![]() | ![]() |
![]() |
| |||||||
| Sesje RPG -Autorskie Ścieżki wyobraźni są kręte. Sprawdź jak daleko wyobraźnia zaprowadziła wielu tych, którzy dali się jej ponieść. Zagraj w sesje oparte na systemach autorskich |
![]() |
| | Narzędzia wątku | Wygląd |
| | #161 |
![]() | Archibald Roderyk de Valsoy h. Pęk Strzał Sytuacja rozwijała się błyskawicznie. Andre ruszył po biskupa, Atter stał już przed obliczem hrabiego. Archibald nie był politykiem, nie był nawet przywódcą z prawdziwego zdarzenia. W końcu z jakiegoś powodu opuścił metropolię by zamieszkać w rodzinnym, prowincjonalnym Valsoy. Przysłuchiwał się rozmowie hrabiego z Atterem i ze złości aż zacisnął pięści. Wysłuchał jednej odpowiedzi, potem drugiej. Otaksował złym spojrzeniem łagodnie uśmiechnięte oblicze Attera, blade, lecz uśmiechnięte. W oczach dojrzał straszliwy chłód i spokój. Potem postarał się wewnętrznie uspokoić, nie chciał pokazać zdrajcy, że najchętniej rozerwałby go na strzępy, że z coraz większym trudem panuje nad sobą: - Wasza Miłość, za przeproszeniem, żal by taki człowiek rozmawiał z Waszą Miłością. Proszę mi go oddać, porozmawiam z nim, jak z najemnikami w leśnej chacie. Szybciej, efektywniej i w bardziej dla tego człowieka dostojny sposób. Nagle dosłyszał dobiegające gdzieś z korytarza krzyki. Ktoś go wołał. Sara! Zerwał się i przeskakując stół, przy którym siedział, wypadł na korytarz, dobywając w locie miecza. Wylądował na obu nogach podpierając się wolną dłonią, wyprostował i pobiegł w kierunku wołającej dziewczyny. Już biegnąc, czuł łupiący ból w plecach. Podczas skoku musiał nadwerężyć jakiś mięsień. Ech, nie dla niego takie eskapady. Wreszcie wypadł na Sarę. Dziewczyna trzymała w dłoni miecz. Rycerz zatrzymał się, oparł wolną dłoń o Plecu, starając się wymasować ból z grzbietu: - Uffff, dzierlatko, przestraszyłaś mnie. Drzesz się jakby ktoś cię ze skóry obdzierał. Co się stało? Dziewczyna gorączkowo opowiedziała, czego była świadkiem, a raczej… Rycerz przełknął ślinę. Z natury niewielu rzeczy się bał, ale wyrywanie zmarłym ich tajemnic, to i dla niego było za dużo. Chwycił Sarę za ramię i pociągnął z powrotem do komnaty hrabiego. Wpadł do niej jak burza, licząc, że władca jakoś przełknie w tej sytuacje zachowanie nie całkiem zgodne z etykietą: - Wasza Miłość!! Proszę wybaczyć moje zachowanie, sprawa niezwykle ważna! Nie czekając odpowiedzi, dopadł Franciszka i jak najciszej opowiedział mu o wizji Sary, rycerzu w purpurowym płaszczu, licząc przy okazji, ze mu hrabia coś więcej wyjaśni w tej kwestii, a wreszcie wstał skłonił się i rzekł: - Wasza Miłość, zgodnie z otrzymanymi wytycznymi od Waszej Miłości, ruszam spełnić rozkazy. Proszę o to, by alchemiczka Sara mogła mi towarzyszyć. |
| | |
| Reklama |
| |
| | #162 |
![]() | - Wasza Miłość, za przeproszeniem, żal by taki człowiek rozmawiał z Waszą Miłością. Proszę mi go oddać, porozmawiam z nim, jak z najemnikami w leśnej chacie. Szybciej, efektywniej i w bardziej dla tego człowieka dostojny sposób. -Jeśli zajdzie taka potrzeba pałac posiada ludzi znacznie lepiej wykwalifikowanych w tej dziedzinie od ciebie. I mam nadzieję, że nigdy już nie będzie ci dane kwalifikacji swoich podnosić. - odparł Franciszek Wtem stary rycerz coś usłyszał. Faktycznie jeśli dobrze się wsłuchać to jakiś bliżej nieokreślony hałas dobiegał do komnaty. Hrabia powinien może czuć się nieco zawstydzony, że stare zmysły Archibalda działają lepiej od jego własnych, ale kiedy z ruchu warg rycerza wyczytał imię jakie skojarzył z dźwiękiem nie zdziwił się aż tak bardzo. Pozwolił wybiec Roderykowi w poszukiwaniu swojej podopiecznej. Sam ze względów dla siebie oczywistych nie mógł ruszyć za nim. Kiedy oboje powrócili do komnaty hrabiego Attera już w niej nie było. Franciszek z zaciekawieniem wysłuchał ich relacji i zamyślił się. W końcu odpowiedział. - Niestety nie wiem więcej niż wy o owym tajemniczym - Na jego twarzy przebiegł wcale nie pokrzepiający uśmiech. - Ale chyba znam kogoś kto pomoże nam rozświetlić tę sprawę. Oczywiście najpierw trzeba załatwić wszystkie polityczne formalności, ale po tym nie zamierzam czekać z założonymi rękami na ruch Geutrin. - Powiedział to jakby do siebie. - Jeśli oczywiście nadal jesteście zainteresowani przydybaniem smoka, chciałbym żebyście wspólnie ze mną i Andre odwiedzili kopalinie Arisch. Niedługo postaram się wam wszystko wyjaśnić. Tymczasem sprawy stricto polityczno-administracyjne czekają. - Franciszek uśmiechnął się wreszcie Naturalnie Sara może ci towarzyszyć.
__________________ Coś fajnego odroczone chwilowo przez sprawy osobiste :| . . . . . Zwierzątka . . . . . |
| | |
| | #163 |
![]() | Pojawienie się bandy oprychów dało druidce do myślenia. Zmierzyła biskupa przeciągłym spojrzeniem. Z jakiego powodu ktoś rzekomo działający z woli hrabiego de Clee miałby czyhać na życie głowy kościoła? Fakt, że słowa pochodzące z ust ludzi wyglądających raczej na płatnych morderców niż wysłanników głowy hrabstwa nie były wiarygodne, ale mimo to A’Grynn wzbudził w Venti niepokój. Postanowiła jednak poczekać z pytaniami do chwili, gdy znajdą się w choć trochę bezpieczniejszym miejscu. „Na chwilę obecną możesz się jeszcze przydać, ojczulku” – zaśmiała się w myślach. – „Chociażby po to, żeby nas wyprowadzić z tego bagna.” Sytuacja wymagała szybkiego podejmowania decyzji. - W takim razie proponuję stąd zwyczajnie uciekać – odpowiedziała druidka Hellowi, spoglądając znacząco na biskupa. „Tak, z pewnością w tej posiadłości roi się od ukrytych przejść” – stwierdziła, gdy sługa Doriana wychynął zza kotary na dźwięk słów A’Grynna. „Ciekawe dokąd idziemy” – zastanawiała się , gdy zatrzymali się przy jakichś drzwiach. Dalsze wydarzenia potoczyły się w błyskawicznym tempie. Venti skrzywiła się, gdy pierwszy z oprychów zwalił się na ziemię z panicznym wyrazem na twarzy. - Przykro mi, bracie. Z tego się już nie wyliżesz – mruknęła pod nosem, widząc jak raniony zwija się z bólu w powiększającej się kałuży krwi. Dziewczyna zniknęła w drzwiach, podążając za biskupem. Nie miała najmniejszej ochoty obserwować przedstawienia do końca. „Doprawdy, istny labirynt” – zaśmiała się w myślach, gdy zawalona zwojami pergaminu szafa odsunęła się, okazując kolejny tajemny korytarz. – „I do tego nieźle zabezpieczony” – stwierdziła, widząc jak solidna płyta zasłania przejście. Druidka wzięła latarnię z ręki rycerza i ruszyła za A’Grynnem, zastanawiając się, czy to odpowiednie miejsce na zadawanie pytań. Jednak zanim zdążyła się zdecydować, poczuła na ramieniu dłoń Hella. - A według ciebie mieliśmy jakieś wyjście? – Venti odpowiedziała pytaniem na pytanie. – Nie sądzę, żeby ktokolwiek z tamtych chciał nas wysłuchać. Nawet jeśli rzeczywiście działali z ramienia hrabiego de Clee, to byli jedynie bandą wynajętą żeby zabić biskupa. – Poprawiła wiązanie buta. - Niezależnie od tego, kto im stanie na drodze. A swoją drogą… Dziewczyna przyspieszyła tempo na tyle, by A’Grynn mógł ją usłyszeć, nie do końca pewna, czy dobrze robi. - Wasza Ekscelencjo – zaczęła, siląc się na zdawkowy ton. – Czy jest jakiś szczególny powód, dla którego hrabia mógłby chcieć śmierci Waszej Eminencji? Miała nadzieję, że w najgorszym wypadku odpowiedź nie zostanie jej udzielona.
