, niemalże rozpadającym się pickupem. Wychylił się ostrożnie i przez lornetkę z noktowizorem zlustrował otoczenie.

- Na przedzie kolumny jedzie … o kurwa! Sam pan powinien to zobaczyć ….

- Mów! -
ponaglił Mark.

- Dobra, od przodu są to kolejno czołg, dwa Humvee, dwie ciężarówki i jeszcze jeden czołg. Słowem - mamy przesrane.

- Dopiero kiedy ja tak powiem - skwitował dowódca całej grupy. - Greg, masz C4 ?

- Tak jest sir! - Czarnoskóry komandos odezwał się przez radio.

- Dobra, dyskretnie przemieść dupsko w stronę centrum placu. Będziesz potrzebny jak to gówno zacznie strzelać.

Mężczyzna potwierdzając przyjęcie rozkazu cichym truchtem ruszył w stronę wyznaczoną przez dowódcę. Od czasu do czasu minął jakąś ławkę czy też porzucony samochód. Wreszcie rzuciwszy się pod strawione przez rdzę BMW powiedział przez radio:

- Jestem na pozycji, sir! Mam do śmigłowca niecałe sto metrów. Czekam na rozkaz!


- Świetnie - skwitował Mark i zwrócił się do dowódcy oddziału drugiego. - Henry, za wszelką cenę MUSISZ unieszkodliwić drugi czołg od razu gdy zacznie się piekło. Nie wiem jak to zrobisz, ty zawsze masz dziwne pomysły.

- Spokojnie, mam już pewien plan.

- Dobrze, czekamy na sygnał, do tej pory cisza radiowa!


Mimo iż wszystkie radia ucichły, ludzie nadal przemieszczali się i szykując ofensywę dawali sobie sygnały niewerbalne. Noc była tak gęsta, że bez specjalnego sprzętu można by podejść do kogoś niezauważenie na dziesięć kroków. Kolumna komunistów dotarła już do śmigłowca. Aleks obserwował dziwne poruszenie wśród ludzi z konwoju. Z ciężarówek wysiadło około piętnastu ludzi. Tajemnicza grupa zabezpieczyła swój sektor i nie podejmowała żadnych działań. W tym czasie Henry realizował swój plan. Połowa ludzi skierowana została do zabezpieczania obszaru od ewentualnej zasadzki, reszta powoli podchodziła do czołgu. Greg także nie próżnował. Mimo iż przy śmigłowcu nie było zasłony, która dała by mu niewidzialność, to lata treningów pozwoliły mu zakraść się niezauważenie niczym ninja do stalowej bestii. Słyszał rozmowę po rosyjsku, z której nie rozumiał ani słowa. Umiał jednak wyczuć emocje i wyraźnie dało się wyczuć nerwy. Były one niemal namacalne. Prawie jak ta ciemność. Skończywszy mocowanie ładunków komandos ulotnił się na blisko sto metrów od pojazdu i położył pod ławką. Nie spostrzegł by go nikt, nawet stojąc nieopodal.

Tymczasem ludzie z oddziału drugiego byli już prawie dwieście metrów od kolumny. Ta okrążyła śmigłowiec. Jeden czołg stał od wschodu, drogi od zachodu. Jeepy wiozące najpewniej samego Piotrowicza i jego najbliższych współpracowników stały nieopodal klapy śmigłowca. Komandosi, którzy mieli zająć się czołgiem od zachodu podzielili się na dwie czteroosobowe grupy. Każda z nich miała na wyposażeniu naprawdę ciężki sprzęt. Zmodyfikowane wyrzutnie LAW z pociskami przeciwpancernymi były w stanie przebić najtwardszą stal. Jedna wymierzona w tylni pancerz, druga w wieżyczkę gwarantowały wykluczenie pojazdu z walki. Jedynym mankamentem mogła być celność. Mrok, który można by ciąć nożem budził strach w sercach nawet tak zaprawionych żołnierzy. Im bliżej było do strzału tym większe wątpliwości ogarniały komandosów. I wreszcie stało się to, czego wszyscy się spodziewali. Przy śmigłowcu padły strzały - interesy nie poszły tak jak komuniści by chcieli. CKMy na Humvee odezwały się tak głośno, że wystrzał snajpera znikł by w tłumie nawet bez tłumika. Plusk! Mózg jednego ze strzelców opryskał dach jeepa. Niesłyszalny strzał, kolejne pluśnięcie i kierowca już nigdy więcej nie poprowadzi swego samochodu.