__________________ Do zobaczenia za kilka miesięcy :) |
| | |
| | #164 |
![]() | ![]() „Ból – strach wypełniający ludzkie serca zawsze gdy ujrzą tę kartę jest poparty wieloma z nią doświadczeniami. Symbol ten jest jednym z najgorszych w całej talii, zwiastuje nadchodzące cierpienie. Mimo to karta ta wyraźnie mówi, iż los można jeszcze odmienić- wymaga to wiele starań, ale nie wszystko jest jeszcze stracone. I trzeba o tym pamiętać za każdym razem, gdy spomiędzy innych znaków wysunie się właśnie ten.” „Kart Tarota Arishiańskiego Objaśnienia”, autorstwa Janny Gaździełło *** - Czy jest jakiś szczególny powód, dla którego hrabia mógłby chcieć śmierci Waszej Eminencji?- spytała w końcu Venti, zatrzymując tym samym na chwilę pochód. A’Grynn spojrzał na nią spokojnym wzrokiem, przez chwilę wpatrując się w oczy dziewczyny, a potem pod jego nosem pojawił się drwiący uśmieszek, który zdawał się mówić „No zgadnij, dziecko!”. Odwrócił się i, dając znak dwójce strażników, ruszył znów przed siebie. Dopiero po chwili odezwał się: - Wszystko w swoim czasie, moje dziecię. Już niebawem będziemy mieli trochę czasu, by porozmawiać. Cóż, w porównaniu do paniki, w która wpadł gdy rozpoczął się atak, był nad wyraz spokojny. I zdecydowanie mniej uprzejmy. Cóż, teraz jednak byli w jego podziemiach, zdani na jego łaskę- trudno było więc oczekiwać ukłonów. W tej chwili nie mieli jak się wycofać- po tylu zakrętach nie pamiętali już drogi powrotnej, a po tych korytarzach mogliby się błąkać do śmierci. Zapewne głodowej. W końcu jednak dotarli do sporych, ciężkich wrót, za którymi czekał na nich zgoła niespodziewany widok- podziemną… przystań! Przed nimi znajdował się zbiornik wodny z kilkoma kładkami, przy których zacumowane były cztery duże łodzie. Wyjść- czy raczej wypłynąć- dało się stąd długim, zalanym wodą korytarzem, który płynął gdzieś na wschód- zapewne ku najbliższej rzece. Prawdziwa baza ucieczkowa… Przy jednej z łodzi stało już pięciu mężczyzn, wszyscy w szatach mnichów. Wszyscy wykonali delikatne pokłony przed biskupem, po chwili jeden z nich- najstarszy, z dość długą, siwą brodą- wystąpił przed szereg i ruszył w kierunku Doriana. - Gdzie szósty?- rzucił krótko A’Grynn, ze skrępowaniem spoglądając na Hella i Venti. - Pozostał. W naszej obecności poprzysiągł wierność rządom de Clee.- rzucił cicho mnich. A’Grynn przesunął tylko wskazującym palcem po gardle. Ten gest mówił wystarczająco wiele, by jeden ze strażników pobiegł wzdłuż ściany, wchodząc w na pierwszy rzut oka niewidoczne drzwi. Tak oto swe interesy załatwia Dorian A’Grynn, głowa kościoła w Arish… - Zapraszam na łódź.- wskazał ręką duchowny, widząc zmieszanie na twarzach Venti i Hella. *** - Wiadomo gdzie?- spytał po chwili najemnik - Tajest! Znaczy się, znaleźliśmy tajne przejścia, ale to jakiś labirynt… Korytarzy tyle, że… - Nie obchodzi mnie to! Natychmiast wysłać tam ludzi, przeszukać całość i ustalić drogę, którą uciekał biskup z jego ludźmi!- ryknął cudzoziemiec. Cóż, gdy tylko dowie się, którędy uciekli, dorwie ich albo w mieście, albo poprosi hrabiego o jakiś oddział- de Clee z pewnością nie będzie szczędził wojsk by dorwać swego głównego przeciwnika politycznego. A przynajmniej jednego z głównych… Szybkim krokiem Andre udał się w stronę pałacu, posyłając pożegnalne spojrzenie powoli wstającemu z ziemi Seigherowi. *** - O wszystkim, Franciszku, dowiedziałem się dopiero na placu. Tam spotkałem pierwszy raz od dość dawna Gatiusza z Berdii, tam też- na chwilę przed jego śmiercią zadaną mieczami mości panów- zamieniłem z nim pierwsze od dość dawna słowa. I, jak mówiłem, nie mówił mi niczego związanego z jego planami, lecz jedynie o swej rodzinie i… No, może mówił o jednej rzeczy.- przerwał na chwilę Atter, tym samym skupiając uwagę wszystkich zebranych w komnacie- Pański sobowtór, hrabio… Mam wrażenie, iż czas się ujawnić ogółowi, bowiem dotychczasowy hrabia… No cóż. Jeżeli plany Gatiusza powiodły się, jest w tej chwili martwy. Chwilę trwało jeszcze wymuszanie informacji z Attera, lecz nie wiedział niczego więcej. W końcu Franciszek I zdecydował się wysłać doradcę do lochów, samemu zostając z problemem śmierci osoby, którą większość mieszkańców Arish uznawało za ich władcę… *** ![]() W końcu, po chyba dwudziestu minutach podróży, dołączył do nich biskup, który wcześniej razem z resztą duchownych ustalał jakiś plan. Zerknął jeszcze porozumiewawczo na dwóch strażników, którzy podróżowali razem z nimi, a gdy ci oddalili się na drugi koniec łodzi, zaczął mówić. - Winny jestem wam przeprosiny i wyjaśnienie, moi mili. Niestety, sytuacja zmusiła mnie do zabrania was w tę podróż, gdybyście zostali w korytarzach z pewnością wojska hrabiego w końcu by was odnalazły i skazały na śmierć. Rzec można, iż jesteśmy już w jego oczach wspólnikami- może to więc dobra okazja, byście rzeczywiście dołączyli do mnie i pomogli w realizacji moich planów?