- Henry, Greg! Teraz! - Mark wydał polecenie i jednocześnie dał niewerbalny znak swoim ludziom.

Czołg od wschodu niemalże podskoczył, niesiony piekielnymi językami ognia. Wieżyczka wzleciała w powietrze, oderwana brutalnie od całości. Upadłszy kilka metrów dalej na ułamek sekundy zwróciła na siebie uwagę wszystkich walczących. W tej samej chwili dwa pociski przeciwpancerne zostawiając za sobą niemalże niewidzialną smugę uderzyły w kolejną jeżdżącą twierdzę. Płomienie, które uderzenie wzbiło w powietrze w połączeniu z sąsiednim ładunkiem rozświetliły na chwilę prawie cały plan. W tym zamieszaniu jednak nikt nie wiedział co się dzieje. Ludzie Piotrowicza ładowali ołów zza swych pojazdów, kontrahenci odpłacali pięknym za nadobne. Snajper osłaniający komandosów likwidował jednego strzelca za drugim. Wreszcie siatka jego celownika padła na wielką maszynę. Owa zagadkowa sylwetka teraz oświetlona była ogniem z luf i płonącymi wrakami. Nim otrząsnął się z szoku minęło kilka cennych ułamków sekund. Był to profesor Lee Tang, którego zabili dwa miesiące temu. W zasadzie to była tylko głowa, osadzona w stalowym ciele. Dwa potężne ramiona pluły ogromnymi pociskami w pojazdy Piotrowicza. Kilogramy łusek padały na ziemię z dźwięcznym, przyjemnym dla ucha dzwonieniem. Kiedy walka rozciągnęła się w miejscu i czasie, wokół walczących zaczęła zaciskać się pętla. Wspomagani przez snajpera komandosi skakali od przeszkody do przeszkody, likwidując coraz to kolejnych komunistów, praktycznie bez strat własnych. Blask padający od wraków płonących czołgów wreszcie padł też na żołnierzy, którzy byli na placu przed śmigłowcem i ludźmi Piotrowicza.

- Connor dostał! - Ktoś krzyknął w radiu i dodał po chwili - Trup! Odciągnę ciało.

Chwilę później dało się słyszeć krzyk poprzedzony wybuchem granatu. Snajper zdjął rzucającego o sekundę za późno, ten zdążył załatwić dwóch żołnierzy. Rosyjski generał widząc co się dzieje postanowił się szybko ulotnić. Klnąc Piotrowicz wywlekł martwego kierowcę z Humvee i wcisnął pedał gazu. Odjechał w stronę wschodniego wylotu z placu.

- Piotrowicz nam ucieka - powiedział Aleks wysyłając ku niemu kolejną kulę.

Ta przeszła przez szybę, lecz przywódca komunistów nadal żył. Fotel za nim był rozpruty, całe wnętrze wozu obryzgane krwią martwego strzelca.

- Greg, Peters, za mną! - rzucił głośno Mark i pobiegł do jednego z wozów.

W połowie drogi przyklęknął i strzelił dwa razy do kierowcy, który wypadł przez otwarte drzwi. Śmigłowiec powoli zaczął unosić się ku niebu.

- Aleks, uziem mi ten helikopter! Reszta niech zabezpieczy strefę lądowania! - Dowódca wydawał rozkazy, mimo iż jechał już za Piotrowiczem.

Humvee prowadził się dobrze, mimo iż był już nieźle poszarpany. Nie kły i pazury, lecz kule rozdarły pancerz w kilku miejscach. Jeden z komandosów zajął miejsce przy M2, drugi siedział obok kierowcy. Wróg uciekał wprost do miejsca zabezpieczonego przez dwóch strzelców. Ich kule szybko przeszyły wóz upodabniając go do sera szwajcarskiego. Mimo to jechał dalej. Chmury trochę rozproszyły się, przez co na plac padał blask księżyca. Strzelec na wieżyczce jeepa pruł z karabinu tak, że ten robił się niemalże czerwony. Jednak bezskutecznie. Wreszcie Piotrowicz zniknął za zakrętem. Dokładnie tam, gdzie czekało osiem tajemniczych osób. Kiedy Mark wykręcił samochodem tenże zakręt, dziesiątki, a może nawet setki kul pomknęły ku niemu. Stanął bokiem i w ostatniej sekundzie wypadł z samochodu. Z fotela w którym siedział nie zostało prawie nic. Peters na wieżyczce miał mniej szczęścia. Poszatkowany pociskami osunął się na tylnie siedzenie. Greg przeskoczył przez maskę i znalazł się obok dowódcy. Tymczasem samochód Piotrowicza sunął już gdzieś w oddali, niknąc za kolejnym zakrętem. Komandosi rzucili po dwa granaty, ogień nieco zelżał. Wreszcie, kiedy część z przeciwników zmieniała magazynki udało się ustrzelić dwóch z nich. Do przybitych ogniem żołnierzy pędziło już dwóch kolejnych. Ci, którzy opuścili posterunek przy wylocie drogi i teraz biegli na odsiecz dowódcy także ciskali granatami we wroga. Jednak huk ich eksplozji znikł wśród odgłosów wybuchu sto razy silniejszego. Błysk światła na chwilę oślepił wszystkich - to helikopter został skutecznie ustrzelony i spadł na plac. Teraz przerył kostkę pokrywającą strefę lądowania i stanął w płomieniach. Wrogowie, którzy okazali się furtką ewakuacyjną dla Piotrowicza zaczęli się wycofywać. Pościg nie miał najmniejszego sensu. W nieładzie komunikatów radiowych nagle porządek zaprowadził Henry.

- Strąciliśmy śmigłowiec, zabezpieczyliśmy strefę lądowania i wrak. Mark, możesz wezwać wsparcie. Mark, słyszysz mnie ? Mark!?

Mark teraz jednak siedział oparty o koło z wyciągniętymi przed siebie nogami. Ręką trzymał jeszcze swój karabin, mętny wzrok wbity miał tępo przed siebie. Krew spływała mu po brodzie, kapała na mundur. Kamizelka powoli nasiąkała czerwienią, która zmieniała się w szkarłat i wreszcie w czerń.

- Mark dostał! Potrzebny medyk! Szybko! Kurwa szybko! - Greg krzyczał do radia, nie widząc co robić.

Zdjął kamizelkę z magazynkami i granatami, zdarł mundur. Cała klatka piersiowa dowódcy zalana była krwią. Uciskając ranę czekał aż żołnierz stojący obok trzęsącymi się rękoma rozwinie bandaże. W eterze słychać było rozmowę dowódcy oddziału drugiego z kimś spoza placu, najpewniej z pilotami śmigłowców. Greg jednak teraz starał się uratować człowieka, zatrzymać. Całe ręce miał nią pokryte, ciuchy brudne i przesiąknięte. Ktoś podbiegł do niego, złapał go za ramię i kazał odejść. To sanitariusz, który zdyszany zajął się Markiem. Komandos powoli ruszył w stronę placu. Zdjął hełm, odetchnął głęboko. Za piętnaście minut będzie już w śmigłowcu, za kilka godzin w bazie, za parę dni w domu. Usiadł na jakiejś ławce, schował twarz w zakrwawionych dłoniach.

Martwą ciszę wreszcie przerwał warkot silników. Na niebie pojawiło się kilka maszyn, które gładko usiadły na placu, nieopodal dopalających się wraków. Wysypali się z nich żołnierze, naukowcy i wysocy rangą dowódcy. Jakiś generał podszedł do obecnego dowódcy. Henry zasalutował i opowiedział o akcji. Minęło blisko piętnaście minut i przy maszynie pojawił się zdyszany snajper. Zasalutował dowódcy i padł na najbliższą ławkę. Do rozmawiających podszedł jakiś facet w białym fartuchu

- Sir! Nie uwierzy pan. We wraku znaleźliśmy profesora Lee Tanga. Żyje … jeżeli można to tak nazwać.