- przerwał na chwilę duchowny. - Przede wszystkim sprawa chłopca. Jak mniemam, macie wciąż wiele pytań, postaram się wam o nim opowiedzieć. Chłopiec przez mnichów z Zakonu Jedynego został uznany za, jak już pewnie się domyślacie, samego… Powracającego. Uznali go za nową postać bóstwa, co zgadza się z proroctwami co do jego wyglądu i miejsca narodzenia… A jednak, to herezja. Prawdziwa herezja. Wiecie dlaczego? Duchowny wziął głęboki oddech, po czym poważnie spojrzał na twarze Venti i Hella. - Bo Powracający już się narodził. Przyszedł na świat czterdzieści jeden lat temu, zgodnie z przepowiedniami w wieku czterdziestu lat objawiły się jego moce. Narodził się daleko stąd, na ziemiach barbarzyńców i całe swe życie zmierzał do hrabstwa, by zastać miejsce, w którym o religii nikt już nie pamięta. W którym prawdziwa wiara nie ma znaczenia, w którym ród de Clee odciąga ludzi od wiary, sprawuje okrutną władzę niezgodną z tym, co lata temu ustalił Powracający, gdy tworzył nasz kraj… A to my, właśnie my, mamy być krajem zbawionym! To nas pod koniec swego pobytu tutaj zabierze On do domu, do swego domu gdzie żyć będziemy w wiecznym szczęściu! Ale nie może nas zabrać takich jak teraz. - Chłopiec to herezja. Ja służę prawdziwemu Powracającemu. I to właśnie do niego się udajemy. Nad ranem dopłyniemy do naszego obozu. Tam będą czekać nasi przyjaciele- armie paru wielkich magnatów, moi najemnicy, ludzie samego Oberycuma, całe jego wojska- nie tylko ludzkie, bo jak mówią pisma- zjednoczy każdą istotę… Rycerze Pana Poranku, wielu wolnych rycerzy, a także nasi nowi sojusznicy- Armia Geutrin z Księciem Viktorem VI na czele. Gdy przybędzie sam Powracający ustalimy plan działania i ruszymy do ataku. Do walki o Arish, do walki o wolność i o nasze zbawienie. A pomoże nam w tym też Smok. Widząc zdziwienie na twarzach rozmówców, A’Grynn uśmiechnął się tylko i wstał. - Tak, moi mili. Smok też jest po naszej stronie.- zrobił krótką pauzę- na tyle długą, by zdecydowanie podkreślić swe słowa, lecz także na tyle krótką, by nikt nie zdążył zadać pytania- A teraz wybaczcie, obowiązki wzywają. Porozmawiamy jeszcze w nocy, mam nadzieję. Powolnym krokiem odszedł od dwójki bohaterów, zostawiając ich z tysiącem pytań w głowach… *** Już po wszystkim, myślał Archibald opuszczając Komnatę Rycerską w Pałacu Bohaterów. Rozmowa z głowami zakonów rycerskich była ciężka dla każdego uczestnika- w tym także dla de Valsoya, który z jednej strony chciał na siłę bronić interesów swoich „braci”, z drugiej zaś- zapobiec wojnie, która zbliża się do hrabstwa wielkimi krokami. Koniec końców mógł jednak uznać tę dyskusję za wielki sukces hrabiego, który kroczył dumnie tuż obok niego. Każdy z ważniejszych zakonów poprzysiągł wierność Franciszkowi, a wspólna modlitwa mająca na celu utrzymanie wszystkich rycerzy w tym postanowieniu wyglądała naprawdę efektownie. Tylko Al’Thor, jako jedyny bez stanu rycerskiego, czuł się dziwnie podczas ceremonii- nieustannie zastanawiał się bowiem nad wiadomością, która przyszła do niego w ostatniej chwili- droga, którą ucieka biskup została odnaleziona, w jego ślady puszczono zaś oddział najemnej konnicy. Sara zaś… Cóż, Sara siedząc przy drzwiach miała o wiele ciekawsze zajęcia niż obserwowanie modlitwy- chociażby jeżdżenie ręką po zamszowym fotelu na którym miała okazje spocząć. W końcu wszelkie polityczne sprawy w stolicy zostały załatwione. Hrabia de Clee zarzucił na głowę kaptur, podobnie jego medyk, i razem z Archibaldem, Sarą, Andre i dwójką rycerzy dębu wyruszyli ku kopalni, na drugą stronę hrabstwa Arish… *** Gdy de Mer zapadał już w sen, zmęczony wielodniową podróżą do hrabstwa i dniem pełnym emocji, Venti usłyszała ten dźwięk. Potrafiła rozpoznać jaki trzask wydaje gałązka łamana pod nogą wilka, lisa, dzika, niedźwiedzia, borsuka czy nawet większego ptaka- to nie był żaden z tych dźwięków. Ludzie. Ktoś stopą odgarnia liście, ktoś… Gdzieś dalej konie, prychają, stoją już tam trochę, są zniecierpliwione… Przecież właśnie ich… - ATAKUJĄ!- krzyknęła, budząc natychmiast Hella i Doriana. Resztę obudziły już haki, które zawiązane na końcu lin zostały zarzucone na burtę łodzi. Mocny wstrząs niemal powalił wszystkich na pokład, a przy tym spowodował upadek jednego ze śpiących mnichów na ziemię. Kolejne wstrząsy spowodowały, iż po paru sekundach łódka była tuż przy brzegu… Huk hakownic dał się słyszeć w całym okolicznym lesie. Kolejne kule dziurawiły duchownych, po chwili już dwóch rannych płynęło dalej z nurtem rzeki. Po pierwszej salwie, gdy wszyscy oczekiwali z przerażeniem drugiej, dało się usłyszeć kroki wrogów- i po chwili piątka rosłych mężczyzn odzianych w skórzane kaftany i futrzane czapy wylądowała na pokładzie. Wojska barbarzyńskie, widać to było- zresztą, kto normalny skakałby przez rzekę na łódź… A jednak, na ich ubraniach widać było herb Arish i rodu de Clee… Wojska Franciszka I? - Złożyć broń!- wrzasnęli i w tej samej chwili spod pokładu wyskoczyło dwóch ciężkozbrojnych strażników biskupich. Zapowiadała się długa i ciężka dla obu stron walka… Chyba, że którejś stronie okaże się wsparcie ,pomyślał Hell. Czy znając plany Doriana wciąż chcą stawać po jego stronie…? *** - NA POWRACAJĄCEGO!- zakrzyknął nagle Herbert, unosząc w górę dłoń. Światło księżyca doskonale prezentowało jedną sylwetkę. Smoka. Bestię, o której zdążyli już zapomnieć, za którą uważali swoich przeciwników politycznych. Skrzydlatego gada uosabianego z Gatiuszem, Dorianem A’Grynnem czy tajemniczym Oberycumem. Teraz jednak bestia postanowiła o sobie przypomnieć. I robiła to w aż nazbyt dotkliwy sposób. Leciała prosto na Ville-de-Clee.
__________________ Kutak - to brzmi dumnie. |
| | |
| | #165 |
| Obsługa ![]() | „Chyba coś przegapiłam...” Sara skrzywiła się, przyglądając w milczeniu, jak wszyscy wokół gną się i uniżenie podchodzą do Aleksandra. Oczywiście wojak był niezłym strategiem, pewnie zasłynął w niejednej bitwie, ale coś tu było nie tak... Musiała się dowiedzieć, o co chodzi. Niestety, akurat trwała ceremonia i nawet nieobeznania z dworską etykietą dziewczyna wiedziała, że nie powinna teraz przeszkadzać. Leniwie rysując palcem niewidzialne figury na poręczy fotela, w którym siedziała, alchemiczka obserwowała rozrywająca się scenę przed jej oczami i nie potrafiła powstrzymać grymasu niezadowolenia. „A mówią, że to baby mają skłonność do odstawiania szopek...” Pośród zebranych wzrokiem odszukała Andre. On z racji swych cudzoziemskich korzeni nie brał udziału w ceremonii i prawdopodobnie podzielał zdanie dziewczyny, że oto marnują czas. Uśmiechnęła się do niego i mrugnęła okiem. Jeśli myślał podobnie – zrozumiał. Gdy wreszcie obchody zostały zakończone, Sara zerwała się ze swego miejsca. Czuła jak wewnętrzny niepokój narasta. Bała się o Sante, ale... to nie tylko o to chodziło. Próbując zająć myśli czymś innym, odszukała Archibalda i odciągając go nieco na bok, zapytała, o co chodzi z tym nagłym wyniesieniem Aleksandra. Stary wiarus zwięźle przedstawił jej wydarzenia ostatniej godziny oraz rozmowę z Aleksandrem, czy też raczej Franciszkiem I. Oczy dziewczyny w trakcie opowieści robiły się coraz większe i większe, aż w końcu osiągnęły kształt monet. „Czy to żart? Wątpliwe. A zatem... mam przesrane.” Przed jej oczami przeleciały wszystkie sceny, kiedy to pyskowała do hrabiego lub poddawała w wątpliwość jego polecenia. Tak, to było dla niej typowe – wyrobić sobie „dobrą” opinię na starcie. Nagle myśli rozproszyły się. Coś ścisnęło ją za serce. Paniczny strach! Czuła to, czuła zbliżające się niebezpieczeństwo... czuła dym, czuła zapach ludzkiej krwi! Z trudem łapała powietrze w płuca, starając się nieco opanować. Chciała przestrzec swoich towarzyszy, wiedziała jednak, ze nie ma argumentów, by jej posłuchali. W końcu to tylko jej przeczucia, nic więcej. Los Kasandry dostatecznie wyraźnie obrazował jej, co myśli się o takich nadprzyrodzonych zdolnościach u kobiet. „Czarownica, wiedźma, przeklętnica!” – słyszała w myślach wściekłe krzyki. - SMOOOOK!!! – ten wrzask był prawdziwy. A więc i tym razem przeczucia okazały się trafne... akurat teraz, gdy raczej wolałaby sie mylić. Straszliwa bestia zmierzała wprost na miasto, w którym znajdowali się bohaterowie. Była niczym śmierć we własnej postaci - potężna, groźna, nieunikniona... Nie czekając na rozwój wydarzeń, Sara podbiegła do hrabiego de Clee. - Aleks...Franciszku, ta bestia leci tu, by nas zniszczyć! Zaraz stanie się coś bardzo, bardzo złego, ja wiem o tym! – jak zwykle w momencie stresu, alchemiczka zapominała o wszelkiej etykiecie – Zwykłe miecze nie dadzą rady jego łusce. Ten potwór prawdopodobnie ma też w sobie sporo trucizny... Jesli go ktos zrani - zemrze na miejscu. Na dodatek włada ogniem, wiec ten raczej go nie powstrzyma... Mam jednak cos, co może mu zagrozić - kwas, beczkę kwasu w powozie. Starczy, go trochę spreparować i powinien przeżreć pancerz smoczyska, może nawet starczy by zniszczyć trzewia! Trzeba by go tylko jakoś wylać na potwora... Nie wiedziała czy się nie wygłupiła tym pomysłem, ale lepiej się zbłaźnić i coś powiedzieć, niż milczeć i trzymać w sekrecie najlepsze rozwiązanie.
__________________ Czy wiesz że gdy pada śnieg Moje oczy stają się większe A światło którym lśnisz jest niewidoczne? |
| | |
| | #166 |
![]() | Hell w milczeniu siedział na rufie długiej, prawie dziesięciometrowej łodzi, płynącej prawie swobodnie z prądem. Sternik leniwymi ruchami długiego wiosła od czasu do czasu korygował kierunek, zgodnie ze wskazówkami stojącego na dziobie łodzi wachtowego. Reszta liczącej sześć osób załogi spała, zaś zachowanie czuwających członków załogi świadczyło o tym, że rzeka w tym fragmencie swego biegu nie była niebezpieczna i można było sobie pozwolić na nocną żeglugę. Biskup od dawna spał snem sprawiedliwego. Widać, jak każdy fanatyk, nie miał żadnych wyrzutów sumienia wywołanych sprowadzeniem latającej śmierci na niewinnych mieszkańców księstwa. Pewnie, jak wielu przed nim, uważał, że Bóg rozpozna swoich... Myśli Hella nie były tak optymistyczne. Nie bardzo miał ochotę popierać biskupa i sprzyjających mu możnowładców. Nawet gdyby faktycznie sam Odrodzony stanął po stronie A'Grynna... Stosowane przez nich metody zdecydowanie mu nie odpowiadały. A, jak można było wyczytać z oczu Venti, dziewczyna w pełni podzielała jego poglądy. Był tylko jeden problem. Malutki... Biskupowi towarzyszyło pięciu mnichów, sześciu ludzi załogi i dwóch pilnujących chłopca strażników. A dwie osoby to trochę za mało, by wyprawić za burtę lub na tamten świat tylu ludzi. Zwłaszcza że członkowie załogi wyglądali na zaprawionych w bójkach zabijaków, którzy nie zechcą z własnej i nieprzymuszonej woli opuścić pokładu... Zmęczony przeżyciami dnia przymknął oczy. - ATAKUJĄ! Głośny okrzyk Venti wyrwał Hella z drzemki. Nauczony długoletnim doświadczeniem nie zerwał się na równe nogi, ale przyklęknął. Dzięki czemu nagłe szarpnięcie nie zwaliło go na pokład. Odruchowo pochylił głowę słysząc huk wystrzałów. "Sześć, siedem" - policzył. - "Niezbyt dużo" - skomentował. Kątem oka ujrzał dwóch mnichów, którzy z okrzykiem bólu zwalili się do wody. - Nie podnoś głowy - szepnął do Venti, która przykucnęła tuż przy nim. A'Grynn nie potrzebował takiej rady. Najwyraźniej nie zamierzał zostać męczennikiem za sprawę... Kolejna salwa jednak nie padła. Łódź zachwiała się, gdy wskoczyło na nią pięciu barbarzyńców. Ci z lądu widać woleli nie strzelać do swoich... A może przeszkodziło im zamieszanie, jakie wybuchło gdzieś za ich plecami... "Tak jakby pomoc" - myśl przemknęła przez głowę Hella na widok barw hrabiego. Chociaż nie miał zamiaru słuchać wydanego z obcym akcentem rozkazu. Nie bardzo miał ochotę zdać się na czyjąś łaskę i niełaskę... - Zrzucić haki - głośny okrzyk przeszył powietrze. Widać było, że ktoś z załogi nie stracił głowy. Chwilowo bezrobotny sternik wyskoczył zza pleców Hella. Trzymając w ręce wyciągnięty nie wiadomo skąd dość duży topór rzucił się w stronę najbliższego haka. Nie tracił czasu na przecinanie liny, lecz silnym