- Jak to ? - Zdziwiony generał nie wierzył w to co słyszał.

- Został z niego mózg, oko i kręgosłup. Resztę zapakował w mechaniczny kombinezon. Swoją drogą niesamowita technologia. Rozszarpał jednego z żołnierzy nim udało się go obezwładnić. Naprawdę nieprzyjemny widok. Mamy też obiekt transakcji.

- Świetnie, zapakujcie wszystko do mojego śmigłowca. Tego czubka też zapakujcie, ale nie do mojego bo jeszcze mu coś zrobię. Przyda się nam taka technologia. I pospieszcie się, przed świtem ma nas już tu nie być.

- Tak jest sir! -
Naukowiec jeszcze zasalutował na odchodne i wydając polecenia szedł w stronę wraku.

- Zadziwiające, jak skurczybyk się uchował, nie ? - Generał zagadał do Henry’ego.

- Sam do niego strzelałem, sir. - Przysłuchujący się wszystkiemu Aleks wciął się w rozmowę. - Pamiętam jak w tej jego popieprzonej fabryce w Chinach rozwaliłem mu łeb. Nie zobaczyłem już jak skurwiel się wykrwawia bo myśliwce zbombardowały kompleks, ale jak Boga kocham - rozwaliłem go.

Na twarzy snajpera malowało się coś między oburzeniem, a obrzydzeniem. Generał przysłuchiwał się mu, nie komentując. Myślał, co widać było po jego minie.

- Dobrze, gwarantuję że więcej go nie zobaczysz, żołnierzu. Możesz z resztą odejść do helikoptera. - Po wymianie salutów snajper odszedł, modląc się by po drodze do bazy już nic więcej go nie spotkało.

Odlatując snajper oglądał po raz ostatni to martwe miasto. W oddali dogasały płonące czołgi, wrak śmigłowca dymił obficie. Żadnego życia, tylko śmierć. Nic więcej nie czeka każdego kto tu zawędruje. Tak skończyło siedmiu komandosów, tak skończył Mark - dowódca całej akcji. Tak skończyło wielu komunistów, którzy chcieli tu dobić targu myśląc, że nikt ich tu nie znajdzie. W ciągu tej nocy życie straciło zbyt wielu dobrych żołnierzy ….
Odpowiedź z Cytowaniem
  #2  
Makotto on 07-03-2011, 15:50
Ocena użytkownika
Język
100%100%100%
5
Spójność
80%80%80%
4
Kreatywność
100%100%100%
5
Przekaz
100%100%100%
5
Wrażenie Ogólne
100%100%100%
5
Średnia:96%
Miło

Ogółem przyjemnie się czytało. Prosto, żołniersko i przyjemnie. Dobrze napisane Sience-Fiction.
Odpowiedź z Cytowaniem
  #3  
Aschaar on 20-03-2011, 09:14
Nieźle. - W telegraficznym skrócie.
A teraz malkontent mode on.

W warstwie fabularnej - końcówka zupełnie mi nie siadła. Gada dwu wyższych stopniem i funkcją (w tym generał) i nawet zapytany - za przeproszeniem - snajperzyna "wciąga się w rozmowę"?!? W dodatku, tak sobie, bez żadnego "jeżeli wolno mi zauważyć", "tak jest sir, zadziwiające"? Pomijam już fakt, że skoro znaleziono go "żywego" to guzik kogoś interesuje, czy ktoś do niego strzelał czy nie (najwidoczniej strzelał nieskutecznie). Odpowiedź generała jest też ni w kij ni w oko... Niby chce go pocieszyć, ale zwraca się formalnie "żołnierzu" (lepiej pasowałoby w tym kontekście "synu")...


Forma...

Arsene, błagam, weź ty jaką książkę i zobacz formatowanie!