uderzeniem rozwalił burtę. Hak puścił i z lądu dobiegły bezładne okrzyki. Łódź przytrzymywana w miejscu tylko przez drugi hak odsunęła się rufą od brzegu. I obróciła się w miejscu. Dość szybki nurt silnie szarpnął i przechylił łódź. A na pokładzie zrobiło się nieliche zamieszanie. Hell, w którego ramiona wpadła zaskoczona Venti, wylądował na ławie, na której jeszcze niedawno chrapał w najlepsze A'Grynn. Biskup miał mniej szczęścia. Tracąc równowagę padł uderzając głową o kant wspomnianej ławy i odpływając w błogą nieświadomość... Przechył łodzi zdecydowanie nie przyniósł szczęścia napastnikom. Jeden z nich runął do przodu, nadziewając się na odruchowo wystawione ostrze jednego ze strażników. I choć rana nie była śmiertelna, to jednak wojownik zdecydowanie został wyłączony z walki. Trzej mnisi, nie zważając na swego przełożonego, rzucili się czym prędzej pod pokład, zaś załoga, najwyraźniej nie wierząc w dobre intencje napastników, przyłączyła się do walki po stronie strażników biskupa. Z jednym wyjątkiem... Człowiek, który poprzednio stał na dziobie, nie zwracając uwagi na panujące na pokładzie zamieszanie, z zapałem przecinał nożem linę przytrzymującą łódź przy brzegu. Pięciu na dwóch zmieniło się nagle na czterech na ośmiu i sytuacja stała się zdecydowanie ciekawsza. Z krzaków wybiegło kolejnych paru ludzi i pobiegło w stronę łodzi. By ujrzeć, jak tuż przed ich nosem łódź odbija od brzegu, gdy nadcięta lina pękła pod naporem prądu... Najniższy z barbarzyńskich żołnierzy zaklął, gdy nóż jednego z członków załogi wbił mu się w udo. Nim atakujący zdążył się cofnąć, potężne cięcie miecza rozwaliło mu głowę. Runął na pokład, powstrzymując na chwilę idącego za nim sternika. Krew lejąca się obficie z uda nie powstrzymała żołnierza. Idąc za ciosem ruszył do przodu i zaatakował sternika. W tym samym czasie ciężki stalowy marspikiel rzucony ręką jednego z członków załogi przeciął powietrze trafiając w głowę stojącego na czele napastnika. Skórzany hełm nie zamortyzował w pełni siły uderzenia i trafiony zachwiał się i opuścił na moment broń. Wykorzystał to strażnik i zadał celny cios eliminując wroga na zawsze. Okrzyk radości zamarł mu na ustach, gdy kolejny barbarzyńca szybkim pchnięciem wbił mu sztych miecza pod gardło. Równocześnie kolejny żołnierz celnym rzutem noża przygwoździł jednego z członków załogi do ściany nadbudówki. "Pięciu na trzech" - pomyślał Hell. - "Pora na interwencję..." - Przypilnuj A'Grynna - powiedział do Venti, równocześnie w niezbyt delikatny sposób pomagając biskupowi w trwaniu w stanie znacznie odległym od przytomności. Rzucił okiem na brzeg. Paru jeźdźców galopowało wzdłuż brzegu, krzykami wzywając łódź do zatrzymania się. Jakimś dziwnym trafem nikt z będących na pokładzie nie zareagował na to w żaden sposób... Zanim Hell zdążył wkroczyć do akcji sytuacja na placu boju uległa małej zmianie. Sternik i jego przeciwnik, jeden i drugi krwawiący z licznych ran, zamiast wymierzać ciosy bronią tarzali się po pokładzie usiłując na wzajem się udusić. Wyglądało na to, że żaden z nich chwilowo nie osiągnie przewagi... Hell wyczekał chwilę, a potem... Uderzenie płazem miecza pozbawiło przytomności żeglarza. Żołnierz z trudem wyczołgał się spod przygniatającego go ciała, przewrócił na bok i, nie mając pewnie sił na zrobienie kroku i włączenie się do walki, zajął się nieco nieudolnym opatrywaniem krwawiącej rany. Walka na dziobie była mniej więcej wyrównana. Żołnierz w barwach hrabiego z powodzeniem stawiał czoło dwójce uzbrojonych w długie noże i marspikle żeglarzy. I chociaż ci dwaj niemal przyparli go do burty nie wyglądało na to, by potrzebna była mu natychmiastowa pomoc... Poza tym ktoś bliżej był w większych opałach... Na śródokręciu barbarzyńca wymieniał ciosy ze strażnikiem. Obaj ślizgali się nieco po zakrwawionym, chwiejącym się pokładzie i ciosy były nieco niecelne. Mimo tego widać było, że strażnik osiąga przewagę. "O przewadze pancerza nad skórzanym kaftanikiem" - pomyślał, widząc jak szabla odbija się od blach zbroi. Strażnik miał więcej szczęścia. Albo umiejętności. Jego riposta była celniejsza i żołnierz wypuścił miecz, cofając się równocześnie o krok. Kolejny cios strażnika, mający zakończyć żywot żołnierza, został w ostatniej chwili powstrzymany przez ostrze Hella. Strażnik ze zdziwieniem spojrzał człowieka, którego widział u boku biskupa. Nim zdążył cokolwiek powiedzieć na jego głowę spadł silny cios. Nie zmieniając wyrazu twarzy na twarzy osunął się na pokład. Hell lekkim skinieniem głowy skwitował nieoczekiwaną interwencję Venti, która z dość ponurym wyrazem twarzy spojrzała na leżącego. Widać było po niej, że woli leczyć i takie podejście do ludzi nie sprawiało jej przyjemności... Hell pospieszył na dziób łodzi, gdzie nadal trwała nierozstrzygnięta walka. Widać było, jak zmienia się wyraz twarzy żołnierza, który wyglądał, jakby ujrzał nadchodzącą śmierć. Hell uśmiechnął się do niego lekko: - We dwóch będzie łatwiej - powiedział. Wyraźny akcent środkowoimperialny zabrzmiał w jego ustach. - Rzućcie broń... - dodał głośniej. Jeden z żeglarzy posłuchał natychmiast. Drugi... rzucił nożem w żołnierza, który uchylił się w ostatniej chwili, a potem skoczył za burtę... Hell nie marnował na niego spojrzenia. - Zwiąż go - wydał żołnierzowi polecenie tonem człowieka przyzwyczajonego do wydawania rozkazów. I to rozkazów, które wykonywane są natychmiast... Spojrzał ponownie w stronę brzegu. Nurt był szybki i pościg zostawał coraz bardziej z tyłu. Hell skrzywił się i skierował się czym prędzej w stronę rufy. Mijając Venti, opatrującą kolejnego rannego, powiedział: - Mam nadzieję, że wylądujemy zanim trafimy na stronników biskupa. Podszedł do steru. "Ciekawe, czy ta łajba mnie posłucha" - pomyślał, usiłując skierować łódź w stronę brzegu... |
| | |
| | #167 |
![]() | Nie mieli wyjścia. Nawet gdyby pamiętali drogę powrotną, to Venti nie sądziła, by biskup pozwolił im się tak po prostu wycofać. Zresztą wątpiła również, by w posiadłości powitano ich z otwartymi ramionami. Musieli wejść na łódź. Druidka przeszła kładką na pokład, choć po zapoznaniu się z metodami stosowanymi przez głowę kościoła w Arish do pozbywania się niewiernych mu ludzi nie bardzo miała na to ochotę. *** Promienie późnego, popołudniowego słońca odbijały się od niespokojnej tafli wody, a otoczenie wypełnione było jednostajnym szumem rwącej rzeki. Venti przypatrywała się zza burty granatowej głębi, zastanawiając się, w jakim celu mogą płynąć w kierunku Wilczych Kłów, bo, jak się okazało, zmierzali właśnie tam. „Niegłupi pomysł” – myślała druidka, przyglądając się błyskawicznie przemieszczającym się wraz z nurtem opadłym liściom. – „Wyjątkowo szybka droga ucieczki.” - Nareszcie – burknęła druidka, gdy A’Grynn podszedł, na tyle cicho, by biskup tego nie usłyszał. Dziewczyna słuchała słów duchownego z negatywnym nastawieniem. Starała się jednak nie okazywać swojego zdenerwowania. Nie patrzyła na mówcę, odwróciła głowę, by nie dostrzegł jej zmarszczonych brwi i przygryzanej co chwila wargi. „Kpisz sobie…” – skomentowała w myślach propozycję przyłączenia się do A’Grynna. – „Podaj choć jeden powód, który mógłby mnie do tego skłonić.” Nie lada informacją okazała się wiadomość o rzekomych narodzinach Powracającego. Swoboda, z jaką biskup ją im zdradził, niepokoiła Venti. Upewniała ją, że próba ucieczki będzie twardym orzechem do zgryzienia i że duchowny też zdaje sobie z tego sprawę. Fanatyzm A’Grynna doprowadzał druidkę do szału. Czuła, że każda kolejna godzina, w której będzie musiała oglądać jego pyszną, zarozumiałą facjatę, będzie torturą. Obraz przyszłości, jaki przedstawiał Venti, też zdecydowanie się dziewczynie nie podobał. „Jakie zjednoczenie ci się marzy, biskupie?” – zastanawiała się. – „Unia najeźdźców zmierzająca pod jednym, malowanym krwią ludu Arish sztandarem ku zagładzie hrabstwa? Co to za przyszłość – malowana ogniem i stalą oręża, gdzie rzeki płyną szkarłatem, nieba dławią się dymem, a drzewa płaczą, jak łzy gubiąc liście… Musi istnieć inna droga prowadząca do zbawienia.” Uwagę druidki zwrócił fakt, że sąsiedzkie księstwo również włącza się do walki. Zwróciła głowę w stronę mówcy. Rycerstwo Geutrin… ciekawostka. A może… Otrząsnęła się. „Nie warto” – zapewniła się w myślach. Następne zdanie biskupa wprawiła Venti w zdumienie, a sądząc po wyrazie twarzy Hella, jego także. Smok… a więc to jest jego pan, Odrodzony z pewnością posiadałby moc panowania nad tak potężnym zwierzęciem. Ale jeżeli to faktycznie był Powracający, to kim w takim razie był chłopiec? Bo z pewnością nie zwykłym dzieckiem… Słońce leniwie chowało się za horyzont, barwiąc chmury rozlicznymi odcieniami czerwieni, od intensywnej purpury po łagodny róż. Druidka zmęczonym wzrokiem przyglądała się nadchodzącej z kierunku ich podróży. Venti i Hell mieli teraz wiele rzeczy, które wymagały przemyślenia. Opowiedzenie się po stronie A’Grynna nie wchodziło w grę. Metody, jakimi chcieli się posłużyć, by zyskać zbawienie, budziły w dziewczynie odrazę. Jednak druidka biła się z myślami. Istniała szansa, że wśród rycerstwa mogłaby zobaczyć jego… nie chciała nazywać go nawet w myślach, żeby bardziej się nie przekonywać. „Pożegnałaś się z tamtym życiem” – przypominała sobie. – „A on cię zostawił, porzucił…” Zmełła w ustach przekleństwo. Łagodne kołysanie łodzi przymykało powieki, większość załogi układała się już do snu. Oddechy zwolniły, dało o sobie znać zmęczenie. Venti nie mogła zasnąć. Siedziała oparta o burtę, wsłuchując się w odgłosy przestrzeni. Wody rozbijającej się o dziób, plusku kamieni porywanych przez nurt. Zdało jej się, że dobiegło jej odległe wycie wilków. A wtedy usłyszała obcy dźwięk. Okrzykiem podniosła alarm. Druidka przykucnęła i nie ruszała się z miejsca, z bezpiecznej odległości obserwując zamęt, jaki powstał na pokładzie. Przyszło jej na myśl, że to może być idealna okazja, by uwolnić się od towarzystwa duchownych. Gdy łódź się przechyliła, dziewczyna z niejaką satysfakcją stwierdziła, że biskup stracił przytomność. „Przy odrobinie szczęścia pójdziesz z nami” – postanowiła z paskudnie złośliwym uśmiechem na ustach. Venti z niesmakiem obserwowała wojujących żołnierzy, bawiąc się klamrami torby. Kiedy rycerz zdecydował się włączyć do walki, druidka również uznała, że nie może bezczynnie siedzieć i patrzeć. „Wokoło są ranni, a ja jestem w końcu medykiem, tak czy nie?” – pomyślała. – „Ale najpierw…” Zanim zajęła się tym, co do niej należy, upewniając się wcześniej, że A’Grynn nadal pozostaje w błogiej nieświadomości, podkradła się do składu na osprzęt, w poszukiwaniu jakiegoś dłuższego drąga. Nie znała się za dobrze na łodziach, ale sądziła, że coś takiego musi się tu znaleźć. Po chwili znalazła coś odpowiedniego. - Długi – mierzyła, okręcając w dłoniach. – Odrobinę za długi, ale to tylko zastępczo na pewien czas, a poza tym można go później skrócić. Wyposażona w coś, dzięki czemu mogła się w razie potrzeby sprawnie bronić, omiotła wzrokiem pokład, szukając pewnej osoby. - Tutaj jesteś, mały – szepnęła do siebie, po czym ruszyła w stronę chłopca, trzymając się blisko burty. Venti bez słowa złapała malca za rękę i zaprowadziła w miejsce, w którym leżał nieprzytomny duchowny. Zdjęła płaszcz i zarzuciła na chłopca, gestem nakazując mu, by został w miejscu. - Powracający czy nie, zwykłym dzieckiem nie jesteś – powiedziała, mimo że malec nie mógł jej rozumieć. – Jeszcze po ciebie wrócę. Dziewczyna zorientowała się w sytuacji pomiędzy walczącymi stronami. Dostrzegła Hella, który rozstrzygnął walkę dwóch wijących się na deskach pokładu ludzi. Widząc, jak barbarzyńca nieudolnie próbuje zatamować silny krwotok, podbiegła, by mu pomóc. - Pozwól – rzuciła i spojrzała mu w oczy, szukając przyzwolenia. Kiedy skończyła oczyszczać i opatrywać co bardziej naglące rany żołnierza, rzuciła okiem na Doriana, po czym zwróciła uwagę na to, co działo się z resztą walczących. W pobliżu spostrzegła de Mera, który ściął się z biskupim strażnikiem. - Mamy uciekać, nie zabijać. Wyjście jest tylko jedno – mruknęła, po czym szybkim krokiem podbiegła od tyłu do sługi A’Grynna i za pomocą drąga wymierzyła mu silny cios w potylicę. „Jakby mnie Adalbert widział, to…” – pomyślała. – „Jemu zawsze było wszystko jedno czy leczy swojego, czy wroga.” Nurt rzeki porywał ich coraz dalej, a pogoń zostawała w tyle. Oceniając odległość, druidka stwierdziła, że konie są zbyt daleko, by je zagrzać do biegu. Hell usiłował skierować łódź do brzegu, a Venti zajęła się kolejnym rannym barbarzyńcą. W miejscu, z którego mogła obserwować biskupa i malca. - Jeśli wolno mi zapytać… - zaczęła, bandażując mu przedramię. – Jak to się stało, że wasze wojska walczą pod barwami Arish i rodu de Clee? – Dziewczyna zadała pytanie, które nurtowało ją, od początku potyczki.