Błędem intepunkcyjnym jest "odstrzeliwanie" znaków interpunkcyjnych od poprzedzajacego wyrazu (pomijając, zę idiotycznie to wygląda). Żadnego "mnie ?" czy "Piotrowicza ?" - zawsze "mnie?" i "Piotrowicza?" oraz "żołnierzy...". Co ciekawe - piszesz też poprawnie, więc... niechlujstwo czy niechciejstwo?

Dialogi. Linie dialogowe pisze się razem, bez interlinii. Wstawiając ją tylko przed i po dialogu (lub sekcji dialogowej). U ciebie notorycznie jest odstęp, który utrudnia czytanie i zrozumienie tekstu... Idzie o to, ze końcówka powinna być sformatowana tak:

Cytat:
Martwą ciszę wreszcie przerwał warkot silników. Na niebie pojawiło się kilka maszyn, które gładko usiadły na placu, nieopodal dopalających się wraków. Wysypali się z nich żołnierze, naukowcy i wysocy rangą dowódcy. Jakiś generał podszedł do obecnego dowódcy. Henry zasalutował i opowiedział o akcji. Minęło blisko piętnaście minut i przy maszynie pojawił się zdyszany snajper. Zasalutował dowódcy i padł na najbliższą ławkę. Do rozmawiających podszedł jakiś facet w białym fartuchu

- Sir! Nie uwierzy pan. We wraku znaleźliśmy profesora Lee Tanga. Żyje … jeżeli można to tak nazwać.
- Jak to ? - Zdziwiony generał nie wierzył w to co słyszał.
- Został z niego mózg, oko i kręgosłup. Resztę zapakował w mechaniczny kombinezon. Swoją drogą niesamowita technologia. Rozszarpał jednego z żołnierzy nim udało się go obezwładnić. Naprawdę nieprzyjemny widok. Mamy też obiekt transakcji.
- Świetnie, zapakujcie wszystko do mojego śmigłowca. Tego czubka też zapakujcie, ale nie do mojego bo jeszcze mu coś zrobię. Przyda się nam taka technologia. I pospieszcie się, przed świtem ma nas już tu nie być.
- Tak jest sir! - Naukowiec jeszcze zasalutował na odchodne i wydając polecenia szedł w stronę wraku.
- Zadziwiające, jak skurczybyk się uchował, nie? - Generał zagadał do Henry’ego.
- Sam do niego strzelałem, sir. - Przysłuchujący się wszystkiemu Aleks wciął się w rozmowę. - Pamiętam jak w tej jego popieprzonej fabryce w Chinach rozwaliłem mu łeb. Nie zobaczyłem już jak skurwiel się wykrwawia bo myśliwce zbombardowały kompleks, ale jak Boga kocham - rozwaliłem go.

Na twarzy snajpera malowało się coś między oburzeniem, a obrzydzeniem. Generał przysłuchiwał się mu, nie komentując. Myślał, co widać było po jego minie.

- Dobrze, gwarantuję że więcej go nie zobaczysz, żołnierzu. Możesz z resztą odejść do helikoptera. - Po wymianie salutów snajper odszedł, modląc się by po drodze do bazy już nic więcej go nie spotkało.

Odlatując snajper oglądał po raz ostatni to martwe miasto. W oddali dogasały płonące czołgi, wrak śmigłowca dymił obficie. Żadnego życia, tylko śmierć. Nic więcej nie czeka każdego kto tu zawędruje. Tak skończyło siedmiu komandosów, tak skończył Mark - dowódca całej akcji. Tak skończyło wielu komunistów, którzy chcieli tu dobić targu myśląc, że nikt ich tu nie znajdzie. W ciągu tej nocy życie straciło zbyt wielu dobrych żołnierzy...
Odpowiedź z Cytowaniem
  #4  
Arsene on 22-03-2011, 02:51
Cytat:
Napisał Aschaar Zobacz post
Nieźle. - W telegraficznym skrócie.
A teraz malkontent mode on.