__________________ Do zobaczenia za kilka miesięcy :) |
| | |
| | #168 |
![]() | "...Powrotu Twojego oczekujemy z utęsknieniem, byś zbawił lud Twój najwierniejszy, dla pożytku jego, a swojej chwały. Amen!" Słowa modlitwy kołatały się w umyśle hrabiego powracając co jakiś czas już długo po ceremonii. Nie spodziewał się że wszystko pójdzie tak gładko. Politykowanie z zakonami było czasem naprawdę męczące jeśli szło o jakieś drobne szczególiki administracyjne bądź nawet najlżejsze zmiany statutowe. Widocznie tylko wspólne zagrożenie sprawia, że można się od razu dobrze porozumieć. Taki obrót spraw satysfakcjonował Franciszka, bo nie można powiedzieć o zadowoleniu póki Smok latał jeszcze po hrabstwie, a wrogie wojska powoli gromadziły się na granicy. Jakby tego było mało doszczętnie dobrego samopoczucia po udanych układach pozbawił go Atter. Ta zdradziecka świnia śmie mu jeszcze mówić że jest zupełnie niewinny mimo, że zataił informacje niebagatelnej wagi. Śmierć sobowtóra sama w sobie nie była aż tak wielkim ciosem w najżywotniejsze interesy Arisch. Zaufani ludzie w pałacu dobrze wiedzieli co robić kiedy tamtemu hrabiemu zachciałoby się rządzić na własną rękę, albo nie chcieć zejść z tronu w przypadku jego powrotu. Wszystko powinno zostać załatwione cicho, bez rozgłosu. Nie można pozwolić by nagle okazało się, że kiedykolwiek było więcej niż dwóch hrabiów. Ale to wszystko jest do załatwienia. Świadków odpowiednio się uświadomi, że Franciszek I właśnie wybrał się z tajną wizytą do stolicy co potwierdzą głowy wszystkich zakonów. A naoczni świadkowie i odpowiednie zwłoki zobaczą jeśli będzie trzeba. Sposoby na zmodyfikowanie pamięci są dosyć proste. Z resztą ja sam jestem najlepszym dowodem, że nic się nie stało. Co pozostanie to najwyżej plotki, ale i na to znajdzie się metoda w postaci kontrplotek, póki oczywiście ja sam nie zjawie się w Ville de Clle Nagle Franciszek I na swoich hrabiowskich plecach poczuł zimny dreszcz. Coś się zaraz stanie. Nie minęła sekunda kiedy Robert podniósł alarm - NA POWRACAJĄCEGO! -Smok... - wyszeptał Franciszek jakby chciał przekonać własne uszy do tego co widzą oczy. - Aleks...Franciszku, ta bestia leci tu, by nas zniszczyć! Zaraz stanie się coś bardzo, bardzo złego, ja wiem o tym! – alchemiczka z typowym dla siebie zapałem zareagowała pierwsza – Zwykłe miecze nie dadzą rady jego łusce. Ten potwór prawdopodobnie ma też w sobie sporo trucizny... Jeśli go ktoś zrani - zemrze na miejscu. Na dodatek włada ogniem, wiec ten raczej go nie powstrzyma... Mam jednak coś, co może mu zagrozić - kwas, beczkę kwasu w powozie. Starczy, go trochę spreparować i powinien przeżreć pancerz smoczyska, może nawet starczy by zniszczyć trzewia! Trzeba by go tylko jakoś wylać na potwora... Oczy hrabiego rozszerzyły się. - Naprawdę ta substancja może zadziałać na smoka? Skąd to wiesz? Mówiłaś już komuś o swoim odkryciu? Komuś w Devis? Jakiemuś dowódcy, magowi, alchemikowi? - Wydawałoby się, że Franciszek gotów byłby ruszyć na odsiecz miastu razem ze swoją kilkuosobową grupką, jednak szybko pomiarkował się w zamiarach. - Ja nie... znaczy się... no sprawdzałam... na jaszczurkach. - odparła zbita z tropu dziewczyna - Na pewno przy odpowiednich proporcjach i jakby to zmieszać z jadem smoka to myślę że powinno się udać i w ogóle... - Sara skończyła speszona jak nigdy przy panu Aleksandrze, mimo, że miała do czynienia z tym samym człowiekiem, to obecność władcy chyba dobitniej uzmysławiała wszystkim wagę każdego posunięcia. Nie mówiąc już o smoku nad głowami. - Nic nie zdziałamy, jeśli w parę osób rzucimy się za smokiem. Poza tym nie mamy sposobu wylać tej substancji na bestię, nie mamy żadnej katapulty. Musimy się udać do Kopalni, tam ta sytuacja może się zmienić, są tam także nasze wojska. Pospieszmy się miasto ma mocne fortyfikacje, ale długo nie wytrzyma jeśli przeprowadzą skoordynowany atak. - Hrabia obrócił głowę w kierunku jazdy i wpatrzył się w ciemność jakby chciał zobaczyć jak daleko zostało im do Kopalni. Jego myśli skierowały się ku temu co może tam zastać. Jeśli ktoś będzie wiedział co ze smokiem począć to tylko oni. Kiedy ruszyli dalej i napięcie po ponownym spotkaniu z bestią cały czas udzielało się grupie. Zarządzono króciutki postój aby tylko konie mogły zaczerpnąć łyk wody, a także dla tego że hrabia pochrząkujący przez całą drogę od czasu do czasu rozkaszlał się na dobre i musiał przyjąć od Roberta stosowne medykamenty. Franciszek postanowił skorzystać ze sposobności i poprawić swój wizerunek. Tak to usiłował sobie wmówić, lecz prawdziwy powód i tak znał. Sara nieświadomie wzbudzała w nim wspomnienia osoby dawno już nie widzianej. Pewnie byłyby nawet równolatkami. Dziś wypadałyby jej imieniny. Zawołał na wpół konspiracyjnym tonem alchemiczkę nie odchodząc od swoich juków. Kiedy ta się zjawiła hrabia już po jej kroku wyczytał krępującą ją niepewność. - Choć tutaj Saro - Uśmiechnął się sympatycznie i wyciągnął z torby jakiś drobny przedmiot - Tak sobie pomyślałem, że Arisch nie może pozwolić, by taki geniusz jak ty był narażony na jakąś krzywdę. Co prawda przebywanie w moim towarzystwie, podczas gdy smok lata nad naszymi głowami nie należy do najbezpieczniejszych, ale mam tu coś co może pozwoli ci kiedyś wyjść z jakiejś opresji, także... Proszę. ![]() Na szyi dziewczyny, na łańcuszku, zawisł drobny, pięknie zdobiony, instrument muzyczny. - To jest magiczna okarynka. - powiedział Franciszek - Dostałem ją niedawno od pewnego zaufanego maga. W zasadzie sam nie wiedział na czym polega jej magiczność, ale na pewno sama to odkryjesz. Wiesz u mnie leżała tylko w torbie, a słyszałem jak Archibald marudzi, że te dzisiejsze ptaki "jakoś nie tak" świergoczą. Chętnie udzielę paru wskazówek jak grać, jeśli nie umiesz, to całkiem proste, zaraz się nauczysz. Ale to już z siodła, chodźmy bo nam odjadą.