W warstwie fabularnej - końcówka zupełnie mi nie siadła. Gada dwu wyższych stopniem i funkcją (w tym generał) i nawet zapytany - za przeproszeniem - snajperzyna "wciąga się w rozmowę"?!? W dodatku, tak sobie, bez żadnego "jeżeli wolno mi zauważyć", "tak jest sir, zadziwiające"? Pomijam już fakt, że skoro znaleziono go "żywego" to guzik kogoś interesuje, czy ktoś do niego strzelał czy nie (najwidoczniej strzelał nieskutecznie). Odpowiedź generała jest też ni w kij ni w oko... Niby chce go pocieszyć, ale zwraca się formalnie "żołnierzu" (lepiej pasowałoby w tym kontekście "synu")...
Tak, to mi trochę nie wyszło, mój błąd. Dzięki za uwagę.

Cytat:
Forma...

Arsene, błagam, weź ty jaką książkę i zobacz formatowanie!
Już zaglądam pod łóżko. O, jest! Eee ... nie, "Main Kampf" ... wezmę coś innego. Dobra, mam. I co dalej ?

Cytat:
Błędem intepunkcyjnym jest "odstrzeliwanie" znaków interpunkcyjnych od poprzedzajacego wyrazu (pomijając, zę idiotycznie to wygląda). Żadnego "mnie ?" czy "Piotrowicza ?" - zawsze "mnie?" i "Piotrowicza?" oraz "żołnierzy...". Co ciekawe - piszesz też poprawnie, więc... niechlujstwo czy niechciejstwo?
Kurczę, sam nie wiem. Może do tej pory jakoś nieszczególnie zwracałem na to uwagę?* Dzięki za poruszenie tej kwestii, teraz postaram się na to spoglądać przy pisaniu.

Cytat:
Dialogi. Linie dialogowe pisze się razem, bez interlinii. Wstawiając ją tylko przed i po dialogu (lub sekcji dialogowej). U ciebie notorycznie jest odstęp, który utrudnia czytanie i zrozumienie tekstu... Idzie o to, ze końcówka powinna być sformatowana tak:
Tak, teraz toś mnie uświadomił. I za to dzięki wielkie

Myślę, że takie błędy wynikają głównie z tego, że w szkole nie uczą czegoś takiego, przynajmniej na moim poziomie W każdym razie dzięki, że przeczytałeś i jeszcze wytknąłeś błędów kilka. Dodam jeszcze, że pisanie dialogów nigdy nie było moją mocną stroną, to cały czas ćwiczę. No i część druga jest w ... połowie, może dwóch trzecich napisana Zobaczymy jak wyjdzie.

*Musiałem edytować, bo "odstrzeliłem" znak zapytania
Ostatnio edytowane przez Arsene : 22-03-2011 o 02:55.
Odpowiedź z Cytowaniem
  #5  
Arvelus on 25-03-2011, 10:45
No to i ja się wypowiem

Opowiadanie ciekawe, przyjemnie się czyta.
Poza wymienionymi (których w większości i tak nie dostrzegłem:P), zauważyłem jeden błąd
Cytat:
Greg jednak teraz starał się uratować człowieka, zatrzymać. Całe ręce miał nią pokryte, ciuchy brudne i przesiąknięte
Wiem, że chodzi o krew, Ty wiesz, że chodzi o krew, on wie, że chodzi o krew, wszyscy wiedzą, że chodzi o krew, ale napisać nie zaszkodzi

Poza tym widzę tu pewną nieścisłość.
Raz mówisz, że z profesorka pozostała głowa, potem mózg, oko i kawałek kręgosłupa, a na końcu, że ten mózg został przestrzelony z karabinu snajperskiego. Porządna snajperka potrafi rozsadzić łeb
http://shuseki-kai.blog.so-net.ne.jp...a_headshot.jpg
I wydaje mi się, że to nie była snajperka;]
Choć głowy nie dam. Tak czy siak headshota mózg raczej nie przeżyje.
Odpowiedź z Cytowaniem
komentarz



Zasady Pisania Postów
You may Nie post new articles
You may Nie post comments
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 18:23.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site
artykuły rpg

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166