__________________ Coś fajnego odroczone chwilowo przez sprawy osobiste :| . . . . . Zwierzątka . . . . . Ostatnio edytowane przez Angrod : 04-07-2008 o 21:51. Powód: jaszczurki i takie tam |
| | |
| | #169 |
![]() | Archibald Roderyk de Valsoy h. Pęk Strzał Smok. Smok powrócił. Archibald stanął w strzemionach, jakby to miało mu pomóc lepiej przyjrzeć się gadzinie. Bestia majestatycznie frunęła wprost na Ville-de-Clee. Rycerz podjechał do hrabiego, w sram raz by usłyszeć plan Sary. Wylać kwas, niegłupie. Tylko jak to zrobić? Widać Franiszek miał te same wątpliwości, bowiem rzekł: - Nic nie zdziałamy, jeśli w parę osób rzucimy się za smokiem. Poza tym nie mamy sposobu wylać tej substancji na bestię, nie mamy żadnej katapulty. Musimy się udać do Kopalni, tam ta sytuacja może się zmienić, są tam także nasze wojska. Pospieszmy się miasto ma mocne fortyfikacje, ale długo nie wytrzyma jeśli przeprowadzą skoordynowany atak. Rycerz poczekał aż hrabia skończy wywód i odezwał się w te słowa: - Wasza miłość, nim załatwimy sprawy w kopalni i wyruszymy do twej siedziby, to ona już dawno spłonie. Setki poczerniałych trupów znaczyć będzie miejsce, gdzie niegdyś wznosił się zamek radu de Clee. Co lud pomyśli? Propaganda zdrajców błyskawicznie podchwyci to. Zaczną rozpowiadać, że smok to kara od Powracającego, bowiem ty, Panie, grzeszny żywot prowadzisz. Pewnie jeszcze inne banialuki będą prawić, ale gawiedź głupia i strachliwa, więc uwierzy. Wasza miłość jest pewien, że faktycznie kopalnia jest teraz najważniejsza? Stardnica leży blisko granicy, przy której zapewne gromadzą się siły buntowników, być może wspomagane przez Geutrińczykow. Co my możemy przeciwstawić? Czy załogi „Gromu” i „Miecza” są już zmobilizowane i ześrodkowane? Czy korpus Arish gotów do walki jest? Nie zawaham się oddać życia za hrabiego, lecz niech to wszystko ma choć z pozoru więcej porządku. Archibald skończył i wbił ciężkie spojrzenie w swego władcę. Jawnie skrytykował jego postępowanie, ale skoro miał służyć radą, to nią służył. Przez chwile jeszcze bił się z myślami i wreszcie dodał: - Sara ma niegłupi pomysł. Jeśliby gadzinie naruszyć pancerz, to kilku chłopa dałoby chyba radę bestyjce? W Ville-de-Clee pewnikiem jest kilku dobrych łuczników lub kuszników? Odpowiednio ich rozstawić, przygotować kwas i czekać aż potwora wyląduje. A wtedy chlup skurwielowi na grzbiet… Niech się smaży. Smok to taka przerośnięta jaszczurka, a skoro na jaszczurki działało… - Zawiesił głos i, lekko uśmiechając się, spojrzał na Sarę. – to i na smoka zadziała. |
| | |
| | #170 |
![]() | Po paru ekscesach noc zdawała się być już spokojna. I chociaż plamy krwi, które pozostawili po sobie ludzie ze straży biskupa i ciche pojękiwanie jego samego, użalającego się nad zdrowo obitym ciałem, przeszkadzały w zachowaniu spokoju, to otaczająca ich zewsząd noc zdawała się koić wszelkie nerwy. Kto wie, myślała Venti, może to ostatnia taka noc. Dorwali zdrajcę, współpracując z ludźmi de Clee… Wplątali się w sam środek sporej afery. I z pewnością łatwo się nie wyplączą… - Cóż, nie zawsze potrzeba honorowego zbrojnego, rozumie panienka?- odezwał się po chwili opatrywany najemnik, uśmiechając się delikatnie do druidki. Krótkie zerknięcie na stan jego uzębienia pozwoliło ocenić kobiecie, iż mężczyzna z pewnością nie zna znaczenia słowa „higiena”- Bo to ma orszaki, ceremonie, a i czasem zdradzić jak widać lubi… Nasze zbroje nie lśnią jak psu jajca na paradach, ale urżnąć wora to umiemy, hehe… No i właśnie w takich chwilach się pojawiamy, nie? Tajne wojsko hrabiego Franciszka? W końcu na co dzień nie słyszy się o najemnych barbarzyńcach w służbie hrabstwa… Chociaż, z drugiej strony, Venti nie raz słyszała o konfliktach na linii hrabia-rycerstwo, więc trochę wojska bez honoru i statusu zawsze może się przydać… Hell nie miał czasu na podobne rozważania – łódka zdawała się sypać, a według słów nowych „przyjaciół”, w tej chwili nie ma sensu dobijać do brzegu – po drodze przeżyli parę starć z siłami przyjaznymi biskupowi, a w tej chwili wrogie oddziały po prostu by ich zmiażdżyły. Zresztą, nawet jeśli ta historia zdawała się szlachcicowi mało wiarygodna, to zdawał sobie sprawę, iż nie miał prawa się nie zgodzić, jeżeli chciał pożyć jeszcze parę lat… Najdziwniejsza w tym wszystkim była jednak mina chłopca, który nie dał się oderwać od A’Grynna. Nie chciał się jednak do niego przytulić, nie próbował uderzyć go bądź kopnąć. Po prostu wpatrywał się w niego z miną pełną dorosłej, niepasującej do dziecka satysfakcji… *** ![]() Geutrin Tym razem niewygoda jednak nie była dla niego żadnym problemem. Wyprostowany z dumą jechał na ogromnym rumaku przed najpotężniejszą armią tej części Imperium – wojskami księstwa Geutrin. Tysiące konnych, pieszych, ogromne armaty sprowadzone ze Świętego Miasta, wszystkie zakony księstwa… Nikt nie bawił się już w cichą, spokojną podróż. Na granicy zrównali z ziemią dwa pomniejsze forty graniczne, później poradzili sobie z paroma szlachcicami, przy okazji łącząc się z prywatnymi armiami dwóch tutejszych magnatów. W jego oczach, oczach ogarniętych rządzą zwycięstwa, mordu, upokorzenia niedawnych „Pogromców Księstwa”, odbijały się płonące wsie, spływające krwią trakty i niebo, tak spokojne niebo… Czyżby Arish nie wiedziało, jaka potężna siła nadciąga? Szczególnie zaś Victor obiecywał sobie jedno. Ten, który dowodził konnicą w największej z bitew, ten który porwał przerażone ogromem wrogiej armii zakony Arish do walki, gdy Franciszek de Clee był wyłączony z bitwy. Ten, który pojmał dawnego księcia, ten który pozbawił Victora całej rodziny… Który odarł Geutrin z wielkości… Archibaldzie Roderyku de Valsoy, śmierć nadciąga… *** Najemnicy prędko rozpalili ognisko, nad płomieniami umieszczając udźce wydobyte z ładowni łodzi. Jeżeli prawdą były opowieści o patrolujących okolicę wojskach Doriana, nie było to ruchem zbyt mądrym… Ale któż uważałby barbarzyńców za rozsądnych? Ważne było to, iż wszyscy mogli odetchnąć trochę po wrażeniach ostatniego dnia – trochę wina, dziczyzny i opowieści o potyczkach było potrzebne zarówno Hellowi, jak i nieprzywykłej do takiego spędzania czasu Venti. - Nie mamy jednak za wiele czasu, panienko i panie.- odezwał się w pewnym momencie jeden z żołnierzy hrabiego- Musimy się rozdzielić. Naszym celem jest dotarcie dalej, wzdłuż rzeki, gdzie możemy znaleźć ludzi, z którymi chciał rozmawiać A’Grynn… Z racji, iż spotkaliśmy was, wszystko powinno pójść łatwiej. Wy też macie bowiem pewne zadanie… - Weźmiecie dwa nasze najlepsze konie, biskupa i chłopca i ruszycie na trakt wiodący z Devis do hrabiowskiej kopalni diamentów. Na tej drodze winniście spotkać grupę osób, mianującą się „Orszakiem Smokobójców”. Tam spotkacie… pewną osobę, jak mniemam, od razu rozpoznacie, kimże jest – i właśnie jemu przekażecie więźniów. Na czas tego zadania staniecie się oficjalnymi członkami armii Arish- kolejny z barbarzyńców rzucił pod nogi Venti dwa listy z pieczęciami hrabiego- Ale lepiej się z tym nie afiszujcie. Nasi nic wam nie zrobią, ale wrogowie… No, sami wiecie, jest ich sporo… Wplątali się w coś wielkiego. Ogromnego. A inni wkopują ich coraz bardziej…
__________________ Kutak - to brzmi dumnie. |
| | |
| Reklama |
| |
![]() |
| Użytkownicy aktualnie czytający ten wątek: 1 (0 użytkownik i 1 gości) | |
| Narzędzia wątku | |
| Wygląd | |
| |
Podobne wątki | ||||
| Wątek | Autor wątku | Forum | Odpowiedzi | Ostatni Post / Autor |
| [komentarze] Rycerska Rzecz | Kutak | Komentarze do sesji RPG - w systemach autorskich | 146 | 11-13-2008 12:54 |
| [rekrutacja dodatkowa]Rycerska Rzecz | Kutak | Archiwum rekrutacji | 9 | 12-24-2007 14:33 |
| Rycerska Rzecz | Kutak | Archiwum rekrutacji | 48 | 06-24-2007 23:00 |